Euro 2012

poniedziałek, 02 lipca 2012

Oto ostatni vlog jaki nagrałem na Euro 2012. Pokazuje drogę na ostatni mecz turnieju rozegrany w Polsce półfinał Niemcy - Włochy (i przy okazji zarazem najlepszy mecz całego turnieju, bo finał był kapitalny tylko do zejścia Thiago Motty, w świetnym meczu Włochy - Anglia nie padły zaś gole) oraz biuro prasowe od kulis, i wierzcie mi, że było to najlepsze biuro prasowe w jakim przyszło mi pracować od 1996 roku (choć chyba także i najbardziej kaloryczne...

Jak widzieliście oficer prasowy nie pozwolił mi pogadać z wolontariuszką, bo trzeba wystąpić o specjalną zgodę. Dopiero po meczu mogłem bez żadnych problemów pogadać z dwójką przesympatycznych wolontariuszy o ich pracy, którą wspominają jako fantastyczną przygodę życia i już planują wyjazd na mundial w Brazylii w 2014 roku czy mistrzostwa Europy we Francji w 2016. Wklejam dla wszystkich tych, którzy chcieliby pójść ich śladem, a zapewniają, że warrrrto!

Wolontariusze Euro 2012: wspaniała przygoda, polecamy każdemu!

Euro 2012 wypadło pod każdym względem absolutnie fantastycznie! Pod względem sportowym był to najlepszy turniej jaki widziałem na żywo, a byłem dotąd na na Euro '96, 2000, 2004 i 2008 (choć najlepszym spotkaniem jakie widziałem pozostanie mecz Holandia - Czechy na Estádio Municipal de Aveiro, w którym Pomarańczowi prowadzili po 20 minutach 2:0, ale ostatecznie przegrali 2:3). Tu nie było nudnych meczów. Jedyna dwa jakie zakończyły się bezbramkowym remisem - Włochy - Anglia i Hiszpania - Portugalia należały do najlepszych. Podało mnóstwo goli, rozegrało mnóstwo dramatów, z których największy (i nie twierdze tak jako Polak, ale fan futbolu) w meczu otwarcia Euro 2012, w którym było wszystko: dominacja Polaków i piękny gol Roberta Lewandowskiego, euforia gospodarzy zakończona nagłym zwrotem o 180 stopni, czerwona kartka dla Greków, wyrzucenie Wojtka Szczęsnego i obroniony karny przez rezerwowego Przemka Tytonia, świetne, pokerowe zmiany trenera rywali, Fernando Santosa - wprowadzony przez niego Dimitris Salpingidis wyrównał, zdobył karnego i strzelił gola po minimalnym spalonym. Słowem, mecz, w którym było niebo, piekło i czyściec remisu...

Turniej nie miał jednego bohatera, jeśli już szukać takiego to bohaterem zbiorowym musimy uznać Hiszpanów, którzy uśpili nas nudną, ale przeraźliwie skuteczną tiki-taką, by dopiero w finale włączyć turbo doładowanie. Patrząc na to jak La Roja poradziła sobie bez Carlesa Puyola, Davida Villi, Fernando Llorente czy Roberto Soldado, patrząc kto zdobył gol w finale w Kijowie - trzech facetów, którzy na mundialu w RPA nawet się nie ocierali o kadrę, wreszcie patrząc w jakim stylu hiszpańskie dzieciaki wygrywają mistrzostwa Europu do lat 19 i 21, musimy się przygotować na to, że futbol jeszcze przez jakiś czas pozostanie prostą grą, w której za piłką będzie uganiać się 22 facetów (albo 21, jeśli to Włosi), a na końcu zawsze będą zwyciężać Hiszpanie...  Ale też zapamiętamy Euro 2012 dzięki takim herosom jak mistrz Andrea Pirlo, Andrij Szewczenko, którego gole ze Szwecją dały Ukraińcom tę euforię, jakiej nam nie dane było przeżyć - euforię zwycięstwa, Cristiano Ronaldo, który udowodnił niedowiarkom, że potrafi grać dla reprezentacji równie fenomenalnie jak w Realu Madryt, wywiódł Portugalie z grupy śmierci i wprowadził do półfinału, wreszcie Mario Balotelli, który nie tylko rozśmieszał na treningach chorągiewką czy w meczu gdy zawiesił się pod bramką Ikera Casillasa w pierwszym meczu, ale strzelił Niemcom kluczowe dwa gole, a potem niknąć w ramionach łkającej przybranej mamy pozwolił nam przeżyć najbardziej wzruszający moment Euro 2012...

Turniej zapamiętam też jako niezwykle czysty, bez brutalnych fauli i jako niezwykle dobrze sędziowany, z jedną tylko spektakularna wpadką. W porównaniu z Euro 2008 (i nie mówię tylko o Howardzie Webb’ie) czy mundialem w RPA, gdzie gole padały z kosmicznych spalonych i nie uznawano prawidłowych goli, postęp niesamowity. Pod względem poza sportowym wielkim wygranym Euro 2012 jesteśmy zaś... my, Polacy! Perfekcyjną organizację turnieju wymogła na nas UEFA, ale pod względem atmosfery turnieju, doskonałości stadionów, gościnności wobec stacjonujących u nas drużyn, radości tętniących życiem stref kibica - wymietliśmy i możemy być z siebie dumni!

The best of EURO 2012 oczami Michała Pola:)
Szkoda, że tak szybko się skończyło... Mogło by jeszcze potrwać...
niedziela, 01 lipca 2012

Ciekaw jestem czy był mecz o taką stawkę, w którym kapitanami wyprowadzającymi obie drużyny na boisko byli dwaj wielcy bramkarze. TAK WIELCY bramkarze. Bez wahania mogę stwierdzić, że Gianluigi Buffon i Iker Casillas (kolejność alfabetyczna) to najwięksi golkiperzy naszych czasów, a niedzielny finał Euro 2012 oczywiście nie rozstrzygnie, który jest lepszy. Ukoronuje nowego lub starego mistrza Europy, ale nie zmieni faktu, że to ci dwaj zdominowali tę pozycję w ostatnich 10 latach. I pewien jestem, że robiąc wielkie podsumowanie na łożu śmierci będę głowił się, Hiszpan czy Włoch, a przecież oglądałem na własne oczy takich bramkarzy jak Peter Schmeichel, Oliver Kahn, Edwin van der Saar, momenty chwały mieli Dida, Victor Valdes, Fabien Batrhez czy Francesco Toldo. Pod względem sportowym i zebranego doświadczenia prezentują taki sam poziom. Być może młodszy o trzy lata Casillas, który nie musiał borykać się z takimi kontuzjami jak Włoch, jest dziś on niego odrobinę bardziej zwinny, ma minimalnie lepszy refleks, szybszy czas reakcji, ale i tak wybrać lepszego z nich absolutnie nie jestem w stanie.

Nie chodzi tylko o samą dobrą grę w bramce przez tak długi czas i nie schodzenie poniżej pewnego poziomu, co przecież przydarzało się Didzie, Schemichelowi, Valdesowi, Barthezowi, Kahnowi. Nie tylko bronienie w niewiarygodnych okolicznościach, w których strzał nie miał prawa być obroniony (jak obroniony przez Ikera końcem pięty strzał Arjena Robbena w finale mundialu w RPA). Nie chodzi tylko o zgromadzone tytuły - mistrza świata, mistrza Hiszpanii i Włoch czy triumfy w Lidze Mistrzów. Nie chodzi nawet o to, że Buffon, którego kontuzja pleców sprzed dwóch lat o mało co nie zmusiła do zakończenia kariery potrafił wrócić w tak wielkim stylu, że minionym sezonie Juventusu stracił w Serie A bodaj 16 goli w 35 meczach, notując 82% obronionych strzałów. Chodzi o charyzmę, to jakimi są liderami drużyny, jak wielką pewność siebie potrafią dać swoim obrońcom. Nawet jeśli - na co zwrócił mi uwagę Maciek Szczęsny - Buffon w pierwszych minutach półfinału z Niemcami popełnia dwa błędy, po których mogły, a nawet powinny paść gole, to ani na moment nie traci charyzmy, nie musi się zbierać do kupy, umysłów jego obrońców ani na moment nie zmącił cień zwątpienia. Cały czas był w bramce BUFFONEM, dyrygującym kolegami, dokonującym cudów. Jak to ujął Tomasz Zimoch w transmisji (powtarzam z pamięci za twittem, który ktoś mi przesłał w trakcie meczu): palce Buffona niczym ostrza włóczni rzymskich legionów przemierzających Las Teutoński... czy jakoś tak.

Zwany San Iker (czyli Świętym Ikerem), Casillasa, kapitan mistrzów świata i Europy zaprawdę musiał dokonać czynu na miarę cudu któregoś ze świętych. Pogodził ze sobą ogień i wodę, sprawiając, że zawodnicy Realu Madryt i Barcelony stali się w reprezentacji Hiszpanii jednością i najwybitniejsza generacja piłkarzy tego kraju nie spłonęła we wewnętrznym sporze. Zadanie zrobiło się szczególnie trudne po przyjściu do Realu Jose Mourinho, który dla swoich celów podżegał konflikt, co przerodziło się w rąbankę na boisku w licznych Gran Derbach w 2011 roku. Casillas gasił pożar w reprezentacji telefonując do Xaviego, Carlesa Puyola i trenera Vicente del Bosque, wychodząc ze skóry, żeby konflikt nie pogrzebał jedności w reprezentacji i pozostał bez wpływu na wyniku La Roja. Czym o mało co nie zapłacił utratą opaski kapitana ‘królewskich’. Ale udało mu się perfekcyjnie. I jeśli w Kijowie del Bosque wystawi Pedro kosztem Davida Silvy, może się zdarzyć, że na boisku przeciwko Włochom będą grać będą wyłącznie zawodnicy obu największych hiszpańskich rywali (zwłaszcza, że Jordi Alba właśnie podpisał kontrakt z Barceloną).

Obaj bramkarze przy tym zawsze byli antygwiazdoramim, skromnymi do bólu. Pamiętam słowa Casillasa z galaktycznych czasów Realu Zinedine Zidane’a, Ronaldo i Davida Beckhama, który stwierdził, że on sam nie jest z innej galaktyki, ale z Mostoles, czyli dziury na przedmieściach Madrytu.

Cieszę się, że zobaczę w Kijowie obu na raz, oby mieli jak najwięcej pracy! A wcześniej wzruszę się patrząc i słuchając jak Buffon śpiewa hymn Fratelli d’Italia, z całego serca, z zamkniętymi oczami, co z tego że fałszując, skoro całym sobą. Niech zagrają, niech wygra lepszy. Ale po meczu i tak obaj pozostaną NAJWIĘKSI!

wtorek, 26 czerwca 2012

Czy Waldemar Fornalik zostanie nowym trenerem reprezentacji Polski czy też szkoleniowiec nam się nie zmieni? Podobno cały czas trwa o to spór w PZPN, frakcje walczą ze sobą, padają argumenty. Stawka jest przeogromna. Jaki tam znowu awans do mistrzostw świata w Brazylii, piszę przecież, że stawka jest naprawdę duża. Gra idzie o kolejne wybory w PZPN, tu nie można popełnić błędu, opowiedzieć się po złej stronie! Zostawmy jednak te walki buldogów pod pzpn’owskim dywanem, bo oto na dole, wśród kibiców zrodziła się godna inicjatywa, którą w pełni wspieram i posyłam dalej.

Jak powszechnie wiadomo i drużyny, które przyjechały do Polski na Euro 2012 i ich kibice są zachwyceni przyjęciem z jakim się spotkali, pięknem polskich miast, ale przede wszystkim sympatią, otwartością i życzliwością Polaków. Miłe gesty wdzięczności czynili w Opalenicy Portugalczycy, Niemcy nie kogą się nachwalić pobytu w Gdańsku, a Hiszpanie w Gniewinie. Najbardziej swoją radość, mimo niepowodzenia drużyny, manifestowali Irlandczycy, których zachowaniem są też zachwyceni Polacy. Na stronie You Boys In Green, największego forum internetowego irlandzkich kibiców powstał wątek „Thank you Poland", a jego autor określa wizytę w Polsce jako „podróż życia”. Komentujący chwalą nas i za organizację Euro, piękna polskich miast i sympatię z jaką się spotkali. Irlandczycy deklarują, że chcą tu jak najszybciej wrócić. 

Umożliwmy im to! Jest nawet konkretny plan. W Poznaniu ukonstytuowała się grupa, urzeczona spontanicznością i otwartością, z jakimi Irlandczycy dopingowali swoich piłkarzy w Strefie Kibica, która dla przypieczętowania przyjaźni polsko-irlandzkiej prze do rozegrania towarzyskiego meczu między obiema reprezentacjami. Założyli na Facebooku grupę Poland - Ireland after Euro 2012, lets make a friendly match, która dobija właśnie do 20 tys. fanów! Tu o pomyśle mówi pomysłodawca, Przemysław Marciniak, pomysł popierają Tomasz Zimoch i ja, moją skromną osobą:)

Co prawda rzecznik PZPN, Agnieszka Olejkowska nie mówi ‘nie’ ale raczej nie w 2012 tylko 2013 i nie w Poznaniu ale w Dublinie, ale przy odrobinie lobbingu... Z terminów FIFA na razie Polska i Irlandia mają zaklepany ten sierpniowy (my gramy z Estonią, oni z Serbią) ale 14 listopada termin jest wolny. Po to w końcu zorganizowaliśmy ten turniej, żeby nas pokochano na świecie! Żeby nas odkryto, żeby odrzucono krzywdzące stereotypy, jak te, które rozpowszechnił Sol Campbell, żeby się nami zachwycono i chciano tu przejeżdżać jak najczęściej. Udało się, więc po co to my pchamy się do Irlandii? Niech Irlandia przyjedzie do nas! Po co wybudowaliśmy za ciężki pieniądz te cudowne stadiony? Zapełniajmy je cudownymi kibicami, jak ci irlandzcy, którzy śpiewali swoim chłopakom hymn Fields of Athenry po porażce z Hiszpanią. Ja chcę posłuchać tego jeszcze raz i na żywo, nawet jeśli akurat nie padnie wynik 4:0...

Nie wiem kim będzie nowy trener, ale żądam od niego gotowości towarzyskiej gry z Irlandią w najszybszym możliwym terminie! Bo jak tu nie kochać tych Ajryszy... ;)

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Z wywiadu jakiego Franciszek Smuda udzielił „Wydarzeniom” Polsatu, a i z innych, które co jakiś czas tu i ówdzie się ukazują, płynie do mnie jasny przekaz: Franz czuje niedosyt, te dwa i pół roku przepracowane z kadrą to malutko - w sumie przecież zagrał zaledwie trzy mecze o punkty - i chętnie popracowałby z reprezentacją dłużej. Oczywiście jako człowiek honorowy zapewnia, że skoro nie wykonał zadania, to trudno, musi się z tym pogodzić i odejść: byłem umówiony z zarządem i z prezesem, że jeżeli nie wychodzimy z grupy, to kontrakt mój się kończy. Podkreśla tym, że nie zamierza kurczowo trzymać się stołka. Ale jeśli zarząd PZPN go poprosi, jeżeli wola dalszej pracy z reprezentacją wyjdzie nie od niego, ale z samej góry... Jeżeli jeszcze padnie kluczowy argument, że już za chwilę początek eliminacji mistrzostw świata w Brazylii i kluczowe mecze - na wyjeździe z Czarnogórą oraz u siebie z Anglią, których przegrać nie wolno, a wręcz trzeba je wygrać - wówczas pewnie by nie odmówił! Jak odmówić, jest przecież coś winien i kibicom i swoim zawodnikom?

A poproszą! Dyrektor sportowy PZPN Jerzy Engel podkreślił w rozmowie z RMF FM, że na razie selekcjonerem cały czas jest Smuda, zarząd dopiero zajmie się na posiedzeniu jego sprawą. I zapowiedział, że  z pewnością na zarządzie stanie taka sugestia, żeby pozostał na stanowisku... 

W wywiadzie Smuda niby składa miłą dla ucha działaczy PZPN deklarację, że jego następcą powinien być Polak i tylko Polak, bo najszybciej dotrze do zawodników (argument antycudzoziemski niecelny, bo Leo Beenhakker może i docierał dłużej, ale na Euro 2008 jakoś dotarł również). Doskonałych kandydatów bez liku - młodzi Waldek Fornalik i Maciej Skorża czy doświadczeni jak Heniu Kasperczak, Orest Lenczyk. Ale jednocześnie w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego sprostował legendę, jakoby namaścił Skorżę na swego następcę. - Nie ja będę wybierał. Rozmawiałem z nim chwilę po tym, jak stracił pracę. Powiedziałem mu, żeby się nie załamywał, bo po mnie w kadrze przyjdzie kolej na niego. Po ludzku było mi żal, że stracił robotę - stwierdził. Czyli nikogo nie namaszcza, a zresztą owe po mnie nie musi oznaczać, że teraz, ale np. po mundialu w 2014 roku.

W rozmowie z Polsatem Smuda podkreśla, że to tylko u nas trener dostaje kadrę na tak krótki okres. Np. w takiej Grecji (to drużyna, która co prawda wyszła z naszej grupy, ale już nie gra na Euro 2012) federacja podpisała z Fernando Santosem umowę na cztery lata. - Ja przepracowałem dwa i pół roku, to jest długo, ale zarazem bardzo malutko. Przecież żaden z selekcjonerów nie ma możliwości, żeby tę drużynę wytrenować. Zespół przyjeżdża na mecz, mamy raptem dwa czy trzy treningi i już trzeba grać. Potem wszyscy się rozjeżdżają. Trenerowi trzeba dać trochę popracować. Część trenerów zespołów, które odpadły z Euro, przedłużyło swoje umowy o dwa lata, do mistrzostw świata w Brazylii - stwierdził. Jakże inaczej odczytywać te słowa jak nie apel o kolejne dwa lata pracy.

Zwłaszcza, że - jak z kolei podkreśla w wywiadzie dla TVP 1 - Smuda nie ma sobie wiele do zarzucenia, nie widzi powodów żeby kogokolwiek przepraszać i gdyby mógł się cofnąć w czasie i ponownie przystąpić do tego turnieju, niczego by nie zmienił. - Świetnie się przygotowaliśmy, złożyliśmy bardzo dobry sztab trenerski. Drużyna była bardzo zdyscyplinowana, a PZPN stworzył nam fantastyczne warunki. Niczego nam nie brakowało. Wszystkie mecze towarzyskie, jakie graliśmy, były zorganizowane na bardzo dobrym poziomie. Gdybym jeszcze raz rozpoczynał to Euro, zrobiłbym to samo - stwierdził, dodając, że tak naprawdę na Euro 2012 szwankowało przede wszystkim wykorzystywanie okazji. - Nie byliśmy za bardzo skuteczni. Stwarzaliśmy sobie bardzo dużo sytuacji podbramkowych. Po pierwszej połowie mogliśmy z Grecją prowadzić już trzema bramkami, z Rosją było to samo. Stwarzaliśmy sobie sytuacje, ale nie potrafiliśmy ich wykorzystywać - powiedział. Bronił też selekcji i braku zmian w meczach, bo rezerwowi jak się okazało, delikatnie mówiąc za wiele nie wnieśli.

Zastanawiam się czy w PZPN nie idzie gra właśnie na pozostawienie Smudy dalej na stanowisku. To rozwiązanie najbardziej pasowałoby Grzegorzowi Lato, który podkreśla swoją przyjaźń ze Smudą, ale z powodu braku awansu nie mogło zostać zastosowane automatyczne. Stąd poszukiwania następcy, nazwiska potencjalnych kandydatów, przecieki o uznanych, ale wyliniałych cudzoziemcach. A tak naprawdę jak zapowiada Engel na zarządzie stanie sugestia, żeby Smuda pozostał na stanowisku. Dotąd z działaczy krytycznie i to bardzo, wypowiedział się o Franzu były prezes Michał Listkiewicz, który ostatnie miejsce w słabej grupie nazwał sportową klęską, zarzucił trenerowi taktykę sprzed 30 lat, futbol pozbawiony elementów ofensywnych i schrzanienie przygotowań sportowych. Ale jak sam podkreśla Listkiewicz, od czterech lat jest odsunięty na bok i z jego zdaniem nikt w PZPN się nie liczy.

Sam się zastanawiam czy w sytuacji gdy nadal jesteśmy skazani wyłącznie na polskiego trenera, nadal najlepszym z nich nie jest Smuda? Bo kto? Skorża, który w ostatnich dziewięciu kolejkach ostatniego sezonu pokazał jak świetnie potrafi motywować piłkarzy do sukcesy i jak jego zmiany potrafią skutecznie odmienić losy meczu? Czy siedem punktów w pierwszych trzech meczach eliminacji zagwarantuje nam Waldemar Fornalik, przemiły i inteligentny człowiek, ale trener bez międzynarodowego ogrania, który dotąd prowadził piłkarzy dalekich od international level (co Ruch Chorzów to nie Borussia Dortmund, Arsenal czy PSV) i jest nawet były reprezentantem Polski? Albo Henryk Kasperczak, wielki przed laty piłkarz, z wielkim doświadczeniem selekcjonerskim, ale już dobrych parę lat po swoich największych sukcesach z Wisłą Kraków? Być może dali by radę? A być może piłkarze Smudy po prostu zagrają w eliminacjach odrobinę skuteczniej niż na Euro 2012 i wszyscy będziemy veri hepi, nie tylko Franz i prezes PZPN?

PS: jak zauważył na Twitterze jeden z moich znajomych, zwolennik pozostania Smudy: przecież przez 2,5 roku przegrał on zaledwie jeden mecz o punkty, czyli tyle ile Vicente del Bosque (na mundialu w RPA ze Szwajcarią!) ;)

 

sobota, 23 czerwca 2012

Ciekawe ile racji ma Patrick Kluivert? Najskuteczniejszy strzelec w historii reprezentacji Holandii, dziś ekspert Eurosportu jeszcze przed rozpoczęciem Euro 2012 nie dawał Polsce szans na wyjście z grupy, wieszczył też klęskę drugiego gospodarza turnieju. Parę dni temu tłumaczył mi, dlaczego. Jego zdaniem to nie przypadek, że na kolejnym turnieju z rzędu zawodzą gospodarze. - Wydawało mi się, że Polacy mają w składzie więcej indywidualności niż Czesi czy Grecy, ale podkreślałem, że tamci stanowią doświadczone, zgrane kolektywy. Tymczasem wy przez ponad 2,5 roku graliście tylko mecze towarzyskie. Wasz zespół nie zahartował się w meczach o stawkę, a to niezwykle ważne. Ta grupa dopiero na turnieju miała się przekonać ile jest warta pod presją, jak poradzi sobie ze stresem odpowiedzialności gry we własnym kraju. Przy tak wyrównanym poziomie jak w grupie A to mogło zadecydować i tak się stało. Nie jestem więc zaskoczony, że to kolejny wielki turniej, na którym obaj gospodarze odpadają już po rundzie grupowej - powiedział.

Dziś spytałem o to trenera napastników reprezentacji, Tomka Frankowskiego (przy okazji próbując wydębić deklarację, że jeśli nowy selekcjoner zechce wykorzystać go w roli zawodnika, a nie trenera, to przyjmie powołanie, ale nic z tego). Odpowiedział, że wielce prawdopodobne jest, że to nieumiejętność radzenia sobie ze stresem, presją gigantycznego oczekiwania całego społeczeństwa, wielkiego ciśnienia odpowiedzialności sprawiło, że nasi pękli w drugiej połowie meczu z Grecją i tak słabo zagrali z Czechami. Nie zgodził się, że to złe przygotowanie fizyczne sprawiło, że pary starczyło Polakom w sumie na 1,5 meczu. Napastnicy, którymi się zajmował, nie narzekali mu, że są zajechani, brakuje im świeżości itp.

Łowca bramek twierdzi, że tak naprawdę zabrakło nam tylko skuteczności w pierwszych 25-30 minutach meczu z Grekami, a zwłaszcza z Czechami. W obu stworzyliśmy 4-5 świetnych sytuacji. Gol na 2:0 w meczu otwarcia czy na 1:0 w meczu we Wrocławiu sprawiłby, że już nie wypuścilibyśmy zwycięstwa z ręki. Drugi gol dobiłby zdziesiątkowanych Greków, Czesi w pierwszych minutach wyraźnie dali się stłamsić i gol ostatecznie odebrałby im pewność siebie. Tymczasem brak skuteczności, w połączeniu z narastającym strachem przed odpadnięciem sprawiły, że w grę wdała się nerwowość, nogi stawały się co raz cięższe, co jednocześnie pozwoliło rywalom nabrać wiatru w żagle...

Gdybyśmy mieli pod bramką rywali chłodniejsze głowy, bylibyśmy właśnie po ćwierćfinale z Portugalią lub Niemcami. W tym tkwił problem.

Wracając do opinii Kluiverta, była to sytuacja dla tej grupy piłkarzy i ich trenera kompletnie nowa, skąd mieli wiedzieć jak się w niej odnaleźć? Skąd mogli wiedzieć, który z nich da właściwą zmianę, skoro przez 2,5 roku żadna porażka nie niosła ze sobą żadnych konsekwencji? Być może dlatego ta sytuacja tak bardzo ich przerosła? Z drugiej strony zahartowana w wygranych eliminacjach, z których wyszła jako pierwsza drużyna z Europy i zgrana jak mało która, kadra Jerzego Engela kompletnie zawiodła na mundialu w Korei, podobnie jak kadry Pawła Janasa i Leo Beenhakkera. Co więc ostatecznie sprawiło, że nie wykorzystaliśmy takiej szansy?!

niedziela, 17 czerwca 2012

Jak każdy jestem potwornie rozczarowany odpadnięciem Polski z Euro 2012. Może - jak prawie każdy - bo już zaczął się festiwal hejterów, którym niepowodzenie reprezentacji Polski na Euro 2012 jest na rękę, a to dlatego, że wietrzą w tym nadzieję na kapitał polityczny, a nóż sympatia do premiera w narodzie spadnie etc. Innych po prostu cieszy ich jak komuś coś nie wyjdzie, cieszą się z okazji dokopania nielubianemu trenerowi, napędza ich schadenfreude, bądź uważają, że klęska coś załatwi - coś się zmieni w PZPN, w kadrze przestaną grać farbowane lisy, bo w niczym nie pomogły itp. Ja korzyści z porażki nie widzę żadnych. Żal mi własnych zawiedzionych nadziei na historyczny awans, żal kibiców, którzy jako jedyny nie dali plamy na tych mistrzostwach i zasługują na medal także zachowaniem po odpadnięciu Polaków. Zobaczcie tylko te filmiki wideo, pierwszy jeszcze ze stadionu w pierwszych chwilach po ostatnim gwizdku (nasi kibice klaskali pokonanym, a czeski sektor skandował „Polska! Polska!”) i z warszawskiej Strefy Kibica, gdzie kibice dziękowali zawodnikom za mnóstwo pozytywnych emocji, za co ci odwdzięczyli się podziękowania i autografami.

nagrane moim HTC One X

Bardzo mi szkoda piłkarzy. Oni mają świadomość, że przerżnęli turniej życia, że z Czechami zawiedli w najważniejszym meczu w karierze. Jak i my mają poczucie zmarnowanej historycznej szansy, jakiej już nie dostaniemy, bo nikt nie da nam już więcej w prezencie takiej imprezy, a wraz z nią rozstawienia z pierwszego koszyka i nigdy już rywale nie będą tak łatwi do pokonania jak słaba - jak się to okazało - Rosja, Grecja i Czechy. W słabszej grupie już pewnie nie zagramy nigdy, o ile w ogóle gdzieś prędko awansujemy. Skoro drużyna Franciszka Smudy nie potrafiła pokonać żadnego z finalistów Euro 2012  - ani w meczach towarzyskich ani na samym turnieju - ciężko być w tym momencie optymistą w perspektywie eliminacyjnych pojedynków z Anglią, Ukrainą i Czarnogórą w walce o mundial w Brazylii...

nagrane moim HTC One X

Chcieli, próbowali, zagrali jak umieli. Kuba Błaszczykowski przyznał mi dzień po meczu, że najbardziej banalnym powodem niepowodzenia było to, że mieli zbyt małe umiejętności. Co z tego, że u nas grała „trójka z Borussii” - znaleźli się lepsi, ich trenerzy znaleźli sposób na nasz tercet. Łukasz Piszczek prawie na turnieju nie zaistniał, poza pierwszą połówką z Grecją. Co też sam mi przyznał, mówiąc, że to nie był jego turniej. Ma bolesną świadomość, że zawalił. Inna rzecz, że tercet z Borussii perfekcyjnie spisuje się tylko w systemie Borussii. To nie przypadek, że w reprezentacji Niemiec gra tylko jeden przedstawiciel mistrza Niemiec. Bezradność Piszczka nie wzięła się z tego, że grę w kadrze olewa. Po prostu jesteśmy słabi. Gdyby nie wilcze prawo organizatora mistrzostw Europy pewnie wcale nie załapalibyśmy się na imprezę. Widocznie ta grupa wznosząc się na wyżyny była w stanie tylko i aż nie odpaść po dwóch pierwszych meczach, ale walczyć o awans do ostatnich minut.

Są eksperci, którzy nazywają nasz występ na kompromitacją (mówią tak zresztą od meczu z Grecją). Chciałbym poznać ich hierarchię wartości. Czym więc była w tej skali porażka w dwóch pierwszych meczach na mundialu w Korei w 2002 roku i 0:6 w bramkach? Warto zapytać jednego z odpowiedzialnych za tamten występ, Tomasza Hajto, który dziś wypomina Smudzie, że przez trzy lata pracy zarobił 850 tysięcy złotych. Chciałby, że zwrócił forsę do kasy? Jeśli drużyna Smudy skompromitowała się na Euro 2012, to czym była porażka z Ekwadorem i rozwianie złudzeń na awans już po pierwszym meczu mundialu w 2006?

 

nagrane moim HTC One X

Smuda przegrał więc odchodzi. Nie był bezbłędny, ale ja go krzyżować nie będę. Wcale nie twierdzę, że nic się nie stało, Polacy, ale czy rzeczywiście można było ugrać dużo więcej czy to tylko nasze chciejstwo? Czy ktoś z ręką na sercu zadeklaruje, że jakikolwiek zawodnik pominięty przez Smudę zmieniłby obraz gry na Euro 2012? Kto niby, Artur Boruc, Sławomir Peszko, Michał Żewłakow? Też mi ich zabrakło, ale nie wierzę, żeby cokolwiek zmienili. Czy ktokolwiek z ręką na sercu zadeklaruje, że gdyby Smuda wystawiał innych piłkarzy z powołanych, coś by to zmieniło? Kamil Grosicki od pierwszych minut? Adrian Mierzejewski dużo wcześniej? Też mnie dziwiły oba wejścia Pawła Brożka (i niema trzecie z Grecją), ale czy Artur Sobiech, który wydawał się po zgrupowaniu w Lienz pierwszym zastępcą Roberta Lewandowskiego, cokolwiek by przesądził? Albo czołowi strzelcy Ekstraklasy Arkadiusza Piech i Maciej Jankowski, których Smuda pominął? Mnie najbardziej w tych ostatnich, umierających minutach najbardziej brakowało na boisku... doświadczenia i instynktu Tomka Frankowskiego.

Okej, też mnie dziwi, że przez cały okres pracy Smudy kadra ćwiczyła ofensywną grę z wysokim pressingiem, a jak przyszło co do czego graliśmy trzema defensywnymi pomocnikami i tak zremisowaliśmy zwycięsko w najlepszym meczu z Rosją. Czy ktoś z ręką na sercu zadeklaruje, że jakikolwiek polski trener popełniłby mniej błędów niż Smuda, wybrał lepszych chłopaków, lepiej ustawił i zmotywował? Zatrudnił lepszego psychologa, lepszych trenerów fitness?

Pozostaje gdybanie. Gdybyśmy strzelili Grekom gola na 2:0... Albo Czechom w okresie burzy i naporu pierwszych 20 minut zanim oklapliśmy... Ponieważ jednak tak już mam, że zawsze widzę szklankę do połowy pełną, oprócz poczucia zawodu mam też w sobie radość, że przynajmniej na tym jednym turnieju wraz z milionami polskich kibiców mogłem żywić nadzieje do ostatnich minut ostatniego meczu grupowego. Dali nam sporo emocji, sporo momentów pozytywnych wzruszeń. Za mało, ale euforii po golu Lewego w meczu otwarcia nie zapomnę nigdy! Podobnie jak wyrównującego gola Kuby z Rosją. Czułem wówczas dumę. Gole Olisadebe i Żewłaka w Korei, Bosackiego w Niemczech czy Rogera w Austrii ani nie były tak piękne, ani tak ważne.

Poza tym dla mnie Euro 2012 jeszcze się nie skończyło. Na razie zostawiam flagę na samochodzie i cieszę się z każdej, jakie widzę po drodze...



nagrane moim HTC One X



czwartek, 14 czerwca 2012

Historyczny mecz o awans do ćwierćfinału mistrzostw Europy z Czechami, który trzeba wygrać, reprezentacja Polski zagra w sobotę we Wrocławiu. Czy macie podobne wrażenie, że sytuacja jest postawiona na głowie? Oto nasi piłkarze, gospodarze Euro 2012, muszą wyprowadzić się ze swojej warszawskiej bazy w Hotelu Hyatt, wsiąść w samolot, polecieć do Wrocławia, zakwaterować w jednym z hoteli transferowych, trenować na nieznanym sobie stadionie i murawie, na którym zagrali mniej meczów niż Czesi, wreszcie o 2. w nocy tłuc się z powrotem do Warszawy. Tymczasem Czesi nie muszą ani na centymetr zmieniać swojej codziennej rutyny. Kto tu właściwie gra grają ‘u siebie’? Czy to z naszej strony nie przesadna uprzejmość i gościnność? Lot, przejazdy, zamieszanie, nowa sytuacja, ktoś zapomni zabrać ipoda z ulubioną muzą, drugi weźmie nie te skarpety co trzeba - wszystko to może wywołać nawet w minimalnym stopniu dodatkowy stres i dyskomfort, przy pełnym komforcie naszych rywali. I do tego sami sobie zgotowaliśmy ten los! Czy to nie paranoja?

Zaraz powiecie, że przesadzam, wydziwiam, podróże w dzisiejszych czasach to dla piłkarza chleb powszedni, są profesjonalistami, są przyzwyczajeni etc. Ja pamiętam, że Zbigniew Boniek potrafił wygrać z Juventusem Turyn Puchar Europy z Liverpoolem po koszmarze na Heysel, a następnego dnia wskoczyć w samolot, polecieć z Brukseli do Tirany i strzelić dla Polski zwycięskiego gola w meczu eliminacji MŚ z Albanią. Ja wiem, że na mundialu w Niemczech w 2006 roku gospodarze rozegrali trzy mecze grupowe na swoich trzech największych stadionach, w Monachium, Dortmundzie (ten z nami) i Berlinie, po to, żeby reprezentacja Juergena Klinsmanna poczuła wsparcie całego narodu. Ale oni w przeciwieństwie do nas mieli pewność, że wyjdą z grupy, poza tym każdy z tych stadionów liczył ponad 60 tysięcy miejsce. Nie mam przy tym wątpliwości, że atmosfera na Stadionie Miejskim będzie równie wspaniała jak podczas meczów z Grecją i Rosją. I chociaż czescy kibice mają bliżej do Wrocławia z Pragi niż ja z Warszawy, to pewnie nie będzie ich słychać. Jestem pewien, że pod tym względem będzie ‘gracie u siebie, Polacy, gracie u siebie!’.  Ale będę upierał się, że lepiej byłoby pójść drogą Austriaków z Euro 2008, którzy wszystkie mecze grupowe rozegrali na swoim największym stadionie w swojej stolicy i zagrać z Czechami na Stadionie Narodowym, leżącym 5 kilometrów od hotelu naszych chłopaków, a do podróżowania i zmiany rutyny zmusić rywali. Zwłaszcza, że jak pisze Łukasz Cegliński, wg pierwotnych ustaleń Polska, obowiązujących jeszcze w 2009 roku Polska miała grać wszystkie trzy mecze w Warszawie. Ale później zaczął się lobbing.

Jak to ujął słynny filmowy trener, w futbolu wszystko zależy od szeregu drobiazgów. Margines błędu jest bardzo niewielki. Splot małych, na pozór nieistotnych zdarzeń, ale kiedy doda się je wszystkie do siebie otrzymacie różnicę między zwycięstwem, a klęską. Między życiem i śmiercią... Jak to ujął najstarszy trener na Euro 2012, Giovanni Trapattoni, o sukcesie na turnieju przesądzają miliony detali i tak naprawdę wszystkie one spełniają jednakowo ważną rolę: przygotowanie fizyczne, entuzjazm i przekonanie, że jest się dobrze przygotowanym do imprezy, fantazja i zaangażowanie na boisku oraz... drobne błędy przeciwnika. Może decydując się na grę we Wrocławiu popełniliśmy tylko drobny - by nie powiedzieć, czeski - błąd, ot banalne przeoczenie, że w Warszawie byłoby odrobinę lepiej. Oby na koniec o niczym nie przesądził!

Zdjęcie wykonane moim HTC One X

środa, 13 czerwca 2012

 

Przyznam się, że o ile zazdroszczę trenerowi Smudzie nastroju po meczu z Rosją, to nie tej jednej decyzji, którą musi podjąć przed meczem z Czechami. Reprezentacja Polski zagrała najlepszy mecz pod jego wodzą, świetnie rozegrał spotkanie taktycznie: sprawdził się manewr z trzecim defensywnym pomocnikiem Darkiem Dudką, wytrąciliśmy tym Rosji jej największe atuty (z Czechami oddali 15 celnych strzałów na bramkę - najwięcej w pierwszej rundzie na Euro 2012 ze wszystkich drużyn - z nami tylko dwa!). Potrafiliśmy odrobić bramkową stratę przeciwko jednemu z faworytów turnieju, zgranym (na boisku biegało siedmiu piłkarzy Zenita). Tak jak Smuda obiecał, zagrażaliśmy ze stałych fragmentów (jakże dwa razy blisko był Sebastian Boenisch, któremu tak wielu odmawiało prawa gry). A propos gry taktycznej, spodziewałem się wszystkiego tylko nie obrazka Smudy rozrysowującego schematy gry piłkarzowi przed wejściem na boisko... Piłkarze mało, że wytrzymali obie połowy fizycznie, to jeszcze zabiegali rywali, a wydawało się, że to Rosjanie nas zdominują kondycyjnie. W przeciwieństwie do Euro 2008 czy mundialu w Niemczech, nie zawiedli najważniejsi, liderzy drużyny, ci na których liczyliśmy najbardziej (Robert Lewandowski trafił z Grecją, Kuba Błaszczykowski strzelił Rosjanom najpiękniejszego jak na razie gola na Euro). W efekcie Smuda przełamał klątwę ostatnich trzech turniejów, na których ostatnie spotkanie było meczem „o honor”. Tym razem zagramy o awans do ćwierćfinału!

No mi właśnie dla tego awansu może być kluczowa decyzja, której Smudzie nie zazdroszczę: kogo wystawić w bramce?

Smuda przypomniał na konferencji prasowej, że istnieje ustalona jeszcze przed rozpoczęciem Euro 2012 hierarchia. - Numerem 1 w kadrze jest Wojtek i nie ma dyskusji. Dlatego jest szansą, że wróci do bramki w meczu z Czechami - zapowiedział. Znając przywiązanie Smudy do zawodników, jest więc przesądzone, że między słupki wróci bramkarz Arsenalu. Pytanie czy słusznie? Czy jest z tym związane ryzyko? Zmieniać czy nie zmieniać?

PIĘĆ ARGUMENTÓW ZA TYTONIEM

Tytoń: chcę grać z Czechami! Chcę tworzyć historię!

- Jest na fali. Broniąc karnego Karagounisa został bohaterem. Nie zawiódł z Rosją, choć nie miał też okazji bardzo się wykazać. Bronił pewnie i zdecydowanie. Za stratę gola nijakiej winy nie ponosi. Choć piłka wpadła do bramki po pierwszym strzale jaki oddali Rosjanie, dopiero w 37. minucie nie było to efektem utraty koncentracji Tytonia, ale błędów w kryciu, ktoś zapomniał o Dżagojewie.

- Tytoń oczywiście mówił po meczu, że wszystko zależy od trenera, on się podporządkuje itd ale w końcu wyraźnie zadeklarował mi, że chce grać z Czechami, że chce tworzyć historię! Zyskał olbrzymią sympatię kibiców, którzy źle mogliby przyjąć strącenie go na ławkę. Byłoby to rzeczywiście trochę niesprawiedliwe, choć wiem, że akurat tymi argumentami Smuda się nie kieruje... Że zasłużył? Jak to ujął w Bez Przebaczenia William Munney, zasługi nie mają tu nic do rzeczy...

- Zapytałem Przemka, czy posadzenie na ławce byłoby wobec niego nie fair, ale z oczywistych względów odmówił odpowiedzi. Nie stawia sprawy na ostrzu noża, jak pewnie zrobiłby w tej sytuacji Artur Boruc czy Tomasz Kuszczak i pewnie dlatego właśnie obu nie ma w kadrze, żeby Smuda mógł podjąć decyzję bez presji i groźby buntu w szatni. Niestety za to stuprocentowo profesjonalne podejście Tytoń prawdopodobnie zapłaci ławką, trochę jak Łukasz Fabiański za czasów Leo Beenhakkera, który wskoczył do bramki po aferze Lwowskiej, nie zawodził, ratował nam skórę, ale w końcu ustąpił miejsca Borucowi, co zakończyło się klęską ze Słowacją...

- Hierarchia hierarchią, ale jak zwrócił mi uwagę na twitterze @ZbigniewHołdys, Górski zmienial hierarchię nie raz wobec "nienaruszalnych". Bo ponad hierarchią bywała forma i motywacja

- Z kolei znana polityczna blogerka @kataryna wieszczy, że Tytoń może być naszym Francesco Toldo z Euro 2000, który wszedł do bramki na nieszczęściu Gianluigi Buffona i został bohaterem Italii...

CZTERY ARGUMENTY ZA SZCZĘSNYM



- Wojtek zapracował sobie na pozycję nr 1 wybitnymi występami od dawna. Przydarzyło mu się nieszczęscie, kartka, ale kara wygasa, więc naturalną koleją rzeczy wraca do bramki. Poza tym dłużej gra w kadrze, zgrał się z obrońcami, teoretycznie powinien lepiej się z nimi rozumieć, choć akurat przy golu Greków zaszwankowała właśnie komunikacja z Marcinem Wasilewski.

- Przede wszystkim jednak to naprawdę bardzo, bardzo dobry bramkarz. Jak dla mnie w pierwszej 10 na świecie.  Grecją źle zagrali wszyscy, największa wina spadła za niego. Niestety nie miał okazji wejść w rytm, obronić dwa, trzy razy przed stratą gola, ale z Premier League wiemy doskonale, że potrafi trwać bezczynnie długie minuty i nie stracić koncentracji. W kadrze nie raz ratował całej drużynie tyłek, choćby w chyba najlepszym dla siebie meczu z Niemcami. Dajmy mu kolejną szansę, a znów zostanie boherem (i może znów z Niemcami w ćwierćfinale w Gdańsku?).

- Jego obecność w bramce we Wrocławiu przeciwko Czechom może też być będzie elementem gry psychologicznej. Stanął przeciwko sobie dwaj świetni bramkarze Premier League. Petr Cech - już to wiemy - nie rozgrywa wielkiego turnieju. Także w barwach Chelsea nie błyszczał w sezonie w lidze (bohaterska gra w Lidze Mistrzów to co innego), pod tym względem Wojtek był od niego zdecydowanie lepszy.

- Poza tym jeśli zagra Tomas Rosicky - choć jest kontuzjowany i jak mówi gra na jednej nodze jest szansa, że się wyleczy na mecz z Polską - świetnie zna swego czeskiego kolegę i jego przyzwyczajenia, tricki, zwody, podania, co także może nam pomóc w starciu o ćwierćfinał.

A Wy, selekcjonerzy kogo wystawilibyście przeciwko Czechom? ;)

wtorek, 12 czerwca 2012

Ciężko wzbudzić mi w sobie nawet urzędowy, patriotyczny optymizm przed meczem z Rosją. Skoro biało-czerwoni nie dali rady wygrać z grającymi w dziesiątkę Grekami, na szczęśliwie dowieźli z nimi remis, to czego spodziewać się po grze przeciwko jeszcze wyżej stojącym w rankingu FIFA Rosjanom, którzy są i silniejszym kolektywem niż Grecy i jednocześnie mają w składzie znacznie więcej indywidualności. Jeszcze trudniej strzelić im gola (w eliminacjach stracili ich o jednego mniej niż nasi poprzedni rywale - zaledwie cztery), za to ich ofensywni piłkarze Arszawin, Dżagojew, Kierżakow, Żyrjanow, Szirokow potrafią się w sekundę zmienić w stado Velociraptorów, które poczuło ofiarę i błyskawicznie przeprowadzić śmiertelny atak. Nie oszukujmy się, nie ma znaczenia, że zawiedli w zachodnich klubach i wrócili do Rosji, a nasi błyszczą w Borussii. Wspomniana piątka oraz wchodzący z ławki Pawliuczenko czy Pogrebniak byliby (i zresztą byli) gwiazdami każdego klubu Bundesligi. Skąd więc czerpać optymizm? Z tego, że dach został otwarty, więc naszych nie przytka jak z Grecją, że tym razem starczy im sił może nawet na całe 90 minut? To trochę za mało, choć i tak cieszy. Wrażenia z murawy - jak możecie się przekonać na vlogu - miałem z ostatniego treningu naszych jak najlepsze...

Nie będę wdawał się w analizy gry obu drużyn czy porównania formacji, bo pełno ich wszędzie, ale powiem Wam co widziałem na treningach obu drużyn, a jako jedyny z nielicznych śledziłem i jednych i drugich po pierwszych meczach na Euro. W naszych, gdy gadaliśmy z nimi po treningach na stadionie Polonii, jak cierń tkwi niepowodzenie z Grecją, wszyscy szukają przyczyn odcięcia prądu w drugiej połowie, szukają argumentów dla rezygnacji przez trenera z wprowadzenia zmian. Co prawda żaden tak tego nie ujął, ale nie mają oni poczucia, że Smuda im nie pomógł - a widziałem w mediach takie zarzuty - ale raczej, że oni dali ciała. Bo jak zauważył w TVN 24 Zbigniew Boniek, kiedy drużyna prowadzi 1:0, a rywale jeszcze tracą piłkarza, to trener ma prawo pójść sobie ze stadionu na kawę, wrócić po meczu i spytać o wynik. Piłkarze sami wiedzą, że zmarnowali już wygrany mecz i to im ciąży. A jeszcze rezerwowym dodatkowo ciąży, że trener uznał ich za zbyt słabych, żeby zdołali pomóc. Oczywiście zawodnicy recytowali nam formułki, że z Rosją damy radę tak przez 90 minut jak z Grekami przez pierwsze 20, ale trudno spodziewać się, że ogłoszą porażkę jeszcze przed meczem. Ale na treningach widziałem w nich jakąś taką niemoc, brak wiary, może nawet obawę przed silnym, rozpędzonym rywalem. Nie widziałem w ich oczach pewności, że są w stanie zgrać historyczny pojedynek. Na pewno nie sprawiali wrażenia bandy, która zaraz wpadnie na wesele i rozgoni gości na cztery wiatry...

Za to właśnie takie wrażenie sprawiali na treningu Rosjanie. Byłem w Sulejówku, najbardziej uderzające na jak wielkim luzie trenowali ich zawodnicy. Podczas treningu mnóstwo było zabawy i wygłupów. W trakcie gry w dziada co chwila któryś wybuchał śmiechem, Arszawinowi, Pawliuczence czy Dżagojewowi uśmiech nie schodził z twarzy, co rusz robili kolegom dowcipy, złośliwie podając trudną piłkę, strzelając za mocno czy podstawiając nogę. Chmurną, skoncentrowaną minę zachowywał tylko holenderski trener Sbornej, Dick Advocaat. Bo jak mówili rosyjscy dziennikarze - i w tym można upatrywać się jakiegoś cienia szansy - wysoka wygrana z Włochami w ostatnim meczu przed Euro i wysoka wygrana z Czechami już na turnieju, natchnęła Rosjan pewnością siebie aż do przesady. Sam Advoicaat popełnił błąd, mówić po 3:0 z Italią, że ma drużynę na wygrane całego Euro 2012. Trener musi ich przytrzymywać na ziemi, przypomina im, że wygrali tylko jeden mecz, ale nadal każdy muszą traktować jak finał. - Pewność siebie jest wskazana, ale podparta koncentracją i szacunkiem dla rywala. Na pewno nie zlekceważą Polski, zwłaszcza, że to gospodarz. Generalnie jednak wszyscy wierzą, że są w stanie wygrać z Polską równie przekonująco co z Czechami - mówił mi rosyjski kolega.

Rozum każe mi więc stawiać 0:2 dla Rosji, serce podszeptuje, że może jednak będzie 1:1. Bez względu jednak na wynik nic się nie stanie, Polacy, nic się nie stanie. Tzn. dzięki temu punkcikowi z Grecją, który tak wszystkich uwiera (że jeden a nie trzy), o wszystkim i tak zadecyduje spotkanie z czechami we Wrocławiu. I w tym też upatruję nadzieję, że nasi nadwrażliwcy rzeczywiście czują mniejsze ciśnienie niż przed meczem z Grekami. A więc - paradoksalnie - ponieważ wcale nie muszą, być może właśnie się uda. Byle tylko zagrali z taka determinacją jak gorsi piłkarsko od Chorwacji Irlandczycy czy gorsi piłkarsko od Szwecji Ukraińcy. Zwłaszcza ten wczorajszy przykład - mam nadzieję - zapadł im w pamięć i doda inspiracji. Futbol - zwłaszcza w ostatnim sezonie - był nieprzewidywalny i niewytłumaczalny do bólu. Równie więc dobrze możemy awansować do ćwierćfinału nie wygrywając w grupie ani jednego meczu i tylko po tej jedynej bramce Roberta Lewandowskiego:

2. kolejka

Polska - Rosja 0-1 i Grecja - Czechy 0-0

3. kolejka

Polska - Czechy 0-0 i Grecja - Rosja 0-2

Tabela

1. Rosja            9            7-1

2. Polska            2            1-2

3. Grecja            2            1-3

4. Czechy            2            1-4

Prawdopodobne? Prawdopodobne! Choć po prawdzie wolałbym zapamiętać po tym turnieju jeden taki występ biało-czerwonych jak Ukraińców ze Szwecją i nie awansować do ćwierćfinału niż awansować po wyżej wymienionym scenariuszu. Bo po co wówczas awans?

Ale na pewno po ewentualnej porażce z Rosją wstrzymam się jeszcze z potępianiem w czambuł Smudy i zarzucaniem jemu i jego piłkarzom kompromitacji, jak błyskawicznie zaczęli niektórzy eksperci (nie bez widocznej aż nazbyt satysfakcji). Rosja jest dużo silniejsza - mają prawo przegrać. .. 



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie