Inne sporty

środa, 24 października 2012

 

Dostało mi się na łamach „Polski The Times” od znakomitego komentatora Eurosportu, Tomasza Jarońskiego, który wytknął mi wypowiedź w Dzień Dobry TVN na temat skandalu Lance’a Armstronga, kwestionując przy okazji moje prawo do zajmowania się tą kwestią, zrównując z politykami, którzy zaludniają stacje telewizje, gotowi ględzić na wszelkie tematy, na które zwykle nie mają pojęcia. „Wydawało mi się, że tylko specjalnością polityków są telewizyjne wypowiedzi na każdy zadany temat. Nie wierzę, że człowiek może być specjalistą w tak wielu różniących się dziedzinach, więc ich (polityków) zdanie traktuję z przymrużeniem oka, jako grę polityczną, uprawianie wątpliwego, z mojego przynajmniej punktu widzenia, PR.

W sprawie Armstronga jest, niestety, podobnie. W telewizji śniadaniowej występuje dziennikarz Michał Pol, którego kojarzę z piłką nożną. No, ale on nie wypowiada się na tematy futbolowe, ale zabiera publicznie głos na temat raportu WADA dotyczącego amerykańskiego kolarza, o którym, jego tle, znaczeniu itd., kolega Michał, jestem pewien, nie ma zielonego pojęcia. Padają zdania, że Armstrong jest zbrodniarzem, że kolarstwo najlepiej byłoby zlikwidować”.

Drogi Tomku, po pierwsze wyznaję zasadę, że dziennikarz musi być interdycyplinarny, nie powinien fiksować się na jednej tylko dyscyplinie sportu, wszystko jedno czy to kolarstwo czy piłka nożna. Unikanie wąskiej specjalizacji pozwoliło mi pojechać w roli korespondenta nie tylko na cztery piłkarskie mundiale ale i pięć Igrzysk Olimpijskich, skąd mogłem donosić o sukcesach czy to Pawła Nastuli (Atlanta), Szymona Ziółkowskiego (Sydney), Roberta Korzeniowskiego (Ateny) czy Adama Małysza (Salt Lake City). Ty kojarzysz mnie wyłącznie z piłką nożna, ale ja niedawno wróciłem z igrzysk w Londynie, skąd nie nadałem ani jednego tekstu ani wideo na temat futbolu.

Choćbym jednak całe życie zajmował się wyłącznie piłką kopaną, nie widzę powodu, dla którego nie miałbym prawa wyrobić sobie opinii na temat zbrodni, jaką popełnił Armstrong - a inaczej tego co robił przez lata nazwać nie umiem. Naprawdę uważasz, że prawo głosu mają tu wyłącznie specjaliści od kolarstwa? Niestety sprawa jest zbyt wielka, zbyt bulwersująca i dotyczy czegoś więcej niż tylko, kto był szybszy na podjeździe, a kto na zjeździe. Nie muszę być specjalistą, żeby dojść do wniosku, iż nigdy w historii sportu nie było takiego upadku wielkiego idola, wręcz ikony swej dyscypliny, nigdy prawdziwa twarz żadnego atlety nie okazała się tak różna od widniejącej na pomnikach. I o tym głównie mówiłem w DDTVN. Zbywasz aferę Amstronga, że przecież dopingują się i w innych dyscyplinach, podrzucasz nazwiska Bena Johnsona czy Diego Maradony. Pomijając fakt, że ich zbrodnie miały miejsce odpowiednio w 1984 i w 1994 roku, a dziś piłka nożna jest jedną z najlepiej kontrolowanych dyscyplin świata, nie wydaje mi się, żeby ani oni ani cała rzesza innych dopingowiczów-oszustów osobiście stworzyła coś na wzór organizacji przestępczej, zajmując w niej funkcję Cappo di tutti cappi, i metodami wręcz mafijnymi zmuszając innych zawodników do stosowania dopingu, szantażując i dyscyplinując niezdecydowanych - co wynika z licznych zeznań dawnych kolegów Armstronga z US Postal.

Ogrom zbrodni Armstronga nie polega tylko na tym, że oszukał nasze emocje, którymi obdarzaliśmy wszystkie jego starty w Tour de France, a teraz czujemy się jak idioci, ale że swoje sukcesy wykorzystał do stania się ikoną i wzorem dla tysięcy, jeśli nie milionów ludzi na świecie, inspirując ich do walki w swoich codziennych mniejszych lub większych wojnach, o zdrowie, o podjecie studiów. Nie oszukał raz, okazując słabą wolę, ale sworzył cały oszukańczy przemysł, który wypromował wielką markę o nazwie Lance Armstrong, a potem także i Livestrong. Od początku do końca cynicznie i w jednym celu. Nie umiem nawet znaleźć porównania dla jego czynu.

Co do kwestii czy ‘zlikwidować kolarstwo’ nie możliwe, żebym mógł zażądać na antenie czegoś tak absurdalnego. Stwierdziłem tylko, że ja sam straciłem kompletnie straciłem serce do tej dyscypliny, nie interesuje mnie ona, nie chcę i nie będę jej oglądał. Nie tylko z powodu zawodu Armstrongiem, ale to przecież wymowne, że odebranych mu zwycięstw w Tour de France z lat 1999–2005 nie da się nawet nikomu przekazać, jak po wpadkach na igrzyskach olimpijskich srebrnym medalistom, bo wszyscy kolejni kolarze na mecie też byli umoczeni w dopingowe afery, stosowanie EPO, za co musieli odcierpieć zawieszenia: trzykrotnie drugi za Amerykaninem Niemiec Jan Ullrich, dwukrotnie trzeci Hiszpan Joseba Beloki, raz drugi, raz trzeci Włoch Ivan Basso, Szwajcar Alex Zulle, Kazach Aleksander Winokurow, Litwin Raimondas Rumsas... Na tym też opierają swoje argumenty obrońcy postępowania Armstronga: szprycował się, bo musiał, jeśli chciał coś osiągnąć w kolarstwie, ponieważ tak robili wszyscy. Inaczej by przegrał. Przypomina mi to tłumaczenie skorumpowanego trenera Dariusza Wdowczyka: taki był system, kupowali wszyscy, trzeba było kupować, żeby awansować.

Jeśli ktoś nadal kocha kolarstwo, proszę bardzo, niech ogląda, niech się pasjonuje, niech wierzy w czystość dyscypliny i wielbi zwycięzców. Ja już nie chcę. W DDTVN stwierdziłem, że polski widz dopiero wówczas ogarnie rozmiar szoku, jaki ujawnienie prawdziwej twarzy ukochanego Armstronga wywołało w Ameryce, gdy wyobrazi sobie, że nagle dowiadujemy się, iż Adam Małysz wszystkie swoje sukcesy zawdzięcza dopingowi. Mało tego, okazuje się, że zmuszał do dopingu Roberta Mateję, Diabełka Bachledę, Tonio Tajnera i Kamila Stocha, pod groźbą, że jeśli się nie szprycuja to nie skaczą w drużynie, opłacając sztab medyczny byle wymyślał lepsze metody dopingu i kamuflowania go. Czy po takiej aferze miałbym prawo stracić serce do skoków narciarskich mimo, że głównie piszczę i gadam o piłce nożnej? Wydaje mi się, że tak.

12:41, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (43) »
sobota, 14 lipca 2012

Jerzy Kulej nie żyje... Ciężko otrząsnąć się po tej wiadomości. Odszedł tuż przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich w Londynie, na które po raz pierwszy w historii nie zakwalifikował się żaden polski bokser i już go nie zdążę poprosić o komentarz... Odszedł gigant. Nie tylko najlepszy polski pięściarz w historii, prawdziwa wielka legenda sportu, ale i wspaniały człowiek, nauczyciel (m.in. w moim LO im. Adama Mickiewicza, która to robota uratowała go przed upadkiem w otchłań). Dla dziennikarza rozmówca idealny, cudowny gawędziarz, tym bardziej cieszę się, że dane mi było mieć z nim do czynienia i zapamiętam go radosnego, elokwentnego, optymistycznego jak na tym wideo podczas Pikniku Olimpijskiego rok temu. Posłuchajcie jak mówi np. o tym, co może dać wiara w Boga, nie tylko w boksie...

Kulej: mając możliwości Adamka sam wlałbym Kliczce!

Jego życie idealnie nadaje się na scenariusz filmowy. Kiedy w grudniu doznał rozległego zawału podczas benefisu 50-lecia pracy zawodowej Daniela Olbrychskiego, akurat  na scenie Teatru 6. piętro, akurat wręczał aktorowi jeden ze swoich dwóch złotych medali olimpijskich. Nagle czując, że słabnie, zdążył jeszcze rzucić: Daniel, nigdy nie byłem na deskach, teraz mnie trzymaj i stracił przytomność. Tak dramatyczne i podniosłe jak ta scena, było całe jego życie. Napisaliśmy wówczas do Wprost z Darkiem Wołowskim jego portret, którego fragmenty teraz przytoczę. 

 

Są tylko źle trafieni

(...) Po opuszczeniu ringu w 1971 roku, u szczytu sławy, niedługo po złotych igrzyskach w Meksyku desperacko szukał swojego miejsca na ziemi. Nie ukrywał myśli samobójczych, choroby alkoholowej, kryzysów rodzinnych i finansowych, po czym zawsze jakimś cudem potrafił się podnieść. A doświadczenie miał małe, bo w ringu, choć stoczył 348 walk, żaden rywal nie posłał go na deski. Mimo wszystko za swoim nauczycielem Papą Stammem zawsze powtarzał, że „nie ma twardych, są tylko źle trafieni”. Tej głośnej maksymy legendarny Stamm nauczył go w jednej z walk, gdy Kulej w przerwie między rundami wyznał mu, że przegrywa, bo rywal jest dla niego za twardy. A potem było jak zwykle, Kulej zadawał cios i oglądał podeszwy butów przeciwnika. Tego nauczył go Stamm, a także pierwszy trener Wincenty Szyiński w Skrze Częstochowa, gdzie trafił w 16. roku życia, by szukać schronienia.

Urodził się w drugim roku okupacji niemieckiej w Ostatnim Groszu – jednej z najbiedniejszych częstochowskich dzielnic. Matka robotnica w farbiarni częstochowskiej, ojciec robotnik w tartaku, po wojnie skończył zaocznie technikum mechaniczne, pracował w Hucie Bieruta. - Boks był dla mnie drogą do lepszego życia, jedynym, w czym się mogłem wyróżniać. Kocham ten sport, bo mi tyle dał. I jestem mu wierny. – wspominał Kulej. Był mały, chudy, zawsze dostawał w skórę od kolegów. Zwłaszcza od wyrośniętych chłopców, którzy otarli się o wojnę. - Od nich na podwórku uczyliśmy się szacunku dla siły - wspomina. - W szkole były rankingi, kto jest najsilniejszy. Toczyły się o to bójki. Henio, chłopak, który powtarzał rok, dowodził klasą, ustawiał wszystkich. Mnie nie lubił, bo byłem lepszy w piłkę. Ale Henio był silniejszy. I nie dawał mi żyć – wspominał Kulej. Kiedyś, po jednym z pierwszych sukcesów w boksie, przyszedł do klasy i wlał Heniowi. Wiele lat później, w 1970 roku, w chwili najwyższej chwały, gdy w Meksyku drugi raz stawał na najwyższym stopniu olimpijskiego podium i zagrano mu hymn pomyślał o Heniu. „Skurczybyku, to także dzięki tobie. Gdyby nie ty, tych wszystkich doznań nigdy bym nie miał".

 

Życie jak pod kloszem

Kulej uważany jest za najwybitniejszego polskiego boksera, bo jako jedyny obronił olimpijskie złoto. Przed nim w finałach w Meksyku przegrali Józef Grudzień i Artur Olech. Stamm powiedział mu wtedy: „Jurek, wiesz dobrze, że to nie tylko twoja, ale i moja ostatnia olimpiada. Jak nie wygrasz, to już nam nigdy więcej nie zagrają hymnu”. Finałowa walka z Enrique Requeiferosem, jak stwierdził sam Kulej, była najbardziej dramatyczną w jego karierze. Trzy silne ciosy młodego Kubańczyka były nokautujące, lecz Polak utrzymał się na nogach, choć po raz pierwszy w życiu był zamroczony. - Zobaczyłem przed oczami ciemną plamę, w którą zacząłem z uporem bić - wspominał. Wygrał pojedynek stosunkiem głosów 3:2.

A przecież tego medalu być nie powinno. 18 czerwca 1968 roku doszło do tragicznego zdarzenia: wracając wczesnym rankiem samochodem z Aleksandrowa Kujawskiego do Ciechocinka wypadł na pobocze, gdy na zakręcie wyjechała mu na rowerze dziewczynka. Samochód kilkakrotnie przekoziołkował, Kulej uderzył głową w szybę, pokiereszował sobie twarz. Na szczęście nie doszło do uszkodzenia kręgów szyjnych.

Wbrew woli lekarzy wznowił treningi, by dostać nominację do kadry olimpijskiej. Na zgrupowaniu przed igrzyskami wdał się w bójkę z milicjantami, nokautując czterech. Upiekło mu się, bo jako bokser Gwardii Warszawa sam był też oficerem milicji. - Byłem dowódcą plutonu w Golędzinowie, ale nawet nie widziałem, jakiego plutonu. Ministrowie Moczar i Świtała byli kibicami boksu i byli dla sportowców – wspominał.

Ale za pieszczoszka PRL się nie uważał. – Medale zdobywałem dla siebie i dla kibiców, a nie dla komunistycznej propagandy – mówił. I dodawał, że w Polce kochano go przede wszystkim za to, że bił Ruskich. Tak było na igrzyskach w Tokio, gdzie Grudzień, Kasprzyk i on pobili w finałach pięściarzy ZSRR. - Ludziom już nie chodziło o te medale, tylko że trzech Ruskich dostało po łbie. Przecież wszyscy pamiętali Katyń, pamiętali 17 września. Wiadomo było, że każdy sekretarz PZPR jechał najpierw po wytyczne do Moskwy. O tym się nie mówiło, ale się czuło w tej „przyjaźni" między ZSRR a nami. Sport to była jedyna dziedzina, gdzie Polak mógł normalnie wygrać - mówił. Nie przeszkodziło mu to poprosić premiera Józefa Cyrankiewicza o talon na samochód w nagrodę. Wspomina, że oficjalne premie za oba złote medale olimpijskie wyniosły wtedy 100 dolarów.

Wielu oczekiwało, że Kulej będzie boksował do igrzysk w Monachium. Tymczasem on postanowił zrezygnować u szczytu sławy. Dokonał tego w swoim stylu. Zatelefonował do Jacka Żemantowskiego, dziennikarza TVP i w Dzienniku Telewizyjnym ogłosił, że odchodzi.

 

Załamanie

Najgorsze miało się dopiero zacząć. - Podczas niektórych walk miałem wrażenie, że może do domu nie wrócę. A miałem już żonę, syna. To wszystko wyczerpało mój system nerwowy. Po kilkunastu latach stresu związanego z przezwyciężaniem strachu, bólu, kompleksów człowiek próbuje odreagować. Czasem najgorzej, jak można, czyli przy alkoholu, który jeszcze osłabia nerwy. Poza tym sport demoralizuje. Podczas zawodowej kariery koncentrujesz się na sporcie, a normalne życie istnieje jakby za szybą. Człowiek nie ma czasu rozwijać innych talentów, uczyć się rozwiązywać problemy. Żyje się jak pod kloszem. Masz sukces, to ludzie cię poznają, są życzliwi, wszystko załatwią za ciebie. A potem nagle się to kończy. I jesteś bezradny w najprostszych sytuacjach. Dochodzą jeszcze problemy ze zdrowiem, ślady dawnych kontuzji. Życie poza sportem wydaje się strasznie trudne, pełne zasadzek. Dochodzi do tego, że bezpieczniej czujesz się w ringu niż w tramwaju – mówił nam kiedyś w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Z milicji odszedł nie dostając renty. Przyznano mu ją po 27 latach. Żona otworzyła kawiarnię na Starym Mieście. Zainwestował w nią wszystkie pieniądze. Mnóstwo przyjaciół wpadało. - Władek Komar, Piotruś Szczepanik, Boguś Łazuka, Piotruś Figiel, Irena Karel, Boguś Koprowski, Andrzej Badeński. Zamykało się o północy i siedzieliśmy do czwartej rano, ktoś śpiewał ballady jak przy ognisku. Idylla trwała rok. Knajpa została zamknięta, a on został na lodzie z długiem.

Zlicytowali samochód, meble, został wyrok: 4000 zł miesięcznie do spłacenia. Zaczął szukać powrotu do sportu. W Łodzi, w Widzewie dostał 2,5 etatu: dwa lewe w fabryce i pół w klubie. Pracował z młodymi bokserami, ale po konflikcie z prezesem dostał dyscyplinarne zwolnienie. Wdał się w rozróbę. Tłumaczył póóźniej, że tylko się bronił, a to prezes przygotował prowokację z zaprzyjaźnionymi milicjantami. Otrzymał po tym dozór milicyjny. Do Warszawy wrócił, jako chuligan. Pracy nie mógł znaleźć. Przyszło załamanie. Opowiadał, że pił kiedyś 28 dni bez przerwy, sprzedając resztkę posiadanych rzeczy. Wspominał kolegów, byłych bokserów, którzy odebrali sobie życie: Janek Gałązka, Janek Górny, Włodek Caruk, Leszek Błażyński. Rozpadło się jego małżeństwo, ale z żoną rozstał się w przyjaźni.

Dostał w końcu pracę w liceum Adama Mickiewicza na Saskiej Kepie. - Pani Wiesława Brożek-Filipowska dała mi szansę. Nie miała nauczyciela wf. Poszedłem, pokazałem dyplom AWF i zacząłem pracę. Fantastyczną. Do dziś spotykam moich uczniów: dziennikarzy, lekarzy, adwokatów. Byłem na stuleciu szkoły. Cała IV b się zebrała, to była wielka radość ich zobaczyć - wspominał.

 

Kto zapomni Kuleja?

Jednym z największych marzeń Kuleja była kariera w zawodowym boksie. Oglądał w telewizji, lub czytał o wielkich zawodowych pojedynkach: Joego Louisa z Maxem Schmellingiem, albo Ingemara Johanssona z Floydem Pattersonem, czy w końcu bój w Kinszasie Mohammad Ali – George Foreman. – Każdy z nas marzył, że coś takiego kiedyś go spotka – mówił. Na amatorskim ringu pokonał zawodników, którzy byli potem zawodowymi mistrzami świata. Nie zdecydował się jednak na ucieczkę z Polski. Choć przecież często za granicę wyjeżdżał. Chciał to sobie wynagrodzić organizując pierwszą w Polsce zawodową walkę Przemysława Salety, na której jednak stracił własne 15 tys. dol. Ale nie żałował.

Imał się wielu zajęć, jak kobieta pracująca z serialu „Czterdziestolatek”. Zagrał w filmie Marka Piwowskiego „Przepraszam, czy tu biją”, gdzie z innym byłym bokserem Janem Szczepańskim stoczył walkę na komisariacie. Pierwszy raz w życiu walczył na żarty, ale był z siebie bardzo zadowolony, bo wyszła mu sztuczka techniczna przyjęcia ciosu na czoło, po której mógł skontrować odsłoniętego rywala.

Wielu aktorów znał od dawna. Przyjaźnił się z Danielem Olbrychskim czy Gustawem Holoubkiem, ale chodził też podglądać innych. Kariera w filmie była jednak nie dla Kuleja. - Harówa, obiady w nocy, potem spać nie można, a wcześnie rano do roboty. I tak w kółko. Potworny kierat. Nabrałem szacunku dla ludzi filmu. Ale nie dałem się namówić na kolejne filmy - wspominał. Pracował potem jeszcze przy „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana będąc prezesem Fundacji Kaskaderów Filmowych. Zabezpieczali ze strażakami przeprawę Skrzetuskiego kręconą na poligonie w Poznańskiem. W dwie sekundy motorówka musiała być przy tonących. Olbrychskiego ustawiał przy scenie, kiedy uderza głowami dwóch Tatarów.

Uczył boksu w Oxfordzie. Przez trzy sezony. Pojechał do swojej drugiej żony do Slow i tam odnalazł go były angielski lekkoatleta, którego poznał na igrzyskach w Tokio. Na koniec każdego semestru, był mecz bokserski z Cambridge. Zaproponowano mu pracę na stałe, ale postanowił wrócić do Polski.

Nie wierzył w wyznania Andrzeja Gołoty, że nie lubi boksu. – On go kocha, gdyby było inaczej, nie zaszedł by tak wysoko – mówił Kulej. I dodawał: - Mnie do boksu pchnęły kompleksy. A więc potrzeba pokazania, że mogę coś znaczyć, była bardzo silna. Dzięki uznaniu zdobytemu w ringu zrealizowałem i realizuję wiele potrzeb, także tych zupełnie ze sportem nie związanych.

Sport stawiał jednak ponad wszystko. - Takich emocji nie można przeżyć nigdzie indziej. W żadnym teatrze. Byłem kiedyś na „Hamlecie". Tytułową rolę grał Olbrychski. Widziałem, co on wyprawiał z tą rolą. To było wspaniałe. Ale takiego uniesienia jak na walkach Gołoty z Bowe'em nie przeżyłem nawet wtedy. Polska była rozbierana, podbijana, dominowana przez reżimy. Dlatego ten instynkt walki jest nam bliski. Myślę, że walka Gołoty, który powala na matę wielkiego mistrza Riddicka Bowe'a, to było wydarzenie, które wstrząsnęło światem. Dla przeciętnego Amerykanina Polska to Papież, wódka i Gołota. Chłopak z Pragi o wątpliwej przeszłości poruszył Amerykę. Tak jak kiedyś Janek Tomaszewski zatrzymał Anglię. W świecie nie pamięta się naszych prezydentów, ambasadorów, polityków. A sportowców tak. Kto zapomni Fibaka, Deynę, Fortunę?

Kto zapomni Kuleja?





09:02, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (8) »
piątek, 06 lipca 2012


Ojciec Sereny Williams, Richard niczym tenisowy odpowiednik Jose Mourinho, wywołał wojnę psychologiczną przed sobotnim finałem Wimbledonu, w którym jego córa zmierzy się z Agniszką Radwańską. Ściślej mówiąc dokonał psychologicznego biltzkriegu, odmawiając rozmowy na temat szans Sereny, bo w jego mniemaniu ona już Wimbledon wygrała. - O jaki finał mnie pytacie? Wimbledonu? Przecież Wimbledon już się skończył, a wygrała go Serena. Pokonała tu Petrę Kvitovą i Wiktorię Azarenkę, więc jest tu najlepsza. Świetnie serwuje, biega po korcie, najmocniej uderza piłki. No dobrze, skoro już chcecie wiedzieć, to Radwańska jest bardzo miłą dziewczyną, dobrze gra w tenisa, ale gdyby miała półtorej stopy więcej wzrostu, to może mogłaby powalczyć w finale z moją córką. A tak, nie sądzę - stwierdził Papa Williams i choć jego słowa nas ranią, potrafię docenić ich celność zarówno jako ojciec córki i jako dziennikarz sportowy. Jednocześnie niesamowicie podbudował Serenę i zasiał spory cień wątpliwości i niewiary w polskim obozie. Zwłaszcza, że jego słowa stały się głównym tematem komentarzy, trafiając na wszystkie możliwe czołówki.

Nie znam się na tenisie, nie mam pojęcia czy Agnieszka jest w stanie pokonać będącą w tak fenomenalnej formie siostrę Williams, czy nie zabraknie jej siły, czy spryt, taktyka i technika wystarczą - życzę jej tego serdecznie. Postanowiłem się zająć wyłącznie mistrzowskim posunięciem starego tenisowego wygi, które przypomniało mi nieco - że odwołam się do świata futbolu, bo w nim czuję się pewniej - słowa Mourinho jeszcze jako trenera Chelsea przed meczem Ligi Mistrzów z Barceloną. Nie dość, że wypomniał wówczas (a było to w 2005 roku), że on sam wygrał Puchar Europy dokładnie tyle samo razy co wielka Barca w swojej 100-letniej historii, to jeszcze ogłosił na konferencji prasowej... skład Barcy na wypadający następnego dnia mecz, czym totalnie wyprowadził z równowagi Franka Rijkaarda. Oczywiście brak szacunku i bezczelność zaprezentowane przez Portugalczyka mogły niektórych oburzać, irytować, obrażać, ale trzeba przyznać, że były posunięciem świetny, odciągającym całą uwagę i presję od jego drużyny. Nikt wcześniej na nic takiego nie wpadł. Było to całkiem inteligentne zagranie, dopiero później, po odpadnięciu Chelsea w 1/8 finału w 2006 roku zaczęło się gadanie, że przegrywamy, bo nigdy nie gramy przeciwko Barcy 11 na 11 czy o Messim jako aktorze doskonałym...

Legenda polskiego tenisa, Wojciech Fibak, który przysłuchiwał się słowom Williamsa uspokaja, że jego przewrotne słowa wzięły się z braku pewność siebie, wręcz strachu. Boi się, bo wie, że Agnieszka może sprawić niespodziankę. Oczywiście niespodzianka może zdarzyć się zawsze. Skoro Samantha Stosour mogła pokonać Serenę w finale US Open, to może i Agnieszka. Wydaje mi się jednak, że ktoś kto w zaserwował w starciu ze świetną Wiktorią Azarenko aż 24 asy, nie musi się specjalnie obawiać nikogo.

- Na pewno Radwańska gra ciekawy tenis, jest szybka, odważna, mocno uderza piłki, ale nie ma żadnych szans na wygranie finału. Wiem, że jesteście Polakami i wierzycie, ale nie rozmawiajmy o wierze. Przecież dobrze wiecie jak gra Serena, jaka jest siła jej uderzeń, jak dobrze biega, no i jak serwuje. Jedyna szansa dla Radwańskiej to byłby słabszy dzień serwisowy Sereny, ale na to się nie zapowiada - dobija nas Williams.

Mimo to, brew logice, wierzę, tak jak wierzyłem i przed finałem zasiądę z nadzieją. Bez względu na wynik i tak już przeszła do historii. Zastanawiam się z jakim sukcesem polskiego sportowca da się porównać jej występ w finale wielkoszlemowego turnieju? Jeśli chodzi o dumę narodową i radość, to daje nam ich dokładnie tyle samo, ile regularnie otrzymywaliśmy (i utrzymujemy) od Justyny Kowalczyk i Adama Małysza, choć oni triumfują w niszowych w porównaniu z tenisem, kiepsko kojarzonych w świecie dyscyplinach. Przeciętny Amerykan, Australijczyk, Japończyk czy Taj nie tylko nigdy o nich nie słyszeli ale pewnie nawet nie wiedza, że istnieją skoki i biegi narciarskie. Co innego czołowa tenisistka świata, zawodniczka, która odniosła sukces w dyscyplinie w której na szczyt zajść równie trudno co w Formule 1. Pod tym względem występ Isi w finale Wimbledonu da się pewnie porównać tylko z wygraną przez Roberta Kubicę Grand Prix Kanady. Choć po prawdzie Polka dopiero ‘wywalczyła pole position’;)



12:49, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 19 marca 2012

 

- Na mecie w Falun nie było niezadowolonych: Marit Bjoergen cieszyła się z Kryształowej Kuli, Justyna Kowalczyk z prestiżowych zwycięstw w Pucharze Świata. Dwie najlepsze biegaczki narciarskie świata sprawiedliwie podzieliły się łupami - napisał w korespondencji z ostatnich zawodów Pucharu Świata mój redakcyjny kolega Robert Błoński, cytując Polkę, która mówi, że zrealizowała wszystko, co chciała. - Z zadań, które sobie postawiłam, nie udało się tylko wygrać 30 km klasykiem w Oslo. Sezon kończę z poczuciem, że znowu potrafię wygrywać. Nie odbieram Justynie prawa do zadowolenia z zakończonego właśnie morderczego sezonu, tyle razy dawała nam bowiem powody do dumy, sam ze wzruszeniem słuchałem granego dla niej Mazurka Dąbrowskiego po zawodach w Szklarskiej Porębie, których organizacji bez jej sukcesów nigdy by nam nie przyznano. Ma prawo cieszyć się z wygrania najbardziej prestiżowej imprezy sezonu, czyli Tour de Ski i wygranych dzień po dniu zawodów w estońskiej Otepeaeae. Rok temu kiedy wygrywała Tour de Ski i trzeci raz z rzędu Kryształową Kulę, radość z sukcesu mącił niedosyt, że ze zwycięstw cieszyła się tylko wówczas, gdy na starcie nie pojawiała się Marit Bjoergen. W tym udało jej się to pięć razy, za każdym na 10 km klasykiem. Kilka razy wybiegała na trasę w żółtej koszulki liderki. Ale też rywalizację z Norweżką przypłaciła potwornym zmęczeniem, w końcówce sezonu aż czterokrotnie wywracał się na trasie i jak mówiła nogi plączą jej się nawet, podczas chodzenia po schodach.

Czwarta Kryształowa Kula z rzędu pozwoliłaby Justynie wejść do panteonu najlepszych zawodniczek w historii biegów narciarskich. Mam wrażenie, że Bjoergen, zrównując się w ilości Kul z Polką, udowodniła całym sezonem, że jest najlepszą biegaczką naszych czasów. Mimo, że nie udało jej się wciąż zatriumfować w Tour de Ski, tu ciągle lepsza była Justyna. Nie chodzi przy tym o same statystyki: że odnosząc w Falun 55. zwycięstwo w PŚ awansowała na czwarte miejsce w klasyfikacji wszech czasów w konkurencjach narciarskich, zrównując się ze szwajcarską alpejką Vreni Schneider (przed nią już tylko rodak, Ole Einar Bjoerndalen, Szwed Ingemar Stenmark i alpejka Annemarie Moser-Proell). Chodzi o to, że - jak powiedział „Gazecie Wyborczej” nasz legendarny mistrz świata, Józef Łuszczek - dawno nikt tak nie zdominował jednej dyscypliny jak Bjoergen. - Oglądam biegi już ze 40 lat i takiej dominacji, jaką zaserwowała Marit nie pamiętam. Nikt nie był aż tak mocny przez cały sezon, a przecież kiedyś rozgrywano dużo mniej biegów. Kiedy w minionych latach kolekcjonowała medale igrzysk (siedem) i mistrzostw świata (14!), rezygnując z wielu startów w PŚ. Mówiło się wówczas, że nie byłaby w stanie utrzymać najwyższej formy przez kilka miesięcy. Tym sezonem udowodniła, że jest inaczej - tylko trzy razy nie stanęła na podium!

 

Choć trzeba też przyznać, że wielkość Bjoergen urosła w tym sezonie tym bardziej, że miała taka rywalkę jak Justyna. Tak wyrównanej rywalizacji może pozazdrościć kobiecym biegom narciarskim większość dyscyplin, od tenisa, przez Formułę 1 po skoki narciarskie. Z okazji wielkiego triumfu Bjoergen zamieszam fragmenty tekstu o Norweżce, który napisałem do poprzedniego Newsweeka.

Milczenie owiec

(...) Żeby zrozumieć skąd u Bjoergen taka obsesja wygrywania, co pcha ją do katorżniczych treningów i rezygnacji z życia prywatnego, choć przecież zdobyła już wszystko i to po wielokroć, trzeba przenieść się do małej wioski Rognes nieopodal Trodnheim, w której dorastała. To tam, na wygwizdowie tak wielkim, że nawet szkołę podstawową przerobiono na bar, bo wszystkie rodziny z dziećmi uciekły do miasta, ojciec i matka wpoili jej, że najważniejszą wartością jest praca. Tej zaś na rodzinnej farmie nigdy nie brakowało. Mała Marit pomagała przy żniwach, oporządzała i wypasała owce, których stada liczyły nawet 200 sztuk, asystowała przy ich porodach. Często obarczano ją także opieką nad dwójką młodszych braci, a przecież musiała jeszcze znaleźć czas na naukę.

Bieganie na nartach nie było rozrywką czy relaksem po pracy, ale codziennością, ot, najłatwiejszym środkiem transportu jak dla dzieciaków w innych regionach świata rower, hulajnoga czy deskorolka. Dla zabawy uprawiała piłkę ręczną i... nożną. Treningi biegowe zaczęła w wieku 12 lat w lokalnym klubie wraz z grupą sześciu rówieśników. Że dyscyplinę warto potraktować poważnie poczuła po roku, gdy po raz pierwszy wyjechała za granicę. W Szwecji wygrała swoje pierwsze zawody. Jej ówcześni trenerzy opowiadają, że już była takim tytanem pracy, iż musieli ją hamować przed przeciążeniem, a przecież wciąż miała obowiązki na farmie. Te odpadły dopiero w 18. roku życia, gdy opuściła rodzinny dom, przenosząc się do internatu norweskiej kadry.

Kariera nabrała przyspieszenia. W wieku 22 lat pojechała na swoje pierwsze Igrzyska Olimpijskie do Salt Lake City w 2002 roku, gdzie wraz ze sztafetą wywalczyła srebrny medal. Na sukces indywidualny była jeszcze za słaba. Przełom nastąpił w kolejnym roku, w którym wygrała pierwsze zawody PŚ, a później pierwszy tytuł mistrzyni świata - w sprincie w Val di Fiemme. Do dziś nazbierała tyle trofeów, że nikt nie może się z nią mierzyć.

Zakochani w sportach zimowych Norwegowie regularnie nagradzają ją tytułem najlepszego sportowca w kraju (podobnie jak my Justynę Kowalczyk). Cenią ją za to, że choć jest wielką gwiazdą, pozostała skromną dziewczyną z Rognes, której zdarza się podczas odwiedzin rodziców zakasać rękawy i zabrać do roboty w polu. Po igrzyskach w Vancouver, gdzie zdobyła trzy złote medale jeden z tygodników opublikował reportaż Na jednym ze zdjęć Marit z widłami w ręku i w gumofilcach na nogach uwijała się w owczarni.

Choć jako celebrytką mogłaby wybierać z długiej listy firm, zasypującej ją ofertami współpracy, zgadza się reklamować wyłącznie zdrowe produkty. Za równowartość 4,5 miliona złotych związała się m.in. z norweskim Stowarzyszeniem Eksportowym Rybaków, promując jedzenie ryb kosztem mięsa i zdrowe przepisy kulinarne. Skrytykowała przy tym publicznie kolegę z kadry za reklamowanie napoju energetycznego, bo jej zdaniem rujnuje organizm dzieciaków. Nie szasta pieniędzmi. Jeździ takim samym samochodem jak większość Norwegów, a największy wydatek, na jaki sobie pozwoliła to apartament w ekskluzywnej dzielnicy Olso - Hollmenkollen z widokiem na trasę, na której zdobyła cztery medale mistrzostw świata.

Era astmatyków

Katorżnicze treningi w końcu dały jednak o sobie znać. Z przetrenowania przed igrzyskami w 2004 roku, chorowała w Turynie i nie przywiozła żadnego medalu. Klapą zakończyły się także MŚ w Saporro w 2007 i Libercu w 2009 roku. Kochająca wygrywać Marit nosiła się nawet z porzuceniem sportu. Ale wtedy właśnie zaczęła brać lek na astmę - Symbicort, który był wprawdzie na liście środków zakazanych przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, ale Bjoergen dostała specjalne zezwolenie na stosowanie go w formie inhalatora. I znów zaczęła wygrywać.

Oburzyła tym swe największe rywalki, Słowenkę Petrę Majdić i Kowalczyk. Kulminacja wzajemnej niechęci i oskarżeń o doping nastąpiła podczas igrzysk w Vancouver w 2010 roku i mistrzostw świata w Oslo rok później, które Bjoergen zdominowała, zdobywając pięć medali w pierwszej imprezie i cztery w drugiej. Trener Polki, Aleksander Wierietielny przekonywał, że skoro Bjoergen może brać leki na astmę, to jego zawodniczka powinna mieć zgodę na stosowanie EPO, bo ma obniżony poziom żelaza we krwi. EPO w medycynie stosuje się w drastycznych przypadkach niewydolności nerek, w sporcie wspomagają się nim nielegalnie głównie kolarze.

Justyna zaś po kolejnych porażkach pozwalała sobie na uszczypliwości i oskarżenia pod adresem Norweżki. „W erze astmatyków srebro jest złotem” - mówiła po zajęciu drugiego miejsce za Bjoergen. „Marit przygotowała się dobrze fizycznie, psychicznie i medycznie” - puszczała do nas oko po kolejnej porażce. Po mistrzostwach świata w Oslo stwierdziła, że wyjeżdża jak najszybciej, żeby „nie złapać epidemii, która w Oslo szaleje na narciarskich trasach. Epidemii astmy. W biegu na 30 km w pierwszej szóstce były aż cztery Norweżki, wszystkie chore".

Wściekła Bjoergen, że ktoś umniejsza jej osiągnięcia tłumaczyła, że naprawdę ma astmę. - Nie czuję się oszustką. Gdybym ciężko nie pracowała, żadne medykamenty by mi nie pomogły - przekonywała. Podkreśliła, że ma szacunek do Kowalczyk jako zawodniczki, ale to, co Polka o niej wygaduje jest niesprawiedliwe i krzywdzące. W obronę wzięli Norweżkę specjaliści od medycyny sportowej, także z Polski, tłumacząc, że astma wysiłkowa jest powszechna wśród zawodników uprawiających dyscypliny wytrzymałościowe w trudnych warunkach, zwłaszcza w basenie i na mrozie, wśród spalin, czyli u pływaków, biegaczy narciarskich i kolarzy. Dzięki lekom chorzy nie uzyskują cudownej przewagi, a jedynie ich oskrzela wracają do takiego normalności. Kowalczyk zerwała jednak współpracę ze swoim lekarzem, Jarosławem Krzywańskim, który także wziął w obronę astmatyków. W 2011 roku MKOl. oficjalnie zezwolił na stosowanie Symbiocortu.



Kotwica w górę

W obecnym sezonie między Kowalczyk, a Bjoergen zapanował rozejm. Polka przestała wspominać o astmie, Norweżka rozpływała się nad wielkością Justyny. Podczas zawodów w Szklarskiej Porębie powiedziała mi, że nie byłaby tak wielka w ostatnich latach, gdyby nie miała tak wielkiej rywalki jak Polka. Przez cały czas oskarżeń o doping Bjoergen czuła wsparcie norweskich mediów i kibiców, a Kowalczyk swoich, zwłaszcza anonimowych

internautów, którzy często bardzo wulgarnie atakowali w sieci jej przeciwniczkę, zupełnie jak w swoim czasie Martina Schmitta i Svena Hannawalda gdy ci rywalizowali w skokach z Adamem Małyszem. Paliwem dla anonimowych haterów stały się zdjęcia muskulatury Marit, opublikowane po igrzyskach w Vancouver przez norweską prasę, na których widać wyrzeźbione jak kaloryfer mięśnie brzucha biegaczki i bicepsy. Internet zaroił się mnóstwem niewybrednych żartów jak ten niejakiego Hardkrowego Koksu, i domysłów, że Bjoergen bierze sterydy.

Ona sama nie wstydzi się swojego ciała. Podczas ceremonii wręczenia nagrody dla Najlepszego Sportowca Norwegii 2012 roku, wystąpiła w sukience z odsłoniętymi ramionami, znów eksponując imponujące bicepsy. Furorę zrobił też jej akt, namalowany przez 88-letniego artystę, Knuta Aasheima. Że biegaczka ma dystans do zaczepek udowodniła w programie Tunge Ting, wcielając się w słynnego komiksowego siłacza Popeye, zyskującego siłę pop zjedzeniu puszki szpinaku i jak on wymachiwała wielką kotwicą.

To także element autopromocji. Wraz z narzeczonym Fredem Boerre Lundbergiem, dwukrotnym mistrzem olimpijskim w kombinacji norweskiej jest współwłaścicielką firmy Gymtimen, pomagającą klientom wrócić do dobrej formy. Jej mama, Kristin otworzyła siłownię w rodzinnym Rognes. Chętni na kaloryfer i bicepsy a’la Marit walą drzwiami i oknami.

Kryształowa Kula, którą odebrała Kowalczyk, jest jej trzecią w karierze. Status Marit w ojczyźnie jest już tak ogromny, że kilka miesięcy temu jej podobizna trafiła na znaczki pocztowe. Ale pytana niedawno o największy sukces, odpowiedziała, że... wygrany zakład z ojcem, Ole, który po zdobyciu przez nią kolejnego mistrzostwa świata po 50 latach palenia papierosów musiał zerwać z nałogiem.

12:47, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (10) »
czwartek, 01 września 2011

Srebrna sztafeta 4x100 m z Tokio: Marian Foik, Wiesław Maniak, Marian Dudziak, Andrzej Zieliński

W ramach ciszy przed burzą, czyli meczem reprezentacji Polski z Meksykiem zapraszam wszystkich do lektury wywiadu jaki przeprowadził niedawny laureat Blogowego Pucharu Lata, bensbens, autor pamiętnej notki o Cieśliku. Notka tak mnie zachwyciła, że chcąc poczytać coś jeszcze tego wyjątkowego autora (nie prowadzącego niestety żadnego bloga), sprytnie wymyśliłem, by w ramach nagrody dodatkowej oddać mu łamy Polsportu. Mam nadzieję, że nagroda nie okazała się uszczęśliwienie na siłę, dla kogoś żyjącego przecież swoimi sprawami. W odpowiedzi dostałem nie wpis, ale monumentalny wywiad z Marianem Dudziakiem, polskim naukowcem, kierownikiem Katedry Podstaw Konstrukcji Maszyn Politechniki Poznańskiej, a w przeszłości lekkoatletą, srebrnym medalistą Igrzysk Olimpijskich w Tokio w sztafecie 4 razy 100 metrów i wielokrotnym reprezentantem Polski). Wywiad ten z jednej strony idealnie trafia tematyką w sam środek lekkoatletycznych mistrzostw świata w Daegua, a z drugiej przedstawia niezwykle ciekawego człowieka, który doskonale poradził sobie w życiu bez sportu, robiąc to w dodatku w pełni świadomie, nie z uwagi na kontuzję czy inny wpadek losowy.

Panie Profesorze, gdy umawialiśmy się na wywiad, stwierdził Pan, że pytania o karierę sportową są nudne. Dlaczego?

- W sporcie nic nie jest zaplanowane. Muzyk, zanim zostanie dobrym pianistą, musi dostać się do szkoły podstawowej, średniej, wyższej; ciągle jest weryfikowany, nieustannie się kształci. A w sporcie? Sukces może przyjść w jednym momencie.

 

Pan bardzo późno zaczął trenować.

- Formalnie byłem już na trzecim roku studiów! We wrześniu przypadkowo pojechałem na zawody do Gniezna, na których zrobiłem dobre wyniki w biegu na 100 metrów oraz skoku w dal. Dzięki temu zainteresował się mną doktor Bernard Kobielski, mój pierwszy trener – pracownik Akademii Medycznej.

 

Od tego momentu sport był w Pana życiu ważny?

- Stałem się innym człowiekiem – zmieniłem się psychicznie, przybrałem masę mięśniową. Na trzecim roku urosłem o dziesięć centymetrów!

 

A wcześniej miał Pan jakikolwiek związek ze sportem?

- Nie, trochę jeździłem na rowerze, nartach, łyżwach, jednak to nie było w żaden sposób systematyczne, ani tym bardziej profesjonalne. W szkole średniej w ogóle nie uprawiałem sportu; no, oczywiście trochę pograłem w piłkę, ale nic poza tym. Nie miałem na to czasu, musiałem codziennie dojeżdżać do szkoły kilkanaście kilometrów pociągiem.

 

Na tle współczesnych sportowców – czasami przygotowywanych, tak jak mówił Pan o muzykach, od dzieciństwa – historia o Pańskich początkach brzmi niesamowicie.

- Śledziłem kiedyś kariery sportowców, którzy szli nietypową ścieżką. Był taki amerykański płotkarz Glenn Davis, podczas Igrzysk Olimpijskich w Rzymie wygrał bieg na 400 metrów z przeszkodami oraz sztafetę 4 razy 400 metrów. Genialny lekkoatleta! Rozpoczął treningi w podobnym wieku do mnie. Także w Rzymie złoto w biegu na 800 metrów zdobył Peter Snell, który cztery lata później wygrał i na 800, i na 1500 metrów. On także bardzo późno zaczął biegać. Dlatego mówienie, że trening czyni mistrza – szczególnie w sporcie – w żaden sposób się nie broni.

 

Od trzeciego roku studiów zaczął Pan trenować intensywnie?

- Nie aż tak bardzo. Trenowałem tylko dwa razy w tygodniu! (śmiech) Później doszedł jeszcze jeden trening, w niedzielę biegaliśmy nad jakimś jeziorem. Wcześniej, w okresie stalinowskim, polscy lekkoatleci trenowali nawet trzy razy dziennie. I co? Wyniki były coraz słabsze, a mieliśmy wtedy kilka wielkich talentów, np. Zdobysława Stawczyka. Może to była kwestia braku profesjonalizmu, ale wtedy nie sprawdzała się zasada, że czym więcej, tym lepiej. Tak jak w nauce trzeba dobrać dobrą metodologię badań, tak podczas treningu sportowca wszystko zależy od konkretnego człowieka.

 

Kiedy zaczął Pan wierzyć w to, że może Pan zostać medalistą olimpijskim?

- Wcześniej bym zdziwił się, że mogę w ogóle być sportowcem, a już tym bardziej reprezentantem Polski. Jednak jak już zacząłem trenować to szybko stałem się członkiem kadry i wiedziałem, że jeśli będę dalej pracował, to pojadę na igrzyska. Czułem, że jestem dobry – biegałem 100 metrów przez 10,5 sekundy prawie bez treningu.

 

Po dwóch latach pojechał Pan na Igrzyska Olimpijskie w Tokio.

- Mało mówi się o tym, że start na igrzyskach olimpijskich nie jest dla zawodników przyjemnością. Zawody są rozbudowane, rozciągnięte w czasie – są eliminacje, ćwierćfinały, półfinały i finały. Eliminacje są bardzo wcześnie rano, w Tokio były o 8:30. Chciałoby się panu wtedy biegać sto metrów? (śmiech) My musieliśmy się w Tokio budzić o godzinie 4:30!

 

Jakie wrażenie na Panu zrobiła Japonia?

- Japonia nie podpisała – jako jeden z niewielu krajów – umowy o ochronie patentów. Dlatego oni ściągali rozmaite konstrukcje, jeździli po całym świecie i odwzorowywali wszystko u siebie. Zresztą, tę umowę Japończycy podpisali w końcu właśnie w 1964 roku, przy okazji Igrzysk. Wszystko zostało bardzo sprawnie zorganizowane, mieliśmy do dyspozycji dużą, wygodną wioskę olimpijską. A poza wioską? Niesamowite autostrady, na Ginzie niektóre miały dwanaście pasów ruchu! Trójzwojne ślimaki, luksusowe koleje, kapitalnie zorganizowane, wielopoziomowe metro. W ogóle cała infrastruktura budowlana ówczesnej Japonii była niesamowita. Do tego dochodziła wielka elektronika: malutkie, szpulowe magnetofony, radia. Jednak, co ciekawe, Japończycy mieli bardzo słabo rozwiniętą motoryzację. Nas obsługiwał Opel Kapitän, ponieważ w tym czasie Toyota – najlepszy japoński samochód – była znacznie gorsza od naszego Trabanta.

 

Pamięta Pan otwarcie Igrzysk?

- Z tym jest śmieszna sprawa – z perspektywy zawodnika wygląda to trochę inaczej niż w telewizji. Podczas otwarcia bardzo długo się idzie, a później jeszcze dłużej stoi w jednym miejscu. Wokół nic nie słychać, nie wiadomo, co się dzieje, więc zawodnicy rozmawiają między sobą. Pamiętam, że po oficjalniej części wypuszczono gołębie, które, jak to ptaki po wypuszczeniu z klatki, pobrudziły marynarkę Witolda Gerutty – ówczesnego Wiceprezesa Polskiego Związku Lekkiej Atletyki – akurat dokładnie na lewym i prawym ramieniu. Widać było, że jest wkurzony, ale po chwili opanował się, uśmiechnął i powiedział: „Patrzcie, to na szczęście, te Igrzyska się Polakom udadzą!”. I rzeczywiście, miał rację.

 

Srebrny medal w sztafecie uznawany był za ogromny sukces. Czy rzeczywiście Amerykanie – złoci medaliści – byli wówczas poza zasięgiem?

- Bob Hayes, który wygrał też sto metrów, był bardzo wysoki, miał ogromne przyspieszenie. Biegłem razem z nim na ostatniej zmianie – na początku pierwszy był Francuz Jocelyn Delecour, drugi byłem ja, a trzeci Hayes. Amerykanin szybko nas przegonił i wygrał z dużą przewagą. Jak później się okazało, brał już wtedy środki dopingujące. Zmarł kilkanaście lat po tych Igrzyskach.

 

W Tokio pierwszy złoty medal zdobył Waldemar Baszanowski.

- Pamiętam, że wygrał zawody na początku Igrzysk. Później przychodził często do nas na stadion lekkoatletyczny, siedział i uśmiechał się zadowolony. Zawsze był bardzo spokojny, opanowany, ale z drugiej strony przeżywał swoje starty.

 

Polscy bokserzy zdobyli wtedy siedem medali, w tym trzy złote.

- Z bokserami miałem ścisły kontakt. Znałem Feliksa Stamma, Pawła Szydłę i Stanisława Zalewskiego. O Zalewskim mało się mówi – był masażystą polskich bokserów, znakomitym fachowcem. My, lekkoatleci, ciągle mieliśmy niedosyt masażystów, przysyłali nam jakichś lewusów z kółka rolniczego, tak bym ich nazwał. Technika kółka rolniczego na igrzyskach olimpijskich! Bokserzy mieli już ugruntowaną pozycję po poprzednich Igrzyskach w Rzymie. Stanowili jedną rodzinę z ojcem Feliksem Stammem. Swoją drogą, im na pewno bardzo pomogło to, że zasiadali we władzach światowego związku. Boks to jest bardzo niewymierny sport – Tadeusz Walasek przegrał w finale Igrzysk przez bardzo złe decyzje sędziów.

 

Był Pan w Tokio do końca Igrzysk?

- Tak, dzięki temu mogłem oglądać wiele konkurencji. Obejrzałem zawody lekkoatletyczne, widziałem zwycięstwo Walerego Brumela, biegi długodystansowe. Chodziłem na mecze koszykówki, którą bardzo przyjemnie się oglądało – widzieliśmy tych amerykańskich czarodziejów, bawiących się piłką. Wszyscy siedzieliśmy w Tokio, bo razem wracaliśmy jednym środkiem lokomocji – statkiem z Jokohamy do Nachodki; z Nachodki koleją do Czelabińska, stamtąd do Irkucka; z Irkucka do Moskwy samolotem i z Moskwy do Warszawy również samolotem. W szczególności pamiętam tę podróż statkiem.

 

Dlaczego?

- Wie Pan, prawdziwymi bohaterami jakichkolwiek igrzysk nie są sportowcy – ani zwycięzcy, ani przegrani. Bohaterami są ci, którym udało się pojechać. Oficjele, którzy znaleźli się ekipie albo w pobliżu ekipy. To właśnie było widać na statku: sportowcy i medaliści spali na samym dole, w kajutach czteroosobowych; a oficjele – w pierwszej klasie, na górze. Sytuacja jednak się odwróciła, bo była straszna burza. Mimo że to był ogromny statek, to fale dochodziły do pokładu. Życie w pewnym momencie wymarło, orkiestra przestała grać, nikogo nie było na posiłkach. Chodziliśmy razem z Józkiem Szmidtem po pokładzie, bo nie mogliśmy spać, a ci wszyscy oficjele, osoby towarzyszące pospadali z łóżek i bardzo chorowali. To był dla nich sądny dzień! (śmiech)

 

Józef Szmidt również stał się legendą polskiego sportu.

- Przede wszystkim dlatego, że on – o czym się w ogóle nie mówi – wymyślał nowe metody treningu. Ćwiczył wieloskoki nie na stadionie, ale w lesie. Udowodnił, że trening nie musi być katorgą, której zawodnik nie lubi. To może być przyjemność, coś co każdemu odpowiada. Jego ojcem był górnikiem, on pochodził z prostej rodziny, ale miał zmysł, który pozwalał mu wiele rzeczy wymyślić. Tadeusz Starzyński – jego trener – był na tyle inteligentny, że dostosowywał się do niego, nic mu nie narzucał. Nie musiało być tak, jak w latach pięćdziesiątych, że trójskoczek na treningu cały czas skacze. Staje na stracie, rozpędza się, odbija, hop, hop, hop i tak kilkanaście razy pod rząd. Przecież to nie sprawia zawodnikowi żadnej przyjemności! Ja też trenowałem bardzo różnie – czasami zamiast bieżni musiał mi wystarczyć pokój w akademiku.

 

Czy po igrzyskach – np. podczas powrotu – widać podział na zawodników, którzy są zadowoleni ze swojego startu, a tych którym się nie udało odnieść sukcesu?

- Na pewno nie tak jak teraz, gdy przyznawana jest emerytura olimpijska. Wtedy wszyscy traktowani byliśmy pod względem materialnym równo. Medaliści mieli co prawda pewne dodatki, ale to nie było dużo – ja dostałem dwadzieścia dolarów, Baszanowski – dwadzieścia pięć. Oczywiście, pojawiała się zazdrość, jeśli komuś nie udało się zdobyć medalu, ale to raczej ze względu na to, że medal olimpijski jest dla każdego sportowca ważny ze względów symbolicznych. Trenerem sprinterów był Włodzimierz Drużbiak, człowiek bardzo wysokiej kultury, skończył przed wojną Uniwersytet Lwowski. Zarabiał bardzo mało, był wykładowcą na Akademii Wychowania Fizycznego. Umówiliśmy się, że za nasze nagrody, jeśli zdobędziemy medal, spalimy jego stary, poniszczony płaszcz i kupimy nowy.  I dokładnie tak zrobiliśmy – Japończycy dali nam benzynę, na placu w wiosce olimpijskiej spaliliśmy stary i daliśmy mu nowy. Aż się popłakał z radości!

 

Cztery lata później wystartował Pan na Igrzyskach Olimpijskich w Meksyku, przed którymi doszło do ogromnych protestów społeczeństwa. Ich powodem był bardzo niski poziom życia obywateli Meksyku, którzy nie mogli zrozumieć, że państwo zdecydowało się finansować tak kosztowne przedsięwzięcie, jakim są igrzyska olimpijskie.

- Zawodnicy o tym nie wiedzieli – w każdym razie ja nie wiedziałem. Dopiero kilka lat temu dowiedziałem się o tych wielkich czystkach; o tym, ile osób zginęło na Placu Trzech Kultur. To był temat tabu, oni wszystko zatuszowali. Niewątpliwie pomagało im to, że Meksyk był hołubiony przez nasz system polityczny. Te różnice socjalne było widać – niektórzy ludzie mieszkali pod kartonami. Zresztą, w Meksyku było także dobrze słychać nastroje polityczne – gdy na stadionie wygrywali Kubańczycy, spotykało się to z niesamowitym aplauzem. Amerykanie byli natomiast wygwizdywani. W porównaniu z Tokio, Meksyk wyglądał znacznie gorzej, chociażby dlatego, że podczas Igrzysk budowano metro, wszystko było rozkopane, a ruch sparaliżowany. Pamiętam, że przez miasto jechałem autobusem cztery godziny.

 

Igrzyska w Meksyku znane są głównie ze słynnego skoku Dicka Fosbury'ego.

- O, tak! To wtedy wywołało ogromne poruszenie. Widziałem to na żywo z trybun, wszyscy byli zaskoczeni, lekkoatleci dyskutowali, dziwili się, jak on może tak skakać. Chociaż akurat dla mnie było jasne, że on ma rację, bo to wynika z fizyki. Fosbury zastosował piękną zasadę mechaniki: podczas lotu zmienił środek ciężkości.

 

Zawody lekkoatletyczne na tych igrzyskach były pełne wydarzeń, które przeszły do historii sportu. Bob Beamon poprawił rekord świata w skoku w dal aż o 55 centymetrów.

- Jego skok też widziałem na żywo. Bob Beamon był zresztą głównym uczestnikiem imprez, które odbywały się przed otwarciem igrzysk. Pamiętam, że Beamon wskakiwał na scenę i tańczył. Dla nas to było niewyobrażalne! Gdybyśmy tak zrobili, to od razu trener nakrzyczałby na nas i utemperował.  Wtedy nastąpiła eksplozja rozwoju techniki, mechaniki w sporcie. Nie można też zapominać o niesamowitym konkursie trójskoku, w którym co chwilę poprawiany był rekord świata.  Było blisko, żeby te Igrzyska stały się jeszcze bardziej rewolucyjne, ponieważ w 1968 roku Adidas wypuścił na rynek nowe kolce, które na podeszwie miały czterdzieści dziewięć takich malutkich igiełek. Jednak, ze względu na protesty konkurencyjnych firm, te buty nie zostały dopuszczone. Później, jak zrobiłem doktorat i habilitację, dopiero zrozumiałem, jak to wtedy mogło zmienić sport. Zresztą - dziś te kolce są już dopuszczone i widać, jaką odgrywają rolę.

 

Igrzyska olimpijskie to jednak tylko jeden z elementów Pańskiej kariery sportowej.

- Igrzyska są tylko wielkim symbolem – spędem wielu dyscyplin sportowych, który ogląda cały świat. Dla mnie największym sukcesem było to, że przez dziesięć lat reprezentowałem Polskę w biegach na 100 i 200 metrów oraz w sztafecie. Przez dziesięć lat czynnie reprezentowałem Polskę! Chociażby w meczach międzypaństwowych, wówczas bardzo ważnych dla Polaków: z Niemcami, Anglikami, Rosjanami, NRD-owcami i Amerykanami, przecież pierwszy mecz z Amerykanami na Stadionie Dziesięciolecia to było ogromne wydarzenie, dziś już mało osób o tym pamięta.

 

Zdobył Pan też srebrny medal w 1966 na Mistrzostwach Europy w Budapeszcie w biegu na 200 metrów.

- Tak, chociaż również za swój cenny sukces uważam zwycięstwo w Londynie w 1966 roku, bo brali w nim udział wszyscy najlepsi sprinterzy na świecie. Byłem wtedy znakomicie przygotowany. Pamiętam też moje pojedynki z Wiesławem Maniakiem podczas meczu z Wielką Brytanią. Gromiliśmy wtedy Anglików, więc zaczęliśmy rywalizować między sobą. Ciekawa historia związana jest z następnymi Mistrzostwami Europy – w 1971 roku w Helsinkach. Nie miałem w ogóle tam jechać, dokuczała mi rwa kulszowa, przez co byłem w bardzo złej formie. Jednak uparli się, że mam biec na ostatniej zmianie. Przy ostatnim przekazaniu pałki był straszny tłok, zamieszanie, nikt nic nie widział – dobiegłem do mety jako piąty. Idziemy do szatni, trener patrzy na nas i mówi: „Ale spieprzyliście!”. Nikt się nie załamał, dla zawodnika nie ma żadnego znaczenia, co mówi trener albo działacz. Kąpiemy się, nagle trener wbiega i krzyczy „Macie drugie miejsce, trzech zdyskwalifikowali!”. Później poszedłem do niego i powiedziałem, żeby w przyszłości tak szybko nie wyrokował, bo w sztafecie przede wszystkim chodzi o zachowanie reguł. (śmiech)

 

Ustrój polityczny był w latach 60. i 70. dla sportowców ważny?

- Często się nad tym zastanawiam teraz, gdy porównuję tę dzisiejszą rzeczywistość do poprzedniej. Zawodnik ma przed sobą konkretny cel, chce być jak najlepszy. Wydaje mi się, że na to nie ma żadnego wpływu to, jaki jest ustrój. Polityka jest poza zawodnikiem – dla niego liczy się zespół, reprezentacja, start i uzyskanie jak najlepszego wyniku. Nasz każdy start był na najwyższym poziomie, z perspektywy reprezentanta nie było ważne, czy była to reprezentacja rosyjska, czy brytyjska. Po prostu po zwycięstwie z pewnymi reprezentacjami mieliśmy zdecydowanie większą satysfakcję, ponieważ żyła tym cała Polska. Pamiętam, że w 1968 roku lecieliśmy do Anglii. Przed wyjazdem przyszedł do nas dziennikarz polityczny i zaczął opowiadać – uświadamiać nas! - o tym, co robią nasze pokojowe wojska w Czechosłowacji. Przylecieliśmy do Londynu, gdzie zawsze mieszkaliśmy w tym samym hotelu obok Hyde Parku, a ja po zakwaterowaniu poszedłem zrobić rozgrzewkę. Podbiegł do mnie Czechosłowak i zaczął mnie wyzywać, krzyczeć „Ty, najeźdźco!”. Zacząłem się wtedy śmiać; co to był ze mnie za najeźdźca?

 

W reprezentacji nie było podziałów politycznych?

- My wszyscy byliśmy równi – zawodnicy dostawali dwa dolary dziennie, czasami nawet dolara i dwadzieścia centów. Wiedzieliśmy, że nasi koledzy z innych państw dostają dużo więcej. Wielu zawodników otrzymywało propozycje startów pod innymi flagami, ale prawie nikt z tego nie korzystał. Józka Szmidta namawiali, ale on tylko się z tego śmiał. Do Niemiec wyjechał dopiero po zakończeniu kariery. Myśmy reprezentowali Polskę, a nie – broń Boże – ustrój polityczny. Podziału politycznego absolutnie nie było. Inne tak, bo w reprezentacji było wielu siłaczy, którzy chcieli wprowadzić stosunki łobuzerskie. (śmiech)

 

O czym myśli sprinter przed startem?

- To zawsze ogromne przeżycie. Moment przed startem jest w przypadku sprinterów identyczny jak u tenisistów – wokół nie ma nikogo, jest się samemu. Czy są to igrzyska olimpijskie, czy mniejsze zawody? To nie ma znaczenie. Rytuał odbywania swojej dyscypliny jest podobny, a na igrzyskach olimpijskich jest wydłużony w czasie…

 

Start w sztafecie bardzo różni się od indywidualnego?

- Poza sprawami technicznymi, takimi jak przekazywanie pałeczki czy zupełnie inny start, w przypadku sztafety każdemu towarzyszy cała drużyna, pomiędzy nią jest związek psychiczny. Wspólnie się rozgrzewamy, dyskutujemy, idziemy na start. Tę integrację bardzo dobrze widać podczas meczów siatkówki – oni się poklepują, obejmują, w ten sposób wzmacniają się psychicznie.

 

Sztafetę należy zatem zaliczać do dyscyplin drużynowych?

- W pewnym sensie tak, ale z drugiej strony, w ramach sztafety każdy ma swój odcinek do przebiegnięcia, więc z pewnością nie jest to w pełni sport drużynowy.

 

Między biegaczami zdarzają się konflikty?

- Nie, myśmy nigdy nie mieli do siebie o nic pretensji. Kiedyś wytworzono taki sztuczny konflikt, podczas Igrzysk w Meksyku, że Irena Szewińska celowo zgubiła pałkę, to była jakaś bzdura. Niestety, o tym pisali ludzie, którzy w ogóle nie znają się na sporcie i tylko spekulują. Sport jest czysty – to zabawa, a nie wojna.

 

Zawodnicy muszą się wzajemnie lubić?

- Nie muszą! Wszędzie są antagonizmy, ale w momencie startu każdy ma określone zadanie, każdy chce jak najlepiej. Zawodnicy trenują, więc chcą udowodnić, że coś znaczą.

 

Podobno ukrywał Pan przed znajomymi z Politechniki Poznańskiej to, że zdobył Pan olimpijski medal.

- Nigdy się nie chwaliłem, to mnie krępowało; deprecjonowało moje osiągnięcia zawodowe. Nastawienie było takie, że sportowiec to idiota, który jest na etacie i robi to, co trener każe. Ze studiów pamiętam takich wykładowców, którzy nienawidzili sportowców. Mój kolega z roku grał w koszykówkę w Warcie Poznań i nie zaliczył egzaminu, bo „był panem sportowcem”. A ja dostałem czwórkę, bo on nic nie wiedział! (śmiech) Dopiero później, jak musiałem się przyznać, że jestem w kadrze, dziwił się, że „taki porządny człowiek i sportowiec?”. Dlatego, jak nie musiałem, to nic o tym nie mówiłem.

 

W pewnym momencie przełamał się Pan czy to nastąpiło stopniowo?

- Część osób mnie poznała, ale ja po prostu starałem się z tym nie afiszować. Jak zostałem profesorem – jeszcze wtedy uczelnianym – to nagle się okazało, że wszyscy z tego grona uprawiali sport; ciągle o tym rozmawiali, tylko ja nic nie mówiłem. Dopiero później zacząłem opowiadać jakieś anegdoty albo ciekawostki. Sport jest pełen interesujących rzeczy, niestety polscy komentatorzy wolą krzyczeć „Tak, tak, on wygrywa, jest pierwszy!”. Przecież ja to widzę, po co komentator to mówi? Dla mnie wzorem tego, jak należy opowiadać o sporcie zawsze byli Francuzi: gazeta „L'Équipe” albo ich kino. Oni ukazywali perfekcjonizm ruchowy sportu, dynamizm, wysiłek. Przede wszystkim to warto obserwować, a nie tylko to, kto wygrywa. Dlatego lubię obserwować zawody w podnoszeniu ciężarów, wtedy widać cały obraz sztangisty – jego rytuał, przygotowanie, skupienie.

 

A w środowisku sportowców przyznawał się Pan do tego, że jest inżynierem?

- Tam na to nikt nie patrzył, byli sportowcy, którzy tylko dla sportu i ze sportu żyli i tacy, jak ja. W moim przypadku, przez pilnowanie studiów a potem pracy, nie pojechałem na wiele fajnych mityngów. Co roku były także wyjazdy na wypoczynek do Makarskiej w Jugosławii, tylko raz tam pojechałem. Bardzo żałuję, bo to naprawdę piękne miejsce.

 

Nigdy się Pan nie zastanawiał, czy nie wybrać tylko sportu?

- Nigdy, bałem się tego. Życie tylko ze sportu jest bardzo niestabilne. Mój kolega Jerzy Juskowiak był wielkim sprinterem –  w lutym 1964 roku wyrównał rekord świata w biegu na 60 jardów, ale nie zakwalifikował się do kadry na Igrzyska w Tokio. I wtedy związek go skreślił. Jak umarł, to jego pogrzebem nikt ze związku się nawet nie zainteresował. A Paweł Szydło, wielki pomocnik Stamma? Podczas pogrzebu musieliśmy na jego trumnę wrzucić flagę Wielkopolskiego Klubu Olimpijczyka, bo też nikt o nim nie pomyślał.

 

Bycie naukowcem jest bardziej stabilne?

- Tak, sport jest tymczasowy - jako inżynier to, co zrobiłem, to już mam. Nie stracę tego z dnia na dzień.

 

A – z perspektywy Pańskiego obecnego zawodu – popiera Pan rozwój techniki w sporcie?

- Pewnych rzeczy się nie uniknie, to widać chociażby w tym, jak zmienia się odzież; najprawdopodobniej niedługo pojawią się stroje, które będą dodatkowo stymulować mięśnie. Są też sporty, w których więcej zależy od techniki niż od człowieka – np. kolarstwo. Albo taki skok o tyczce, przecież ta dyscyplina tak naprawdę nie ma sensu!

 

Co jeszcze może zmienić się we współczesnym sporcie?

- Już bardzo dużo się zmieniło – poza tym, o czym mówiliśmy przy okazji Igrzysk w Meksyku, zupełnie zmienił się oszczep czy technika pchania kuli.

 

Ta zmiana dokonuje się właśnie teraz, praktycznie na naszych oczach.

- Tak, ale z punktu widzenia zasad mechaniki rzut obrotowy musi mieć przewagę, bo generuje dodatkową prędkość, którą skierowujemy w danym kierunku. Nie musimy tej prędkości początkowej wypracowywać statycznie w jednym kierunku. Te nowinki techniczne wynikają ze zrozumienia świata przyrody – tam już wszystko jest, człowiek musi po prostu to zrozumieć, na razie jesteśmy jeszcze prymitywni. Cały czas będzie się zmieniała technika, jestem pewien, że niedługo ktoś w skoku w dal przekroczy dziesięć metrów. Nawet wiem, jak to zrobi! (śmiech)

 

Jak?

- Niech Pan sobie wyobrazi, że zawodnik w pewnym momencie lotu przyjmie kształt kulki. Wtedy poleci znacznie dalej. Myślę, że już niedługo ktoś wykorzysta tę zasadę fizyki i spróbuje wymyślić taką technikę. Tylko to będzie bardzo trudne, będzie wymagało dużych zdolności akrobacyjnych od zawodnika.

 

Nie ma granicy rekordu?

Nie ma. Z pewnością będą inne kryteria pomiaru. Kiedyś podstawowym kryterium jakościowym podczas wytwarzania samochodu był  milimetr lub jego dziesiąta część, dzisiaj – jego tysięczna część. Tak samo jest w sporcie.

 

Jest Pan jednocześnie profesorem w dziedzinie zupełnie niezwiązanej ze sportem i medalistą olimpijskim. W starożytności Grecy właśnie w ten sposób wyobrażali sobie idealny rozwój życia człowieka.

- Nie przesadzajmy, mi sport bardzo łatwo przyszedł. Trenowałem tylko dwa albo trzy razy w tygodniu. Miałem bardzo dużo szczęścia do trenerów na samym początku kariery. Zawsze powtarzałem młodym zawodnikom – trzymajcie się swoich pierwszych trenerów, wychowawców; oni was najlepiej znają, inni tylko chcą wykorzystać wasz talent. Ile ja miałem kontuzji przez trenerów, którzy nagle przychodzili i kazali mi coś robić. Najgorzej było w kadrze, bo tam często przychodzili nowi trenerzy. Po Igrzyskach w Tokio odszedł Drużbiak, po nim co chwilę mieliśmy kogoś innego. Zresztą, sport uprawiało bardzo wiele osób, które są specjalistami w zupełnie innej dziedzinie, chociażby Leszek Balcerowicz.

 

Ale bardzo niewielu osiągnęło taki sukces.

- Szkoda, że więcej nie mówi się o tym, ile znanych osób uprawiało sport. Społeczeństwo powinno wiedzieć, jakie to jest ważne, żeby się doskonalić fizycznie – poznać swoje ciało, wytrzymałość; wiedzieć, co to jest ból, zwycięstwo albo niepowodzenie. Tak zresztą jest w kulturze greckiej, tak ważnej dla naszej cywilizacji.

 

Poza uczelnią pracuje Pan także jako biegły sądowy.

- Analizuję wypadki samochodowe. Podczas tego wszystko jest logiczne, wynika z analizy dowodów materialnych, a dalej  z obliczeń i wzorów. Nikt nie jest w stanie oszukać i twierdzić np. że jechał wolniej niż w rzeczywistości. Wiele ludzi chciałoby wierzyć, że istnieje coś takiego, jak cud, ale tak nie jest – cały świat jest logiczny, cudem może być tylko coś, czego jeszcze nie udało się nam zrozumieć. Wie Pan, szkoda, że nie rozmawialiśmy o fizyce, to jest znacznie bardziej interesujące niż sport!

 



16:05, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (10) »
sobota, 20 lutego 2010

Nie należę do osób które szklane zawsze widzą w połowie pustą, wręcz przeciwnie. Nie narzekam, nie marudzę, że Justyna Kowalczyk wywalczyła tylko brązowy medal. Finisz biegu łączonego był tak dramatyczny i fascynujący, a chwile oczekiwania na werdykt fotokomórki tak wlokące się niemiłosiernie, że cieszyłem się z tego krążka może nawet bardziej niż ze srebra. Że choć wyglądało, że Polka przegrała już walkę o podium, że będzie czwarta, nie poddała się, nie odpuściła, nie załamała, stoczyła bój i desperackim, małyszowym telemarkiem wygrała z Norweżką! Ale potem przyszła refleksja, że wygrała, owszem, ale walkę o trzecie miejsce. Byłbym nieszczery, a ja od dzisiaj chcę być szczery, gdyby powiedział, że nie liczyłem na więcej.

sobota, 13 lutego 2010

A jednak to zrobił! Cholerny szwajcarski Harry Potter znów nam to zrobił! Mało mu dwóch złotych medali ‘skradzionych’ Adamowi Małyszowi na igrzyskach w Salt Lake City. Znów musiał być najlepszy?! Kiedy patrzyłem jak tak świetni w tym sezonie Austriacy, Gregor Schlierenzauer i Thomas Morgenstern nie lecą ale podfruwają, jak Jane Ahonen nie daje rady, byłem pewien, że to konkurs Małysza, że przechytrzył wszystkich rywali, najlepiej trafił z formą. Że to jego konkurs, jego marzenia o złocie się spełnią. Ale Szwajcarski Zegarek musiał okazać się najbardziej precyzyjny! Oddał dwa najlepsze skoki i wygrał zasłużenie.

sobota, 24 października 2009

Widzę twarz Leona Niemczyka jak przytacza tę opowieść, tylko nie umiem sobie przypomnieć w „Pociągu" czy „Nożu w wodzie"? Marynarz, który przez lata pracował na statkach w kotłowni, miał zrogowaciałe od chodzenia po żużlu stopy. Królem portowych knajp bywał nie dzięki erudycji. Jego popisowym numerem był skok ze stołu bosymi nogami na rozbite butelki. Skóra twarda jak podeszwa sprawiała, że mógł sobie na to pozwolić. Z czasem przestał pływać, marynarz już tylko przesiadywał w knajpach, stracił sławę. Któregoś wieczoru znów postanowił zabłysnąć. Rozbił butelki, wlazł na stół, skoczył i… krew obryzgała wszystkich dookoła. Tak właśnie wyobrażam sobie dzisiejszą 'walkę stulecia' Adamek - Gołota.

sobota, 20 czerwca 2009

Termin lodzermensch wprowadził do literatury Władysław Reymont w „Ziemi Obiecanej”. Andrzej Gałecki, autor „Przewodnika po Łodzi” pisał, że lodzermenscha cechowała wyjątkowa pracowitość, wytrwałość i przedsiębiorczość. A Julian Tuwim, że gdy fabryki łódzkie dostają jakieś większe zamówienie, gdy zjawia się koniunktura – zaczyna tam świecić słońce, zakwitają bzy, słowiki turkocą, błoto się mieni spektralnymi kolorami, a ospali lodzermensche stają się übermenschami, odzyskują gibkość ruchów, żywość spojrzeń, bystrość myśli. Słońce świeciło w Łodzi mocno w sobotnie przedpołudnie, słowiki turkotały, a bzy kwitły, roznosząc cudowny zapach, gdy do swego rodzinnego miasta zajechał Marcin Gortat.

Z pierwszego polskiego koszykarza w wielkim finale NBA prawdziwy lodzermensch. Nie tylko dlatego, że wystąpił w koszulce z herbem Łodzi, z opaską „Chłopak z Bałut” (Bałuty boy) na nadgarstku i żartobliwym deklaracjom, że jak będzie miał 45 lat to wróci do ukochanego ŁKS. Zamiast po nadspodziewanie długim sezonie wypoczywać na plaży Aruby, Seszeli czy innego Mauritiusa jak jego koledzy, wybrał 20 godzin niewygodnego lotu, by zawitać do rodzinnego miasta, spędzić czas z najbliższymi, wspomóc przyjaciół i znajomych w ich przedsięwzięciach - jest gwiazdą turnieju „Powrót wielkiej koszykówki do Łodzi!". Zagrał z chłopakami w streetballa, pokazał kilka dunków, rzucał za trzy, poprowadził trening, rozdawał autografy. Przyjechał robić wszystko, by swój sukces przekuć w przywrócenie koszykówce dawno utraconej popularności. W lipcu poprowadzi serię campów w największych miastach Polski dla 10-latków... - Wracam do Łodzi bo jest mnóstwo rzeczy do zrobienia. Nadarzyła się szansa podnieść poziom polskiej koszykówki na lata. Chcę pomóc - mówił.

 

Konferencję prasową (którą miałem zaszczyt prowadzić) przedłużył o połowę, aż dziennikarzom skończyły się pytania. Otwarty, dowcipny, autoironiczny, co i rusz wzbudzał gromki śmiech, jak wtedy gdy łódzcy dziennikarze, którym mało było deklaracji przywiązania do Łodzi, pytali gdzie mu lepiej, tu czy w Olrlando? - A był pan kiedyś na Florydzie? - Gortat stłumił uśmiech. - Łódź jest wspaniała. Rozmawiałem ostatnio z Charlesem Barkley'em, że jakby chciał wpaść do Łodzi, to właśnie położyli nowe tory tramwajowe. I mamy dwa drapacze chmur - dodał.

 

Żartował, że tak naprawdę dlatego przyjechał tak szybko, bo stęsknił się za kuchnia swojej mamy, kotletami, kurczaczkami. - To na nich urosłem taki wielki - dodał. A pani Alicja zdradziła mi, że na obiad będzie ulubiony szaszłyk Marcina. Gortat opowiedział też, że jak się rano obudził w swoim własnym, przykrótkim łóżku, to w pierwszej chwili pomyślał, że cała ta przygoda z NBA to sen...

 

Zapewnił, że wypoczywać będzie jak wróci do Orlando. Ma już nawet dokładny plan co kiedy będzie robił. - Drugiego dnia po powrocie umówiliśmy się na mecz paintballa z drużyna Dwighta Howarda. Zamierzam go ustrzelić, żeby mu udowodnić, że jestem lepszy. Trzeciego dnia pójdziemy poszaleć na strzelnicę. Nie, tym razem obiecuję nie strzelać do Dwighta - żartował.

 

Otwarcie opowiadał o łzach, o tym co dało mu w ostatnim sezonie największą satysfakcję, co czuł po przybiciu do deski LeBrona Jamesa (- On dziś pewnie nawet nie wie jak się nazywam). Był Adam Małysz, jest Robert Kubica. Ale jeśli ten facet ze swoim podejściem do dyscypliny, do pracy, do polskości nie wzbudzi w tym kraju gortatomanii, to ja nie chcę znać polskich kibiców!

 

Marcin Gortat: Zawsze czułem się Polakiem i chciałem to podkreślać
 

 Puchar Konfederacji  w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

17:17, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie