Wpisy z tagiem: konkursy

piątek, 18 maja 2012

Zgrupowanie reprezentacji Polski w austriackim Lienz trwa w najlepsze, chłopaki na razie odreagowują sezon, dla jednych lepszy, dla innych gorszy - Paweł Brożek jest wprawdzie zadowolony, że poznał tak wielki klub jak Celtic (szkoda, że bardziej od strony szatni, ławki i trybun) ale deklaruje, że najbardziej chciałby wrócić do domu, czyli do Wisły. Z kolei Łukasz Fabiański, kluczył, zbaczał, jechał Czesławem Mozilem żeby nie powiedzieć niczego złego na Arsene Wengera, ale w końcu zadeklarował, że nadszedł koniec jego przygody w Arsenalu. Żałuję, że nie ma mnie tam na miejscu, ale nie mogłem wyrwać się z Warszawy przed finałem Ligi Mistrzów. Ale w poniedziałek dojadę do chłopaków, podobnie jak mistrzowska trójka z Borussii Dortmund i Wojtek Szczęsny i wtedy sobie pogadamy.

Ale mam dobrą wiadomość i dla Was. Kto chce też może pogadać z wybrańcami Franza Smudy i to osobiście. Wystarczy wziąć udział w konkursie poprzez stronę „Łączy nas piłka” w Google+. Wygląda to tak, że od 16 do 22 maja możecie tam zadać pytanie piłkarzom i to nie jedno. Autorzy najciekawszych będą mieli szansę zadać je osobiście podczas Spotkań w Google+, czyli wideorozmów z zawodnikami reprezentacji, które odbędą się 23, 24 i 25 maja. Za pośrednictwem Spotkań Google+ rozmawiali już internautami m.in. Barack Obama, Dalai Lama i David Beckham, teraz czas na naszych chłopaków!

Pochodna konkursu odbędzie się tutaj. Autorzy najciekawszych pytań do kadrowiczów, którzy zamieszczą je w komentarzach na Polsporcie mogą wygrać koszulkę reprezentacyjną z podpisami wszystkich zawodników (także tej trójki, która ostatecznie nie załapie się na Euro 2012) oraz bilety na ostatni sprawdzian przed meczem otwarcia, czyli Polska - Andorra. Piszcie, tylko pamiętajcie, że muszą to być pytania, które rzeczywiście da się zadać zawodnikom w tym konkretnym momencie. Np. pytanie do Marcina Wasilewskiego o to, co naprawdę wydarzyło się w kolońskiej taksówce, choć ciekawe, zapewne pozostałoby bez odpowiedzi i odebrało Wasylowi ochotę na dalsza rozmową. A zatem pytajcie! Kto pyta, nie błądzi, nie ma kiepskich pytań itd.;)

 

Tagi: konkursy
13:39, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (41) »
czwartek, 17 maja 2012

 

Rany boskie, miał być banalny, prosty konkursik, a przysłaliście tak fajne, zmuszające do myślenia komentarze, że nie sposób było wybrać te najciekawsze i najbardziej prowokujące do dyskusji. Ostatecznie po zmarnowaniu kupy czasu na zastanowienie, odkładając na bok niezliczoną ilość kluczowych spraw do zrobienia przed finałem, Ligi Mistrzów i wyjazdem na zgrupowanie kadry w Lienzu, postanowiłem nagrodzić następujących autorów. Za odpowiedź na pytanie nr 1 Łukasza Mizerackiego, shithappens8’a i tomassino-1. Brawo panowie, oto Wasze przemyślenia, które zrobiły na mnie takie wrażenie:

Łukasz Mizeracki

Odpowiem na pytanie 1, bo jest ono najciekawsze. Odejście Guardioli jest nie tyle przyczyną, co dopełnieniem końca najlepszej drużyny świata. Właściwe przyczyny końca cyklu należy podzielić na wewnętrzne i zewnętrzne, przy czym są one mocno powiązane ze sobą. Mnóstwo przychodziło mi do głowy, ale teraz ich nie pamiętam i nie wymienię z pewnością wszystkich. Postaram się jednak ogólnie przedstawić mój pogląd.
WEWNĘTRZNE
Na ostatnie 3-4 lata przypadły najlepsze okresy w karierze kilku piłkarzy, co szybko się nie powtórzy. Xavi i Puyol nieuchronnie się starzeją i nie widać godnych następców, ale też dziwne by było, gdyby tak łatwo udało się znaleźć kogoś, kto bez straty zastąpi takich zawodników (pisząc godnych miałem na myśli takich, którzy stworzą legendy na miarę wymienionych wyżej, ie utalentowanych zwyczajnie lub bardzo, ale legendy). Na sukces złożyły się także niespodziewane eksplozje formy młodych graczy, którzy po 1-2 niesamowitych sezonach nie potwierdzają swojej sportowej klasy: Pique ostatnio się zwija, Pedro się zagubił. Formy nie traci Messi, co paradoksalnie także przyczynia się do słabszych wyników drużyny, która coraz bardziej uzależnia się od jednego zawodnika. Posiadanie w zespole kolegi, który pretenduje do miana najlepszego piłkarza wszechczasów, wywiera presję gry pod niego. Zespół zbyt bardzo ufa jego umiejętnościom nawet w dniu, gdy Messi nie jest najlepiej dysponowany. Sytuacja taka wpływa także na psychikę piłkarzy, którzy przyzwyczajeni do tego, że Messi robi różnice w chwilach jego słabości nie potrafią wziąć ciężaru gry na siebie. Lider zawodzi reszta zawodzi. Barca jest niewolnikiem Messiego, ale więcej ostatnimi czasy mówi się o tym, że stała się niewolnikiem własnego stylu. Niby banał i frazes, ale widać to było doskonale w ostatnich meczach z Chelsea i Realem. Gdy tiki-taka zawodzi nie ma planu B. Co najgorsze zawodnicy szkoleni i kupowani są po tę właśnie tiki-takę, a Tito Villanova raczej owej filozofii futbolu się nie wyrzeknie. Filozofia ma jeszcze jedną wadę: wspomniane przeze mnie kupowanie zawodników na miarę przyjmuje wymiar dosłowny. Piłkarze Barcy często okazują się zbyt niscy i słabi fizycznie, więc pozostaje im przewaga techniki i szybkości. Słowem rondo, tiki-taka. Ale ona jest zawodna jako się rzekło...
ZEWNĘTRZNE
Styl Barcy jest zbyt dobrze znany. Ktoś powie, że bliski perfekcji. Owszem, jest to perfekcyjnie dopracowany styl futbolu totalnego Cruyffa. Istnieją jednak inne style, wielu powie, że niszczące futbol, jednak skuteczne. Receptą na katalończyków nie jest jednak jedynie parkowanie autobusu w polu karnym. Na przykładzie Realu widać, że grać z Barcą można się nauczyć prezentując nastawienie mocno ofensywne. Świat się rozwija - Barca brnie w ślepy, moim zdaniem, zaułek. Patrząc np. na połączenie siły fizycznej, umiejętności technicznych, indywidualności i wzrostu zgromadzonych w Manchesterze City sądzę, że w przyszłym sezonie the Citizens będą nie tyle godnym, co bardzo trudnym przeciwnikiem.
Last but not least: Barcelonie ostatnimi czasy dopisywało mnóstwo szczęścia. Niezwykłe nagromadzenie talentów i ich eksplozja formy, szczęśliwe bramki (nie zgadzam się z osądami o faworyzowaniu przez sędziów), zapaść lokalnego rywala. Było tak dobrze, że naturalną koleją rzeczy teraz musi być gorzej.
Podsumowując: koniec epoki? Niewątpliwie.

 

shithappens8

Futbol jest okrutny, każda złota jedenastka ma swoje Berno. Czy był nim mecz z Realem na Camp Nou był początkiem końca najlepszej drużyny świata? Wrodzony pesymizm, mówi mi że tak. Dlaczego?
Spójrzmy na Barce od środka. Na jej kręgosłup, który ma stanowić o jej sile. Bramkarz - Valdes mimo ukończonych 30 lat wciąż daje asumpt do dyskusji, czy jest bramkarzem wybitnym, czy tylko katalońską odpowiedzią na Ikera. Jedno jest pewne, lepiej na tej pozycji nie będzie, ani nagły progres, ani transfer nie wchodzą w grę.
Puyol - serce, człowiek o duchu walki tak wielkim, że brakowałoby go nawet w szatni MU za najlepszych czasów, odchodzi (odszedł? jeśli ponowna kontuzja kolana okaże się poważna) na zasłużoną emeryturę. Również umysł - Xavi, nie staje się coraz młodszy. Morderczy maraton w La Liga, jakim bez wątpienia jest ściganie się z Realem wymaga jednak by i serce i umysł w każdym meczu dawały z siebie maksimum. Wymaga, tego styl Barcelony, która musi grac pięknie by osiągnąć dobry rezultat. Czy piękno to przemawia do wszystkich, to już inna sprawa. O gustach się nie dyskutuje.
Jest jeszcze Messi, który z każdym rokiem staje się coraz lepszy i lepszy. Niestety to stanowi problem. Tak jak Riquelme za swych najlepszych lat, skoncentrował on grę drużyny wokół siebie. Uzależnienie od jednego piłkarza, nie jest jednak cechą drużyn wielkich, mających seriami zdobywać tytuły krajowe oraz międzynarodowe.
W jakim środowisku przyjdzie funkcjonować Dumie Katalonii? W lidze czeka niezmordowany Real Madryt. Wyścig z nim wymaga permanentnej koncentracji, co z każdym sezonem przekłada się na coraz większe znużenie, zarówno fizyczne jak i psychiczne.
W lidze mistrzów czekają dowartościowany Manchester City i boleśnie podrażniony United. Pierwszy ma niebywale silny kręgosłup polecam odwiedziny na blogu Rafała Steca, drugi na porażki reaguje zwiększeniem wydatków, co powinno przyśpieszyć realizację planu Fergusona (bo, że sir Alex ma plan możemy być pewni).
A czekają jeszcze nieobliczalny Bayern, czyżby obrońca trofeum?, być może zdrowy Milan. Wszystkie one wydają się być na krzywej wznoszącej cyklu, co nie wróży dobrze Barcelonie.
Pozostaje jeszcze problem największy. Stała. Jest nim sama Barcelona, która oczekuje tego samego co wszyscy (zdobycia wszelkich możliwych trofeów) tylko, że bardziej (bardziej spektakularnie, znaczy w zgodzie z filozofią kluby). Ile razy można obwieszczać koniec świata w sytuacji gdy nie wygrywa się dwóch kolejnych meczów? Przykłady wielkich graczy zakładających koszulkę Barcelony, którzy spalali się w świetle oczekiwań jupiterów Camp Nou można by mnożyć. Musi dotknąć to i dzisiejszych wirtuozów. Przecież to właśnie, jeden z nich, ten który był ich trenerem stwierdził, że musi odpocząć, bo nie jest w stanie dłużej dawać drużynie tego, czego ona potrzebuje najbardziej żądzy wygrywania. Nie pasji, nie chęci, ale właśnie żądzy. Gdy żądza gaśnie, kończy się cykl.

tomassino-1

Odpowiadam na pierwsze z pytań bo i mi wydaje się najbardziej zachęcające do dyskusji.
Teza Guttmanna o utrzymywaniu najwyższego pułapu maksymalnie przez trzy sezony jest ciekawa lecz nie musi mieć przełożenia w rzeczywistości. Nawet jeśli w Barcelonie powtórzy się scenariusz z 2006 roku gdy nasycona wieloma, dawno nie odnoszonymi sukcesami drużyna zaczęła być własnym cieniem to dwa bezowocne sezony były jedynie okresem przebudowy. Tylko dwa sezony! Potem nadeszła złota era zwaną niebezpodstawnie "erą Guardioli". A warto nadmienić, że już w sezonie 2007/2008 Barca praktycznie do samego końca liczyła się w walce o Ligę i Ligę Mistrzów.
Odejście Pepa Guardioli jest bez wątpienia zakończeniem najwspanialszego rozdziału w historii klubu ale nie początkiem końca tej drużyny. Oczywiście nie dam sobie "uciąć ręki" za swoje słowa bowiem futbol jest niezwykle nieprzewidywalny (co ostatni weekend pokazał najdobitniej) ale obserwując to co dzieje się na Camp Nou na wszelkich szczeblach, nie mam wątpliwości, że najważniejsza dla nich jest ciągłość pracy wg określonej i unikalnej filozofii. Wyboru Tito Villanovy na trenera nie uważam za akt desperacji. Dotychczasowy asystent Pepa zna ten klub od podszewki, przesiąkł charakterem jakim Guardiola urzekał zawodników, sam zna ich znakomicie. Jeśli nikt w szatni jątrzyć nie będzie i nadal wszyscy będą z tym samym entuzjazmem oraz zaangażowaniem pracować to nadchodzący sezon powinien zaowocować kolejnymi trofeami.
Na koniec... Wszystko zależy od tego kto i w jaki sposób pojmuje znaczenie słowa "cykl"? Czy jest to regularne, bestialsko skuteczne i urzekająco pięknie zgarnianie pucharów wszelkiej maści? Czy może utrzymywanie dobrej dyspozycji i spokojna walka w czołówce, niekiedy efektowna niekiedy nie.
Wszelkie wyroki i osądy, odłóżmy przynajmniej do pierwszych kilkunastu meczów nowego sezonu. To może być okres owocny, może przejściowy ale z pewnością nie ujrzymy spektakularnego zderzenia z dnem. Jeszcze nie teraz.

 

Na pytanie nr 2 najciekawiej odpowiedzieli ytseman23, eMJot i tomash33

ytseman23

Wybór trudny, bo wszystkie tematy ciekawe, ale po zastanowieniu wybieram bramkę numer 2 ;)
Sytuacja z drużyną Hiszpanii jest rzeczywiście arcyciekawa. Zmęczenie fizyczne i psychiczne zawodników, kontuzje, animozje na linii Real-Barcelona to wszystko może spowodować, że postawa tej reprezentacji będzie zdecydowanie poniżej oczekiwań.
Osobiście jednak prorokuje im minimum półfinał, ze znacznymi szansami na obronę tytułu, bo atuty tego zespołu są bezsprzeczne, a niektóre problemy mogą się okazać tylko drobnymi "problemikami".
Po pierwsze i chyba najważniejsze ta reprezentacja to doświadczenie. Trzon zespołu to zawodnicy, którzy wygrali wszystko. Ich nie będzie stresował fakt, że co cztery dni trzeba grać arcyważne mecze. Dla nich presja to chleb powszedni. Jednocześnie będą także w sobie mieli pewien spokój i luz psychiczny. Po tylu latach grania jak zwykle i przegrywania jak zawsze Hiszpania wreszcie doczekała się wielkich sukcesów, a zawodnicy grający w reprezentacji mają taki status, że nic nie będzie w stanie go zniszczyć.
Po drugie świeża krew. Hiszpania ma doświadczony trzon, ale także młodych, spragnionych sukcesów zawodników. Może się nawet okazać, że kontuzje Puyola czy Villi wyjdą Hiszpanom na zdrowie. Taki Puyol ostatnio nieco z formą dołował, ale czy ktoś wyobraża sobie, że nie wychodziłby na boisko w pierwszym składzie? A w ataku strzałem w dziesiątkę może być Llorente. Ba, o ile del Bosque weźmie Torresa, to także on może się okazać asem w rękawie.
Co do zmęczenia oraz napięć pomiędzy zawodnikami Realu i Barcelony, to zbawienny może się tu okazać fakt, że drużyny te nie spotkają się w finale Ligi Mistrzów. Przed półfinałami tych rozgrywek już widziałem oczami wyobraźni wojnę, która będzie się toczyć na murawie w Monachium. Wojnę z 2 lub 3 czerwonymi kartkami, z przepychankami, z palcami wepchanymi w oczy przedstawicieli drużyny przeciwnej etc. A kilka dni później ci sami zawodnicy mieli stawać ramię w ramię przeciw kolejnym rywalom? Mogłoby być różnie. Tymczasem do meczu tego nie dojdzie, a więc ognisko zapalne nie powstanie. Nawet przeciwnie, może będzie to element dodatkowo jednoczący Hiszpanów występujących w Realu i Barcelonie na zasadzie wiem co czujesz, bo my też niesprawiedliwie odpadliśmy (choć patrząc bardziej obiektywnie można by raczej powiedzieć, że odpadli na własne życzenie: Barcelona przez totalną nieskuteczność w ataku, a Real przez kunktatorskie podejście i bronienie wyniku 1-1 w Monachium i 2-0 w Madrycie)? No i jest to też jeden mecz mniej do rozegrania, a więc wyeksploatowane mięśnie będą miały nieco więcej czasu na regenerację.
I jeszcze coś. Jeden z najsłynniejszych trenerów NBA, Rudy Tomjanovich, po zdobyciu przez prowadzonych przez siebie Houston Rockets drugiego z rzędu tytułu mistrzowskiego, powiedział słynne zdanie: Don't ever underestimate the heart of a champion!. Kto raz poczuł smak ostatecznego zwycięstwa, nigdy go nie zapomni. Hiszpanie są aktualnymi mistrzami kontynentu i będą nimi do momentu, aż ktoś nie wyrzuci ich z turnieju.
A poza konkursem pytanie 3.
Przy okazji konkursu Wyższość Messiego na Ronaldo lub odwrotnie napisałem, którego bardziej cenię i był to Argentyńczyk. Argumentów nie chcę tutaj powtarzać. W każdym razie moim zdaniem Złota Piłka trafi do Leo Messiego i do niego też trafić powinna. Przy czym... Na krótko tytuł ten miał w swoich rękach Ronaldo i powinien minimum 3 razy dziennie prać się po twarzy za to, co zrobił później. Gdy w 15. minucie półfinału z Bayernem Portugalczyk wbił gola na 2-0, pomyślałem z nadzieją (moja sympatia jest raczej przy Realu i Cristiano niż przy Barcelonie i Leo): Kurcze, czyżby zmiana na pozycji najlepszego gracza na świecie. Cała sytuacja była symboliczna do bólu. Dzień wcześniej Messi pudłuje karnego - Ronaldo karnego strzela. Za kilka minut dobija rywali drugim golem, wprowadzając zespół do finału LM. Tak się przynajmniej wtedy wydawało, bo niestety, potem Cristiano w swoim stylu zniknął na 105 minut z pola widzenia, by pojawić się znów przy okazji karnego. Co wtedy zrobił wszyscy wiemy.

 

tomash33

Na pewno wpłynie. Już sam brak Puyola - serca drużyny i obrońcy, który mimo wieku wciąż w kluczowych spotkaniach raczej nie zawodził, to dla Sfinksa wielki problem. Ramos i Pique to stoperzy tyleż doskonali co nieprzewidywalni, mogą być murem, a równie dobrze mogą być sitem lub wylecieć z boiska. W środku pola będą działać zmęczeni, ponad 30-letni Xabi i Xavi, którzy rozegrali w tym sezonie po ponad 50 spotkań, a alternatywy dla nich nie ma... Fabregas nie wygląda na zawodnika, który udźwignie grę reprezentacji, tym bardziej, że sam formą nie błyszczy. Iniestą aż tak bardzo bym się nie martwił - tacy gracze jak Cazorla czy Silva spokojnie narobią wiatru na skrzydle. Dużo sobie też obiecuję po Isco, jednym z największych odkryć sezonu. Największy ból głowy to jednak atak - po kontuzji Villi i mieliźnie formy Torresa nie widać nikogo kto mógłby być żądłem La Rojia na mistrzostwach. Llorente póki co udowodnił, że w najważniejszych meczach nie istenie (Real, finał LE) i sprawia wrażenie wykończonego sezonem, Soldado za często się zacina a Raul (o ile zostanie w ogóle powołany, na co się niespecjalnie zanosi) będzie już raczej uzupełnieniem kadry niż jej zbawieniem.
Obrona mistrzostwa Europy będzie więc zadaniem niezwykle trudnym bo kadra przechodzi problemy jakich nie doświadczała od lat. Kontuzje i wycieńczenie spowodowane szaloną wyniszczającą wojną Realu i Barcy wyraźnie odbiją się na kształcie i stylu tej kadry. Ale jeśli tego dokonają będzie to jedna z najpiękniejszych historii w piłce nożnej.
I poza konkursem na pyt. 3
Wygra Messi, a to z tego powodu że Złota Piłka jest konkursem popularności, a Leo jest najbardziej lubianym i podziwianym piłkarzem na świecie. Zupełnie odwrotnie jest z Ronaldo - piłkarzem seryjnie nienawidzonym na prawie wszystkich stadionach w sposób irracjonalny. Wizerunek ten odbija się również w mediach więc CR7 nie ma szans na to trofeum w najbliższych latach o ile Messiego coś z gry na dłuższy czas nie wyłączy (czego mu oczywiście nie życzę)

 

eMJot

Nie, forma z Barcelony(nie ważne czy życiowa czy biegunowo odległa) nie będzie miała wpływu na grę Hiszpanii z jednego, skrajnie prozaicznego powodu - kadra to zupełnie inna para kaloszy niż klub i absolutnie nie należy łączyć formy klubowej z formą reprezentacyjną. Przykładów tego absurdalnego mechanizmu nie trzeba szukać daleko, albowiem dostarcza nam go najnowsza historia piłki nożnej. Lukas Podolski - w reprezentacji Niemiec jeden z liderów, mający pewne miejsce na lewym skrzydle, w Bayernie wręcz niepotrzebny, pokornie truchtający w strefie dla rezerwowych. Leo Messi - w Barcelonie absolut futbolu, mistrz, geniusz, w słowniku brak słów odpowiednio charakteryzujących niektóre zagrania Argentyńczyka, które wymykają się z jakichkolwiek ram i schematów. W reprezentacji - filigranowy kabotyn, nie unoszący ciężaru bezlitośnie zrzucanego przez kolegów - kadrowiczów, noszący koszulkę przysługującą piłkarzowi hiszpańskiej Barcelony. No a u nas w Polsce chociażby Krzysztof Warzycha - niesamowity w Panathinaikosie, w trykocie z białym orłem na piersi minister nijakości. Kadra to inny organizm, rządzący się swoimi prawami, z własnym sercem, mózgiem, płucami i całą resztą organów. Twierdzenie, że słaba dyspozycja Xaviego bądź Iniesty z klubu wpłynie na grę kadry jest równie irracjonalna, co deklaracja, że jeśli przeszczepimy jedną stopę od Messiego, drugą od CR7, a głowę na przykład od Lamparda, to taki osobnik ze 100% pewnością będzie piłkarzem doskonałym. Całkowity absurd. Będzie to inny organizm, działający według innych mechanizmów. Mało tego - kadra Hiszpanii jak mało który zespół narodowy na świecie jest zupełnie niezależna od dyspozycji klubowej. Gdy na początku XXI wieku hiszpański futbol przeżywał kapitalny okres, w Europie szalały Real, Valencia i Barcelona, a życiową formę osiągnęli nietuzinkowi przecież piłkarze jak Mendieta, Canizares, Albelda, Raul, Morientes, Helguera czy Baraja, to barierą nie do przebrnięcia był poziom ćwierćfinału. Reprezentacja Hiszpanii targana niemiłosiernie wewnętrznymi konfliktami grała pięknie jak nigdy, przegrywając jak zawsze. Dopiero Luis Aragones w sposób znany tylko jemu i być może del Bosque zjednoczył skłóconych z powodu pochodzenia, barw klubowych czy boiskowych spięć hiszpańskich artystów. Na czas gry w barwach reprezentacyjnych wszystko zostaje z boku, odepchnięte w kąt na czas nieokreślony. Do umiejętności dochodzi nadzwyczajna mobilizacja doprawiona świetną atmosferą. Kadra jest odskocznią od klubowego marazmu. Reprezentacja to reprezentacja, klub to klub. Nie należy łączyć jednego z drugim, bo gdyby było inaczej to piłkarze Barcy i Realu, Chelsea i ManUtd czy BVB i Bayernu pozabijaliby się na pierwszych wspólnych zajęciach.

Zastanawiałem się nad wyróżnieniem czips7’a, który jako jedyny spróbował w sposób najbardziej literacki odpowiedzieć na pytanie nr 2, ale nie zołałem wyobrazić sobie ani pogody jak z filmów Hitchcock'a teraz w Barcelonie, ani miotającego przekleństwa Iniestę. Każdego, ale nie jego. Więc nie nagradzam, a tylko gratuluje inwencji i zapraszam do przyszłych konkursów literackich:p

Łukasz Mizeracki, shithappens8 i tomassino-1otrzymują ‘Barca. Za kulisami najlepszej drużyny świata’, a eMJot, ytseman23 i tomash33 - z racji poruszonego tematu - ”Sekrety La Roja’ o zdobyciu przez Hiszpanów mistrzostwa Europy i świata, napisaną przez Miguela Angela Diaza, korespondenta dziennika ‘Marca’ na Euro 2008 i mundial w RPA. Panowie, przysyłać na mejla adresy to wyślę nagrody! Dziękuję wszystkim i do następnego konkursu!



Tagi: konkursy
14:41, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 maja 2012

Ostatnio na polskim rynku ukazuje się tyle książek o futbolu, że nie nadążam z czytaniem. W kolejce czekają „Sekrety La Roja” o mistrzostwie i świata reprezentacji Hiszpanii, którą zamierzam zabrać na grupowanie reprezentacji do Austrii, bo przecież trzeba ją przeczytać przed Euro 2012, podobnie jak biografię Robina van Persie, którego właśnie w sondzie Futboilmag’a wytypowałem na króla strzelców turnieju. Kończę czytać „Deynę” Stefana Szczepłka, na szczęście „Pod Presją” Jurka Dudka to tylko 200 stron... (wkrótce opublikuje tu rozmowy z oboma autorami). Tymczasem do księgarń trafia właśnie „Barca. Za kulisami najlepszej drużyny świata” i wierzcie mi, że jest to jedna z lepszych książek o futbolu jakie czytałem w życiu. Twierdzę tak nie dlatego, że przetłumaczyłem ją wspólnie z kolegą ze Sport.pl, Piotrkiem Czernickim-Sochalem. Autorowi, szkockiemu dziennikarzowi Grahamowi Hunterowi, który od 10 lat mieszka w Barcelonie (jest korespondentem UEFA.com i FIFA TV) wyszła naprawdę fascynująca, napisana z podziwem dla fenomenu Barcy Pepa Guardiolli ale nie na kolanach i z blaugranowym zaślepieniem, książka.

Mnóstwo tu ciekawych, nieznanych mi historii np. jak dyrektorzy Barcy udali się w 2007 roku z tajna misją do Lizbony na spotkanie z Jose Mourinho (zwolnionym z Chelsea), którego klub rozważał jako głównego kandydata do zastąpienia Franka Rijkaarda. Portugalczyk dokonał tak perfekcyjnej prezentacji w powerpoincie, wykazując przyczyny ówczesnego kryzysu Barcy i plany naprawy, że dyrektorzy (wśród nich Txiki Begiristain) byli pewni, że z Mourinho drużyna z miejsca zaczęłaby odnosić sukcesy. A jednak obaj powiedzieli zarządowi, że Portuglaczyk nie jest trenerem dla Barcelony i rekomendowali powierzenie tej funkcji niedoświadczonemu Guardioli. Najciekawsze w tamtej rozgrywce było to, że sam Guardiola przekonywał na pewnym etapie prezesa Barcy, że najlepszym rozwiązaniem dla klubu były... Mourinho, a nie on.

Niezwykle ciekawe i świetnie napisane są opowieści o zawodnikach. Krótki rozdział poświęcony Andresowi Inieście jest sto razy ciekawszy niż jego autobiografia, która pojawiła się na polskim rynku jako pierwsza z serii książek piłkarskich. Los Iniesty splatające się z losami innego 14-latka przyjętego razem z nim do La Masii - Jorge Troiteiro (tak naprawdę Iniestę przyjęto w tym wieku, łamiąc klubowe reguły, bo wymusił to ojciec Troiteiro) to coś wspaniałego.

Zacytuję tu ulubiona anegdotę o pierwszym treningu 16-letniego Iniesty z pierwszą drużyną Barcy. Jej ówczesny trener, Lorenzo Serra Ferrer (...) nasłuchał się tylu pochwał na temat młodego Andresa, płynących z akademii, że postanowił sam przyjrzeć się z bliska nastolatkowi, o którym jest tak głośno. To, co stało się, gdy w lutym 2001 roku poprosił administratora pierwszego zespołu, Carlesa Navala, żeby oznajmił Inieście o promocji i sprowadził go na trening przeszło do legendy, ale jest absolutnie prawdziwe. Naval zadzwonił do La Masii i poprosił administratora, żeby przekazał radosną wieść Andresowi. Następnego dnia rano Iniesta miał się stawić na treningu pierwszej drużyny na Camp Nou, dokładnie 100 metrów od budynku La Masii, w którym mieszkał. Kłopot polegał na tym, że nawet nie marzył o tym, że pierwszy skład tak szybko stanie przed nim otworem, nigdy wcześniej nie był w szatni na Camp Nou i nie miał pojęcia gdzie się ona znajduje. Szukając jej w rozległych zakamarkach Camp Nou kompletnie się zgubił. Poszedł więc do posterunku ochrony przy głównym wejściu, przepchnął się przez tłum turystów, kłębiących się w oczekiwaniu na zwiedzenie słynnego stadionu, stanął przed barierką i poprosił o pomoc. Strażnik nie był pewny czy ten mały chłystek, twierdzący, że przyszedł na trening pierwszego zespołu, nie próbuje go wkręcić i kazał mu zaczekać. Na szczęście przed wejściem pojawił się Luis Enrique, rozpoznał chłopaka i zaofiarował się być jego przewodnikiem w drodze do szatni. Typowy Iniesta – spokojny, opanowany, podejrzewający w duchu, że ktoś robi mu złośliwy żart, ale gotowy.

Świetny jest rozdział o dwójce środkowych obrońców Barcy, Carlesie Puyolu i Gerardzie Pique, ludziach z dwóch innych światów (Puyol wychował się na wsi w takiej biedzie, że hantle musiał sobie robić sam, napełniając piachem skarpety i sznurując je na końcu - Pique, wnuk wiceprezydenta Barcy, na salonach - pamiętna historia jak przedstawiono go Luisowi van Gaalowi, który pchnął chłopaka, przewrócił na dywan i orzekł, że nie nadaje się do futbolu), którzy jednak pomogli sobie nawzajem - Puyol młodemu koledze na boisku, Pique - starszemu poza nim, otwierając go na świat. Znajdziecie tam ciekawy portret psychologiczny Guardioli, który ułatwi zrozumienie jego decyzji o usunięciu się z klubu po czterech latach pracy.

 

Wylęgarnia talentów

Kto wie czy najciekawszy nie jest rozdział dokładnie omawiający funkcjonowanie słynnej akademii La Masia, który przetłumaczyłem jako Wylęgarnia talentów, bo fakt, że w finale mistrzostw świata występuje ośmiu wychowanków klubu wydał mi się tyleż pełen podziwu co przerażający. Hunter opowiada nie tylko historię La Masii, m.in. to jakich zmian dokonał w niej Johan Cruyff (wielu mylnie wydaje się, że to on ją założył, gdy przyszedł do klubu jako trener w 1988), przed nim bynajmniej nie panował w akademii etos pięknej, ofensywnej gry, ale - jak wspomina były partner Cruyffa z ataku, późniejszy trener i odkrywca talentu Leo Messiego, Charly Rexach nasz futbol był brzydki, smutny i przede wszystkim za bardzo siłowy. Nie było w nim miejsca na kreatywność i wyobraźnię. Liczyło się tylko bieganie. Jeśli dużo nie biegałeś, nie grałeś. Robiło mi się niedobrze od wysłuchiwania, że piłkarz po meczu musi być mokry od potu. ‘Musicie być gotowi umrzeć dla tych barwa’ - słyszeliśmy bez przerwy. A ja myślałem sobie: ‘Mam 20 lat i chcę mieć przyjemność z gry w piłkę. Jestem za młody, żeby umierać’. ‘Idźcie i ubrudźcie porządnie koszulki’ ‘Sukinsyny! A przecież dobry futbol gra się nogami. Jeśli nie byłem spocony po meczu, to dlatego, że grałem więcej i mądrzej”(...)

Hunter opisuje czym kierują się dziś skauci Barcy, wyszukując w świecie idealnych kandydatów do barcelońskiego systemu. Czym jest owe słynne DNA Barcy, którego usiłują dostrzec w młodych chłopakach. Skaut Barcelony szuka w młodym chłopaku tych samych umiejętności, które będą później niezbędne do gry w pierwszej drużynie Guardioli. Jaki ma przyjęcie piłki? Czy potrafi utrzymać piłkę? Jak szybko potrafi przeczytać sytuację na boisku i czy jest w stanie podjąć decyzję, będąc pod presją? Czy ewentualny przyszły skrzydłowy potrafi grać jedną czy obiema nogami? Czy chce i umie stosować pressing, gdy jego drużyna jest bez piłki? Czy środkowy obrońca ma wystarczające umiejętności, by móc zagrać w ataku?

Okazuje się niezwykle ważną rzeczą, na jaką zwracają uwagę skaucie jest m.in. to, że nie lubią rozstawać się z piłką, mają ja przy sobie cały czas i owładnięci są obsesją grania i ćwiczenia kiedy tylko się da. Pep Guardiola grał nieustannie na placu w Santpedor gdzie dorastał, używając drzwi do sklepowych garaży jeśli akurat nie toczył się gdzieś prawdziwy mecz. Mieszkańcy miasteczka nieustannie przeganiali go i jego kumpli. Już jako trener Barcelony powiedział tak: „Część zdolności technicznych zawodnika jest wrodzona, ale jeśli ktoś od małego spędza dzień w dzień po pięć, sześć godzin latając za piłką, to bardzo to rozwija. Problem z dzisiejszymi dzieciakami, zwłaszcza tymi z wielkich miast polega na tym, że mają kontakt z piłką właściwie tylko na treningach, czyli najwyżej przez zaledwie półtorej godziny i to nie codziennie”.

Carles Puyol był identycznym dzieciakiem, uganiającym się za piłka w Pobla de Segur. Mimo, że do 14 roku życia ani razu nie zagrał z porządnej, dobrze zorganizowanej drużynie jedenastoosobowej, zawsze miał przy sobie piłkę i niezmordowanie ćwiczył umiejętności długimi godzinami, dryblując wokół domu.

Xavi Hernández także długimi godzinami ćwiczył i wypracowywał coś, co sam nazywa „obsesją kontrolowania piłki”.

Laureano Ruiz to legendarne nazwisko w Barcelonie. Był wizjonerem jeśli chodzi o szkolenie młodzieży przed pojawieniem się Cruyffa i zostawił po sobie anegdotę, która świetnie ilustruje jak dużą wartość nadawano w klubie miłości do futbolu. Któregoś razu Ruiz przyglądał się testom młodych katalońskich dzieciaków, które zaludniły gęsto całe boisko. Już myślał, że ten dzień będzie stracony, bo żaden z chłopaków nie zrobił na nim wrażenia, gdy dostrzegł, że jeden z maluchów trzyma się z boku i z pasją odbija piłkę o ścianę szatni. Ruiz zapytał chłopca, co tam robi, a mały odparł, że czeka na tatę.

Dyrektor La Masii postanowił zaufać swemu nosowi i zapytał trenerów, którzy zorganizowali testy, kim jest ten chłopiec i jak wypadł w testach. Usłyszał, że mały nie spisał się zbyt dobrze i został odrzucony. Ruiz poinformował ich, że instynkt podpowiada mu, by dać chłopcu szansę, bowiem młodziaka, który z taką pasją podchodzi do futbolu, nie powinno się odsyłać bez porządnego sprawdzenia. Okazało się, że mały przebrnął testy. Był to Albert Ferrer. Gdy po latach, wywalczył z drużyną Puchar Europy na Wembley w 1992 roku, potwierdziło się, że tamtego dnia nos rzeczywiście nie zawiódł Ruiza.

Barcelońskie dziady

Ogromne znaczenie w rozwoju piłkarza Barcelony ma ćwiczenie bardzo prostej gierki, zwanej w Katalonii rondo (na którą my w Polsce mówimy dziad). Na pewno widzieliście ja nie raz, a może nawet sami próbowaliście. Grupa zawodników, zwykle siedmiu lub ośmiu ustawia się w kółko, dwóch wchodzi do środka. Ci na zewnątrz podają do siebie piłkę, ci w środku starają się ja przechwycić, zablokować, przejąć na nią kontrolę, przerywając strumień podań. Legenda Barçy mówi, że to , Ruiz wynalazł i zaszczepił w klubie to ćwiczenie jako podstawę każdego treningu.

Pierwszym i podstawowym zadaniem barcelońskiego dziada jest nauka dokładnego, precyzyjnego podawania pod presją, gdy rywal naciska, a piłkę wolno uderzyć tylko raz. Jednocześnie jest to dobre ćwiczenie na inteligentną presję i mądre naciskanie rywala z piłką. Dwaj piłkarze w środku dla lepszej efektywności muszą ze sobą współpracować, koordynować swe działania, żeby nie biegać między zawodnikami zewnętrznego okręgu jak kot z pęcherzem. Po trzecie, ponieważ w końcu każdy zawodnik trafi do środeczka, jest to świetne ćwiczenie na budowę kondycji, idealnie odpowiadające stylowi gry Barçy. Po czwarte zaś dziad świetnie buduje team spirit, czyli ducha drużyny. Jednoczy zawodników stojących w kręgu i starających poprzez współpracę nie oddać piłki obrońcom.

Kiedy patrzy się jak zawodnicy Barcy wykonują rondo, widać, że nie jest to tylko zabawa, bo rywalizacja między nimi i determinacja jest taka sama jak w gierkach pięciu na pięciu, stosowanych na treningach Manchesteru United, Arsenalu, Milanu czy Bayernu Monachium. Zapewnie nie raz widzieliście przed meczem jak piłkarze Barcy ustawiają się koło i myśleliście sobie: tak to i ja bym umiał”, ale wierzcie mi, że wersja podczas rozgrzewki jest dziesięć razy wolniejsza niż i mniej intensywna niż to co zawodnicy wyczyniają na codziennych treningach.

Za każdym razem piłkarze stojący w kręgu starają się pobić rekord kolejnych podań i czasu potrzebnego na odebranie im piłki. „Dziad” ma mnóstwo różnych odmian, z różna liczbą uprawnionych dotknięć piłki, różną liczbą obrońców, zakazem podawania do stojącego najbliżej zawodnika itd. Spoglądając jak zawodnicy Barcy uwijają się przy rondzie, łatwiej zrozumieć anegdotę, często przytaczaną przez Xaviego o jego gierkach w czasach juniorskich. Charly Rexach miał zwyczaj wrzeszczeć na swoich chłopaków: „Nie jedno podanie! Pół podania!!”

Te pół podania to właśnie DNA Barçy. Popatrzcie na mecz Barce­lony z Arsenalem w Lidze Mistrzów z marca 2011 roku i gola jakiego zdobył Xavi. Było 1:1 gdy Iniesta przedryblował na pełnej szybkości Tomáša Rosický’ego, Abou Diaby’ego i Johana Djouroua. Wglądało na to, że poda bezpośrednio Xaviemu, ale on zmylił wszystkich podając do Davida Villi, który jednym szybkim pchnięciem odegrał Xaviemu. Takie rozegranie akcji uniemożliwiło Laurentowi Koscielnemu powstrzymanie Xaviego. To, co zrobił Villa to właśnie owe „pół podanie”, którego domagał się od dzieciaków Rexach 10 lat wcześniej.

Taka gra to nie jest coś wyjątkowego w futbolu, ale Barcy wychodzi znacznie lepiej niż innym, bo nauka gry w „dziada” i „pół podania” to nieodłączna część szkolenia piłkarz w La Masii. Xavi wyjaśnia to w następujący sposób: „Od dziecka jesteśmy uczeni, żeby instynktownie wiedzieć kto znajduje się wokół nas zanim jeszcze dostaniemy piłkę. Dzięki temu jesteśmy gotowi jednym szybkim ruchem przedłużyć piłkę w ciągu ułamka sekundy.”

Znakomitą kontrolę nad piłką, dokładność podań, a przy tym wszystko z prędkością krążka hokejowego tacy piłkarze Barçy jak Iniesta, Xavi, Messi czy Pedro wynieśli z gry w „dziada”. Podczas swojej kariery rozegrają jeszcze dziesiątki tysięcy takich krótkich podań.

Dla trenerów młodzieżowych Barcy podglądanie gry w rondo jest jak dla lekarza włożenie termometru pod pachę dziecka. Jeśli zobaczy, że komuś nie wychodzi „dziad”, często traci piłkę, albo nie jest w stanie wyjść z koła, to wie że coś się dzieje. Teraz trzeba tylko ustalić czy chodzi o psychikę, kondycję fizyczną, może jakiś uraz, pewność siebie, koncentrację. Ale dostaje bardzo wyraźny sygnał, że coś jest nie tak z piłkarzem.

Arnau Riera był kapitanem Barçy B, w czasie, kiedy przez krótką chwilę grał w tej drużynie Leo Messi. Arnau trafił do La Masii w dość późnym wieku, więc tym większe uznanie, że okazał się wystarczająco utalentowany, żeby zasłużyć sobie na tę szansę. Przyznaje jednak, że było mu niezwykle trudno z miejsca odnaleźć się w tak wysokiej kulturze piłkarskiej, zwłaszcza podczas gry w „dziada”. Do każdej gierki podchodził z onieśmieleniem. „Podczas pierwszych zabaw w rondo nie byłem w stanie nadążyć za chłopakami. Obserwowałem, że niektórzy zawodnicy jak Thiago Motta bez wkładania w to najmniejszego wysiłku wypadają o niebo lepiej ode mnie. Zadzwoniłem do taty i powiedziałem mu, że się tu nie utrzymam, bo pozostałe dzieciaki są daleko, daleko przede mną. Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką trenerzy starają się osiągnąć w La Masii, to sprawić, żeby przyszli piłkarze Barcy potrafili myśleć na boisku szybciej niż rywale. Właśnie do tego najlepsza jest gra w „dziada”. Poprawia przyjęcie, precyzję podania, kondycję i technikę, ale przede wszystkim pomaga nam błyskawicznie podejmować właściwą decyzję i przewidywać co się za chwilę stanie” - mówi Riera.

Dziś o raz więcej klubów przechodzi na podobną filozofię pracy z młodzieżą i nacisk na rozwój techniki gry, kiedy jednak oglądam ronda na treningach czy rozgrzewkach drużyn Premier League, widzę, że nie mają one nic wspólnego z poprawianiem doskonałości przyjęcia, szybkości odegrania czy technicznej maestrii jak to ma miejsce w Barçy. Jeden z działaczy Angielskiej Federacji Piłkarskiej (FA powiedział mi tak: „U nas wciąż postrzega się grę w dziada jako ćwiczenie dla zabawy i rozluźnienia przed meczowym stresem”.

 

KONKURS: 'BARCA. ZA KULISAMI' DO WYGRANIA

Mógłbym tak dalej i dalej, ale nie starczy miejsca... Tradycyjnie mam do rozdania trzy książki dla odwiedzających Polsport z dedykacją tłumacza (czy). Ale że nie mam czasu na zorganizowanie konkursu literackiego (Euro 2012 zbyt blisko), zróbmy to tak. Kto najciekawiej odpowie w komentarzu na jedno z tych pytań, ten dostanie książkę:

1. Czy odejście Guardioli to zamknięcie cyklu, koniec najlepszej drużyny świata i jej dominacji w europejskim futbolu, wypełnienie tezy słynnego węgierskiego szkoleniowca, Beli Guttmanna, o tym, że każda wspaniała drużyna kończy swój żywot po trzech sezonach?

2. Czy pewne, wyraźnie widoczne obniżenie formy czołowych piłkarzy Barcelony w końcówce sezonu jak Xavi, Inietsa, Puyol, Pique, Pedro, Fabregas będzie miał wpływ na obronę mistrzostwa Europy Hiszpanii?

3. Kto powinien dostał nagrodę Złotej Piłki, Leo Messi, który pobił  rekord Gerda Muellera, zdobywając w sezonie 73 gole, ale nie zdobywając mistrzostwa Hiszpanii, czy Cristiano Ronaldo, który strzelił goli mniej, ale przekroczył barierę 50 bramek, co pomogło jego realowi Madryt odzyskac mistrzostwo kraju i przerwać dominację Barcy?



Tagi: konkursy
18:12, francuski_lacznik , Co się wydaje
Link Komentarze (79) »
środa, 02 maja 2012

Nasz mały konkurs na piłkę Tango 12 z autografem Naniego wygrywa giuly87 za inspirujące pytanie o tajemnicę wybitnych, światowej klasy skrzydłowych ‘produkowanych’ przez Sporting Lizbona jak Paolo Futre, Luis Figo, Cristiano Ronaldo i właśnie Nani. Sam bym na takie nie wpadł, rzeczywiści inspirujące i zadałem je choć właściwie było nie na temat - rozmawialiśmy głównie o Euro 2012. Nani odpowiedział, że Sporting nie nastawia się na szkolenie akurat skrzydłowych, ale zdolnych piłkarzy w ogóle, ze wkrótce doczekamy się nie tyle nowego Naniego, ale kolejnej gwiazdy futbolu z lizbońskiego klubu.

Jako, że konkurs odbywał się również na facebooku postanowiłem nagrodzić także jednego z podpowiadających tam, Bartka Kozłowskiego za pytanie o Wojtka Szczęsnego, któremu Nani strzelił gola oraz (znów podpowiadającego na Polsporcie) rossiego-4 za świetne pytanie czy piłkarski rollercoaster, jakiego byliśmy świadkami w tym sezonie to jednorazowy wybryk czy tez początek nowego trendu (obaj dostajecie pachnące farbą drukarską książki, których nawet nie zdążyłem porządnie przejrzeć - Sekrety La Roja, o kulisach mistrzostwa świata i Europy Hiszpanii oraz biografię Robina van Persie - wszystkich zwycięzców proszę o adresy na mejla!). Niestety mam wrażenie, że pytania były lepsze niż odpowiedzi, ale trzeba pamiętać, że poprzedniego wieczoru Nani poniósł wraz z Manchesterem United drugą największą porażkę w sezonie, a może nawet i bardziej bolesną niż 1:6 na Old Trafford. Tamta była szokiem, ale niczego jeszcze nie przesądzała. Dominacja Manchesteru City podczas poniedziałkowego 0:1 i zupełna bezradność MU nie tylko musiałby boleć, ale i podkopały wiarę piłkarzy w zdolności Sir Aleksa Fergusona, który sadzając na ławce Antonio Valencię i Ashley’a Younga zaprzeczył filozofii drużyny, odebrał jej styl, ale jego strategia poniosła klęskę (za chwilę dowiemy się czy w całym sezonie).

Nic więc dziwnego, że podczas naszego spotkania z okazji premiery nowych butów Adidas Predator Lethal Zones Nani nie był w humorze i wszystkie spektakularne ćwiczenia wykonywał najgorzej z trójki piłkarzy, a rywalizował z gwiazdą City (choć ostatnio nie na boisku) Edinem Dżeko i kolegą z drużyny Tomem Cleverley’em, potencjalnym następcą Paula Scholesa, jeśli ten znów uda się na emeryturę. A zabawa powinna być przednia, bo jak widać na zdjęciach chłopaki to strzelały na czas do kosmicznie oświetlonego celu, to armata wystrzeliwała piłki, a ich zadaniem było jak najlepiej przyjąć i uderzyć na bramkę, to mierzono im siłę uderzenia, strzelali do sylwetek, które wybuchały jeśli dobrze trafili, wreszcie dryblowali z piłką wokół fontann, wykazując niezwykłą przyczepność nowych butów (ciekawe czy na Euro 2012 będzie padać?). Na turnieju zagrają w nich także van Persie, Xavi, Sami Nasri, Iker Casillas i pewnie ktoś jeszcze...

Odbyłem za to króciutką rozmowę z Dzeko, który nie dość, że okazał się przemiły i elokwentny to jeszcze wykazał się zaskakującym stanem wiedzy na temat dramatycznej końcówki naszej Ekstraklasy i szans poszczególnych drużyn na mistrzostwo Polski. Póki co, możecie tylko zgadywać jakim dwóm drużynom życzy mistrzostwa i czy uważa, że Robert Lewandowski powinien przeprowadzać się z Borussii na Wyspy. Opublikuje wywiad z Bośniakiem jak tylko go zmontujemy...

 

 



Tagi: konkursy
15:44, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Dziwna to sytuacja - Derby Manchesteru obejrzę w domu w telewizji, za to we wtorek bladym świtem wskakuję w samolot do Manchetseru i lecę na spotkanie z kilkoma głównymi bohaterami meczu, który prawdopodobnie rozstrzygnie losy mistrzostwa Anglii. Czy będzie 20 tytuł w historii dla Czerwonych diabłów, czy pierwszy od 44 lat dla Citizens? Niby City w razie wygranej musi jeszcze pokonać na wyjeździe Newcastle Utd i broniące się pazurami przed spadkiem QPR, co nie będzie wcale proste, podczas gdy United ma dwa łatwe i przyjemne mecze ze Swansea i Sunderlandem, ale nie chce mi się wierzyć, że piłkarze Roberto Manciniego mogli po zwycięstwie w Derbach wypuścić z rąk tak długo wyczekiwaną okazje. Zresztą skoro Sir Alex Ferguson mówi, że kto wygra Derby, ten zdobędzie tytuł, to trzeba uznać, że Roma lucta, causa finita. Nie jestem w stanie wskazać faworyta tego spotkania, ani stwierdzić czy bohaterem znów okaże się ściągnięty z emerytury Paul Scholes, czy decydującego o tytule gola strzeli ten, który miał już nigdy nie zagrać w tym klubie, czyli Carlos Tevez, czy na wyżyny wespnie się David de Gea, którego talent jedni chwalą, drudzy zaś obwiniają o to, że MU jeszcze nie zapewnił sobie tytułu? Jeśli czegoś jestem pewien, to tylko tego, że nie będzie 6:1 jak na jesieni. W żadną stronę. Ten sezon jest szalony, i na Wyspach i w Europie, padło już tyle sprzecznych z logiką wyników (8:2 i 1:6 i 4:4 na Old Trafford, 3:5 na Stamford Bridge, 2:2 na Camp Nou, by wymienić najbardziej szokujące), ale gdzieś są jakieś granice.

Czy lepiej byłoby obejrzeć mecz na żywo z Etihad Stadium, ale za to nie spotkać się na wywiad z Nanim, Ednem Dżeko, Tomem Cleverley’em, może Samirem Nasrim i kto tam jeszcze zjawi się na prezentacji nowego Predatora firmy adidas, bo z tej okazji jadę, sam nie wiem? Postanowiłem wszelako zrobić szybki konkurs. Wymyślcie pytanie do Naniego (z potencjalnych rozmówców to on wydaje mi się najciekawszą postacią), na temat MU albo reprezentacji Portugalii, tego sezonu Premier League albo Euro 2012, jego obecnego kumpla z klubu Wayne Rooney’a albo byłego, Cristiano Ronaldo. Do wyboru, do koloru. Wybiorę najciekawsze, zadam piłkarzowi, a jego autor otrzyma w nagrodę piłkę Euro 2012 - Tango 12 z autografem Naniego. Bawicie się? To poproszę pytania w komentarzach, uwaga, każdy tylko JEDNO! Czeka do jutra do godziny 12. GMT...

 

Czy bohater naszego konkursu znajdzie się dziś wieczór w takiej ekstazie, czy wręcz przeciwnie, będzie wśród zdesperowanych...?

Tagi: konkursy
15:15, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (84) »
wtorek, 24 kwietnia 2012

 

Ależ to był trudny werdykt do podjęcia! Kandydatów na podium było naprawdę wielu. Znów postanowiłem przyznać dwie pierwsze nagrody i już wyjaśniam, dlaczego. O sukcesie, zupełnie jak w dzisiejszym futbolu, zadecydowały drobne detale. Pamiętajcie, że nasz konkurs to konkurs LITERACKI, jury oceniało więc nie tylko spektakularność upadku i wielkość upadłego idola, ale i warsztat, pomysł na opis. Pod względem literackim wymiótł Michał Zachodny, który idealnie oddał nam stan umysłu Patryka Małeckiego, sprawa świeża, wszyscy mamy ją w pamięci. A jednak miałem opory z przyznaniem mu bezwzględnego pierwszego miejsca, bo umówmy się, że ciężko Małeckiego nazwać idolem. Owszem, jeszcze ubiegłej wiosny, jeszcze jesienią do rewanżu z Apoelem Nikozja wydawał się ważną, charyzmatyczną postacią Wisły, ale określenie idol w stosunku do niego, zgrzytało. Dlatego pierwsze miejsce postanowiłem przyznać także innej, równie świetnie napisanej notce i z bardzo ciekawym pomysłem. Jej autorem jest Baltonka, a na werdykt nie miał wpływu fakt, że obok opisanego przez nią idola siedziałem wczoraj podczas wieczoru autorskiego Andrzeja Iwana, który zaprezentował nam swą wstrząsającą biografię „Spalony” i słuchając jego żartów i opowieści, miałem notkę w pamięci. Jak zobaczycie w zamieszczonym poniżej werdykcie triumfatora poprzedniego konkursu, Piotrka Dygi, on także najwyżej ocenił właśnie te notki, a i z ezopowych fraz scv78 (gruchnięcie z samolotu po awarii spadochronu i Gonzo z Muppetów wystrzelony z armaty, przebija kopułę cyrku) wnioskuję, że i on wysoko je ceni:). Zwycięscy autorzy zamiast autobiografii Wayne Rooney’a jak planowałem otrzymują Spalonego z autografem jej bohatera (chyba, że wolą inaczej, wówczas proszę o mejla, ale wierzcie, że to odrobinę lepsza książka:), a w dodatku jeszcze jej nie ma w księgarniach).

Dwa drugie miejsca (i autobiografie Rooney'a z autografem tłumacza) postanowiłem przyznać za notki o spektakularnie zmarnowanych rzutach karnych przez dwóch wieeeelkich piłkarzy. Obie świetnie napisane, nie umiałem wybrać lepszej, choć może ytseman23 w Rysie o Roberto Baggio miał ciekawszy pomysł, odliczając kroki Włocha do feralnej jedenastki. Z drugiej strony karny zmarnowany przez Kazimierza Deynę na mundialu w 1978 roku, opisany przez Mateusza Janiaka w notce Jubileusz to najsłynniejsze pudło z 11 metrów w historii polskiego futbolu. I żeby było ciekawie rozmawiałem o nim wczoraj ze Zbigniewem Bońkiem na wspomnianym wieczorze Iwana, który odegrał pewną rolę w upadku Deyny, ale nie zgadza się interpretacją zaprezentowaną przez bohatera Spalonego. A jego zdaniem słowa 22-letniego Bońka do 31-letniego Deyny, rozgrywającego 100 mecz w kadrze Kaziu, jak się boisz strzelać, to ja uderzę... mogły być zemstą za bolesne razy podczas chrztu, zgotowanego młodemu, butnemu chłopakowi przez Orły Górskiego. (...) Nie wiem czy chciał Kazka wyprowadzić z równowagi, czy faktycznie - z dobrego serca - zaofiarował pomoc i sądził, że uderzy lepiej, ale raczej zdawał sobie sprawę, że takich słów na boisku się nie wypowiada. Jeśli istnieją jakieś niepisane zasady, to jedną z nich jest: nie wywołuj niepewności u zawodnika, który szykuje się do wykonania jedenastki. Jeśli dodatkowo jesteś „kotem”, nie waż się w ten sposób odezwać do starego. 22-letni Boniek, wbijając szpilę 31-letniemu Deynie, te reguły ostentacyjnie złamał. Tak samo jak reguły życia w zespole złamał Deyna, spuszczając Bońkowi bezlitosne lanie w czasie chrztu. Nie byliśmy drużyną - pisze Iwan, dając jednocześnie odpowiedź dlaczego biało-czerwoni mimo iż mieli silniejszy skład niż w 1974 roku ponieśli klęskę.

Trzecie miejsce dla Adama Kisiołka za Nagiego Króla i opis chyba największego i najbardziej bolesnego dla nas upadku.

Postanowiłem też przyznać prywatne wyróżnienie Quentinowi za błyskotliwy Plan doskonały, którego jednym z bohaterów okazał się... nasz konkurs! Otóż ja też ma swój plan doskonały: od lat czytuję oba świetne blogi Quentina, piłkarski i filmowy, jego poemat o Wolskim cytowałem w Newsweeku, a nigdy go nie poznałem osobiście. Quentin wygrywa srebrną piłkę Hugo Bossa z autografem polskiej twarzy tej renomowanej firmy - Kuby Błaszczykowskiego, którą nie dalej jak wczoraj wydębiłem od kapitana naszej kadry podczas spotkania w warszawskiej Arkadii. Warunek jest taki, że Quentin musi odebrać ją osobiście w redakcji Sport.pl na Czerskiej! :p

I to by było na tyle. Raz jeszcze dziękuję za wszystkie notki, dziękuję recenzentom pavlocebo i scv78, do których także wysyłam książki jak tylko dostanę mejlem adresy. A teraz kilka słów od jednego z jurorów, Piotra Dygi:

Sporo było niezłych artykułów. Co najmniej trzy zasługiwały na zwycięstwo, moim zdaniem wygrywa ten, który najlepiej wpasował się w szczelinę oddzielającą efekciarstwo od efektowności. Nie sztuką jest napisać dobry tekst. Sztuką jest napisać tekst wartościowy. Notka Baltonki ma tę wielką zaletę, że nawet ktoś, kto nie zna historii bohatera, jest w stanie bez problemu zrozumieć, o co chodzi.

8,5/10
Bez trudu (Baltonka)
– na początku sądziłem, że ta pierwszoosobowość zniweczy trud autora, ale nie. Tekst jest taki, jaki powinien być. Brawa za utrzymanie tego w ryzach. Widać, że autor panuje nad tym, co pisze.

8/10
Małecki (Michał Zachodny)
– napisane świetnie, wciągające i ogólnie bardzo przyjemne, ale mam delikatne wrażenie, że gdzieś w połowie drogi troszkę zgubił się sens i koncept.

Plan doskonały (Quentin) – ot, zagwozdka. Tekst świetny, zaskakujący, zabawny i tak dalej, ale… Ale ciut przekombinowany. Z inaczej rozłożonym ciężarem byłoby troszkę lepiej.

7,5/10
Jubileusz (Matusz Janiak)
– kawał naprawdę dobrego tekstu. Ciekawe, obrazowe i tylko sporadycznie przesadzone opisy.

Upadam, wciąż upadam (Damian Szot) – dobre. Dobre nawet nie tyle warsztatowo, co bardziej merytorycznie. Celna analiza. Trafne wnioski podane w znośnej formie.


Jeśli miałbym wytypować trzy najlepsze, to na drugim miejscu byłby tekst o Małeckim, a dopiero potem ten o Peszce.

Ocenę reszty tekstów wrzucę w komentarzach. Wciągnąłem się w to sprawdzanie i skomentowałem każdą notkę



Tagi: konkursy
09:50, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (10) »
czwartek, 19 kwietnia 2012

Ostatnie notki konkursu na idola upadłego ukazują się w chwili, kiedy byliśmy świadkami, jak dawny, wielki idol, nie upadły, ale postarzały, zakurzony, wypychany z klubu właśnie zebrał się do kupy i przypomniał lata dawnej świetności. Didier Drogba, słaniający się, padający z grymasem bólu na murawę częściej niż jego Chelsea wymieniała podań dał The Blues sensacyjne zwycięstwo z TĄ Barceloną. Najgorzej grającym The Blues w erze Romana Abramowicza, którzy w Neapolu wyglądali jakby ktoś zaprosił ich nie do tych rozgrywek co trzeba, drżących o udział w przyszłej Lidze Mistrzów! Drogba niczym stary bokserski mistrz, którego historię już tyle razy widzieliśmy w filmach, obrywa, słania się, opiera o liny, ale zadaje ten jeden jedyny, decydujący cios! Brawo Drogba i koledzy, brawo tymczasowy trener Roberto di Matteo - jak widać w Chelsea im bardziej tymczasowo tym lepiej w Lidze Mistrzów (vide Avram Grant i Guus Hiddink). Tym niemniej faworytem do gry w finale pozostaje dla mnie Barca. Oddała 24 strzały (przy czterech, w tym dwóch celnych gospodarzy), Leo Messi strzelał, dryblował podawał, zabrakło jej wyłącznie skuteczności. Jeśli na Camp Nou przyjdzie, Barca przejedzie się po Chelsea jak po Arsenalu w 1/8 finału ubiegłej edycji (po porażce na Emirates 1:2). Tyle tytułem wstępu, a teraz już czas na notki, recenzenci proszeni są o recenzje (dobrze byłby jakby scv78 podesłał jakąś skalę, którą mierzyć jego oceny, bo ciężko się w nich połapać;). Jury udaje się na obrady. Werdykt w poniedziałek, bo szykuje nam się pasjonujący weekend: Legia - Lech, Arsenal - Chelsea, Barcelona - Real Madryt i świętowanie Majstra przez chłopaków z Borussii Dortmund (panowie, uważajcie na paparazzich, bo będzie bieda!).

 

Rysa
ytseman23


Piłka jest ustawiana na jedenastym metrze dokładnie, powoli, z pietyzmem. Nie ma tu miejsca na najmniejszy błąd. Następnie zawodnik powoli odmierza rozbieg. Z każdym krokiem przez jego głowę przelatują migawki wspomnień.

Krok pierwszy, drugi...
4 lata wcześniej. Gol z Czechosłowacją zdobyty po pełnym elegancji, 40-metrowym rajdzie z piłką. Jedna z najpiękniejszych bramek w historii MŚ. I gol z Anglią. Piłka “wykradziona” Shiltonowi. Stojąc trzy metry od bramki i mając wokół czterech obrońców, zachowuje stoicki spokój. Zwód na lewą nogę i bezlitosny strzał pod poprzeczkę.

Krok trzeci, czwarty...
Rok wcześniej. Zostaje wybrany Piłkarzem Roku FIFA. Zdobywa Złotą Piłkę.
Krok piąty, szósty...
12 dni wcześniej. Pierwszy mecz fazy pucharowej MŚ. W 88 min. zdobywa gola dającego dogrywkę. Perfekcyjnie wymierzony strzał z 16. metrów i piłka ląduje tuż przy prawym słupku bramki rywala. W dogrywce dobija przeciwników z rzutu karnego – także to uderzenie jest nie do obrony.

Krok siódmy...
8 dni wcześniej. Mecz ćwierćfinałowy z Hiszpanią. Do 87 min. jest remis 1-1. Wtedy następuje znakomite wyjście na wolne pole, spokojne minięcie bramkarza i celny strzał z ostrego kąta.
Krok ósmy, dziewiąty...
4 dni wcześniej. Półfinał z Bułgarią. Dwa gole w pięć minut. Uwolnienie się spod opieki jednego obrońcy, minięcie drugiego i uderzenie z 17. metrów. Piłka zatacza delikatny łuk i wpada do bramki. Za moment idealne wyjście na wolną pozycję i strzał z półobrotu. Futbolówka ląduje w siatce tuż obok prawego słupka.
Krok dziesiąty, jedenasty.
Zawodnik staje w miejscu. Rzuca okiem na sędziego i na bramkarza. Rusza w kierunku piłki. Dobrze wie, co chce zrobić. Bramkarz nie będzie miał szans. Wystarczy uderzyć równie precyzyjnie jak robił to w ostatnich dniach. Tylko tyle.

Strzał.
Wszystko jest tak, jak miało być. Bramkarz rzuca się w swoją lewą stronę, ale w ułamku sekundy orientuje się, że piłka jest poza jego zasięgiem. Uderzona mocno i dokładnie, pewnie zmierza pod poprzeczkę.

Na ułamek sekundy cały stadion zamiera.
Nie. Wszystko jest nie tak, jak miało być. Bramkarz wprawdzie pada na murawę, ale zaraz podrywa się z gestem triumfu. Piłka, uderzona mocno, ale niedokładnie, przelatuje nad bramką.

Następuje wybuch radości Brazylijczyków.
Oszołomiony Roberto Baggio tego nie słyszy. Nieważne staje się to, że niemal samodzielnie doprowadził Włochów do finału strzelając 5 z 6 goli zespołu w fazie pucharowej. Nieważne staje się to, że nawet gdyby trafił, to Brazylia miała w zanadrzu jeszcze jeden rzut karny. Nieważne są wszystkie strzelone bramki, nagrody i statystyczne sukcesy.

Zawiódł w kluczowym momencie. I tylko to się liczyło.
Na kolejnym Mundialu, po bramce strzelonej Chile z karnego powie: "I killed the Ghost of 1994 when I scored that penalty", ale nie wierzę w to. Wiem, że koszmarne wspomnienie “jedenastki” przestrzelonej na Rose Bowl siedzi w nim do dzisiaj. Że ta rysa na jego karierze czasami go prześladuje i dręczy. Wiem, bo dręczy mnie, a byłem przecież tylko kibicem.

 

Miałem kiedyś bohatera...

grmli

Pewna brytyjska piosenkarka z walijskiego miasteczka, rozsławionego także dzięki lokalnym bohaterom, których gra dostarcza obecnie mnóstwo frajdy kibicom „najciekawszej ligi na świecie”, wylansowała swego czasu pewien przebój, którego refren zawiera swanne : „I NEED A HERO!”. Rozpaczliwe wyznanie   jest zarazem zwerbalizowaniem pragnienia, które nosi w sobie każdy z nas. Bo któż z nas, nie ma swojego ulubionego bohatera? Chyba każdy ma taką osobą, którą posądza o nadludzkie wręcz możliwości, która jest dla nas wzorem, kogoś kim chcielibyśmy być ,gdy akurat znudzi nam się, na chwilę bycie sobą. I nie ważne czy tym kimś jest ktoś kto roznosi w proch bandę złoczyńców, nasz nauczyciel, nasza mama, czy facet który pół życia ugania się za skórzanym balonem.

A teraz wyobraźcie sobie Leonidasa, przystającego na propozycję Kserksesa. Wyobraźcie sobie Maximusa, który zgadza się by służyć zabójcy swojego ukochanego cesarza. Wyobraźcie sobie  Goku, który podstępnie zabija Vegetę; Papę Smerfa, który zdradza Gargamelowi drogę do wioski lub Batmana, który wraz z Jokerem zabija niewinnych ludzi albo Robin Hood’a, który okrada biednych płacąc za protekcję bogaczom…

To dla dzieci… z tym, że w każdym z nas jest trochę tego dziecka, nieprawdaż? A my, futbolowi pasjonaci, czyż nie mamy swoich bohaterów? Tych najsilniejszych, tych najszybszych, tych najtwardszych, tych najlepszych? Tych, dla których, gdy wybija „godzina zero”, rzucamy wszystko i siadamy przed ekranem by raz jeszcze podziwiać, czekając, aż znów zrobią coś co sprawi, że świat nabierze kolorów i jakoś tak łatwiej będzie wierzyć, że my też mamy dość siły by zrealizować swoje cele?

Ja miałem swojego bohatera. Człowieka, który wymykał się wszystkim ramom, człowieka ,który zdawał się czasem samotnie prowadzić swój zespół do zwycięstwa. Człowieka, który wielokrotnie dawał z siebie wszystko, gdy inni już opadali z sił, człowieka który nie poddawał się gdy inni już godzili się z porażką. Człowieka, który zdawał się bywać magiem. Człowieka, który czasem wydawał się nie być człowiekiem. Człowieka, który pewnej nocy dobitnie pokazał, że jest „tylko” człowiekiem. Zaczęło się jak zawsze. Znów wyprawiał niesamowite rzeczy, znów był ponad wszystkimi. Wydawało się, że wszystko skończy się tak jak sobie to zaplanował. Wydawało się, że nic go nie powstrzyma, że wielki mistrz postanowił zejść ze sceny w glorii chwały i świat raz jeszcze będzie musiał mu się pokłonić. Niewiarygodny karny, bodaj najcudowniejszy w historii, świetny mecz, zwody, podania, serce na boisku. Wielki wódz prowadzi swoich ludzi po zwycięstwo w szalenie trudnej wyprawie. 113 minuta. Strzał, który kończy wszystko 2-1, mistrzostwo świata i spełnienie marzeń, nieprzemijająca sława i miejsce w panteonie tych najlepszych… Ale bramka nie padła.

A teraz wyobraźcie sobie, Zidane’a dającego ponieść się emocjom, uderzającego głową Materazzi’ego . Wyobraźcie sobie kapitana zostawiającego swoją drużynę, gdy ta potrzebowała go najbardziej... Smutne prawda?

 

 

Ta piąta kolejka

Ryan

Na imię mi John, mam 31 lat. Jestem piłkarzem. Kilkanaście lat kariery już za mną, mam nadzieję, że jeszcze kilka przed. Do tej pory bywało różnie, jak to w życiu i piłce. Nie narzekam, bo kilka cennych trofeów zdobi moje zbiory. Brakuje nieco sukcesów z kadrą, ale niebawem Euro, więc będzie szansa to zmienić. Jako kapitan Chelsea wzniosłem ponad głowę kilka pucharów, ale tu też jest co poprawiać. Zarówno w mojej, jak i klubowej galerii jest jedna bardzo znaczna luka. Luka, której po tym sezonie może nie być, ale tak naprawdę nie powinno jej być już od kilku lat. I chyba nikt nie wie o tym tak dobrze jak ja.

Sędzia zakończył dogrywkę. Karne. Jako kapitan miałem kończyć regulaminową kolejkę. Oczywiście nie było wiadomo czy to właśnie mój strzał będzie decydujący. Ba! Nie było wiadomo czy w ogóle będę miał okazję strzelać!

Ale stało się. Nadeszła piąta seria i moja kolej. Gol oznaczał nasze zwycięstwo. "Nie mogło ułożyć się lepiej" - pomyślałem.

Niedługa przecież droga z koła środkowego pod pole karne dłużyła się niesamowicie. Towarzyszyło mi buczenie kibiców United, siedzących za bramką, na którą miałem uderzać. Bramka była jakaś mała - ramiona przemokniętego Edwina zasłaniały ją niemal całkowicie - ale nie czułem strachu.  Niejednokrotnie wykonywałem jedenastki na treningach, a przez ostatnie kilkanaście minut intensywnie egzekwowałem je w myślach i dobrze wiedziałem gdzie chcę strzelić. Ustawiłem piłkę, wziąłem nieduży rozbieg. W uszach rozbrzmiał mi gwizdek. Podbiegłem, wziąłem zamach i.poczułem jak tracę równowagę. Van der Sar pofrunął w lewo, futbolówka w prawo, ale na niewiele się to zdało. Nie zatrzepotała w siatce, a mnie nie otoczyli rozradowani koledzy. Nie wierzyłem.

Wstałem z murawy i ciężkim krokiem wróciłem na środek boiska. Nie wszystko było stracone, ale czułem, że moje pudło to silny cios dla drużyny i pozytywny bodziec dla rywali. Obawiałem się najgorszego i niestety tym razem nie pomyliłem się.

Tego wieczoru płakałem jak dziecko, a ze mną płakało moskiewskie niebo...

 

Feralne kolano

Łukasz Godlewski

Nie jest łatwo patrzeć z bliska na dramat najbliższej osoby, na której szczęściu zależy Ci najbardziej. Nikomu, nawet najgorszemu wrogowi nie życzę nabycia takich doświadczeń. Mimo iż miałem aż ośmiu braci, najbardziej zżyty byłem z Shabanim. Jako jedyni pasjonowaliśmy się futbolem, rozmawialiśmy o nim godzinami. To ja zawsze uchodziłem za tego mniej utalentowanego. Pogodziłem się z myślą, iż nigdy nie zostanę profesjonalnym piłkarzem. Może przez to skupiłem się na pomocy mojemu bratu, by ten trafił kiedyś na piłkarskie salony, niedostępne dla śmiertelników mojego pokroju. Do pewnego sierpniowego wieczora wszystko toczyło się według skrupulatnie wytyczonej ścieżki.

Sezon 2003/04 miał być przełomowy, jednak skończył się, zanim na dobre się rozpoczął. Z wysokości trybun nie zdałem sobie powagi sytuacji, gdy Shabani Nonda został zaatakowany przez rywala. Ot, kolejne starcie na 30. metrze od bramki rywala jakich wiele. Po meczu miałem zwrócić uwagę mojemu bratu, by nie dawał się przepychać tak łatwo. Dopiero po kilku sekundach zauważyłem miotającego się po murawie Shabaniego oraz nerwowe reakcje piłkarzy i sędziego. Stadion zamarł wobec krzyków rozpaczy mojego brata, a me serce przetransportowało się w okolice gardła, wszystkie inne przestały bić w jednym momencie. Nie z własnej winy poniósł klęskę.

Shabani jeszcze tego samego dnia przeszedł operację kontuzjowanego kolana. Nikt nie mówił o terminie jego powrotu na boisko. Nawet to, czy będzie mógł chodzić o własnych siłach nie było pewne. „Nowy Weah” zawsze radził sobie z przeciwnościami losu, tak jak wtedy gdy we dwójkę wyemigrowaliśmy z kraju tracąc kontakt z resztą rodziny. Łatwo nie było, jednak mój brat sam na wszystko zapracował, przebijając się od ligi tanzańskiej do Ligue 1. Gdy po ośmiu miesiącach ciężkiej, żmudnej rehabilitacji podczas której nieraz tracił nadzieję, dostał zielone światło od lekarzy na powrót na boisko zareagował jak kierowca Formuły 1 – jak najszybciej chciał znaleźć się na zielonej murawie Stade Louis II. Podczas jego leczenia sam miałem wiele wątpliwości, jednak nie mogłem ich pokazać po sobie, musiałem go wspierać.

Wrócił w najważniejszym momencie. Jego koledzy walczyli o historyczny finał Ligi Mistrzów. Potrzebowali pomocy, gdy w półfinale zmierzyli się z nową potęgą – londyńską Chelsea. Wszedł na boisko siedem minut przed końcem pierwszego meczu. Fani Monaco powitali swego idola z pompą godną króla, jednak nikt nie mógł się spodziewać takiego wejścia. Shabani ledwo zdążył wbiec w pole karne i już strzelił bramkę. Przy pierwszym kontakcie z piłką. Pewnych umiejętności się nie zapomina. Tą bramką zaprowadził swoich kolegów do Gelsenkirchen.

Shabani wykorzystał swoje pięć minut odchodząc do AS Romy, jednak kontuzjowane kolano nie dawało mu spokoju. Nigdy nie powrócił do najlepszej dyspozycji sprzed urazu, miewając jedynie przebłyski formy. Karierę skończył prawie dwa lata temu po tym, jak nie mógł znaleźć sobie nowego klubu. Dla mnie na zawsze pozostanie idolem.

 

Fatdriano

Karol Cłapa

- Goooool! – krzyknął z ekstazą w głosie młody osobnik, opluwając monitor nie przeżutymi dotąd resztkami pochłanianych masowo chipsów. Następnie wybiegł szaleńczo ze swojego pokoju i odtańczywszy na dywanie rytualny taniec zwycięstwa do przypadkowej piosenki z radia, wrócił zdyszany na obrotowe krzesło. Wszystko za sprawą jednej, malutkiej kuleczki – ale ileż zabawy i radości przyniosła ona siedzącemu przed ekranem, zapalonemu fanowi serii Championship Manager.

Mała, idealnie okrągła kuleczka z numerem 11 i podpisem „Adriano” nie była bowiem zwykłą kulką -  należała do jednej z tych rzadkich, które za każdym razem, gdy na ich orbicie pojawiła się żółta kropka, sunęły z płynnością i gracją po zielonej płycie, kompletnie ignorując pozostałe dwadzieścia jeden kulek i strzelając gola za golem. To był rok 2005. Czasy, gdy gra komputerowa taka jak CM dopiero oswajała graczy z widokiem meczu w trybie 2D. Prostokątna plansza z mieszaniną kolorowych kropek całkowicie wystarczała do rozbudzenia wyobraźni graczy, którzy nawet nie marzyli o tym, że już cztery lata później będą oglądać swoje wirtualne drużyny w 3D.

I tu zachodzi paradoks, bo w 2005 roku forma kulki obrażała Adriano. Dziś to Adriano obraża swojego trójwymiarowego odpowiednika. Stał się kulką.

Był bogiem zarówno na boiskach realnych, jak również wirtualnych. W komputerze zachwycał obłędnymi atrybutami liczbowymi, których dziś pozazdrościć mogliby mu nawet Cristiano Ronaldo i Leo Messi. W rzeczywistości nie było inaczej – Adriano Leite Ribeiro miał wszelkie predyspozycje by być dzisiaj nazywanym jednym z najwybitniejszych zawodników w historii futbolu: 190 centymetrów wzrostu, 88 kilo wagi i uderzenie z lewej nogi mogące burzyć mury. Łączył w sobie, wydawałoby się niemożliwe do połączenia, sylwetkę greckiego wojownika oraz najwyższej klasy wyszkolenie techniczne. Strzelanie bramek na boiskach Serie A przychodziło mu z taką samą lekkością, jak wirtualnej kropce z jego przydomkiem posyłanie żółtego punktu w biały prostokącik. Lekkość odeszła jednak w zapomnienie, a w zamian oglądać możemy 107-kilogramowego kolosa.

13 marca Adriano rozwiązał swój kontrakt z Corinthians Sao Paulo i nie wygląda na to, by jakikolwiek klub zdecydował się go jeszcze zatrudnić. Nawet w Championship Managerze.

 

 

Bez trudu

Baltonka

Wiele osiągnąłem. W sporcie, w życiu. Kiedy zdobywaliśmy tytuły wicemistrza Europy młodzieżowców wydawało się, że właśnie wyważamy z zawiasów bramy świata – i faktycznie tak było. Kiedy najmocniej czułem się królem życia? Może wtedy gdy Widzew wykupywał mnie za rekordowe pieniądze z Gwardii? A może wtedy, gdy pan Zaorski kazał właśnie mnie wykonywać karnego w „Piłkarskim Pokerze”? A może w chwili, gdy odbierałem nagrodę dla króla strzelców? Kurcze, mieliśmy wówczas w Legii taką pakę, że wszyscy dziwili się, czemu nie zdobywamy taśmowo tytułów mistrzowskich, ale Górnik przecież też miał niezłą ekipę. Mówiono, że warszawskie powietrze nie służy chłopakom ściągniętym w widmowe kamasze z różnych zakątków kraju, ale ja tam nie zauważyłem, aby wieczory w stolicy różniły się od tych łódzkich. Ba, po Warszawie kursuje więcej nocnych tramwajów, dlatego trudniej tłumaczyć trenerowi, że się spóźniło na trening, gdyż się zasiedziało w barze i przegapiło autobus do domu. …hehe, żartuję, nigdy nie wracałem tramwajami ani żadnymi autobusami. Wie pani, człowiek powinien się szanować.

Przeprowadzka do Glasgow była wielkim zaskoczeniem – wielu oczyma wyobraźni widziało mnie w lepszej ekipie. Mówiło się o lidze włoskiej, albo przynajmniej o niemieckiej, ale przecież Celtic to zawsze była uznana firma, nie? Gadano, że nie grałem na miarę swoich możliwości, ale gdyby pani zapytała starszych kibiców, to usłyszałaby pani, kto dwadzieścia lat temu był księciem Glasgow, hehe… Poza tym Szkocja miała być tylko przystankiem w drodze na wyższe szczyty. I była: Bristol może nie był jakimś mocarzem na skalę europejską, ale umówmy się – liga angielska, heloł!

Potem wróciłem do Legii i w końcu zdobyliśmy tytuł mistrzowski. Pewnie, łatwo znajdzie pani zawodowych malkontentów, którzy będą sarkać, że wiele się nie nagrałem, ale miałem już przecież 30 lat i piękną karierę w nogach. Byłem tam nie tylko od strzelania bramek, ale także od dawania przykładu młodszym. Pamięta pani Wojtka Kowalczyka? Gość patrzył we mnie jak w obrazek. Dużo rozmawialiśmy, pytał mnie o wszystko. A potem poszedł w świat i dał sobie radę. Mówię o rzeczach, jakich nie da się zmierzyć liczbą minut spędzonych na boisku i liczbą przebiegniętych kilometrów.

Śmieszy mnie, gdy słyszę, że zmarnowałem talent. Jeśli tak, to skąd wzięłoby się tych 20 bramek w reprezentacji? Czy Beenhakker zaproponowałby posadę asystenta byle cieciowi? Gdyby hierarchia futbolu była 10-piętrową piramidą, gdzie na pierwszym piętrze staliby przeciętni ligowcy, a na dziesiątym staliby Ronaldo i Messi, ta w mojej opinii ja doszedłem w okolice szóstej kondygnacji. I to bez najmniejszego wysiłku! Co pani na to? …może da się pani zaprosić na kawę?

 



Tagi: konkursy
00:28, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (3) »
środa, 18 kwietnia 2012

Oto trzecia odsłona naszego konkursu literackiego. Zaczyna ją zwycięzca jednej z poprzednich edycji i twórca niezapomnianego poematu Natenczas Wolski, czyli Quentin, tym razem prozą. Słówko o świetnym półfinale Bayern Monachium - Real Madryt. Niby nie na temat, bo żadnych spektakularnych upadków idoli tu nie mieliśmy, może tylko zawiódł mnie Cristiano Ronaldo, który co prawda asystował przy golu Mesuta Oezila (a ściślej mówiąc, odbił od niego piłkę i trafił do bramki), ale sekundy wcześniej fatalnie strzelił przy sam na sam z Manuelem Neuerem. Wielki szacun dla Howarda Webba za prowadzenie meczu, za pozwolenie na grę, nie szastanie kartkami (choć aż sześć dał piłkarzom Realu, to żadnej chybcikiem), nie danie się nabrać na żaden wymuszony faul, nie przyznanie żadnego karnego z kapelusza (a były ze trzy okazje i to dla gopsodarzy: Franck Ribery, Mario Gomez i ręka Pepe, której nie było). Jose Mourinho, który stwierdził chyba jeszcze w czasach Inter Mediolan, że Webb mógłby prowadzić każdy mecz jego drużyny, zapewne podtrzyma to zdanie. Mało tego, powinien ozłocić Anglika za pozostawienie na boisku Marcelo (to właściwie jedyna pretensja do arbitra) za haniebny, złośliwy i bezsensowny faul od tyłu na nogi Thomasa Muellera. Oby to nie była zapowiedź wydarzeń w sobotnim El Clasico... 

 

Plan doskonały

Quentin

Dźwięk dzwonka komórki rozlegał się w jego głowie i powodował fizyczny ból. Otworzył zaspane oczy i spojrzał na budzik. 3:40 rano. „Kogoś porąbało? Jest sobota” – pomyślał. Złapał leżący na nocnym stoliku telefon i odebrał połączenie. Spodziewał się wiele, ale pytanie, które usłyszał było na szarym końcu tej listy.

– Hej, stary, co miałeś z polskiego?

***

Lotnisko tętniło życiem. Ledwo dostrzegł kolegę czekającego na niego w punkcie odpraw. Ten z uśmiechem pomachał w jego stronę. Po trwającej minutę odprawie wyciągnął dłoń i po chwili czuł mocny uścisk dłoni przyjaciela.

– Powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi? – Zapytał.

– Nie żartowałeś z tym polskim, co? – Kolega nie zareagował na jego pytanie. Podniecony przeskakiwał z nogi na nogę.

– Są dwie rzeczy, z których nigdy nie żartuję. Pierwsza to język polski, a druga...

– To idealnie! Ja z języków zawsze byłem słaby – przerwał mu kolega. – Jedziemy do mnie.

***

Siedział przed ekranem komputerowego monitora i oczom nie wierzył. Przeniósł wzrok na kolegę i zdumiał się jeszcze bardziej. Na jego twarzy dostrzegł minę z gatunku „To zajebiste, nie?”. Znów spojrzał na monitor. Czerwony nagłówek, confetti, wzniesiony w geście triumfu puchar, wypisane srebrnymi literami „POLSPORT”. I ten tekst, który budził takie emocje jego przyjaciela. „Idol na tarczy (Konkurs Wielkanocny)”.

– Chcesz wziąć w tym udział? – Spytał niepewnie. Ułamek sekundy później poznał po minie pytanego, że trafił w samo sedno.

– Potrzebuję kogoś, kto mi to napisze.

Przetarł dłonią zmarszczoną od niedowierzania twarz. Wiedział, że nie ma co dyskutować.

– To o kim będziemy pisać?

***

Nie miał pojęcia, jak dał się w to wplątać. Była niedziela rano. Właśnie wyszli z nocnego klubu i zamówili taksówkę. Czekając na taryfę kolega wylał na dłoń sporą ilość wódki i wtarł ją w kark. Wziął z butelki solidny łyk, przepłukał wódką gardło i zamaszyście wypluł na chodnik. Usłyszeli klakson taksówki. Wsiedli do środka i kazali zawieźć się do domu. Wiedział, czego się spodziewać, więc nie zdziwił się, gdy kolega siedzący na miejscu pasażera zaczął wykłócać się o to, by kierowca nie włączał taksometru. Reakcja kierowcy również go nie zdziwiła. Jego protest urwał się w pół słowa, gdy niesforny pasażer zaczął siłować się z taksometrem próbując go wyrwać.

– TMZ 90210 do bazy – usłyszeli niemieckie świergotanie kierowcy. – Wezwijcie policję na Betrunkenpolenstrasse, mam tu jednego ancymona.

***

Sala na izbie wytrzeźwień była po niemiecku czysta. Pozwolili mu wejść na chwilę do kolegi, który leżał teraz przywiązany do łóżka.

– Zapamiętałeś wszystko? – Zapytał kolega.

– Trudno będzie mi kiedykolwiek zapomnieć. Sławek, jesteś pewien, że to był dobry pomysł?

– Dobry, Wasyl. Świetny! Opisz wszystko, wyślij do Pola, nagroda nasza. I jeszcze jedno. Zadzwoń do Grajewskiego, będzie wiedział co robić. Czeka na znak od ciebie.

– OK.

– Leć już... A, słuchaj! Mówiłeś na lotnisku, że nigdy nie żartujesz z dwóch rzeczy. Jaka jest ta druga?

– Spodenki – odparł Wasyl ze śmiertelnie poważną miną.

 

 

O upadku, który był potknięciem

Kacper Gawłowski

Prawdziwy idol nigdy nie upada. Najwyżej potyka się, w mgnieniu oka otrzepuje, by za chwilę wyglądać na kogoś kto nigdy nawet nie stracił równowagi. Bywają jeszcze idole z rodzaju tych bezczelnych i aroganckich (tacy są najlepsi!). Osoby tego rodzaju nie dość, że często brutalnie poznają smak posadzki to jeszcze beznamiętnie stwierdzają, iż odnieśli właśnie spektakularny sukces. Był wśród nich mistrz niedościgniony – Eric Cantona.

Życie Francuza naznaczone jest wszelakiego rodzaju potknięciami, tyle że to właśnie w nich tkwi jego potęga. Nikt inny aż tak idealnie nie pasuje do tematu „Idol na tarczy” jak właśnie „Król Eric”. W końcu on z przebywania na owym żołnierskim atrybucie uczynił sztukę. Skupmy się (żeby nikt znowu nie zarzucał przekrojowości) na zdarzeniu, przez które dla wielu zaistniał jako cham i prostak, a angielska prokuratora na swoim koncie zaliczyła kolejnego skazanego. Mowa oczywiście o niebanalnym „Kung fu kicku”, który Cantona zaprezentował 25 stycznia 1995 roku. Nieszczęścia (szczęścia?) poszły seriami, najpierw kretyńska czerwona kartka. Cóż wtedy mógł zrobić stadion? Zawył. Zawył wściekłością, bezsilnością, nienawiścią do nonszalancji Erica. Najaktywniejszy był ponoć doświadczony więzieniem Matthew Simmons. Francuz nie wytrzymał, pękł, wedle wielu okazał słabość i wymierzył bluzgającemu fanowi cios nogą.

Właśnie wtedy przypieczętował los potkniętego anioła. Niebanalności całej historii niezrozumiała pierwsza instancja angielskiego wymiaru sprawiedliwości – dwa tygodnie pozbawienia wolności. Druga była bardziej wyrozumiała i za pierwiastek geniuszu obniżyła karę jedynie do prac społecznych (czy gdyby zrobił to mr Kowalski wyrok by zmniejszono? Wątpię.). Nie opinia sądu jest tu jednak istotna, ważniejsze, bo liczniejsze są poglądy fanów. Piewcy zła orzekli, iż Cantona stał się jeszcze większy, bo bardziej ludzki, udowodnił że ma jaja i wpisał się w jeszcze kilka stereotypów o prawdziwie męskim facecie. Jedynie grono „gentlemanów” wyraziło swoje oburzenie, wsparte kurtuazyjnymi wypowiedziami ludzi angielskiego, futbolowego światka (no bo jak to tak nie potępić kogoś, gdy jest okazja?). Zbyt małe grono. Zbyt mało osób zauważyło, że to było potknięcie, a nie galop na szczyt.

Eric nawiązał za to do pierwszego akapitu tego tekstu. Idol nie upada, a już na pewno nie daje tego po sobie poznać. To jak bardzo się przejął swoim występkiem najlepiej podkreślą jego własne cytaty:

–  Kiedy mewy podążają za kutrem rybackim, robią to dlatego, ponieważ myślą, że ryby zostaną wrzucone wprost do morza – tuż po omówionym wyżej kopnięciu.

– Najlepsza chwila w karierze? Miałem ich wiele, ale najbardziej lubię tę, w której kopnąłem tamtego chuligana – refleksja po latach.

Prawdziwa arogancja, prawdziwe gwiazdorstwo, prawdziwe potknięcie nadające smaku biografii. Po prostu prawdziwy idol ze skazami, bo bez nich byłby bezsensu.

 

 

W skórze El Nino

Anita A

“He gets the ball, he score again! Fernando Torres Liverpool Number Nine”  Tak.. uwielbiam to uczucie po strzeleniu gola przed The Kop.  Gdy tysiące "czerwonych” gardeł skanduję moje imię. Wiem, że mnie kochają.. zasłużyłem na to. Odkąd Rafa sprowadził mnie tu prawię trzy lata temu dawałem z siebie wszystko, oni widzą tego efekty. Niejednokrotnie pokazałem, że zasłużyłem na grę na Anfield Road. Przypomnijcie sobie mecz przeciwko Realowi Madryt w Lidze Mistrzów, gol w meczu z Blackburn albo triumf na Old Trafford. Spotkania, które kibice wspominają z uśmiechem na ustach.

Jestem przywiązany do Merseyside jednak czuję, ze czas na zmianę, na kolejny krok w mojej karierze. Robiłem wszystko, aby wygrać ligę z Liverpoolem, nie udało się.. Liga Mistrzów wydaję się być poza ich zasięgiem.. Próbowałem.  Próbowałem i nie mogą temu zaprzeczyć.

Pojawiła się szansa i wiem, że muszę z niej skorzystać. Chelsea to wielki klub z możliwościami. Nie oszukujmy się,  są bliżej wygrania ligi niż The Reds. Nie jest łatwo odejść, ale decyzja o opuszczeniu Madrytu również nie była łatwa, a jednak było warto.  Jestem w wieku, w którym mogę osiągnąć szczyt formy i zdobyć coś więcej. Nadszedł czas na kolejny krok. Przecież jestem Mistrzem Świata i to ja zdobyłem gola, który dał Hiszpanii tytuł w 2008 roku. . Nie jestem byle kim, poradzę sobie.  

Debiut w nowym barwach przeciwko byłej drużynie nie należy to najłatwiejszych. Ja swojego do najmilszych zaliczyć nie mogę. Fani, którzy wczoraj mnie kochali i skandowali moje imię  dziś mnie nienawidzą. Taki jest futbol, przywykłem. Łokieć , który wymierzył mi Daniel również nie należał do najmilszych.  Jeszcze kilka dni temu cieszyłbym się z gola razem z nimi,  a teraz? Teraz ich radość równała się mojej porażce. Dziwne uczucie, jednak spokojnie to dopiero pierwszy mecz. Jedyne czego mi potrzeba to czas.. po prostu czas. Zrobię wszystko, abym w kolejnym spotkaniu to ja mógł świętować.

Ostatnie kilka miesięcy są jakimś koszmarem. Cholera! Co się ze mną dzieje?  Owszem strzeliłem gola przeciwko Diabłom, ale to pudło? Niemożliwe, ze nie trafiłem do bramki. Wszyscy przypominają mi czasy, gdy podczas meczów z Manchesterem potrafiłem ośmieszyć Ferdinanda albo zmusić Vidica to rozpaczliwych interwencji. Teraz wszystkim wydaję się, że grałem tak setki lat temu.  Dodatkowo cały czas ciągnie się za mną etykietka piłkarza za którego zapłacono 50 milionów.. Dobrze, że mam za sobą drużynę i cierpliwych kibiców. Jednak zdaje sobie sprawę , że cierpliwość kiedyś się kończy. Przekonałem się o tym po decyzji Vincente Del Bosque.. Torres poza kadrą? Po triumfie na Mistrzostwach Europy wydawało mi się, że ta chwila nigdy nie nadejdzie. Nie ma El Nino, jest za to Llorente i Soldado, którzy tak po prostu zajmują moje miejsce. Jednak pretensję mogę mieć tylko do siebie. Napastnik nie strzelający bramek nie może znaleźć się w kadrze pełnej gwiazd, która w lato będzie bronić tytuł.

Im wyżej się wzniesiesz tym bardziej boli upadek. Mój nie był chwilowy, on trwa, przedłuża się.  Gdy myślę, że się podnoszę kolejna kłoda spada mi pod nogi. Upadam, znowu..  Cholera wszyscy pytają ‘’ Gdzie on jest?!- El Nino przed którym drżeli najlepsi obrońcy w lidze.” Czasami przebłyski formą zdradzają, że gdzieś tam jest. Jednak to za mało, stanowczo za mało.

Z nowym trenerem pojawia się nowa nadzieja. Szansa na spłacenie długu zaufania, którym obdarowali mnie fani, koledzy i zarząd.. Skoro kiedyś potrafiłem wspiąć się na wyżyny wiem , że mogę zrobić to ponownie. Nie składam broni, będę walczyć.

 

 

Nagi Król

Adam Kisiołek

Aut cum hoc aut in hoc – w starożytnej Sparcie tymi słowami żegnano wojownika wyruszającego na bitwę. Dewiza ta podkreślała wyższość bohaterskiej śmierci nad życiem w hańbie.

8 kwietnia 1950 roku w Malborku, na świat przyszedł chłopiec, który w przyszłości swoją osobą miał wzbudzać skrajnie ambiwalentne uczucia. W wieku dwudziestu czterech lat osiągnął w Polsce niemal boski status, stał się bohaterem, z którym każdy chciał się identyfikować. Dzisiaj jest w zupełnie innym miejscu, jego zwolenników można by policzyć na palcach jednej ręki, a jego nazwisko przywołuje emocje charakteryzujące raczej przeciwny, ten mało przyjemny biegun. Wróćmy jednak do początków…

Wspomniany chłopiec postanowił, że zostanie piłkarzem. Ot, rzecz zupełnie normalna, wszakże, który mały chłopiec nie ma takich marzeń. Jemu jednak udało się nie tylko wcielić ten plan w życie, lecz osiągnąć sukces, którego zapewne nie mógł sobie wyobrazić nawet w najśmielszych snach. W wieku 20 lat z przytupem zadebiutował w pierwszej lidze strzelając dwie bramki Wiśle Kraków. Dwa lata później wracał z Monachium z tytułem mistrza olimpijskiego. Sezon 1972/1973 przyniósł mu pierwsze ligowe trofea: tytuł mistrza Polski oraz koronę króla strzelców. Jednak to z rokiem 1974 wiążą się jego najbardziej spektakularne sukcesy. Na turniej do RFN jechał jako młody zdolny ligowiec, miesiąc później wracał w glorii jednego z najlepszych piłkarzy świata. Na Mistrzostwach Świata w zachodnich Niemczech Polacy grali bodajże najpiękniejszy futbol, zajęli świetne trzecie miejsce, a nasz bohater z dorobkiem siedmiu bramek został, jako pierwszy i do tej pory ostatni Polak, królem strzelców. Wtedy był na absolutnym szczycie, hołubiony przez wszystkich, heros z prawdziwego zdarzenia. Na topie pozostał do końca swej kariery piłkarskiej, po drodze zdobywając jeszcze srebro olimpijskie w Montrealu, mistrzostwo Polski w 1976 i ponownie brąz MŚ 1982.

W reprezentacji rozegrał 100 spotkań, strzelając 45 bramek. Jako piłkarz stał się legendą, niemal z każdego pojedynku, meczu wracał z tarczą.

 Po zakończeniu kariery nasz bohater próbował sił jako trener, senator, aż w końcu, 30.10.2008 stanął na czele polskiej federacji piłkarskiej. W swojej kampanii wyborczej zapowiadał gruntowne zmiany w piłkarskiej centrali. Trzy i pół roku kadencji zweryfikowało i zdemaskowało go jako człowieka. Niezliczona ilość niefortunnych wypowiedzi, fatalnych decyzji, żenujących wystąpień i prostackich dowcipów, sprawiają, że dzisiaj wstydzi się za niego cała Polska. Okres jego prezesury chyba najlepiej podsumowuje scenka, gdy zapytany przez dziennikarza o swój najlepszy czas na „setkę”, szef związku odpowiada - trzy sekundy, po czym z rozbrajającym uśmiechem wykonuje gest podnoszenia kieliszka. Innym razem poproszony przez dziennikarza o komentarz do losowania grup Euro 2012 odparł „Nie, I speak the Polish”. Zresztą takich sytuacji obnażających brak jakichkolwiek kompetencji i wyczucia smaku, które powinien posiadać prezes PZPN można by wymieniać w nieskończoność i wszyscy je doskonale znamy.

 Porzekadło mawia: „każdy jest kowalem własnego losu”. Nasz bohater piastując posadę szefa piłkarskiej centrali, z dnia na dzień traci resztki honoru, godności i reputacji. Swoim postępowaniem sam wybrał sobie taki los. Aktualnie stacza się po równi pochyłej, jest na tarczy, leży na deskach ogłuszony jak bokser po nokdaunie i wątpliwe, że jeszcze kiedykolwiek się podniesie. Smutne to, że dzisiaj kibice na stadionach o dawnym herosie śpiewają: „Byłeś legendą, zostałeś sprzedajną mendą!”…

 

 

Szalony Skorpion

artbad

Mundial Italia'90 był raczej słaby. Gwiazdy zawodziły, drużyny typowane na faworytów grały poniżej oczekiwań. Skutkiem tego były przebłyski drużyn afrykańskich. Kamerun wygrał pierwszy mecz z wciąż aktualnym mistrzem świata, Argentyną (1:0), z dość mocną Rumunią (2:1), a przegrali tylko ze Związkiem Radzieckim (4:0). Roger Milla mijał obrońców rywali bez większych problemów, a po strzelonym golu tańczył w narożnikach boiska. W drugiej rundzie trafili na drużynę Kolumbii, której pierwszym bramkarzem był René Higuita (zawodnik Atlético Nacional Medellín).

Zaliczył on jedną z największych wpadek w historii mistrzostw świata, a na pewno największą wpadkę w swej piłkarskiej karierze. Wynik mecz po 90 minutach był bezbramkowy. Pierwsza połowa dogrywki również nie przyniosła goli... Jednak już na początku drugiej połowy wspomniany Milla strzelił gola. 3 minuty później nastała tragedia drużyny kolumbijskiej... Higuita (znany z tego, że strzelał gole z rzutów wolnych i karnych oraz tego, że był nieźle wyszkolony technicznie) wyszedł z piłką poza własne pole karne i zaczął dryblować. Niedaleko linii połowy boiska podbiegł do niego Roger Milla, odebrał mu futbolówkę i strzelił do pustej bramki, zdobywając drugiego gola w meczu. Wprawdzie w 116 minucie udało się Kolumbijczykom trafić do siatki rywali, ale nie uchroniło ich to od porażki, za którą winnym uznano właśnie bramkarza. Sam zainteresowany opisał tę sytuację "błędem tak dużym, jak dom".

Mógł i tak mówić o szczęściu, gdyż (jak wiadomo, Kolumbia to kraj gangsterski i niebezpieczny) nie podzielił losu Andrésa Escobara, który na mundialu USA'94 strzelił samobója w meczu z gospodarzami, a po odpadnięciu z turnieju i powrocie do kraju został zastrzelony na ulicy w Medellín przez wściekłego kibica, przyjmując 12 kul. Między innymi za tego typu zachowania (czy też obronę strzału Jamiego Redknappa 6 września 1995 na Wembley nazwaną "kopnięciem skorpiona") Higuita dostał wdzięczny przydomek "El Loco", czyli "Szaleniec". Po włoskim mundialu został odsunięty od drużyny narodowej na ponad pół roku. Pojawił się w składzie dopiero w styczniu 1991 r.

 

 

Zabrzańska nadzieja

vedron

Idol - osoba szczególnie popularna, uwielbiana; bożyszcze. Tak brzmi krótka definicja tego słowa. Pewnie wielu z was pisząc o swoim idolu piłkarskim (w tym przypadku również o jego upadku) będzie opisywać największe gwiazdy globalnego futbolu – słynne w niemal każdym zakątku naszej planety i zarazem niedostępne w życiu prywatnym. Ja z kolei chcę przybliżyć postać, która miała swoje pięć minut w polskiej piłce kopanej, ale której do idola zabrakło zbyt wiele, a może i wszystkiego.

W czasach, gdy jako średnio utalentowany junior zabrzańskiego Górnika zbierałem pierwsze szlify, na szczytach futbolowej hierarchii przewijały się  postacie Maradony, Zico, Socratesa, Platiniego,  a trochę później Klinsmanna, Linekera, Baggio. W Polsce panował wtedy niepodzielnie mój ukochany Górnik (cztery kolejne tytuły mistrza kraju w latach 1985-88), a ja byłem wpatrzony w Cyronia, Matysika, Warzechę, Komornickiego czy Urbana. Jednak w ciągu tych kilku lat, które spędziłem na treningach, z w/w piłkarzami „kontaktowałem się” przez telewizję i prasę, na co dzień zaś miałem inny wzór do naśladowania. To jego miejsce chciałem zająć, jego umiejętności, jego szybkość, jego skuteczność, jego uznanie. To razem z nim chciałem być powoływany na zgrupowania kadr przeróżnych szczebli – od śląskiego ZPN-u po kadrę narodową juniorów. Choć technicznie ustępował paru chłopakom z drużyny potrafił swoje najlepsze cechy skumulować i wykorzystać na boisku. Nie ukrywam, że wielokrotnie patrzyłem na jego karierę z lekką zazdrością, na pozycję w drużynie, ba, nawet na sylwetkę (niewiele brakowało mu do dzisiejszej muskulatury C. Ronaldo)…

Kiedy postanowiłem zakończyć moją przygodę z piłką nożną i nasze drogi się rozeszły, zmienił się też mój stosunek do niego. Nie było już miejsca na zazdrość, zastąpiła ją duma z faktu, że osoba, z którą przez pewien czas wspólnie kopałem futbolówkę odnosi coraz większe sukcesy. Spośród wszystkich chłopaków z naszej drużyny jako pierwszemu udało się zagrać w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kreowany przez niektórych na następcę Włodzimierza Lubańskiego zadebiutował w wieku osiemnastu lat w ekstraklasie (wtedy określanej mianem I liga), co dla wielu było szczytem marzeń. Jako jedyny z naszego zespołu juniorskiego miał podstawy by zagrać w seniorskiej reprezentacji narodowej. Spędził kilka sezonów w Górniku, Widzewie, Lechu i Szczakowiance, ale poziom jego występów niestety przypominał równię pochyłą. Potem było już tylko „egzotycznie” – Przyszłość Ciochowice, Tempo Paniówki, Tęcza Wielowieś. Pomimo ewidentnego upadku, nie bez winy zainteresowanego, jakiego doznał w swojej karierze ja mogę poszczycić się znajomością faceta, który niedawno przewijał się na pierwszych stronach gazet, a kibice Górnika nosili koszulki z jego nazwiskiem…

MAREK SZEMOŃSKI miał kilka zakrętów życiowych, na które wyniosły go ponoć alkohol i kobiety. Podobno  ostatnio pracował w Anglii. Dziś ma już 36 lat i niewielu pamięta, że jako junior grał w jednej drużynie z Michałem Bembnem. Ze mną także…

 

Zizou

ppiotrekk

I tylko jedno może unicestwić marzenie - strach przed porażką.

- Co?! Niemożliwe.

Pamiętam ten moment jakby to się działo wczoraj. 9 lipca 2006 roku. Byłem jednym z kilkudziesięciu tysięcy szczęśliwców, którzy zasiedli tego dnia na trybunach Olympiastadion w Berlinie. Chciałem tylko jednego – niech zwycięży futbol. Było mi obojętne, kto wygra to spotkanie. Zarówno Włosi jak i Francuzi cieszyli się moją sympatią, ale szczególnie kibicowałem jednemu, jak się później okazało, negatywnemu bohaterowi tego spotkania. Zinedine Zidane. Piłkarz legenda. Zazdroszczę innym, że żyli w czasach Pelego, di Sefano czy van Bastena i mogli podziwiać ich na żywo, ale niech Ci, którzy dopiero teraz przychodzą na świat zazdroszczą mi faktu, iż ja (i miliony innych osób) mogłem oglądać Zizou w pełnej krasie na boisku, a nie z odtworzenia. Wierzyłem, że tak jak na MŚ w 1998 roku będzie w stanie poprowadzić swoją reprezentację do boju z włoskimi rzemieślnikami. Włosi do turnieju przystępowali w cieniu afery Calciopoli, której finał miał mieć miejsce już po zakończeniu zmagań na niemieckich boiskach. Przed turniejem nikt nie traktował serio ich aspiracji, a mimo to wspięli się na wyżyny swoich umiejętności i dotarli do finału. Zwycięskiego dla nich finału.

110 minuta spotkania. Stadion zamarł. Sędzia Horacio Elizondo wyrzuca z boiska najlepszego piłkarza tego spotkania.

- Za co?! Co on wyprawia??

Przez kilkanaście sekund nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero siedzący obok mnie Anglik krzyknął:

- Look, look!!

Wskazał palcem na telebim, na którym Zizou soczystym uderzeniem głową powala na ziemię Włocha. Wtedy nikt z nas siedzących na trybunach stadionu nie zdawał sobie sprawy, że Francuz był w tak brzydki sposób prowokowany. Tyle lat wspaniałej kariery i w ostatnim spotkaniu taki błąd? Niewiarygodne. Zawsze grałeś dla drużyny, a teraz będąc jej najważniejszym elementem eliminujesz się w tak dziecinny sposób? O drużynie, która jeszcze kilka lat temu rządziła w światowym futbolu mówiło się, że jest splotem kilkunastu wspaniałych piłkarzy. Przed turniejem w Niemczech była drużyną stworzoną wokół jednego wielkiego piłkarza – właśnie Ciebie – a Ty w takim momencie ich wszystkich zawiodłeś?

Już do końca tego spotkania nie myślałem o ostatecznym wyniku, o tym, kto wygra to spotkanie. Zastanawiałem się, co Tobą kierowało. Jeszcze przez pewien czas byłem przekonany, że to przez twoje zachowanie Francuzi stracili szansę na wygraną. Dopiero później dotarło do mnie, że gdyby nie Ty, to nie wracalibyście do kraju rządowym samolotem witani na lotnisku przez tysiące kibiców. Życie jest niesprawiedliwe. Upadłeś na ostatniej prostej, wtedy, gdy tak naprawdę powinieneś triumfować. Mimo to byłeś, jesteś i będziesz wielki. Merci Zizou!

Miej odwagę popełniać błędy. Rozczarowania, porażki, zwątpienie to narzędzia, którymi posługuje się Bóg, by wskazać nam właściwą drogę.



Tagi: konkursy
00:31, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 kwietnia 2012

Oto odsłona druga konkursu literackiego na barwny upadek idola. Od razu uprzedzam, że skończę ją  nieco wcześniej niż odsłonę 1 (co nie ma jednak żadnego przełożenia na werdykt), ponieważ od sponsora Ligi Mistrzów, Heinekena dostałem dla Was trzy beczułki z zawartością i mam zamiar je rozdać w ligo-mistrzowym konkursie, związanym z ich niesamowitą aplikacją, która może zmienić sposób oglądania meczów... Ale o tym później, teraz pochylmy się i ocenimy z jak wysoka (stosując kryterium nieocenionego scv78) spadają na ziemię autorzy...

 

Kibicowska migawka

miciek

Obraz, który jako pierwszy pojawiał mi się w głowie, gdy myślałem o Thierrym Henrym, to migawka z rzutów karnych ćwierćfinału Mundialu 1998, kiedy to nieopierzony jeszcze Francuz zakrywa twarz koszulką swojego kapitana w obawie przed wynikiem kolejnej jedenastki. Mało piłkarskie skojarzenie, ale ujmujące kibicowską duszę. Takich migawek każdy z nas gromadzi mnóstwo, niestety z biegiem lat niektóre bledną lub są wypierane przez inne, nowsze, mniej urzekające… Tak właśnie było z moją.

Thierry Henry jawił mi się zawsze jako piłkarskie odzwierciedlenie dwóch nieustannie walczących ze sobą żywiołów. Nieśmiało zakryta twarz kontra błysk w oku. Ręce uniesione w geście zwycięstwa kontra wskazujący palec na ustach tonujący emocje kibiców. Strzeleckie popisy w decydujących minutach meczu kontra głupia kartka w najmniej spodziewanym momencie. Charakterek, ale i sportowy geniusz.

Piłkarzy o tak błyskotliwej i fascynującej karierze można policzyć na palcach jednej ręki. Mistrzostwo Świata i Europy, mistrzostwa Francji, Anglii i Hiszpanii, Liga Mistrzów, klubowe mistrzostwo Świata, wielokrotny król strzelców – wszystko to nie może być przypadkiem. Materiał idealny na idola. A Thierry w tej roli sprawdzał się znakomicie.

Do czasu. Oto jak jeden moment słabości może zniweczyć cały trud włożony w drodze na szczyt. W ułamku sekundy bohater zmienia się w oszusta. Ciemna strona mocy porywa duszę artysty, sprowadza na ziemię i tak tępo ociosanej każe za wszelką cenę spełnić prostą, przyziemną zachciankę. Każdy z nas zna tę pokusę, bowiem taka jest konstrukcja świata towarzysząca nam od tysiącleci. Jak robić, żeby się nie narobić? Jak nielegalnie zdobyć bramkę gwarantującą awans, gdy nie idzie, a przeciwnicy są zmotywowani jak nigdy wcześniej?

Nie wiem, czy Thierry miał takie przemyślenia gdy piłka szybowała w jego stronę. Prawdopodobnie nie, a ręka sama zwyczajnie pognała w jej stronę w ramach bezwarunkowego odruchu. A że sędzia nie zauważył, to nic takiego. Zdarza się przecież cały czas. Tu nieodgwizdany spalony, tu nieuczciwie podyktowany karny, tu ręka, tam faul za plecami arbitra. Takie rzeczy się zdarzają, nic nie da się zrobić.

No, może oprócz przyznania się… Przekonania sędziego, że to nieuczciwie zdobyty gol. Prosta czynność, ale gwarantująca nieśmiertelność w oczach kibiców kosztem… Nie, nie. Żadnym kosztem, bo przecież Francuzi nic by nie stracili - awans do mistrzostw świata im się zwyczajnie, sportowo, nie należał. Nieśmiertelność Thierry poświęcił, aby poróżnioną drużynę raz jeszcze wyciągnąć na piedestał. Niestety, nie udało się  - o drużynie wszyscy już zapomnieli, a moja migawka z francuskiego Mundialu została wyparta przez tę z eliminacji Mundialu afrykańskiego. I tak już pozostanie.

 

 

Jubileusz

Mateusz Janiak

wslizgiem.blog.onet.pl

Tak! Ręka! Karny! Trybuny momentalnie zamilkły, zgaszone świadomością nieuchronnej bramki. Tam jest Deyna. On się nigdy nie myli. Miliony argentyńskich serc w jednym momencie stanęło, a ich dalsza praca uzależniona była od lotu skórzanej, wypełnionej powietrzem okrągłej bryły. Na tę krótką chwilę cały naród zlał się w jeden zbiorowy organizm, którego umysł owładnięty był szaleńczym pragnieniem – pudłem Polaka. To co jednych doprowadziło do granicy rozpaczy, drugich wprawiło w ledwie tłumioną ekstazę. Polacy wiedzieli to nawet lepiej od Argentyńczyków – Kaka zawsze trafia. Janina z osiedlowego warzywniaka, Stefan spod budki z piwem, nauczyciel Zdzisław czy selekcjoner Jacek - wszyscy byli spokojni. Kempes jedynie odroczył wyrok. Deyna to kapitan, geniusz, fenomen. Nie odzywał się, a był słuchany. Nie biegał, a ciągle miał piłkę. Nie patrzył, a widział.

Stadionowy zegar wskazywał 38 minutę, gdy Deyna wziął piłkę i ruszył na 11 metr pola karnego. Podszedł do niego miedzianowłosy Boniek i mówiąc coś wskazał na trzymaną przez Kakę futbolówkę. Ten w odpowiedzi odepchnął go ze złością i ustawił ją przed Fillolem. Cały świat stał się mimowolnym świadkiem kolejnej rundy w starciu dwóch herosów, którego stawką było miejsce na uczcie historii. Bońka pokonał – teraz czas na Fillola. Stali naprzeciw siebie jak para rewolwerowców w południe, w centrum jakiegoś zakurzonego, dusznego City. Deyna kontra Fillol. Fillol konta Deyna. Pozostałych dwudziestu zawodników na tę jedną, krótką chwilę, stało się nic nieznaczącym tłem. Kaczor wiedział, że cały naród oczekuje od niego niemożliwego. Słyszał o tym Polaku. Podobno na 50 prób trafia 52 razy. Dwukrotnie, w sposób zrozumiały tylko dla niego, kopie tak, że piłka przelatuje bramkarzowi między nogami. Przynajmniej tak mówią.

Nienawiść trybun oblepiała Deynę z każdej strony. Widzowie po początkowym szoku, robili wszystko by wyprowadzić Polaka z równowagi. Miało się wrażenie, że nawet jak Fillol nie zdoła złapać piłki, to ta i tak zostanie zatrzymana na linii siłą biało - niebieskiej woli. Gwizdek. Kaka bierze głęboki oddech, dotleniający jego nieludzko ułożoną stopę. To dla niego wyjątkowy dzień – rozgrywa 100 mecz w kadrze jako 8 zawodnik w historii. Teraz los, kierujący durną łapą Kempesa, daje mu szansę na uczczenie tego wydarzenia w sposób najlepszy z możliwych – swoją bramką, jak na kapitana przystało, da sygnał do ataku, odrobią straty, pokonają Argentynę, a potem już nic ich nie zatrzyma w drodze po tytuł!

Kaka ruszył do biało – czarnej piłki. Napięcie sięgnęło zenitu. Każdy krok Deyny był łapczywie wsysany przez miliony par oczu. Uderzył! Gol! Nie! Fillol pewni łapie! Polacy nie wierzą. Deyna nie wierzy. Dalej 1:0 dla Argentyny. Obok zdruzgotanego Kaki przebiega Boniek. Kazek widzi, że ten gdyby tylko mógł, w tej chwili zerwałby mu z bicepsa opaskę kapitana. Ale Deyna musi się otrząsnąć. To nie koniec. Mecz trwa dalej. Jeszcze jest czas. Tak ma wyglądać schyłek legendy?!

 

 

John Terry

Tomek Rudkowski

Historia futbolu zna wiele upadków piłkarzy z rangą gwiazd, lub też tych mniej znanych. Każdy przypadek wydaje się być inny, lecz w rzeczywistości są one do siebie zbliżone, przez ich następstwa. Bo niewiele potrzeba, aby w jednej chwili z bohatera stać się winowajcą porażki.

Postać którą omówię w tym tekście jest John Terry, kapitan i ostoja defensywy Chelsea Londyn. Znane są kilka kontrowersji z jego udziałem. Zajmę się jednak jedna szczególną, tą sportowa, a mianowicie wpadką z finału Ligi Mistrzów sezonu 2007/2008.Jak wszyscy doskonale wiemy, mecz ten to starcie klubu Terrego z Manchesterem United (przy okazji-mój ukochany klub). Końcowy wynik to zwycięstwo Czerwonych Diablów w rzutach karnych. Jednak wystarczyła jedna rzecz, aby wyglądał on zupełnie inaczej. Tym czymś miał być wykonany celnie rzut karny przez Johna Terrego.

Przybliżę trochę przebieg całego meczu. Po regulaminowym czasie gry na tablicy widniało 1:1, po trafieniach Cristiano Ronaldo oraz Franka Lamparda. Nie przyniosła rozstrzygnięcia również dogrywka. Doszło wiec do rzutów karnych. Jak wiadomo nie ma w nich faworytów, choć jedni uważają, że karne to loteria, a inni, ze decydują umiejętności…Ja osobiście zaliczam się do tych pierwszych. Jakkolwiek by nie było liczy się w nich opanowanie i zdecydowanie. Tego zabrakło Terremu. Dodam do tego również brak odpowiedniej koncentracji i trudne warunki pogodowe, jakimi były rzęsiste opady deszczu i wszystko zsumowane daje nam przyczynę klęski.

Chelsea, aby zwyciężyć potrzebowała trafienia swojego kapitana w ostatniej, spośród pięciu serii rzutów karnych. W bramce jego przeciwnikiem był Edwin van der Saar. Holender nie musiał jednak interweniować. Wszystko dlatego, że Terry poślizgnął się przy wykonywaniu jedenastki… Sprawiło to, ze piłka po jego strzale trafiła w słupek. W pełni świadomy dramaturgii swojego czynu, Terry natychmiast utonął w rozpaczy. Wydawało się, jakby tamtego wieczora, w Moskwie, nawet niebo wylewało łzy nad jego katastrofa. Bo rzeczywiście była to katastrofa. Wielkie oczekiwania kibiców, właściciela, łożącego grube miliony na stworzenie długo wyczekiwanej szansy, na osiągnięcie takiego sukcesu, jakim niewątpliwie jest wygrana w Champions League, zostały zaprzepaszczone w jednej chwili. Stało się to przez osobę, którą jako ostatnią w ówczesnym czasie posądzilibyśmy o popełnienie tejże gafy. Nie tylko on mylił się podczas tamtej serii rzutów karnych, jednakże to on w tamtej chwili mógł przesądzić o zdobyciu trofeum.

Prawdopodobnie ten przestrzelony rzut karny należy do jednej z większych wpadek w historii futbolu. Byli zapewne więksi pechowcy od Terrego, jednak zapadł mi on w pamięci. Być może przez mój młody w tamtym czasie wiek jakim było 14 lat i dlatego, że uczyłem się futbolu,a katastrofa jednego z piłkarzy którego uważałem za gwiazdę dala mi przykład, że łatwo można zaprzepaścić coś, na co się tak ciężko pracowało, praktycznie cale życie. Jednak życzę angielskiemu obrońcy Chelsea, aby udało mu się jeszcze wygrać Ligę Mistrzów ,żeby nie był pamiętany i wspominany jako osoba, która zmarnowała niepowtarzalna szanse na wielki sukces.

 

 

Jak Dawid z Goliatem

Filip Jaśkiewicz

Był lipiec 1953 roku. Zwykły poranek, upał lał się z nieba. Jak zwykle na trening przybyło kilkuset kibiców, spragnionych brazylijskiej samby. Chmury przesłaniające co jakiś czas słońce, dawały chwile wytchnienia piłkarzom Botafogo. Trener zarządził prostą gierkę. Na lewej stronie stał Nilton Santos. Człowiek legenda , najlepszy boczny obrońca w Brazylii, a może i na świecie. Jeden z pierwszych zawodników kochających wycieczki pod pole karne rywali. Silny jak tur, stalowe płuca. Osoba bez której nie była podejmowana żadna decyzja w klubie. Chodzący ideał. Jest jednak pewna sytuacja, która pozostawiła na wizerunku Niltona pewną skazę do dziś.

W czasie trwania treningu pojawił się Arati, łowca talentów. Przyprowadził ze sobą niskiego, koślawego i kulejącego młodzieńca. Kazał młodemu zaczekać i ruszył do trenera.

-Witam Panie Cardoso .

-Cześć, widzę że przyszedłeś z kolegą. Co to za Gringo?

-Zobaczyłem go na boisku w Pau Grande. Może nie wygląda poważnie, ale ..

-Co, ale? W szpitalu nie było miejsc?

-Jest niesamowity, mijał większych od siebie, następnie wracał i robił to samo. On dyryguje piłką, a nie na odwrót . Nie widziałem kogoś takiego od czasów… No właśnie, nigdy przedtem nie było takiego Gringo jak on. Masz za moimi plecami prawdziwy diament. Zaufaj mi.

- Jak patrzę na niego robi mi się słabo. Zawrzyjmy układ. Jeśli przejdzie mojego najlepszego obrońcę, biorę go w ciemno, jeśli nie, ty tracisz pracę.

Arati spojrzał na młokosa i uśmiechnął się.

-Zgoda.

Nilton, który przysłuchiwał się całej sytuacji z boku, obawiał się, że zaraz skaut zostanie bez pracy. Nie miał najmniejszej ochoty w tak upalny dzień, stawać przeciwko jakiejś kalece. Gra została przerwana, żeby móc sprawdzić umiejętności młodego. Naprzeciw siebie stanęło dwóch, jakże innych ludzi. Duży i mały, silny i słaby. Na trybunach słychać było wulgarne żarty pod adresem smarkacza. Kibice wstali z miejsc, żeby wyśmiać i wygwizdać nieznajomego.  Młody zrobił zwód w prawo, zniechęcony Santos ruszył także w tą stronę. Nie wiedział jednak, że wpadł w pułapkę. Młodzieniec wykorzystał to i puścił piłkę między nogami obrońcy. Nilton obrócił się, ale w tym samym momencie stracił równowagę i wywrócił się. Kibice śmiali się szyderczo, tym razem wytykając palcem swego ulubieńca. Nilton zmroził wzrokiem chłopca. Z jego twarzy można było odczytać emocje jakie mu towarzyszyły. Poirytowanie, wstyd, a może i złość, gdyż wcześniej nikt go tak nie poniżył.

Trener wstał, przecierając oczy ze zdziwienia. Dla jego zawodnika była to prawdziwa hańba. Do młodego podbiegł nieznajomy facet i z przerażeniem w oczach zaczął krzyczeć:

-Wiesz, co żeś narobił Gringo? Ten pan to Nilton Santos.

Młody, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, począł się przebierać w ciszy. Przerwało ją dopiero znienacka zadane pytanie:

-Jak masz na imię chłopcze?

-Garrincha, proszę pana.

-Jestem Nilton. Przyjdź jutro o tej samej porze.

 

 

Buntownik z wyboru

pipes_pipes

„Ludzie boją się przyznać jak duża część ich życia zależy od szczęścia.” Dudek, Palop, Iniesta, Mourinho to tylko nieliczne osoby, które wiele w futbolu zawdzięczają nie tyle swoim umiejętnościom ( które przecież są niemałe), co jednej sytuacji, jednemu meczowi, jednemu szczęśliwemu splotowi zdarzeń, który niczym przewrócenie pierwszej kostki domina lawinowo wprawił w ruch następne i przyniósł pomyślne skutki. Nie będę zajmował się mieszaniem fusów, a jedynie zwrócę uwagę na pewnego piłkarza, który mógł zmienić bieg historii, a jednak tego nie zrobił.

Nie pamiętam dokładnie kiedy zaimponował mi swoją grą Juan Roman Riquelme. Podejrzewam, że działo się parę lat temu na jakimś Copa America. Mimo drużyny pełnej wirtuozów i wschodzących gwiazd futbolu wyróżniał się on panowaniem nad piłką. Każdy jego ruch i każde kopnięcie futbolówki były pieczołowicie przemyślane. Nie tracił czasu na przebieranie nogami, by wymijać rywali. Pomalutku przybliżał się do bramki rywala co rusz podając piłkę do kolegi i odzyskując ją z powrotem, a w międzyczasie truchtając do przodu. Ze stoickim spokojem kroczył przed siebie i niczym pająk najpierw rozpinał pajęczynę podań, by ostatecznie ubezwłasnowolnić swoją ofiarę. Był niezwykłym dyrygentem zespołu. Człowiekiem, który kontrolował każdą akcję. Wręcz przypuszczałem, że zanim wyślą piłkę poleconym do siatki Riquelme musi jej nadać znaczek i pewnie tak właśnie było.

Nie był ideałem, oj nie. Tak jak na boisku chciał panować nad resztą drużyny i można by to uznać za słuszne, bo przynoszące wymierne korzyści, tak jego chęć dominacji nad nią także poza boiskiem musiała go przywieść do zguby. Mimo olbrzymiego talentu włodarze Barcelony nie znieśli takiej niesubordynacji i wystawania przed szereg ( patrz też casus Zlatana) i z lekką ręką puścili go do prowincjonalnego Villareal, w którym prezes zaakceptował jego znaczącą rolę, co pozwoliło żółtej łodzi podwodnej choć raz być w półfinale najważniejszych europejskich rozgrywek.

Tutaj rozpoczyna się właściwa część naszej opowieści. Gdyby Riquelme wykorzystał karnego w ostatnich minutach meczu byłaby dogrywka. Nie ma co przypuszczać czy wygrałby tę potyczkę z Arsenalem, a potem ewentualny finał z Barceloną. Na pewno jednak jego kariera piłkarska, a także przyszłość tego klubu mogłyby wyglądać nieco inaczej. Oczywiście nadal Barcelona i Real wiodłyby prym w Hiszpanii, ale może miałyby realnego konkurenta, którego czułyby oddech na plecach. Nikt nie wie. Sam Riquelme po tym zdarzeniu wrócił do Argentyny, bo chciał być bliżej chorej matki. Do Europy już pewnie nigdy nie wróci i karierę skończy tam, gdzie zaczął. Mógł wrócić do Boskich Przestworzy w glorii zwycięscy klubowego turnieju Starego Kontynentu. Mógł kopnąć piłkę bardziej precyzyjnie albo mocniej. Jens Lehmann mógł rzucić się w zły róg albo nie wybić jego strzału. Co smutne dla jego fanów- Riqulme nie miał pecha. Po prostu mu nie wyszło. „There is no such thing like luck.”  

 

Upadam, wciąż upadam

Damian Szot

Jestem panem świata!

Tak mógłby zakrzyknąć za Mirosławem Bielawskim z formacji Bank Michael Owen na przełomie wieków i nie byłoby w tym ani krzty przesady. Wielki świat usłyszał o 19-letnim wówczas Angliku podczas mistrzostw świata we Francji, kiedy zdobył bramkę wszech czasów dla reprezentacji Anglii w spotkaniu z odwiecznym rywalem, Argentyną. Kibice pokochali go od pierwszego wejrzenia. Młody, przebojowy i piekielnie utalentowany. Miał być gwarantem sukcesów na kolejne lata tak w reprezentacji, jak i w Liverpoolu. Faktycznie na Anfield byli Owenem zachwyceni i trudno się temu dziwić, skoro zawodnik doprowadził zespół do zwycięstw w Pucharze UEFA, Superpucharze Europy, Pucharze Anglii, Pucharze Ligi oraz Tarczy Dobroczynności. Wszystko to na przestrzeni jednego roku, za co otrzymał Złotą Piłkę. Widocznie dziennikarze France Football docenili fakt, że w każdym z wyżej wymienionych finałów wpisywał się na listę strzelców. Owen był na piłkarskim Olimpie.

Upadam, wciąż upadam i długo lecę w dół…

Wielka kariera Michaela Owena zamknęła się właściwie w ramach dwóch reprezentacyjnych imprez. O ile we Francji nastąpił cudowny rozkwit możliwości napastnika, o tyle w Portugalii był już cieniem samego siebie oraz nowego młodego-gniewnego, czyli Wayne’a Rooney’a. Tym samym Anglik mógłby dzisiaj podsumować okres swojej kariery po mistrzostwach Europy w 2004 roku dokładnie tak, jak rozpoczął swój kawałek Tomasz Lipnicki. Bowiem po Euro’04 Owen przeniósł się do Realu Madryt, gdzie ewidentnie przytłoczyła go konkurencja w osobach Raula i Ronaldo. Podjął zatem próbę ratowania sportowej reputacji tam, gdzie ją zbudował. Jednak ani w Newcastle, ani w Manchesterze nie emanował już takim geniuszem jak niegdyś. Liga angielska potraktowała go z buta. Dosłownie. Już na początku reaktywacji przygody z Premier League w sylwestra 2005 Michael Owen został niefortunnie zaatakowany przez bramkarza Tottenhamu, Paula Robinsona, co zaowocowało 3-misięcznym rozbratem z futbolem. Owen wrócił, ale niedługo potem zerwał więzadła krzyżowe. To był definitywny początek końca.

Już nie przejmuj się, nie tylko tobie jest źle; pokaż wreszcie co potrafisz, na co cię stać.

Czy Michael Owen może jeszcze wziąć sobie do serca słowa piosenki gardłowane przez Marka Piekarczyka z TSA? Ma już przecież 32 lata i bagaż kontuzji na swoim koncie. Czy to zatem możliwe, by ten, który miał świat u swoich stóp jako nastolatek, wrócił do gry na wysokim poziomie? Odpowiadam śpiewająco, powtarzając za Zygmuntem Staszczykiem z T.Love: Nie, nie, nie. Barierą nie jest jednak ani wiek, ani bagaż kontuzji, ani tym bardziej brak umiejętności. Bariera tkwi najzwyczajniej w głowie samego zawodnika. Michael Owen nie szukał w czerwcu nowego pracodawcy, tylko przedłużył o rok intratny kontrakt z Manchesterem United. Dał tym samym wyraźny sygnał, że ambicje indywidualne zeszły już na dalszy plan. Rozczarował tym samym wielu małych chłopców, dla których niegdyś był prawdziwym idolem. Wiem, bo jednego znam osobiście.

 

Bezlitosny diabeł

Marcin Borzęcki  

Ilu z nas nie chciało zostać profesjonalnymi piłkarzami? Dla wielu okazało się to marzeniem nieosiągalnym. Swoją karierę zakończyli bowiem na wtorkowo-środowych transmisjach Ligi Mistrzów z zimnym browarkiem w ręku. I wydawać by się mogło, że powinni sobie pluć w brodę. Czekała przecież sława, pieniądze, piękne kobiety i miejsce w annałach po wsze czasy! Paradoksalnie niejeden zawodnik światowej klasy swój potencjał zmarnował wzorcowo i zamiast po zakończeniu kariery pławić się w luksusie, nerwowo odliczał dni do wypłaty zasiłku dla bezrobotnych. W latach 70. prawdziwym „Fussballgott” za naszą zachodnią granicą był Gerd Muller. Człowiek, którego nazwisko w słowniku synonimów widniało przy haśle gol. Wielki piłkarze i bankrut totalny w jednej osobie.

Postać wielkiego Gerharda przedstawić najprościej w liczbach. 68 bramek w 62 spotkaniach drużyny narodowej. 365 goli w 427 starciach ligowych. Ponadto 62 trafienia w europejskich pucharach oraz siedem koron króla strzelców w prywatnej gablocie. Pod wrażeniem egzekutora byli absolutnie wszyscy. Winszowali mu kibice, trenerzy, a nawet odwieczni rywale. Wiecznie wyszczekany i bezkompromisowy Jan Tomaszewski określił go mianem „bezlitosnego diabła”. Koledzy z zespołu permanentnie podkreślali jego ogromną rolę w sukcesach osiąganych przez drużynę.

Powszechnie jednak wiadomo, że piłkarz powinien rozsądnie gospodarować zarobione pieniądze. Inwestować, obracać i odkładać. Legendarny napastnik ideę wyskrobał całkiem niegłupią. Po zakończeniu kariery na stałe osiadł za oceanem, w Fort Lauderdale prowadził restaurację. W rozpędzenie biznesu wpakował kupę szmalu. Uściślając – wszystkie pieniądze zarobione w trakcie kariery piłkarskiej… Po niezłych początkach amerykańska klientela miała po uszy niemieckich specyfików i coraz rzadziej odwiedzała Gerda, żeby przy piwie i golonce posłuchać jego historii. Błyskawiczne bankructwo sprawiło, że na jego koncie widniała suma rozmiarów zaskakująco małych, którą rozpaczliwie próbował pomnożyć w kasynie. Oczywiście „jednoręki bandyta” zbawieniem się nie okazał.

Nie mając grosza przy duszy popadł w alkoholizm, odbijał się od baru do baru, pragnienie postępowało z dnia na dzień. I prawdopodobnie swój żywot zakończyłby w sposób niezwykle mało efektowny. Na szczęście pomocną dłoń wyciągnęli do niego koledzy z boiska, zafundowali mu kurację odwykową oraz posadę trenera juniorów.

Błyskotliwa kariera i hulaszczy tryb życia zrobiły z niego książkowy przykład „upadłego idola”. Człowiek, o którym Pele powiedział „najlepszy napastnik w historii”, utopił swoje potężne sukcesy w kieliszku czystej. Podobnie jak w trakcie kariery, tak i w życiu w krytycznym momencie fortuna stanęła jednak po jego stronie i mógł zaufać swoim przyjaciołom. Aktualnie 66-latek wiedzie spokojne życie, regularnie uczy młodych adeptów futbolu rzemiosła oraz opowiada młodym fanatykom ile waży puchar mistrzostw świata. Bankietów jednak nie odwiedza. W psychice pozostał głęboki uraz. Uraz do alkoholu.

 

 

Tagi: konkursy
00:25, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie