Mundial 2010

poniedziałek, 12 lipca 2010

To prawda, że pod względem organizacji, zapewnienia uczestnikom bezpieczeństwa (ograbieni nie tylko dziennikarze ale i ekipy biorące udział w turnieju, a nie mamy żadnych danych na temat kibiców) ten mundial wyraźnie szwankował. Także pod piłkarskim stał na dużo niższym poziomie niż większość wcześniejszych mundiali czy którekolwiek mistrzostwa Europy (wymownym zwieńczeniem tej mizerii był jeden z najbrzydszych, a już na pewno najbardziej brutalny finał jaki widziałem). A jednak z jednej roli wywiązał się doskonale: dostarczył legend, do których będziemy odwoływać się przez lata, kłócić się o ich interpretację, opowiadać tym, którzy nie widzieli, wspominać, dziwić się, wyrzekać. Pod tym względem z mundialem w RPA równać się może mało który!

niedziela, 11 lipca 2010

Jeśli są tacy, którzy jeszcze żałują, że nie oglądają na żywo tego żenującego widowiska na Soccer City, tej kopaniny rodem z Bundesligi z lat 80. Tych ciosów kung fu na czerwone kartki (de Jong), ostrych wjazdu na skrzywdzenie rywala Sneijdera, Puyola, van Persiego, van Bommela etc Kto myśli sobie, że cetnie pozżymałby się na żywo na Howrda Webba, który pośpieszył się z żółtymi kartkami i teraz drży, że czerwonymi zepsuje finał, temu dedykuję vloga z drogi jaką przebyłem na trybunę stadionu, żeby móc na własne oczy oglądać ten koszmar.

Odliczam czas do ostatniego, najważniejszego i oby najbardziej pasjonującego meczu mundialu. Ostatniego marszu na koronę stadionu Soccer City (każdy mecz oglądam tu z wysokości 10 pietra, niestety). Ostatniego, świdrującego ataku wuwuzeli na nasze uszy, ostatniego rytmicznego „Waka Waka” w przerwie. Ostatniego zanurzenia w rwącej rzece rozradowanych kibiców (pewnie raczej żołto-czerwonej niż pomarańczowej…), płynącej ze stadionu w centrum Johannesburga, gdzie da się w miarę spokojnie świętować. Ostatniego boju o wejście do mixied-zony, żeby stanąć twarzą w twarz z bohaterami meczu, zwłaszcza, że dziś będą to najwięksi wygrani i przegrani. A potem, w drodze na parking ostatniego rzutu oka na rozpaloną na czerwono bryłę stadionu, na którym tyle się wydarzyło…

sobota, 10 lipca 2010

Choć przed nami jeszcze i mecz o 3. miejsce i finał, już dziś jestem w stanie wymienić moją 11 Mundialu. Z braku miejsca i czasu wstrzymam się póki co z pozostałymi pozycjami. Dziś z całą pewnością mogę napisać, że bramkarzem turnieju jest dla mnie Iker Casillas i nie ma nawet konkurentów. Na turnieju, w którym tylu innych golkiperów padło ofiarą Jabulani, wysokości, na której rozgrywano mecze, zimnem etc on jeden był Skałą. I innym zdarzało się ratować drużynę, ale Ikerowi za każdym razem. I nie mogę sobie przypomnieć choćby drobnego błędu. Należy mu się ode mnie ten hymn na część także z powodu przedmundialowej deklaracji, że gdybym to ja był trenerem Hiszpanii, mojej bramki na mundialu broniłby Victor Valdes w nagrodę za miniony sezon

środa, 07 lipca 2010

18.40 Postanowiłem poblogować na żywo z meczu, który dla mnie jest małym finałem mistrzostw świata. Mecz w Johannesburgu na Soccer City ktokolwiek będzie rywalem Holandii, już tak ekscytujący nie będzie. Tzn. dreszczyk będzie wzbudzał z racji stawki, ale wiemy dobrze jakie są wszystkie finały, jak historyczna stawka potrafi spętać piłkarzom nogi. Zwłaszcza jeśli zmierzą się w nim dwie drużyny, które jeszcze Pucharu Świata nie zdobyły. Za to dziś w Durbanie zmierzą się dwie drużyny grające na mundialu najpiękniej, najszybciej, lubujące się w ofensywie, graniu piłką, nie polujące na kości rywali, nie stłamszające rywali siłą fizyczną. Jeśli obie pozostaną wierne swojej filozofii, a przecież Hiszpanie inaczej grać nie umie, a Niemcy przynajmniej tu na mundialu ani razu nie chcieli, nawet z Argentyną czy Anglią, powinniśmy dostać najpiękniejsze widowisko od lat!

20.31 Zaczęli! Na hymnach deja vu z Wiednia sprzed dwóch lat, ale przecież to inne zespoły, nawet Hiszpania. A teraz nawet wuwuzele tak nie dokuczają jak zazwyczaj. Kibice kontemplują...
sobota, 03 lipca 2010

Straszny to był widok – schodzący we łzach z boiska po 0:4 z Niemcami Leo Messiego i Maxi Rodrigueza, wściekły, niemal zionący ogniem Carlos Tevez, odurzony, nierozumiejący co się stało Gonzalo Higuain. Podchodzący do nich wszystkich po kolei, łapiący za szyję, całujący w czoło, wyraźnie załamany Diego Maradona. Na najlepszy opis tej sytuacji naprowadził mnie Zbigniew Hołdys, z którym wymienialiśmy się uwagami na twitterze. „Wiesz, Argentyna to jest bajeczna banda, co napada w sześciu na sejf, ale bez planu banku i żadnego na czatach” - napisał. Dokładnie tak! To miał być wielki skok na Puchar Świata! Przecież chłopaków skrzyknął na niego autor największego skoku stulecia, idol każdego z argentyńskiego „złodziei”, na którego „napadach” wychowywali się, odwzorowywali poszczególne elementy „skoków” na podwórkach, szkolnych boiskach, pierwszych klubach. Komu mieli zaufać, jak nie jemu? A on…

Kiedy w ostatnich sekundach dogrywki Luis Suarez wybił ręką piłkę z pustej bramki i sędzia podyktował karego dla Ghany, piłkarze „Czarnych gwiazd” cieszyli na murawie w dzikim tańcu jakby mecz już był wygrany, a ich kibice, obok których siedziałem w szale radości zrywali z siebie ubranie, wymachiwali flagami, dęli w wuwuzele. Krzyczano i śpiewano o pierwszej afrykańskiej drużynie w półfinale mistrzostw świata. Wtedy moją uwagę przykuła dziewczyna, siedząca ode mnie na wyciągnięcie ręki po drugiej stronie barierki (siedziałem na granicy sektorów dziennikarskiego i kibicowskiego). Skulona, bez uśmiechu, smutnym wzrokiem patrzyła na murawę, gdy nad jej głową przelewała się radosna ciżba…

czwartek, 01 lipca 2010

Słońce zachodziło już nad Joe Slovo Drive, ale było jeszcze jasno. Przesuwaliśmy w korku bardzo powoli. Do biura prasowego na stadionie Ellis Park został może kilometr. Ja prowadziłem naszego yarisa, Rafał na tylnim siedzeniu kończył wklepywać w laptopa tekst o Ghanie na wczesny deadline. Widziałem tych dwóch bardzo dobrze. Porządnie ubrani, w koszulkach polo i kurtkach, stali przy samym krawężniku i śmiali się. Myślałem, że z nas, kierowców tkwiących w tym korku. Ludzie tu śmieją się z przeróżnych rzeczy, które nas akurat nie śmieszą, np. w biurze prasowym w Pretorii pani woluntariuszka pękała ze śmiechu, że nie ma prądu i nie możemy podłączyć sprzętu. Minąłem ich i potoczyliśmy się dalej. Nagle usłyszałem brzęk tłuczonej szyby i wrzaski…

wtorek, 29 czerwca 2010

Oto mój autorska teoria spiskowa, posłuchajcie. Wpadłem na nią oglądając na stadionie w Pretorii drugi najgorszy mecz jaki widziałem na żywo na mundialach – Paragwaj - Japonia. Tym pierwszym był również trwający na nieszczęście 120 minut pojedynek Ukraina – Szwajcaria cztery lata temu na MŚ w Niemczech, na którym z żalu, że go muszę oglądać i jeszcze napisać z niego relację, wyłem do księżyca. Co łączy oba spotkania? To, że w obu meczach grały drużyny, które albo debiutowały, albo nigdy wcześniej nie zaszły do ćwierćfinału, co być może tak pętało im nogi. Wymęczona Ukraina w następnej rundzie trafiła na Włochy, z którymi gładko przegrała 0:3. Za to wypoczęci spokojnym zwycięstwem Włosi spokojnie pokonali w następnej rundzie Niemców, by po pamiętnym finale zostać mistrzami świata...

 
1 , 2 , 3 , 4
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie