Wpisy z tagiem: Gwiazdkowy Konkurs literacki
poniedziałek, 02 stycznia 2012
„Hej Michale, (...) W notce "Akcja: Konkurs! Konkurs: Akcja!" podałeś pewne kryteria, które wziąłem pod uwagę przy ocenie prac, którymi nie kierowałem się aż tak dotychczas. Zawarłeś tam, by chodziło o akcję, nie o cały mecz. Miała to być największa futbolowa akcja, ze wstępem przed i po opisie oraz przede wszystkim napisana z pomysłem. Na podstawie własnych odczuć wstępnie wyłoniłem 16 notek, które w jakiś sposób mnie ujęły, poruszyły czułe struny serca, zaskoczyły albo rozśmieszyły, by skutecznie ten szeroki wachlarz zmniejszyć do sześciu. Nie oceniałem jednak jako wielki służbista, po prostu zależało mi abym odnalazł tę notkę, która faktycznie zasługuje na zwycięstwo i która moim zdaniem jest najbardziej kompletna. Wymagało to samozaparcia, by znowu przeczytać te najbardziej docenione notki i jakoś porównać je ze sobą, co wcale takie łatwe nie było. Musiałem ocenić je w kontekście całego konkursu, a przyznać muszę (co cieszy), że naprawdę poziom jest wysoki. Niektóre notki dawniej mogłyby iść śmiało na podium, a teraz gdzieś odpadną w przedbiegach. Trudno jest rozstrzygnąć konkurs, który jest na tak wyrównanym poziomie. GwiaKoLi nie jest na wzór Premier League, w którym jest kilku faworytów i kilka dołujących klubów, raz za razem prześcigających się przed nieuchronnym spadkiem. Jest raczej na wzór znanej i kochanej Ligi Mistrzów- faza grupowa, a po niej ogromne emocje w fazie pucharowej, w której przegrany dwumeczu odpada. W przypadku plebiscytu zawsze pojawiała się jakaś notka, która stanowiła dla drugiej swoisty punkt odniesienia. Lepsza - mająca bardziej intrygujący wstęp, ciekawsze zakończenie, puentę, poczucie humoru itp. - przechodziła dalej. W taki sposób doszedłem do sześciu najlepszych notek. Z ciężkim sercem pominąłem notkę o Mourinho i super szybkiej akcji Realu, bezwiednie porzuciłem historię Gianniniego, Matkę Naturę z większym trudem, Schody do Nieba z westchnieniem i nostalgią, by przejść do tych najlepszych, najbardziej przemyślanych, najzabawniejszych, najmniej przewidywalnych etc. Miejsca 4- 6 jak dla mnie zajęły notki "Ten", "Okienko" i "Wewnętrzna Walka". Nie chcę żadnego z ich autorów krzywdzić, ani też krzywdzić samego siebie wyrokowaniem która z nich jest lepsza. Każda zawierała coś pięknego i bliskiego memu sercu. "Ten" jest nader dopracowany, "Okienko" to opis własnych przeżyć połączony z zachwycającym golem ( powiew świeżości), a "Wewnętrzna Walka" opowiada tak rzadko wspominaną dzisiaj historię, która uczłowiecza sport, przypomina o przyziemnych problemach, choć jest napisana z klasą, ale nie buńczuczny. Miejsce trzecie w konkursie- aż trzecie, ale i tylko trzecie przyznałem "Wolskiemu". Przyznać trzeba, że napisanie trzynastozgłoskowca wymagało ogromnej pracy, ale mimo wszystko jest to praca jednowymiarowa. Po jej przeczytaniu czuję tylko podziw, żadnych emocji (bo te były strasznie wyolbrzymione), pomysł objawia się po ujrzeniu samej budowy notki, humoru nie ma. Patos, choćby nie wiem jak był wspaniały to jednak za mało, przynajmniej dla mnie. Oczywiście Quentinowi może należeć się jakaś zupełnie osobna nagroda, bo to co zrobił trudno objąć w klamry tego plebiscytu i wrzucić do jednego wora z pozostałymi notkami. Miejsce drugie to "Ułamek Sekundy, w którym latawce mogły czuć się bezpiecznie". Czyta się to znakomicie, mimo drobnych niedociągnięć. Opis wręcz kipi humorem, a po przeczytaniu go nie tylko nie kryję podziwu dla autora, ale też maluje mi się banan na twarzy od ucha do ucha. Poza tym na sercu jakoś cieplej, że takie momenty zdarzają się w historii polskiego futbolu, którego sytuacja raczej jest groteskowa niż śmieszna. Tak czy inaczej jest to niezwykła notka, obok której nie można przejść obojętnie i w której kryje się cała paleta uczuć. (Fanfary, dyplom dla najlepszej notki itp. , oprawa muzyczna czyli "We are the champions" i "This is the moment" z Jekylla i Hyde'a, sypiące się confetti jak śnieg na Alasce i werdykt odczytywany na Stadionie Narodowym przy pełnej widowni) Oczywiście dodatkowa chwila oczekiwania... Granie na czas przez prowadzącego...Głośne bicie serca, które podchodzi do gardła... Jakiś banalny wstęp... Były różne notki - jedne bawiły, drugie denerwowały, inne jeszcze dane nam było podziwiać z niekłamaną goryczą i cieniem zawiści w sercu, że ktoś mógł coś tak napisać. Najcenniejsza jednak jest ta, która nie tyle bawi, co wzrusza. Nie denerwuje, a skłania do refleksji, nie skłania do zawiści, a do współradowania się z jej autorem i z tego, co mógł kiedyś, kiedyś obejrzeć, by teraz to w taki sposób opisać. Zwycięzcą w rankingu Pipesa jest "Historia pewnej piłki" za niezwykły pomysł, ale i subtelność dzięki której czytało się tę notkę z radością. Przez chwilę faktycznie chciało się wierzyć, że trochę poliuretanu powstającego w wielkim koncernie i/lub zszywanego w Pakistanie ma swoje uczucia, swoje radości i smutki i tak jak my jest uczestnikiem albo widzem meczu piłki nożnej i tak jak my czerpie z niego wiele niezapomnianych wrażeń. W to kłamstwo chce się wierzyć, tak samo tę notkę chce się czytać. Jeszcze raz brawa dla autora. Poziom plebiscytu był bardzo wysoki. Naprawdę wiele notek zostanie bez jakiegokolwiek wspomnienia czy nagrody, więc warto za rok przed następną odsłoną konkursu zapoznać się z nimi, nie powielić ich błędów jak i nie skopiować pomysłów. Autorom zwycięskich notek życzyć wypada tylko "Miłego czytania". Sam dziękuję za docenienie moich grafomańskich komentarzy. Oczywiście nikogo nie chciałem nimi urazić. Bywam złośliwy, bywam ironiczny, nie zawsze należy brać mnie na serio Przyjemnie było stać po drugiej stronie barykady i oceniać tych, którzy w mozole, pocie i bólu napisali swoją twórczość. Mam nadzieję, że się nie zrażą, ale popracują nad swoim warsztatem, by za rok, może dwa czy trzy, osiągnąć wcześniej wyznaczony cel. Tyle ode mnie”
Tyle od Pipesa, którego opinii jury nie wzięło pod uwagę, bo raz, że był recenzentem ludowym, dwa kompletnie się z nim nie zgadzaliśmy;) a po prawdzie to werdykt podjęliśmy już wcześniej. Nieco odmienny. Do jego laudacji dodamy, że podobały nam się kontrowersyjne pomysły na ‘akcję’ i ich potraktowanie w wykonaniu Baltonki (34 minuta) i pavlocebo (Ostatnia akcja). Z drugiej strony ujęła nas też bardzo lekkość stylu notki Bartka Woźniaka (Pośpiech, Wareczka, Rooney, gol) - bardzo podobał nam się tytuł, może gdyby nie to, że dał go juror a nie autor, byłoby podium;)
Spośród członków jury swojego zwycięzcę zgodził się ujawnić Piotr Czernicki-Sochal, jak może pamiętacie zwycięzca pierwszego konkursu literackiego na Polsporcie - BloPuLa - który właśnie założył blog o lidze angielskiej The Game, przy okazji zachęcam). Zdaniem Piotrka wygrała Historia pewnej piłki - Rossiego-4 tuż poematem Quentina o golu Wolskiego. U kolejnych jurorów, którzy z niezrozumiałych dla mnie względów postanowili pozostać anonimowi, a ja uszanuję ich wolę, będą mi jeszcze potrzebni, także typowali Quentina i Rossiego, ale obaj przyznali im ex equo miejsce pierwsze. Na kolejnych stopniach podium umieszczając (ale obaj na odwrotnych miejscach): Ten... - Michała Treli i Ułamek sekundy, w którym latawce mogły czuć się bezpiecznie - Jarka Barcica (wrzask jednego z jurorów: ‘podaj! tylko k... nie strzeeee... gooool! - do dziś dźwięczy mi w uszach).
Ostateczny werdykt brzmi: pierwsze miejsce ex equo Historia pewnej piłki - Rossiego-4 i Natenczas Wolski - Quentina. Obie notki są nie tylko najlepsze, są wyjątkowe, wybitne, wzbudzają mój niekłamany podziw nad pomysłowością i (w przypadku Q) włożona w nie pracą. A przy tym tak odmienne jak poezja i proza, nie jestem w stanie wybrać. Panowie, chapeau bas! Rossi-4 jako nagrodę dodatkową przyznaję ‘Nazywam się Czerwień’ noblisty Orhana Pamuka, której ducha odnalazłem w jego notce. Miejsce drugie, również ex equo: Ten... - Michała Treli i Ułamek sekundy - Jarka Barcica Miejsce trzecie: koniecznie chciałem uhonorować autorów notek wcieleniowych, z których najbardziej podobały mi się „Okieno” Haszyszaka, przypominające moje własne szkolne mecze na boisku IV LO im A. Mickiewicza, Młody Giannini - Gianniniego i jakże pomysłową, ujmującą braterską dwunotkę Tomka i Karola Cłapów - już sam pomysł z wyborem na akcję otwarcia przez Michela Platiniego słynnej koperty zasługiwał na nagrodę. jako, że nie umiałem wybrać jednej, postanowiłem przyznać trzecie miejsce wszystkim trzem (proszę o mejle z adresem). Na podium widziałbym też „Niech nienawidzą, byleby się bali” Tomka Merchuta, Wewnętrzną walkę - Przemka Kubiaka i Matkę naturę i Calori - Laziale83 - ale że nie mam już miejsca, muszę prosić o przyjęcie honorowego wyróżnienia. A do wszystkich mówię: wow! Tak wyśrubowaliście poziom, czy inaczej mówiąc, tak wysoko zawiesiliście poprzeczkę, że już nie mogę doczekać się Blogowego Pucharu Lata, które w tym roku zrobimy chyba tuż po Euro 2012 i chyba tylko o Euro 2012, bylebyśmy zdążyli przed igrzyskami w Londynie, na wybieram się w roli korespondenta... Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wspólną zabawę! A nagrodzonych proszę o mejle z adresami.
niedziela, 01 stycznia 2012
Euro uderza do głowy Tomasz Cłapa Ubrany w koszulkę reprezentacji Polski, owinięty szalikiem w narodowych barwach siedzę, trzęsąc się, skulony i wpatrzony w milczeniu w ekran telewizora. Serce bije jak oszalałe, w głowie roztaczają się wizje przyszłości, a wszystko to zależne jest tylko od tej jednej decyzji. Michel Platini z trudem rozrywa kopertę, w której znajduje się kartka z nazwą gospodarza Euro 2012. Słyszę pulsującą krew w moich skroniach. Platini się uśmiecha, myślę: „to dobrze czy źle?”. Wysuwa kartkę, myślę: „błagam…”. I pokazuje napis „Poland & Ukraine”, a ja przeżywam najpiękniejszą chwilę mojego życia. Wrzeszczę i skaczę jak oszalały. Nie widzę i nie słyszę niczego dookoła. Ktoś z zewnątrz mógłby na mnie spojrzeć i pomyśleć: „czubek”. Ale dla mnie nie ma to żadnego znaczenia, bo wiem, co to wszystko oznacza. Wiem, że po tylu latach oczekiwań doczekam się nowego Stadionu Narodowego. Wiem, że oprócz tego powstaną liczne stadiony piłkarskie, za które jako Polak nie będę musiał się wstydzić. Wiem też, że będzie musiał nastąpić rozwój infrastruktury drogowej i kolejowej, co będzie służyło mi i innym Polakom przez następne dziesiątki lat. No i wreszcie samo Euro – impreza, jakiej Polska nie miała, najważniejsza ze wszystkich zaraz po piłkarskich MŚ i Igrzyskach Olimpijskich. Piłkarska uczta dla prawdziwych fanów z całej Europy! Te wszystkie myśli przewijają się w mojej głowie w ciągu kilku sekund. Jestem w takiej euforii, że biegnę na balkon. Krzyczę. Na szczęście nie skaczę. Wybiegam z balkonu do drugiego pokoju. Tym razem skaczę. I nagle leżę na podłodze. Zdaję sobie sprawę, że właśnie z całym impetem uderzyłem czołem o górną część futryny. Moja pierwsza myśl: „ale będzie guz”. Oszołomiony, trzymając się za głowę, wracam przed telewizor. Widzę w nim uradowanego prezesa Listkiewicza. Niestety, dostrzegam też czerwony, życiodajny płyn, spływający po mojej ręce. Na moim reprezentacyjnym szaliku pojawia się coraz więcej czerwieni… Wszystko, co później się wydarzyło, można opisać w telegraficznym skrócie. Pomoc brata. Szukanie bandaży. Łazienka przypominająca miejsce zbrodni. Założenie opatrunku. „Matko Boska!” mojej mamy. Zmiana opatrunku. Wizyta w szpitalu. Prześwietlenie głowy. Wycięcie grzywki. Założenie szwów. Nie wyprę się tego, że jestem kibicem. Kilkucentymetrowa, jasna blizna na granicy czoła i włosów to dowód na to, jakim jestem fanem. Fanem, który za Euro daje głowę!
Mój brat, kibic Karol Cłapa Patrzyłem na niego z lekkim zafascynowaniem. Zawsze się tak ekscytował przed najważniejszymi sportowymi wydarzeniami. Kiedy on wpatrywał się w ekran telewizora w koszulce i szaliku reprezentacji, siedziałem obok niego w zwykłym podkoszulku i zajmowałem się zupełnie czymś innym. To nie tak, że się nie przejmowałem – po prostu pewne sprawy zawsze brałem bardziej na spokojnie. W przeciwieństwie do niego chyba nie posiadałem tej iskry do niekontrolowanych wybuchów radości, kompletnego amoku, utraty zmysłów. Tamtego dnia jeden jedyny raz postanowiłem jednak bardziej się wysilić. Miał chłopak pecha. Przecież tak naprawdę nie powinno mnie tam być. Wróciłem ze szkoły trochę wcześniej niż planowałem i tylko dzięki temu ceremonię mogłem obejrzeć w telewizji. Do dziś zdarza mi się zastanawiać, czy gdyby mnie tam nie było, późniejsze wydarzenia miałyby miejsce. Czy zmieniłem wtedy przyszłość? Jak ją zmieniłem? Na lepsze? Na gorsze? Chyba jednak na lepsze. Nic wielkiego się nie stało, a historia od czterech lat dostarcza nam masę śmiechu. Punkt kulminacyjny. Michel Platini. Koperta. Rozerwanie. Chwila napięcia. I po chwili pękają mi bębenki. Tomek drze się w niebogłosy, zaczyna podskakiwać. Ja także, choć jest to po prostu czysta radość. Dostaliśmy Euro! Doskonale wiem, co to oznacza, ale nie analizuję tego, kalkulacje odkładam na bok. Po prostu się cieszę z niespodziewanej decyzji, jaką podjęła UEFA. Kątem oka widzę jeszcze kadr, w którym Listkiewicz i spółka tańczą z radości, ale po chwili moja uwaga odwrócona jest już w przeciwną stronę, gdzie znajdują się drzwi na balkon. Są otwarte. Tomek stoi na zewnątrz. Wydziera się na całe osiedle. Jak zwykle. Nie pamiętam, co krzyczał. Biegnę za nim, ale on już staje w drzwiach, więc zawracam, biegnę w przeciwległą stronę i przebiegam przez drzwi prowadzące do przedpokoju. Oczywiście w podskokach. Tomek niestety naśladuje moje ruchy. Nie bierze poprawki na swoje dodatkowe dwadzieścia centymetrów. Podskakuje w przejściu. Słyszę huk. W momencie uderzenia byłem odwrócony do ściany. Nie rozumiałem, co się stało. Przed chwilą stał, teraz leży. Reakcja chemiczna w mojej głowie w końcu zachodzi i nagle rozumiem, że nadział się na futrynę. Nie mogę opanować śmiechu. Tomek zbiera się do kupy i wraca do pokoju. Mija kilka sekund. Wtedy słyszę pierwsze od kilku minut zdanie, którego nie wykrzyczał. Karol, krew. Wracam do salonu i widzę brata trzymającego się za głowę. Krew przecieka mu między palcami. Ruszam dramatycznym krokiem do łazienki w poszukiwaniu bandaży. Przetrząsam kolejne szafki. Oczywiście nigdzie nie mogę znaleźć choćby kawałka. W końcu jakieś dorwałem. Niezgrabnie zatamowaliśmy krwawienie. Po wszystkim posprzątałem łazienkę. Wyglądała jak rzeźnia. Gdy opanowaliśmy sytuację, jedyne, o co zapytał, to czy krew poplamiła mu koszulkę. Mój brat - kibic. Chyba naprawdę nigdy mu nie dorównam.
Kosmiczna Akcja Anita A 6 marzec 2011 data, która już na zawsze będzie źle wspominana przez zawodników Manchesteru United. Czerwony Diabły, liderzy tabeli Premier League przybyli na Anfield Road, aby zmierzyć się z Liverpoolem, który dopiero zaczął podnosić się po fali niepowodzeń i kłopotów. Spotkanie nazywane „Bitwą o Anglię” , w którym nikt nigdy nie wybiera faworyta. Gdy spotykają się te dwa zespoły nikt nie patrzy na ich miejsce w tabeli, ponieważ wszystko może się zdarzyć. Również w tym meczu nie zabrakło emocji i niespodzianek.. Trudno mi znaleźć odpowiednie słowa, kiedy przypominam sobie 33 minutę i KOSMICZNĄ akcje Luisa Suareza. To było dopiero piąte spotkanie Urugwajczyka w rozgrywkach Premier League. Od samego początku wzbudzał wiele emocji, strzelił gola już w swoim debiucie, jednak wszyscy uważali, że będzie prawdziwym wzmocnieniem dla the Reds dopiero po kilku miesiącach. Nic bardziej mylnego.. Mecz trwał , a spotkanie było bardzo wyrównane, drużyny odpowiadały atakiem na atak. I w końcu nadeszła ta chwila.. Moment, w którym Suarez wzbudził zachwyt wszystkich , którzy oglądali to spotkanie. Wydawało się , że Manchester po raz kolejny odeprze kontrę Liverpoolczyków . Młody Samlling przejął piłkę we własnym w polu, karnym jednak bardzo szybko stracił ją na rzecz nieustępliwego Skrtela. Słowak podał piłkę do Kyrgiakosa, a ten krótkim podaniem oddał ją Suarezowi.. I wtedy zaczęła się magia… Pierwszą ofiarą El Pistolero padł Rafael, którego Urugwajczyk minął z zawrotną prędkością puszczając mu piłkę między nogami. Potem nie było łatwiej, na drodze Suareza stanął doświadczony Carric, jednak również i on został ograny w niesamowity sposób. To rozpaczliwej interwencji zabrał się Brown, ale ta próba nie przyniosło pożądanego efektu. Suarez atakował z ostrego konta, a do ogrania pozostali jeszcze Van Der Saar i Evra, który miał asekurować holendra. Czym byłaby ta akcja bez idealnego wykończenia? Suareza posyła piłkę pod nogami bramkarza, futbolówka mija Evre i leci w kierunku bramki. Dla świętego spokoju do bramki wbija ją Dirk Kuyt! A teraz policzcie do 8, bo właśnie tyle zajęło Suarezowi przeprowadzenie tej kosmicznej parady. Po Anfield Road rozlała się fala euforii, jedni krzyczeli z radości, inni przecierali oczy ze zdziwienia. Wszyscy zadawali sobie pytanie JAK ON TO ZROBIŁ? Przecież na drodze Suareza nie stanął byle kto : Carric, Smalling, Van Der Saar świetni zawodnicy. Jednak Urugwajczyk dosłownie zatańczył z nimi w polu karnym , nie pozostawiając im żadnej nadziei.. Tak piękne akcje z piękne akcje z pewnością dodają pewności siebie całej drużynie, podobnie było również w tym spotkaniu. Liverpool wygrał z przyszłymi Mistrzami Anglii 3:1, a sam El Pistolero nie poprzestał na jednej akcji i przyczynił się do wszystkich goli strzelonych przez drużynę z Merseyside. Suarez był w tym spotkaniu powiewem świeżości, która okazał się być zabójczy dla rywali. Zawodnik z tak niewiarygodnym talentem i chęcią wygrywania jeszcze niejednokrotnie zadziwi wszystkich przeprowadzając piękne parady na boiskach Premier League. Obrońcy! Drżyjcie!
Wewnętrzna walka Przemysław Kubiak Mundial roku 1990 był mundialem dziwnym. Oglądający go z trybun włoskich stadionów widzowie mieli okazję obejrzeć niewiele bramek, dużo za to czerwonych kartek. Szczególnie zapadł on w pamięci Anglikom, których drużyna zajęła wtedy czwarte miejsce. Był to ostatni taki mundial w którym synowie Albionu odegrali ważną rolę.
D-moll Charlie Prince Opisując akcję, która zapadła mi najbardziej w pamięć jestem zmuszony bardzo szeroko interpretować temat. Gdy szukałem w głowie fajnych goli, najczęściej ich sprawcą był David Villa. Jeden z moich ulubionych piłkarzy, który przeszedł do nielubianego przeze mnie klubu, by ratować klub mój ukochany (przykład na to, że miłość bywa upokarzająca). Nie mogłem się zdecydować czy kryterium wyboru powinny być emocje towarzyszące trafieniu czy może lepiej efektowność bramki. Dziwna sprawa, bo im dalej sięgałem w pamięć tym częściej przypominała mi się akcja stosunkowo niedawna, która z golem nie ma nic wspólnego. Chodzi oczywiście o złamanie nogi podczas Klubowych Mistrzostw Świata. Siedziało to cicho w mojej głowie regularnie wyłażąc podczas retrospekcji świetnych akcji Davida Villi. I tak zdałem sobie sprawę, że właśnie to zdarzenie powinienem opisać. Prozaiczność tego wszystkiego jest porażająca -nie ma tu żadnego boiskowego rzeźnika, ani nawet faulu- ot po prostu pęka kość. Zwykła sprawa. Półfinał rozgrywek, przeciętny rywal, długa piłka na Davida Villę, próba opanowania piłki w asyście dwóch obrońców, strzał i złamanie. Wszystko. Nawet powtórki nie są wstrząsające. Najbardziej tragiczne jest zbliżenie na siedzącego na murawie Villę, człowieka który doskonale wie co się stało. Jego twarz opisującą świadomość wielomiesięcznej kontuzji. Jego bezradność. Cierpienie. Mogę tylko zgadywać jaka była pierwsza myśl, pojawiająca się w głowie piłkarza ułamek sekundy po złamaniu, ale mam nieodparte przeczucie graniczące z pewnością, że pomyślał o Euro 2012- najbliższym i najważniejszym dla niego wydarzeniu sportowym. Nie wiem czy zdąży się wyleczyć (choć prognozy są optymistyczne), a jeśli tak to czy będzie w kadrze i czy odbuduje formę, wiem za to, że Hiszpania bez Davida Villi tytułu nie obroni na pewno. Otwiera się zatem szansa dla Polski? (Ostatnie zdanie, trochę brukowe tak - nomen omen- na przełamanie molowej tonacji tekstu
Gol, który otworzył drogę do Rzymu dluu1990 Stamfor Bridge. Półfinał LM 2008/2009. Chelsea Londyn 1- 0 FC Barcelona. Ilu kibiców Barcy zwątpiło w zwycięstwo? Ile wyłączyło wtedy TV? Ile pogodziło się już z porażką? Ale nie Iniesta i nie Barca. Drużyna złożona głównie z wychowanków, gdzie od dziecka wpajane są zasady futbolu nie przestała walczyć. Nie mogła przestać! Mecz nie układał się po myśli Blaugrany na czele z Misterem. Bramka strzelona przez Essiena już na początku meczu dawała awans Londyńczykom. Essien wtedy „huknął jak z armaty”. Była to jak się wtedy wydawało bramka meczu, już nikt się nie spodziewał, że może się wydarzyć coś piękniejszego tamtego wieczoru. Czerwona kartka. Kontrowersyjne decyzje sędziego. Brak klarownych sytuacji Barcy na wyrównanie. Nic nie zapowiadało , że losy spotkania się odwrócą. Czas uciekał. Chelsea tylko się broniła a ataki Barcelony stawały się coraz bardziej rozpaczliwe i nerwowe. Koniec regulaminowego czasu. Cztery minuty doliczone. Azulgrana nie przestaje atakować. Nareszcie przychodzi 93 minuta. Akcja Barcelony, która wstrząsnęła całą Europą i światem. Akcja, która doprowadziło Londyńczyków do rozpaczy a Katalończyków do wybuchu radości niczym wybuch wulkanu. Akcja, która dała upragniony awans do Rzymu. Wszystko zaczęło się od Xaviego, wypuścił prawym skrzydłem rozwścieczonego „geparda” Daniego, który jakby nie odczuwał trudów meczu „pognał za swoja ofiarą” i dośrodkował w pole karne. Piłkę wybił Terry, ale nie fortunnie. Ta spadła pod nogi Eto'o. Źle przyjął. Dlaczego teraz?! Futbolówka jak bezpański pies poniewierała się w polu karnym. Essien rozpaczliwie interweniował. Nie trafił w piłkę! Ta natomiast znalazła swojego właściciela w Messim. Czekaliśmy na strzał ale Argentyńczyk nie strzelał, oddał do Andresa. „Co on robi?” – myśl, która pewnie opanowała setki kibiców na całym świeci. Przecież nie ma czasu trzeba zdobyć gola, trzeba uderzyć na bramkę! To czego nie zrobił Leo zrobił Iniesta. Nie zastanawiał się, uderzył! Czas jakby się zatrzymał. Ułamki sekund trwały jakby wieczność. Piłka leciała, leciała i…. wpadła! GOL! Andrés Iniesta! Czech pokonany! Bezradnie interweniował ale cóż on mógł zrobić?! Strzał cudowny! Nieziemski! Na gola Andres jak i cała Barca zareagowałem sprintem do rogu boiska. Na co dzień spokojny, tamtego wieczoru nie wytrzymał, zdjął koszulkę. Jakie emocje musiały nim kierować. Jak sam powiedział o tej bramce „Uderzyłem całym sercem. Całą duszą” i to było widać. Andres nigdy nie był wyborowym strzelcem, ale to co zrobił w tamtym meczu było czyś tak cudownym, tak wyjątkowym , tak magicznym, że do dziś dzień mam ciarki na samą myśl o tym golu.
Ten.. Michał Trela Wychodzą na boisko. Do meczu 30 minut. Trybuny nowego i imponującego - zwłaszcza dla przybysza z Rychlińskiego - stadionu zapełniają się. Na boisko wybiegają w czerwonych koszulkach wszystkie Łatki, Patejuki i Górkiewicze, o których Warszawa pierwszy raz słyszy. Znaczy wtedy jeszcze nie słyszy. Przecież spiker ucisza grupkę przyjezdnych z Bielska, krzycząc „na Ł azienkowskiej doping tylko dla Legii!“ Przecież kibice nagle się ożywiają i puszczają wiązankę , jakiej jeszcze nie słyszałem, w której proste „wyp...ć “ brzmiał o niczym słowo, którym usypiamy siostrzeńca. Ach, więc to jest ta siła Żylety, pomyślałem. W tym momencie wiedziałem, że chłopaki z Podbeskidzia są przegrane. Oni muszą patrzeć na to wszystko, słuchać tych tekstów o swoich rodzinach i myśleć , którym wyjściem najbliżej do Bielska. A może nie? A może poczują się , jak Polacy na Wembley, do których wołano, jak do zwierząt? A może... Milion myśli na raz, jeszcze zanim pił karze Legii w ogóle wybiegli na rozgrzewkę. Podbeskidzie dalej nie istnieje. Spiker wita kibiców, z wszystkich Elblągów, Szczecinów, Sosnowców. Nawet z Bielska, tyle, że tych z BKS-u. Chamstwo. Ależ był oby pięknie utrzeć im te nosy. Żeby zapamiętali. Żeby zobaczyli. Żeby poczuli, że Podbeskidzie to nie jest byle co. Aj, żeby tam wejść na boisko, to zaraz bym pokazał góralski charakter. A może nie? A może trząsłbym się jak oni? *** A oni się nie trząśli. Grali tak, jak ja przekonywałem siebie, ż e bym zagrał . Prowadzili 1-0. Był a 45 minuta, a bielszczanie zdecydowali się po raz ostatni przed przerwą przekroczyć połowę . Przekroczyli. Boże, teraz nie stracić, nie stracić piłki, nie stracić bramki do szatni, bo się zacznie. Jest, aut. Górkiewicz bierze piłkę . Zostawia Sokołowskiemu. Warszawa gwiżdże, Warszawa nie wytrzyma tej gry na czas. Sokołowski bierze rozbieg i zamienia się w Rory’ego Delapa. Miota piłką, niczym Majewski, w pole karne. Patejuk wybija się z jednej nogi. Leci i nieziemską przewrotką trafia piłkę . Kuciak nie ma szans na interwencję . Nawet, gdyby leciał o w środek bramki, to i tak by nie obronił, w takim jest szoku. Stadion na ten ułamek sekundy milczy. Zaraz na boisko lecą „k...“. Ale i tak wiem, że Patejuk - warszawiak - uciszył Legię . Że to kopnięcie był o wyładowaniem całej złości 29-latka, który musiał tłuc się przez Góry Kalwarie, przez Złotokłosy i Ponidzia Nidy Pińczów, by w dalekim Podbeskidziu dostać wreszcie szanse zagrania na Łazienkowskiej. I miał chłop wyczucie. Jak żyję , nie pamiętam, by piłkarz Podbeskidzia strzelił gola przewrotką. Łupili Tura Turek dziewięcioma bramkami, strzelali w każdy możliwy sposób, ale przewrotki nie było. Patejuk też efektowny nie był . Wyglądał , jakby całe życie czekał tylko na ten jeden moment, kiedy przywali całej Warszawie z przewrotki. I wyjedzie z niej już nie jako jakiś Patejuk, ale jako TEN Patejuk. *** A dzięki niemu ja, poczułem wtedy, że nie jestem jakimś Trelą . Poczułem, że jestem Trelą, którego Podbeskidzie uciszyło Łazienkowską. Gol Patejuka 3:00
I to już koniec konkursowych notek. Która, Waszym zdaniem najlepsza? Dziś i w całym konkursie?
sobota, 31 grudnia 2011
Odsłona piąta, przedostatnia... Przy okazji nie tylko wspaniałym autorom GwiaKoLi, nie tylko wspaniałym recenzentom ale wszystkim czytelnikom Polsportu szampańskiej zabawy sylwestrowej życzę, a Nowym Roku dużo zdrowia, szczęścia i pieniędzy! Bo nudno - przynajmniej jeśli chodzi o futbol - nie będzie nam na pewno!
„Niech nienawidzą, byleby się bali” Tomek "el_cabeso" Merchut Stojąc nieporadnie na wygiętych, niczym tatarski łuk nogach, chybocząc się na boki jak spróchniała łajba, z wymalowanym na twarzy błazeńskim uśmiechem obnażającym poważne braki w uzębieniu, czekał na ruch radzieckiego obrońcy. Jeden fałszywy ruch. Skurcz zmęczonego mięśnia. Milisekundę dekoncentracji. Moment, w którym mógłby odkleić się od kryjącego go natręta... Dziś taki widok wzbudziłby raczej litość rzeczonego, a świdrujący, mętny od alkoholu wzrok Brazylijczyka starający się uchwycić ostrość na stojącej w bezruchu piłce stałby się przyczynkiem do dyskusji o stanie i kondycji moralnej środowiska piłkarskiego. Ale w 1958 r., w meczu, który decydował o awansie jednej z ekip do kolejnej fazy światowego czempionatu, odpowiedzialny za jego krycie, skoncentrowany na zadaniu niczym legendarny snajper Wasilij Zajcew, obrońca Kuzniecow nie mógł wiedzieć co przyniesie kilka następnych sekund. A już najbliższe trzy minuty, opisywane później przez najtęższe głowy sportowej żurnalistyki jako chwila, która „wstrząsnęła futbolem”, w perspektywie pojedynku z piłkarskim gigantem musiały jawić się przed wystraszonym sowietem, jako jednostka czasu równie odległa i abstrakcyjna, co rok świetlny. Kiesariew, Jaszyn, Wojnow i Kuzniecow. Duma radzieckiej szkoły futbolu i on – intelektualny biedak z amazońskiej selwy. Parias wśród carów. Choć widzieli go po raz pierwszy, bali się jak nigdy dotąd. Ich strach go napędzał, a świadomość jego piłkarskich umiejętności i widok chorobowych zwyrodnień pętały im umysły i odbierały wiarę we własne możliwości. Plan? Był prosty. Pierwsza piłka idzie do niego, a to co z nią zrobi było już kwestią drugorzędną. Jego prywatnym widzimisię. Trener Feola oczekiwał tylko jednego – żeby pokonać sowietów należało odebrać im ochotę do biegania. A któż mógł okazać się lepszym wykonawcą tak karkołomnego zadania, niż nieprzewidywalny drybler, który w imię własnej przyjemności potrafił w meczu ligi brazylijskiej cofnąć się sprzed pustej bramki po to, by raz jeszcze poznęcać się nad bramkarzem rywali? [gwizdek...] Pierwsze podanie od Didiego przykleja mu się do za dużego o rozmiar buta. Lewo, zwrot, prawo. Kuzniecow leży na ziemi bezradnie bijąc pięścią w trawę. Jeszcze raz. Tym razem z dwoma rywalami. Pierwszy znów upada Kuzniecow, a zaraz za nim na glebie ląduje Kriżewskij. Zwrot, prawo. Bieg w stronę linii końcowej boiska stara się mu przerwać Wojnow. Stop. Przytrzymując piłkę podeszwą, najpierw przesuwa ją w lewo, później w prawo, by szybkim balansem ciała przecisnąć się pomiędzy desperacko interweniującym defensorem a linią ograniczającą plac gry. Przed nim już tylko bramka, a w niej zdeprymowany widokiem nacierającego Lew Jaszyn. Strzał! Słupek. [gwizdek...] 2:0. Choć oba gole zdobył Vava, to on opuszczał boisko na rękach rozentuzjazmowanych kolegów. Sowieci, którzy rok wcześniej rozpoczęli plan eksploracji kosmosu nie byli w stanie okiełznać jednego człowieka.
Dawno temu w Rotterdamie Łukasz Kupisz Nie będę oryginalny pisząc że najbardziej zapadła mi w pamięć akcja zakończona bramką. Kiedy przeczytałem temat pracy konkursowej przyszedł mi do głowy gol Terrego w meczu z Barceloną czy niestrzelony karny tegoż samego piłkarz w finale Ligi Mistrzów. Pomyślałem też o paradzie Jurka Dudka który najpierw zabił śmiechem skoncentrowanego Szewczenkę prezentując mu wygibasy jakich nie powstydziły się Ron Jeremy. O Zizou nie wspominając który swoim nietypowym uderzeniem być może rozstrzygnął losy pamiętnego finału Mistrzostw Świata. Moja The Akcja działa się na Euro 2000. Włosi w mistrzostwach grali jak zwykle po to żeby wygrać a nie po to żeby się podobać. Oglądając finał wiedziałem jedno: Squadra Azzurra ma przegrać. Jakoś dziwnie to przeczucie kierowało mną do samego końca meczu. Momenty takie jak strzał Del Pierro w końcówce cudem obroniony przez Bartheza tylko mnie utwierdzały w przekonaniu że Francja zagra do końca i wygra. No i stało się. Do dziś mam przed oczami charyzmatycznego łysego bramkarza wyganiającego kolegów i wznawiającego pośpiesznie grę. Wiltord huknął chyba trochę na oślep ale wiedział że musi zaryzykować, byle mocno! Byle celnie! Jeśli bramkarz obroni to może ktoś dobije. Bóg dał mu prezent w postaci chwilowego zamroczenie Cannavaro, dlaczego miałby z tego nie skorzystać? W tym momencie wszystko zależało od niego i tylko od niego. Gdyby spudłował nikt nie miałby do niego pretensji, przecież mieli 90 minut żeby strzelić. Gdy się uda będzie bohaterem, da swojej drużynie zastrzyk adrenaliny która nie pozwoli przegrać. Gol osłabi Włochów, podetnie im skrzydła, sprawi że się podłamią. Udało się. Mina Lemerra była bezcenna. Wszyscy skaczą cieszą się a on odciął, chyba złapała go ta sama dolegliwość co chwilę wcześniej Cannavaro. Nie zastanawiam się co się działo w głowie zdobywcy bramki podczas decydującej akcji bo chyba w takich momentach się nie myśli. Trzeba po prostu wykonać swoją robotę, trzeba działać jak automat, jak John Rambo w Wietnamie. Nie pamiętam zbytnio piłkarzy z półwyspu apenińskiego w tamtym momencie. Siedzieli pewnie na murawie i myśleli, potem to samo w szatni. To musiało być przytłaczające, to miał być koniec, miały być szampany i wielka feta. Ale cóż… trzeba się pozbierać i grać. W obozie Francuskim było na odwrót, oni byli na fali. W tej sytuacji ich zwycięstwo chyba nikogo zbytnio nie zdziwiło. Czy aby te Włochy z finału to były Włochy? Oni grali ofensywnie, nawet gdy prowadzili starali się strzelić coś jeszcze. Tottiego roznosiło. Ta brzydka defensywna ekipa z meczu półfinałowego przeciw Holandii przeszła całkowitą metamorfozę. Ten mecz, ten gol to był piękny czas pięknego spektaklu w którym grało się do przodu, parło się nie tylko po sukces ale i po uznanie kibiców. To były prawdziwie ofensywne mistrzostwa okraszone pięknymi bramkami, kapitalnym finałem i tym golem, który piękny może nie był ale okoliczności w jakich padł, cała ta otoczka stwarza wokół niego piękną historię.
Młody Giannini Giannini Instytucja starszego brata na ogół jest całkiem w porządku (o ile nie jest to typ Wayne’a z „Cudownych lat”, czyli o IQ ameby), ale dla tego młodszego rodzi określone konsekwencje. Młody zawsze jest porównywany do starszego. Już od maleńkości. Jazda bez trzymanki zaczyna się w szkole. Pal licho polonistki, tu liczy się banda z twojej i ze starszych klas. Warunek sine qua non dla egzystencji Młodego brzmi: umieć się w czymś wykazać. Najlepiej w sporcie. Zwłaszcza, gdy twój starszy brat, właśnie za bycie wysportowanym, jest szanowany najpierw w osiedlowej betonowej dżungli, a potem w dalece szerszych kręgach. Załóżmy, że jest taki oto sobie Młody, który na taką sytuację musi zareagować pozitiwnie. Stara się bardzo, ale efekty są mizerne. Co mecz, to dzwon! Jego zespół zbiera bęcki takich rozmiarów, że gdyby to była liga osiedlowa, organizator zlitowałby się i wręczył jej nagrodę „Dla najsympatyczniejszej drużyny” (zgodnie z wykładnią komentatorów, beznadziejne reprezentacje jak San Marino czy Guam są sympatyczne z definicji, nawet gdyby grali tam sami recydywiści). Fani futbolu patrzą na Młodego już tylko z politowaniem. Selekcjoner w reklamie dyskontu nigdy nie powiedziałby mu „Brawo Młody, założyłeś siatę jak Stary!”. Bo Młody siat nie zakłada. A jako pomocnik przez trzy sezony nie zdobył gola! Oto jednak, niespodziewanie jak hiszpańska inkwizycja, nadchodzi turniej, w którym drużyna Młodego dociera do półfinału (spokojnie, w ćwierćfinale wszystkie trzy gole strzela jego kumpel). Podczas gry o finał stare trybuny pękają w szwach, w końcu grają odwieczni rywale. W uszach aż dudni, bo publiczność wali w drewnianą konstrukcję ile sił w dłoniach, nagradzając tak strzelane gole. Jest 2:2. Młody też strzela. Panu Bogu w okno. Niecała minuta do końca. O sędzim wiadomo, że jest mało biegły w rachunkach i na wszelki wypadek wystrzega się czasu doliczonego. Młody dostaje piłkę na połowie boiska. Ma dużo miejsca, po co przecież tego niedorajdę pilnować. Młody jest coraz bliżej bramki. Mija rywala, który w końcu się do niego fatyguje. Teraz do pola karnego są dwa czy trzy kroki. Młody potem powie, że zanim strzelił, podświadomość kazała mu spojrzeć na trybuny, pewnie po to, by poszukać na nich brata (bo na meczu, jak na każdym, był). Powie też, że go nie dostrzegł. Że usłyszał za to głośny krzyk: „Szybciej! Strzelaj!”. Strzela, a piłka leci, i leci. Zatrzymuje się dopiero w bramce. Wlatuje idealnie w górny róg. 3:2. Koniec. Szok. Amok. Ramiona kumpli z „sympatycznej drużyny”. Potężny hałas niewyrażalny w decybelach. Ładunek emocji nie do ujęcia w żadnej skali. Radość Starszego Brata. Euforia Młodego, który swoim pierwszym golem, dał drużynie największy sukces w historii. I który podczas gry w piłkę nigdy już takiego wzruszenia nie zaznał. Choć strzeli też gola w finale. Nie, to nie jest historia Phila Neville’a, Yaya Toure czy innego Marciano Brumy. Do diabła, nikt mnie nie przekona, że może istnieć gol powodujący większe ciary od tego, którego samemu się strzeliło. Ta ostatnia minuta... adam041 Zdecydowałem się opisać akcję niesamowitą. Akcję, którą każdy kibic Barcelony (i nie tylko) powinien znać doskonale. Jako cule, znam cały ciąg zdarzeń na pamięć. Gdy ktoś obudzi mnie o 2:42 bez problemu mogę ją opisać w najmniejszych detalach. Ukazuje ona maestrię i piękno futbolu Blaugrany. Mowa o akcji ze Stamford Bridge z 6. Maja 2009r. Akcja ta była chyba najczęściej puszczaną sportową powtórką w 2009r. Wszystko działo się w rewanżowym spotkaniu półfinału Ligi Mistrzów, gdzie po bezbramkowym remisie na Camp Nou ekipa Barcelona jechała do Londynu z jasno określonym celem. Wygrać i zagrać w rzymskim finale z Manchesterem. Niestety mecz nie ułożył się po myśli mistera. Jego chłopcy szybko stracili bramkę co spowodowało, że Chelsea pod wodzą Guusa Hiddinka postawiła autobus przed własną bramką. Katalończycy bili głową w mur przez całe spotkanie aż do tego magicznego momentu. W pole karne londyńczyków wędruję Pique z Puyolem. To znak, że Azulgrana będzie próbowała swojego szczęścia w powietrzu. Podanie do Daniego Alvesa. Ten popisuje się rajdem prawą stroną boiska i wrzuca piłkę w pole karne. Pojedynek w powietrzu wygrywa John Terry. Zawodnik Barcy w pojedynku z rosłym stoperem spada na ziemie niczym mitologiczny Ikar. Futbolówka trafia pod nogi Abidala. Francuz podaje do Messiego. Leo wysuwa ją Inieście na siedemnasty metr a ten zewnętrzną częścią stopy uderza w stronę bramki strzeżonej przez Petra Cecha. Mimo, że piłka miała do pokonania tylko siedemnaście metrów to jej przelot do bramki Cecha trwał wieczność. Don Andres był wpatrzony w piłkę niczym lew polujący na swoją ofiarę. W końcu ląduje ona w siatce. Euforia graczy w żółtych strojach, euforia w sektorze kibiców gości. W pamięci mam ten niesamowity komentarz pana Włodzimierza Szaranowicza: "Czy to jest ta akcja? Tak to jest ta akcja! Tak to jest Iniesta! Tak to jest Barca!". Na co dzień spokojny i skromny Andres Iniesta teraz zamienia się w bestię. Chyba pierwszy raz w swojej karierze zdejmuje koszulkę aby celebrować strzelonego gola. Pep Guardiola z radości wykonuje sprint w kierunku chorągiewki przy której cieszą się jego podopieczni. Biegnie szybko, jak za najlepszych czasów gdy był piłkarzem. Kto wie, może w tym biegu pobił swój rekord życiowy? Tę piękną chwilę przerywa mu Sylvinho, który krzyczy do trenera "Mamy jeszcze dwie zmiany!" . Guardiola wracając na ławkę pokazuje do rezerwowych, aby zdejmowali dres i szybko szli do arbitra technicznego. Trener Barcy zmienia Iniestę w nadziei, że dostanie on owację. No niestety, panie Guardiola, gramy na Stamford Bridge i nie ma co liczyć na oklaski. Ta akcja, jak i cały wieczór był magiczny. Gola Iniesty celebrowałem leżąc na podłodze i płacząc do szalika o wymownym napisie "T’iestimo Barca!" ("Kocham Cię Barco!"). Nam, kibicom wystarczy tylko podziękować Barcelonie za walkę do końca i za wspaniałą akcję.
Gyan Maciek Wójtowicz Johannesburski czasomierz wskazuje 121 minutę. Twoje ciało zaczyna powoli odchodzić od zmysłów. Obolałe nogi ciążą, kwas zaczyna rozlewać się po mięśniach, głowa pulsuje w rytmie zawodzących vuvuzeli – osiemdziesięciu-czterech tysięcy. Nie możesz się poddać, bo nie pozwala na to Twoje pochodzenie, charakter i ambicja. Rodzice dali Ci na imię Asamoah, co w języku Asante oznacza nieustraszonego wojownika. Jesteś już bohaterem narodowym, lecz Twoje Safari nadal trwa. Dośrodkowanie z rzutu wolnego, a tam już futbolowy kocioł. Piłka krąży po polu karnym, ale jak zaczarowana nie przekracza białej linii. Appiah, a następnie Adiyah dobierają się do ofiary, ale Indianin w ferworze walki poświęca dłoń aby uratować resztę organizmu. Słabość i niemoc pariasów triumfują tego dnia po raz pierwszy. Kciuk wędruję w dół i dopiero wtedy zaczynasz sobie uświadamiać, że to właśnie na Twoich barkach spocznie ciężar oczekiwań drużyny, kraju i całego kontynentu. Ghana zaczyna powoli wstrzymywać oddech, afrykańskie barwy wędrują w górę, Soccer City drży w posadach, a „Król polowania” ustawia futbolówkę jedenaście metrów od jaskini lwa. W trakcie mistrzostw trzykrotnie pokonywał bramkarza, więc egzekutorem nie może być nikt inny. Dokładnie ustawiasz piłkę, tutaj każdy szczegół może okazać się kluczowy. Nie spoglądasz za siebie, lecz kątem oka zauważyć możesz klęczącego rówieśnika, który pogrąża się w modlitwie. Przez całe życie byłeś wojownikiem i doskonale wiesz jak uderzyć. Gwarantem powodzenia są silny strzał i idealna parabola lotu. Adrenalina pobudza całe ciało, a Ty bierzesz ostatni haust przed głębokim skokiem do wody. Ruszasz do piłki, pierwszy dynamiczny krok przypomina afrykańskiego geparda, a po nim drugi, trzeci i wystrzał. Projekcję całego życia przerywa Ci doniosłe niczym dzwon huknięcie w poprzeczkę. Piłka wędruje w sklepienie, a jęk zawodu wzdłuż Nilu przypomina ryknięcie śmiertelnie ugodzonego lwa. Przez ciało przechodzi zimny dreszcz, a jedyną możliwą reakcją wydaje się skrycie głowy w dłoniach. To właśnie ta akcja zostanie przeze mnie zapamiętana do końca życia. Właśnie nią Suarez uśmiercił legendę Ghany. Nikt już nie dowie się, jak potoczyłyby się losy Afrykańczyków. Czy wielka ambicja pozwoliłaby „Czarnym Gwiazdom” przejść półfinał i zdobyć Mistrzostwo Świata? PS. Sami mieszkańcy Ghany powinni po tym meczu, choć trochę zmodyfikować krajową dewizę umieszczoną w stolicy. Wściekle szybcy grmli Panta rhei jak to mówią… Rzecz w tym, że ostatnio zaczęło to płynąć jakby wolniej… Jakby krew zgęstniała do stanu przedzakrzepowego. Tętno zaczęło bić w rytmie akcji konstruowanych bez końca, podań wymienianych po tysiące razy od napastnika do bramkarza, akcji czasem nie postępujących ani o krok do przodu. Mówią, że najlepszą obroną jest atak. Ktoś poszedł krok dalej i mamy, teraz sytuację, gdzie drużyna broni się atakując i jednocześnie atakuje broniąc .Kiedy przeciwnik nie ma piłki to szansę na stracenie bramki zostają zminimalizowane do momentu kiedy wpadnie samobój, ewentualnie bramkarz przyśnie i poda piłkę do przeciwnika. Okazało się, że ów system to całkiem niezła recepta na wygrywanie. I siedzimy tu. Z oczami ,spod ciężkich powiek śledzącymi kolejne kompilacje zagrań gdzie jeden zawodnik podaje do drugiego, a ten pierwszy… o czym to ja? A tak, to wciąż ta sama akcja, 642 podania i właśnie jesteśmy w środkowej strefie… widocznie taka jest piłka. I nagle… 27 września ,Santiago Bernabeu , 24 minuta. Real - Ajax, zabójcza akcja. 100 metrów, 17 sekund, 16 dotknięć, 7 podań ,5 zawodników ,1 akcja – 1 gol. Just like that. Ajax atakuje, ale Ramos zna swój fach .Przecina i trzy razy dotyka piłki. Właśnie tyle wystarczy mu by rozpocząć natarcie. Błyskawiczne podanie do Ozila . Dystyngowany obrót ,rentgen sytuacji w trakcie sprintu i futbolówka, między rywalami sunie do Ronaldo. Ten przyjmując odgrywa do Kaki, ogrywając rywala. Brazylijczyk odwdzięcza się pięknym za nadobne ,tyle ,że bez asysty przeciwnika. Okazało się, że Ajax jest rozerwany. Obrona cofa się w popłochu ,a zszokowana ofensywa wciąż jest myślami przy konstruowaniu ataku. Nic dziwnego. Cztery sekundy wstecz to oni nacierali. Tymczasem biały pocisk bezlitośnie mknie dalej. Ronaldo ,znów z pierwszej ,znów kasuje .Tym razem dwóch rywali. Niespodziewane zagranie w lukę do Ozila .Przedsionek pola karnego. Dla obrońców-przedsionek piekła . Niemiec bez przyjęcia, fenomenalnie, do Benzemy, który znikąd, pojawił się na lewym skrzydle. Ten zagrywa niczym nóż sprężynowy. Bez mrugnięcia okiem, bez spojrzenia, wżyna piłkę w środek szesnastki. Tam pojawia się biały demon z siódemką na plecach. Bez namysłu ,bez skrupułów, bez pardonu, za to z piekielną siłą jakby w jednym strzale zamknął całą nienawiść tych, którzy skrupulatnie witają go gwizdami… Bramkarz? Zapytajcie go czy zdążył o czymkolwiek pomyśleć, na pewno nie zdążył nic zrobić. Maestria. To było jak epinefryna dożylnie, elektro-wstrząs i wyskok z samolotu, jak odłączenie od matrixa. Dziś próbuje się przedefiniować piłkę, a w tej grze chodzi być może przedewszystkim o emocje. „Niektórym ludziom myli się piękno gry z posiadaniem piłki.” Rozumiem, że takie akcje jak powyższa łatwo przeoczyć. Trudno uchwycić. Może po prostu są za szybkie? I która notka lepsza?
piątek, 30 grudnia 2011
Dziś czwarta odsłona GwiaKoLi i powiem tylko tyle, że ku mojej wielkiej radości w naszym konkursie pojawił się nastrój jak z powieści Orhana Pamuka ‘Nazywam się Czerwień’... Zapraszam do lektury, ocen i komentarzy!
Historia pewnej piłki Rossi-4 Jestem piłką i pochodzę z Niemiec. I co z tego, powiecie? Macie rację, jest nas na świecie bardzo dużo. Często trafiamy do małych klubików, wiele z nas ginie na asfaltowych boiskach, jeszcze inne kończą krótki żywot w rękach zgryźliwych staruszków, którym właśnie połamały kwiatki. Większość z moich sióstr i braci jest tylko napompowanym balonem ze skórzanym odzieniem. Ja mam zaszczyt być piłką niezwykłą, kilka milionów wyświetleń na YouTube to chyba najlepsza rekomendacja. Co z tego, że większość ogląda tego niewysokiego napastnika i podziwia technikę strzału? My, piłki, uwielbiamy trafiać do siatki. Dla nas ryk kilkudziesięciu tysięcy kibiców to najlepsza chwila w życiu, wynagrodzenie cierpień związanych z potężnymi kopniakami od dorosłych facetów. Teraz czas na moją historię. Od małego byłam wyjątkowa - wszyscy mówili mi, że dzięki temu znaczkowi z podobizną kota zrobię dużą karierę. Początkowo nie wierzyłam im, równie dobrze mogłam trafić na półki sklepowe i ponieść tragiczną śmierć w wyniku zabaw sadystycznego małolata. Pewnego dnia spotkała mnie chwila szczęścia. Wraz z kilkunastoma koleżankami miałyśmy pojechać na mecz do Manchesteru. Byłyśmy bardzo zadowolone, Anglicy jako nieliczni potrafią łagodnie obchodzić się z piłkami, chociaż podobno dawniej byli bardziej brutalni i z radością kopali nami na odległość kilkudziesięciu metrów. Miny nam zrzedły, gdy poznałyśmy rywala. Na Old Trafford mieli zagrać Polacy! Wiecie, jak najłatwiej wystraszyć młodą piłkę? Powiedz jej, że zaraz przyjedzie po nią Jacek Krzynówek. Nie potrafię powiedzieć wam, ile z nas zdążył już uszkodzić swoim kopytem. W każdym razie pełna obaw pojechałam na stadion. Pierwszą połowę spędziłam niemal w całości w rękach młodego chłopca. Kilka koleżanek zdążyło już wystąpić, inne czekały zniechęcone tuż za linią boczną. Jeszcze przed przerwą nareszcie nadeszła moja kolej. Mój mały opiekun rzucił mnie w kierunku polskiego obrońcy, który sposobił się do wykonania rzutu z autu. Później wydarzenia toczyły się w lawinowym tempie. Początkowo znalazłam się pod nogami łysego pomocnika, który usilnie próbował kopnąć mnie do wybiegającego na czystą pozycję partnera. Pierwsza nieudana próba nie zniechęciła go, za drugim razem celnie podał na prawą stronę. Tym razem trafiłam pod opiekę długowłosego skrzydłowego, a ten, niewiele się namyślając, dośrodkował mnie w pole karne. Najpierw delikatnie, subtelnie, więc nic dziwnego, że obrońca zdążył go zablokować. „Podnieś mnie” - krzyknęłam i widać to podziałało, gdyż druga próba była o wiele lepsza. Szybując wysoko nad głowami obrońców spostrzegłam małą postać. Sprawdziłam później, nazywał się Frankowski i jego ulubionym zajęciem było umieszczanie nas w bramce. Niewiele potem pamiętam. Jak w kalejdoskopie przewija się znakomite uderzenie tego gracza, bezradna interwencja bramkarza i szaleństwo polskich kibiców. Chwilę później sędzia zakończył pierwszą połowę i zabrał mnie do szatni. A ja czułam się najszczęśliwszą piłką na świecie...
Więcej niż gol Przemysław Mamczak Tylko jeden moment mam w pamięci. Tylko jeden, który ciągle trwa. Nie, to brzmi nieco komicznie. Wręcz groteskowo. Po takim wstępie nie jeden zapytałby czy w domu wszyscy zdrowi. A więc inaczej. Tak jak z okien hotelu Hyatt widać restaurację Blue Cactus, tak czytając zapowiedziowo-konkursową notkę na Polsporcie, większości z nas przed oczami jawił się jeden obraz. Mi również. Bez googlowania zarzucam datą - 6 maja 2009! Prosto z pamięci, świeży obraz. Czuję, jakby to było wczoraj. Tylko za oknem pogoda jakaś nie ta... Po spotkaniu, około 23, napisał do mnie kolega, oddany fan The Blues. „I czemu, kur**, nic nie piszesz?” - zapytał. Starcia „naszych” klubów nie raz nas poróżniły. Liczne niesnaski uświadomiły nam jednak, że jeden nie przekona drugiego do swoich racji. I odwrotnie. Tym razem jednak napisać nie mogłem, nie chciałem. To byłoby zbyt okrutne. Mimo nienawiści do rywala, urodziło się we mnie współczucie. Byłem w ciężkim szoku. Udało się! Piękno futbolu górą, Barcelona jednak w finale. Ale wyśmiać kolegi się po prostu nie dało. Niesamowite? To za małe słowo. Zimny pot oblewający skronie? Uczucie wielkiego ciężaru, który nagle, niespodziewanie, obciążył klatkę piersiową? Jakoś wyjątkowo łatwo sobie przypomnieć tamten wieczór, prawda? I właśnie dlatego to zagranie trzeba wyróżnić! Dlatego, że zostało w nas. Gdzieś głęboko, w samym środku. Tak jak muzyka, której pierwsze nuty w naszej głowie łączą się z określonymi chwilami i wspomnieniami, ilekroć słyszymy ją w radiu.
Okienko Haszyszak Jakieś dziesięć lat temu, kiedy pogoń za piłką, każde jej dotknięcie, każde podanie i strzał, każda z nią spędzona chwila były praktycznie sensem życia graliśmy mecz. My klasa 2 "C" I LO im. Władysława Jagiełły w Krasnymstawie. My, których w klasie było raptem ośmiu chłopaków, mięliśmy zagrać pięciu na pięciu przeciwko klasie IV, pełnej maturzystów. Stawką był awans do finału rozgrywek międzyklasowych. Rozgrywek, w których przeszliśmy wszystkie klasy ze swojego rocznika, bez mrugnięcia okiem. Taktyka była jasna, mieliśmy bramkarza - Irka, a w polu ciężko pracujących- Kosziego- silnego jak drwal, Daniela- szybszego niż mój passat, Kamila ( naszą gwiazdę, najbardziej utalentowanego chłopaka jakiego kiedykolwiek na żywo widziałem ) i mnie. W odwodzie był także i często grywał Arek, na boisku bardzo waleczny ( poza nim czasem też ). Chodziło o to by nie stracić bramki, walczyć w odbiorze i jak najszybciej posyłać piłki do Kamila, a ten już- wierzcie mi wiedział co z nią zrobić. Najczęściej podania szły od... Irka, bądź ode mnie, gdyż zazwyczaj starałem się pomóc Kamilowi w rozegraniu. W tym meczu jednak nie szło nam tak łatwo, starsi rywale byli silniejsi, blokowali Kamila, proste zagrania nie wystarczały. pierwsza połowa zakończyła się remisem 0:0. W defensywie byliśmy bezbłędni, ale rywale także. Po rozpoczęciu drugiej części gry, w okolicach połowy boiska, jakieś 25 metrów od bramki ( o rozmiarach bramki do piłki ręcznej ) mieliśmy rzut wolny. Piłka stała praktycznie na środku rywale ustawili się do muru, ja stanąłem po prawej stronie licząc na zagranie, z którego będę mógł oddać strzał. Nic Kamilowi nie sugerowałem, on wiedział co robić. To był ten moment. Piłka odegrana z odpowiednią siłą, w doskonałe miejsce - Kamil zrobił to co trzeba, teraz moja kolej; widzę bramkarza i nikogo oprócz niego na drodze piłki do bramki, strzał z prostego podbicia, piłka z wciąż wznosząc się, tnąc powietrze, po rękach bramkarza wchodzi pod poprzeczkę. Co za radość, co za niesamowita euforia! Co za chwila... Ten mecz musieliśmy wygrać i tak się stało, skończyło się na 2:0, a drugiego gola strzelił oczywiście Kamil po świetnym indywidualnym popisie. Po meczu Irek podszedł do mnie i powiedział, "...jak piłka stała ustawiona przed wolnym modliłem się, żeby Kamil podał do ciebie...", wymodlił... Tego dnia zrobiłem to za co zazwyczaj dostaje się burę huknąłem przed siebie wierząc, że się uda. Zazwyczaj się nie udaje piłka leci w świat, ale tym razem się udało, dlatego strzały z dystansu są takie fantastyczne, jak już wpadają do bramki to, to jest coś! Do czego zmierza ten tekst? Ten strzał, który oddałem, cieszy mnie do dziś, ale był on tylko namiastką uderzenia, które naprawdę zasługuje na przypomnienie i pokazanie w takim konkursie jak ten. Strzał Remi Marevala z FC Nantes - to jemu dedykuję ten tekst. Nie pamiętam z kim wtedy grali i jakim wynikiem skończył się mecz. Nie sprawdzam tego bo to nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że gdy zobaczyłem tą bramkę to wiedziałem, że gdybym miał szanasę zagrać w życiu jeden mecz i oddać jeden strzał, to chciałbym żeby to był właśnie taki strzał.
Pośpiech, Wareczka, Rooney, gol Bartek Woźniak Szybko napisany kolos z materiałoznawstwa, tramwaj „dziewiątka” i walka z czasem. Zniecierpliwiony patrzę w zegarek. Czuje, że telefon wibruje mi w prawej kieszeni. Zielona słuchawka.. -Gdzie ty do cholery jesteś?! Już 60 minuta! – denerwował się Gucio -No zaraz będę, czekam na tramwaj. – Odpowiedziałem spokojnym głosem. Patrzę, rozglądam się gdzie ten niskopodłogowiec. Ehh.. już minuta spóźnienia. – szepnąłem po cichu do siebie. No w końcu jedzie! Wsiadam. Kasuje bilecik. Miejsca siedzącego brak. Znowu czuć wibracje. Znowu Gucio, tym razem forma pisemna „Dżeko”, a na końcu smutny uśmieszek.. Ja pieprze!- wydarłem się na pół tramwaju. 10 minut w zatłoczonym pojeździe, to zdecydowanie za długo. Ale innego wyjścia nie było. Nareszcie na miejscu. Teraz sprint wzdłuż Św. Marcina. Jak zawsze w takich sytuacjach zadaję sobie pytanie „gdzie moja kondycja”? Na oko jeszcze 100m i jestem na miejscu. Czas nieubłaganie ucieka. Wchodzę zdyszany. W korytarzu słyszę głośne: „From the banks on the Irwell to Sicily..” Po drodze zahaczam bar. - Wareczkę z kija.- zdyszany mówię do barmana. Zabieram złoty napój ze sobą i pędzę do sali z TV. W biegu szybkie dwa łyki. Wchodzę, rozglądam się za moim informatorem Guciem. Pewnie jest gdzieś w tłumie. – pomyślałem. W dłoni kufel do połowy pełny. Zielono-żółty szalik na szyi. Wzrok skierowany na ogromną plazmę wiszącą na ścianie. Kwadrans do końca. Pełne skupienie na meczu. Nani dośrodkowuje.. i stało się. Nieprawdopodobne! Co za gol! Niemożliwe! Dreszcze przeszywały całe ciało. Przez kilka minut ściskaliśmy się z innymi kibicami. Nikt nie mógł wydusić z siebie słowa. Po chwili głośne skandowanie: Rooney! Rooney! Nawet Gucio się znalazł. Czuliśmy się jakbyśmy wygrali najważniejszy mecz w życiu, a to tylko gol. Ale za to jaki! Powtórki oglądaliśmy chyba tysiąc razy. Za każdym razem te same dreszcze. Kiedy już emocje troszkę opadły, zaczęliśmy z chłopakami debatować. Zastanawialiśmy się, czy nie jest to najpiękniejszy gol jaki widzieliśmy. Dla mnie było to trafienie wszechczasów. Utwierdził mnie w tej decyzji Gucio, który genialnie ujął całą sprawę: „Normalnie jak Rooney strzelił, to dostałem publicznej, niekontrolowanej erekcji..."
Manchester na kolanach Toldo10
Latający Holender Krzysiek Janda
Matka natura i Calori Laziale83 Nowy Rok to czas podsumowań. Finanse, kilogramy, podróże, rachunki… Fan futbolu do tej listy dorzuci z pewnością i gole. Transfery, rankingi, tabele. Jako maniak Serie A nie mogę skupić się dziś tylko na choince i pływającym w obliczu rychłej egzekucji karpiu. Mija właśnie 15 lat odkąd całkiem nieplatonicznie zakochałem się w błękitnej koszulce Lazio Rzym. Liczba to dość okrągła, więc i okres podsumowań warto wydłużyć. Piętnastokrotnie. Gdybym chciał ułożyć swój rzymski dream team tego krótkiego okresu, nie miałbym większych problemów. Poza jednym. Gdy myślę o obsadzie pozycji stopera na usta ciśnie mi się tylko jedno nazwisko. Allesandro Calori. Znacie go? Spokojnie, ja też nie bardzo. Koszulki Lazio nie przywdział nigdy. Za to jednak, co zrobił w maju 2000 r. będę mu wdzięczny dozgonnie. Tamtejszy sezon wspominam z cholernym sentymentem. Dotychczas nie mogłem pojąć jak kraj języka Dantego i Petrarki, malarstwa Leonarda da Vinci, wina i uwielbienia piękna wyprodukować mógł coś tak topornego i cynicznego jak catenaccio. Sezon 2000 naznaczony gradem goli i piękną walką zabił wreszcie ten stereotyp. Nafaszerowane gwiazdami ekipy Lazio i Juventusu, dowodzone przez magików w osobach Verona i Zidane’a stoczyć miały korespondencyjny bój o scudetto w ostatniej kolejce ligowej. Wygrany brał wszystko. Ofiarami miały paść Perugia i Reggina – obie nie grające już o nic. I choć oba mecze rozpoczęły się o tej samej godzinie, jeden z nich potrwał dłużej o… 82 minuty. Jeśli czytaliście kiedyś co W. Cejrowski pisze o tropikalnych ulewach, jest pewne, że w maju tamtego roku jedna z nich nadciągnęła nad Perugię. Strugi deszczu zamieniły boisko w basen. Do dziś nie wiem jak skomplikowany proces myślowy zajść musiał łysej głowie sędziego Colliny by po przerwie wypuścić piłkarzy z powrotem na boisko. Wypełnione po brzegi Stadio Olimpico w Rzymie zapomniało już o triumfie nad Regginą i ze zdziwieniem obserwowało wydarzenia w stolicy Umbrii czekając na cud. I cud się wydarzył. Alessandro Calori, odliczający dni do końca kariery obrońca gospodarzy chyba zamienił się na sekundę talentem ze swoim imiennikiem Del Piero. W jedynym chyba przebłysku piłkarskiego geniuszu przyjął piłkę na klatkę i wykonał najcenniejszy wolej w moim kibicowskim życiu! Szału na trybunach w Perugii nie było. Kibice czuli się pewnie nieco jak polski premier na szczycie UE – uwikłani w konszachty gigantów, z niewielką wiarą, że mają na cokolwiek wpływ. Wyjątkowo, wtedy jednak mieli. Juventus nie wyrównał, a akcja Caloriego sprawiła, że po latach scudetto wróciło do miasta, do którego przecież prowadzą wszystkie drogi. Odkąd interesuję się futbolem, tytuły mistrzowskie rozdawali napastnicy, sędziowie, mafia i przypadek. W maju 2000 r. przyznali go matka natura i facet, który całe życie używał nóg do wybijania piłki z linii bramkowej. Ten jeden raz użył ich jednak, by piłka tę linię przekroczyła. I dlatego stawiam go na środku defensywy mojego prywatnego, rzymskiego dream teamu. No i która notka lepsza?
czwartek, 29 grudnia 2011
Nie ma niezastąpionych Kuba Pawłowski Ćwierćfinał Champions League. Legenda Arenalu Patrick Vieira wraca na Highbury i staje do walki przeciwko byłym klubowym kolegom, wśród których znajduje się niezwykle utalentowany 18-letni Cesc Fabregas. Zaczyna się pojedynek, na który czekałem od losowania par ćwierćfinałowych – chwili, w której pojawiły się pierwsze emocje i im bliżej było pierwszego gwizdka arbitra, tym bardziej się nasilały. Wracał wspaniały piłkarz, którego zawsze podziwiałem i który na zawsze został w moim sercu. Cechował się niesamowitą wolą walki i właśnie to sprawiało, że był tak wyjątkowy. Zawsze dawał z siebie wszystko od pierwszej do ostatniej minuty. Walczył o każdą piłkę, nigdy nie odpuszczał, nie bał się ryzyka. Odchodził ktoś naprawdę wielki i nie mogłem uwierzyć, że już nigdy go nie zobaczę w moim ukochanym klubie. Ale czy odejście było właściwym krokiem? Czy jest ktoś w stanie go zastąpić? Na te pytania długo szukałem odpowiedzi. Wiedziałem, że nie poznam ich od razu, że nastąpi to dopiero jak sezon rozkręci się na dobre i na tę chwilę czekałem. Zostaje niewiele czasu do końca pierwszej połowy. Vieira traci piłkę w okolicach linii środkowej boiska. Odbiera mu nią kapitalnym wślizgiem Robert Pires. Przebiega z nią kilkanaście metrów i pojawiają mi się w głowie pytania – komu poda? Jakie rozwiązanie wybierze? A wiem, że potrafi prawie zawsze wybrać to najlepsze. Wiem, że w nawet niezwykle trudnej sytuacji potrafi podać do najlepiej ustawionego kolegi z zespołu. Wiem o tym, bo nie raz to udowadniał. Wybiera Thierry’ego Henry’ego i posyła mu świetną piłkę. Najlepszy strzelec Kanonierów w historii przyjmuje futbolówkę, odwraca się tyłem do bramki strzeżonej przez Buffona, następnie robi obrót o 360 stopni. Przez ułamek sekundy albo nawet krócej mam przed oczami podanie do wbiegającego Piresa i kolejną fantastyczną dwójkową akcję dwóch Francuzów. Naprawdę mam przeczucie, że może ta akcja zakończyć się golem, mimo że trwa zaledwie kilka sekund. Henry pokazuje swój geniusz, kapitalnie podaje do wbiegającego kolegi i pada gol dający Kanonierom prowadzenie. Szaleję z radości, a serducho bije tak mocno, że nie da się tego opisać. Jednak strzelcem nie jest doświadczony Pires. Idealnie w tempo do zagrania Henry’ego wbiegł nastoletni Fabregas. Mimo tak młodego wieku rozgrywał drugi bardzo dobry sezon i ta akcja tylko potwierdziła jego wartość. Przyjął piłkę, uwolnił się od Thurama i strzelił z linii pola karnego między nogami interweniującego Francuza. Precyzyjnym strzałem po ziemi pokonał bezradnego Buffona. Ten mecz i ta akcja okazały się oczekiwaną przeze mnie chwilą, która dała ostateczne odpowiedzi na moje pytania. Vieira nie był już tym samym piłkarzem, co w Arsenalu. Nie tylko w tym meczu, ale przez cały sezon. Jego odejście i strata, po której zaczęła się bramkowa akcja Kanonierów, okazały się doskonałymi prezentami dla młodego Katalończyka. Oba wykorzystał.
Natenczas Wolski Quentin
Ostatnia akcja pavlocebo Wchodzę do wanny wypełnionej wodą… Szczypie jak cholera. W popękanych pęcherzach na stopach pojawiły się kolejne pęcherze, które też popękały. Z pościeranych kolan spływają krople nie do końca jeszcze zaschniętej krwi. Dobrze, że wtedy rzuciłem się na parkiet, obroniłem stuprocentową okazję. Stawy skokowe wytrzymały, już dawno nie miałem żadnych skręceń, zwichnięć. Na podudziu widzę kilka siniaków, w większości starych. Stawy kolanowe w porządku, zawsze miałem je mocne. Ech… jak sobie pomyślę, że Daniel zerwał sobie dzisiaj więzadła w kolanie, przechodzi mnie dreszcz... Swoją drogą, nawet grając większość meczu w osłabieniu, daliśmy radę go wygrać, coś nieprawdopodobnego. Zanurzam się w wodzie… Nie rozumiem tego. „Sport to zdrowie” brzmi jak wyświechtany frazes, szatański chichot. A jednak wracamy, chcemy znów grać. A przecież może zdarzyć się coś jeszcze gorszego… Wynurzam się i biorę głęboki oddech… Za każdym razem gdy przypomnę sobie tę akcję łzy cisną mi się do oczu. Inaczej przeżywamy śmierć kogoś bliskiego, gdy mamy czas by się z nią oswoić. Na odejście Miklosa Fehera nie zdążył przygotować się nikt. Do pewnego momentu był to mecz jakich tysiące. Benfika prowadziła na wyjeździe z Vitorią Guimares 1:0, doliczony czas gry. O tym, że Feher za opóźnienie wznowienia gry dostał żółtą kartkę, dowiaduję się później z prasy. To, co stało się po ukaraniu piłkarza Benfiki widziałem setki razy na ekranie monitora. Wyglądał jakby się uśmiechał. Przed chwilą Fernando Aquiar strzelił zwycięską jak się wydawało bramkę. Feher poprawił włosy, dotknął twarzy, pochylił się i osunął się bezwładnie na murawę. Wypuszczam wodę z wanny… Później był już tylko dramat, dorośli faceci płaczący jak dzieci, niektórzy padają na kolana i chowają głowę w dłoniach. Próbują cofnąć czas, zakląć rzeczywistość. Jezu… aż mam dreszcze. Biorę lodowaty prysznic… Kończy się życie jednego człowieka, my żyjemy. Futbol trwa. A my, często pomimo bólu, cierpienia, wracamy, by zjednoczeni w drużynie, patrząc przeciwnikom w oczy, dawać z siebie wszystko i przeżywać tę euforię osiągania celu – wygrania meczu. Wycieram mokre ciało ręcznikiem… Dopiero teraz zauważam, że boli mnie nos, jest trochę siny. To pewnie efekt uderzenia łokciem od jednego z kolegów. Już nie mogę się doczekać kolejnego meczu, a to dopiero po Świętach… To jest nasze życie i nasza śmierć… Feher zmarł w tragicznych okolicznościach, na oczach kolegów z drużyny, tysięcy ludzi przed telewizorami. Ale wszyscy umrzemy i każdy z nas będzie miał swoją ostatnią akcję…
Pięknie jest widzieć Niemców na kolanach pivkasylvek
Blady cudotwórca Filip Jaśkiewicz Sektor A, rząd 10, miejsce 17, najlepsze siedziska, wokół mnie najwięksi fanatycy. Czego chcieć więcej? Aha, moja ukochana drużyna przegrywa. Co więcej, to jest kryzys. Dawno nie widziałem Barcelony tak grającej, albo raczej to londyńczycy są tacy dobrzy. Hiddink nieźle to obmyślił. Puta Chelsea, karamba. Jeszcze chwila, a 500€ pójdzie do piachu. Jakie 500, a zakwaterowanie, przelot, tyle to dałem za sam bilet. Będę musiał wziąć nadgodziny. Co ja powiem rodzinie, lecę 1000 kilometrów, żeby zobaczyć Tiki Takę, a na razie jestem świadkiem angielskiej kopaniny. Mówisz im, że będziesz częścią historii, że będą z ciebie dumni. Twoja kobieta uświadamia cię że, jeśli wrócisz po przegranej, to nie pójdzie z tobą więcej do łóżka. Rodzinę jeszcze przetrzymasz , ale bez kobiety długo nie zajedziesz. Taka jest prawda, a niestety prawda w tym momencie jest czarna. Nastolatki płaczą wokół mnie, facet trzyma pistolet pod gardłem. Karamba, Iniesta obudź się , jeśli nie ty, to kto. Koleś się zastrzeli, jak nie przejdziemy. - Panie, nie rób sobie żartów, odłóż tego gnata. W ogóle to jak cię z nim wpuścili? -Nie mogę, Barca to więcej niż klub, to moja miłość. Z nią się ożeniłem.Za nią oddam swe życie. Koleś ma mocno poprzewracane w głowie, no ale jak ktoś kiedyś powiedział : ’’Piłka nożna to kwestia życia i śmierci, nie to coś znacznie więcej’’. Jak widać to jego motto. Xavi przejmuje w środku, ma dużo miejsca . Dla niego to za dużo, oj będzie z tego coś dobrego. Ostatnia akcja. Na prawą stronę, melduje się tam Dani . Chelsea skupiła się w swoim polu karnym. Chłopie wrzucaj, póki masz czas. Sammi przyjmij to, karamba odskoczyła mu. Momencik, Essien nie trafia w piłkę, Messi przejmuje, podanie. Iniesta nabiega, Iniesta stoi, Iniesta strzela, Iniesta GOL. Piłka z gracją wpadła do siatki, wierzcie mi, że odgłos uderzenia było słychać w każdym kącie stadionu. Była to ta niezręczna chwila, kiedy wszystko zamiera i każdy czeka , co się wydarzy. Kibice szaleją, komentatorzy w raju. Chelsea adios, Barcelona Roma. Kibice przekraczają wszelkie rekordy, głośność przekracza 10000000 decybeli. Tylko jakoś tak cicho w sektorze niebieskich. Facet za mną odłożył pistolet. Guardiola szaleje, Pinto przebiegł chyba 100 metrów poniżej 8 sekund, żeby wyściskać Andresa. Nie wiem, ile trwały te pieszczoty, ale jeszcze chwila i musieliby wzywać karetkę. Powód- brak wystarczającej ilości tlenu. Nie wiem jak bawili się nasi zawodnicy ale, jak to powiedział jakiś polski szczypiornista : ,, Na pewno będzie alkohol’’. Katalonia dziś nie zaśnie, będzie fiesta, tańce. A przed snem wszyscy podziękują Bogu, że Blady Cudotwórca był dzisiaj w naszych szeregach .
Kto, jak nie Rooney?! Janusz Wilczek Była 78 minuta, wynik 1:1, kibice z niecierpliwością czekali na kolejne bramki. Atmosfera na trybunach gorąca, dla nich liczyła się tylko ta jedna wymarzona bramka. Akcję rozpoczyna Berbatov podając do Giggsa, ten strąca ją by oddać rozpędzającemu się graczowi z "9" na plecach ten pięknie podaje do Rooneya, temu nieco piłka odskoczyła. Futbolówka dostaje sie pod nogi Scholesa, który w pięknym stylu zagrywa do rozciągniętego Luisa Naniego. Boczny Czerwonych Diabłów wewnętrzną częścią stopy letko wrzuca piłkę w pole karne, gdzie znajdowali się napastnicy Manchesteru United. Posłana przez Naniego piłka ociera się o Zabaletę i szybuje dalej. W ułamkach sekund wybija się do niej Rooney i bardzo efektowną przewrotką strzela w samo okienko bramkarza The cityzens. Gool 2:1. Kibice Man Utd oszaleli, na cały stadion rozniosły się w tym momencie dwa najważniejsze słowa: Wayne Rooney!!! Wayne Rooney!!!. Ja szalałem razem z nimi, dusza była na stadione zwanym "Teatrem marzeń", a ciało znajdowało się tu, w moim domu. Z każdą chwilą serce waliło mi mocniej. Cieszyłem się, choćby to ja strzeliłem tą bramkę. Tego szczęścia nie da się dobrze opisać. Gdy usłyszałem potrójny gwizdek, poczułem smak wygranej. Ta bramka Rooneya została wytypowana do najlepszej bramki roku FIFA. Wayne trafiając piłką do siatki dał mi szczęście. Bramka ta miała wielkie znaczenie dla zespołu tak, jak i dla mnie, ponieważ jestem kibicem Manchesteru United. A ten utalentowany piłkarz jakim jest Wayne Rooney jest moim idolem i jestem jego zwolennikiem.
Gol, który zaprzeczył prawom fizyki Maciej Rybarczyk Chciałbym przedstawić Wam bramkę strzeloną z rzutu wolnego przez Roberto Carlosa w 21min meczu Francja - Brazylia w 1997r. którą widział chyba każdy sympatyk piłki nożnej.
Piłka uderzona lewą nogą przez Carlosa ominęła czteroosobowy mur Francuski starannie ustawiony przez bramkarza na prawej stronie płyty boiska i gdy wszyscy na stadionie myśleli, że piłka wyląduje kilkanaście metrów koło bramki ta w niesamowity sposób zmieniła swoją trajektorię lotu i wpadła tuż przy słupku bramki strzeżonej przez Bartheza. Proszę państwa fizycy mają kolejną zagadkę do rozwiązania, sądzę że na dobrych kilka lat. Francuzi wyglądają jakby nie wiedzieli co się stało, a golkiper nawet nie drgnął przy tym strzale. Chyba tak samo jak my wszyscy zadają sami sobie pytanie "Jak to się mogło stać?!". Myślę, że sam strzelec tej przecudownej bramki mógłby mieć problem z odpowiedzią na to pytanie. Euforia na stadionie, w takich momentach nie ważne jest kto jakiej reprezentacji kibicuje przy takich bramkach wszyscy chcielibyśmy oddać pokłon temu zawodnikowi dzięki, któremu będziemy mieli co opowiadać znajomym przez najbliższe lata. Tym trafieniem Roberto Carlos zapewnił sobie przejście do historii piłki nożnej jako jedyny piłkarz, który przeczy prawom fizyki. Być może proszę o zbyt wiele, ale chciałbym oglądać więcej takich bramek bo to dzięki nim football staje się tak pięknym sportem. No i która notka najlepsza tym razem?
środa, 28 grudnia 2011
Akcja: Redondo Romagnoli Pomimo że występował na najbardziej niewdzięcznej pozycji na boisku jest dla mnie piłkarską legendą. O tym, że ze statusu bardzo solidnego piłkarza awansował do grona tych największych zadecydowała tak naprawdę jedna AKCJA. Nie będę ukrywał, że oprócz samej AKCJI właściwie nic z tamtego meczu nie pamiętam. Pewny jestem tego że był to mecz Realu Madryt z Manchesterem United, ponieważ nadal widzę przed sobą obraz ośmieszonego Paula Scholesa oraz stojących jak wryci obrońców MU. Po nieprawdopodobnym zagraniu Fernando Redondo (bo o przebłysku jego geniuszu tu mowa) nawet nie zareagowali na to jak dalej rozwinęła się ta, bramkowa jak się okazało, AKCJA. Formalności dopełnił Raul. Co najbardziej uderzające to fakt, że AKCJĘ przeprowadził piłkarz po którym nie tylko nikt się tego nie spodziewał, ale i tak naprawdę od którego pewnie nikt czegoś tak nieprawdopodobnego nie oczekiwał. W obu drużynach grali przecież piłkarze wydający się w dużo większym stopniu predestynowani do tego typu zagrań. Choćby wspomniany wcześniej Paul Scholes, który miał okazję przeanalizować tę AKCJĘ na żywo z najbliższej odległości. Samej AKCJI, a właściwie jednego, czarodziejskiego dotknięcia piłki, nawet nie podejmuję się opisać. Do przedstawienia takiego poziomu geniuszu proza to zdecydowanie zbyt niedoskonały i krzywdzący sposób wyrazu. Każda forma opisania tak niewiarygodnej treści przegra z możliwością obejrzenia tego nieziemskiego zdarzenia. Na szczęści Internet dalej nam tę możliwość. Dlatego drodzy fani piłki nożnej zapraszam na seans, który jestem pewien powtórzycie w najbliższych minutach przynajmniej kilkukrotnie,… … bo jak do licha ten Redondo dał radę TO zrobić i to w meczu o stawkę z bardzo silnym rywalem?!
Bramkarz też piłkarz i swe akcje ma Ania Hombek Pytając kibica futbolu, co jest solą tego sportu, z dużym prawdopodobieństwem odpowie, że bramki. Przecież to dzięki nim wygrywa się mecze. Fani piłki kopanej od zawsze pasjonowali się pięknymi akcjami, dryblingami, czy też technicznymi sztuczkami, ale to gole doprowadzają ich do ekscytacji lub rozpaczy, jeśli akurat są kibicami „niewłaściwej” w tym momencie drużyny. Znacznie rzadziej docenia się postawę bramkarzy. Co prawda podziwia się ich niesamowite interwencje w sytuacjach wydawałoby się „nie do obrony”, jednak wystarczy spojrzeć na laureatów Złotej Piłki gdzie, aby znaleźć jedynego w dziejach bramkarza uhonorowanego tą nagrodą, trzeba się cofnąć aż do roku 1963.
Efekt motyla (albo i trzech) Wichajster2012 Niektóre akcje zapadają w pamięć nie dlatego, że są piękne, ale dlatego że zmieniają bieg futbolowej historii. Gdyby sytuację, o której chcę opowiedzieć wyjąć z kontekstu, nikt nie zwróciłby na nią uwagi, było takich tysiące i będzie jeszcze więcej. Nic nadzwyczajnego: strzał z wolnego, bramkarz odbija piłkę przed siebie i nieco w bok, dopada do niej inny zawodnik, dobitka, gol. Tyle, że ta akcja miała miejsce akurat w ostatniej minucie meczu Ligi Mistrzów dziewiątego marca 2004, a konsekwencje tego zdarzenia ponosimy do dzisiaj.
Das Ende des Traumes Dawid Guszczak „W XVII wieku król ich ówczesny, Jan III Sobieski, tak oto skwitował chwalebne dla Europy zwycięstwo nad Turkami: Przyszliśmy, ujrzeliśmy, a Bóg zwyciężył. Wiktoria chwalebną dla Europy była, ale nie dla nas; na początku wieku XXI mieszka u nas fast 2 Mio. Türken. A potomkowie Sobieskiego naśmiewają się z nas w kabaretach: Um in deutscher Nationalmannschaft spielen zu können, muss man Türkisch sprechen. Wspominając tę nieszczęsną akcję nie sposób nie wspomnieć o Franciszku Smudzie, hardym selekcjonerze, który często powtarzał staropolskie porzekadło, iż Polacy są z żelaza. I że trzeba ich uderzać młotem, aby rozgrzać. Niepotrzebnie tośmy uczynili. Po tym jak Super-Mario Götze oddał piekielnie mocny strzał w kierunku Szczęsnego. Czego się inny uczyć musi, z tym się Polak rodzi. W końcu Polska bramkarzami stoi. Dlatego następca Tomaszewskiego, Dudka i Boruca nie miał problemów ze złapaniem piłki w rękawice i mocnym, soczystym wyrzutem spod linii bramkowej uruchomił prawą flanką Piszczka, najlepszego skrzydłowego obrońcy w naszej lidze. To, czego po chwili dokonało das polnische Trio aus Dortmund, na zawsze przejdzie do historii europejskiego futbolu. Piszczek niczym Redondo z Manchesterem minął Podolskiego i natychmiast zagrał do wychodzącego na czystą pozycję niczym gąsienica z kokonu Błaszczykowskiego. Kuba przy pomocy no look pass ograł Lahma, Boatenga i samego siebie, po czym zagrał do Roberta Lewandowskiego, króla strzelców Bundesligi zakończonego gerade sezonu. Ten skopiował argentyński wyczyn Owena z 1998 roku. Przed nim potknął się Badstuber, próbując przechwycić futbolówkę. Potknął się też i Neuer – o butelkę wody, podczas próby wyciągnięcia Ball aus Netz. I cóż z tego, że Deutscher Fußball-Bund zrzesza najwięcej członków ze wszystkich organizacji sportowych na całym świecie, podczas gdy w Polsce piłkę kopie 14 razy mniej osób niż u nas. Zwycięstwo liczby nie chce, męstwa potrzebuje – mawiał polski wieszcz Jan Kochanowski. Nie była to nasza erste Niederlage gegen Polen. Aby historii ukryć błędy, okryj je płaszczem legendy. Polacy zwyciężali już DDR-owców. A to też byli Niemcy, mimo iż pod kuratelą Sowietów... Jeszcze jedno o Polakach; casus Lewandowskiego… Dariusz W. nie widział w nim przyszłości, kiedy ten Torjager grał w pruszkowskim Zniczu… Gdy Polacy będą umieć siebie samych cenić w domu, będą cenić ich i za granicą. A tak, mimo naszej porażki z gospodarzem turnieju, pomimo końca marzeń o triumfie, pomimo tragedii, jakim zapewne jest brak osiągnięcia przynajmniej finału, der Pole ist wieder ein Trunkenbold, ein Dieb und ein Katholik.” Donezk, Mi 27.06.2012, 23.00 XYZ Kicker
Bramka Iniesty sung hai Akcją, która utkwiła mi w pamięci, już od dłuższego czasu, jest bramka Andresa Iniesty (Barcelona) w meczu półfinałowym Ligi Mistrzów z Chelsea w 2009. roku w Londynie na Stamford Bridge. Zaczęła się ona w 91 minucie po zamieszaniu w polu karnym Victora Valdesa. Malouda próbował dośrodkować, nie doszło to jednak do skutku, Anelka nie doszedł do piłki Alves wybił mu piłkę z pod nóg. Potem jeszcze Lampard spróbował strzału z dystansu, został zablokowany przez Inieste. Zawodnik z 8 w Barcelońskim trykocie odebrał piłkę Lampardowi, po czym pobiegł około 10 metrów. Lampard zrewanżował się i odebrał Inieście piłkę wślizgiem. Piłka została oddalona do obrony. Potem poszło podanie po ziemi w stronę Pique. Pique podawał do środka do Xaviego. Xavi wystawił piłkę na prawe skrzydło do Alvesa. Ten dośrodkował niestety Terry wybija główką. Piłkę po wybiciu głową przejmuje Kameruńczyk Eto. Podaje do Messiego. Messi wystawia piłkę przed pole karne tam stoi Iniesta i technicznym strzałem strzela w lewe okno bramki Petra Czecha. Była to bram w 92 minucie doliczonego czasu gry, na 1-1 a we wcześniejszym meczu w Barcelonie spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Dzięki golu Iniesty Barcelona znalazła się w finale Ligi Mistrzów z Manchesterem United, który wygrała. Ta akcja najbardziej utkwiła w mojej pamięci ze wszystkich.
Schody do nieba Tomasz Wącławski Moja „THE AKCJA” nie ma w sobie wiele finezji. Są to dwa gole wtłoczone do bramki trochę przez przypadek, trochę niesione niezachwianą wiarą w sukces. Strzelone przez dwóch sępów pola karnego. A choć to dwie bramki, to tworzące tak nierozerwalną „całość emocjonalną”, że po prostu rozdzielić ich nie sposób. Wreszcie nastąpiła 91. minuta. MU ma rzut rożny. Do piłki podszedł Beckham, który w sposób magiczny potrafił dograć piłkę w ten decymetr sześcienny murawy, w który chce. Piłka zatoczyła łagodny łuk, a ja moją kibicowską energią próbowałem skierować ją tam, gdzie nie będzie obrońców Bayernu. Ogólny chaos, niezbyt czysty strzał Giggsa, poprawka Sheringhama. Niesamowite. Piłka w bramce. Jest 1-1. Zerwałem się z fotela i zacząłem wrzeszczeć jak opętany. Patrzyłem na smętne miny zawodników Bayernu, z których cała pewność siebie została wyssana. Patrzyłem na te same co u mnie emocje u Beckhama i spółki. Zanim na dobre udało mi się otrząsnąć, mamy kolejny rzut rożny. Ta sama strona boiska. Znów Beckham. A ja podskórnie czułem, że coś z tego może być. Zgranie piłki głową, a stojący dwa metry od bramki Solskjaer właściwie tylko nadstawia nogę i piłka ląduje pod poprzeczką. "Baby-face Killer", który tyle razy był asem w rękawie Fergusona, znów znalazł się w idealnym miejscu w idealnym czasie. Teraz mam już zdecydowanie mniej czasu, aby śledzić wydarzenia sportowe, tak jak kiedyś. Nabrałem też dystansu, gdy zdałem sobie sprawę, że często to kibic bardziej przejmuję się porażką niż biegający po murawie krezusi. Ale ten mecz, te kilkadziesiąt sekund dalej wywołuje u mnie ciarki na plecach. Wzruszenie. Radość. A przecież minęło już ponad 12 lat. W całej historii sportu jest jeszcze tylko jeden porównywalny dla mnie moment – podręcznikowy, oddany jakby w zwolnionym tempie rzut MJ-a w szóstym meczu Finałów NBA w 1998 roku.
Dobra jest... Michał Zemełka 15 sekunda meczu: - Dobra, Łysy, wiesz co masz robić. Inaczej to widowisko nie będzie miało sensu. Tylko nie podawaj Żelusiowi - on się już nastrzelał. Biali się cieszą. Bramkarz siedzi na murawie i nie może się powstrzymać.
Ułamek sekundy, w którym latawce mogły czuć się bezpiecznie Jarek Barcic Rzecz będzie się miała o golu szczególnym, bo strzelonym przez największy postrach na świecie. I oczywiście nie chodzi tu o jakiś banalny bramkarski postrach, bo takich są tysiące i nawet Bułgarzy mają ze trzech, ale chodzi o postrach absolutny i wszelaki. Postrach i dla estetów i dla szklarzy. Postrach, którym dziadkowie straszyli dzieci na dobranoc, a ojcowie jego podobizną chronili plony przed natrętnym ptactwem. Niemcy to tak się go bali, że już na widok jego perfekcyjnie antyanielskiej facjaty zamykali przestrzeń powietrzną, a gdy wchodził na murawę kibice z balkonowych części stadionów byli wypraszani w trybie alarmowym. Nie robił tego na złość, po prostu nasz rodak Jacek zawsze mierzył w życiu jak najwyżej - aż do samych gwiazd. Stąd plamy na Słońcu i kratery na Marsie i Księżycu po pechowych rykoszetach. Pewnego razu jednak wydarzyła się Anomalia. To był rok 2007, ale żeby po jackowemu być w pełni ścisłym to w drugiej połowie 2007 roku na moment, na sekundę, na nanosekundę i w jednym tylko punkcie kosmosu – na Stadionie Światła w Lizbonie - miał miejsca klasyczny rewers. Białe zmieniło się w czarne, czerwone w zielone, głupie wydało się mądre, metroseksualni stali się facetami, Wisła wchodziła do Ligi Mistrzów i najważniejsze – Jacek Krzyżówek uderzył po ziemi! Fundamenty Wszechświata zadrżały! Długie dzieje, wieki albo i tysiąclecia - całe trzy sekundy wcześniej, gdy nasz postrach wszelakiej fauny skrzydlatej zaczął się do bomby przymierzać wszystko zdawało się być normalne: polska część z ośmiu milionów ludzi za bramką dała dyla, (co bardziej samarytańscy rodacy brali ze sobą po kilku Portugalczyków na barana), pozostałe 46 milionów Polaków na Stadionie Światła (w tej chwili Bezświatła, bo mamy rewers) oraz 560 milionów przed plazmami ryczała: „Nie! Kurka nie! Podaj do żabiej nędzy! ”. Ale to była jedyna rzecz, jedyny element który się nie zmienił nawet w tym magicznym momencie - Jacek oczywiście nie podał i huknął. Cała ludzkość oraz wszelkie żywe stworzenie łeb uniosło w niebo, czekając na kolejną kosmiczną eksplozję, a nóż może Jacek dziś w formie i nawet Jowisza przytakuje. Nie tym razem. Zanim bramkarz Ricardo opuścił głowę futbolówka okrążała kule ziemską czwarty raz i z prędkością światła nadciągała ciut nad Antlantykiem, nawet nie łechtając wody, bo pamiętajmy, że Jacek uderzył po ziemi, tylko i wyłącznie. Oczywiście o strzale na bramkę nie mogło być mowy. Gole strzelone poprzez trafienie w bramkę są dla lamusów. Prościzna taka jak jeść zupę za pomocą łyżki. Jacek jednak jadał zupę wykałaczką, zatem musiał być to gol przeczący logice i wszelkiemu rozumowi, choćby chłopskiemu: oddał złoty strzał pod postacią strzału fatalnego, uderzył niecelnie, ale celnie. Zdobył bramkę poprzez pudło. Całej planecie opadła kopara i zachodzili w głowę – jak wiedział? Tylko cztery miliardy Polaków w kraju plus sześć miliardów w UK dumnie klaty wypięło, choć wewnątrz byli troszkę speszeni, bo oni wiedzieli jak on naprawdę to zrobił.
wtorek, 27 grudnia 2011
Akcja Redondo Wojtek Lenard Pamiętam jak dziś, gdy jako 10 letni wówczas chłopiec z wypiekami na twarzy oglądałem popisy Realu Madryt tuż przed erą Galaktycznych. Był 18 kwietnia 2000 roku. Teatr Marzeń. Mecz rewanżowy ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Po bezbramkowym remisie na Santiago Bernabeu, Real Madryt przyjechał na pożarcie do jaskini lwa w Manchesterze. United byli mocni po fenomenalnym poprzednim sezonie, w którym w nieprawdopodobnych okolicznościach wygrali finał Ligi Mistrzów z Bayernem. Jednak w tym meczu to zawodnicy Królewskich postanowili zabawić się w kotka i myszkę a zwłaszcza jeden rewelacyjny Argentyńczyk. Fernando Redondo. W 52 minucie przeprowadził akcję, która 10 letniemu wówczas chłopcowi do dziś została w pamięci. Nie zdobył bramki, ale 99% tego gola należy zapisać jemu. Real prowadząc wtedy 2: 0 grał na totalnym luzie, a luz ten było widać w tej akcji. Lewą stroną pędzi Redondo naprzeciw niego Norweg Henning Berg. Drobny Argentyńczyk gorący południowiec kontra wielki zimnokrwisty Skandynaw. Ofensywa kontra defensywa. Technika konta siła. Zimną krew zachował w tej sytuacji… Redondo. Czuł oddech Berga na plecach, gdy ten biegł obok niego. Nagle Norweg zniknął. Został tylko Redondo. Niesamowite zagranie z krzyżaka, genialna sztuczka techniczna, którą oszukał Berga z początku wydawała mi się tyleż efektowna, co nieefektywna. Piłka nieuchronnie zbliżała się ku linii końcowej i potencjalnie już wychodziła poza pole gry. Ambicja Fernando Redondo jednak nie pozwoliła opuścić jej placu boju. Dopadł do niej niczym najlepszy amerykański sprinter i podał. Podał w sposób lekki, wypieszczony, jakby od niechcenia. Futbolówka minęła całą linię obrony Manchesteru, łącznie z Raimondem van der Gouwem, bramkarzem Czerwonych Diabłów. Raul dopełnił formalności, pakując piłkę z najbliższej odległości do pustej bramki, nie mając w promieniu 5 metrów żadnego rywala obok siebie. Rywali ograł Redondo. Asysta marzeń w Teatrze Marzeń. Real tamtego wieczoru był wielki (wygrał 3: 2, a później całą edycję Champions League sezonu 1999/2000), a Fernando był bardziej galaktyczny dla mnie niż którykolwiek inny piłkarz grający w Realu. Genialna technika Argentyńczyka, swoboda ruchów, wielka inteligencja w jednej akcji sprawiła, iż na zawsze ten piłkarz będzie dla mnie jednym z wielkich, jakich piłkarska planeta wydała na świat. I pozostał wielki do końca kariery. Teatr Marzeń miał 22 aktorów tej nocy. 21 grało bardzo dobrze. 1 wybitnie.
Taniec Suareza Robert Frąckiewicz Pojedynek dwóch najbardziej utytułowanych zespołów. Teatr marzeń. Nikt się nie spodziewał, że bohaterami na tej ziemi zostaną dwaj piłkarze grający w koszulkach z Liverbirdem na sercu. Do 30. Minuty utrzymywał się bezbramkowy remis. Kolejny atak Liverpoolu, lecz wrzutka okazuje się za głęboka. Piłkę głową wybija jeden z zawodników Czerwonych Diabłów. Jednak w środku pola pojawia się niezawodny Jamie Carragher. Piłka, cały czas znajdująca się w powietrzu, jest już bliżej pola karnego gospodarzy. Rafael, chcąc ratować swoją drużynę, próbuje wybić piłkę, lecz traci równowagę, dzięki czemu Lucas przedłuża i piłka jest już w polu karnym Van Der Sara. Tam osomotniony Smalling musi walczyć z rosłym Kyrgiakosem, Skrtelem i Suarezem. Piłkę wyłuskuje Słowak i podaje do El Pistolero, który za chwilkę zacznie swój taniec. Na początek partnerami Luisa są Smalling i Rafael. Ten pierwszy nie ma nic do powiedzenia, gdyż znajduje się za plecami Magika. Ułamek sekundy później i Brazylijczyk zostaje w tyle. Luis postanowił zrobić slalom i najpierw założył siatkę Brazylijczykowi, później zaś odbił w lewo, by uniknąć starcia z Carrickiem . El Pistolero znalazł się tuż przed polem bramkarza. Ostatnim partnerem jest Wes Brown, który wślizgiem próbuje zabrać mu piłkę. Blokuje on pierwszą próbę zagrania piłki, lecz chwilę później ponawia swoje zagranie. Tracąc równowagę trącił jeszcze piłkę w stronę bramki Diabłów. Mija ona Van Der Sara i Evrę, a piłkę do pustej bramki kieruje Dirk Kuyt, który w tym meczu strzeli hat-tricka. Jednak to osiągnięcie blednie przy wspaniałym tańcu Urugwajczyka, który swoją akcją na stałe przypodobał się kibicom The Reds, zaś eksperci w Anglii wciąż są pod wrażeniem jego popisu.
Akcja wszechczasów? Bartosz ‘Bart’ Woszczyk Łatwiej byłoby wybrać z tego roku… ciśnie się na klawiaturę wiele fantastycznych sytuacji, ale też wiele stałych fragmentów gry, które akurat dla mnie są niesamowicie ważne. I wtedy od razu staje mi przed oczami (poza bramkami Alexa Del Piero) 93 minuta meczu Anglia – Grecja i gol Davida Beckhama, dający awans na Mistrzostwa Świata. Coś tak fenomenalnego i niemożliwego staje się faktem. Ale jednak to nie to. Postanowiłem opisać akcję z tego roku i tu zaskoczenie – nie będzie to ani Leo Messi, ani Barcelona, ani też reprezentacja Hiszpanii. Akcję konkursową sponsoruje liga brazylijska. Dokładnie mecz pomiędzy Santosem a Flamengo, rozegrany 27.07.2011. Jeszcze dokładniej reklamowany jako heroiczny i epicki bój pomiędzy wschodzącą gwiazdą Neymarem a kończącym karierę w ojczyźnie Ronaldinho. I właśnie taka zapowiedź skusiła mnie żeby obejrzeć jedyny w mijającym roku mecz Campeonato Brasileiro de Clubes da Série A. Trafiłem jak w mało co, o samym spotkaniu można by napisać wiele – od 3:0 do 4:5 dla Flamengo, ja powiem tylko, że taki mecz jest wizytówką tego co wiemy i co sobie wyobrażamy o Brazylii. A konkursową akcję i bramkę przeprowadził Neymar. Piłkarz, któremu wróży się zdobycie wszystkiego w piłce, chociaż mecze genialne często przeplata totalnie bezbarwnymi. Akcja na skrzydle, drybling, błyskawiczne zejście do środka, drybling i goooooooool!!! Łącznie ogranych sześciu przeciwników i bramka... stadiony świata? Ja wolę określenie "jak z Playstation". Dlaczego akurat ta? Tak naprawdę bez znaczenia patrząc na końcowy wynik? Gol ze zwykłego ligowego meczu? Bo to co pokazał Neymar jest kwintesencją brazylijskiego futbolu. A tego typu zagrań od pewnego czasu wyraźnie brakuje patrząc na występy reprezentacji Samba Boys. Totalnie nieudane Mistrzostwa Świata 2010, bolesne porażki towarzyskie z Francją i Niemcami, tragicznie słaby występ na Copa America 2011, zakończony rzutami karnymi, których wykonanie przypominało… nie przypominało niczego, bo nie pamiętam gdzie bym widział taki absurd. Nawet zwycięstwo w Superclásico de las Américas 2011 nad Argentyną wyszło w nieprzekonującym stylu. Dlatego gol Neymara jest nadzieją i pozytywnym spojrzeniem w przyszłość. Oni nadal to potrafią, nadal mogą czarować i oby stało się to szybciej niż na Mistrzostwach 2014. Bo bez brazylijskiej magii piłka nie jest taka sama.
34 minuta Baltonka Najważniejszą akcję mojego życia rozpoczął John Harkes w 34 minucie meczu z USA, zaś strzałem zakończył ją dwa tygodnie później nauczyciel matematyki, Humberto Munoz Castro. Na początku badaliśmy się, gdyż my mieliśmy zbyt wiele do stracenia, a oni zbyt wiele do zyskania. Oni pozorują akcję lewą stroną, my jesteśmy czujni, My próbujemy środkiem, oni są gotowi. Dużo niecelnych przerzutów. Typowe. A potem poszła szybka kontra – długa piłka na lewo, krótki sprint skrzydłowego, mocne dośrodkowanie. Typowe. Spóźniony środkowy obrońca niefortunnie przecina centrę, gdy bramkarz przesuwał się w stronę napastnika i teraz bezradnie patrzy jak piłka koszmarnie wolno leci przez dwanaście metrów, przez całą wieczność, w przeciwległy róg bramki. Zdarza się. Każdy mógł być na moim miejscu, cały świat mi współczuje i tylko Amerykanie się cieszą. Zdarza się. Po fakcie wydaje się, że mogłem zrobić z piłką wszystko inne: przytrzymać ją ręką (i co, byłby rzut karny? Komuś sprawiłoby to różnicę?), inaczej ułożyć nogę, ba, mogłem nawet przepuścić piłkę – może napastnik zamykający akcję miałby problem z opanowaniem podania? Po fakcie zrobiłoby się wszystko inaczej. Ale rzeczy dzieją się nie „po”, ale „w trakcie”. A w trakcie noga, ciało, mundial i życie ułożyły się właśnie tak. Nie udało się wygrać, Kolumbia pakuje walizki już po drugim meczu Mistrzostw Świata ‘94. Przeżywałem tą akcję do końca dnia, przez następny mecz ze Szwajcarią, przez podróż powrotną do domu. Gdy wysiadłem z samolotu, okazało się, że cały naród także tkwi po uszy w tej przeklętej 34 minucie meczu z USA. Może słusznie? Sam nie wiem, czy na ich miejscu potrafiłbym wznieść się ponad czas i podziękować drużynie choćby za ostatni zwycięski mecz. Wtedy chyba po raz pierwszy pomyślałem, że już do końca będę żył w cieniu tego cholernego wślizgu. Wskazówka boiskowego zegara drgnęła dopiero 2 lipca 1994 roku, kiedy to w trakcie przypadkowej kłótni niepozorny konus, wspomniany na wstępie Humberto Munoz Castro, wyciągnął pistolet i Bang! Bang! zastrzelił 34 minutę, naprawdę, na zawsze i na śmierć. *** Co miał na myśli Bill Shankly mówiąc, że futbol to nie sprawa życia i śmierci, a rzecz znacznie poważniejsza? Czyżby miał to być taki zgrabny bon mocik, świetnie wyglądający w prasie, kapitalnie leżący na języku, kiedy pośród podochoconych kibiców zapewnia się o dozgonnej miłości do swojej drużyny? Malutki aperitif życia, coś jak naklejka na samochód informująca, że moim hobby jest nurkowanie? Opowiedziałbym mu o rzeczach ważnych i ważniejszych, o tym, że futbol nie powinien być jak ping-pong, siatkówka i inne rzeczy, kończące się wraz ze zdobyciem ostatniego punktu. Nazywałem się Andreas Escobar i umarłem, bo strzeliłem samobójczego gola w 34 minucie meczu między Kolumbią a USA.
Szarża londyńska Kuba Gruchalski Ile, ileż jeszcze cierpienia nas czeka? A przecież minął niecały rok od równie niesamowitej „Akcji!”. Niecały rok od tamtej chwili, zdawałoby się będącej kulminacją nieszczęścia, zenitem trwogi. Jądrem ciemności, która zawisła potem nad Drużyną, szokiem, śmiertelnym uderzeniem, nokautem. Gdy w strugach przeklętego deszczu na tej przeklętej carskiej ziemi Kapitan piłkę ustawił, zrobił od piłki kilka kroków wstecz, by chyłkiem do piłki znowu podbiec i tuż przed piłką przewrócić się. Trafić piłką w słupek i zalać się łzami – ludzkimi, bo Kapitan nie jest już herosem. Niczym uciekający w popłochu Hektor przyniósł hańbę, przyniósł Drużynie zgubę. Zawsze, w całej miłości, będziemy go nienawidzić za tamten wieczór. Pamiętamy, i wtedy bez ruchu i bez głosu siedzieliśmy, jak zresztą po niecałym roku bez ruchu i bez głosu siedzimy – i patrzyliśmy, jak teraz patrzymy. Ten rybi wzrok, to wyzucie z emocji, to poczucie bezsensu.A przecież w czasach, kiedy to ghański superatleta, niezniszczalny gladiator środka pola tworzył (wydawało się nam, że tworzył) historię, było inaczej. Wybuchło Miasto, wraz z nim my. Później, na chwilę przed *tym*, wciąż w euforii, którą zrozumieć i poczuć mogą chyba tylko fanatycy. Także my – fanatycy futbolowi, fanatycy Drużyny. Mieliśmy genialne poczucie sprawiedliwości dziejowej, szczególnie mając na względzie, co stało się w międzybramkowym antrakcie. Teraz, ledwie po osiemdziesięciu minutach, przy dobrym wzroku spojrzeć można w kierunku Rzymu i dostrzec... brak. Brak nas, brak Drużyny. Nie, nie patrzcie w stronę Rzymu! Zerknijcie w nasze twarze, w nasze umęczone rybie facjaty, wyprane z emocji innych niż tępy ból. Znany tylko fanatykom. Również i nam – fanatykom futbolowym, fanatykom Drużyny. I choć wygasa przeciągły okrzyk szczęścia transmisyjnego Poety, komentatora który zawsze jest przeciw nam, nie mamy co do tego żadnych wątpliwości, choć wygasają ostatnie powtórki, przypomnienia, które wałkować przecież będziemy już niedługo, nazajutrz albo i tego samego wieczora, nam ten obraz nie zniknie sprzed oczu:Brazylijczyk pędzący ostatkami sił, ciągnący piłkę. Kolejne jego zagranie piórem Iksińskiego pisane, bez błysku. Jednak jakimś cudem – balon ląduje u celu. Teraz Kameruńczyk. Podbiegająca do niego trójka z Drużyny, w tym Heros, Superatleta. Dlaczego, czemuś tego nie wybił, Ghańczyku? Czemu, przecież byłeś fantastyczny, przecież minęło osiemdziesiąt minut od chwili twojej największej chwały! Bądź przeklęty tyś, który musnął ledwie Ją, wyłożył pod nogi największego z tych złych, długowłosego z La Platy. Ten dogrywa kolejnemu bezimiennemu. Póki co, to Drużyna ma imię, to jej wojownicy są warci nazwiska, oni jadą do Rzymu. A jednak w ostatniej szarży Dzeus odbiera imię Ghańczykowi. Odbiera jakby od niechcenia, to ruch prawdziwych mistrzów, to ruch Achillesa i Małysza, Homera i Gruchalskiego. Od dzisiaj także Iniesty. Anders przebija wyczyn poprzednika w genialnym stylu. O upadłym gladiatorze nikt nie pamięta.
Akcja życia Przemek Loter Gdy na gwiazdę roku 98 pod choinką znalazłem niebieską koszulkę piłkarską reprezentacji Francji z nazwiskiem „Zidane” na plecach miłość do piłki nożnej nieodwracalnie wkroczyła w moje życie. Ominął mnie mundial we Francji. Na kolejna wielką, piłkarska imprezę czekać przyszło mi aż 2 lata. Im bliżej Mistrzostw Europy w Belgii i Holandii tym młody Przemek bardziej zaczynał zagłębiać się w tajniki i specyfikę futbolu. Zbierałem nawet naklejki z podobiznami piłkarzy biorących udział w turnieju, nałogowo kupując kolejne paczki chipsów. Turniej był dla mnie nie zwykły. Swoja grą czarowali Portugalczycy, Francuzi i Holendrzy. Kolejne bramki zdobywał gwiazdor Jugosławii Savo Milosevic, który o tytuł króla strzelców rywalizował z napastnikiem „Oranje” Patrickiem Kluivertem. I w końcu nadszedł ten dzień. 2 lipca 2000 roku. Stadion De Kuip w Rotterdamie i mecz finałowy pomiędzy zespołami Włoch i Francji. Nigdy nie ukrywałem i ukrywać nie będę, że drużyna Francji z Zidane, Wiltordem, Henry’m, Desailly’m czy Petitem była ekipą, którą po prostu kochałem. Pamiętam jak dziś. Wieczorem wraz z moim młodszym bratem nastrajaliśmy naszego małego (ale własnego), 14-calowego Grundiga. Po długiej walce z elektronicznym potworem udało nam się. Na kolorowym, choć lekko śnieżnym ekranie ujrzeliśmy drużyny Francji i Włoch wychodzące z tunelu. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0-0. W drugiej z atakami ruszyli Włosi i po pięknym podaniu Pessotto bramkę dającą prowadzenie zdobył Gennaro Delvecchio. Straciłem nadzieję na sukces mojej ulubionej drużyny. Na zegarze wybiła 94 minuta spotkania. W Polu karnym Włochów piłkę nie udanie wybił jeden ze stoperów włoskiej drużyny, piłkę pięknym zgraniem na klatke piersiową przejął rozpędzony Sylvain Wiltord i po paru metrach zdobył bramkę na 1-1, która dała Francji dogrywkę. Dogrywka. 103 minuta meczu. Piłkę na lewej stronie boiska otrzymuje Robert Pires. Ten mija kolejno aż trzech Włochów, jest już w polu karnych, dogrywa piłkę na około 11 metr i … tam znajduję się David Trezeguet. Cudowne, genialne uderzenie piłki wolejem, a ta trafia w samo okno bramki Francesco Toldo ! Coś nie samowitego ! Nie mogłem w to uwierzyć. Złota bramka, która dała Francji tytuł Mistrza Europy, zaledwie dwa lata po zdobyciu przez nich Mistrzostwa Świata. To był gol, który zapadł w mojej pamięci na zawsze.
Rudniew wciąż w pamięci Paweł Zagrobelny Przyznam, że gdy tylko przeczytałem informację na temat to od razu pomyślałem - łatwy, lekki temat. Okazało się, jednak, iż wybranie tej jedynej, najpiękniejszej wcale nie jest takie łatwe. Myślałem nad trafieniami Messiego, Ronaldo, czy Ronney'a. Ale wydały mi się one jakoś mało ważne. Oglądając je, choć zachwycałem się ich widowiskowością, wcale nie odczuwałem żadnych emocji. Pomyślałem więc o "Lewym" i jego bramkach. Niestety jednak żadna z nich nie była na tyle piękna, lub ważna bym mógł z czystym sumieniem powiedzieć "jak on to zrobił?!". I w tym momencie przyszedł mi do głowy Rudniew (swoją drogą do dziś żałuję, że gdy widziałem go w pewnym z większym sklepów, nie będą pewien czy mam rację nie poprosiłem go o autograf) i jego bramka trzecia bramka strzelona Juve. Przepiękne uderzenie z dystansu. Takie, które u nas, w Ekstraklasie się po prostu nie zdarzają. Z resztą tak samo jak sam Rudniew, który już teraz odstaję poziomem (pozytywnie oczywiście) od reszty naszych ligowców. Ale wracając do samego trafienia to można by się nad nim rozpływać całymi godzinami. Ktoś mógłby rzec - uderzył na aferę i dopisało mu szczęście. Ale nawet jeśli, to czy szczęście nie jest też swojego rodzaju swego rodzaju umiejętnością, czy raczej atrybutem? Tak naprawdę piłkarz bez szczęścia wiele nie osiągnie. Spójrzmy tylko na Roberta Lewandowskiego. Gdzie byłby teraz, gdyby nie kontuzja Lucasa Barriosa? Pewnie nadal "grzałby ławę". A kim byłby teraz Owen Hargreaves, gdyby tylko nie miał takiego pecha do kontuzji? Pewnie wciąż byłby jednym z najlepszych defensywnych pomocników w Europie. Tak czy inaczej, szczęśliwie czy po prostu genialne uderzone, trafienie było po prostu przepiękne. Wybrałem je jednak nie ze względu na piękno i inne wrażenia estetyczne. Dla mnie ten gol był godny zapamiętania i wspominania z innego powodu. Strzeliła go polska drużyna, w końcówce meczu i do tego grając z tak renomowanym rywalem, tak wielką firmą jaką niewątpliwie jest Juventus Turyn. Może to śmieszne, lecz dla mnie od piękna bramki bardziej liczy się jej znaczenie. I żadna z bramek Ronaldo, które strzela Ossasunie, nigdy nie będzie równa bramce Iniesty z finału mistrzostw świata w RPA. I tak samo żadna z bramek Iniesty, czy Messiego dla mnie jako polskiego kibica nie będzie piękniejsza i przede wszystkim bardziej godna zapamiętania od tego, na chwilę obecną może już historycznego, trafienia Rudniewa.
Weźcie sobie poduszki chłopcy Rafał Kulasiński Po tej akcji, nie padła bramka, gdyż piłka minęła słupek o centymetry, gdyby wpadła… gdyby babcia miała wąsy. A propos starszyzny. 1/16 finałów Mistrzostw Świata w Niemczech oglądałem z dziadkiem. Dwie nacje, usposobione ofensywnie, mające piłkarzy, którzy stanowią o siłach drużyn w najlepszych ligach na świecie, strzelając setki bramek, notując dziesiątki asyst łącznie co roku. Portugala – Holandia. 25 czerwca 2006 roku. Norymberga. Pamiętacie ten mecz? 16 żółtych kartek i 4 czerwone. Płacz Ronaldo około 30 minuty, gdy schodził z boiska z kontuzją czy barcelońska rozmowa Van Bronckhorsta z Deco na dolnej części trybun gdy oboje ujrzeli żółte kartki. To było lepsze niż bitwa pod Grunwaldem. Miałem gdzieś kto awansuje w tym meczu, jednak gdy sięgam lepiej pamięcią to mocniej kciuki trzymałem za Holendrów. Ten mecz mimo całej brutalności i nieporadności(debilizmowi?) sędziego, był dla mnie esencją walki, ofiarności i wielkich serc. Ja najbardziej zapamiętałem coś takiego. Robben podaje na prawą stronę do Van Persiego, który czeka na piłkę przy linii bocznej wcześniej gestykulując w prośbie o futbolówkę. Przyjął spokojnie lewą nogą, po czym zaczął ścinać do środka. Zamach i łup, Nuno Valente dał się nabrać, Robin wjechał dynamicznie na 7-8 metr pola karnego. Zatrzymał piłkę lewą nogą w stronę środka boiska, zrobił metr do tyłu a potem ujrzałem najpiękniejszy obrazek z tych mistrzostw. Carvalho powdoił krycie wspomagając Valente… no i panowie polecieli obaj, jakby się wcześniej umówili. Dwóch tak doświadczonych zawodników, to było niesamowite. Jeśli byłby stewardem za bramką krzyknął bym im czy przypadkiem nie zapomnieli poduszek. Najprostszy zwód świata jak pisał w biografii Wojtek Kowalczyk, a Portugalscy „chłopcy” pofrunęli jak juniorzy(w wersji dla Kowala jak Krzysiek Ratajczyk). Gdyby Van Persie uderzył wewnętrzną częścią stopy, stawiam, że na pewno by trafił. Niestety zewnętrzna część buta, nadała piłce odchodzącą od bramki rotację. Gdyby piłka leciała w bramkę to na miejscu Ricardo dałbym jej się tam ulokować, za to co działo się przez kilka sekund wstecz. Niestety. Zareagowałem podobnie jak Wesley Sneijder. On z furią zaatakował słupek, a ja komodę pod telewizorem. Zawsze doceniałem Robina, jednak nigdy nie należał do moich ulubieńców. Zawdzięczam mu jednak to, że przy tamtej akcji czas się dla mnie po prostu zatrzymał. Te kilka chwil widziałem jakby w zwolnionym tempie. Jeszcze jeden smaczek na koniec. W przypływie złości, już nie pamiętam w której minucie, Van Persie skierował do Ricardo wymowny zwrot „Fuck Portugal”, ale wszyscy wiemy kto na końcu mógł kogo Pier****ć. (Akcja z 38:00 minuty meczu) No i jak Wam sie podobaja te notki?
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Święta za pasem, czas na kolejną, trzecią już edycję Gwiazdkowego Konkursu Literackiego! Prezenty dla Was piętrzą mi się na biurku, zastanawiałem się jakie by tu wymyślić zadanie, żebyście mogli je zdobyć. Na Gwiazdkę 2010 prosiłem o opis najważniejszego dla Was meczu mijającego roku, takiego, który Wami wstrząsnął. Jak może pamiętacie wygrało wówczas dwóch autorów o skrajnym podejściu do zadania, scv78 i Michał Trela (tu znajdziecie ich zwycięskie notki). Teraz nie chcę całego meczu, ale jedną akcję. THE AKCJĘ! Opiszcie te jedną akcję z meczu, która siedzi Wam w pamięci, którą wyrecytowalibyście wyrwani ze snu w środku nocy, gdyby ktoś kazał Wam opisać najpiękniejszą futbolową akcję jaką kiedykolwiek widzieliście, na żywo czy w telewizorze. Akcja, której wspomnienie nadal powoduje ciary na plecach i rozszerzenie źrenic. Niech to będzie akcja, po której padł niesamowity gol, albo gol, który zmienił historię futbolu, albo też akt pomroczności jasnej, która dopadła piłkarza niczym Zinedine Zidane’a w finale mistrzostw świata 2006, albo parada bramkarska, która nie miała prawa się udać, a jednak! Wybór należy do Was, byle krwiście, byle porywająco, byle z wstępem co był przed, i co było po... Postanowiłem nie ograniczać konkursu tylko do mijającego roku, bo ileż było w nim akcji do zapamiętania? Może gol Patryka Małeckiego w pierwszym meczu z Apoelem Nikozja, po którym i mnie na trybunie przy Rejmonta wydawało się, że Wisła jest tak blisko Ligi Mistrzów? Może gol Karima Benzemy w 21. sekundzie niedawnego El Clasico, po którym wydawało się, że Real Jose Mourinho po raz pierwszy przełamie ligową dominację Barcelony? A może gol Cristiano Ronaldo, który dał „królewskim” tak wyczekiwane trofeum - Puchar Króla, puchar „ich” króla - jak podkreślał Gerard Pique. A może któryś z niezliczonych goli Leo Messiego? Albo Roberta Lewandowskiego w barwach Borussii Dortmund czy reprezentacji Polski? Jeśli jednak ktoś chce nam przypomnieć „rękę Boga” Diego Mardaony, gola Andresa Iniesty z finału ostatniego mundialu czy też bramkę Jana Domarskiego na Wembley w 1973 to proszę bardzo, byle z pomysłem. Kto wie, czy ja sam nie opisałbym gola Ryana Giggsa, którego Walijczyk strzelił Arsenalowi w powtórzonym półfinale Pucharu Anglii na Villa Park, dlatego że bramka ta mówi o moim ulubionym piłkarzu wszystko. On sam - który wcale nie tego gola uważa za najładniejszego w karierze - tak opisał go w swojej autobiografii, którą niedawno przetłumaczyłem, a która będzie jedną z nagród w konkursie: (...) czuliśmy się mocno przyparci plecami do ściany. Było 1:1, Roy Keane wyleciał z boiska z czerwoną kartką, Peter Schmeichel ledwo się pozbierał po urazie, a ja wszedłem z ławki za Jespera Blomqvista. Boss powiedział mi, żebym grał na lewej stronie, ale biegł do ataku kiedy tylko nadarzy się okazja. Zacząłem kiepsko, tracąc piłkę za każdym z trzech razy, kiedy ją dostałem i czułem, że ten mecz skończy się dla nas koszmarem. Postanowiłem więc, że następnym razem kiedy znajdę się w posiadaniu piłki zamiast podawać, będę dryblował. Vieira wyglądał już na zmęczonego, a ja, czając się w środku pola, dostrzegłem, że przygotowuje się przerzucenia piłki na drugą stronę boiska. Licząc na przerwanie podania, podkradłem się do przodu i przechwyciłem piłkę. Pognałem z nią do przodu, czasami trącając lekko piłkę, a czasami pozwalając jej toczyć się, a samemu balansując ciałem. Wydawało mi się, że okiwałem każdego, kto wyrósł przede mną. Nagle spostrzegłem, że jestem w polu karnym, gdzie już nikt nie może mnie dotknąć. Do tego momentu nie zdawałem sobie sprawy w jakim miejscu boiska jestem, bo w całości koncentrowałem się na piłce. Wówczas wkręciłem się między Martina Keown'a a Lee Nixona i kiedy nadbiegał Tony Adams by mnie powstrzymać, uderzyłem piłkę z największą siłą jaką miałem. Kąt był ostry, a ja mocno pochylony, czułem więc, że nie wymierzę dokładnie, nie miałem też równowagi, żeby uderzyć wewnętrzną stroną stopy. Toteż nie mogłem uwierzyć własnym oczom, że piłka jednak zatrzepotała w siatce. Na gola zareagowałem sprintem wzdłuż linii bocznej bez koszulki, ale w szatni byłem już bardzo spokojny, bo pięć minut przed końcem meczu Dixon przejechał mi się po Achillesiea. Od razu wiedziałem, że będzie problem, dokuśtykałem do końca meczu, a potem pauzowałem przez sześć kolejnych spotkań, w tym to wyjazdowe z Juventusem Turyn. Tak więc euforię z gola szybko przykryło rozczarowanie z powodu nieuchronnie nadciągającej nieobecności. Często jestem pytany, czy od początku rajdu wiedziałem co robię i szczerze odpowiadam, że „tak”. Chciałem po prostu pobiec z piłką jak najdalej się da i zobaczyć co z tego wyniknie. Byłem zachwycony kiedy później obejrzałem powtórkę bramki - byłem pewien, że przejąłem piłkę ze 30 metrów od bramki, a okazało się, że w głębi naszej połowy. Ten gol wziął się właściwie z niczego, ale był dla nas wielką ulgą. Zwycięstwo pozwoliło nam uwierzyć, że jesteśmy w stanie zdobyć wszystko. I tak właśnie zrobiliśmy...
A właśnie: link do akcji mile widziany, acz nie konieczny i nie będzie miał wpływu na ocenę. Jury tradycyjnie dobiorę ze zwycięzców poprzednich konkursów, choć jeśli chcą wystartować i przysłać notkę to nie ma sprawy, nie muszą jurorować. Sprawa, która zawsze wraca to limit znaków (ze spacjami!): nieprzekraczalne 3 000 (trzy tysiące) znaków. Tym razem NIE DOPUSZCZĘ tekstów dłuższych nawet o mały haczyk! Nagrody trzymam w ręku na zdjęciu: oprócz autobiografii Giggsa z dedykacją tłumacza;) zwycięzca otrzyma biografię Leo Messiego, a autorzy notek, które zajmą kolejne miejsca - pojedyncze książki. Deadline na przysyłanie notek (na mojego mejla michal.pol@agora.pl z dopiskiem GwiaKoLi): do pierwszej gwiazdki 24 grudnia (czyli do 16.00). A już teraz w ramach rozgrzewki konkurs pt: „Kto to powiedział?” Oto fragment autobiografii pewnego baaardzo znanego piłkarza, którą aktualnie tłumaczę (nie zdradzę w jakim języku, a znam ich kilka), a która okazała się o wiele ciekawsza niż się spodziewałem. Młody chłopiec, błyskawicznie wchodzący w świat wielkiego futbolu... Do wygrania zestaw bramkarski (bluza + spodenki) reprezentacji Zjednoczonych Emiratów Arabskich (sponsorem jest nasz człowiek w Azjatyckiej Federacji Piłkarskiej, były skaut piłkarski i prawnik sportowy, Tomek Pasieczny). Kto pierwszy ten lepszy... (...) Któregoś razu po powrocie z wakacji zastaliśmy w mieszkaniu prawdziwy potop. Pękła rura i woda zniszczyła nam całą podłogę i sufit. Mama spojrzała w górę i stwierdziła z przekonaniem, że kształt zacieku na suficie ułożył się w znak... krzyża. Zdaje się, że uznała to za rodzaj cudu, podobnie jak te katolickie dzieci, które „dojrzały” twarz Jezusa albo Matki Boskiej w rzepie lub kromce chleba. Od razu pobiegła do naszego księdza i zaciągnęła go do domu, żeby zobaczył cud na własne oczy. Ale on na szczęście był realistą, więc spojrzał w górę i stwierdził: „to tylko zaciek, pani X...” (...) W szkole najlepszy byłem z religii. W ocenie opisowej na koniec trzeciej klasy czytam: „potrafi przywołać opowieści z życia Jezusa z wielką dokładnością i detalami. Bierze aktywny udział w dyskusjach i jest pomocny dla innych”. Och, cały ja. Chociaż uczęszczałem do szkoły katolickiej, rzadko chodziliśmy całą rodziną na niedzielną mszę, raczej tylko w specjalne okazje. Oczywiście, wierzyłem w Jezusa, rysowałem obrazki z jego życia w szkole i modliłem się do niego niemal co wieczór. Ale głównie były to modlitwy o zwycięstwo mojej ukochanej drużyny w sobotnim meczu...
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Chłopcy z (mojej) ferajny
Euro 2012
Moja ferajna
'Przyjaciele z Chicago' (czyli inne ferajny)
W tych klubach bywa ferajna
Z zupełnie innej beczki
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
napisz do mnie |