Futbol

czwartek, 08 sierpnia 2013

Drodzy! - piszę do stałych bywalców bloga i tych, których zaniosło tu przypadkiem. Jak może wiecie lub nie wiecie po niemal 20 latach zmieniłem redakcję. Najtrudniej było mi się rozstać z ludźmi, z którymi tak świetnie mi się pracowało tyle lat – a ludzie, jak powtarza Sir Alex Ferguson, są zawsze najważniejsi. Jedną z efektów tej zmiany jest i to, że przenosze blog w nowe miejsce. Zyskam w ten sposób zapewne paru nowych czytelników, ale bardzo nie chciałbym stracić starych.

Decyzja o założeniu bloga w 2007 była jedną z najlepszych jaką podjąłem w zawodowym życiu, nie raz dostarczyła mi kupy satysfakcji. Przede wszystkim dzięki Polsportowi poznałem całą masę podobnych pasjonatów sportu jak ja sam, z którymi mogłem się kłócić o wyższość Barcy nad Realem, Cristiano Ronaldo nad Leo Messim, Premier League nad La Liga, Polskiej Myśli Szkoleniowej nad przybłędami z zagranicy itd. itp. Linki do najciekawszych i najfajniejszych blogerów możecie znaleźć na szpalcie obok. Czasem udawało mi się organizować dla Was konkursy i zabawy literackie.

Mam zamiar robić to nadal, tylko tu:



Nie będę podsumowywał tych 20 lat w pożegnalnej notce, bo choć minęły z szybkością, z jaką Gareth Bale zasuwa z jednego końca boiska na drugi, to mógłbym o nich napisać książkę, czego skądinąd nie wykluczam. Zamiast tego zamieszczam wywiad, jaki przeprowadził ze mną serwis Wirtualne Media, w którym wyjaśniam dlaczego odszedłem i dokąd.

Wszystkich ściskam serdecznie

i do zobaczenia! :)

Krzysztof Lisowski: Dlaczego podjął Pan decyzję o odejściu z Agory, z którą był Pan związany przez ponad 20 lat?

Michał Pol, dyrektor kontentu sportowego w wydawnictwie Ringier Axel Springer: Decyzja była trudna, bo nie tylko spędziłem tam dwie dekady, ale wszystkiego się nauczyłem - jak na Oxfordzie. Byłem na pięciu igrzyskach, trzech mundialach. Przede wszystkim jednak byłem zżyty z ludźmi. Ale propozycja Ringier Axel Springer była nie do odrzucenia. Daje mi przeogromne możliwości rozwoju, współtworzenia wielkiego medialnego projektu, nowych mediów i nowych standardów dziennikarstwa sportowego. I to w dużym międzynarodowym koncernie, w którym my będziemy korzystać z doświadczeń naszych zagranicznych kolegów, a oni z naszych.

Jak Pan ocenia to, co się dzieje w Agorze na polu dziennikarstwa sportowego?

Bardzo dobrze. Szefem całego sportu został tam Marcin Gadziński, który jak nikt rozumie, jakie wymagania stawiają w mediach nowe czasy. W dużej mierze za jego sprawą stałem się dziennikarzem multimedialnym, to on namówił mnie na założenie bloga i konta na Twitterze.

Ale jednak Pan odszedł. Jakich nowych możliwości spodziewa się Pan po objęciu stanowiska w Ringier Axel Springer?

Najogólniej mówiąc możliwości stworzenia najbardziej eksperckiego, multimedialnego, najszybciej i najciekawiej informującego o sporcie medium w Polsce. Pozwalającego odbiorcom współuczestniczyć w wydarzeniach sportowych, przeżywać emocje wspólnie z nami. Możliwości realizowania moich pomysłów na komunikację z czytelnikami czy też internautami poprzez szereg wszystkich dostępnych kanałów informacyjnych i takich, które dopiero wymyślimy.

Jakie korzyści dla mediów sportowych wydawanych przez Ringier Axel Springer będą wynikały ze stworzenia newsroomu sportowego?

Myślę, że na powstaniu multimedialnego newsroomu skorzystają przede wszystkim dziennikarze, ponieważ zyskają znaczne możliwości rozwoju. Wzrosną ich kompetencje i umiejętności pracy z nowymi narzędziami technologicznymi. Korzyści dla wydawnictwa z pozyskania armii multimedialnych ekspertów są oczywiste. Newsroom da wydawnictwu możliwości lepszego wykorzystania wszystkich swoich mediów na wspólnym sportowym froncie.

W środowisku krążą jednak opinie, że może to być droga do zlikwidowania redakcji poszczególnych mediów... .  Czy prawdą jest, że są plany zwolnienia z redakcji tytułów sportowych redaktorów, a ich praca zostanie zastąpiona przez newsroom?

Jest dokładnie odwrotnie. Newsroom nie przyczyni się do likwidacji redakcji, ale wzmocni je, zarówno „Przegląd Sportowy”, jak i „Fakt”. Sprawi, że przepływ informacji do wszystkich naszych odbiorców będzie szybszy i pełniejszy. Otworzy też obie redakcje na internet, czyli na odbiorców. Będzie wsłuchiwać się i odczytywać ich oczekiwania. Redaktorzy obu redakcji będą wspólnie tworzyć multimedialny kontent, występując m.in. w programach internetowych. Na pewno nikt nie zostanie zwolniony tylko dlatego, że powstał nowy newsroom. Każdy dostanie szansę odnalezienia się w digitalnym świecie, od nich tylko zależy, jak ją wykorzystają. Ja taką szansę dostałem w 2009 roku i myślę, że wykorzystałem ją nieźle. Teraz postaram się pomóc każdemu nie tylko znaleźć swoje miejsce, ale stać się multimedialnymi dziennikarskimi gwiazdami, bo za takimi rozglądać się będą użytkownicy w informacyjnym chaosie.

Czy dziennikarstwo sportowe ma w Polsce duży potencjał?

Myślę, że sport ma olbrzymi potencjał i najwięcej ze wszystkich dziedzin życia może wygrać na błyskawicznie postępującym rozwoju technologicznym. Pokazały to dwie największe imprezy ubiegłego roku - igrzyska w Londynie i Euro 2012. Fani na całym świecie mogli je przeżywać dzięki smartfonom, tabletom, laptopom i wciąż jeszcze telewizji z tak bliska i tak intensywnie, jak jeszcze nigdy. Coraz mniej ludzi ogląda dziś wydarzenia sportowe, mecze piłkarskie, siatkarskie czy tenisowe bez drugiego ekranu w ręce, na którym sprawdza wyniki, dzieli się z innymi fanami swoimi emocjami, sprawdza komentarze ulubionych dziennikarzy. Ludzie na całym świecie wciąż chcą wielbić swoich sportowych idoli, czytać o nich i nienawidzić ich rywali.

Jaką przyszłość mają specjalistyczne tytuły prasowe - takie, jak np. „Przegląd Sportowy”?

„Przegląd Sportowy” to marka o niemal stuletniej tradycji, jedyny w Polsce dziennik sportowy i z pewnością będziemy się starali rozwijać go i wzmacniać. Właśnie poprzez wspólne działanie z prężnym portalem przegladsportowy.pl

Ostatnio wiele dyskutuje się o marketingu sportowym. Na topie są przede wszystkim tenis i piłka nożna. Które dyscypliny z Pana punktu widzenia mają największy potencjał?

W Polsce oczywiście jeszcze siatkówka, a zimą skoki narciarskie i Justyna Kowalczyk, bo nie napiszą, że Polacy pokochali biegi narciarskie, pokochali ją. Ale widzę też spory potencjał MMA i boksu, rajdów samochodowych i F1 oraz - choć tylko w pewnych ośrodkach - żużla.

Prowadzi Pan blog - pojawiają się opinie, że blogosfera może odegrać rolę taką, jak dziennikarstwo. Wierzy Pan w swoją „moc” jako blogera sportowego?

Blogując od 2007 roku poznałem w sieci mnóstwo fantastycznych, kompetentnych blogerów o niezwykłej wiedzy i dobrym stylu pisania. Niektórzy byliby skarbem w każdej redakcji. Myślę, że najlepsi będą w stanie wkrótce utrzymywać się dzięki blogowi. Ale ciężko będzie im zastąpić mainstreamowe media z bardzo wielu powodów. Te ostanie nie mogą jednak ani obrażać się na blogosferę ani udawać, że jej nie ma, ale grać razem z nią.

Czy stworzenie newsroomu sportowego to sygnał, że wszystkie media sportowe pójdą w wydawnictwie Ringier Axel Springer w kierunku cyfrowym, na niekorzyść druku?

Wszystkie media sportowe Ringier Axel Springer już od jakiegoś czasu kroczą na dwóch nogach - cyfrowej i papierowej. Wspólnie postaramy się, żeby ten krok przerodził się w bieg na maratońskim dystansie (śmiech - przyp. red.).

 

01:12, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (50) »
wtorek, 23 lipca 2013

 

Przyznam szczerze, że nie wierzyłem w spełnienie plotki jakoby to Gerardo „Tata” Martino miał zostać nowym trenerem Barcelony w miejsce chorego, walczącego z nawrotem nowotworu Tito Vilanovę. Nie dlatego bym nie wierzył w talent trenerski Argentyńczyka, potwierdził go pracując z Newells Old Boys i reprezentacją Paragwaju, którą śledziłem z trybun na mundialu w RPA (niestety także i w najnudniejszym meczu turnieju - z Japonią, ale szczęśliwie i w ciekawym minimalnie przegranym ćwierćfinale z przyszłymi mistrzami świata). Nie spodziewałem się jednak, że Barca zatrudni trenera, który ani nie kończył La Masii, ani nigdy nie grał w Barcelonie, a  do tego nigdy nawet nie pracował w Europie! A przecież, jak pisał Graham Hunter w swej świetnej książce „Barca. Za kulisami najlepszej drużyny świata” od czasu odejścia z klubu szalonego prezydenta Joana Gasparta to były podstawowe kryteria przy poszukiwaniu nowego szkoleniowca. Po pierwsze barcelońskie korzenie, gwarantujące ciągłość filozofii gry, po drugie doświadczenie w Lidze Mistrzów, jeśli nie w roli trenera to przynajmniej piłkarza. Dlatego właśnie robotę w Barcy kolejno Frank Rijkaard, Pep Guardiola i Vilanowa. Ich dotychczasowe doświadczenia trenerskie nie miało dla władz klubu żadnego znaczenia - Rijkaard zdążył wcześniej spuścić do 2. ligi Spartę Rotterdam, Guardiola prowadził przez rok rezerwy, a Vilanowa, zanim został asystentem Pepa nie zdołał utrzymać maleńkiego klubiku z trzeciej ligi (inna rzecz, że przybył gdy na ratunek było już za późno). Liczyło się to, że wszyscy sa duchowymi uczniami Johana Cruyffa, stworzyciela nieba, ziemi i tiki-taki. Pamiętajmy, że trenerzy przybywający do Europy z Ameryki Południowej rzadko z miejsca odnoszą sukces, o czym przekonał się w Realu Madryt Vanderlay Luxemburgo czy Luis Felipe Scolari, gdy porzucając reprezentacje Portugalii wziął się za trenowanie klubów.

Martino to uczeń Marcelo Bielsy, bielsista tylko bardziej pragmatyczny od niego - jak pisze Jonathan Wilson w Guardianie. O różnicach między Bielsą a Martino ciekawie opowiada Misza Szadkowski w naszej poniższej rozmowie. Zwraca uwagę na to, że pierwszy ma o wiele gorsze relacje z zawodnikami, z którymi łatwo popada w konflikty, przede wszystkim jednak kurczowo trzyma się swojej filozofii bez względu na okoliczności. To ostatnie - mam wrażenie wielokrotnie gubiło Barcelonę Guardioli i Vilanovy w trudnych chwilach, gdy przegrywała w Lidze Mistrzów z Interem Mediolan w 2010 czy z Bayernem Monachium w ostatniej edycji. Nie wiem na ile takie podejście 1. Tiki-Taka jest najlepsza na świecie; 2. gdy nie jest patrz punkt pierwszy jest kluczowe dla władz Barcy, ale Martino nie wstydzi się naginać taktyki do rywala, zmieniać ustawienie, grać destrukcyjnie, zabraniać swoim piłkarzom nie przekraczać granicy pola karnego kiedy to konieczne. Chyba, że uznamy, że co wolno reprezentacji Paragwaju (z całym szacunkiem) w meczu z Włochami na mundialu, to nie przystoi Dumie Katalonii.

Kolejna sprawa to brak doświadczenia Taty w prowadzeniu tak wielkich gwiazd jak cała grupa mistrzów Hiszpanii oraz Leo Messi - najlepszy piłkarz świata i zdobywca czterech Złotych Piłek. A tu jeszcze trzeba będzie wpasować w zespół Neymara, przyzwyczajonego w Santosie do statusu półboga, który jednym gestem strąca trenera jeśli się z nim nie dogaduje. Choć pewnie z Messim nie będzie mieć problemu. Nie wierzę w spekulacje złośliwych madryckich mediów, że Leo osobiście wyznaczył nowego szkoleniowca, rodaka, i dlatego nie jest nim Luis Enrique. Ale jakaś akceptację pewnie dał, nie wierzę, żeby władze klubu nie konsultowały tak ważnej decyzji ze swą kluczową gwiazdą.

sobota, 20 lipca 2013

Nie jestem w stanie zrozumieć ilości hejterstwa z jakim spotkało się odwołanie przez Barcelonę towarzyskiego supermeczu z Lechią w Gdańsku. Czytam o zlekceważeniu kibiców, polskich kibiców w szczególności, a gdzieniegdzie wręcz o zlekceważeniu nas, Polaków. Że przecież nikt nie umarł, co szkodziłoby Barcy poklepać piłeczkę przez te 90 minut, że przecież za cztery dni mecz z Bayernem Monachium, którego jakoś nie odwołują... Że do Gdańska przyjechało specjalnie mnóstwo ludzi, którzy wydali konkretne pieniądze na podróż i hotele. To ostatnie rzeczywiście jest problemem. O ile - jak rozumiem - zwrot pieniędzy za bilet przez organizatorów jest oczywistością (chyba, że komuś będzie pasował ewentualny nowy termin i obietnica, że Barca wystąpi w najsilniejszym składzie), o tyle nikt nie pokryje strat tym, którzy przyjechali na Barcę z daleka, znam takich co nawet z Irlandii i Szkocji, tym, którzy podporządkowali spotkaniu swoje wakacyjne lub zawodowe plany.

Sam specjalnie skróciłem o parę dni wakacje w ciepłych krajach, żeby być dziś w Gdańsku. O nawrocie choroby Tito Vilanovy i jego rezygnacji dowiedziałem w samolocie, stojąc już na pasie. Miałem poprowadzić konferencję przed meczem i chwilę wcześniej dowiedziałem się, że będą na niej Adriano i Javier Macherano. W myślach układałem więc sobie oczywiste pytania do nich w zaistniałej sytuacji. Nie mówiąc o tym, że rysowała się szansa - może jedyna i już kolejnej nie będzie, a przynajmniej bardziej dogodnych okoliczności - na rozmowę z Leo Messim. Gdy wylądowałem w Warszawie  mecz był już odwołany. Oczywiście poczułem zawodowe rozczarowanie. Ale jeszcze szybciej współczucie dla Vilanovy.

Nie mam pretensji do Barcelony, co najwyżej do losu. Czymże jednak jest moje małe rozczarowanie przy goryczy jaką musi czuć Tito, przegrywając walkę z nowotworem. I jak gorzka musiała być dla niego decyzja, żeby dla dobra drużyny zostawić ją i udać się na kolejne leczenie, wiedząc, że tym razem posada nie czeka na jego powrót. Rozumiem postawę piłkarzy i ich wspólną decyzję. Wierzę im, że ostatnia rzecz na jaką mieli ochotę kilkanaście godzin po kolejnej takiej dramatycznej konferencji prasowej, na której ich trener ogłosił rezygnację, to jechać na pokazowy mecz, bez względu na to gdzie się miał odbyć. Przecież nie powiedzieli sobie: o, jest świetna okazja, żeby olać Polaczków. Przecież zarobiliby na tym spotkaniu. Pokazali, że pieniądze nie są najważniejsze, najważniejsza jest jedność drużyny, a już na pewno, że Vilanova, którego wielu zna jeszcze z La Masii, to ktoś więcej niż trener. Straciliśmy nieco wiarę w Mes Que Un Club po tym jak Barcelona obeszła się z Erikiem Abidalem, dla którego zabrakło miejsca w klubie. Sytuacja jest o tyle inna, że Eric wygrał walkę z rakiem, a Tito przegrywa, a nie triumfalnie wraca. Myślę, że kibice futbolu, niekoniecznie wyłącznie Barcelony, zrozumieją to co się stało. Po prostu zrozumieją...

Animo Tito, wracaj do zdrowia i do zawodu! Teraz to jest najważniejsze...

12:19, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (53) »
niedziela, 30 czerwca 2013

Kto jeszcze nie słyszał, nie widział i nie zna, niech jak najszybciej usłyszy, zobaczy i pozna! Oto pasjonaci i entuzjaści hiszpańskiego futbolu skrzyknęli się w Internecie i stworzyli fantastyczny, przeciekawy, kompetentny magazyn ¡Olé! Pomysł narodził się w portalu kibiców Valencii – www.vcf.pl którego redaktorzy (m.in. znany doskonale bywalcom Polsportu Łukasz Kwiatek) zaprosili do współpracy specjalistów od La Liga z blogosfery jak Piotr Dyga czy Michał Zachodny (¡Olé! śledzi również losy iberyjskich piłkarzy i trenerów w innych ligach, zwłaszcza na Wyspach) oraz dziennikarzy z mediów ogólnopolskich jak Barbary Bardadyn z Przeglądu Sportowego, Piotr Koźmiński z Super Expressu czy Piotr Laboga z NC+. Ja też znalazłem się w stopce, choć na razie oba świetne numery magazynu wsparłem jedynie dobrym słowem i życzeniami powodzenia. Nie żebym sprytnie zamierzał wejść dopiero na gotowe i rozhulane, po prostu kończę projekt książkowy, który odbiera mi każdy kawałek wolnego czasu. Redakcją kierują prężny i zarażający entuzjazmem redaktor naczelny, Dominik Piechota oraz wpierająca go z Hiszpanii Jolanta Zasępa, której żaden piłkarz jeszcze nie domówił wywiadu i ja im się nie dziwię. Poznałem, doceniłem i polubiłem ich już zresztą dawno temu dzięki Twitterowi, podobnie jak całe mnóstwo pozostałych autorów

Bardzo szybko wszystko rozhulali, obczajcie sami: najnowszy numer podobnie jak pierwszy jest dostępny w sieci zupełnie za darmo (w .pdf) w co aż nie chce się wierzyć patrząc na ilość pracy przy projekcie! W liczącym aż 138 stron magazynie znajdziecie dwa artykuły podsumowujące trzy sezony Jose Mourinho w Realu Madryt, spekulacje na temat zastępującego go na Santiago Bernabeu Carlo Ancelottiego i podsumowanie grubego, hiszpańskiego kelnera, jak brzydko kibice The Blues nazywali Rafę Beniteza. Portret najlepszego obecnie polskiego piłkarz Primera División, Filipe Kasimirskiego, z którym o korzeniach porozmawiał Piotrek Koźmiński. Analiza taktyczna gdy Aleksandre Songa pióra Bartosza Gazdy, sylwetki Jonathana Soriano, kroczącego na szczyt Thibaut Curtois oraz Javi Martineza, który szczyt właśnie zdobył z Bayernem. Opowieści o Proyecto Heliópolis czy ruszającym na podbój Premier League Manuelu Pelegrinim. Oraz wywiady Kibu Vicuñą, Adrianem Wójcikiem Kosełą, Sergio Escudero i Danim Quintaną. Tu znajdziecie interaktywne wydania Issuu.

 

Jak pisałem, cały magazyn jest dostępny za darmo i jak obiecują twórcy, taki ma pozostać tak długo jak to będzie możliwe. Czytelnicy proszeni są jedynie o dobrowolne datki, jak piszą autorzy na kawę dla grafików, czy fryzjera dla rwących włosy z głowy korektorów. Dopiero zaczną rwać, jak ja coś im wyślę ze swoją dysleksją :p W każdym razie inicjatywa potwierdza, że nie trzeba kończyć dziennikarstwa, ani wieloletniego stażu w mainstreamowych mediach, żeby stworzyć ciekawy projekt w Internecie. W dzisiejszych cyfrowych czasach wystarczy pasja, zapał i pomysł. Sam nie wiem czy życzyć im druku na papierze, czy to aby nie strata kasy i energii? Na pewno za to życzę im, żeby ich praca pozwalała na coś więcej niż kawa, nawet w Sturbucksie;) ¡Olé!



14:53, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (15) »
czwartek, 27 czerwca 2013

 

Ręce opadają po ostatnich wydarzeniach w Wiśle Kraków z zaproszeniem na testy rumuńskiego studenta-oszusta, Sorina Oproiescu, który uwiódł wiślackich skautów zgrabnym montażem cudzych akcji i goli na You Tube. Ja rozumiem ciężką sytuację polskich klubów, które nie mając kasy rozglądają się za piłkarzami dostępnymi za darmo. Niestety należą do nich głównie piłkarze z jutiuba (swoją drogą smutne to jak szybko Wisła przeszła drogę od światowej klasy dyrektora sportowego Stana Valcxa, kreującego gwiazdy w PSV Eindhoven do wyszukiwarki google’a i wikipedii). Tych filmików nadesłanych przez menedżerów różnej maści jest mnóstwo. A jeszcze jak słyszałem, cwaniacy z Bałkanów potrafią aranżować lipne mecze, w trakcie których ich zawodnicy dryblują przez pół boiska jak Leo Messi, robią Drogbę i inne cuda. Jasne, że w tak rozpaczliwych poszukiwaniach każdemu może się przydarzyć wpadka. Ale gdy już wyjdzie na jaw najlepiej przyznać się do błędu, obiecać, że już nigdy, że odtąd uważniej... etc, a przede wszystkim podziękować własnemu kibicowi, który wykazał proletariacką czujność, obnażając spryciarza. Jako że wykonał robotę dyrektora sportowego, ja bym go nagrodził co najmniej zaproszeniem VIP’owskim na pierwszy mecz sezonu.

Tymczasem Wisła idzie w zaparte. Najpierw wydała kuriozalne oświadczenie, że decyzja o testach tego zawodnika została podjęta na podstawie rekomendacji managera piłkarza oraz zebranych materiałów wideo (...) Podobna praktyka została uprzednio przyjęta także w przypadku Emmanuela Sarkiego. Menedżerowie od tego sa, żeby wciskać klubom nawet największy szrot. Dobrze, że nie rekomendował worka z cementem. Sarki? Jego karierę można było dokładnie prześledzić na stronach nigeryjskich, norweskich i belgijskich, w których ligach grał. Jakby tego było mało, Franciszek Smuda oficjalnie przyznał, że choć wie, że Oproiescu spreparował filimki i nigdy nie grał w żadnej Politechnice Timisoara, to i tak da mu szansę. - Słyszałem o tym wszystkim. Ale to nie jest tak, że to nie jest piłkarz, tylko jakiś murarz albo piekarz. Wie pan, jaką mamy sytuację kadrową. Muszę kogoś znaleźć. Sprawdzę każdego, kogo ktoś mi poleci. I dodał, że trenując w Turcji przepuścił Davora Sukera (Krzysiek Stanowski z weszlo.com stwierdził na twitterze, że pomylił mu się z Hakanem Sukurem...).

W sytuacji opadnięcia roą do samej ziemi pozostało mi tylko ogłosić na twitterze konkurs na mema najlepiej obrazującego sytuację. Oto efekt inwencji internautów (a Wam który się najbardziej podoba?):

I jeszcze dwa, jeden:

i zwycięzca:

 

16:13, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (32) »
czwartek, 13 czerwca 2013

 

Leo Messi to oszust podatkowy! Wraz z ojcem nie zapłacili podatków od wszystkich zarobków w latach 2007-2009 i  w ten sposób orżnęli hiszpańskiego Fiskusa na 4 mln euro. Grozi za to kara od 2 do 6 lat więzienia i grzywna do sześciokrotności zdefraudowanej kwoty, czyli maksymalnie 25 mln euro! - grzmią od wczoraj wszystkie media. Wyobrażacie sobie, że Messi idzie na dwa lata do pudła, albo na więcej? Ja nie bardzo, i nie tylko dlatego, że ewentualny proces sądowy odbędzie się w Gavie, dzielnicy Barcelony, w której mieszka piłkarz;) Ale pospekulujmy: już widzę jak adwokat Leo zwraca się do ławy przysięgłych z pytaniem: jak można mieć pretensje do Messiego o to, że kiwa? Przecież to jego druga natura! Myślicie, że i tak przyznano by mu Złote Piłki? Może cała sprawa została zmontowana po to, żeby wreszcie powstrzymać Argentyńczyka, skoro nikt nie umiał tego zrobić na boisku. Dorwali go jak Ala Capone - nie mogli inaczej to zwinęli go za podatki - zażartował na Twitterze Paweł Wilkowicz.


Żarty, żartami, ale sprawa jest poważna. Podatki rzecz święta. Nie jestem on nich specem, powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Ostatnio sam byłem wzywany do Urzędu Skarbowego, żeby coś tam skorygować (tak się złożyło, że było to dzień po porażce Barcelony z Bayernem 0:4 i dłużej niż swoje pomyłki wyjaśniałem co się stało z Dumą Katalonii - synek jednej z pań nie poszedł do szkoły, bo dostał gorączki, a jakiś pan przejechał windą swoje piętro, bo tak się zaangażował w rozważania przyczyn kryzysu Barcy - uznałem, że żyjemy w szczęśliwym kraju skoro takie problemy najbardziej wszystkich zajmują). Rozumiem jednak, że urzędnicy skarbowi z Barcelony (bo nie z centrali z Madrytu;) nie rozpętaliby ogólnoświatowej burzy, gdyby wyniki śledztwa nie były wystarczająco mocne. Ponoć ojciec Leo od 2005 roku zakładał w rajach podatkowych w Belize i Urugwaju fikcyjne firmy, którym sprzedawał na 10 lat prawa do wizerunku wówczas jeszcze nieletniego syna. W sprzedaży praw do wizerunku pośredniczyły zaś agencje ze Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. W ten sposób papa Messi unikał zapłaty co rok od 1 do 1,5 mln euro.

Skaza jest skazą i ciężko będzie sprawić, żeby świat o niej zapomniał. Zwłaszcza, że dotąd Messi jawił się jako typ anty-gwiazdora, z którym nie wiązały się żadne afery, obyczajowe czy inne. Co nie znaczy, że owa skaza w jakikolwiek sposób wpłynie na jego popularność i status najlepszego piłkarza świata. Hejterzy, których miał będą może trochę głośniej hejtować, ale zakochane w Argentyńczyku dzieciaki z całego świata z pewnością nie zaczną palić jego koszulek, bo czegoś tam nie dopełnił. Nie wierze też by odwrócili się od niego sponsorzy (nie zastrzelił żony jak Oscar Pistorius, nie pobił jej i nie zdradzał jak Tiger Woods). Podatki? O wiele większe problemy z nimi (i nie tylko) nigdy nie zaszkodziły wizerunkowi idola Messiego - Diego Maradony, od którego włoski fiskus latami domagał się w sumie 40 mln euro (z odsetkami) za niezapłacenie w latach 80. podatków za umowy z zagranicznymi firmami wykorzystującymi jego wizerunek. Czyli dokładnie to samo. Aż w końcu Sąd Podatkowy w Rzymie umorzył w styczniu całą sprawę. 



Na obronę Leo przemawia domniemanie, że głównymi winnymi w aferze są jego doradcy podatkowi, w tym rodzony ojciec. Trudno sobie wyobrazić jak piłkarz sam siada do kompa i kombinuje przy PIT-cie jak tu skręcić hiszpańską skarbówkę na półtorej bańki, skoro samej pensji ma rocznie 16 mln, do tego dochodzi według „Forbesa" około 21 mln dolarów z kontraktów sponsorskich. Za czyny rodziców dzieci (nawet dorosłe) nie odpowiadają, a przynajmniej nie przekłada się to na ich postrzeganie przez kibiców i reklamodawców, o czym przekonuje los Wayne Rooney’a, którego tatę aresztowała policja za przekręty bukmacherskie i ustawianie meczów w 2. lidze szkockiej. Nie wspominając o Uli Hoenssie, który przed bawarskimi podatkami wyprowadzał pieniądze (swoje firmy produkującej kiełbaski) na konta w Szwajcarii, a sam podał karze, bo media już szykowały artykuły. Nie stał się z tego powodu persona non grata ani w Niemczech ani w Bayernie. FC Barcelona póki co nie komentuje sprawy, ale trudno się spodziewać, żeby by nagle odwróciła się od swej gwiazdy i np. sprzedała go do klubu rozkwitającego właśnie w Monaco (w którym nomen omen nie płaci się podatków). Wręcz przeciwnie, słychać, że szykuje Messiemu podwyżkę pensji do 20 mln euro za sezon. W sam raz będzie z czego spłacić hiszpańskiemu fiskusowi grzywnę.



Przypominam, że trwa konkurs Cartoon Network: trening z Podolskim za Wasze triki



sobota, 08 czerwca 2013

- Dlaczego mam się podać do dymisji? Stawiam na młodych zawodników, wprowadzam ich do zespołu. o, co się dzieje, nie zniechęca mnie do pracy, tylko mobilizuje. To, że nie wygraliśmy, nie znaczy, że nie mieliśmy pomysłu. Brakło odrobiny umiejętności i zimnej głowy pod bramką rywala. Mamy mocarstwowe ambicje, stawiamy się na równi z Anglią czy Niemcami, a nimi nie jesteśmy. Nie wyszło nam Euro, musimy zmieniać drużynę i ja to robię - bronił się po klęsce z Mołdawią trener Waldemar Fornalik, pytany czy rozważą zakończenie misji, skoro nasze szanse awansu na mundial w Brazylii stały się matematyczno-iluzoryczne. Bo co to za szanse, skoro zakładają one konieczność wygrania w Kijowie z Ukrainą, która właśnie wygrała na wyjeździe 3:0 z Czarnogórą (paradoksalnie Polska remisując z Mołdawią odrobiła punkt straty do liderów - Czarnogórców) i z Anglią na Wembley. Na czym opierać wiarę w zwycięstwa skoro właśnie straciliśmy punkty z drużyną zajmującą 134. miejsce w rankingu FIFA, w której nie ma ani jednego rozpoznawalnego piłkarza (poza pamiętanym przez kibiców Cracovii Suworowem i od teraz Sidorenką, który będzie nam się śnił jak Łotysz Laizans)? Wygrana z taką drużyną to nie żadne mocarstwowe ambicje, ale zwykła konieczność, obowiązek każdego trenera.

Ma rację Fornalik i nie ma. To nie jego wina, że w dobrej pierwszej połowie jego piłkarze nie potrafili wykorzystać szans, które sobie stworzyli. Czy miał za Polańskiego dograć piłkę Lewandowskiemu zamiast strzelać? Czy miał za Rybusa przerzucić piłkę nad bramkarzem zamiast strzelać prosto w niego? Biało-czerwoni stworzyli wystarczająco dużo okazji by zabić mecz i schodzić na przerwę z prowadzeniem 3:0. Cóż więcej mógł zrobić trener? Lepiej zestawić obronę, która popełniała rażące błędy? Nie wystawić Komorowskiego? Wydawało się, że stawiając na pozostającego poza rytmem meczowym Salamona popełnia szaleństwo, tymczasem zawodnik Milanu okazał się jednym z najlepszych Polaków. Z drugiej strony to co stało się po przerwie obciąża trenera bardzo. W drugiej połowie na boisko wyszły dwie równorzędne drużyny. Składająca się z noname’ów Mołdawia w niczym nie odbiegała od reprezentacji Polski, w której grało dwóch uczestników finału Ligi Mistrzów, w tym napastnik z 10 gola w prestiżowych rozgrywkach i szansą na Złotą Piłkę (może nie jesteśmy potęgą na miarę Anglii, ale jej piłkarzy zabrakło już w półfinale). Po przerwie z boiska zniknęli i Lewandowski i Kuba. Wróciło stare, najgorsza niemoc Polaków z Lewym rozgrywającym i walczącym o piłkę zamiast wykańczającym podania. Pomysłu na grę nie było nawet krzty.

Jeszcze przed końcem meczu twitter rozgrzał się żądaniami dymisji Fornalika i marzeń na temat jego następcy, co raz bardziej szalonych. Jeden proponował, żeby zawrócić z emerytury Juppa Heynckesa, inny wskazywał, że szczęśliwie bez pracy jest Marcelo Bielsa. Spekulacje szybko przeciął najpierw Fornalik, deklarując, że do dymisji podawać się nie zamierza, a potem prezes PZPN, który zapewnił, że selekcjoner pozostanie na stanowisku aż do końca eliminacji, tym bardziej, że wciąż nie sa one przegrane.

Nie ma wątpliwości, że jeśli Fornalik rzeczywiście zostanie do końca eliminacji to ani dnia dłużej. Do walki o Euro 2016 we Francji musi nas poprowadzić silny, charyzmatyczny, trenerski autorytet z zagranicy, ktoś jak wczesny Leo Beenhakker z czasów meczów z Portugalią i Belgią, który olśnił naszych piłkarzy i wykrzesał z nich więcej niż im się wydawało, że mają. W przeciwnym razie nie ma co marzyć o awansie na mistrzostwa Europy najprawdopodobniej  z czwartego koszyka. I jestem pewien, że Boniek kogoś takiego znajdzie, kierując się dobrem reprezentacji i swoim własnym, bo jako prezes chciałby mieć na koncie i reprezentacyjny sukces. A już na pewno nie kolejną kompromitację, jaką byłby brak awansu do rozszerzonego do 24 drużyn turnieju.

Dlaczego więc czekać z dymisją aż do października? Czy to nie marnotrawstwo czasu, który nowy szkoleniowiec mógłby wykorzystać na poznanie piłkarzy i budowę drużyny? Zwłaszcza, że sezon właśnie się skończył, zapewne łatwiej teraz o namówienie trenera niż późną jesienią. Wówczas staniemy przed wyborem wśród kilku akurat dostępnych w tym momencie. Teraz jest sporo czasu na rozejrzenie się i właściwy wybór. Wbrew słowom selekcjonera o budowie nowej drużyny po Euro 2012 nie ma poczucia, że jest lepiej choćby o centymetr niż w meczu z Czechami, Grecją czy Rosją. Cały czas mamy tylko przebłyski i siły tylko na 30 minut dobrej gry. Co z tego, że trener nie waha się wprowadzać młodych zawodników, skoro przelatują oni przez kadrę jak meteory (Milik czy Wszołek) lub nie odgrywają w niej wielkiej roli (Zieliński i Bereszyński). Nie mam poczucia, że gra z meczu na mecz staje się lepsza, bardziej zgrana i rozumna. Wręcz przeciwnie. Czekam na twarde decyzje Bońka, zwłaszcza, że będzie miał przy nich mocne wsparcie kibiców, dziennikarzy i (co wynika z prywatnych rozmów) również samych piłkarzy, choć w ich przypadku najlepiej byłoby gdyby siedzieli cicho...


czwartek, 06 czerwca 2013

Dziś na blogu Bayern News;) Mam dwie świetne wiadomości dla kibiców Bawarczyków, których liczba - nie wątpię - rośnie wraz z sukcesami sportowymi klubu i rychłym (przesądzonym) transferem Roberta Lewandowskiego do mistrza Niemiec i triumfatora Ligi Mistrzów. Pierwsza dla tych którzy sami mają 14-16 lat albo dzieci/braci/siostry/kuzynów w tym wieku. Jest szansa przeżyć krótką (bo zaledwie pięciodniową) ale za to intensywną futbolową przygodę w piłkarskiej akademii Bayernu w ramach obozu piłkarskiego Allianz Junior Football Camp. Potrenować pod okiem oficjalnych trenerów młodzieżowych Bayernu na boiskach treningowych klubu, spotkać się z gwiazdami Bawarczyków, obejrzeć ich w grze na Allianz Arena, rywalizując przy tym z młodzieżą z całego świata. Szczegóły i zapisy tutaj. Niestety późno się dowiedziałem, więc kto chce musi działać natychmiast.

Tym, którzy są za starzy żeby wziąć udział w juniorskiej zabawie przekazuje info od znajomych z fcbayern.pl o I ogólnopolskim zlocie kibiców Bawarczyków w Sulejowie w dniach 27.07-28.07. Wśród atrakcji znalazły się m.in. ognisko integracyjne (jak rozumiem z bawarskimi wurstami i piwem), turniej szóstek konkurs wiedzy na temat Bayernu oraz wybory Miss zlotu, no i przede wszystkim burza mózgów jak nie zepsuć tego co tak świetnie funkcjonuje, czy Pep Guardiola to właściwy człowiek na właściwym miejscu, kogo pozbędzie się z mistrzowskiej drużyny, żeby nadać jej własne oblicze, jak w komponuje w zespół nowe twarze, kogo jeszcze przyciągnie etc. Szczegóły tutaj. Po prostu nie będzie kiedy wykąpać się w Pilicy;)

 

czwartek, 23 maja 2013

Z Sergiuszem Ryczelem, Dariuszem Tuzimkiem i Grzegorzem Mielcarskim zapowiadamy Finał. Przed nami but Franka Lamparda (zdjęcie zrobione HTC One X+)

Finał Ligi Mistrzów co raz bliżej. Dziś po raz pierwszy znalazłem się na Stadionie Wembley. To znaczy pierwszy raz na nowym Wembley. Na tzm starym, z dwiema wieżami  byłem wiele razy, pierwszy - na meczu otwarcia Euro ’96, bodajże Anglia - Szwajcaria, potem na wszystkich kolejnych meczach Anglików - ze Szkocją, Hiszpanią, Holandią aż do przegranego półfinału z Niemcami. Widziałem złoty gol Oliviera Bierhoffa z Czechami i trzy bramki Paula Scholesa (w tym jedną ręką) strzelone Polakom, gole Jurka Brzęczka i Marka Citki. Czy w sobotę obejrzę kolejnego gola Polaka? Tego nie wie nikt. Tymczasem więc wrzucam vloga z wnętrza Wembley, w których naprawdę można się zgubić. Chyba z pół godziny zajęło mi dojście spod pomnika Bobby'ego Moore'a do studia nSportu, w którym zapowiadaliśmy sobotni finał. Ledwo zdąrzyłem, wszyscy właśnie się podpinali. Po dotarciu na miejsce czułem się jak maratończyk na mecie, a ile lóż, już zastawionych i gotowych na przyjęcie gości zwiedziłem po drodze. A przy okazji obejrzałem z bliska słynny but Franka Lamparda, który ten wrzucił do studia po dekoracji na Amsterdam ArenA po wygraniu Ligi Europejskiej...

23:29, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 82
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie