Liga Mistrzów

niedziela, 26 maja 2013

Wciąż nie znamy oficjalnie przyszłości Roberta Lewandowskiego, ale ze słów jego agenta, Cezarego Kucharskiego, z którym zderzyłem się po finale na Wembley w studio nSportu wynika, że to jednak będzie Bayern. Borussia ogłosiła dziś, że żadnej oferty w sprawie transferu Polaka nie dostała, ale Czarek wyjaśnia, że przed finałem panowało napięcie między oboma klubami i nie był to właściwy moment na negocjacje. Spekuluję, że Roberta od dawna chce Pep Guardiola, że widzi dla niego miejsce w swoim projekcie, że Lewy zna i język i ligę, trochę goli już Bayerowi nastrzelał, więc miałby #szacun na wejściu, poza tym zapowiada się, że Bawarczycy z nowym trenerem zdominują europejski futbol jak Barcelona w ostatnich latach...

Mam jednak wątpliwości czy to rozsądne iść do drużyny, która właśnie pokonała twoją w najważniejszym meczu w karierze? Która właśnie rozgrywa historycznie udany sezon? Co innego wejść do szatni jako zwycięzca, jak stwierdził Juergen Klopp z tym pieprzonym pucharem, a co innej spotkać w niej nasyconych, spełnionych piłkarzy, którzy właśnie cię pokonali. Przypomniało mi się jak Thierry Henry był o krok od odejścia do Barcelony w 2006 roku, Frank Rijkaard z Henkiem Ten Cate już mieli strategię pozwalającą go zmieścić w ataku. Barca dawała 50 mln funtów, ale po porażce w finale Ligi Mistrzów w Paryżu Francuz uznał, że to nieodpowiedni moment na transfer. Jako zwycięzca, który powiódł Arsenal do wygranej z Barcą, przyszedłby do niej z radością, żeby uczynić ją silniejszą. Ale w tamtej sytuacji nie chciał i jak pamiętacie odwlókł odejście do Katalonii o rok.

Czy dziś z ręką na sercu możemy stwierdzić, że Bayern absolutnie i niezbędnie potrzebuje Lewandowskiego? Dlaczego miałby wygryźć z ataku Mario Mandżukića, którego gol dał mistrzom Niemiec triumf w finale Ligi Mistrzów? Mamy pewność, że stałby się dla Bawarczyków wielkim wzmocnieniem? Takim jakim zdecydowanie stałby się w Realu Madryt, Chelsea, Manchesterze United czy nawet Barcelonie (gdyby ta już nie zaklepała sobie Neymara), gdzie kibice witaliby go może nie jak zbawcę, ale z wielkimi nadziejami, jako strzelca historycznych czterech goli z Realem. Kogo w Monachium obchodzą tamte cztery gole, skoro Bayern siedmioma rozgromił Barcelonę? Podejrzewam, że Lewy stałby się w Bayernie tylko uzupełnieniem wielkiego składu. Bardzo mocnym, wysyłającym w kosmos Mario Gomeza i Claudio Pizarro, ale jednak uzupełnieniem. Dlatego ja bym jeszcze na miejscu Roberta mocno jeszcze przemyślałbym swoją przyszłość, przy czym z Dortmundu raczej bym uciekał - z powodów, które wymieniłem tutaj - mimo, że Klopp zapowiada za dwa lata w finale Ligi Mistrzów w Berlinie będzie powtórka pojedynku z Wembley, on już nad tym zaczyna pracować.

Kilka vlogów o finale Ligi Mistrzów

Ostatni finał Ligi Mistrzów na żywo, nie ze studia tv, oglądałem na Stade France, gdy Barcelona Rijkaarda pokonała Arsenal. Cieszę się, że mogłem być świadkiem historycznego, wewnątrzniemieckiego finału z udziałem trzech Polaków, czego pewnie nieprędko doczekamy. Nowe Wembley to zaiste katedra futbolu. Majestatyczne ze świetnym widokiem z trybun, a bawarscy i westfalscy kibice stworzyli kapitalną atmosferę. Tak jak na boisku akcja przenosiła się z jednego pola karnego na drugie, tak i na trybunach trwał wspaniały pojedynek czerwonych sektorów z żólto-czarnymi, co starałem się uchwycić kamerką.

Najpierw jednak o drodze na Wembley, ale nie obu drużyn przez rozgrywki grupowe, a potem pucharowe, ale od drodze ze stacji Wembley Park na stadion...

Race kibiców Bayernu

Radość kibiców Bayernu po golu Mandżukića na 1:0 i świetna reakcja fanów Borussii...

Ostatni gwizdek na Wembley. Koniec meczu! Bayern wygrywa Ligę Mistrzów! Odkupienie Robbena!

sobota, 25 maja 2013

  Zdjęcie zrobione HTC One X +

Kto wygra ten dzisiejszy wewnątrzniemiecki finał Ligi Mistrzów? Gdyby w futbolu 2+2 zawsze = 4, wówczas jeszcze przed meczem moglibyśmy wręcz Puchar Europy Bayernowi. Zdają się przemawiać za nim wszystkie argumenty. Od siły i rozmiarów kadry, dającej Bawarczykom przewagę właściwie na każdej pozycji (albo co najwyżej równowagę, jeśli chodzi np. o bramkę czy atak gdzie Roman Weidenfeler spokojnie mógłby rywalizować o miejsce w reprezentacji Niemiec, gdyby nie obraził kiedyś Joachima Loewa, a Robert Lewandowski w niczym nie ustępuje Mario Mandżukićowi czy Mario Gomezowi, co już wkrótce będzie miał okazję udowadniać im na każdym treningu). Po styl w jakim drugi rok z rzędu awansowali do finału: nie było tu nawet grama przypadku, ani szczęścia jak w ostatnich minutach ćwierćfinałowego rewanżu Borussii Dortmund z Malagą. W rewanżu z Barceloną na Camp Nou Bawarczycy nie musieli drżeć do ostatnich sekund o awans jak Borussia z Realem w Madrycie, gromiąc najlepszą drużynę świata na ich stadionie 3:0 (7:0 w dwumeczu) przejęli symbolicznie z jej ręki ten status. Bayern góruje też nad swoim niemieckim rywalem pucharowym doświadczeniem. Cały obecny sezon, z tym samym trenerem, z którym w poprzednim przegrali wszystko co było do przegrania, stając się najbardziej przegraną drużyną na świecie, udowadnia, że tamta trauma (a zwłaszcza ta finałowa z Chelsea na własnym Allianz Arena) podziała na piłkarzy i cały klub wyłącznie pozytywnie i motywująco. Żaden z Bawarczyków nie będzie chciał przeżyć tego jeszcze raz.

Koniec z (FC) Hollywood

Widać to nie tylko po wynikach w Lidze Mistrzów i przepaści w Bundeslidze jaka oddzieliła Bayern od reszty. Chyba ani razu w sezonie nikt z drużyny nie dał powodu, żeby nazwać Bawarczyków starym, złośliwym, ale jakże celnym określeniem FC Hollywood. Choć Bayern każdy sezon zaczynał jako absolutny faworyt Bundesligi, często na drodze do sukcesu stawała buta jego największych gwiazdorów (co dotyczy także prezesów i menedżera, Uli Hoenessa), ich arogancja i pewność siebie, którzy częściej niż na treningach i w meczach brylowali w telewizji i brukowcach, które opisywały ich pozaboiskowe skandale czy wizyty w nocnych klubach. Hollywoodem zaczęto ich nazywać w czasach drużynę prowadził Giovanni Trapattoni, a gwiazdy takie jak Lothar Matthaus i Stefan Effenberg prześcigały się w skandalach. Pierwszy zmieniał żony jak rękawiczki, wychwalał publicznie męskość kolegi z drużyny, w wydanych pamiętnikach opisał tajemnice szatni, przez co stracił opaskę kapitana, a po otwartym konflikcie z Juergenem Klinsmannem trener Berti Vogts nie zabrał go (wygrane) Euro‘96.

Drugi wsławił się pokazaniem środkowego palca kibicom na mundialu w USA w 1994 roku, a w telewizji z butą chwalił się, że zarabia rocznie niebotyczną wówczas kwotę 5,5 miliona marek za sezon. Z kolei znakomity bramkarz reprezentacji Niemiec, Oliver Kahn zbulwersował całe Niemcy w 2003 roku, porzucając ciężarną żonę na rzecz 21-letniej hostessy z dyskoteki. Gdy tabloidy opisały ze szczegółami wyznania nowej partnerki Kahna, Hoeness skomentował, że po ich lekturze chciało mu się rzygać.

Określenie FC Hoolywood pasowało i do współczesnego Bayernu, tego Luisa van Gaala, który zagrał w finale Ligi Misrzów w 2010 roku i tego Juppa Heynckesa jeszcze z ubiegłego roku. Kapitanowi, liderowi i jednemu z najlepszych pomocników świata, Bastianowi Schweinsteigerowi zdarzyło się po wyjściu z nocnego klubu z dziewczyną, przemycić ją do budynków klubu, gdzie o 2. nad ranem ochrona przyłapała ich w jacuzzi. Franck Ribéry miał we Francji proces sądowy o seks z nieletnią prostytutką, przez który o mało co nie ominął go mundial w RPA, brazylijski obrońca Breno został aresztowany za podpalenie własnego domu, i nawet kapitan Philipp Lahm trafił na czołówki po skrytykowaniu w obcesowych sposób w autobiografii byłego trenera, Jürgena Klinsmanna.

Van Gaal nie odstawał od swoich zawodników. Podczas jednej z tyrad zarzucił im, że mają go za faceta bez jaj i natychmiast im udowodnił, że jest inaczej ścigając do kolan spodnie eleganckiego garnituru przed przerażoną gromadą. Heynckes też nie od razu udało się utemperować hollywodzkie charaktery. Jeszcze w ubiegłym sezonie dwaj skrzydłowi i najwięksi gwiazdorzy klubu, Arjen Robben i Ribery pobili w szatni w przerwie półfinału Champions League z Realem Madryt. Holender wyszedł na drugą połowę z podbitym okiem za to, że wykonał rzut wolny, który miał egzekwować Francuz.

Dziś wszyscy harują we wspólnym celu aż miło, egoiści Robben i Ribery nie tylko podają częściej niż kiedykolwiek ale i zasuwają w defensywie jak Samuel Eto’o w Interze gdy Inter sięgał po potrójną koronę. A Schweinsteiger opowiada, że często gierki na treningu bywają bardziej wyrównane niż niektóre ligowe mecze.

Taktyka, głupcze!

Ale - jak stwierdził Leo Beenhakker - futbolu 2+2 bardzo rzadko = 4. Najlepszy dowód do zwycięstwo Chelsea w Lidze Mistrzów w ubiegłym sezonie, nie tylko w finale ze znacznie lepszym Bayernem, ale i w półfinale ze wciąż wielką jeszcze Barceloną. Nota bene także ostatni finał Ligi Europejskiej Chelsea wygrała będąc przez większą część spotkania drużyn gorszą od Benfiki. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę trener Juergen Klopp, który stwierdził, że jeśli Borussia pokona Bayern nie będzie to oznaczać, że stanie się najlepszą drużyną świata, ale że pokona najlepszą drużynę świata. W świetnym wywiadzie dla „Guardiana” Klopp opowiedział jak będąc trenerem drugoligowego Mainz obejrzał pięćset razy (!) nudne jak flaki z olejem wideo treningu AC Milan, na którym Arrigo Sacchi prowadził ćwiczenia taktyczne (bez piłki!) ustawiając swoich piłkarzy jak pionki na szachownicy i przesuwając nimi po boisku. Od tamtego czasu 2. ligowe Mainz jako pierwsza niemiecka drużyna zaczęła grać ustawieniem 4-4-2 bez libero. A Klopp pojął, że w futbolu wcale nie trzeba mieć silniejszej drużyny, żeby wygrywać. - Wcześniej z góry zakładaliśmy porażkę jeśli rywale mieli silniejszy skład i godziliśmy się z tym. Ale zrozumiałem, że w futbolu wszystko jest możliwe – możn wygrywać z lepszymi jeśli dobierze się właściwą taktykę - stwierdził.

Jaką strategię wymyśli na Bayern, z którym potrafił wygrywać w Monachium 3:1 czy 5:2 w finale Pucharu Niemiec? Najbardziej ciekawi mnie jak załata dziurę po stracie Mario Goetze, czy w swoim stylu będzie umiał przekuć to na dobre, czy na przykład przesunie ze środka do ofensywy Ilkaya Gundogana za plecy Roberta Lewandowskiego? Klopp jest mistrzem motywacji, wchodzącym w głębokie relacje ze swoimi piłkarzami podobnie jak Jose Mourinho i tulącym ich po golach i zwycięzcach niczym ojciec swoje dzieciaki. O morale piłkarzy Borussii jestem więc spokojny: każdy będzie gotów umrzeć w tym jednym jedynym mecz za klub, trenera i kibiców.

To jeden mecz! I wszystko może się zdarzyć, nie tylko jedno genialne zagranie, strzał, zachowanie piłkarza, ale i jedna decyzja sędziego może odmienić losy spotkania jak w meczu Manchesteru United z Realem Madryt czy Borussii z Malagą, gdzie arbiter nie dojrzał trzech spalonych. Zobaczymy po 90. minutach (lub 120), kto jest lepszy z futbolowej matematyki, Bawarczycy czy Dortmundzycy. Jedno jest pewne, dziś spełni się klątwa Gary Linekera, na końcu muszą wygrać Niemcy.



Na koniec moja playlista spotify na finał. Pierwszy utwór do autobusu w drodze na stadion, potem szatnia, wyjście na mecz, pierwsza połowa, przerwa, druga, radość, rozpacz, dekoracja. Dlaczego taka wyjaśniałem tutaj

czwartek, 23 maja 2013

 

Zdjęcie zrobione HTC One X+

Jak widać na zdjęciu Londyn już gotowy na przyjęcie głównych aktorów sobotniego finału Ligi Mistrzów. Zafrasowany Bobby Moore zastanawia się pewnie jak to możliwe, że Fussball is coming home na jego Wembley. Bayern można uznać za stałego bywalca finałów, w końcu to jego trzecia wizyta w ciągu ostatnich czterech lat. Borussia Dortmund to gość dość niespodziewany, acz witany z radością. I jedno i drugie zawdzięcza w ogromnej mierze swemu trenerowi, Juergenowi Kloppowi. Myślę, że nawet jego zaskoczyło jak wspaniałe plony i jak szybko zbiera jego autorski projekt. Jeśli coś sprawia, że nawet strata na finał takiego zawodnika jak Mario Goetze nie sprawia, że z góry skreślamy szanse Borussii to właśnie osobowość, zdolności taktyczne jej trenera. Choć Bayern uciekł w tym sezonie całej Europie i całej Bundeslidze, zostawiając za sobą przepaść, drużyna Kloppa zdołała zremisować z nim w lidze 1:1, a w ćwierćfinale Pucharu Niemiec ulec zaledwie 0:1, tych meczach owej przepaści widać nie było. Faworytem w finale nie jest (i być nie chce, Klopp chętnie spycha tę presję na Bawarczyków - moje ulubione zdanie jakie wypowiedział to, że wygrywając Ligę Mistrzów Borussia nie stanie się najlepszą drużyną świata, ale pokona najlepszą drużynę świata), ale nie była i we wszystkich czterech starciach z Realem Madryt (grupowych i półfinałowych), ani w meczach z Manchesterem City, a awansowała z grupy pierwszego miejsca.

Z tej wyjątkowej okazji, by przybliżyć postać trenera Borussii wklejam fragment jego portretu jaki wraz z Darkiem Wołowskim napisaliśmy do Newsweeka sprzed kilku tygodni, pt. Czarodziej z Dortmundu. Naszym zdaniem nie ma wiele przesady w tym tytule, zaczerpniętym z wydanej niedawno biografii trenera Borussii. Ze średniaka Bundesligi w krótkim czasie uczynił dwukrotnego z rzędu mistrza Niemiec. Mało znani zawodnicy pod jego ręką stali się gwiazdami swoich reprezentacji. Wszyscy trzej Polacy - Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek zgodnie przyznają, że dzięki Kloppowi są lepszymi piłkarzami. - Uważam, że bardzo się rozwinąłem pracując z nim. Najpierw potrafił dostrzec we mnie potencjał, bez tego nie ściągnąłby mnie do klubu, a potem sprawił, że niektóre aspekty mojej gry wręcz eksplodowały. Ma świetne oko, stojąc widzi co muszę poprawić, żeby lepiej wykorzystywać moje możliwości i pomaga mi w tym. To samo może właściwie powiedzieć każdy z kolegów z klubu - powiedział nam Lewandowski.

Nerwus z telewizji

Kariera Kloppa „od pucybuta do milionera”, trenera z przypadku, który dostał na próbę jeden mecz i perfekcyjnie wykorzystał szansę wzbudza u rodaków wielki szacunek, ale on sam - skrajne emocje. Podziwiany za pracowitość, perfekcjonizm, dbałość o detale, relacje z piłkarzami, którzy po golach lecą wyściskać go jak ojca, i obsesyjną nienawiść do przegrywania. Elokwencją i brylowaniem w mediach jednych zachwyca, innych irytuje. Legenda niemieckiego futbolu, Franz Beckenbauer, związany całe życie z Bayernem Monachium nazwał go złośliwie „TV Bundes-trainer” (Telewizyjny trener reprezentacji) i zapowiedział w stacji ZDF, żeby nie zapraszać go do tych samych programów co tego „błazna”. Ale widzowie zachwycali się erudycją Kloppa - za umiejętność przystępnego klarowania im, co się dzieje na boisku podczas mundialu w 2006 roku i Euro 2008 otrzymał dwie nagrody dla telewizyjnej osobowości roku.

Klopp przed meczem i w trakcie to Dr Jeckyll i Mr Hyde. Na treningach zawsze w dresie, zawsze wśród zawodników, często się z nimi wygłupia, żartobliwie fauluje, wskakuje im na barana, tarza się wręcz ze śmiechu, gdy Lewandowski pudłuje stojąc tuż przed bramką, po zwycięskich sezonach wspólnie oblewa się z chłopakami piwem. Podczas gry zmienia się jednak w wulkan, małe dziecko z ADHD i niebezpiecznego psychopatę w jednym - co sam przyznał kiedyś w studio TV, gdy odtworzono mu jego własne zachowanie. Nie usiedzi w miejscu, biega wzdłuż linii, robi miny, wrzeszczy, wymachuje rękami. Potrafił podbiec do sędziego technicznego i w ostatniej chwili powstrzymać pod uderzeniem go głową: trafił arbitra w czoło brzegiem baseballowej czapeczki, a później sam siebie nazwał za to „idiotą”. Z pokorą płaci kolejne kary nakładane przez władze Bundesligi (DFL), zebrało się tego dobre kilkanaście tysięcy euro. Po dramatycznej wygranej z FC Koeln w ubiegłym sezonie wykonał szalony rajd triumfalny po krzesełkach, kolejną grzywną DFL. Podczas innej radosnej szarży po boisku zerwał mięsień. Żona Ulla nieustannie błaga go przed meczami, żeby nie narobił wstydu. Bez skutku. W szale emocji zdaje się nie panować nad sobą.

 

Prymus

Zawsze był prymusem. Nawet gdy nauka nie szła mu bez kłopotów, został przewodniczącym samorządu. Na sport został skazany przez ojca, który po narodzinach dwóch córek tak bardzo chciał mieć syna, że kiedy ten się wreszcie pojawił, umyślił sobie, iż Juergen koniecznie musi odnieść sukces. Mama trenera opowiada w biografii syna jak ojciec opróżnił z mebli sypialnię, postawił w niej bramkę i kazał 3-letni Jurgenowi ćwiczyć strzały! - Synu, tylko strzelaj na bramkę, nie do szyb! - miał mu powiedzieć. Chłopak potrafił jednego dnia startować w zawodach narciarskich i tenisowych, a wieczorem odbyć jeszcze trening piłkarski.

Jako piłkarz kariery jednak nie zrobił, grał w przeciętnych drugoligowych klubach zwiedzając wszystkie pozycje na boisku oprócz bramkarza. Wszędzie zostawał jednak kapitanem drużyny. Trenerzy mieli do niego największe zaufanie, czuli, że jest ich prawą ręką na boisku. - Dobrze grałem głową, ale od szyi w dół było już dużo gorzej - wspomina. Jego trener z Mainz, Wolfgang Frank mówi, że Klopp wybiegał na boisku mając w głowie tysiące pomysłów, ale brakowało mu umiejętności, aby je zrealizować.

28 lutego 2001 roku, trzy dni po rozegraniu ostatniego ze 325 meczów w barwach Mainz został jego trenerem. Poprzednika i przyjaciela, Eckharda Krautzuna, z którym godzinami rozmawiał o taktyce, zwolniono, bo klub stanął przed groźbą spadku do trzeciej ligi. Podczas konferencji prasowej dziennikarze przyjęli nominację Kloppa jako żart. Miał prowadzić drużynę tylko w jednym spotkaniu, do znalezienia następcy z prawdziwego zdarzenia, ale wygrał. Kolejne spotkanie również i następnych pięć z sześciu. Mainz utrzymało się, a po dwóch sezonach awansowało do Bundesligi. Gdy w 2008 roku Klopp odchodził do Borussii Dortmund na pożegnalnej imprezie na Placu Gutenberga dziękowało mu ponad 15 tysięcy kibiców. Ojciec nie dożył sukcesu syna, zmarł na raka siedem lat wcześniej.

Z Borussią nie tylko zdobył dwa mistrzostwa Niemiec i awansowął do półfinału Ligi Mistrzów. Drużyna to jego autorski projekt, stworzony za niewielkie pieniądze. Ze składu, który obejmował zostało tylko trzech piłkarzy, w tym Błaszczykowski, wszystkich pozostałych wyszukał sam, jak Lewandowksiego, którego przez ponad rok obserwował się meczach polskiej Ekstraklasy nim kupił za 4,5 miliona euro. Shinji Kagawę wypatrzył w lidze japońskiej i sprowadził za 350 tys. euro, by po dwóch latach sprzedać Manchesterowi Utd za 16 milionów.

Guardiola i Mourinho w jednym

Wielu ekspertów uważa, że dzięki sukcesom Klopp zhardział. Były mistrz świata z 1974, dziś komentator Günter Netzer stwierdził, że trener Borussii łączy w sobie cechy dwóch najlepszych obecnie trenerów świata. - Jest jak Pep Guardiola i Jose Mourinho w jednym. Tak jak Katalończyk chce by jego drużyna grała ofensywnie i pięknie, ale stosuje prowokacje w stylu trenera Realu, by odciążyć zawodników od presji i wziąć ją na siebie - zauważył Netzer.

Gdy dziennikarze zarzucili Kloppowi, że tuż po losowaniu par półfinału Ligi Mistrzów trener Realu pojawił się na trybunach podczas ligowego meczu Borussii, za to on nie wybrał się do Madrytu, wybuchnął śmiechem. - To czego się dowiedział o nas Mourinho, mogłem mu opowiedzieć przez telefon. Wraca do domu z informacjami bez znaczenia. Ja nie muszę jeździć na Santiago Bernabeu, by wiedzieć jak gra Real – wyjaśnił ironicznie. Odniósł się też do drugiego półfinału, czyli starcia Bayernu Monachium gra z Barceloną. Uwielbia drażnić Bawarczyków, najpotężniejszy klub Bundesligi, który od nowego sezonu poprowadzi Guardiola. - Stawiam swój tyłek, że przed starciem z Katalończykami szefowie Bayernu zadzwonią jednak po radę do Pepa – stwierdził Klopp. Wściekły wiceprezes Bawarczyków Karl-Heinz Rummenigge odpowiedział: - Niech Klopp uważa, by jego tyłek nie wylądował w muzeum Bayernu, a zastawiać powinien raczej swoją przeszczepioną fryzurę – dodał robiąc aluzję do dbałości trenera Borussii o wizerunek (został wybrany najlepiej ubraną osobistością sportową Niemiec).

Atakując najbogatszy, najpotężniejszy klub w Niemczech, Klopp pokazuje swoim piłkarzom, że Borussia nie musi pochylać głowy wobec kolosa, ani czuć wobec niego kompleksów. W czwórce półfinalistów Ligi Mistrzów Borussia to Kopciuszek. Jej trener musi pokazywać, że nikogo się nie boi, by tchnąć wiarę w swoich zawodników. Tak zawsze robił Mourinho.

Z Guardiolą łączy go filozofia gry: ofensywnej, bezkompromisowej, umiłowanie ataku. I przekonanie, że „futbol to nie tylko produkt, ale przede wszystkim kultura”, a Borussia jak Barcelona jest własnością kibiców. Dlatego wiele razy otwarcie popierał protesty kibiców wobec zbyt wysokich cen biletów na mecze. - Jeśli ludzie opuszczą stadiony, to będzie koniec piłki - mówi.

Tak jak Mourinho, Klopp lubi mieć wszystko pod kontrolą, od wysokości trawy na boiskach treningowych po to, kto z kim nocuje w pokojach podczas wyjazdów. Wprowadził zasadę losowania. Jako trener XXI wieku nie waha się stawiać na nowe technologie czy zajęcia „Life-Kinetik” z wykorzystaniem urządzenia o nazwie Footbonaut, czyli klatki, do której wchodzi zawodnik musząc najpierw przyjąć wystrzeliwane w różnym tempie piłki, a potem zagrać je w jeden z 72 paneli.

Nie dla idiotów

Pytamy Lewandowskiego czy tak szybki sukces jakim były dwa mistrzostwa Niemiec po krótkim okresie prasy zmieniły Kloppa. - Jako człowiek nic się nie zmienił, za to na pewno stał się lepszym trenerem, umie wykorzystywać zebrane doświadczenie. Zawsze potrafił wyciągać wnioski, robi to nawet po meczach, które zagraliśmy rewelacyjnie. On i tak znajdzie coś, co nam wypomni, pokaże co mogliśmy zrobić lepiej - mówi napastnik reprezentacji Polski.

I dodaje, że Klopp wciąż ma te same relacje z zawodnikami. - Atmosfera w drużynie jest tak samo dobra, jak przed naszym pierwszym mistrzowskim sezonem. Nadal potrafi z nami o wszystkim rozmawiać. Wie, kiedy można sobie pozwolić na żarty, wspólne wygłupy, śmiech na treningu. Ale kiedy trzeba potrafi zagonić nas do ciężkiej pracy i wymóc pełną koncentrację. Wtedy nie ma zmiłuj, u niego nikt nie może sobie pozwolić na fochy gwiazdy - mówi Lewandowski. Klopp potwierdził to ostatnie w jednym z wywiadów, mówiąc: „nie wiem jak dobrym piłkarzem musiałby być ktoś, żebym zniósł, że jest dupkiem. Jeszcze nie miałem takiej sytuacji. Nie sprowadzam do drużyny idiotów, bo spędzamy razem zbyt wiele czasu”.

Wyjątkowe relacje trenera z zawodnikami podkreślają wszyscy, którzy z nim pracują lub pracowali. Jego krytyka jest zawsze rzeczowa. Zdarza się, że czasem rezerwowi nie wytrzymują swojej roli i jak Ivan Perisić, odchodzą z klubu. O odejściu otwarcie mówił też Błaszczykowski, która stracił miejsce w składzie przed Euro 2012. Klopp potrafił go jednak zmotywować do pracy nad sobą i walki o powrót do składu. Po paru miesiącach Kuba znów zdobywał ważne gole, teraz rozgrywa najlepszy sezon w karierze.

Piszczek pod ręką Kloppa stał się czołowym prawym obrońcą Europy dwukrotnie wybieranym do jedenastki sezonu Bundesligi. Klopp żartuje, że Piszczek to jedyny zawodnik do którego nie musi zdzierać gardła. - Czasami wkurza mnie, że ta polska banda w Borussii nie chce rozmawiać ze sobą po niemiecku. Ale kiedy coś do nich mam, mówię po polsku. Nauczyłem się nawet zwrotu: „rusz dupę!” i wydaje mi się, że więcej polskich słów nie muszę znać - żartował w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.

Zawsze lojalny wobec swoich piłkarzy. Choć Lewandowski nie przedłuża kontraktu z Borussią, a media spekulują do jakich klubów odejdzie, Klopp nieustannie wspiera Polaka. Podkreśla, że Lewy to jeden z pięciu najlepszych napastników Europy i rozumie jego chęć szukania wyzwań, a jednocześnie ceni za profesjonalizm i to, że nie pozwala by spekulacje przełożyły się na jego skuteczność.

W Niemczech mówi się, że jest kwestią czasu kiedy obejmie reprezentację. Na razie odrzuca lukratywne oferty najbogatszych klubów Europy jak Chelsea. Chce wypełnić kontrakt z Borussią, który wygasa w 2016 roku. Trzy lata temu podczas wyborów samorządowych o mało - mimo woli - nie został burmistrzem w miasteczka Hornberg. Niemieckie prawo pozwala głosować na osobę, której się ufa, nawet jeśli jej nazwiska nie ma na oficjalnej karcie. Wielu mieszkańców Hornberga uznało, że najbardziej ufa Kloppowi. On sam zastrzega jednak, że polityka kompletnie go nie interesuje. Żyje futbolem i tylko dla futbolu...

Zdjęcie zrobione HTC One X+

 



niedziela, 19 maja 2013

 

Spotify porosiło mnie, żebym ułożył playlistę na sobotni finał Ligi Mistrzów na Wembley. Uznałem to za fantastyczny pomysł! Któż z nas nie lubi trafić na youtube na kompilację goli z fajną, pasującą muzą. Ponieważ dostałem pełną wolność postanowiłem po pierwsze nie szukać wyłącznie kawałków motywujących do walki, a po drugie nie skupiać się wyłącznie na tym konkretnym finale - czyli żadnych bawarskich czy westfalskich hitów, ani nawet Rammsteinu - ale opracować ścieżkę pasującą ogólnie najważniejszego piłkarskiego wydarzenia sezonu. Myślę, że wyszedł całkiem fajny mix rockowych kawałków, evergreenów, rapu i muzyki filmowej. Playlista jest dostępna tutaj, ale postanowiłem dopisać na blogu uzasadnienie.

Ciekaw jestem jakie Wy mielibyście propozycje na poszczególne okoliczności i miejsca? Jaka muza w szatni przed wyjściem na mecz, jaka do tunelu, co na tuż przed i tuż po pierwszym gwizdku, z czym na karku najlepiej schodzić do szatni na przerwę, przy jakiej muzie powinien motywować trener? Wreszcie co puścilibyście zwycięzcom, a co przegranym?  

Zaczyna się spokojnie, ale z małym dreszczykiem.

W AUTOBUSIE NA STADION puściłbym niezwykle inspirujące „Now we Are Free” z końcowych scen Gladiatora, z cudownym głosem Lisy Gerrard. To pod tę muzykę Pep Guardiola skompilował motywujące DVD z akcjami swojej Barcelony przed finałem Ligi Mistrzów w Rzymie z Manchesterem United. Nawet rezerwowi zawodnicy mówili, że niesamowicie ich naładował, Gabriel Milito stwierdził później, że całe szczęście, że nie grał z powodu kontuzji, bo chyba przy pierwszej interwencji dostałby czerwoną kartkę. tak był nagrzany.

Tymczasem NA TRYBUNCH

kibice odśpiewaliby „You’ll Never Walke Alone” z repertuaru Gerry’ego and the Pacemakers. Wiem, że to hymn fanów Liverpoolu i Celticu Glasgow (wątpliwe, żeby szybko spotkały się w finale Ligi Mistrzów;) ale nie ma bardziej podniosłego i lepiej nastrajającego hitu przed wielkim meczem. Ciarki przechodzą po plecach i wszystkie włoski stają dęba, gdy zaintonują je całe trybuny...

Tuż PRZED WYJŚCIEM Z SZATNI pasowałby mi energetyczne „Let's Get It Started” w wykonaniu Black Eyed Peas. Z oczywistych względów .

Na intensywną atmosferę W TUNELU, gdzie rywale stoją ramię w ramię przed wyjściem na murawę i ewentualną PRZEPYCHANKĘ w sam raz byłoby „Move Bitch”, Ludacrisa. W końcu futbol to nie jest zabawa dla grzecznych chłopców ;) Zdaje się, że któryś z wielkich bokserów albo zawodników MMA wchodzi przy tym na ring. Pasuje.

Nie znam lepszej muzyki do WBIEGNIĘCIA DRUŻYN na murawę niż „Sirius” Alan Parsons Project, która od lat towarzyszy wyjściu na parkiet Chicago Bulls. Gasną światła, jeden mocny reflektor kierunkowy aaaaaaand noooow starting line up of your Woooorld Champions, Chicago Buuulls! At forward from Central Arkansas, 6 foot 7 Scotty Pippen... potem Horace Grant, Bill Carthwrigt, BJ Armstrong, aż wreszcie at guard from North Carolina, 6.6 Michael Jordaaaan (ha, z pamięci recytuję ten skład, potem doszli Luc Longley, Dennis Rodman i Ron Harper). Po takim entre cała hala i zawodnicy i kibice byli maksymalnie napompowani, a goście o tacy malutcy...

Wyobrażam sobie, że tuż PRZED PIERWSZYM GWIZDKIEM, gdy zawodnicy zajmują swoje pozycje, a bramkarz sprawdza siatki i rzuca do bramki ręcznik, w ich głowach dudni coś w rodzaju muzyki Tylera Bates’a z filmu „300”, a konkretnie kawałek „Fever Dream”...



Mecz się zaczyna i na boisku tylko WALKA, WALKA, WALKA...

Najpierw w miarę spokojnie od „Enter Sandman” Metalliki, ale zaraz potem „Thunderstruck” AC/DC i „Trooper” Iron Maiden (You'll take my life, but I'll take yours too/ You'll fire your musket, but I'll run you through/ So when you're waiting for the next attack/ You'd better stand, there's no turning back...)

Dwa utwory chciałem zadedykować BOCZNYM OBROŃCOM. Akurat na Wembley będą śmigać chyba najlepsi obecnie na świecie: Philip Lahm, David Alaba, Łukasz Piszczek i Marcel Schmelzer. W pierwszym „Bleed it Out” Linkin Park pobrzmiewa mi ich szybkość, niezmordowane ataki wzdłuż linii i harówka w obronie. W „Down with the Sickness” (jakże wymowny tytuł na finał) Disturbed słyszę rytm ich serca. You też feel that?

PRZERWA. SZATNIA. W szatni motywująca przemowa trenera koniecznie przy dźwiękach „L'arena" Ennio Morricone z włoskiego spagettiwesternu „Il Mercenario”, którą Quentin Tarantino wykorzystał w Kill Bill 2, w tej scenie gdy Uma Thurman przypomina sobie szkolenie Pai Mei i wydostaje się z samotnego grobu Pauli Schutz...

WYJŚCIE z tunelu NA DRUGA POŁOWĘ przy dźwiękach „Ladies and Gentlemen” Salivy. (Ladies and gentlemen, good evening/ You've seen that seeing is believing/ Your ears and your eyes will be bleeding/ Please check to see if you're still breathing/ Hold tight cause the show it not over/ If you will please move in closer...)

WALKĘ W DRUGIEJ POŁOWIE najlepiej powinna ilustrować „Riot” Three Days Grace oraz „Whiskey In The Jar” Metalliki, przy którym gra od razu staje się bardziej kreatywna i pełna polotu.

 

Aż dochodzimy do momentu, w którym TERAZ ALBO NIGDY.

Do któregoś z kluczowych zawodników docierają słowa Eminema ze wstępu do „Lose Yourself”: Look, if you had one shot or one opportunity... This is everything you ever wanted. One moment... Would you capture it? Or just let it slip?

On jest od tego, żeby przesądzać w takich chwilach. To do niego ten refren: You only get one shot, do not miss your chance to blow/ This opportunity comes once in a lifetime, yo!

Gdy w końcówce pada zwycięski gol (jak w środkowym finale Ligi Europejskiej), wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie. Gdy rozbrzmiewa OSTATNI GWIZDEK, przegrani padną na kolana, czując w tym momencie dokładnie to samo co Frodo, który patrzył jak Gandalf spada z Mostu Khazad Dum. A w ich uszach brzmi lament samotnego elfa ze ścieżki dźwiękowej Władcy Pierścieni (to ostatni fragment dłuższego kawałka The Bridge of Khazad Dum - nasz smętny ale piękny fragment zaczyna się w 4:35).

 

KONIEC! Na dekorację czekamy przy chilloutowych dźwiękach „Fire” Kasabian, przy których zawsze lecą pomeczowe statystyki w NC+ ;)

PRZEGRANI maszerują po srebrne medale pocieszenia, które żadnym pocieszeniem nie są przy dźwiękach „Hymn of the Fallen” z Szeregowca Ryana.

Natomiast ZWYCIĘZCY ZMIERZAJĄ PO ODBIÓR wyśnionego PUCHARU z rąk Michela Platini przy - wcale nie „We’re the Champions” Queenu, zbyt mainstreame, ileż można? - ale przy „Remember the Name” w wykonaniu Fort Minor”, słuchając słów: „This is ten percent luck, twenty percent skill/ Fifteen percent concentrated power of will/ Five percent pleasure, fifty percent pain/ And a hundred percent reason to remember the name!”

Po którym zaraz z głośników leci „All I Do Is Win” DJ Khaleda dla bezczelnych zwycięzców.

STADION OPUSZCZAMY słuchając D'yer Maker” Led Zeppelin, bo... to po prostu fantastyczny utwór i fanie, żeby dźwięczał nam w uszach na koniec...

15:01, francuski_lacznik , Liga Mistrzów
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Mamy 90 minut na Remontadę. W piłce nożnej wszystko jest możliwe - stwierdził na konferencji prasowej Jose Mourinho przed rewanżowym półfinałem Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund. W całym Madrycie panują nastroje remontady, czyli odwrócenia nieprzychylnych losów, bo też i nie raz w przeszłości Królewscy potrafili tego dokonać. Kibice i media apelują o ducha Juanito, legendarnego Juana Gomeza Gonzaleza, który w 1986 roku pomógł Realowi przejść w Pucharze UEFA Borussię Moenchengladbach po porażce na wyjeździe 1:5 i wielokrotnie potrafił na Santiago Bernabeu przegonić widmo nieuchronnej klęski. Żeby wspomóc kolegów duchowo przed najważniejszym meczem dla Realu w ostatnich dziesięciu latach (Mourinho) do Madrytu przybywa Raul, który wyprosił urlop u szefów swego Al Sadd. Podbudowuje ich inna legenda, Alfredo di Stefano, przekonując, że wystarczy, żeby po prostu zagrali swoje, bo Real z natury rzeczy jest zdolny do rzeczy wielkich.

Tym bardziej, że Realowi do awansu do finału nie jest potrzebny cud. Cud to musiałby się wydarzyć w środę na Camp Nou, że w finale zagrała Barca, Królewskim wystarczy co najwyżej cudzik, nic wielkiego na miarę wskrzeszenia Łazarza. Mała życzliwość losu z gatunku the Nani situation. Wyobraźmy sobie podobny scenariusz jak na Old Trafford, tylko jeszcze w pierwszej połowie, najlepiej w pierwszym kwadransie (w drugiej mogłoby być za późno): Roman Weidenfeler (albo Mats Hummels - po jego zaćmieniu na Westfalenstadion obstawiałbym, że prędzej on) zostaje wyrzucony z czerwoną kartką, a Real dostaje rzut karny. Który wykorzystuje Cristiano Ronaldo. 45-60 minut na strzelenie dwóch goli? Żadne mission:impossible.

Nuestra fuerza eres tú(Naszą siła jesteś Ty) - specjalną kampanią skierowaną do kibiców próbuje tchnąć w nich wiarę RealmadridTV. - Tylko u twojego boku to osiągniemy - przekonuje Ronaldo.

Żeby Operation 3:0 udała się, potrzebne będzie nie tylko wsparcie fanów, skuteczność Cristiano Ronaldo, a może wreszcie i napastników Realu, ale także zachowanie czystego konta, czyli  powstrzymanie Roberta Lewandowskiego. Nie ma już co wspominać magicznego wieczoru Polaka sprzed tygodnia na Westfalenstadion, ale i jesienią się na Bernabeu też się nie udało. Tym razem zadbać o to ma osobiście Sergio Ramos, który przesunie się z boku na środek, ośmieszony przez napastnika Borussii Pepe wraca na ławkę rezerwowych.

A ja zastanawiam się czy w tym konkretnym przypadku nie przydałaby się jeszcze jedna zmiana: w bramce. Nie dlatego, żebym obwiniał Diego Lopeza o wielką winę przy którąkolwiek z czterech bramek. Ale dlatego, że w takim momencie jak nigdy przypadałby się charyzma i doświadczenie kapitana Realu, mistrzów świata i Europy. Kto jak nie od stworzony jest by pomóc całej drużynie w najważniejszym meczu Realu w ostatnich dziesięciu latach (że przypomnę słowa Mourinho). Niestety sytuacja w szatni, stosunki między trenerem i piłkarzem (i jego kobietą), to że nie Ikerowi Casillasowi nie dano wrócić wcześniej, że właściwie nie wiadomo w jakiej jest formie, czy już swojej dawnej czy nadal tej z nieudanej jesieni, raczej czyni ten pomysł niemożliwym. W przeciwieństwie do remontady, która jest możliwa. Ale brak tak kluczowej figury w Operacji 3:0 może skazać ją na niepowodzenie.

 

 



czwartek, 25 kwietnia 2013

 

Wiedzieliśmy o Lewandowskim absolutnie wszystko, przestudiowaliśmy go ze wszystkich stron, dokładnie go rozpracowaliśmy, a jednak pozwoliliśmy mu strzelić aż trzy gole (tego z karnego nie liczę) - stwierdził na gorąco tuż po meczu Jose Mourinho. Media niemieckie, hiszpańskie, oczywiście polskie i wszystkie światowe pełne są pochwał dla Roberta. Cztery gole w półfinale czy finale Pucharu Europy zdobył tylko legendarny Ferenc Puskas w 1960 roku, nikt dotąd nie ustrzelił przeciwko Realowi Madryt w europejskich pucharach nawet hat-tricka, a co dopiero quat-trika, nigdy żadna drużyna Mourinho nie dała sobie wbić w Lidze Mistrzów aż czterech bramek. Ale to właśnie słowa The Special One powinny być dla Polaka największą nagrodą i wyróżnieniem. Bo dotąd słowa wiedzieliśmy o nim wszystko, ale co z tego, jest nie do powstrzymania zarezerwowane były po meczach tylko dla piłkarzy klasy Leo Messiego czy Cristiano Ronaldo, a i im nigdy nie udało się dokonać tego w meczu o taką stawkę. A tu jeszcze wypowiedział je jeden z najlepszych trenerów świata, najgenialniejszych taktyków, który wielokrotnie potrafił znaleźć sposób i na Messiego i na Ronaldo (w czasach Chelsea czy Interu) i na każdego kogo chciał. Może się okazać, że to właśnie Robert zniweczy największe marzenie Mourinho o trzecim triumfie w Lidze Mistrzów z trzecią kolejną drużyną po Porto i Interze i sprawi, że jego madrycka misja zakończy się klęską (mimo odebrania Barcelonie mistrzostwa w ubiegłym sezonie). I odsunie w czasie marzenie Królewskich o Decimie, czyli dziesiątym Pucharze Europy. Na dziś wszystko wskazuje na to, że zamiast El Clasico w finale Ligi Mistrzów odbędzie się DER KLASSIKER, a Niemcy w końcu dokonają udanej inwazji na Londyn (okazuje się, że najważniejsze jest  po której stronie walczą Polacy).

Wyczyn Lewandowskiego, choć półfinałowy, można położyć chyba na tej samej półce co wywalczony karny przez Zbigniewa Bońka w finale Pucharu Europy na Heysel, który dał gola i zwycięstwo Juventusowi z Liverpoolem czy pamiętny Dudek Dance w bramce stadionu w Stambule w zwycięskim finale z Milanem w 2005 roku. Boniek najwyraźniej musiał pomyśleć podobnie, skoro na Twitterze symbolicznie przekazał Lewemu swój boiskowy przydomek Bello di Notte (piękność nocy).


Jeszcze bardziej niesamowite jest to, że nie był to jednorazowy wybryk, nagły błysk geniuszu, który równie gwałtownie zgaśnie, coś jak pięć goli Olega Saleniki na mundialu w USA w 1994 czy cztery Dado Pršo dla AS Monaco w wygranym 8:3 meczu Ligi Mistrzów z Deportivo La Coruña. Ani też efekt jednorazowej niemocy rywala, zdziesiątkowanego plagą kontuzji, pozbawionego gwiazd. Lewy ogrywał najlepszych obrońców świata, Pepe i Rafaela Varane’a, który dopiero co zasłużenie zyskał status objaniwnia. I robi to drugi sezon z zabójczą regularnością, tylko tym razem także i w Champions League. W 43 meczach w tym sezonie miał udział przy aż 45 golach! (35 strzelił, 10 razy asystował).

Do tego jeszcze dokonał tego w najtrudniejszym dla Borussii okresie, gdy wybuchła afera z ujawnieniem kontraktu ukochanego wychowanka Mario Goetze. Trener Juergen Klopp stawał na głowie, żeby zażegnać kryzys, apelując przed meczem do kibiców o doping i wsparcie, prosząc, by ci, którzy nie są w stanie powstrzymać żalu i złości raczej oddali bilet, jeśli mieliby dawać odczuć Mario co czują po jego decyzji. Znając sytuację i wiedząc jak wielki postęp zrobił Real od jesiennych meczów grupowych, nikt nie miałby do piłkarzy Borussii najmniejszych pretensji, gdyby nie sprostali prącemu po mityczną Decimę rywalowi. Najwyraźniej jednak Goetze aż tak bardzo nie przejął się całą sprawą (mimo, że w szkole zaatakowano z jego powodu młodszego brata, a przed Westfalenstadion podarto kilka koszulek), grał o wiele bardziej skoncentrowany niż np. Mats Hummels. Za to Lewandowski za każdym razem wykazywał się w polu karnym i wielkim sprytem i niezwykle chłodnym umysłem. Zero emocji okazał także po spotkaniu w wywiadzie z Segiuszem Ryczelem (kto z nas nie ryczał tego wieczoru razem z nim, ręka do góry, oprócz zdeklarowanych kibiców Realu?). Przez twarz ledwo przemknął mu uśmiech, pełna koncentracja na rewanżu za tydzień.

Wielu polskich kibiców od dawna irytowały kolejne spekulacje do jakiego klubu odejdzie Lewandowski, Bayern, Manchester United, City, Chelsea, Real, a dlaczego nie Barcelona. Dziś chyba nikt nie ma wątpliwości, że powinien chcieć go każdy klub, właśnie z dlaczego nie Barceloną na czele. Jeśli prawdą są stare przecieki i najnowszy, jaki dał agent Juppa Heynckesa, Lewy podobnie jak Goetze już dogadał się z Bayernem. Jeśli tak, patrząc na historię z Goetze, Bild ogłosi ten transfer tuż przed finałem Bayern - Borussia na Wembley, zwłaszcza, że Polak już ustrzelił hat-tricka przeciwko Bawarczykom w jednym finale. Jednak po środowym wieczorze kibice Borussii chyba mu wszystko. Zwłaszcza, że nie ma dziś chyba piłkarza, który nie chciałby wziąć udziału w projekcie Bayern. Tylko nie każdy sobie zasłużył. Bo jeśli Lewandowski może stać się jeszcze lepszym piłkarzem to po Oxfordzie z Kloppe, dzięki Harvardowi z Pepem Guardiolą. Klopp pewnie też mu wybaczy, żartował przecież tłumacząc decyzję Goetze, że nie ma 15 centymetrów mniej i nie mówi po hiszpańsku. W środę wieczór do historii przeszła cała Borussia Dortmund, a z nią także jej trener, drugi największy wygrany tego wieczoru po Lewandowskim.



czwartek, 11 kwietnia 2013

Barcelona, Bayern Monachium, Borussia Dortmund, Real Madryt (kolejność alfabetyczna). Jakie pary nie połączy ze sobą los podczas piątkowego losowania półfinałów Ligi Mistrzów, będzie ciekawie. Właściwie w każdej konfiguracji, bo nikt chyba nie ma wątpliwości, że w czwórce znalazły się rzeczywiście najlepsze w tym momencie drużyny Kontynentu. Owszem brakuje mi zespołów angielskich, być może Manchester United, City czy Chelsea w obecnej formie potrafiłyby nawiązać równą walkę z każdym z półfinalistów, ale swą wcześniejszą postawą zdecydowanie nie zasłużyły na półfinałowy splendor. W przeciwieństwie do poprzednich sezonów nie mam poczucia, że w półfinale znalazła się jakaś przypadkowa drużyna, zawdzięczająca to łaskawemu losowaniu, splotowi szczęśliwych okoliczności, nagłej, niewyjaśnionej niemocy silniejszego rywala - jak Schalke 04 w 2011, Olympique Lyon w 2010. Nawet jeśli za najsłabszego półfinalistę uznamy Borussię Dortmund (bo znalazła się w tym gronie nie szósty raz z rzędu jak Barcelona, ale pierwszy od 15 lat, a tabeli Bundesligi do Bayernu Monchium dzieli ją przepaść) to i tak jej droga do półfinału budzi szacunek: wygranie grupy śmierci z Realem Madryt, Manchesterem City i Ajaksem, odprawienie objawienia rundy grupowej, czyli Szachtara Donieck, pogromcy obrońcy trofeum, wreszcie dramatyczny dwumecz z Malagą, która okazała się dużo silniejsza i lepiej ułożona niż się wszyscy spodziewali.

Barcelona uzyskała wynik jaki chciała najmniejszym nakładem sił, choć brak wygranej z nuworyszami z PSG nawet na Camp Nou jest lekkim rozczarowaniem, podobnie jak dawno nie widziana skala Messidependienci, czyli uzależnienia od obecności Leo na boisku. Real co prawda przegrał z Galatasaray w Stambule, ale nawet pamiętając o obsesji wygrywania Mourinho (podkreśla to każdy jego były piłkarz i współpracownik, ostatnio mówili o tym Didier Drogba i Wesley Sneijder) trzeba brać pod uwagę, że przystępował do rewanżu będąc już pewnym awansu (dlatego bowiem Sergio Ramos i Xabi Alonso mogli sobie pozwolić na wykartkowanie). Demonstrację siły niczym Kim Dzong Un wysłał w świat tylko Bayern, nie dając w obu meczach najmniejszych szans silnemu przecież Juventusowi Turyn, przy czym nowoczesnego arsenału Bawarczyków bałbym się bardziej niż przestarzałych rakiet Koreańczyków z Północy.

Będzie więc bardzo ciekawie. Ja najchętniej chyba obejrzałbym w półfinale ponowne starcie Borussii z Realem Madryt, bo rywalizacja w grupie nijak ma się do walki o finał, jakże istotny dla Jose Mourinho i Realu Madryt, śniących o decimie, mających w pamięci gorycz porażki w półfinale w ubiegłym roku (pamiętne obrazki Mourinho klęczącego podczas rzutów karnych). Juergen Klopp już dwukrotnie przechytrzył Mourinho, w dwumeczu w grupie zgarnął cztery punkty, wymyślił sposób na powstrzymanie Xabiego Alonso (zaskakujący plaster w postaci Mario Goetze) i Cristiano Ronaldo, który tłamszony przez Łukasza Piszczka w Dortmundzie, w drugiej połowie zmuszony był przenieść się na środek. Ale Borussia grająca tak nieskutecznie i popełniająca tyle błędów w defensywie co w dwumeczu z Malagą zostanie zmieciona przez Real z powierzchni ziemi.


Co ciekawe w ankiecie którejś z hiszpańskich gazet, która mignęła mi w Internecie najwięcej kibiców Realu chciałoby trafić w półfinale na... Barcelonę, a dopiero w drugiej kolejności na Borussię (znalazło się też 26 % szaleńców, którzy najbardziej chcielibyBayern). I nie dziwię się im w kontekście ostatnich El Clasico, choć granych bez Tito Vilanowy).

Na koniec, ponieważ jestem zwolennikiem teorii spiskowych (kolekcjonowania, nie wyznawania), wyznam, że w najmniejszym stopniu nie zdziwię się jeśli los rękami Gianniego Infantino połączy ze sobą dwie hiszpańskie i dwie niemieckie drużyny. Jeśli jest ziarno prawdy w słowach Joaquina, który wściekły po porażce z Borussią rzucił: podejrzewam Platniego, ktoś nas nie chciał w Lidze Mistrzów. Z nami łatwiej niż z Realem i UEFA wszystkim manipuluje: sędziami, wynikami i kulkami przy losowaniu, to na zdrowy rozum dwa El Clasico w półfinale z miliardową oglądalnością są jej bardziej na rękę niż tylko jedno w finale (bez gwarancji że się odbędzie, bo przecież Bayern może po drodze wyeliminować którąkolwiek z hiszpańskich drużyn), który i tak bez względu na skład obejrzą setki milionów widzów. Dlatego kulki już pewnie mrożą się uefowskiej lodówce ;-)

 

 



środa, 10 kwietnia 2013

Choć to był tylko ćwierćfinał Ligi Mistrzów, przejdzie do historii jak finał w 1999 roku w Barcelonie. Dzięki niesamowicie dramatycznej końcówce, epickiej walce Borussii Dortmund do końca i rozstrzygających bramkach w doliczonym czasie gry, co było piękne. Prawdziwy cud w Dortmundzie! Wielka szkoda, że swój udział w cudzie miały także makabryczne błędy arbitra Craiga Thomsona i jego pomocników, którzy w meczu o taką stawkę nie zauważyli dwóch ewidentnych spalonych, przy golu na 3:2 aż czterech piłkarzy (jak widać na zdjęciu!) i później gdy Julian Schieber podawał do Felipe Santany stojącego za bramkarzem. Pal diabli, że nie dostrzegli w ferworze walki, ale że nikt im nie szepnął na słuchawki jak było, żeby podjęli właściwą decyzję.

Przez indolencję arbitra, jego zabramowych pomocników i asystentów na linii (zwłaszcza przy ostatnim jeden z asystentów musiał widzieć tłum spalonych) właściciel Malagi szejk Abdullah bin Nasser Al-Thani plecie w emocjach bzdury o rasizmie, a bohaterski trener Manuel Pellegrini, który na mecz przyleciał prosto z pogrzebu ojca i genialnie ustawił drużynę, narzeka, że nie mogliśmy awansować, albo ktoś tego nie chciał. Ukarana drużyna po prostu nie może grać w półfinale Ligi Mistrzów! Zapominając, że jego Eliseu również zdobył gola na 2:1 ze spalonego. Zgadzam się, że arbiter powinien był wyrzucić z boiska Marcela Schmelzera za jego idiotyczny atak na Jesusa Gameza przy linii bocznej (jeśli nie z czerwoną to drugą żółtą kartką).

Podobnie jak szejk Al-Thani (gratulował swoim piłkarzom na twitterze, ciekawe czy znów zacznie finansować drużynę, zagrożoną wyeliminowaniem z europejskich pucharów na trzy lata?) uważam, że UEFA powinna rozpocząć dochodzenie po tej sędziowskiej kompromitacji. Dopiero co po takim śledztwie zawieszono na trzy mecze w Lidze Mistrzów sędziego Wolfganga Starka. Tylko, że  zawieszanie być może da odrobinę satysfakcji klubom i kibicom, ale w żaden sposób nie poprawi poziomu sędziowania. Mam wręcz wrażenie, że odkąd pojawili się sędziowie zabramkowi jest ono gorsze, bo główny spycha na nich część odpowiedzialności i gorzej ustawia się na boisku.

Być może dwa kluczowe błędy znoszą się, wynik jest na zero, nikt nie został okradziony i Borussia zasłużenie awansowała do półfinału, bo grała do końca. Przykre jednak, że nie możemy cieszyć się dramaturgią wielkiego widowiska, bo owe sędziowskie wpadki kładą się na nim cieniem. Jak wychwalać bohatera ostatniej akcji - Santanę, skoro strzelił ze spalonego (sprawiedliwego w ogólnym rozrachunku ale zawsze spalonego). Gdzie mu do bohatera Ole Gunnara Solskjaera z 1999 roku?

Rozumiem więc przesadzoną frustrację Malagi, inaczej odpada się gdy rywale fantastycznie walczą i w końcu łamią nas, wtłaczając decydującego gola, a inaczej gdy ma w tym swój udział sędzia. UEFO, ogarnij się!


Three Minutes przez reachpromise

 

 

wtorek, 12 marca 2013

 

Czy dziś na Camp Nou piłkarze Barcelony będą mieli takie powody do radości jak na obrazku powyżej? Futbol jest na tyle nieprzewidywalny, że nie da się tego definitywnie i automatycznie wykluczyć. Mimo, że tak wiele przemawia przeciwko gospodarzom: przede wszystkim forma w ostatnich meczach. I forma rywali - Milan w tym roku nie przegrał żadnego z 10 meczów. I historia, bowiem nigdy w historii Champions League jeszcze się nie zdarzyło, by zespół, który przegrał w pierwszym spotkaniu 0:2 na wyjeździe, awansował dalej. Zdarzyło się za to by drużyna odrobiła jeszcze wyższe straty i to właśnie z AC Milan, wówczas dużo, dużo silniejszym niż obecny. W 2004 roku Deportivo La Coruna uległo San Siro ulegli 1:4, by w rewanżu rozgromić rywali aż 4:0! Czy to szczęśliwy omen dla Katalończyków, że w ostatni weekend właśnie z Deportivo wygrała 2:0 w ostatniej kolejce ligowej? Jeśli Barca chce awansować na pewno nie może kierować się omenami ani historią.

Musi zapomnieć, że w ostatnich latach potrafiła rozgromić na Camp Nou Bayern Monachium 4:0, Arsenal 4:1 czy Bayer Leverkusen 7:1, bo na ławce zasiadał Pep Guardiola. Za Jordiego Roury, asystenta Tito Vilanovę Katalończycy nie są tak skuteczni. Jakąś nadzieje niesie to, że w weekend odpoczywali kluczowi piłkarze z Leo Messim na czele i, że po kontuzji wraca Xavi, Barca powinna więc mieć siły na ewentualną walkę przez 120 minut, jeśli będzie trzeba. I jeśli się uda wcześniej strzelił Milanowi dwa gole. By tak się stało, Katalończycy nie mogą stracić gola - w meczu z Deportivo nie stracili po raz pierwszy od 13 spotkań - i musi liczyć, że Milan nie będzie w stanie drugi raz zagrać równie perfekcyjnie i konsekwentnie w defensywie co na San Siro.

Mój redakcyjny kolega Rafał Stec przestrzega Barcę, że Milan to drużyna stworzona do wielkich celów. Ma w DNA przygotowanie by błyszczeć w ważnych międzynarodowych meczach jak ten. W XXI wieku zdobyła dwa Puchary Europy, przegrała jeden finał i kilka razy była w półfinale, a w tym czasie zdobyła tylko dwa mistrzostwa Włoch. Potrafi wycisnąć z siebie więcej, gdy patrzy cała Europa - mówi.

Jak będzie dowiemy się już wkrótce, tymczasem szybki konkurs, w którym do wygrania piękny album ‘Barca. Emocje’ z prologiem Xaviego, wydany właśnie przez wydawnictwo Sine Qua Non. Czy dla jakiegoś kibica stanie się pocieszeniem po dotkliwej porażce z Milanem i odpadnięciu z Ligi Mistrzów już w ćwierćfinale, co definitywnie odedrze z Barcy miano najlepszej drużyny świata? Czy przedstawione w niej emocje nie będą tylko wspomnieniem ale przygrywką do kolejnych czekających nas w ćwierćfinale, półfinale, finale...

Żeby ją wygrać, trzeba napisać w komentarzach... co się wydarzy dziś wieczór na Camp Nou. Wynik, ale i przebieg meczu. Np: pierwsza połowa bez bramek, Barca wyprowadza szaleńcze ataki, wali głową w mur, Milan mądrze się broni, w drugiej połowie tiki-taka wreszcie przynosi efekty, osłabiony naporem Milan popełnia dwa błędy, które w ciągu pięciu minut dwa razy wykorzystuje Messi. 2:0, dogrywka. Pod koniec pierwszej połowy Abbiati fauluje w polu karnym Alexisa, karnego wykorzystuje Messi... Albo: Barca atakuje, ale pod koniec pierwszej połowy po szybkiej kontrze El Shaarawy zdobywa gola dla Milanu, z Barcelony uchodzi powietrze, w 74. minucie wyrównuje po strzale Alvesa, ale na nic więcej rywale nie pozwalają...

Coś w tym stylu. Do roboty, bo czasu bardzo mało. Deadline mija wraz z pierwszym gwizdkiem;)



 
1 , 2 , 3 , 4
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie