Wpisy z tagiem: Liga Mistrzów

czwartek, 26 kwietnia 2012

Byłem pewien, że ten półfinał nie przebije emocjami meczu Barcelony z Chelsea, a jednak! Pierwsza połowa świetna z obu stron, od pierwszego gwiazdka drugiej obie drużyny jakby umówiły się, że rozstrzygną spotkanie w karnych: nuda i pilnowanie się, żeby nie popełnić błędu, wszystkie gwiazdy zbladły. Ale za to jakie emocje w karnych! - Jest mi żal piłkarzy. Zabrakło nam naprawdę niewiele. To był bardzo taktyczny mecz, niesłychanie emocjonujący. Na końcu oni się cieszą, a my smucimy. Dwa lata temu to ja skakałem z radości po tym boisku, a płakał Bayern - stwierdził po meczu Jose Mourinho, którego obraz jak klęczy podczas jedenastek, cały na czarno, niczym pogodzony z losem samuraj (dobrze, że nie miał przy sobie katany, ani niczego innego ostrego), bo nic nie może już zrobić, bo posłał w bój wszystkich najlepszych ludzi, zapamiętam na długo.

Podobnie jak obraz Cristiano Ronaldo z rękami twarzą ukrytą w dłoniach po zmarnowanym karnym, tak kluczowym dla losów awansu. Dla obu Portugalczyków to mógł być najwspanialszy wieczór w karierze. Kilka dni temu obaj wystąpili w głównych rolach wygranej z Barceloną na Camp Nou, którą przypieczętowali mistrzostwo Hiszpanii. Mourinho pierwszy raz w karierze wygrał w jaskini lwa, Cristiano strzelił tam zwycięskiego gola, przyćmił wreszcie Leo Messiego i pozwolił sobie na gest uciszenia trybun. W pierwszej połowie rewanżu z Bayernem wydawało się, że Mourinho spełni kolejne marzenie, zagra w finale przeciwko swojej Chelsea, Chelsea wykartkowanej, osłabionej brakiem kapitana i z nieopierzonym trenerem na ławce, co tym łatwiej pozwoli mu zdobyć trzeci Puchar Europy z trzecią drużyną. Wszystko ku temu zmierzało, bo Cristiano znów idealnie spełniał rolę lidera. Najpierw pokazał Messiemu jak się wykonuje karne (była to jego 23. wykorzystana jedenastka z rzędu!), a potem wyprowadził Real cudownym golem po jeszcze lepszym podaniu Mesuta Oezila na kurs do awansu. Zatwittowałem wówczas, że prawdopodobnie oglądamy tego, który zdetronizuje Messiego w plebiscycie o Złotą Piłkę. Z tytułem mistrza Hiszpanii, triumfem w Lidze Mistrzów i takim gradem goli - dlaczego by nie?

W drugiej połowie zgasł, pamiętam tylko niecelne rzuty wolne. Wreszcie jako pierwszy stanął do wykonywania jedenastek i... katastrofa! To niesamowite, że Manuel Neuer obronił strzały obu pierwszych egzekutorów Realu i zarazem dwóch najdroższych piłkarzy świata - Ronaldo i Kaki. Niemiecki bramkarz nie był w całym meczu az tak dominującą postacią jak Petr Cech w meczu z Chelsea. Na wielkie uznanie zasługuje także Iker Casillas, który przy stanie 0:2 dla rywali nie załamał się, uratował drużynę, broniąc dwa rzuty karne. Konkurs zaczął się niemal od nowa. Ale do piłki podszedł Sergio Ramos... I Real prosto z nieba zleciał do piekła. W którym od paru dni tkwi Barcelona.

Gdybym miał porównać obie klęski hiszpańskich drużyn to widzę taką różnicę, że Barca odpadła z drużyną, od której była zdecydowanie lepsza, ale nie potrafiła tego wykorzystać, ani gry w przewadze przez prawie 70 minut, ani karnego. Tymczasem Real przegrał z drużyną minimalnie lepszą. A momentami dominującą, jak gdy w drugiej połowie królewscy bronili się na własnej połowie całą drużyną i wyprowadzali tylko szybkie kontry jak Chelsea na Camp Nou. Teraz to Bayern jest w niebie. Po raz pierwszy w finale Ligi Mistrzów wystąpi gospodarz meczu. I będzie w nim faworytem!

 

 



01:27, francuski_lacznik , Liga Mistrzów
Link Komentarze (51) »
środa, 25 kwietnia 2012

 

Nie zawsze w futbolu jest tak, że wygrywa lepszy - mówił przed rewanżem z Barceloną napastnik Chelsea, Fernando Torres. Wyrwany do odpowiedzi zapewne tylko z racji tego, że przez lata grał w lidze hiszpańskiej, strzelił nawet Barcy aż siedem goli, ale ostatniego, hen, w 2005 roku. Pewnie sam nie spodziewał się, że zagra w tym meczu, w pierwszym na Stamford Bridge szansy nie dostał i pewnie nie miał nawet o to pretensji. Stawał się powoli karykaturą, przedmiotem internetowych dowcipów (z których najbardziej rozbawił mnie taki, w który wszyscy widzą bramkę normalnie, a Torres widzi w niej... Gandalfa z kosturem i mieczem, krzyczącego: you shell not pass!). I to właśnie jemu, częściej ostatnio obśmiewanemu niż podziwianemu przypadł w udziale zaszczyt przypieczętowania historycznego, heroicznego triumfu Chelsea! Grać na Camp Nou przeciwko Barcelonie, do niedawna jeszcze najlepszej drużynie świata, ba, wszech czasów (to już chyba nieaktualne określenie, choć nie wieszczę jeszcze końca ery Guardioli), naszpikowanej mistrzami świata i największym geniuszem od czasu Pelego, Maradony, Zidane’a, grać w dziesięciu od 35. minuty, bez swego kapitana i obu środkowych obrońców, przegrywać już 0:2, a jednak wywieźć remis i awansować do wyśnionego finału Champions League! Tak się tworzy historię futbolu!

Oczywiście to nie Torres jest głównym bohaterem tego spotkania. To wielki triumf całej drużyny, choć ja najbardziej wyróżniłbym Ramireza i Petra Cecha (musiał się drań, cholera, znaleźć w życiowej formie akurat przed naszym meczem we Wrocławiu?) i jej tymczasowego trenera Roberto di Matteo (co jeszcze musi zrobić, żeby załatwić sobie stały kontrakt, jeśli wyeliminowanie Barcy to za mało?). Chelsea oparła się Barcy grając z determinacją, mądrze, heroicznie i co robi tym większe wrażenie, czysto, bez zabijania futbolu. Choć trener Jan Urban stwierdził w studio, że futbol dzisiaj przegrał, nie do końca się z nim zgadzam - przeciwko Barcy w dziesiątkę można był zagrać tak jak Inter Mediolan w 2010, a można było tak jak The Blues tego wieczoru: bez perfidnego polowania na nogi największych gwiazd rywali (to nie londyńczycy wysłali do szpitala Gerarda Pique - oby szybko wrócił do siebie!) i bez korzystania z błędów sędziego. Turecki sędzia nikogo nie skrzywdził - czerwona kartka dla Johna Terry’ego była ewidentna, karny za faul Drogby na Fabregasie - również, ale arbiter wychwycił też spalonego przy golu Alexisa.

 

Jedynie idiotyczne zachowanie Terry’ego kładzie się cieniem na zwycięstwie Chelsea. Jak on, stary koń i tak doświadczony kapitan mógł wykręcić coś tak głupiego. Faul od tyłu, bez piłki, w takiej chwili? Po co? Zrozumiałby, gdyby powstrzymywał pędzącego na bramkę Messiego, dostał drugą żółtą kartkę po walce, ale w ten sposób osłabić drużynę? Ale Terry też sam skazał się na najsurowszą karę - ogień piekielnej bezsilności, który będzie przypiekał go podczas finału oglądanego z wysokości trybun Allianz Arena. Finału, w którym miałby szanse odebrać od losu to, co ten zabrał mu w Moskwie w 2008 roku, gdy kazał mu się poślizgnąć podczas kluczowego karnego. Mówi, że wcale nie chciał, ale zobaczcie sami:

Taka Barca, która nie potrafiła wykorzystać przewagi własnego boiska, przewagi liczebnej i karnego w kluczowym momencie, nie zasłużyła na finał i walkę o historyczną obronę tytułu. Czy po finale hiszpańskim (Real Madryt - Valencia), włoskim (AC Milan - Juventus Turyn) i angielskim (Manchester United - Chelsea), czeka nas finał mourinhowski, czyli starcie dwóch jego drużyn? Jose Mourinho jeszcze przed meczem wysłał do kilku swoich piłkarzy The Blues, Cecha, Ashley’a Cole’a, Franka Lamparda, Drogby sms o treści: do zobaczenia w Monachium. Chłopaki meldują wykonanie swojej części zadania, dziś ich szef musi wykonać swoje.

Co dalej z Barcą, która właśnie przerżnęła sezon? Stawiam na to, że Guardiola zostanie, nie zostawi drużyny w takim momencie, a wręcz znajdzie motywację, żeby po deszczu trofeów znów rozpocząć marsz po kolejne. Czy znajdzie pomysł, żeby Messi nie grał sam, ale żeby ktoś wspierał go na boisku, żeby Xavi znów zaczął rozdawać asysty (od 10 spotkań ani jednej), Pedro znów był tym skutecznym piłkarzem z 2010 roku itd., a wprowadzani do drużyny wychowankowie La Masii wspinali się na poziom utytułowanych kolegów, do czego daleko? Doskonała motywacja do pracy. A może zdecyduje się na rewolucję? Niesamowity mecz, niesamowite rozstrzygnięcie i mnóstwo pytań przed nami...

00:49, francuski_lacznik , Liga Mistrzów
Link Komentarze (44) »
piątek, 16 marca 2012

Patrząc na rozlosowaną dziś w Nyonie drabinkę Ligi Mistrzów widzę, że największym wygranym i losowania, a w konsekwencji całego sezonu jest Real Madryt. I nie mówię tego dlatego, że wciąż pozostaję pod urokiem spotkanych wczoraj we Frankfurcie dwóch wielkich gwiazd „królewskich”, Ikera Casillasa i Karima Benzemy. Real nie dość, że trafił w ćwierćfinale na najsłabszą drużynę w tym gronie, czyli Apoel Nikozja, który dwumecz potraktuje zapewne jako nagrodę za tak wspaniały debiut w Champions League. Ale przede wszystkim dlatego, że Real nie spotka się w dwumeczu z Barceloną. Na Katalończyków może trafić dopiero w finale. Jak wiadomo Real Jose Mourinho przegrał wszystkie dwumecze z Barcą Pepa Guardioli. Wygrał tylko pamiętny finał Pucharu Króla w Walencji. W finale wszystko zaś wydarzyć się może, np. czerwona kartka, która wpłynie na losy meczu (choć po prawdzie to prędzej spodziewam się takowej dla zawodnika Realu).

Wszelako sam występ w finale Ligi Mistrzów, a zakładam, że Bayern Monachium mimo efektownych 14 goli w dwóch ostatnich meczach (wbitych - z całym szacunkiem - Hoffenheimowi i Basel) nie zdoła się przeciwstawić madrytczykom - oznacza, że ten sezon będzie gigantycznym sukcesem Realu. Nawet, jeśli przegrają w finale z Barcą, będą mogli podkreślać, że w lidze okazali się lepsi od najlepszej drużyny świata, a to dodatkowy powód do splendoru. Tymczasem Barcy sezon uratuje tylko wygrana w finale, bo tylko dwa triumfy w Lidze Mistrzów z rzędu zdołają przykryć klęskę w La Liga. Zakłada, że i piłkarze Guardioli mimo trudniejszej drogi zajdą do finału. Rywalizację z Milanem wygrali już w grupie (choć dali sobie strzelić po dwa gole w obu meczach). Co do Chelsea (jeśli się upora z Benfiką) to mam wątpliwości czy drugi raz zdobędzie się na taki występ jak przeciwko Napoli.

Ewentualny hiszpański finał Champions League ma jeszcze inny ciekawy wątek. Casillas powiedział nam przed losowaniem, że Real jest wystarczająco silny, żeby wygrać Ligę Mistrzów, jest mu więc obojętne kiedy trafi na Barcę, bo do triumfu tak czy siak trzeba ją będzie kiedyś pokonać. Dodał jednak, że jako kapitan reprezentacji Hiszpanii wolałby uniknąć trzech pojedynków z Barca do końca sezonu, bo znając ich temperaturę nie da się wykluczyć, że dojdzie do wydarzeń, które popsują atmosferę w drużynie narodowej przed Euro 2012. Mój redakcyjny kolega Michał Szadkowski zwraca jednak uwagę, że ewentualny pojedynek w finale może mieć jeszcze gorsze skutki. Po pierwsze Hiszpanie na turnieju w Polsce i na Ukrainie będą najbardziej zmęczoną sezonem nacją ze wszystkich uczestników. A po drugie, tworzący kręgosłup kadry piłkarze Barcelony i Realu znajdą się w samolocie na grupowanie kadry godziny po tym, jak część z nich dozna druzgocącej klęski w finale, dojmującego rozczarowania, upokorzenia, którego długo nie będą mogli zapomnieć. A tu zaraz trzeba będzie walczyć o zwycięstwo ramię w ramię z tym, który dopiero co kopał cię po nogach, albo sprytnym nurknięciem wymusił dla ciebie kartkę, a dla swojej drużyny karniaczka...

Oj, nie będzie miał łatwego zadania w Gdańsku Vicente del Bosque ani jego kapitan...

 



17:57, francuski_lacznik , Liga Mistrzów
Link Komentarze (36) »
wtorek, 14 lutego 2012

Skąd wziął się ten wyraźny kryzys Barcelony? Po porażce z Osasuną Pampeluna Katalończycy tracą w lidze aż 10 pkt. do Realu Madryt i bezpowrotnie szanse na obronę tytułu. Najwyraźniej Johan Cruyff pozostanie więc jedynym trenerem Barcy, który poprowadził ją do mistrzostwa Hiszpanii cztery razy z rzędu.

Czy to kwestia przemęczenia czołowych gwiazd? Gry niemal, co trzy dni i to z silnymi drużynami jak choćby Valencia w Pucharze Króla? Może dają o sobie znać skutki jakim był wypad na Klubowe Mistrzostwa Świata i nie chodzi wyłącznie o kontuzje Davida Villi. Gerard Pique i Carles Puyol popełniają katastrofalne błędy, Xaviego i Andresa Iniestę Pep Guardiola trzyma na ławce i nie posyła w bój nawet gdy Barca przegrywa. W Pampelunie mecz rozpoczęli młodzi wychowankowie Thiago i Sergi Roberto, w drugiej połowie na ratunek weszli równie młodzi Isaac Cuenca i Christiano Tello oraz Cesc Fabregas. Może wychodzi Barcy bokiem błąd Guardioli, który nie uznał potrzebny wzmocnień w zimie w sytuacji gdy Villa leczy kontuzje, a Pedro utracił formę?  Może nie zbyt pochopnie puścił Bojana Krkića do Romy?

A może to nie przemęczanie, ale wypalenie, wielkich nasyconych sukcesami na wszystkich frontach wymienionych gwiazd? W końcu po tylu latach na szczycie musiała się to być może skończyć niemocą gry na maxa przeciwko Osasunom, Getafom czy Villarrealom. Tymczasem Cuenca, Thiago, Sergi, Tello oraz Alexis czy Fabregas niczego jeszcze z Barca nie wygrali, jest w nich ten głód sukcesu jakiego brakuje tamtym. Dlatego Guardiola stawia na nich tak uporczywie (Leo Messi jest wyjątkiem od reguły tej nasyconych lwów). - Wybieram tych graczy, którzy według mnie są w danej chwili najlepsi - tłumaczy sam Guardiola.

Choć to typowe słowa trenera, trudno uwierzyć, żeby ściemniał, a tak naprawdę oszczędzał gwiazdy na wtorkowe spotkanie w Leverkusen z niemieckim średniakiem, który w Bundeslidze stracił szanse na tytuł, a do ligomistrzowskiego czwartego miejsca traci aż 10 pkt. Być może uznał, że mistrzostwo Hiszpanii jest już przegrane. Sfrustrowany niewiarygodną skutecznością Realu w lidze (od września stracił punkty tylko z Barceloną), niewiarygodną koncentracją piłkarzy Jose Mourinho na odebraniu Barcy mistrzostwa i determinacji, która każe Cristiano Ronaldo seryjnie zdobywać hat-tricki. Mimo, że ma jeszcze trudne wyjazdy przed sobą i 16. kolejek do końca, ciężko wyobrazić sobie, żeby nagle ni stąd ni zowąd przegrał cztery mecze.

Może niechęć do zwycięstwa w Pampelunie za wszelką cenę, to gest rzucenia białego ręcznika w lidze hiszpańskiej i koniec pewnego cyklu. Ma mnóstwo zdolnych wychowanków, którzy za sezon, dwa mogą zdominować świat jak ich wielcy, starsi koledzy, ale potrzebują ogrania, doświadczenia, w tym i niepowodzeń jak z Pampleuną, a może i Passeo del Campeon, w którym na cześć Realu musiał kiedyś stanąć Messi? Dzieciaki sir Aleksa (Giggs, Scholes, Beckham, bracia Neville’owie, Butt) też nie od razu odpaliły i nie wszyscy na raz, ale kiedy już, skończyło się serią tytułów w Anglii i wygraniem Ligi Mistrzów.

Wkrótce przekonamy się czy Barcy nie spowszedniała i Liga Mistrzów. Czy Champions League okaże się słodkim lekarstwem na ligowe niepowodzenia? Ewentualna obrona trofeum, czego nie udało się nikomu wcześniej, na pewno wynagrodziłaby oddanie pola Realowi w lidze i pewnie w jakiś sposób przyćmiła sukces królewskich. - Wydaje się, że jeśli nie wygramy Ligi Mistrzów, nasz udział w turnieju będzie można uznać za klęskę - przyznaje sam Guardiola.



czwartek, 08 grudnia 2011

 

Nie spodziewałem się, że losowanie 1/8 Ligi Mistrzów okaże się w tym sezonie tak mało emocjonujące, w porównaniu z losowaniem kolejnej rundy Ligi Europejskiej (już dziś zapraszam na transmisję w nSporcie 16 grudnia o 11.30, w której wezmę udział, ewentualnie na ZCzuba.pl). Na kogóż bowiem mogą trafić Barcelona i Real Madryt,  najlepsze, najciekawsze drużyny i potencjalni triumfatorzy rozgrywek? Na Basel, CSKA, Zenit, Bayer, Marsylię, w najlepszym razie Napoli (Real jeszcze na Milan, a Barca na Lyon). Słowem: nuda, banał). Pierwszym twardszym rywalem będzie ewentualnie od ćwierćfinału Bayern Monachium, bo umówmy się, że londyńczycy z Arsenalu i Chelsea raczej o wygranie Champions League walczyć nie będą.

Tymczasem w Lidze Europy Legia Warszawa trafić może oba kluby z Manchesteru, a także Valencię, FC Porto, Ajax, Trabzonspor. Oczywiście najbardziej życzę jej spotkania z United. Nie tylko dlatego, że spotkanie za sir Aleksem Fergusonem w salce na Łazienkowskiej byłoby czymś bezcennym:) Wbrew śpiewom kibiców MU, które dotarły do mnie via twitter: Bucharest! Bucharest! We’re famous Man United and we go to Bucharest... gdzie odbędzie się finał Ligi Europejskiej, uważam, że ani kibicom nie będzie szczególnie zależeć na tym zwycięstwie, ale już na pewno zależeć nie będzie zwłaszcza Fergusonowi. Choć to jedne trofeum, którego jeszcze nie zdobył. Jestem pewien, że może nie tyle postawni odpaść z rozgrywek jak najszybciej, ile będzie wystawiał głębokie rezerwy, oszczędzając gwiazdy na walkę o mistrzostwo Anglii. Mając w perspektywie niedzielny mecz z Arsenalem, Chelsea czy nawet Stoke lub Boltonem, w czwartkowy wieczór z Legią wystawi raczej Machedę z Wellbeckiem niż Rooney’a z Hernandezem. Zobaczyć znów na żywo Ryana Giggsa byłoby dla mnie zaszczytem. De Gea w bramce może sobie zostać;)

Że tak się stanie, przekonuje mnie występ Manchesteru City w ubiegłej edycji Ligi Europy czy postawa Tottenhamu w tym, który - szczęśliwie dla Harry’ego Redknappa jest na wylocie. Raczej więc jak w przypadku Kogutów oglądać będziemy zdolna młodzież - nie tak zdolna jednak - jak przekonywał po porażce z Basel Roy Keane...

Oto nasza rozmowa na ten temat, piosenka i zaproszenie dla Sir Aleksa do Warszawy;)

13:01, francuski_lacznik , Liga Mistrzów
Link Komentarze (27) »
czwartek, 15 września 2011

Nie wiecie jak się cieszę, że o Ryanie Giggsie znów możemy mówić w kontekście wybitnych osiągnięć i niezmiennie rewelacyjnej formy na boisku, mimo sędziwego wieku, zamiast skupiać się na jego życiu osobistym, żałować, że się w nim pogubił, rujnując powszechny wizerunek wzorowego ojca rodziny i mega-gwiazdy unikającej skandali. To jeden z moich najulubieńszych piłkarzy wszechczasów i najlepszych jakie widziały moje oczy, rzadki okaz wierności klubowej (małżeńskiej jak wiemy już niekoniecznie), któremu ilością trofeów równać się może tylko sir Alex Ferguson, a z którym trzy razy miałem możliwość odbyć długie rozmowy. Prawdziwy maztuzalem, łącznik między dawnymi czasami, a współczesnymi, który grał w jednej drużynie z Bryanem Robsonem, Markiem Hughesem, Erikiem Cantoną, Roy’em Keanem, Davidem Beckhamem, Cristiano Ronaldo, Wayne Rooneyem... Zdradzę Wam, że właśnie kończę tłumaczyć jego autobiografię dla pewnego wydawnictwa i podczas tej pracy polubiłem go jeszcze bardziej, za poczucie humoru, dystans do samego siebie i swoich sukcesów oraz wiele smacznych historyjek z szatni Manchesteru United, w tym i takich, za które sir Aleks wyrzucał z drużyny. Czy to więc dlatego, że moje postrzeganie Giggsa jest naznaczone wielką osobistą sympatią, to właśnie on jest dla mnie największym bohaterem pierwszej kolejki Ligi Mistrzów.

Mógłby nim być np. strzelec zwycięskiego gola dla Trabzonsporu w meczu z Interem w Mediolanie, bo po pierwsze z tak grającym Interem wygrać mogłaby chyba nawet Wisła albo Legia, a po drugie pogubiłem się w odmianach jego czeskiego nazwiska i już mi wyleciało z głowy. Tymczasem Giggs uratował Manchesterowi United punkt w wyjazdowym meczu z Benfiką w Lizbonie, śrubując własny rekord najstarszego strzelca w historii Ligi Mistrzów (pobity w ostatnim półfinale z Schalke 04 w Gelsenkirchen), który dziś wynosi 37 lat 289 dni! Kto wie jednak, czy nie większym osiągnięciem jest to, że strzelał gole w aż 16. edycjach Pucharu Europy/Ligi Mistrzów. A przy tym jakiż wspaniały był ten jego strzał na Estadio da Luz! Żadne tam starcze wepchnięcie piłki z metra do siatki. Bomba jak za najlepszych czasów.

A co najlepsze, wszystko wskazuje, że wcale nie oglądamy ostatniego sezonu w jego karierze. On sam dzięki wzorowemu prowadzeniu się (w młodości bywało różnie, dziś nie jest już wyznawcą teorii Wojtka Kowalczyka, że im zawodnik lepszy tym więcej pije) i stosowaniu jogi ma organizm 30-latka i planuje grać jeszcze przez dwa, trzy sezony. Od sir Aleksa usłyszał podobno: graj jak długo chcesz! W wywiadzie na MUTV, który właśnie obejrzałem przyznaje tylko, że czasem głupio się czuje, kiedy okazuje się, że jest starszy niż... trenerzy drużyn, przeciwko którym gra. Tak np. będzie w niedzielę, kiedy na Old Trafford przyjedzie Chelsea z Andre Villasem-Boasem.

Co jeszcze trzyma go na boisku, każe mu pracować na treningach po dwakroć bardziej katorżniczo od młodszych kolegów (Giggs przyjeżdża na każdy dwie godziny przed rozpoczęciem żeby się rozciągnąć a i zostaje godzinę po wszystkich), skoro zdobył już tyle, dawno temu pobił rekordy występów w klubie największych legend MU, sam zresztą stając się jedną z nich? Tłumaczy, że po prostu futbol cały czas sprawia mu wielką przyjemność, głodu sukcesów nie stracił w najmniejszym stopniu, w reżimie treningowym utrzymuje go rywalizacja i współpraca z młodymi kolegami, dla których jest mentorem, nie może więc ich zawieść. To ich entuzjazm przywraca go do pionu, kiedy zaczyna wpadać w dołek.

- Dziś każdy kolejny dzień w MU, każdy tydzień, każdy kolejny sezon traktuję jak dar od losu. Byłem gotów skończyć karierę dwa, trzy lata temu, ale skoro granie wciąż daje mi tak wielką przyjemność, a ja wciąż mogę okazywać się potrzebny drużynie, to dlaczego kończyć? Jeśli chodzi o przyszłość, nie stawiam przed sobą żadnych konkretnych celów, żadnych dat. Po prostu robię swoje. A kiedy zdarza mi się przekroczyć kolejną barierę, albo wygrać kolejne trofeum po prostu cieszę się tym, ale zaraz pracuję, żeby osiągnąć kolejne.

Opowiada, że nie czuje strachu przed zakończeniem kariery. Jeśli wciąż się na to nie decyduje to nie dla tego, żeby miało mu brakować treningów i meczów. - Zapytajcie któregokolwiek piłkarza, który zawiesił buty na kołku. Najbardziej tęsknią nie za meczami czy treningami, ale za atmosferą szatni - żartów, przekomarzania się, budowania ducha drużyny przed ważnymi meczami. Za tym będę tęsknił najbardziej. Oczywiście za atmosferą Old Trafford pod czas ważnych spotkań w lidze czy Champions League, za uczuciem ekstazy kiedy wyjdzie nam dobry mecz - też, będę tęsknił za tym wszystkim.

Zdradza, że już rozgląda się za życiem po zakończeniu kariery, ale jeszcze nie ma pojęcia co będzie robił, czy komentował futbol w TV (kto czasem ogląda Sky Sports ten wie, że znakomicie odnalazł się w tej roli jego kumpel z drużyny, Gary Neville), czy zasili sztab trenerski MU, na co namawia go sir Alex (tu z kolei znakomicie spisywał się inny przyjaciel z boiska, starszy od Giggsa zaledwie kilka miesięcy Ole Gunnar Solskjaer). Na razie wciąż jednak koncentruje się przede wszystkim na futbolu. Na szczęście!



12:15, francuski_lacznik , Liga Mistrzów
Link Komentarze (15) »
czwartek, 25 sierpnia 2011

Wczorajszy bój Arsenalu o Ligę Mistrzów był dla mnie przeżyciem wyjątkowym, albowiem spotkanie przeciwko Udinese dane mi było oglądać w towarzystwie całego klanu Szczęsnych. Z Maćkiem już wcześniej komentowaliśmy w studiu nSportu występy Wojtka, wiedziałem więc czego się spodziewać (i nie zawiodłem się, ach te ojcowskie emocje;). Tym razem do grona (ale już nie na wizji) dołączyli - nestor rodu, czyli dziadek Wojtka oraz jego brat Janek. To było naprawdę niesamowite, móc z bliska podglądać ich emocje, słuchać (jakże fachowych i wcale nie zaślepionych miłością) komentarzy po każdej interwencji, a na koniec współuczestniczyć w dumie z syna/wnuka/brata. No bo co tu kryć - Młody znów okazał się bohaterem Arsenalu. Obroniony rzut karny w tak kluczowym momencie, i to jak obroniony! Przecież Antonio di Natale wcale nie zepsuł tego strzału, ani nie strzelił za lekko. Maciek zdradził nam, że przed meczem radził Wojtkowi w razie karnego rzucić się płasko w prawy róg, i cieszył się, że młody nie wysłuchał rady do końca i zrobił to po swojemu.

Opowiedział też, jak to po zremisowanym meczu z Liverpoolem 1:1 w poprzednim sezonie, Arsene Wenger z całej drużyny ochrzanił jedynie Wojtka, któremu do obrony karnego, wykonanego przez Dirka Kuyta zabrakło może z 10 cm. Zdaniem Bossa Wojtek poszedł co prawda we właściwy róg, ale powinien był... rzucić się szybciej! Maciek stwierdził sceptycznie, że po obronie karnego z Udinese, młody może liczyć co najwyżej na coś w rodzaju you did well (czytać z francuskim akcentem). Nie docenił Wengera, który - jak czytam dziś - nazwał paradę Szczęsnego punktem zwrotnym w tym meczu. - Było widać, że mentalnie miała wielki wpływ zawodników Udinese. Oni stracili wiarę. Po zmarnowanym karnym to już nie była ta sama drużyna - stwierdził menedżer Kanonierów po zwycięstwie. I dodał, że Wojtek staje jest lepszy z każdym meczem. - To jest typ osobowości, która potrafi radzić sobie z presją, co po raz kolejny zaprezentował - powiedział. 

Słowem, znalazł dla Wojtka więcej pochwał niż ojciec. I właśnie dlatego oglądanie Arsenalu w towarzystwie Maćka jest takie fajne, że nie jest on po ojcowsku bezkrytyczny, zaślepiony, potrafi - wrzeszcząc w kierunku ekranu - ochrzanić syna np. za niepotrzebne kiwki czy zbyt późną reakcję. Z absolutnym poczuciem realizmu zbywa pytania (nie moje, bynajmniej) czy Arsenal to już za słaba drużyna dla Wojtka albo czy jest już w 10. najlepszych bramkarzy świata. Obaj zdaj sobie sprawę, że przed Wojtkiem jeszcze sporo nauki i zbierania doświadczenia...

 

Arsenal szczęśliwie dołączył do pozostałych uczestników tegorocznej Ligi Mistrzów, losowanie o 17.30 na antenie nSportu. Oto koszyki:

1. koszyk

FC Barcelona, Manchester United, Chelsea FC, Bayern Monachium, Arsenal FC, Real Madryt, FC Porto, Inter Mediolan

2. koszyk

AC Milan, Olimpique Lyon, Szachtar Donieck, Valencia FC, Benfica Lizbona, Villarreal , CSKA Moskwa, Olimpique Marsylia

3. koszyk

Zenit Sankt Petersburg, Ajax Amsterdam, Bayer Leverkusen, Olympiakos Pireus, Manchester City, OSC Lille, FC Basel, BATE Borysów

4. koszyk

Borussia Dortmund, SSC Napoli, Dinamo Zagrzeb, APOEL Nikozja, Trabzonspor, Racing Genk, Viktoria Pilzno, Otelul Galati

z których ja poprosiłbym o grupę śmierci w postaci:

1. Real Madryt/FC Barcelona

2. AC Milan

3. Manchester City

4. Borussia Dortmund

Niech Lewy, Kuba i Piszczek ogrywają się z najlepszymi, ale niech wiosną sobie odpoczną ku chwale naszej reprezentacji na Euro 2012;)



11:24, francuski_lacznik , Liga Mistrzów
Link Komentarze (11) »
środa, 24 sierpnia 2011

To ciekawy paradoks, że wyśniony awans do Ligi Mistrzów o mało co nie zapewnili Wiśle dwaj z trzech Polaków, jacy się jeszcze ostali w drużynie po czystkach Stana Valxa i trenera Roberta Maaskanta, za to cudzoziemcy, którzy wcześniej wywindowali ją na wyższy poziom i dawali nadzieję na wymarzony awans do elity, właśnie teraz kompletnie zawiedli Białą gwiazdę. Patryk Małecki wygrał Wiśle mecz w Krakowie. W Nikozji wypadł kiepsko, niczym się nie wyróżnił, za to błysnął Cezary Wilk, jednym z najlepszych wiślaków na boisku, zdobywca fantastycznej bramki, która o mały włos nie okazała się przepustką do raju. Pierwszego gola wrzucił sobie do siatki Sergiej Pareiko (nawet jeśli cześć winy ponosi Małecki, który pilnował słupka), dobry bramkarz, który okazał się tym puzzelkiem, jakiego Wisła poszukiwała od lat. Bynajmniej nie twierdzę, że od teraz jest już zły i się nie nadaje. Wybronił przecież też kilka groźnych strzałów. Po prostu popełnił błąd w najgorszym momencie w jakim mógł mu się przytrafić.

Niczym w obu spotkaniach nie wyróżnił się Maor Melikson, a przecież to właśnie po nim oczekiwaliśmy błysku geniuszu, tego, że zrobi różnicę. Nie zrobił. Z obu spotkań jestem w stanie przypomnieć sobie jego dwa świetne podania do Cwetana Genkowa, których Bułgar nie potrafił wykorzystać (kolejny zawód) i strzał z wolnego w poprzeczkę. Być może kiepską postawę w Nikozji usprawiedliwia ów tajemniczy uraz (i krwiak), o ile rzeczywiście miał miejsce a nie był psychologiczną ściemą Maaskanta. Ale jeśli uraz był, to Holender niepotrzebnie tak długo trzymał rażącego bezradnością Izraelczyka na boisku, który pierwszy raz zaistniał w 40 minucie meczu, łapiąc żółtą kartkę za symulowanie. Ale przecież i w pierwszym spotkaniu zdrowy Melikson nie czarował podaniami, ani zaskakującymi strzała mi jak w spotkaniu z Liteksem. Zadecydowała klasa rywala? Nie byłby jednak Melikson tą gwiazdą z Bundelsigi czy La Liga, która niechcący, przypadkiem zbłądziła do polskiej Ekstraklasy?

 

Wisłę zdecydowanie zawiedli też cudzoziemscy obrońcy. Jak Michael Lamey, po którym w żaden sposób nie widać było doświadczenia w Lidze Mistrzów, w niczym nie wspomógł ataków, gdy było to potrzebne, w defensywie kompletnie nie radził sobie z pilnowaniem Brazylijczyka Manduki, czy Junior Diaz, którego dla odmiany wciąż ogrywał Macedończyk Trickovski. Środkowi obrońcy Kew Jaliens i Osman Chavez grali niepewnie, ten drugi zaś - skała w Ekstraklasie - zawalił trzeciego gola, pozwalając Ailtonowi odwrócić się z piłką na polu karnym. Gervasio Nunez, który świetnie spisywał się jako defensywny pomocnik (i asystent przy golu Małeckiego), zupełnie nie sprawdził się na prawym skrzydle, ale może to nie jego wina, że tam się znalazł.

I nie jest bynajmniej tak, że gdyby Wisła dowiozła szczęśliwy wynik 1:2 do końca spotkania i awansowała, o każdym z wymienionych piłkarzy miałbym diametralnie odmienne, pozytywne zdanie. Biała gwiazda w obu meczach była gorsza i odpadła zasłużenie. Patrząc na bezradność piłkarzy Maaskanta w starciu z będącymi w ich zasięgu Cypryjczykami, zastanawiałem się co będzie jak w grupie trafią na Barcelonę, Inter i Borussię Dortmund. Chociaż i Lech kiepsko spisywał się w meczach o Ligę Europejską, ale w grupie pozwolił poczuć dumę wszystkim Polakom.

Na koniec jeszcze spostrzeżenie Marcina Żewłakowa, byłego piłkarza Apoelu, z którym komentowaliśmy mecz w nSporcie. Zauważył on, że w meczu w Nikozji los sprzyjał tym, którzy o coś walczyli, angażowali się, starali, a nie wyczekiwali. Wisła postanowiła bronić wyniku z Krakowa, walczył Apoel i został nagrodzony dwoma golami. I zadowolony z wyniku spuścił z tonu, przebudziła się za to Wisła, której grunt zaczął się palić pod nogami i ruszyła do boju. Po świetnej zmianie jaką dał Ivica Iliew, goście strzelili gola na wagę awansu. Wówczas jednak znów zaczęło zależeć Apoelowi, przycisnął, szła akcja za akcją, aż w końcu Ailton dopiął swego. Czyli fortuna jest łaskawa, dla tych, którzy chcą i ryzykują...

No nic, czekaliśmy 15 lat na mistrza Polski w Lidze Mistrzów, to poczekamy i szesnasty. Jeśli Wisła będzie nadal budowana z taką konsekwencja jak od roku i przez ten sam duet Valcx/Maaskant, jest nadzieja, że za rok może się udać...



01:22, francuski_lacznik , Liga Mistrzów
Link Komentarze (40) »
środa, 17 sierpnia 2011

 

Oglądając ostatni raz na żywo polski klub w Lidze Mistrzów - Widzew z Borussią Dortmund w 1996 roku - nie przypuszczałem, że na kolejną okazję będę czekał aż 15 lat. A potem z czasem w ogóle straciłem wiarę, że dożyje takiej chwili. Mecz Wisły z Apoelem to jeszcze nie ta prawdziwa Champions League, to wciąż tylko 4. runda kwalifikacji. Ale i tak już czuję ciarki, przechadzając się po stadionie obrandowanym w logo Ligi Mistrzów, patrząc na stewardów w tych samych strojach co na Old Trafford, Camp Nou czy Allianz Arena. No i że za chwilę po raz pierwszy zabrzmi na polskiej ziemi ten słynny, haendlowski hymn... 

 

 

 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie