Z Archiwum K(orespondenta)

środa, 24 lipca 2013

Z okazji rychłego przyjazdu do Polski drużyny Molde na bój o Ligę Mistrzów z Legią Warszawa w blogowym cyklu Z Archiwum K(orespondenta) opowieść o szoku jakiego w kontakcie z Polską musiał doznać pewnego razu trener Norwegów, Ole Gunnar Solskjaer. I nie chodzi mi o miejską legendę jakoby w tunelu w Oslo przed wyjściem na mecz Norwegia - Polska Tomasz Hajto przyrżnął Solskjaerowi otwartą dłonią w plery, a gdy ten odwrócił się zaskoczony i zbolały, Hajto wskazując kciukami na własne plecy i powiedział mu: My name is Gianni. Uważaj, będę cię dzisiaj pilnował… Zweryfikowałem tą historię u źródła i Tomek wyparł się by takie zdarzenie miało miejsce.

Chodzi o wydarzenia późniejsze, kiedy Norwegowie, nie mający już zresztą szans na awans na mundial w Japonii/Korei przyjechali do Chorzowa na rewanż. 1 września 2001 pojechałem na lotnisko w Pyrzowicach, by już tam złapać kontakt z Mordercą o twarzy dziecka (ale łagodnym sercu i charakterze) i umówić się z nim na wywiad w hotelu. Rozmawialiśmy już kiedyś na Old Trafford, ale oczywiście nie łudziłem się, że to pamięta. Gdy drzwi się otworzyły i gwiazdor Manchesteru United ruszył w kierunku autobusu, ruszyłem i ja. Fanów było niewielu, dziennikarzy też nie za dużo. Niestety drogę przesłonił mi operator Czołowej Stacji TV, a jej Lokalny Gwiazdor przystąpił do zadawania pytań.

- Herr Solskjaer, was denken Sie ueber polnische Mancschaft?

- I’m sorry but I don’t speak german. English please... - odparł uprzejmie Norweg.

- Und welche polnische Spieler kann besonders gefahrlich sein? - kontynuował niezrażony Dziennikarz, czytając z kartki.

- Man, I told you, I don’t understand. I simply don’t speak german... - Solskjaer bezradnie rozłożył ręce.

- Glauben Sie also, dass die norwegische Manschaft hier in Polen gewinnen kann? - nie odpuszczał Dziennikarz. W ogóle nie słuchał co mu mówi Solskjaer. Zdarza się. Sam tak miewałem, że gdy bardzo koncentrowałem się na następnym pytaniu, kompletnie nie słuchałem odpowiedzi i dopiero później na dyktafonie dowiadywałem się jaka właściwie była odpowiedź. Kiedyś zapytałem Petera Schmeichela czy bramkarz musi być szalony, na co on odpowiedział mi pytaniem: a kto ci tak powiedział? Ale nie załapałem i jak idiota zadałem jakieś kolejne...

Solskjaer miał już jednak dosyć. Westchnął: - All right, this interview is really hopeless... i stanowczo popchnął wózek do autokaru, zostawiając za sobą dziennikarza, który uparcie jeszcze próbował dowiedzieć się Was denken Sie... Meinen Sie, dass...

Gdy w końcu zniknął w drzwiach autokaru, Dziennikarz odwrócił się do mnie ze słowami: - Patrz jaki k... gwiazdorek pi...ny. Nie pogada z polskim dziennikarzem, ch... j.... Sodówa już mu się do reszty rzuciła na mózg w tym Manchesterze. Co k...owi szkodziło powiedzieć dwa słowa? Specjalnie tu jechałem...

Ale to był dopiero początek zdziwień Solskjaera. Reprezentacja Norwegii jak każda skandynawska drużyna wyznaczyła w hotelu godzinę dla mediów, w trakcie której dostępni byli wszyscy piłkarze, co do jednego. Ustawiliśmy się w kolejce z Rafałem Nahornym, który wówczas reprezentował jeszcze Przegląd Sportowy. Jak zwykle w takich przypadkach priorytet miały telewizje. Tym razem do przeprowadzenia wywiadu z Solskjaerem delegowany został nieznany mi, młody chłopak, ale za to mówiący perfect po angielsku.

- Ole, kiedy wrócisz z meczu Polska - Norwegia do Manchesteru będziesz miał nowego kolegę... - zagaił płynie i radośnie.

- O tak, nie możemy się już wszyscy doczekać. Laurent Blanc to wspaniały obrońca, mistrz świata i Europy. Ma swoje lata, ale liczymy, że dzięki swemu doświadczeniu doskonale zorganizuje obronę, poza tym świetnie się rozumie z Fabienem Barthezem... - odparł, bo rzeczywiście transfer Francuza był już przesądzony.

- Znaliście się z boiska? Grałeś już wcześniej przeciwko Dudkowi?

- Wait, Dudkowi? Chyba coś pomyliłeś. Z tego co słyszałem Dudek przechodzi do Liverpoolu. Ja gram w Manchesterze United. To jednak dwa różne kluby - mrugnął okiem.

- Dudek będzie dla was dużym wzmocnieniem?

- Nie, nie będzie, bo nie będzie u nas grał. Powtarzam ci, on przechodzi do Liverpoolu...

- A czy znasz może jakieś polskie słowa, żeby go powitać w szatni?

- Kogo, Dudka? Człowieku, zlituj się!

- Nie martw się, ja cię nauczę! Repete please: „cześć”, „dzień dobry”, „jak się masz!”

- No nie, sorry, ale polskiego nie będę się uczył. Błagam kończmy ten wywiad, ostatnie pytanie...

Kiedy usiedliśmy z Rafałem naprzeciwko niego spojrzał na nas z przerażeniem, co też przygotowali dla niego kolejni polscy dziennikarze. My mieliśmy jednak w miarę normalne pytania piłkarskie. Odszukałem ten wywiad i oto co Solskjaer mówił nam o Emmanuelu Olisadebe:

To jeden z tych napastników, przeciwko którym nikt nie lubi grać, za to każdy chciałby go mieć w swoim składzie. Niezwykle szybki i świetnie wykańczający akcje. Strzelił nam w Olso dwa gole, ale dziś wiemy już o nim tyle, że nie pozwolimy mu na taki wyczyn.

Poradziłby sobie w Premier League?

- To znakomity napastnik. Poradziłby sobie w każdej lidze - angielskiej, włoskiej, hiszpańskiej, niemieckiej...

Może coś Pan szepnie o nim Aleksowi Fergusonowi?

- Eee, nie. Manchester United i tak ma już za dużo napastników, w dodatku to ja najwięcej siedzę na ławce...

Przyjrzyjcie dobrze twarzy Solskjaera na wtorkowej konferencji na stadionie Legii, czy przed pierwszym pytaniem z sali nie dojrzycie strachu w jego oczach... ;)

środa, 05 czerwca 2013

Właśnie wróciłem z Krakowa z oficjalnego pożegnania Jerzego Dudka z reprezentacją Polski. Rozbawił mnie greps na weszlo.com w relacji z tego wydarzenia, że zjednoczone siły PZPN i Polskiego Związku Golfowego, czyli Dudka właśnie uporały się z Liechtensteinem, znacznie bardziej niż pełne złośliwości tweety i komentarze, że jego udział w tym meczu to hucpa, skandal, idiotyzm etc. Hucpą był raczej sam sparing z rywalem klasy Liechtensteinu, do tego składem, który nie będzie miał wiele wspólnego z tym, który powalczy z Mołdawią o pozostanie w grze o mundial w Brazylii. Na bramce mógł stanąć ktokolwiek, nie widzę przeciwwskazań, że był to zasłużony dla polskiego futbolu zawodnik, który dociągnął sobie dzięki temu to 60. występu, zyskując status Wybitnego Reprezentanta. Nawet jeśli przez ostatnie dwa lata futbolem zajmował się amatorsko, a profesjonalnie golfem (Wojtek Szczęsny żartował podczas zgrupowania w Warce, że nie ma tu z nimi Dudka, bo powołanie zostało wysłane na 17. dołek na polu golfowym w podwarszawskim Rajszewie, do którego Jurek jeszcze nie dotarł). Żartować sobie można, myślę, że sam Jurek też do sprawy podchodził ze sporym dystansem. Natomiast obrażać go, wyzywać, wyśmiewać po prostu nie wypada.

Dla mnie był i pozostanie jednym z najwybitniejszych polskich piłkarzy bez względu na ilość występów w kadrze. Niejednokrotnie dzięki niemu czułem dumę kibica-Polaka, w czasach kiedy wizja trzech Polaków w finale Ligi Mistrzów była science-fiction, a Robert Lewandowski chwilowo lepszy był w biegach przełajowych (naprawdę je trenował) niż w piłkę. Nie jestem jednak obiektywny w ocenie ponieważ dzięki karierze Dudka sam przeżyłem kilka naprawdę fajnych dziennikarskich przygód. Na przykład przed meczem Polska - Finlandia odbieram telefon i słyszę: cześć, tu Sami Hyypia, podobno chcesz zrobić ze mną wywiad...

Po pierwsze byłem w Liverpoolu podczas ogłoszenia jego transferu z Feyenoordu i prezentacji w nowym klubie. Z Rafałem Nahornym z Przeglądu Sportowego byliśmy tam jedynymi dziennikarzami z Polski. Mało tego, tłumaczyłem jego pierwsze słowa w Liverpoolu dla angielskich dziennikarzy - Jurek nie czuł się wtedy wystarczająco mocny językowo, nie chciał czymś się wygłupić na dzień dobry. Ja się bać nie musiałem i niestety z wrażenia przydarzyła mi się wpadka: pokręciłem pojęcia agenta i menedżera. W Polsce często nazywamy np. Czarka Kucharskiego menedżerem Lewandowskiego, w Anglii agent to agent, a manager to trener. Gdy Jurek cytował swego agenta - Jana de Zeeuwa - ja tłumaczyłem my manager told me... co stworzyło wrażenie, że to Gerard Houllier udzielał Dudkowi jakichś rad w Feyenoordzie, co sam Houllier zaraz sprostował.

Prezentacja odbyła się w ośrodku Liverpoolu w Melwood, na którą o mało co, a nie zostalibyśmy wpuszczeni. Poprzedził ją zamknięty trening, my z fotografem koniecznie chcieliśmy mieć zdjęcia Dudka w koszulce LFC z treningu bramkarskiego. Ponieważ toczył się on za wysokim murem, Jacek Marczewski wdrapał się na dach zaparkowanej przy ulicy półciężarówki i pstrykał stamtąd. Na co za drugiego końca boiska nadbiegł Houllier i zagroził, że zaraz wezwie policję, a jeśli zdjęcia które już zrobił fotograf gdzieś się ukażą nasze wydawnictwo nigdy nie dostanie akredytacji na mecz Liverpoolu. Angielscy koledzy łapali się za głowy kiedy usłyszeli o naszej próbie, a my poczuliśmy jak barbarzyńcy nie znający reguł panujących w cywilizowanym świecie.

Po prezentacji dla stacji TV odbył się wywiad dla dziennikarzy prasowych. Usiedliśmy z Jurkiem przy stole, naprzeciwko gromada Anglików, oni pytali, on odpowiadał, ja tłumaczyłem. Starałem się robić to z jak największą erudycją i parę razy rozwinąłem się być może nieco za bardzo, bo Jurek, który świetnie wszystko rozumiał dwa razy łapał mnie za kolano, żebym nie przesadzał, zdaje się, że raz jak byliśmy przy nieśmiertelnym pytaniu do każdego nowego piłkarza LFC o Beatlesów...

Byłem też na meczu z Manchesterem United na Anfield Road, w którym Jurek popełnił swój pamiętny wielki błąd, przepuszczając podanie od Jamie Carraghera pod brzuchem i Diego Forlan strzelił zwycięskiego gola. Po ostatnim gwizdku w drodze z trybuny prasowej do biura widziałem mnóstwo kibiców LFC, od dzieci po staruszków, którzy klękając na betonie starali się odtworzyć co właściwie się stało, jak do tego doszło. Z Dudkiem, z którym byliśmy umówieni na rozmowę nie pogadałem ani wtedy ani przez najbliższy miesiąc, bo Houllier nałożył na niego embargo medialne. Akredytowałem się szybko na następny mecz - Pucharu Ligi - z Ipswich, podczas którego trybuny skanowały Dżersi Dudek!, a piłkarze odsłonili koszulki: „Jerzy, You’ll Never Walk Alone”, doceniając fenomenalny poprzedni sezon, w którym pobił rekord czystych kont w Premier League, bo wiedzieli, że teraz Houllier „da mu odpocząć”, stawiając na Chrisa Kirklanda. Sam Houllier wyjaśnił mi w wywiadzie, że wolał wysłać Dudka na ławkę po takim wsparciu, a był pewien, że Polak je dostanie. Niesamowite było przekonać się, że YNWA to nie puste hasło...

Francuski trener oskarżył też Jerzego Engela, że mu zajechał bramkarza podczas mundialu w Korei.Niesamowite było przekonać się, że YNWA to nie puste hasło... Co ciekawe, Houllier przyszedł na wywiad mając w ręku plik kserówek z Gazety Wyborczej z moimi korespondencjami, podkreślonymi na żółto liniami tekstu i karteczkami z tłumaczeniem. Widziałem też podobne strony Przeglądu Sportowego. Pełen profesjonalizm. Na wywiad z Dudkiem się nie zgodził, ale zaproponował kapitana drużyny, Carraghera, który wyraził wsparcie w imieniu całej drużyny dla Jurka. Fajnie było przekonać się na własne oczy jak menedżer tej klasy zarządza kryzysem. Houllier doradził też rozmowę z którąś z klubowych legend. Zostawiłem nr telefonu, na który za jakiś czas zadzwonił... Ian Rush!

Podobnych historii i wzruszeń było więcej. Niestety finału Ligi Mistrzów w Stambule nie oglądałem na miejscu, za to w studio TVP nastrój po dramatycznym odrobieniu strat i dogrywce zrobił się tak podniosły, że Jacek Gmoch zarządził byśmy na czas karnych stanęli objęci jak drużyna (albo do tańczenia Zorby) z Agatą Passent, Włodkiem Szaranowiczem, Jerzym Engelem, Józefem Młynarczykiem i nim, wyobrażacie sobie? Śmiejcie się ale te wspomnienia są bezcenne... Dlatego, choć ten pożegnalny mecz powinien był się odbyć dwa lata temu, cieszę się, że Jurek go dostał i mógł wysłuchać po raz ostatni Mazurka Dąbrowskiego tylu ciepłych słów z trybun od kibiców, mimo marności rywala i gry swoich kolegów, którym jedyną rzeczą jaka dobrze wyszła w pierwszej połowie, był szpaler dla schodzącego ostatni raz z boiska kolegi...

 

środa, 13 czerwca 2012

Ten dzień był niesamowitą huśtawką nastroju. Oto on w obrazkach.

Przed wyjściem w redakcji napisałem na blogu, że trudno mi wzbudzić w sobie nawet urzędowy optymizm przed meczem z Rosją. Nie wierzyłem, że można osiągnąć dobry z tak rozpędzoną Rosją. Na Stadion Narodowy ruszyłem z marszem jej kibiców żeby przyjrzeć mu się z bliska, sprawdzić czy rzeczywiście był prowokacją. Nie zanosiło się na nią. W tłumie było mnóstwo normalnych ludzi, pary, stare, młode, dzieci. Młodzieńcy w czekistowskich czapach, ale schowani gdzieś w głębi tłumu. Nie było widać czerwonych sztandarów, ani komunistycznych symboli. W marszu szli też Polacy. Na czele harmoszka, ludzie śpiewali razcwietali jabłani i gruszy'... 



Obok Muzeum Wojska Polskiego, gdzie Rosjanie formowali pochód, śpiewając pokojowo 'Kalinkę', i skandując sobie "Rasija! Rasija!' zebrała się grupa polskich kibiców skanduje 'Ruska Kurwa', 'Raz sierpem raz młotem, czerwoną hołotę', itp. Janusz Korwin Mikke apelował do nich, żeby raczej skupili się na dopingowaniu Polski, ale bezskutecznie...



Marsz ruszył, Rosjalnie lewym pasem, środkiem wozy policyjne, Polacy prawym. Niestety nie ograniczyli się do antyrosyjskich wyzwisk. Co rusz ktoś wpadał między Rosjan, kradł flagę, czasem uderzał, kopał. Jeszcze przed linią Wisły na Moście Poniatowskim nagle zza pleców policjantów na czele pochodu wyskoczyli zakapturzeni Rosjanie i rzucili się na upatrzonych Polaków. Rozpętało się pandemonium...

Jeden z Polaków najpierw sam wymierza cios, a chwilę później sam padł po ciosie na jezdnię, nieprzytomny...

Dostrzegłem tylko jeden transparent z sierpem młotem...



i kiboli 'na glebie', spacyfikowanych przez policję.

 - A to nasi czy Rosjanie?

(Policjant I): Nasi i Rosjanie

(Policjant II): Kretyni, może tak.



Na szczęście przed samym stadionem Rosjanie trafili na normalnych polskich kibiców (ze Szczecina i Lubina), którzy , którzy skanowali 'Polska, biało-czerwoni', na co Rosjanie odpowiadali: 'My tu prijechali, sztoby pobiedit'...



A później wszedłem na stadion i trafiłem do innego świata. To było nie-by-wałe! Nie pamiętam większego zgiełku na trybunach. Na pewno nie w Polsce. Nie słyszałem własnych myśli... Ciary przechodziły podczas hymnów obu drużyn. Rosyjscy kibice zaprezentowali sektorówkę (chyba zabronioną na Euro 2012) na całą trybunę z podpisem This is Russia. Jak się okazało widniejąca na niej groźna postać z mieczem to Dymitr Pożarski, przywódca powstania ludowego, które wyparło wojska polsko-litewskie z Rosji na początku XVII wieku. Transparent został zgłoszony do UEFA jako ekstremistyczny symbol przez organizację Football Against Racism in Europe.

A potem istne szaleństwo na trybunach po wyrównującym golu Kuby Błaszczykowskiego. Radość nie tylko na trybunie prasowej. Wszędzie!:)

czwartek, 12 kwietnia 2012

To był niesamowite przeżycie obejrzeć na własne oczy jak bohaterem tak prestiżowego, tak ważnego meczu dla mistrzostwa Niemiec zostaje polski piłkarz. Słyszeć na własne uszy tę gigantyczną eksplozję radości po golu Roberta Lewandowskiego i szaleństwo jakie zapanowało na tym wspaniałym stadionie, wyprzedanym do ostatniego siedzonka (80 720 widzów!). Niemieckie media zapowiadały to spotkanie jako pojedynek Lewego z Mario Gomezem, który jest liderem strzelców Bundesligi (25 goli). Ale wszystkie kontakty z piłką reprezentanta Niemiec dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Tymczasem Lewandowski trafiał w słupek, w poprzeczkę bramki Manuela Neuera, a wreszcie - kiedy Gomeza nie było już na boisku - do siatki! To jeden z najważniejszych polskich goli w historii!

Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie nagrać z nim krótkiej rozmowy w mix zonie. Nie zachłystuje się golem, nie twierdzi, że to najważniejszy w karierze, nie przywiązuje wagi do tego, że 20. golem w sezonie Bundesligi wyrównał rekord polskich bramek należący do Jana Furtoka. Dla niego liczą się tylko trzy punkty i kolejny mecz, w sobotę Derbach Zagłębia Ruhry z Schalke 04. Opowiedział też jak padła bramka, czy stojąc tyłem do bramki wiedział gdzie posyła piłkę, czy zdał się na los szczęścia..



Robert może zastrzegać, że Borussia Dortmund nie obroniła jeszcze mistrzostwa Niemiec, ale patrząc na poszarzałą, kamienną twarz legendy Bayernu, Franza Beckenbauera nie miałem wątpliwości, że on już nie wierzy w tytuł. Nie wierzyli już też chyba piłkarze Bayernu, którzy po ostatnim gwizdku nie mogli podnieść się z ziemi, słuchając wszechogarniającej euforii wokół na Signal Iduna Park. Kibice Borussii byli przekonani, że właśnie udało się obronić tytuł. Niesamowite było słyszeć w drodze powrotnej do hotelu, jak grupki fanów przeplatają Wird sind immer noch Deutsch Meister! i Borussia Dortmund, a la, la, la, la, la, la i okrzykami Robert Lewandowski! Ostatni raz taką euforię po występie Polaka widziałem chyba w 2001 roku w Innsbrucku, jak Adam Małysz wygrał swój pierwszy konkurs Turnieju Czterech Skoczni, bijąc rekord Bergisel o metry! Ah, zapomniałem spytać Roberta czy nie wsunął przed meczem bułki z bananem... To był niezapomniany wieczór!

Na deser: You'll Never Walk Alone przed meczem i polska flaga w sektorze ultrasów Borussii. A potem gorąca prezentacja drużny gospodarzy. Pierwszy raz na własne uszy usłyszałem, że jak spiker podaje ' z numerem 16 Jakub...' to kibice rzeczywiście odkrzykują 'Kuba!':). Kuba zresztą dostał owację na stojąco, kiedy schodził w końcówce. Łukasz Piszczek - oklaski po każdym skutecznym powstrzymaniu Francka Ribery, który w końcu zaczął schodzić do środka. Na miejscu każdego z trzech Polaków marzyłbym, żeby zostać w Borussii do końca kariery. Co za stadion, co za atmosfera, co za publiczność!

niedziela, 21 lutego 2010

W styczniu 2001, tuż po Nowym Roku wraz z Robertem Błońskim gnaliśmy całą noc rozklekotanym fordem naszego fotoreportera Kuby Atysa do Innsbrucka na konkurs Turnieju Czterech Skoczni. Adam Małysz wygrał kwalifikacje, „przeskakując” skocznie. Decyzja zapadła o 18. O 20. prawie niespakowani, bez akredytacji mknęliśmy katowicką. Po 14. godzinach jazdy, nim się jeszcze akredytowaliśmy, pod skocznię dotarliśmy już w trakcie konkursu. Trzeba było wbiec pod wysoką górę. Po drodze, w wozie transmisyjnym RTL obejrzeliśmy skok Małysza w pierwszej serii. Drugi, który dał mu pierwsze polskie zwycięstwo w historii TCS już na własne oczy. Małysz zachwycił wszystkich do tego stopnia, że widzieliśmy austriackie dzieci, które odcinały od austriackich flag czerwony kawałek, by zamienić je na polskie. Wybuchła małyszomania!

poniedziałek, 15 lutego 2010

Czasy się zmieniają, kolejne igrzyska olimpijskie zachwycają przepychem, bajecznymi obiektami, a sportowcy biegną, skaczą, jadą wyżej, szybciej, dalej. Technologia idzie naprzód z taką siłą, że jak wam powiem iż z igrzysk w Atlancie wysyłałem korespondencje faksami, to pomyślcie, że to było przed II Wojną Światową. Jedno co się nie zmienia, to uśmiechy na twarzach życzliwych woluntariuszy połączone z ich porażającą niekompetencją. Nigdy ni znają drogi, ani odpowiedzi na wasze pytanie, ale minie 15 minut nim wam o tym powiedzą. Zawsze jest to - jak ich nazwaliśmy z Darkiem Wołowskim podczas igrzysk w Atlancie, armią serdecznych ciap. No i mój ulubiony chaos komunikacyjny. Panuje na każdych igrzyskach, a uderza w każdego dziennikarza (przecież przemieszczać trzeba się non stop), ale i wielu zawodników! Czytam na sport.pl, że autobusy w Vancouver gubią się, nie dowożą na czas, albo dowożą ale nie tam gdzie trzeba. Skąd ja to znam! A choćby właśnie z Atlanty. Poświęciliśmy wtedy z Darkiem chaosowi cały reportaż...

piątek, 12 lutego 2010

Na zimowych igrzyskach olimpijskich byłem tylko raz - w Salt Lake City. Nie zapomnę z niej kilku wzruszeń, choćby tego gdy podczas ceremonii otwarcia na stadion wmaszerował z flagą olimpijską Lech Wałęsa u boku Stevena Spielberga, kosmonauty Johna Glenna i arcybiskupa Desmonda Tutu. Jeszcze większym było zdobycie przez Adama Małysza srebrnego medalu (pewny złoty skradł mu niesamowity wówczas Simon Ammann). Ten las biało-czerwonych flag pod skocznią w Park City. Ale najbardziej niesamowici byli Polonusi, którzy tam wówczas ściągnęli z całej Ameryki. Napisałem wówczas obrazek do Gazety Wyborczej, którego fragmenty chcę powtórzyć, bo w sobotę w Whistler też pewnie znów będzie więcej polskich flag niż kanadyjskich, olimpijskich.

sobota, 16 stycznia 2010

Postanowiłem rozpocząć nowy cykl na Polsporcie, pod tytułem Z Archiwum K(orespondenta), w którym będę opisywał różne, śmieszne, czasem straszne perypetie jakie przydarzyły mi się przez ostatnich 15 lat pracy w Gazecie Wyborczej. Natchnęła mnie notka o spotkaniu z Jose Marią Bakero w 1996 roku, kiedy to rozmowę z gwiazdą Barcelony tłumaczył mi sam Jordi Cruyff. Z okazji Pucharu Narodów Afryki opowiem dziś o niezapomnianym spotkaniu z dwom piłkarzami reprezentacji Nigerii, a właściwie, poniekąd trzema piłkarzami…

czwartek, 12 listopada 2009

Muszę chyba częściej wyjeżdżać, ponieważ ostatnio co tylko gdzieś się wybiorę, w polskim futbolu dochodzi do jakiejś miłej niespodzianki. Jak poleciałem do Madrytu na wywiad z Cristiano Ronaldo, to PZPN wymienił na fotelu selekcjonera repry Stefana Majewskiego na Franza Smudę. Teraz wracam z urodzinowej eskapady do Stambułu, a tu trenerem Polonii Warszawa mój stary znajomy, Jose Maria Bakero! Przypuszczam, że gdybym wybrał się w podróż dookoła świata, po powrocie nie zastałbym dawnego PZPN, ale prężnie działającą organizację, naszpikowaną sprawnymi, młodymi menedżerami w stylu angielskiej Football Association.

 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie