Konkursy

środa, 24 lipca 2013

Z radością informuję, że jury konkursu Akademia Cartoon Network, któremu przewodniczyłem uznało głównym zwycięzcą 13-letniego Patryka Nowickiego z Brzozówki. Z 395 nadesłanych nadesłanych filmików prezentujących umiejętności to jego zyskały nasze największe uznanie i w nagrodę Patryk pojedzie do Londynu na trening z piłkarzem Arsenalu, Łukaszem Podolskim. W międzynarodowym towarzystwie, bo zjadą tam również dzieciaki z Rosji, Rumunii, Bułgarii, Belgii, Holandii, Węgier, Niemiec, Austrii i Szwajcarii wstydu na pewno nam nie przyniesie. Filmik z jego umiejętnościami możecie tutaj Myślę, że należy mu się szacunek choćby z uwagi na nawierzchnię na jakiej trenował.  

Jury przyznało też pięć wyróżnień dla Dawida Olszaka z Lubartowa, Mikołaja Osieckiego z Gostynia, Macieja Wójcika z Krakowa, Oliwiera Frączka z Głogówka i Denisa Dluhę z Oławy. Wszyscy wyróżnieni otrzymają piłkę Adidas z podpisem Poldiego oraz zestawy gadżetów konkursowych.

Gratulacje i do następnego konkursu! :)



Tagi: konkursy
14:48, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (19) »
środa, 03 lipca 2013

Trochę to trwało, ale musieliśmy ustalić zeznania z autorem książki, Markiem Wawrzynowskim. Oto i one. Trzy najlepsze wspomnienia Waszych najlepszych drużyn napisali Tomassino-1 (o Wiśle Kasperczaka, którą wszyscy pamiętamy, szczególnie bolesny tekst w kontekście tego co właśnie wykluwa się na Reymonta), BNowy o Stali Mielec, kolejnym obok Widzewa klubie, który walczył jak równy z Realami Madryt i który niemal zniknął z piłkarskiej mapy Polski oraz Kuba Machowina o Liverpoolu Kenny Dalglisha. Panowie, poproszę adresy na mejla oraz czy dedykację autora chcecie na nick czy na nazwisko;)

Wyróżnienia dla Lenykaa za tekst o nieodległych czasach Milanu Carlo Ancelottiego (jakże mu pójdzie na Santiago Bernabeu?) oraz ectuspolonusa za fajny pomysł z wyróżnieniem świetnych blogerów, choć ja bym ich jednak zupełnie inaczej ustawił na placu (ja na obronie? mnie najbliżej do Davida Luiza, który czasem coś wybije z pustej bramki ale lepiej czuje się z przodu). Dziękuję wszystkim za udział, a już wkrótce kolejny konkurs związany z książką Andrei Pirlo zestawienia ectuspolonusa, czyli Michała Okońskiego...

Tagi: konkursy
08:08, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 24 czerwca 2013

Konkurs na tekścik pt „Nigdy nie zapomnę jak Zidane...” i zarazem piłeczkę z autografem Zizou wygrywa kubamachowina za Balladę o niezwykle ciężkim zabarwieniu emocjonalnym, autor całkiem fajnego bloga Bloody Footbal który cieszę się, że odkryłem. Kuba golem dosłownie w fergie time wyprzedził ronaldingo który również miał świetny pomysł na tekst w dodatku o meczu, w którym miałem przywilej oglądać Zizou na własne oczy. Trzecie miejsce na podium ex equ przyznaje znajomym konkursowiczom, którzy doskonale wiedzą już o co chodzi i nie zeszli poniżej poziomu, z którego ich znam tomassino-1 i rossi-4 (który wszakże podpadł mi sformułowaniem szczelnie magazynował piłkę, da what?;) oraz madapaka za urocze wpsomnienie pojedynku między królem Zizou i jego czeskim następcą. Wszystkim dziękuje za Wasze wspomnienia, zwycięzców proszę o mejle z adresem. Za 2. miejsce nagrodą jest koszulka adidasa Team 5, a za trzecie książki-albumy FC Barcelona i Borussia Dortmund autorstwa dziennikarza Weszło, Tomka Ćwiąkały (chyba, że madapaka nie ma jeszcze książki Alessandro del Piero Gramy dalej, bo został mi ostatni egzemplarz...

A to nagrodzone teksty, ciekawym czy zgadzacie się z werdyktem. Ostatnio na blogu ciszej, ponieważ kończę własną książkę, a deadline goni niemiłosiernie, ale o tym będzie jeszcze czas napisać. Z góry uprzedzam pytania, że nie jest to biografia Roberta Lewandowskiego (trochę żałuję, ale akurat ukazały się trzy).

 

kubamachowina

Balladę o niezwykle ciężkim zabarwieniu emocjonalnym

 

Nigdy nie zapomnę, bo jakże mógłbym zapomnieć? Życie nie jest sumą naszych wdechów, ale liczbą momentów, w których właśnie zabrakło nam tchu. A te odbierane mi były w jego wypadku częściej aniżeli w przypadku innych. Czy była to bramka na Hampden Park? Być może. Parafrazując biblię kapitalizmu, autorstwa Ayn Rand, tym jednym magicznym muśnięciem Zizou zatrzymał silnik świata na oczach ogłupiałych widzów. Czy Zidane to John Galt? Całkiem możliwe, ale Zidane jest raczej everymanem, człowiekiem urzeczywistniającym marzenia milionów, realizującym nasze sny na jawie.

Nigdy nie zapomnę ja, ale przede wszystkim nie zapomną miliony Francuzów - i to niekoniecznie tych z luksusowych willi w Prowansji czy Szampanii. Losy Zizou są niczym Wolność wiodąca lud na barykady Eugenea Delacroix - przypomnieniem, że sukces możliwy jest zawsze i wszędzie, że może stać się udziałem choćby marsylczyka o algierskich korzeniach, brnącego naprzód mimo przeciwności losu. Zinedine doskonale wpasował się w swoje czasy, znaczone galopującym multikulturalizmem oraz amerykańskim snem, oczywiście w wydaniu europejskim. Maestro murawy był idolem wszystkich Francuzów - niezależnie od płci, wyznania, pochodzenia i koloru skóry. Per aspera ad astra.

Nigdy nie zapomnę, bo inaczej zapomniałbym futbol. Zidane był alegorią piłki nożnej, wręcz podręcznikową jej definicją. Jeśli ta piękna, ale i zarazem bardzo prosta, egalitarna wręcz gra miała być tchnieniem magii, to taki był właśnie Zizou. Jeśli miała być twarda - by nie rzec chamska - naprzeciw temu z podniesionym czołem wybiegał marsylczyk. Sukcesy - te mierzone figurkami w gablocie, medalami w szufladach - przeminą. Staną się jedynie suchymi faktami, zakurzonymi w wielkiej księdze dziejów futbolu. To, czego nie wymaże czas, to właśnie wspomnienia. Grę Zidanea definiowało to, co niedefiniowalne. Jego płynnych ruchów i sposobu prowadzenia piłki, wizji gry nie opiszą żadne statystyki, chyba że te ludzkie - liczba serc, które łomotały szybciej, gdy marsylczyk prowadził piłkę przy nodze, szczerze oraz bezkompromisowo.

Nigdy nie zapomnę, bo inaczej zdradziłbym samego siebie. Francuz nie był wolny od swoich demonów, ale to czyni go jeszcze piękniejszą postacią. Czy gdyby nie uderzył Materazziego, jego legenda byłaby większa? Śmiem wątpić. Zizou był taki jak my - zwyczajny, by nie rzec wręcz idol z ludu, niczym kiedyś Muhammad Ali. Dawał wszystkim kopiącym amatorsko piłkę radość oraz nadzieję - skoro on mógł, to dlaczego nie ja? W projekcie Galacticos miał być tylko jednym z wielu, ale to właśnie jego gwiazda zapłonęła najmocniej na madryckim nieboskłonie. Primus Inter pares, prawdziwy książę Marsylii.

Dlatego nigdy nie zapomnę.

***

ronaldingo

 

Nigdy nie zapomnę widoku Zidane'a, przechodzącego z opuszczoną głową obok Pucharu Mistrzostw Świata. To nie tak miało być! To nie tak miał zakończyć się ostatni mecz jednego z najlepszych piłkarzy w historii futbolu!
Zizou -Bóg czy człowiek?
Mój idol z dzieciństwa. To dzięku niemu pokochałem futbol. Kontrola nad piłką, nieprzewidywalność, zagrania których nikt nigdy nie powtórzył. Czekałem na każdy kolejny mecz z jego udziałem. Dzięki perfekcyjnej technice wyćwiczonej w biednej
dzielnicy Marsylii, ośmieszał największych piłkarzy i robił to z gracją i elegancją, niczym wybitny artysta grający na instrumencie.
Sprawił, że futbol stawał się sztuką. Do jego poezji z piłką powinna grać muzyka klasyczna...
Zidane w najważniejszych momentach nigdy nie zawodził. Podnosił poziom zespołu o klasę. Mając go w składzie nie ma sytuacji beznadziejnych. Gdy miał piłkę zawsze był opanowany, nigdy zdenerwowany ani sfrustrowany. Nieważne czy był to mecz towarzyski, ligowy czy finał Mistrzostw Świata. Zawsze grał w ten sam sposób - spokojny i zrelaksowany.
Zizou - Bóg czy człowiek?
Genialne podania i bramki często zdobyte lewą , słabszą nogą ( teoretycznie - bo tak naprawdę Zidane obie miał prawe:) ). Wyczucie, wizja gry, widział wszystko. Zawsze byłem zdziwiony jak on to robi. Czy może z tyłu głowy, gdzie była charakterystyczna łysina miał jakieś ukryte trzecie oko? A może rację ma mój ojciec, który zawsze myślał, że Zidane po prostu widzi świat w zwolnionym tempie, co jest niemożliwe dla nas - zwykłych śmiertelników...
Zizou - Bóg czy człowiek?
Powrócił do mającej problemy reprezentacji, by pomóc drużynie w eliminacjach do mundialu. Podczas samego turnieju wysyłany był przez kolejnych przeciwników na sportową emeryturę, tymczasem Francuz wysyłał naszpikowane gwiazdami drużyny Hiszpani, Brazylii i Portugalii do domów. Przyćmiewając największych piłkarzy, będąc jednocześnie najlepszym na boisku. W wieku 34 lat.
Zizou - Bóg czy człowiek?
Za co tak naprawdę kocham Zidane'a? Po prostu za to, że przynióśł nowy wymiar do futbolu. Pokazał, że nie potrzeba być niesamowicie szybkim i robić 100 sztuczek, żeby być dobrym. Uważam go za legendę. Nie tylko dlatego, że był błyskotliwy, ale przede wszystkim dlatego , że zmienił koncepcję futbolu. Pokazał, że elegancja i technika triumfuje nad szybkością i siłą.
Jest dla mnie inspiracją...
Zidane - Bóg, który stał się człowiekiem? Nie.
On jest Bogiem, a incydent z Materazzim to tylko przykrywka, abyśmy uwierzyli, że to po prostu zwykły śmiertelnik...

 

***

 

tomassino-1

 

Nigdy nie zapomnę jak Zidane wyszedł na murawę Santiago Bernabeu, by rozegrać swój ostatni mecz w barwach "Królewskich" przed własną publicznością. Nie jestem fanem madryckiego giganta ale tego meczu po prostu nie można było przegapić...

Był 7 maja 2006 roku. Cały świat szykował się do futbolowej uczty jaka za miesiąc miała się zacząć na niemieckich stadionach. Kibice nastawieni głównie na ligę hiszpańską wiedzieli już, że mistrzem kraju zostanie Barcelona. Mecz Realu z Villarealem nie mógł już nic w tej kwestii zmienić. Pomimo tego stadion zapełnił się w całości, a atmosfera jaka unosiła się tego dnia nad legendarnym obiektem była wyjątkowa. Radość z możliwości oglądania genialnego Francuza w śnieżnobiałym kostiumie, mieszała się ze smutkiem, iż będzie to ostatnia okazja ku takiemu widokowi. Piłkarski maestro kończył swoją cudowną karierę w miejscu gdzie był czczony i uwielbiany. Jeśli tego dnia było czegoś więcej na Bernabeu niż kibiców to z pewnością były to łzy...

Uronili je wszyscy - wspomniani kibice, rodzina, która w szerokim gronie zebrała się na trybunach, koledzy z zespołu, jak i sam "Zizou". Cała drużyna wystąpiła w tym meczu w trykotach, na których pod herbem widniał napis "ZIDANE 2001 - 2006", a kilkanaście kamer przez całe spotkanie miało za zadanie śledzić wyłącznie piłkarza z numerem 5. Aby zasłużyć sobie na takie pożegnanie trzeba być osobą wyjątkową, wyłamującą się ze wszelkich schematów, mistrzem totalnym. I Zidane był taki bez cienia wątpliwości. Nigdy nie stał się takim celebrytą i ikoną popkultury jak Beckham czy Cristiano Ronaldo. Nie musiał. Do ludzkich serc przemawiał przede wszystkim swoją grą. Wirtuozerię i ocierający się o perfekcję styl, mieszał z prostotą swych niektórych zagrań. A doskonale wiemy co zazwyczaj tkwi w prostocie... To inteligencja - zarówno ta piłkarska jak i pozaboiskowa - pozwoliły mu dostać się na szczyt i rozkochać w sobie miliony sympatyków futbolu na całym świecie.

Z pewnością o tym wszystkim myśleli ludzie zebrani tamtego majowego dnia na Santiago Bernabeu. Czuli potrzebę podziękowania za tak wiele chwil radości, które im dostarczył. Kilka lat temu Zidane udzielił wywiadu portalowi FIFA.com, w którym został zagajony o opisywane spotkanie. Francuski geniusz wywnętrzył się z emocji jakie mu wtedy towarzyszyły:

- To był dla mnie bardzo emocjonujący moment. Wielu ludzi, którzy mnie znają, prawdopodobnie powie, że raczej nie jestem dobry w okazywaniu emocji, jednak tamto spotkanie było wyjątkowe. Gdy spojrzałem na trybuny, zobaczyłem moich przyjaciół i moją rodzinę. Byli tam, by mnie wspierać i to uczyniło ten mecz jeszcze bardziej wyjątkowym. Pamiętam, że walczyłem, by powstrzymać łzy. Chodzi o to, że w głębi duszy wiesz, że to twój ostatni mecz w twojej klubowej karierze, a przez całe życie ja kochałem grać w piłkę.

Ja również nigdy nie zapomnę tamtego spotkania. I wielu, wielu więcej, w których zagrał wielki "Zizou". Był jednym z kilku futbolistów, którzy sprawili, że zakochałem się w piłce na dobre. Dlatego i ja uroniłem łzę 7 maja 2006 roku.

 

 

***

madapaka

Ja nigdy nie zapomnę jak Zidane walczył z Nedvedem w półfinale Ligi Mistrzów w 2003r.
To był pierwszy bezpośredni pojedynek Byłego Króla Juventusu z Nowym Królem Juventusu.
Galaktyczny Real bronił tytułu mistrza i przyjechał do Turynu, aby pokazać, kto rządzi w tych rozgrywkach.
Zizou rok wcześniej odszedł do Realu, a na jego miejsce przyszedł Mały Czech.
Oglądając mecz nie wiedziałem komu kibicować. Z jednej strony jeden z moich ulubionych zawodników vs mój ulubiony klub. ZZ vs Juve.
Zizou liderował Realowi wspaniale, ale po drugiej stronie jeszcze lepiej walczył Czech.
Mimo że Del Piero strzelił piękną bramkę, to dla mnie to był teatr tylko dwóch aktorów. Każdy pojedynek z Nedevdem, , a było ich sporo, to była chęć udowodnienia Nedvedovi , że jeszcze "nie jesteś tak dobry jak ja, jeszcze ci brakuje". Problem w tym, że Czech nie słuchał, a był wtedy w życiowej formie. Nie ustępował na krok, nie przegrywał pojedynków, nie cofał nogi i grał świetnie. Rozpychał się równie mocno co ZZ i czarował świetnymi zagraniami.
To wciąż jeden z moich ulubionych meczów CL.
Wiele lat później po przeczytaniu wspomnień Xaviego, dowiedziałem się, że ZZ podkopywał swoich rywali, więc mogę się tylko domyślać jak wyglądały nogi Nedveda po meczu :)

 

***

rossi-4

Nigdy nie zapomnę jak Zidane przyćmił całą potęgę Brazylii w ćwierćfinale mistrzostw świata w 2006 roku. Wielu ekspertów przewidywało, że właśnie to spotkanie będzie symbolicznym potwierdzeniem przekazania najwyższej piłkarskiej władzy. Uznawany za najlepszego gracza świata Ronaldinho miał z pomocą swoich wybitnych adiutantów brutalnie zakończyć karierę Zidanea, który już wcześniej zapowiedział zawieszenie butów na kołku po mundialu. Kilka dni później okazało się, że piłkarscy bogowie postanowili zakpić ze swojego posłańca i przygotowali mu znacznie bardziej złożone pożegnanie.
Tego wieczoru Zidane widział więcej niż ktokolwiek inny na stadionie we Frankfurcie. Każdy jego ruch zdawał się być przemyślany i dopracowany. Niczym wytrawny strateg kroczył dostojnie na całej szerokości boiska i kreślił partnerom gotowe projekty akcji. Jednym ruchem stopy powodował popłoch w formacji obronnej Canarinhos. Szczelnie magazynował piłkę i z każdą minutą coraz bardziej zniechęcał przeciwnika znużonego nieskutecznymi próbami odbioru. Agresywnym rywalom serwował natychmiastowe zmiany kierunku biegu z futbolówką przyklejoną do nogi. Raz wyszedł z karkołomnej sytuacji efektowną ruletą, innym razem przerzucił piłkę nad głową wściekle atakującego Brazylijczyka.
W jego grze było coś majestatycznego, monumentalnego. Oglądaliśmy najlepszą wersję Zidanea urzekająco eleganckiego i bardzo wydajnego. Kilkanaście minut po przerwie posłał z chirurgiczną precyzją piłkę na nogę Henryego, który uderzeniem z kilku metrów wyprowadził Francję na autostradę do półfinału. Po ostatnim gwizdku arbitra wszystkie kamery skierowały się na piłkarza ubranego w jasny trykot i noszącego dumną dziesiątkę na plecach. Szelmowski uśmiech wschodzącej gwiazdy - Francka Riberyego wymierzony w kierunku bohatera wieczoru był bardzo wymowny. On znowu to zrobił. Zapłakana wielka Brazylia po raz kolejny leżała u stóp genialnego Zizou.

 

***

 

Hubert Ceglarek

Nigdy nie zapomnę jak Zidane składał się do strzału w finale Ligi Mistrzów przeciwko Bayerowi Leverkusen - patrzyłem jak zaczarowany na powolnie opadającą piłkę zagraną przez R. Carlosa zastanawiałem się czy po takim zagraniu można cokolwiek zdziałać... 3 piłkarzy Leverkusen zbiegało się w kierunku piłki, cały kadry uchwycił w sumie 10 graczy razem z Zidanem - każdy wykonywał choćby delikatny ruch oprócz niego, on zamknął się w świecie swojego umysłu, w pełni skupiony kontrolował co dzieje się z adresowaną do niego piłką i jakby zamarł, jakby już wiedział co się zaraz stanie - ta chwila to idealny przykład perfekcyjnego zgrania umysłu i ciała - pomysłu i jego realizacji... Wielki Zizu dobrze wiedział, że w tych sekundach rytm bicia jego serca, napięcie mięśni, a pewnie i pot równo ściekający po jego twarzy umożliwi mu oddanie "strzału życia" który na zawsze zapisze się w historii footballu... a gdy nadeszła ta chwila nie spanikował - to nie było szczęście, to nie był ślepy traf przeciętnego gracza - to był czysty geniusz wykraczający poza pojęcie "błysku" to było olśnienie, które spowodowało,że każdy z nas miał okazję oglądać strzał idealny... Tak to właśnie ta chwila, którą Zidanie podarował społeczności fanów piłkarskich za którą zawsze będę mu wdzięczny.

Pamiętajcie też, że twa konkurs, którego nagroda jest wyjazd na trening z Łukaszem Podolskim (w Londynie, bo Arsenal nie puszcza go do Borussii Dortmund)

 



15:10, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (8) »
środa, 19 czerwca 2013

Jak miło choć przez chwilę pogadać o futbolu z Zinedine Zidanem, nawet jeśli 20 minutami trzeba podzielić się z kolegami z Czech i Słowacji. W trakcie spotkań z gwiazdami tego formatu dziennikarze przeważnie wprowadzają tzw. krajowe akcenty. Chińczycy zawsze pytają w takich przypadkach what do you thing about chinese football? - przerabiałem to już podczas spotkania z Cristiano Ronaldo, Ikerem Casillasem i setką innych gwiazd (ostatnio z powodu rozkwitu ligi chińskiej dochodzi would you like to play in China one day - np. było to pierwsze pytanie jakie usłyszał Mario Mandżukić po wygranej 3:0 z Barceloną na Camp Nou). Chińczyków szczęsliwie z nami nie było, więc kolega z Czech pytał o przyjaciela Zizou, Pavla Nedveda, który świetnie radzi sobie w Juventusie, a kolega z Węgier o Ferenca Puskasa. Ja na szczęście nie musiałem odwoływać się do legend i pytać o Grzegorza Lato, ani nawet Jerzego Dudka. Pytanie o Roberta Lewandowskiego nie było zwykłym polskim akcentem - w końcu o co pytać dyrektora sportowego Realu Madryt jeśli nie o faceta,  który wbił jego drużynie cztery gole w półfinale Ligi Mistrzów? Wywiad poszedł na Sport.pl  Wyjątkowo ciekawe były pytania sponsorskie, ponieważ  rozmawialiśmy przy okazji turnieju adidas Team Five Challenge w centrum Z5, które Zidane wybudował między Aix-en-Provence a Marsylią dla dzieciaków z przedmieść. To trochę taki moooocno wypasiony Orlik. Ośrodek składa się z siedmiu boisk ze sztuczną nawierzchnia do gry pięciu na pięciu, w tym trzech pod dachem (ale bez ścian, co daje miły przewiew w południowo francuskim upale), centrum fitness, basen, sauna, restauracja, butik z własnymi gadżetami i koszulkami, w gablotach trofea, które pan zdobył. Nakręciłem o nim vloga:

Zapytany dlaczego go wybudował (oprócz dania roboty młodszemu bratu, który nim zarządza) Zidane odparł, że kiedy byłem dzieckiem, często z moimi braćmi Faridem i Nordinem nie mieliśmy gdzie grać w piłkę. Raz, że boisk nie było wtedy w okolicy dużo, a dwa, że większość z nich była dla nas niedostępna. Dzieciaki z Castellane, czyli bardzo biednej dzielnicy Marsylii, nie mogły sobie pójść grać, gdzie im się podobało. Zewsząd nas przeganiano. Kiedy skończyłem karierę, postanowiłem sobie, że stworzę takie miejsca, których kopać piłkę będą mogli wszyscy chętni. Bez względu na status majątkowy, czyli także dzieciaki z biednych przedmieść. Z oczywistych względów ten pierwszy ośrodek powstał tam, gdzie go najbardziej brakowało, czyli pod Marsylią.

Na koniec turnieju jego zwycięzcy - drużyna Czechosłowacji zagrała przeciwko Zidanowi i najlepszym zawodnikom pozostałych siedmiu drużyn (Polskę reprezentuje Michał Maliński z warszawskiej drużyny Forza, która niestety zajęła ostatnie miejsce, nie wygrywając ani jednego meczu). Na wideo widać po pierwsze, że Zizou 7 lat po zakończeniu kariery nie zapomniał jak gra się w piłkę. A po drugie jak fajną odmiana futbolu jest tzw. five-a-side, niby podobny do futsalu, a jednak o wiele bardziej freestyle’owy i spontaniczny. Nic więc dziwnego, że zyskuje rosnącą popularność, do której z pewnością przyczynią się kolejne centra Z5. Zizou planuje otwarcie kolejnych pod Paryżem, Montpelier i Turynem. Według byłej gwiazdy reprezentacji Francji nie ma lepszej drogi do opanowania techniki jak szybka gra na małej powierzchni. Zresztą popatrzcie sami czy ma rację.

KONKURS, KONKURS!

Oczywiście jak w przypadku podobnych wyjazdów mam dla Was konkurs z nagrodami. Główna to piłka z podpisem Zizou, druga to piłkarska koszulka adidasa. Co trzeba zrobić, żeby wygrać. Napisać w komentarzach krótki tekst, zaczynający się od słów ‘Nigdy nie zapomnę jak Zidane...’ Gol, zagranie (kto pamięta np. asystę przy golu Anelki na Wembley? Albo mecz w barwach Bordeaux przeciwko GKS Katowice?), triumf, upadek - dowolny moment z kariery. Im bardziej kreatywnie, zaskakująco, ciekawie, tym większa szansa na zwycięstwo. Niech to będą zagrania w stylu Zizou, a nie Jensa Jeremiesa... Czekam do czwartku do 12. w południe...

wtorek, 11 czerwca 2013

Kto chce pojechać do Londynu i spotkać tam gwiazdę Arsenalu i reprezentacji Niemiec, Łukasza Podolskiego oraz wziąć udział w poprowadzonym przez niego treningu w międzynarodowym towarzystwie? Jest okazja. Trzeba tylko nagrać minutowy klip prezentujący Wasze umiejętności piłkarskie: epicki trik, fenomenalne zagranie, zapierający dech w piersiach drybling, wbijającą w fotel żonglerkę - coś czym oczarujecie jury konkursu Akademia Cartoon Network. Czyli mnie, bo to ja będę przewodniczącym jury:), jako że portal Sport.pl jest patronem medialnym konkursu. Bywalcy bloga (czy też ich młodsi bracia, dzieci, zaprzyjaźnieni sąsiedzi etc - bo konkurs jest dla fanów futbolu od lat 6 do 15 - mogą oczywiście liczyć na fory;)

Co już zrobić z nakręconym porywającym klipem? Zarejestrować się na konkursowej stronie Cartoon Network (zajmuje to minutę) i przesłać tam klip do 30 czerwca 2013. Tam też możecie poszukać inspiracji, oglądając zagrania Łukasza i już nadesłane klipy. Wszystkie one zostaną umieszczone w internetowej galerii i poddane głosowaniu internautów, które odbędzie się między 3 a 17 lipca. To właśnie głosy widzów i użytkowników strony Cartoon Network wyłonią 20 najlepszych zgłoszeń. Toi z nich nasze jury wybierze szczęśliwca, który pojedzie na wakacje do Anglii na specjalny trening poprowadzony przez Łukasza. Będzie mu towarzyszyć siedmiu zwycięzców konkursu z różnych części Europy, a całodzienny trening z napastnikiem Arsenalu zostanie nagrany i wyemitowany na antenie Cartoon Network. Od teraz rusza zresztą program pod nazwą „Akademia Cartoon Network” emitowany na antenie stacji w soboty o 9:05, w którym znajda się specjalne instruktaże sztuczek i trików. Jak Ronaldinho style czy słynna ruleta Zinedine Zidane'a:

Konkursowi będzie towarzyszył wybór najlepszego komentatora sportowego. Spośród dzieci, które nie tylko zagłosują na najlepszy klip w dniach 1-14 lipca, ale również go skomentują Cartoon Network wyłoni autora najciekawszej opinii i nagrodzi go iPadem. Kto będzie miał problemy z dokonaniem odpowiedniego nagrania, temu pomoże patron akcji, Football Academy na jednej z sześciu czerwcowych imprez, które odbędą się w kolejne weekendy w Gdańsku, Krakowie, Poznaniu, Szczecinie, Warszawie i we Wrocławiu. Specjalne ekipy filmowe Cartoon Network pomogą dzieciakom nagrać własne wideoklipy. W Warszawie taka impreza odbędzie się w najbliższą niedzielę 16 czerwca na Polu Mokotowskim między 11.00 a 17.00. Zaprasza Łukasz Podolski:)

Tagi: konkursy
13:48, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 maja 2013

 

Ale jestem z siebie zadowolony, że znów spontanicznie udało mi się stworzyć mały, fajny konkurs i powyciągać z Was cudowne wspomnienia dzieciństwa, które łączą nas wszystkich ze sobą, w tym z Alexem, Pepem, dla którego bramką były zaciągnięte sklepowe żaluzje w Santpedor, Wayne’m, który szalał z kumplami za piłką na ulicy w Croxteth, Zlatanem, któremu w przejściu podziemnym w Malmoe nikt nie potrafił odebrać piłki, Ronaldo de Assísem Moreirą, który kiedy już wszystkie chłopaki poszły do domu, kiwał się ze swoim psem i musiał robić to dobrze, żeby zwierz nie przegryzł mu piłki. Cieszę się, bo i wróciły moje wspomnienia, meczów na betonie gdzie bramkami były ławki, do trzech korków karny, a piłkę na podwórku między blokami na Międzynarodowej miał tylko jeden chłopak, bardzo chory na serce, z rozdętą klatką piersiową, który wybierał nierówne drużyny, oczywiście biorąc do swoje najlepszych. fajnie, że ktoś z Was przypomniał żelazną zasadę, żeby nie siadać na piłce, bo robi się jajo, a inny, że kto wykopał ten leci po gałę. Tak było z nami wszystkimi, tylko nazwiska na koszulkach się zmieniały. Ja kiedy stałem na bramce zawsze byłem Jean Marie Pfaffem (staaaaare dzieje, ktoś go w ogóle kojarzy?), z racji bujnej jeszcze wtedy fryzury i uwielbienia wygłupów (np. udawania przepuszczenia piłki pod brzuchem, żeby w ostatniej chwili rzutem nie dać jej wpaść do bramki, raz na Turnieju Dzikich Drużyn, ponieważ akcja prawie cały czas toczyła się po bramka przeciwników, opuściłem z nudów własną i schowałem się do otwartego kanału tuż za moja bramką, wywołując konsternację obu ekip, gdzie nagle wcięło bramkarza). A kiedy stałem na obronie, bo na szkolnym boisku zmienialiśmy się co pięć minut, albo co bramka zmiana, zawsze byłem Franco Baresim;) Niestety, przyznaję ze skrucha, to o takich jak ja pisze wyróżniona favola03, bo wraz z resztą chłopaków nie chciałem grać z dziewczynami, choć pamiętam, że co jakiś czas pojawiały się chętne, demonstrując, że przynajmniej żonglować umieją lepiej niż my...

Dzięki Wam za te wspomnienia. Ciężko było wybrać najlepsze, bo przecież wszystkie są równie ważne i wyjątkowe. Wspólnie z tłumaczem książki del Piero ‘Gramy dalej’, Marcinem Nowomiejskim musieliśmy jednak rozdać pięć nagród, postanowiliśmy więc wybrać najbardziej ujmujących. O to autorzy i ich notki (pierwszym miejscem - symboliczne, bo nagroda taka sama dla wszystkich - postanowiliśmy wyróżnić leskoo0, reszta zajmuje drugie miejsce na podium, a kolejność alfabetyczna). Poproszę o adresy na mejla!

 

leskoo0

Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy to najdrobniejsze szczegóły nie miały znaczenia. Oryginalna koszulka, czy ta podrabiana z rynku? Markowe buty? A może szmaciaki pozostałe po starszym bracie? To nie miało znaczenia. Ważna była P-I-Ł-K-A. Kilka szybkich ruchów otwarcie szafy i stawałeś się kimś innym. Nagle biało-czarne pasy, czy napis O2 na stroju, zmieniały Twoje oblicze. Del Piero, Henry, Giuly - nie wiedziałeś praktycznie nic na ich temat? Pamiętasz? Henry mija jednego, drugiego. HENRY! krzyczałeś kiwając chłopaków. Nikt nie śmiał się, nie patrzył na Ciebie przez pryzmat tego, czy Twój tato jest biznesmanem czy alkoholikiem. To było piękne. Jednak gdy tylko nie trafiłeś na pustą bramkę, każdy wiedział jak zareagować. Język futbolu działał samowolnie. 
Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy to po wykopaniu piłki na podwórko sąsiada, nie było odważnego. Ty wykopałeś, więc idziesz... Złota zasada. Najczęściej słowa te wypowiadał ten, którego gała była własnością. U mnie zawsze kończyło się kłótnią. Kolega zaczął wyzywać nazwisko z Twojej koszulki. Miałeś ją na sobie, więc musiałeś jej bronić! Następny dzień i nikt nie pamiętał o konflikcie. Nawet jeśli, to pokrzywdzeni pokazywali swoją złość w grze. Upokorzenie przez kolegę, który założył Ci sito między nogami bolało bardziej niż siniak pod okiem. Nagle przychodzili starsi. Owłosione nogi, opalone sylwetki. Marzyłem i odliczałem czas, aby zająć ich miejsce. Stało się to szybciej, aniżeli mógłbym kiedykolwiek przypuszczać. 
Upłynęło sporo lat. Patrz - piękne jak piłka nożna wychowuje. Współczuję tym, którzy nie kochają futbolu. Ten sport, zaszczepiony podczas genialnych popołudni, stał się pasją, celem na przyszłość. Po prostu życiem :)

 

favola03

Pamiętam te genialne popołudnia siedzę na schodach przed wejściem do domu. Jeszcze opóźniam wejście do środka. Wdycham ciepłe, majowe powietrze, smakuję słone łzy dziecięcego odrzucenia i masuję posiniaczoną buzię. Cześć, mam na imię Agnieszka, mogę z wami zagrać?- wspominam swoje pytanie i bolesną odpowiedź: Nie, jesteś dziewczyną. I ten moment, gdy z małymi, zaciśniętymi mocno piąstkami rzucam się na chłopca, by pokazać mu siłę, w którą nie uwierzył. W kręgu dziecięcych marzeń, gdzie rysą na honorze jest wyłączenie ze wspólnej zabawy, czas się zatrzymał. Kurz, krew, pot. Już zabrzmią w tłumie słowa, że jesteś dziewczyną. Ciosy padają bez znieczulenia. I czyjeś kroki i mgła przed oczami i stłumione krzyki. Ktoś nagle szarpie cię za podarty rękaw i prowadzi do domu. Nie zagrałaś z nimi. Nie dostałaś szansy na boisku. I nikt się już nie dowie ile kosztują pierwsze porażki, które zapadły bez twojego czynnego udziału. Dziś oni rozgrywają międzynarodowe mecze w wirtualnym świecie gier komputerowych. Ty spieszysz się na ligowy mecz, w koszulce nr 10 biegniesz przez miasto, by nie spóźnić się na pierwszy gwizdek

 

iekarski

Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy wracał do domu i był już tylko mój. Te genialne popołudnia, gdy bawiliśmy się razem. Wtedy liczyło się tylko to, zabawa, czas bez żadnych zmartwień tylko On i ja. Te genialne, letnie popołudnia gdy kopaliśmy piłkę do zachodu słońca a potem piliśmy oranżadę pod sklepem. Często kupował mi lody czekoladowe i gumy Turbo. To on wszczepił we mnie kibica piłkarskiego. Był moim pierwszym przyjacielem. Mój dziadek. Dzisiaj już go nie ma, a sam nie jestem już dzieckiem ale dzięki tym wspomnieniom nigdy mnie nie opuści. I będę pamiętał te słowa, że w każdej sytuacji dam radę.

 

keloy

Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy chciałem, żeby nigdy nie zachodziło słońce. Żeby mama rzuciła jeszcze 2 złote z balkonu, bo chciało mi się pić po grze w piłkę. Kiedy baliśmy się z kolegami, gdy przychodzili starsi i zajmowali nam boisko. Gdy wszyscy bali się siadać na piłkę, bo zrobi się jajo. Mimo wszystko, tak młodzi, z tak wielkimi marzeniami. Nieważne, czy się wygrywało, czy nie, czy było ciemno, czy padał deszcz, czy padały ładne bramki... Ja z ręką na sercu każdego popołudnia krzyczałem "ja jestem Rivaldo!"... byłem swoim własnym Rivaldo na własnym osiedlu. I tych wspomnień nikt mi nie zabierze!

 

TyphooN

Pamiętam te genialne popołudnia jedno osiedlowe boisko przy szkole wielu chętnych. Starszyzna miała pierwszeństwo A my obok boiska, kawałek asfaltu, narysowane mini boisko. Bramki z klocków (nie Lego) z siatką z bandaża, a w worku kilka drużyn z kapsli. Nie byle jakich. Najlepsze były te po markowych napojach, wypełnione stopioną świecą lub plasteliną. Każda drużyna z pieczołowicie zrobionymi koszulkami w barwach narodowych, nazwiska, numery, wszystko pieczołowicie chronione taśmą samoprzylepną tak, aby nic się nie uszkodziło Kiedy kulka z łożyska wpadała do bramki było nas słychać bardziej niż tych szczęśliwców obok Del Piero był na kapslu po Coca-Coli to było coś te ślizgały się najlepiej. 
Później to my byliśmy starszyzną ;) 


 

 



Tagi: konkursy
14:12, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (6) »
niedziela, 06 stycznia 2013

No i ostatnie notki w naszym konkursie. Ufff... sporo tego. Ciekaw jestem czy ktoś z Was je przeczytał i ma swego faworyta? Jury będzie miało niezły zgryz, bo są notki ponadczasowe, wyjaśniające futbolowe mechanizmy, kreślące portrety ulubionych bohaterów, relacjonujące mecze, a nawet znalazła się recenzja książki. Powinienem był wprowadzić podział na kategorie, ale że go nie ma, to za najlepszą notkę 2012 roku (z nadesłanych) Jury uznało... Czy Jury mnie słyszy? Do roboty, ludie czekają na werdykt i buty Seby Boenischa!

Helenio Herrera – Dziecko Przeznaczenia

Rafał Krysztopa

ligamistrzow.com

Już w ciągu pierwszych dni spędzonych w Mediolanie zaczął rządzić zespołem twardą ręką, ściśle kontrolował wszystkie aspekty życia piłkarzy. Jego system koszarowania graczy w klubowych kwaterach nie spotkał się z zadowoleniem samych zainteresowanych. Gerry Hitchens swoje odejście z klubu opisał w następujący sposób: – To tak, jakby cię wreszcie zwolnili z cholernego woja –. Helenio również w perfekcyjny sposób rozpracowywał swoich rywali. Zawodnicy tak dobrze poznawali dzięki opisowi trenera swoich przeciwników, że potrafili ich rozpoznać bez patrzenia na zdjęcia. W wyjątkowy sposób Herrerę postrzegał Suarez: – Przed jego czasami osoba trenera nie miała żadnego znaczenia, on z łatwością wpływał na zawodników, najlepszych graczy ganił, a wychwalał innych. Pierwsi chcieli udowodnić, że się myli, a drudzy, że ma rację – mówił.

W pierwszym sezonie pracy – pomimo udanego startu – zespół Herrery zajął 3. miejsce, w kolejnym sezonie Inter uplasował się o jedną lokatę wyżej. Te wyniki nie zadowalały Morattiego, który zastanawiał się zmianą trenera. Herrera otrzymał ostatnią szansę na odniesienie obiecanych triumfów i od razu przystąpił do działania.

„Zdjąłem jednego pomocnika i kazałem mu czyścić przedpole za linią obrony, dając lewemu obrońcy przyzwolenie na włączanie się do akcji ofensywnych”

W tym jednym zdaniu Herrera zawarł cała kwintesencję catenaccio, systemu, który doprowadził Inter do licznych sukcesów. Jednym prostym posunięciem francuski trener zmienił na kilkanaście lat taktykę. Rolę libero Herrera powierzył Picchiemu, który doskonale wywiązywał się z funkcji „reżysera defensywy”. Guarneri ustawiony był jako środkowy obrońca, a prawą flankę zabezpieczał Burgnich. Takie ustawienie pozwoliło lewemu obrońcy, Facchettiemu, na aktywne uczestniczenie w akcjach ofensywnych i strzelaniu bramek w ilościach porównywalnych do napastników.

 

Kolejna odsłona dżihadu o krok. Każdy dokłada swoją cegiełkę

Radosław Dąbrowski

Moja wizja sportu

Od dłuższego czasu z coraz większym niepokojem obserwuję relacje na linii kibice - wojewoda mazowiecki - klub Legia Warszawa. Piątkowe wydarzenia z Łazienkowskiej utwierdzają mnie w obawie, że za chwilę może nas czekać kolejny kibolski dżihad. Już nie w formie drobnych protestów czy przyśpiewek skierowanych w wojewodę, premiera czy ITI, lecz wojnę "na noże", rodem z poprzedniej kadencji Jana Urbana. I trzeba uczciwie przyznać, że kibice wcale nie dążą do tego, by zapobiec tej otwartej konfrontacji.
Przypomina mi się scena z "Dnia świra", gdzie wszyscy próbują przeciągnąć polską flagę na swoją stronę. Teraz też każdy ma swoje "racje" i chce, by płachta z Czarną Elką znalazła się u niego. Właściciele klubu, "bo to oni wykładają pieniądze". Wojewoda, "bo jest przedstawicielem demokratycznie wybranej władzy i ma za zadanie pilnować, by prawo było przestrzegane". Wreszcie także kibice, "bo byli tu, gdy was nie było i będą też, gdy was już nie będzie". Ten materiał jest już u progu wytrzymałości. Za chwilę może się rozerwać, o ile to już nie nastąpiło, tylko my jeszcze tego nie zauważyliśmy.
Doskonale widać, jaki typ kompromisu chce osiągnąć każda ze stron - kompromis po polsku, czyli na moich warunkach. Piotr Zygo tylko sprawia wrażenie, że miałby stać po stronie kibiców. Forma jego wypowiedzi jest kompromitująca. Na spotkaniu z władzami od razu wyjeżdża z pomysłem budowy jakiegoś komisariatu na stadionie, a odpalających race i przeklinających nazywa bandytami. Chce udawać, że nie jest wielbłądem, ale zdradzają go dwa garby (...)



Dwie filozofie, dwa kluby, jeden wyścig. Wszyscy idą do Chin

Krystian Gradowski

weszlo.com

Gdy Emmanuel Olisadebe przechodził do chińskiego Henan Jianye niektórzy z niedowierzaniem pukali się w głowę - na co mu to? Okazuje się, że nawet jako relikt piłkarskiej przeszłości dobrze wiedział co robi. Przed kilkoma miesiącami do Chin przywędrował inny napastnik, Nicolas Anelka. Wtedy jeszcze pachniało to niespodzianką, ale skoro jedyni wzięli Anelkę, drudzy postanowili odpowiedzieć jeszcze mocniej – Lucasem Barriosem i Marcello Lippim. To z kolei uraziło dumę tych pierwszych, więc pieprząc konwenanse postanowili walczyć o Didiera Drogbę. I niewykluczone, że w tej walce startują z pole position, bo Chiny oferują pieniądze o jakich w Europie można pomarzyć.
To zakrawa na jakieś szaleństwo, ale dziś już nikt się nie śmieje z ambicji Chińczyków. Każdy wie, że trzeba ich traktować poważnie, bo mogą wiele. Sprowadzanie uznanych nazwisk nie jest jedynie fanaberią zblazowanych miliarderów, którzy w ramach zabawy postanowili zagrać w rzeczywistego Football Managera. W Państwie Środka fanaberią jest futbol, ten największy, który znają przeważnie z plazm. Każdy taki transfer powoduje, że piłka nożna jeszcze bardziej zyskuje tam na popularności, a chińscy kibice mają ochotę piszczeć głośno jak nigdy dotąd. Najwyższy czas zadać sobie proste pytanie – o co chodzi i kim, do cholery, są ci Chińczycy?

DOBRZE, ŻE JESTEŚ
Podczas oficjalnej prezentacji żadnej z gwiazd nie przyjdzie do głowy powiedzieć, że marzył o tym klubie od dziecka, ale gdyby komuś się wymsknęło, nic nie szkodzi, chińscy kibice pewnie by to kupili. Bo takie słowo jak „zaszkodzić” w ich słownikach nie istnieje. Piłkarze wiedzą, że będą kochani bezwzględnie, już za samą decyzję o podpisaniu kontraktu. Nieistotne jakim kosztem. Liczy się tu i teraz – spragnieni wielkich nazwisk częściej aniżeli w wakacje Chińczycy nie przestaną kochać ot tak sobie, przez błahostkę. Takim prezentom wybacza się i więcej, i częściej. Przejdziesz obok gry? Co z tego, dzięki że jesteś. W końcu i tak kibice nie są przyzwyczajeni do wirtuozerii, którą zobaczą tak czy inaczej (...)

 

Kick & rush - wtorkowy wieczór w Stoke

Michał Zachodny

taktycznie.net

"To jest jedna z tych nocy, która zdefiniuje nie tylko historię i to z czym angielski futbol był i jest  identyfikowany, lecz również to jak wielką bronią dysponują odwieczni rywale tej ideologii. Jeśli nie będzie w stanie ona oprzeć się pociskom wylatującym z ramion Rory’ego Delapa, możemy być świadkami przewrotu we współczesnym futbolu" – krzyczał komentator do swojego mikrofonu, gdy na murawę Britannia Stadium wychodziły jedenastki Stoke City i Barcelony. Walka była tylko o ćwierćfinał rozgrywek europejskich, ale fanatyczna publiczność swoim rykiem przebijała każdy ze znanych finałów. Podopieczni Guardioli wychodzący ramie w ramie z wielkoludami Pulisa musieli przeklinać los, który kazał im stawić się w ten chłodny, deszczowy wtorkowy wieczór na Britannia. Nie wiedzieli jeszcze, że pogoda to najmniejszy z ich problemów.

Ostatni swój mecz w barwach reprezentacji Anglii Alf Ramsey rozegrał przeciwko Węgrom na Wembley w sławnej klęsce „ojców futbolu” 3-6. Jako jeden z niewielu, nie dzielił on ekscytacji, która towarzyszyła sztuczkom piłkarskim prezentowanym przez Madziarów, klepiących swoich sławnych rywali z niezwykłą łatwością. „Cztery bramki z ich sześciu padły po strzałach z dystansu. Nigdy nie powinniśmy tego meczu przegrać” – odrzucał inne teorie Ramsey. Wielu do dziś twierdzi, że ten pojedynek był jednym z bardziej kluczowych w historii angielskiego futbolu, był znakiem ostrzegawczym dla całej kultury, lecz takim, który ona przegapiła.

Porażka miała dać im nowy pogląd na to jak powinno się grać, tymczasem piłkarze, trenerzy i menedżerowie zdecydowali się robić wszystko, by zamiast efektowny styl kopiować, starać się jego zalety zniwelować. Dlatego sławne „Kick and Rush” nie wymarło i skutecznie opierało się kolejnym bolesnym klęskom, a wiara, że to jak Anglia gra w piłkę jest jedyną słuszną droga do zwycięstwa i sławy trzyma się mocno do tej pory. Do tego stopnia, że przed rokiem były piłkarz, a obecnie komentator sportowy Andy Gray po jednym z meczów Barcelony retorycznie spytał swoją publiczność: „Jakkolwiek wspaniale oni grają, czy Messi byłby w stanie to powtórzyć w deszczową, wietrzną wtorkową noc w Stoke?”(...)



 

W szponach biznesu

Łukasz Godlewski

One game, one passion

Kwestie prawne lubią mieszać się z piłką nożną, niejednokrotnie wywracając znany porządek rzeczy o 180 stopni. Jean-Marc Bosman w 1995 roku zrewolucjonizowa cały system transferowy. Casus Andy’ego Webstera, którego batalia ze szkockim związkiem piłki nożnej przyniosła rozszerzenie prawa Bosmana nie wpłynęła tak znacząco na futbol jakby się mogło wydawać, lecz jest ciekawym przypadkiem. W obliczu nieuchronnie zbliżającego się Financial Fair Play, reformy mającej uchronić kluby przed wydawaniem większej ilości pieniędzy niż faktycznie zarabiają, prezesi muszą szukać alternatywnych sposobów przeprowadzania transferów. To one pochłaniają większość wydatków. Sposób ten co prawda praktykowany jest już od kilku lat, lecz częstość występowania tego procederu może w najbliższych czasach drastycznie wzrosnąć.

Wyobraźmy sobie, że klub X pragnie pozyskać piłkarza Y za 5 milionów euro, jednak nie posiada odpowiedniej kwoty na koncie. W takiej sytuacji może umówić się z agencją menedżerską (albo innym inwestorem), iż ta dołoży brakujący milion do transferu, a w zamian otrzyma 20% udziałów w zawodniku. Po roku Y zostaje sprzedany do innego zespołu za 10 mln. Agencja na sprzedaży piłkarza zarobiłaby 2 mln (20% z 10 mln), klub otrzymałby pozostałe 8. Tak obrazowo można przedstawić zasadę działania third party ownership (TPO), budzącej ogromne kontrowersje w świecie futbolu. Dla jednych zbawienie, dla innych udręka. W biznesie takie zachowane nazywane jest “rozproszeniem ryzyka”.

Dzięki takiemu rozwiązaniu, prywatni inwestorzy lub firmy kupują udziały w ekonomicznych prawach do piłkarza, poprzez pokrycie części kosztów transferu. W zamian otrzymują określoną kwotę z kolejnego transferu zawodnika. Takie praktyki podzielają świat piłkarski. Podczas gdy w Ameryce Południowej, Portugalii czy Turcji są powszechne, w Anglii, Francji czy Finlandii są zdecydowanie zabronione.

 

Podbramkowo Extra: Arkan - krwawe piętno serbskiej piłki

Maciej Szafrański

Podbramkowo

Arkan zaprowadził dyscyplinę wśród kibiców i pogodził zwaśnione grupy. Scalił je i ogłosił się ich przywódcą. To właśnie Rażnatović nadał kibicom Zvezdy nazwę Delije, czyli "Junacy". Dyscyplina wojskowa pozytywnie podziałała na chuliganów. Skończyły się akty przemocy. Serbska prasa sportowa zauważyła zmiany w zachowaniu kibiców, podkreślając zasługi Arkana. W pierwszym artykule o Rażnatovicu w piśmie Zvezdina revija napisano, że jest "człowiekiem bliskim Zvezdzie, który doskonale wie, co się dzieje na stadionie Marakana, i pomaga Junakom zostawić politykę arenom politycznym". Przypominano, że "zajmująca północne skrzydło trybun grupa kibiców Zvezdy ogłosiła go zbawcą w momencie, kiedy dzięki osobistemu autorytetowi zdołał pogodzić zwaśnione strony".

Arkan i jego Tygrysy

Pod koniec 1990 roku Arkana aresztowano w Dvorze nad Uną i osadzono w więzieniu na pół roku. Oskarżono go o próbę pomocy tamtejszym Serbom, stawiającym zbrojny opór chorwackiemu reżimowi. Wcześniej jednak zdążył sformować Serbską Gwardię Ochotniczą. Był to paramilitarny oddział, którego trzon tworzyli kibice Crvenej Zvezdy. Oddziały te były odpowiedzią na brak ludzi do tzw. "brudnej roboty" na froncie - młodzi mężczyźni unikali służby wojskowej, sypiając co noc w innych mieszkaniach i symulując choroby. Milicja była zmuszona przeprowadzać łapanki w restauracjach. Wobec tych trudności, stadionowi chuligani, słynący z brutalnych aktów przemocy okazywali się rozwiązaniem problemu. Byli znakomicie zorganizowani, o czym w wywiadzie z 1994 toku opowiadał sam Arkan: "My, kibice, trenowaliśmy najpierw bez broni (...), od samego początku wymagałem dyscypliny. Kibice hałasują, chcą pić, wygłupiają się. Postanowiłem skończyć z tym od ręki, kazałem im obciąć włosy, golić się regularnie, przestać pić i wszystko potoczyło się zgodnie z planem".

Nieoficjalne logo Tygrysów

Rażnatović nazwał swoją armię "Tygrysy". Ćwiczyli w bazie milicyjnej w miejscowości Erdut na terenie Chorwacji. "Tygrysy" brały udział w ofensywie Serbów w 1991 i 1992 roku. Świat zaszokowały drastyczne fotografie z Bijeljiny, gdzie na jednej można zobaczyć, jak Rażnatović całuje prezydenta bośniackiej Republiki Serbskiej, Bilianę Plavśić, nad zwłokami muzułmańskiego cywila. Inne pokazują, jak "Tygrysy" kopią i depczą po głowach ludzkie ciała. Kiedy w 1995 roku rozpoczęła się kontrofensywa Chorwatów, Arkan ponownie zmobilizował oddziały "Tygrysów". Przeprowadzali oni najbardziej krwawe ataki niedaleko bośniackiej miejscowości Sasina. Ich patrole plądrowały domy i wyrzucały z nich całe rodziny Muzułmanów. Wchodzili do pustych domów, część szła do kuchni i wynosiła sprzęt gospodarstwa domowego, inni - wideo i telewizory, któryś zaczynał rozkopywać ogródek, szukać ukrytych kosztowności. Zawsze łatwo było rozpoznać ludzi Arkana. Paznokcie mieli czarne od kopania. Aresztowani Muzułmanie byli przesłuchiwani, bici, głodzeni i przetrzymywani w nieludzkich warunkach. Później ich zabijano i wrzucano do wspólnych mogił. Do zakończenia wojny armia Arkana uśmierciła, podrzynając gardła, dusząc i strzelając, co najmniej dwa tysiące mężczyzn i kobiet. Mimo okrucieństw, których dopuścił się Arkan i jego "Tygrysy", w Serbii zostali uznani za bohaterów. W programie rozrywkowym Maximaxovision Rażnatovića przedstawiano jako czarującego gentlemana, a nawet obiekt westchnień.

 

 

Och Roman!

Mateusz Janiak

Wślizgiem

Dziś rano gruchnęła wieść, że Roberto Di Matteo nie jest już szkoleniowcem Chelsea. Człowiek, który rozklekotanego niebieskiego rzęcha zdołał przekształcić w żelazny przegubowiec, by następnie rozpocząć transformację tegoż przegubowca w piękny, estetyczny kabriolet nie zasiądzie już na ławce „The Blues”. Pokal mieszczący pokłady cierpliwości Romana Abramowicza okazał się za mały – zawartość z hukiem przelała się przez jego krawędzi, a wraz z nią posada włoskiego szkoleniowca. Czy nie za prędko?

Di Matteo rozpoczął samodzielne panowanie na Stamford w marcu bieżącego roku jako tymczasowe rozwiązanie. Przejął zespół rozbity, skłócony, ślepo wpatrzony w starszyznę. Dostosował taktykę do możliwości, dogadał się ze swoistym areopagiem i ruszył na podbój Anglii oraz Europy. W niespełna trzy miesiące zdobył Puchar Anglii i – co najważniejsze – upragnione trofeum rosyjskiego oligarchy, czyli Ligę Mistrzów. Tym samym chwilowy opiekun przekształcił się w pełnoprawnego menedżera. Wielu zadawało sobie pytanie – ile w tych sukcesach zasługi RDM, a ile szczęścia?

Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie, a poza tym, czy dobremu trenerowi nie pomaga szczęście? Włoch prędko zakasał rękawy i rozpoczął rewolucję. Odeszli Drogba, Kalou, Bosingwa, Meireles, a Essien poleciał na wypożyczenie do Madrytu. W ich miejsce przyszli piękni dwudziestoletni, a więc Hazard, Oscar, Marin, Moses, Cesar Azpilicueta. Zmodyfikowano ustawienie z 4-3-3 przechodzące w 4-5-1 na 4-2-3-1. Liffting ruszył pełną parą.

Początek sezonu jednoznacznie sugerował, że RDM jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Chelsea z meczu na mecz, ze zwycięstwa na zwycięstwo rozpędzała się, niczym kula śnieżna, która jednak nabierała prędkości nie ze względu na gromadzony biały puch, a każde kolejne trzy punkty. Oczywiście jaskrawą plamą była klęska z Atletico, jednak Hiszpanie najzwyczajniej w świecie wykorzystali piętę achillesową Chelsea – obronę skrzydeł. Ani Hazard, ani Mata, ani Oscar nie poczuwali się do pomocy zupełni osamotnionym bocznym obrońcom (Brazylijczyk czynił to najchętniej spośród wymienionego tria), przez co często walczyli z przeważającymi siłami przeciwnika. Jednak Di Matteo doskonale o tym wiedział i ze spotkania na spotkanie defensywna postawa magicznej trójki kreatorów stawała się coraz lepsza. Aż przyszedł mecz z Szachtarem Donieck.

 

Fornalik wszystko zmienił na lepsze, ale nie wiadomo, co konkretnie

ogqozo

BALLMAN

Wczorajszy i dzisiejszy przegląd prasy nie zostawia wątpliwości: reprezentacja Polski zrobiła nagle ogromny postęp. Tam, gdzie na Euro, z Estonią czy jeszcze w mękach z Mołdawią była tragedia, beznadziejność i skrajna nieudolność - tak dzisiaj jest postęp, normalność, Fornalik "deklasuje Smudę".

Zupełnie przypadkowo ten postęp stał się ewidentny akurat po meczu z najbardziej przecenianą w polskich mediach drużyną - dziwny zbieg okoliczności, prawda?

A ja pytam: co konkretnie się zmieniło? Co ma czynić Fornalika tym lepszym od Smudy fachowcem? W czym ta kadra ma być lepsza od tego, co widzieliśmy przed meczem z Anglią?

Wynik? Zremisowaliśmy u siebie. Ależ postęp! Jak dowodzą bezpośrednie starcia z ostatnich lat, Anglia to nie jest ekipa silniejsza czy słabsza od takiej Rosji, Czech, Ukrainy czy Czarnogóry - czasami z nimi wygra, czasem przegra, ale generalnie od lat nie stoi na żadnej wyższej czy niższej półce. Jakby ktoś oglądał mecze Anglii w ostatnich latach, zamiast oceniać skład na zasadzie "A bo Rooney wygrał Premier League!!!" - to by wiedział, że to jest ekipa tak samo trudna.

Na Euro graliśmy wyrównane mecze z ekipami tego poziomu - nie wygrywaliśmy, bo marnowaliśmy okazje. Co mówiły media? Beznadzieja, tragedia, nie wracajcie do domu, kompromitacja.

Teraz... nadal remisujemy mecze z ekipami tego poziomu, mając przewagę i marnując okazje. Co mówią media? Wow, jest postęp, normalność, widać jakiś pomysł na grę, zupełnie inna klasa.

Zabawne. Jeśli mamy walczyć o awans z grupy, to mecze domowe z Anglią, Ukrainą czy Czarnogórą wypadałoby wygrywać. Wyrównane mecze - to dokładnie to samo, co było.

Powoli wychodzi na to, że brak awansu na Mundial wcale nie będzie bolał, dopóki Fornalik jest taki normalny. Tak, dokładnie tak piszą - brak awansu na wielką imprezę będzie i tak większym sukcesem, niż odpadnięcie w fazie grupowej Euro. Innymi słowy: postęp i normalność mają polegać na tym, że polska kadra nawet nie będzie miała szansy zagrać na tym poziomie, na którym "kompromitowała się" parę miesięcy temu. Aż chce się spytać: jaki sobie więc wyobrażamy dalszy ciąg takiego postępu? Awans na 100. miejsce w rankingu FIFA? Najważniejsze, żeby szkoleniowiec wyglądał normalnie!

 

Nice to Michu

Piotrek Dyga

Pod Pressingiem

– Hiszpański rynek z powodu złej sytuacji ekonomicznej, jest teraz bardzo dobry dla zagranicznych klubów. Santi kosztował Arsenal 15 albo 16 milionów funtów. Tanio, jak na zawodnika tej klasy. Pamiętam jedną zabawną sytuację z przeszłości. Graliśmy mecz, a Santi występował jako lewoskrzydłowy. Był tak dobry, że przeciwnicy zaczęli mówić między sobą, że trzeba zacząć zmuszać go do grania prawą nogą. Gdy to zrobili, on dalej ogrywał po trzech graczy naraz. Bo tak naprawdę jest prawonożny – Michu lubi opowiadać, łatwo zmienia wątki, snuje historie. Wywiady z nim zawsze są niebywale ciekawe. Powyższy fragment pochodzi z pierwszej dłuższej rozmowy, jaką Asturyjczyk zdecydował się odbyć z dziennikarzami po angielsku. Hiszpan tylko przez kilka tygodni korzystał z pomocy tłumacza – był nim jego rodak Angel Rangel. Później stwierdził, że trzeba podjąć wyzwanie i nikim się nie zasłaniać. Dziennikarz przeprowadzający wywiad nie ukrywał zachwytu po konwersacji z Asturyjczykiem. Rozmowny, zabawny, ciągle żartuje, przeprasza, gdy brakuje mu słowa, przeprasza, gdy powie coś źle. – Spotkajmy się następnym razem za dwa miesiące. Zobaczysz, będę bardzo dobrze znał język – śmiał się. Widać, że podoba mu się na Wyspach.

Michu, zanim wskoczył na najwyższy poziom, zrobił duży rozbieg. Jeszcze w wieku 21 lat grał w czwartej lidze. Później przeniósł się o poziom wyżej, później jeszcze wyżej i jeszcze wyżej… Hiszpan jest wychowankiem Realu Oviedo, i mimo że upadłego asturyjskiego giganta opuścił ładnych parę lat temu, ciągle pozostaje wiernym fanem klubu z Estadio Carlos Tartiere. – Wiem, że to może być uznane za coś dziwnego, ale to moja drużyna, niezależnie od tego, czy gra w trzeciej, drugiej czy pierwszej lidze. To się nie zmieni – mówi. – Miałem ofertę ze Sportingu, oferowali mi długi, pięcioletni kontrakt, wysoką pensję i miejsce w wyjściowym składzie w Primera Division, ale ja nie mogę dla nich grać, to lokalny rywal. Michu grał w tamtym czasie w Celcie Vigo i musiał odczekać jeszcze rok, by otrzymać możliwość gry w La Liga. Beniaminek z Vallecas zgłosił się po niego, a on ofertę przyjął, mimo że finansowo nie powalała na kolana. Rayo miało (ciągle ma) wielkie problemy finansowe, dlatego każdy zakontraktowany przez klub piłkarz musi zdawać sobie sprawę z tego, że kokosów pod Madrytem spodziewać się nie może. Michu podpisał umowę z niską klauzulą odstępnego – był to ukłon w stronę zawodnika, który chciał grać tam, gdzie inni nie chcieli. Hiszpan nie ukrywa, że właśnie w sercu Kastylii jego umiejętności zostały w pełni odkryte, a talent ostatecznie doszlifowany. – W Celcie sytuacja wyglądała tak, że grałem w jeden weekend, a potem dwa tygodnie siedziałem na ławce. W takim rytmie nie da się dojść na szczyt. W Rayo występowałem zawsze od początku do końca. Jeśli będziesz w siebie wierzył, to przyjdzie moment eksplozji formy – zapewnia zawodnik. – Sandoval [ówczesny trener Rayo – dop. red.] był dla mnie jak ojciec, to dzięki niemu dotarłem tu, gdzie teraz jestem – dodaje. Sezon 2011/2012 był w wykonaniu Michu niemal doskonały. Niemal, bo jednak ta końcowa desperacka walka o utrzymanie w Primera psuje ogólny sielankowy obraz. Gdyby jednak o niej na chwilę zapomnieć, wszystko jest pięknie. Hiszpan zdobył 15 bramek, dwa razy pokonał Ikera Casillasa na Bernabeu, a pierwsze trafienie z tego meczu było najszybciej strzelonym przez gości golem w ligowej historii Realu Madryt. Mała rzecz, a cieszy. Po zakończeniu rozgrywek Asturyjczyka niemal wszyscy eksperci uznali za odkrycie sezonu, dziennikarze prześcigali się w wymyślaniu potencjalnych kierunków, jakie obrać może pomocnik. Valencia, Sevilla, Atletico… Podobno ofert było bardzo dużo. Podobno.

 

ONBG: Oliver Torres

Natalia Michalczyk

igol.pl

Jorge Valdano powiedział kiedyś, że Romario ze względu na to, co robi na murawie, jest jak piłkarz z kreskówki. Atletico Madryt ma w swojej szkółce innego gracza z bajki. Nazywa się Oliver Torres Munoz, ma niespełna 18 lat i występuje na pozycji pomocnika. Dlaczego jest taki bajkowy? Swoje imię zawdzięcza Oliverowi Atomowi, czyli hiszpańskiej wersji kapitana Tsubasy – ale to nie wszystko.

Hiszpanie lubią tłumaczyć wszystko na swoją modłę. Bohater japońskiego anime „Kapitan Jastrząb”, którego cały świat zna jako Tsubasę Oozorę, na Półwyspie Iberyjskim nazywany był Oliverem Atomem. W latach 90. jego błyskawiczną karierę śledziły tysiące Hiszpanów, trudno się zatem dziwić, że rodzice bohatera naszego dzisiejszego tekstu z cyklu „O nich będzie głośno” zdecydowali się ochrzcić syna imieniem zawodnika Nankatsu FC. Urodzony 10 listopada 1994 roku w Navalmoral de la Mata, mieście należącym do wspólnoty autonomicznej Estremadura, Oli dorastał więc pod sporą presją – nie miał wyjścia, musiał być tak dobry jak Tsubasa vel Oliver.

Sylwetkę rozpoczniemy nietypowo, bo od nagrania prezentującego umiejętności piłkarza. I wcale nie zaburzymy w ten sposób chronologii artykułu. Zobaczcie, jak radził sobie na placu gry dziesięcioletni Oli:



Tagi: konkursy
19:41, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (7) »
piątek, 04 stycznia 2013

I kolejna - przedostatnia już - porcja notek-kandydatów w naszym konkursie na Notkę Roku 2012... 

 

"Zamach" na Wengera

Łukasz Woźny

Z angielskich boisk

Najgorsza pozycja po 15 kolejkach za czasów Wengera, brak stylu, wyników, piłkarzy gotowych poświęcić się dla Arsenalu. Tak w skrócie wygląda rzeczywistość w klubie z Emirates po porażce ze Swansea. Nieśmiało zaczynają przebijać się głosy o potrzebie zmiany na stanowisku trenera. Jednak czy to Wenger jest w tym momencie głównym winowajcą obecnej sytuacji?
Arsenal w dzisiejszych dniach nie zalicza się do futbolowej czołówki. Najlepsi piłkarze nie zabijają się o to, by grać w tym londyńskim klubie. Do ekipy z Emirates trafiają zawodnicy ponad przeciętni, ale też nie wybitni. Nie tylko ze względu na politykę finansową klubu, ale i możliwość zdobycia trofeów, czego póki co Arsenal nie zapewni. Jeżeli jakiś piłkarz dojdzie do poziomu światowego klub z Londynu robi się dla niego mały. Zawodnik tam się po prostu dusi. Wie, że nie jest w stanie wraz z Kanonierami zdobywać trofeów, ale każdego dnia jest mamiony obietnicami Wengera, że jutro będzie lepiej. O ile te obietnice kilka lat temu mogły mieć przełożenie tak teraz jest to pojęcia bardzo abstrakcyjne. Arsenal zdobywa mistrzostwo Anglii? Brzmi nieprawdopodobnie, prawda? W takiej sytuacji zawodnik zaczyna się powoli rozglądać za nowym klubem w którym albo może lepiej zarobić, albo zdobyć trofea, a najlepiej połączyć jedno z drugim. Z czasem zaczyna również dostrzegać to, że jego boss żyje w odosobnionym, wyidealizowanym świecie. Taka sytuacja przytrafiła się kolejno Adebayorowi, Kolo Toure, Clichiemu, Fabregasowi, Nasriemu, Songowi a co najgorsze van Persiemu.

Większość z nich osiągnęła swój cel, czyli i zarobiła i sięgnęła po puchary. Jednak żaden z nich (może z wyjątkiem van Persiego) nie miał takie pozycji i takiego statusu jak w swoim byłym klubie. Zazwyczaj w przypadku większości jest to równia pochyła w dół. Zmierzam do tego, że Wenger z obecną polityką finansową i realiach panujących na rynku transferowym nie jest w stanie zbudować zespołu mogącego realnie powalczyć o mistrzostwo. Co z tego, że przyszedł Cazorla, jak odszedł van Persi. Komu on ma dogrywać, jak nie ma egzekutora. Holender został zastąpiony średnim Giroud. Wenger zamienił nowiutkie Porsche na pięcioletniego Opla. Wychodzi na to, że mimo iż sprzedano tylko jednego znaczącego zawodnika a kupiono trzech to i tak Wenger wyszedł stratny. Arsenal po prostu NIE MA PRAWA zdobyć mistrzostwa. Celem powinno być czwarte miejsce co i tak może przerosnąć Arsene'a i spółkę. Jednak póki co Arsenal jest dziesiąty (...)

 

Paris Saint-Germain. Sztuka tworzenia potęgi

Bartłomiej Rakuzy

transfery.info

Do Paris Saint-Germain sentyment mam szczególny. Widząc logo paryskiego klubu ciągle mam przed oczami kolegów biegających w koszulkach Patrice'a Loko, Rai'a, Alaina Roche, a niekiedy nawet początkujących bramkarzy w bluzach Bernarda Lamy. Kto grał w Sensible World Of Soccer 96/97 ten zapewne wie, że tamtym składem dało się nawet przeciwstawić chyba najlepszemu w tej grze Milanowi z niezapomnianym George Weahem na czele. Ten zresztą w 1995 roku przeniósł się do Mediolanu właśnie z Paris Saint-Germain. Wspominając o wielkich nazwiskach lat 90-tych i kolejnej dekady nie można zapomnieć o takich asach jak Ronaldinho, Pauleta, Simeone, Anelka, Rothen, Guily, a nawet grający teraz w Legii Warszawa Daniel Ljuboja. 

Teraźniejsza drużyna to PSG tamtych czasów postawiona na głowie. Od 2011 roku w 70% właścicielem klubu jest znany już bardzo dobrze w środowisku futbolowym fundusz Qatar Sports Investments, a prezesem mający więcej wspólnego z tenisem niż piłką nożną Nasser Al-Khelaifi. Facet o takim nazwisku i narodowości nie może kojarzyć się z niczym innym jak z pieniędzmi. Obrzydliwie wielkimi pieniędzmi. I tak jest w rzeczywistości. Klub ze stolicy Francji, który jeszcze w końcówce sezonu 2007/2008 cudem uniknął spadku do Ligue 2 w tej chwili nie bez szans marzy o ściągnięciu, jak to powiedział Mino Raiola, "Mona Lisy" współczesnego futbolu, Zlatana Ibrahimovica (...)

 

One man team, czyli jak to jest naprawdę

Marcin Kwiatkowski

Clock End

Obecny sezon Arsenalu to prawdziwy rollercoaster. W ostatnich miesiącach nasz zespół dotykały zarówno bolesne porażki (czy wręcz kompromitacje), jak i niespodziewane zwycięstwa. Zespół wpadał w dołek po to, by za chwilę się z niego wydostać (tak, tak, potem znów w niego wpadał). Kilka rzeczy w drużynie Kanonierów pozostawało jednak niezmiennych – że pozwolę sobie w tym momencie wspomnieć choćby o pladze kontuzji, która chyba nigdy już nie da nam spokoju. Dziś jednak chciałbym skupić się na innej kwestii. Odkąd forma Robina van Persiego wystrzeliła w okolicach sylwestra 2010/11, jednym z głównych tematów rozmów dotyczących zespołu Arsene’a Wengera jest pytanie, czy Arsenal to tzw. „One man team”. Zwolennicy takiego stwierdzenia zauważają, że gdyby nie kapitan Kanonierów ich pozycja w lidze byłaby znacznie gorsza od obecnej, a zdobycz bramkowa drużyny z północnego Londynu zmniejszyłaby się prawie o 50%. Na poparcie swojej tezy wyciągają (ze wszech miar słuszny zresztą) argument mówiący o tym, że w Arsenalu nie ma obecnie piłkarza, który mógłby przejąć obowiązki RvP w razie jego kontuzji, czy też nagłego spadku formy. Z kolei przeciwnicy nazywania Arsenalu drużyną jednego piłkarza najczęściej bronią się, przywołując casusy Lionela Messiego z Barcelony i Cristiano Ronaldo z Realu Madryt. Otóż ich zdaniem van Persie jest po prostu gwiazdą swojego zespołu (tak samo jak przywołani wcześniej panowie grający w lidze hiszpańskiej), a przecież mało kto nazywa Real czy Barcelonę drużyną jednego zawodnika.

Jak jest naprawdę? Czy kibice futbolu rzeczywiście mają pełne prawo nazywać Arsenal mianem „One man team”? Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Dzięki statystykom dostępnym na stronie whoscored.com oceniłem przydatność liderów klasyfikacji strzelców ligi angielskiej dla swoich drużyn. Wyniki prezentują się następująco:

 

(...)

 

Prawdziwa krew

Rossi

GOOD OLD ARSENAL


Najbardziej popularny obecnie system gry zakłada współpracę trzech zawodników w środku pola. Takim ustawieniem rozpoczynają spotkania niemal wszystkie ekipy należące do europejskiej czołówki. Z reguły ruch w centralnej części boiska, choć oparty na intensywnej migracji, ma swoje prawidła. Każdy z trójki środkowych pomocników ma przypisaną główną specjalizację. Jeden odpowiada za destrukcję i organizowanie akcji zaczepnej tuż po przejęciu piłki od obrońców bądź odebraniu jej rywalowi. Drugi jest konstruktorem – określa kierunek ataku i reguluje jego tempo,  swoim ruchem bez piłki bądź podaniem zdobywa wolną przestrzeń. Trzeci pomocnik to kompozytor – jego rozliczamy z dotknięć. To właśnie one powodują te głośne westchnienia kibiców. To oni notują spektakularne asysty, próbują najtrudniejszych rodzajów podań, wikłają się w karkołomne dryblingi i przeważnie wychodzą z nich bez szwanku.

Czasami jednak te różnicę się zacierają i jeden zawodnik we wszystkich rolach potrafi się znakomicie odnaleźć. Wczoraj nominalny konstruktor kreślił kompletne projekty akcji, do tego wykonywał solidną pracę fizyczną przy odbiorze piłki by po chwili jak natchniony komponować kolejne boiskowe wariacje. To był zdecydowanie najlepszy występ Wilshere’a od powrotu po kontuzji. Przyjemnie oglądało się tę zaciętość w oczach Jacka podpartą fantazją i młodzieńczą bezczelnością. Kilka razy przedzierał się przez gąszcz  rywali i niestrudzenie odpierał ich zdecydowane ataki. Chętnie też wyprowadzał ich w pole zręcznymi unikami i nieprzewidywalnymi zmianami kierunku biegu. Wreszcie aż czterokrotnie posyłał kluczowe podania do swoich partnerów (...)

 

Wirus na spalonym

Piotr Kaczmarczyk 

Piłka Na Karku

Chociaż o zagrożeniach związanych z wirusem HIV dyskutowano w środowisku zawodowych piłkarzy już na początku lat 80tych, to obawa przed publicznym potępieniem i zepchnięciem na margines świata sportu skutecznie uciszała uzasadnioną debatę. Zmiana przyszła dopiero z końcem lat 90tych. Wtedy właśnie brazylijski środkowy napastnik, 28-letni Jose Eduardo Esidio podpisywał kontrakt z czołowym klubem ligi Peruwiańskiej, Universitario. Podczas obowiązkowych testów medycznych poddano zawodnika badaniom na obecność wirusa HIV – bez jego zgody. Wynik okazał się pozytywny co początkowo doprowadziło do wstrzymania negocjacji między stronami. Klub ostatecznie zatrudnił Esidio, mając na uwadze rozporządzenie wprowadzone przez Peruwiańskie władze w 1993 roku. Mówiło ono o zakazie dyskryminacji pracowników zarażonych wirusem HIV przez potencjalnego pracodawcę. Eduardo, dla którego kontrakt z Universitario był życiową szansą na rozwinięcie nieprzeciętnego talentu i poprawienie kondycji materialnej swojej rodziny, z miejsca stał się gwiazdą. Za zaufanie jakim go obdarzono odpłacił się strzelając wiele bramek, które pomogły klubowi w wywalczeniu mistrzostwa Peru trzy sezony z rzędu (w latach 1998-2000). O roli jaką Esidio odegrał w historii stołecznej drużyny niech świadczy fakt, że w 2000 roku został królem strzelców z 37 trafieniami na koncie. Wynik poszedł w świat i poza nagrodą dla najlepszego strzelca Ameryki Południowej znalazł się również na podium rankingu dla najskuteczniejszego napastnika świata sporządzonego przez Międzynarodową Federację Historyków i Statystyków Futbolu. Wyprzedził go tylko Mario Jardel występujący wówczas w FC Porto.

W 2001 roku strzelec wyborowy zmienił barwy klubowe i dołączył do lokalnego rywala Alianza Lima. Z Eduardo w składzie klub wygrał Aperturę i zakwalifikował się do Copa Libertadores, uświetniając tym samym 100lecie istnienia. Media w Peru całą uwagę skupiały na grze i zasługach swojego ulubieńca, zrzucając na dalszy plan problemy zdrowotne. Oczywiście znaleźli się również „uprzejmi” rywale, jak chociażby trener Sportingu Cristal Juan Carlos Oblitas, którzy publicznie nawoływali do unikania ostrych starć z Esidio, mogących prowadzić do zakażenia wirusem przez innych zawodników. Na krytykę napastnik odpowiadał zawsze świetną grą. Do historii przeszedł mecz z Cienciano. Spotkanie rozegrano w Cusco na wysokości ponad 3300m n.p.m. Fatalne warunki potęgowały kilkudniowe ulewy zmieniające płytę boiska niemal w basen oraz zimny i porywisty wiatr. W obawie o zdrowie trójki czołowych zawodników trener nakazał dwójce z nich pozostać na ławce rezerwowych. Jedynym, który pozostał na placu boju był Eduardo Esidio, udowadniając tym samym, że ciężka choroba zawsze przegrywała walkę z jego wrodzonym zaangażowaniem i determinacją. Chyba tylko z powodu ogromnej konkurencji w ataku Canarinhos na przełomie wieków, nie znalazło się dla niego miejsce w reprezentacji. Obfitującą w sukcesy drużynowe i indywidualne karierę, zakończył w 2003 roku reprezentując barwy brazylijskiego Botafogo(RP).

 

 

"That's why Red Sox will never win the series"

Piotrek_83   

Planet Of The Sun

(...) Wśród powszechnego pompowania przysłowiowego balonu, chciałem uczepić mu możliwie dużo balastu w postaci - tak właśnie - trzeźwego realizmu. W trosce o Was - kibiców "niedzielnych", którzy na co dzień piłką nożną nie interesujecie się zupełnie. Nie śledzicie rozgrywek, nie znacie na pamięć kadr finalistów, nie macie pojęcia co oznaczają te dziwne cyferki u bukmacherów. Ale przygotowujecie fantazyjne stroje i pełni nadziei idziecie na miejsca przestrzenne, ludźmi wypełnione, aby dopingować "Naszych". Naprawdę przykro mi patrzeć na Wasze smutne twarze, na Wasz gasnący entuzjazm, tak gorący jeszcze kilka godzin wcześniej. Chciałem obronić Was przed tymi, którzy w medialno-marketingowej rzeczywistości przy każdej takiej okazji próbują utkać z Waszych marzeń i nadziei latający dywan, chociaż doskonale wiedzą, że stać ich tylko na wykładzinę. Rozumiem Wasze zmieszanie, Waszą konsternację teraz, gdy jeszcze niedawno przekonywano Was, że trafiliśmy do najłatwiejszej grupy z możliwych, że w pierwszym etapie nie powinniśmy się bać nikogo i że medal w tym turnieju jest jak najbardziej realny. I nie minęło kilka godzin, a nagle słyszycie, że Rosjanie to jednak nadludzie, którzy we wtorek przetoczą się po nas jak lawina po zboczu Kasprowego, a i Czesi - mimo klęski z nimi - grają na tyle dobrze, że wciągną nasz zespół niczym talerz knedlików. Nie czujecie się trochę oszukani? Otumanieni przez medialnych propagatorów sukcesu? Oczywiście nie zwracam się z tym pytaniem do wytrawnych kibiców, do tych wszystkich, którzy wiedzą, kto to jest Arszawin, Baros i czym różni się spalony od woleja.

Nie Was bowiem chciałem ostrzegać, ale tych wszystkich, których porwała - i słusznie - fala entuzjazmu związana z organizacją największej sportowej imprezy w historii tego kraju. To właśnie tych "niedzielnych" (błagam, nie odczytajcie tego jako epitet, nie znalazłem tymczasowo innego określenia) kibiców chciałem przekonać - może momentami zbyt ostro, przyznaję - że warto cieszyć się z każdej bramki, z każdego punktu zdobytego przez Naszą Reprezentację, z każdego momentu, gdy nawiążemy równorzędną walkę z silniejszym przeciwnikiem (czyli każdym na tym turnieju). To już byłby ogromny sukces tej drużyny. Jasne, nie zabraniam nikomu marzyć, widzieć w wyobraźni jak 1. lipca Jakub Błaszczykowski wznosi do góry Puchar Henri Delaunaya. Jak w życiu, tak i w sporcie, biedak zostaje czasem królem, underdog pokonuje starego mistrza, Dawid - Goliata. Można o tym po cichu marzyć, można śnić, ale nie można tego od tych piłkarzy oczekiwać. Bo przywiązujemy im w ten sposób do butów worki z marzeniami 39 milionów ludzi, które ważą wówczas więcej niż wyobrażona w jednogroszówkach suma pieniędzy, za jakie zbudowano Stadion Narodowy (...)

 

Wiślacki kryzys wciąż trwa

Daniel Flak

Sport i tylko sport!!

Można już się na pewno wypowiedzieć na temat postawy piłkarzy ściągniętych latem na R22 przez Jacka Bedarza. No i oczywiście kolorowo nie jest. Chyba najlepiej o dyspozycji Daniela Sikorsiego świadczy fakt, że Michał Probierz na boisko w Szczecinie woli wpuścić Rafała Boguskiego, zawodnika wiecznie kontuzjowanego, już nieco zapomnianego, szwędającego się po gabinetach lekarskich od rana do nocy, każdego dnia. Romell Quito ledwie co zdążył w dłuższym wymiarze czasowym po ekstraklasowych boiskach pobiegać, a już zachował się wyjątkowo bezczelnie, chamsko i bezsensownie, robiąc sobie spacerek, takim ciężkim krokiem, po nogach Łukasza Piątka i zbierając za to długie, pięciomeczowe zawieszenie. Fredriksen gra bardzo przeciętnie, można rzec, dostosowuje się poziomem do kolegów z wiślackiej defensywy. Arkadiusz Głowacki zagrał w trzech meczach, prezentował się średnio. Rozbudził nadzieję na to, że przez dłuższy czas nie złapie kontuzji. Niestety, złapał, na rozgrzewce tuż przed czwartym meczem. W nim już nie wystąpił.

Oczywiście zaczęło się już mówić o tym,  że pozycja Michała Probierza jest zagrożona, że lada moment Bogusław Cupiał pożegna kolejnego trenera w swojej wiślackiej karierze. I zaczęły się dywagacje: Smuda czy może jednak ktoś inny. Moim zdaniem, zwolnienie Probierza byłoby bardzo dużym błędem właściciela klubu spod Wawelu. Po pierwsze, Michał jest  bardzo dobrym szkoleniowcem, powiedziałbym, że jednym z trzech najlepszych w Polsce. Po drugie, na wyniki trzeba chwilę poczekać, zwłaszcza po tylu zmianach w letnim okienku. Zazdrościmy Bate Borysów ich osiągnięć w Lidze Mistrzów, zwycięstwa z Lille, regularnego kwalifikowania się do tych elitarnych rozgrywek.  A przecież Bate nie gra w silnej lidze, nie ma swojej własnej La Masii,  nie ma na ławce trenerskiej Jose Mourinho i nie rządzą nim arabscy szejkowie. Brakuje tam nawet nowoczesnego, dużego, europejskiego stadionu wysokiej klasy. Ale w tym klubie jest rzecz absolutnie kluczowa w budowie zespołu klasy europejskiej. Stabilizacja. To, połączone z inteligentną polityką klubową, wystarcza. Od 1996 roku było w ekipie z Białorusi zaledwie trzech trenerów. A przecież żaden z nich wyników od razu nie osiągał, każdy miał czas na zbudowanie zespołu. A więc apel do Bogusława Cupiała i innych polskich działaczy – chcecie wyników, bądźcie cierpliwi, dajcie czas! Może wtedy je dostaniecie.


John Super Guidetti

angamoss

Manchester City - Górnik Zabrze

(...) Po tym udanym sezonie pojawił się pierwszy zgrzyt pomiędzy Manchesterem City, a Szwedem. W wypadku Johna wątpliwości rozumiano jako jego wielką ambicję, graniczącą z arogancją, co fanom The Citizens przypominało nieco casus Daniela Sturridge'a. Anglik po kampanii 2009/2010 zamienił Manchester na niebieski Londyn, wcześniej żądając niebotycznej podwyżki jak na młodego zawodnika, pomimo iż dostawał od Marka Hughesa niemało szans na grę. Guidetti, zdawało się, był bliski pójścia w ślady Daniela, ale na szczęście stało się inaczej. Na koniec sezonu 2010/2011 mógł odejść z City za darmo do Twente Enschede, awizowany jako najlepszy strzelec zespołu rezerw i niezwykle utalentowany napastnik rządny gry na seniorskim poziomie. W porę jednak się zreflektowano na Eithad i wstępna umowa z holenderskim klubem nie weszła w życie, a Guidetti znów wyjechał z Błękitnymi do Ameryki. Zgrupowanie okazało się udane - John zdobył gola przeciwko Vancouver Whitecaps, a dzień później klub ogłosił podpisanie nowej, trzyletniej umowy ze szwedzkim napastnikiem.

Pamiętamy lato 2011 - zawirowanie wokół Teveza, sprowadzenie, rzekomo w w miejsce Apacza, Sergio Aguero, miało dla Johna oznaczać czwarte miejsce na liście napastników The Citizens, stąd temat wypożyczenia praktycznie nie istniał do ostatnich dni okienka transferowego. Kiedy stało się jasne, że Manchester City nie otrzymał satysfakcjonującej oferty za Teveza, szybko uruchomiono kontakty w Holandii i John na rok trafił do Feyenoordu, młodego zespołu prowadzonego przez Ronalda Koemana. Ekipa z Rotterdamu potrzebowała nowego impulsu po poprzednim, kompletnie nieudanym sezonie, w którym ponieśli chyba najbardziej kompromitującą klęskę, jaką można sobie wyobrazić - PSV zniszczyło ich aż 10:0. Kto by pomyślał, że młody, utalentowany Szwed będzie jednym z głównych autorów przywrócenia Feyenoordu na należne mu miejsce w lidze holenderskiej. Zaczęło się skromnie, od pewnie wykorzystanego karnego w debiucie (...)

 

How are you Ronaldinho?

mateusz1341

viscaelbarca.pl

Drybling, technika, balans ciałem, strzał. Magik, gwiazdor, showman. O kim mowa ?

O zawodniku, który w moim mniemaniu zasłużył na miano piłkarskiego boga. Ronaldinho - bo o nim mowa - jeszcze nie tak dawno uznawany był za człowieka nie z tej planety, potrafiący z piłką zrobić dosłownie wszystko. Dwóch? Trzech? Czterech? Te liczby na Brazylijczyku wrażenia nie robiły. Nieważne ilu graczy było przed nim, on zawsze wymyślał coś nieprzeciętnego, coś wielkiego, coś po prostu wspaniałego...

Ale zacznijmy od początku...

Lato, rok 2003. Z Przejściem Ronaldinho było wiele spekulacji. Na początku gazety donosiły, że piłkarz jest już w niemal 100% zawodnikiem Manchesteru United. Następnie pojawiły się informacje, że sam Real Madryt jest gotów zakupić młodego i zdolnego ówcześnie zawodnika z Porto Alegre. Sam zawodnik w wielu wywiadach dla francuskich stacji potwierdzał, iż od dziecka marzy o grze w białej koszulce. Jednakże to stolica Katalonii została klubem, do którego piłkarz ma do dziś sentyment.. Transfer kosztował kataloński klub 32mln euro, i w oczach Franka Rijkaarda były to najlepiej wydane pieniądze w historii klubu...

Nie minęły 2 miesiące a Ronaldinho stal się najjaśniejszym punktem odniesienia filozofii hiszpańskiego klubu. Nieprawdopodobne umiejętności techniczne wprawiały w szał radości kibiców z Camp Nou. Nie trzeba było długo czekać, aż "10" stanie się idolem dzieci, młodzieży ale również ludzi starszych, którzy razem ze swoją gwiazdą potrafili się cieszyć ze zwycięstw, przepięknych goli i asyst. Dzięki swojej niebywałej technice i finezji, Ronnie stał się ikoną światowego futbolu. W tamtym okresie wielu uznawało go za za tego, który ma przywrócić Barcelonie dawny, utracony blask.

 

BBC o Polsce i Ukrainie, czyli hipokryzji szczyt osiągnięty

Robert Woziński

Między bramkami

Zapewne wszyscy już słyszeli o materiale przygotowanym przez znaną angielską stację BBC. Tym, którzy jeszcze się z nim nie zapoznali proponuję najpierw przeczytać tekst, a dopiero później włączyć dokument, który możecie znaleźć na końcu wpisu. Zapewniam Was,
że po obejrzeniu filmiku złapiecie się
za głowę i nie będziecie wierzyli temu,
co zobaczyliście. Nieprawdopodobne wręcz jest to, jak łatwo zrównać kogoś z taplającą się
w błocie świnią, jednocześnie samemu siedząc po uszy w bagnie.

 „W wyemitowanym dokumencie przedstawiono zdjęcia z krajów gospodarzy mistrzostw, na których widać kibiców salutujących i naśladujących małpie odgłosy, gdy przy piłce jest czarnoskóry piłkarz.” – taki opis dokumentu filmowego prezentuje BBC. Jako wielbiciel angielskiej piłki oraz uważny widz każdej kolejki wyspiarskich pojedynków, czuję się w obowiązku zabrania głosu na temat rasizmu
w Anglii. Niejednokrotnie podczas fascynowania się spotkaniami rodem z Premier League mogłem usłyszeć zarzucane polskim kibicom buczenie w stronę czarnoskórych piłkarzy. Co więcej, wielokrotnie wręcz dostrzec można było również skórki od bananów, które ciśnięte z trybun bezwładnie spadały na murawę. Ale naturalnie to my – Polacy – jesteśmy rasistami. Oczywiście, że w Polsce są ludzie, którzy niespecjalnym szacunkiem darzą osoby o ciemniejszej karnacji. Ale nie uważam, że takich ludzi w Polsce jest więcej niż w Anglii.

Problem rasizmu nie jest problemem „Polski i Ukrainy”. Problem rasizmu jest problemem, z którym boryka się cały świat – od zimnej Grenlandii po jeszcze zimniejszą Antarktydę, od przepełnionej łososiami Alaski aż po Polinezyjską wyspę Kiribati. Wszędzie możemy trafić na półgłówków, którzy poza prostymi zdaniami w postaci: „stara, daj obiad” oraz „gdzie jest moje piwo?” niewiele sklecić potrafią. I to właśnie tacy ludzie najczęściej są rasistami, gdyż wyjście poza ich betonowo ograniczony intelekt jest wręcz niewykonalne. Ja się z takimi osobami nie identyfikuję, jedną z nich nie jestem i z ręką na sercu przyznam – niewiele takich znam. Natomiast według programu pt. „Stadiums of hate” (z ang. „Stadiony nienawiści”) – od takich ludzi aż się tutaj roi. Ba, wręcz rzadkością jest spotkanie w Polsce czy też na Ukrainie osoby o przyjaznych, nieantysemickich
i nierasistowskich przekonaniach (...)

 

 



Tagi: konkursy
17:16, francuski_lacznik , Konkursy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 stycznia 2013

I kolejna porcja notek - kandydatów w naszym konkursie na Notkę Roku 2012...

 

Mój piłkarski ekshibicjonizm

Andrzej Kotarski  

Wychowany na futbolu

(...) Zżerające pragnienie tytułu w Premier League oddaliło w niebyt nawet regularne sukcesy w Lidze Mistrzów z lat Rafy Beniteza. Dziś Liverpool o Champions League tylko mówi, a mistrzostwo ligi wydaje się marzeniem ściętej głowy. Gdy oglądałem niedawno film o historii Liverpoolu, seryjnie zdobywane puchary z lat 70-tych i 80-tych wydawały się odległe jak chrzest Polski. Z obecnym klubem powoli łączy je już tylko koszulka z Liverbirdem.

Jestem sam sobie winien. Kiedyś usłyszałem, że jeden z kolegów trzyma za Evertonem. Pomyślałem, że to ekstra ekscytować się klubem ze środka stawki, który nie mierzy co roku w trofea. Miło cieszyć się z każdej ligowej wygranej, a nie tylko spotkań o wielką stawkę. Nie pomyślałem, że kilka lat później i Liverpool zacznie celować niżej. Dlatego dobra rada – zawsze myślcie o sobie jako przystojnym miliarderze z niepsującym się magnesem do przyciągania kobiet w wymiarach 90-60-90. Mówisz i masz.

Mimo coraz większych chmur nad Anfield, ciągle wierzę, że historia zatoczy koło i wrócą dni chwały. Dlatego ekscytuję się transferami. Czytając plotki o planowanych przenosinach Davida Villi, Carlosa Teveza lub Samuela Eto’o zawsze widzę nowe gwiazdy jako fundament sukcesu. Niestety częściej zdarzają się gorzkie pigułki. Pięknie zapowiadające się przenosiny Aquilaniego, Joe Cole’a, czy Morientesa kończyły się tylko opadaniem rąk z bezsilności. Co gorsza, obecny Liverpool płaci dużo, a sprowadza najczęściej graczy średniej klasy. Absurdalne 35 mln funtów za Andy’ego Carrolla spowodowało u mnie niesmak jak po ostro zakrapianej imprezie z denaturatem i tanimi nalewkami w roli głównej.

Widocznie kibicom niektórych klubów zapisane jest odwieczne fatum. Spytajcie Michała Okońskiego, wiernego sympatyka Tottenhamu i autora świetnego bloga “Futbol jest okrutny”. Już sam tytuł tej strony wskazuje na główne prądy emocjonalne, z którymi autor kojarzy piłkę nożną. Boję się, że Liverpool podąża w tym kierunku.

 

Piłkarska anatomia mózgu

Mateusz Rokuszewski

Po zielonej trawie

Śródmózgowie, zawiera centra odruchów wzrokowych, a jeśli mnie oczy nie mylą, to najpiękniej grają  Hiszpanie. Świetna linia pomocy, umożliwiająca  wybieranie rozwiązań tak nieszablonowych, że żaden trener nie odważyłby się rozrysować ich na szatnianej tablicy. Połączone siły zantagonizowanych klubowych potentatów zapewniają piłkarską maestrię.

Most, zaangażowany w regulacje oddechu, mówi mi, że Euro wygra drużyna z najlepszą kondycją. Taką będzie Rosja. Przekonywał o tym m.in. Cesare Prandelli i rzeczywiście rosyjskie maszyny, biegające za piłką kopie Ivana Drago, przygotowaniem fizycznym mogą dużo ugrać. Za wszystkim stoi niejaki Raymond Verheijen, który z niejednego pieca piłkarski chleb jadł.

Rdzeń przedłużony związany jest z czynnościami odruchowymi, więc i ja odruchowo wskażę na Portugalczyków. Odruch spowodowany jednym nazwiskiem – Cristiano Ronaldo. Portugalski gwiazdor, nie widząc pleców Leo Messi’ego przed sobą, może złożyć świetnym Euro akces do Złotej Piłki. Najpoważniejszy od 3 lat. Przy okazji zmazać plamę po średnich wcześniejszych turniejach. Bez balastu faworyta Portugalczycy mogą wiele (...)

 

Niepokonany rewelacyjny czwartoligowiec!

Karol Gorzkowski

kieleckapilka.pl

(...) Kolejnym mocnym punktem drużyny jest defensywa dowodzona przez doświadczonego grającego trenera Zbigniewa Krupę. W obronie wybitnie spisuje się Łukasz Chuptyś, który jako jedyny zawodnik Unii w obecnym sezonie rozegrał sto procent czasu we wszystkich meczach!
Dwadzieścia goli zdobytych przez Unię w tym sezonie, to głównie zasługa 24-letniego Wojciecha Zapalskiego i 25-letniego Grzegorza Samburskiego. Wojtek Zapalski z dziewięcioma trafieniami jest liderem kwalifikacji strzelców IV ligi, a tylko trzy gole mniej do tej pory zdobył Grzegorz Samburski. – Wojtek Zapalski już od kilku sezonów jest wyróżniającym się graczem, jednak w tym jest zdecydowanie najlepszy i najskuteczniejszy, a do tego bardzo pracowity Grzesiek Samburski tworzą duet, który jest postrachem każdej czwartoligowej defensywy – twierdzi trener Rokicki.

–  Zdecydowana większość zawodników to młodzi gracze, wychowankowie Unii, którzy jeszcze niedawno grali w Klasie Okręgowej – podkreślają trenerzy Rokicki i Krupa. – Aktualna forma naszych piłkarzy świadczy o tym, że wszystko zmierza we właściwym kierunku, a nasza praca jest dobrze spożytkowana – dodają.
Od mocnego uderzenia rozpoczęli bieżący sezon gracze Unii. Zwycięstwo na inaugurację z mocnym zespołem Nidy 1946 Pińczów, był zdecydowanym dobrym prognostykiem przed kolejnymi meczami. W pięciu kolejnych spotkaniach Unia straciła, aż osiem punktów! Jednak najbardziej dotkliwe były remisy z Hetmanem Włoszczowa i w meczu derbowym z Naprzodem Jędrzejów. W konfrontacji z Hetmanem zespół prowadzony przez Rokickiego i Krupę roztrwonił trzybramkową przewagę. – Nie powinniśmy dać sobie wydrzeć tego zwycięstwa – podsumował spotkanie z Hetmanem, trener Rokicki. – Podział punktów w meczu derbowym z Naprzodem , także pozostawił spory niedosyt – dodał Rokicki (...)

 

Tam zwyciężył futbol. Niesamowita historia AFC Wimbledon

Jędrzej Ostrowski

Podbramkowo

Warto też wspomnieć, iż za czasów gry w Premiership, żadna drużyna z najwyższej klasy rozgrywkowej nie cieszyła się na wieść o spotkaniu z drużyną z Londynu. Zawodnicy Wimbledonu F.C byli bowiem zwani "Szalonym Gangiem" w związku z ogromnym zamiłowaniem do sprawiania sobie żartów, które dzisiaj próbuje nam przypomnieć Mario Balotelli. Podpalanie treningowych strojów, cięcie swoich ubrań żyletkami, śmianie się z chorej na raka żony Iana Holloway'a - to tylko niektóre z niewybrednych dowcipów, z których słynęli piłkarze The Dons. Oczywiście to wszystko przekładało się w grze na boisku. Zawodnicy Ci nigdy nie odstawiali nóg, zawsze grali niezwykle twardo i agresywnie, a dobrym przykładem może być Vinnie Jones - który tak poturbował niegdyś Gary`ego Stevensa z Tottenhamu, że ten musiał zakończył piłkarską karierę. Natomiast o sławnym w Anglii Dennisie Wise'ie, menadżer Sir Alex Ferguson powiedział niegdyś: "Wise could start a figt in an empty room!" (Wise mógłby wywołać rozróbę nawet w pustym pokoju!). O ile chęć do licznych żartów i zabaw u piłkarzy nie dziwił, to ogromne zaskoczenie wywoływał w opinii publicznej sam właściciel klubu Samir Hammam. Ponoć zakupił on Wimbledon F.C. tylko po to, żeby mieć blisko na korty tenisowe, gdyż fascynował się tą dziedziną sportu. Sam wzbudzał też liczne kontrowersje m.in. wkradając się do szatni West Hamu wypisując na ścianach obraźliwe teksty wobec tego klubu, czy też zmuszając jednego z zawodników do zjedzenia... owczych oczu, gdyż jak stwierdził, chciał by jego zawodnicy byli zawsze twardzi i nieustępliwi.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Rok 2003 - Libański biznesmen sprzedaje swój klub norweskiemu konsorcjum za 30 mln funtów. Była to ogromna cena zważając na to, iż sam zakupił wcześniej Wimbledon F.C. za jedyne 40tys. funtów. Był to gwóźdź do trumny The Dons, gdyż Norwegowie mieli inny pomysł na zarządzanie klubem. Postanowili oni zlikwidować siedzibę w Londynie, a całą drużynę poczynając od zawodników, sztab szkoleniowy i historię - przenieść do miasteczka położonego o 80 kilometrów od stolicy Anglii - do Milton Keynes. Tam 21 czerwca 2004 oficjalnie powstał sztuczny twór nazwany Milton Keynes Dons F.C. Reakcja kibiców Wimbledon F.C. była natychmiastowa. Kibice oficjalnie nie uznali istnienia "nowotworu", a następnie postanowili, iż cały ruch kibicowski przeniesie się do założonego w 2002 roku z inicjatywy kibicowskiej- AFC Wimbledon. Co ciekawe choć oficjalne rozwinięcie skrótu AFC to Association Football Club, to dla fanów tego klubu jest to A Fan's Club, czyli po prostu - Klub Kibiców.

 

Wiosennych kilka słów od Dona

Przemysław Szews

kanonierzy.com

Wiecie co mnie skłoniło do napisania kilku słów? Nie, nie targały mną wyrzuty sumienia, które odwołując się do redaktorskiej przyzwoitości, ściągnęły me palce na klawiaturę. Nie można winą obarczać także piłkarzy Arsenalu, którzy przełamali niemoc permanentną i zaczęli wygrywać. Wszystkiemu winne jest drzemiące gdzieś głęboko przeczucie, że ktoś stwierdziłby kiedyś bystrze, że swoją paplaninę uprawiam tylko wtedy, kiedy Kanonierom się nie wiedzie, kiedy zewsząd sypią się na nich gromy, że solą posypuję otwarte rany. Na pohybel takim insynuacjom – oto piszę!


Bić się w piersi nie będę, bo w swoich czarnych scenariuszach zawsze zostawiałem margines nadziei, zaznaczając cichutko, że lepiej się mile zaskoczyć niż srodze rozczarować. Póki co podopieczni Wengera fundują już od kilku spotkać wariant pierwszy. Lekiem na całe zło okazała się być wyjątkowo gorzka pigułka zaaplikowana przez Milan, która następnie popita została miksturą sporządzoną przez Sunderland. Smakowało wyjątkowo podle, nawet fanom zbierało się na wymioty. Skoro już przy sprawach z dziedziny gastroenterologii jesteśmy – sytuacja uległa oczyszczeniu podczas meczu z Kogutami. Meczu, do którego podchodziliśmy bladzi, z kubkiem mięty i melisy w ręce. Co prawda po 32 minutach większość kubków była już pusta, to szybko okazało się, że dolewek nie trzeba (no, może poprzez wzgląd na sąsiadów?). Później był Liverpool i aktorskie popisy Suareza, którego charakterystyczny wdzięk nie pomógł kolegom w wygranej. Następnie powrót do Ligi Mistrzów już bez spuszczonych głów, z otwartą przyłbicą i odmówioną litanią w ramach pokuty. Mecz, który na długo zagości w pamięci fanów Arsenalu… Nie będę rozwijał tego wątku, bo wszystko już zostało na ten temat powiedziane, wykrzyczane, a nawet wyśpiewane w akompaniamencie glorii i chwały. Do kultywacji comeback’owego hobby postanowili powrócić Kanonierzy w spotkaniu z Newcastle. Spokojnie moglibyśmy sporządzić grupowy pozew o straty moralne i zdrowotne, które co prawda większości z nas rekompensowane są końcowym rezultatem. Prawda? (...)

 

Cafe Titon

Opsajd

Opsajd i gol

Na rogu Rue Chanzy i Rue Titon znajduje się mały bar. Wiele takich w Paryżu, jednak ten odróżnia od pozostałych rodzaj podawanego alkoholu: Beck’s, Erdinger i Paulaner to tylko część z listy niemieckich piw jakie może tam dostać. W piątkowy wieczór, 22 czerwca, Cafe Titon i przylegające do niego spokojne na ogół ulice zaczęły tętnić życiem.

Zielone koszulki, białe koszulki, flagi na twarzach i girlandy kwiatów na szyjach dziewczyn, wszystko w czarno-żółto-czerwonych barwach. Jak wtedy żałowałem, że nie zabrałem z Polski swojej biało – czerwonej koszulki, czułbym się prawie jak ten osamotniony, stojący obok mnie Grek z reprezentacyjnym trykotem z nazwiskiem „Merkel” na plecach. Tego wieczoru jednak i on miał swoje chwile radości.
Znacznie więcej mieli ich jednak fani znad Renu, którzy z różnych przyczyn znaleźli się nad Sekwaną i tam dopingowali swoich piłkarzy. I to jak! Przyśpiewki, okrzyki i gdzieniegdzie zawodzenia zmęczonych złocistym trunkiem Germanów. Choć powiedzieć, że była to niemiecka enklawa byłoby nieprawdą. Poza wspomnianym już Grekiem, całą masą Niemców i oczywiście Francuzów byłem też ja, a często słyszany język angielski (również z brytyjskim akcentem) skłaniał do myślenia, że narodowości jest tu znacznie więcej (...)

 

Marton Fulop oddaje mecz Arsenalowi?

Bartek Nowak

Z linii bramkowej


Na początku przypomniała mi się sprawa Adama Bogdana, jakże podobna. Fulop i Bogdan to Węgrzy. Obaj weszli w opisywany mecz tylko dlatego, że kontuzji nabawił się pierwszy bramkarz. Obaj mogli się wykazać, udowodnić, że zasługują na miejsce między słupkami. I obaj zaliczyli wtopy. Tu kończą się podobieństwa.

Bo o ile błąd Bogdana nie przeszkodził w wygranej jego drużyny, o tyle błędy Fulopa miały olbrzymie znaczenie. Dzięki wygranej to Arsenal a nie Tottenham zagra w Lidze Mistrzów (Koguty czekają eliminacje, o ile Chelsea polegnie w finale LM). I tu zaczynają się spekulacje.

Wspomniani znajomi a także polscy fani Tottenhamu stworzyli teorie, że Węgier "puścił Arsenalowi mecz". A mógł mieć do tego powody. W latach 2004-2007 Fulop był zawodnikiem Tottenhamu, w którym nie rozegrał ani jednego meczu (był trzecim bramkarzem po Robinsonie i Cernym). Tułał się po wypożyczeniach aż w końcu osiadł w West Bromwich Albion (dokładnie to usiadł na ławce).
Być może chciał się zemścić na swoim byłym klubie za to, że nie dostał szansy? Być może przechodząc do klubu z Londynu obiecywano mu grę w 1. składzie i z obietnicy się nie wywiązano? Być może traktowano go tam jak piąte koło u wozu? A być może.. ktoś mu zapłacił?

No właśnie, być może. W Polsce od razu widzielibyśmy tu przekręt, sprzedany mecz, prokuraturę we Wrocławiu. W przypadku Premier League większość z nas nawet nie próbuje myśleć, że tam można ustawiać mecze (...) 

 

 

Ajwen, grasz dalej! "Spalony" był!

Magdalena Gawryjołek

pdfootball

(...) Zanim książka trafiła do moich rąk miałam drobne obawy. Czy na pewno jest tak dobra jak się spodziewam, czy może się zawiodę? Teraz mogę powiedzieć, że zawiodłam się... ale jedynie na mojej wyobraźni.

Pierwszy rozdział, akapit, zdanie... Od tego zależy czy zatrzymasz czytelnika, czy może ucieknie gdzie pieprz z rzepakiem grają w karty. Przynajmniej taka jest powszechna opinia. W tym przypadku mówienie o zatrzymaniu jest błędem. Wchodzisz do głowy autora i od razu przed tobą ląduje kamień, jakiego w życiu nie widziałeś. Lodowiec, przez który rozbił się Titanic to ziarenko piasku przy tym co dostajesz na „Dzień dobry”. Aż strach zapytać co dalej, ale mimo wszystko zapuszczasz się coraz głębiej.

Tutaj jak w oceanie, im bliżej dna tym ciemniej... Najpierw wielki talent, mistrzostwo, kadra... Wielkie przeżycia. Później „Stylowa”, Okęcie, Piechniczek, kontuzja. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale dalej można się pośmiać. Górnik, znów Piechniczek i dno... Choć tak naprawdę jeszcze długa droga, żeby go dotknąć. Jest źle. Pierwszy rozdział nabiera sensu, w końcu można go włożyć we właściwe miejsce. Kasyno, alkohol... słowa klucze. Otwierają drzwi, które jakimś cudem znalazły się na dole. Za nimi są jeszcze jedne, naruszone...

Teoretycznie nie powiedziałam nic, praktycznie aż za dużo. Taniec na krawędzi, a później przepaść. Nie jest to opowieść o piłce jak „Rok w raju”, „Barca moim życiem” czy choćby „Uwierzyć w siebie (...)”. Nie przeczytasz pieśni ku czci trenerów, zawodników bądź opowiadań o pięknym zapleczu polskiej piłki. Choć komicznych momentów jest wiele, to stopniowo twój uśmiech będzie malał, a na końcu uśmiechniesz się przez łzy. Czego się spodziewać? Ogólnie pojętego skurwysyństwa. Prawdziwej Polski i prawdziwej piłki z prawdziwymi piłkarzami. Nie gwiazd, a ludzi. Wiele niemożliwych do wyobrażenia sobie sytuacji. Jednak zanim zasiądziesz do lektury uprzedzam. Piłka jest mimo wszystko jedynie tłem wszystkich wydarzeń (...)


Czy Robert Lewandowski będzie najwybitniejszym reprezentantem?

Łukasz Przestrzelski  

Piłkarski fan

W dniu wczorajszym reprezentacja Polski dostała bęcki od Urugwaju. Wynik 1:3, i to na naszym stadionie, pokazuje miejsce Polaków w szeregu. Robert Lewandowski pokazał się z dobrej strony, ale nie zachwycił. Natomiast, co jest ważne, wystąpił z orzełkiem na piersi już po raz pięćdziesiąty. Tyle występów osiągnęło przed nim zaledwie 43 zawodników. A przecież Robert ma dopiero 24 lata. Rekordzistą kadry pod tym względem jest Michał Żewłakow, który jako jedyny Polak w historii przekroczył magiczną granicę 100 meczów i dotarł do 102. Czy Lewandowski może go przegonić? Przeanalizujmy.
Robert zadebiutował w reprezentacji 10 września 2008 roku, mając 20 lat i 19 dni. Pierwsze 50 meczów rozegrał w ciągu 4 lat i 66 dni. Za kolejne 4 lata będzie miał dopiero 28 wiosen, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by jednak przekroczył setkę gier. Tym bardziej, że nie ma na razie w kraju rywala na pozycję napastnika na swoim poziomie, a sam jest nieustannie od kilku sezonów w wyśmienitej formie. Nawet jeśli, odpukać, przydarzy mu się dłuższa kontuzja lub większy spadek formy, to uważam, że do końca kariery spokojnie przebije Żewłakowa i wskoczy na fotel najwybitniejszego reprezentanta. Oczywiście jest mu o tyle łatwiej gonić takie gwiazdy jak Grzegorz Lato, Kazimierz Deyna i Władysław Żmuda, że teraz gra się jednak trochę więcej meczów. W latach 70-tych kadra rozegrała 118 meczów, w pierwszej dekadzie XXI wieku już 140 (...)

 

Fair play v2.0

Marcin Olton

Do jednej bramki...

(...) Bardzo szanuję Miroslava Klosego. Nie tylko jako piłkarza (skądinąd wielkiego, w futbolu międzynarodowym prawdopodobnie jednego z najwybitniejszych), ale też i człowieka. Potrafię zrozumieć jego wybór i zupełne odcięcie się od swoich korzeni, potrafię również zrozumieć jego decyzję o nierozmawianiu z dziennikarzami w języku polskim (choć nie można zapomnieć, że razem z Lukasem Podolskim niejednokrotnie uciekali się do tego sposobu komunikacji podczas wspólnych gier). Pamiętam także jego prawdziwie szlachetny gest z boiska, gdy przed kilkoma laty Werder, cały czas pozostający jeszcze w walce o końcowy triumf w Bundeslidze, remisował bezbramkowo w spotkaniu z Arminią Bielefeld, a sędzia podyktował rzut karny po starciu w  szesnastce właśnie Klosego i bramkarza gości, Matthiasa Haina. Wtedy to napastnik bez mrugnięcia okiem ruszył do arbitra celem wyjaśnienia mylnie zinterpretowanej przezeń sytuacji. Przeciwnik bowiem interweniował czysto i jedenastka gospodarzom się po prostu nie należała. Zachowanie Niemca nie umknęło piłkarskim mediom oraz organizacjom i wkrótce zawodnik został całkowicie zasłużenie wyróżniony licznymi nagrodami za postawę zgodną z duchem gry.

Zupełnie inaczej wyglądało jednak zdarzenie z Neapolu. Decyzja Klosego, wbrew temu, co  twierdzi sam zainteresowany (Maradona wciąż upiera się przy wersji boskiej interwencji w meczu przeciwko Anglii...) czy uważa większość piłkarskich sympatyków, nie była następstwem przypadkowego odbicia futbolówki, a zwyczajnie wynikiem zamierzonego zagrania. Celowość ruchu snajpera doskonale pokazuje to ujęcie. Kontaktu piłki z ręką gracza Lazio nie spowodował przeciwnik, próbujący powalić rywala na ziemię. Powtórka nie pozostawia żadnych wątpliwości - Niemiec obserwuje zmierzającą ku niemu futbolówkę, a gdy zdaje sobie sprawę, że nie ma szans na strącenie jej w dozwolony sposób, wykonuje ewidentny ruch ręką, dodatkowo markując uderzenie piłki głową. Jego późniejsze zachowanie nie może usprawiedliwiać uprzedniego występku. Fakt ten należy jednak docenić, gdyż niewielu dzisiejszych piłkarzom wystarczyłoby odwagi, by przyznać się do zagrania niezgodnego z przepisami w tak ważnym momencie (...)


Tagi: konkursy
19:58, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie