Co się wydaje

wtorek, 25 czerwca 2013

Rzucił torbę na pierwszym wolnym miejscu i zaczął się przebierać. Któryś z kolegów się oburzył: „To jest miejsce Heńka Dawida”. Młody odparł: „Pierdolę, nie interesuje mnie to, przyszedłem tu grać”. Transfer Zbigniewa Bońka do łódzkiego Widzewa spowodowała narodziny dwóch wielkich gwiazd - zarówno samego Bońka jak i gwiazdy Wielkiego Widzewa. Wątpliwe, by jedna mogła rozbłysnąć o drugiej. Właśnie Boniek był tym, który dał drużynie nowa moc. Stał się jej nowym silnikiem i wprowadził ją na wyższe obroty (...)

Tak zaczyna swoją świetną książkę „Wielki Widzew” Marek Wawrzynowski, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, który poświęcił jej trzy lata pracy. Fantastycznie zdokumentowanej, przegadanej chyba z wszystkimi nostalgicznej historii jednej z największych polskich drużyn, która walczyć jak równy z równym z największymi ówczesnymi potęgami europejskiego futbolu, Juventusem, Liverpoolem, Manchesterem United i City. Której kibice na Anfield Road bili brawo na stojąco, mimo, że Polacy właśnie wyrzucili w Pucharu Drużyny ich ukochanych The Reds, a największy gwiazdor tamtej drużyny Ian Rush (taki ówczesny Wayne Rooney, tylko z Walii - podpowiedź dla młodszych czytelników) do dziś opowiada o niej z szacunkiem.

Ale książka nie jest tylko idylliczne wspomnienia dawnych sukcesów i opium na dzisiejszą marność polskiego futbolu. To także próba ukazania fenomenu jak w tamtych siermiężnych czasach (jeśli chodzi o warunki życia, nie sportowe talenty) udało się stworzyć tak wielki zespół. Opowieść o twórcy Ludwiku Sobolewski, osobie równie wielce niejednoznacznej i skomplikowanej, jak cała paka piłkarzy, którą sobie dobrał, zwana nie bez powodu Parszywą Dwunastką. O złych chłopakach, którzy stali się jeszcze gorszych, żeby móc osiągnąć to co osiągnęli i przeciwnościach, które musieli po drodze zwalczyć lub przynajmniej nie zatracić się im ulegając: alkoholu, hazardu, korupcji, wewnętrznych konfliktach. Nie wszystkim się udało. Dzięki książce wreszcie możemy poznać historię kilku upadłych karier.

No i oczywiście jest to opowieść o największej osobowości Wielkiego Widzewa, która później odniosła największy sukces (i na boisku i jak pokazuje życie, poza nim) Zbigniewie Bońku. Z książki wyłania się portret człowieka wyrastającego poza swoje środowisko, o wyjątkowym charakterze, dzięki któremu łatwiej nam zrozumieć wiele jego późniejszych sukcesów ale i niepowodzeń.

Posłuchajcie zresztą rozmowy z autorem, który wyjaśnia jaka idea przyświecała mu podczas pisania książki...


 

I TRADYCYJNY KONKURS.

Jeśli chcecie wygrać książkę „Wielki Widzew” z osobistym autografem autora, napiszcie w komentarzach o Waszej najlepszej drużynie wszech czasów: która, z jakiego okresu i dlaczego ta. Moment euforii, moment klęski, gdy się skończyła... Wspólnie z Markiem wybierzemy trzy najfajniejsze wpisy...



Tagi: Widzew
16:03, francuski_lacznik , Co się wydaje
Link Komentarze (19) »
sobota, 04 maja 2013

Nazywam się Alessandro Del Piero i gram w piłkę nożną. Spełniły się wszystkie moje marzenia z dzieciństwa: jestem szczęśliwą i uprzywilejowaną osobą, ponieważ moja pasja stała się w końcu moim życiem i moim zawodem. Nie sądzę, by los mógł być dla człowieka jeszcze łaskawszy. Wychowuję trójkę małych szkrabów. Mam nadzieję, że każdy z nich doświadczy czegoś wielkiego, ale życzę im przede wszystkim, by ich pasje również stały się ich życiem. Chciałbym, by któregoś dnia wspominali mnie tak, jak ja wspominam swojego ojca. Może będę dla nich tak dobrym tatą, jak mój był dla mnie. Tak bardzo chciałbym móc mu powiedzieć „kocham cię” o parę razy więcej. Zamiast tego obaj woleliśmy ciszę. Tak bardzo chciałbym, by poznał moje dzieci.

Tak zaczyna się ta wyjątkowa książka napisane przez Alessandro del Piero pt 'Gramy dalej'. Nie jest autobiografią gwiazdora Juventusu, nie poznamy z niej drogi jaką przebył z podwórka na szczyt światowego futbolu, nie poznamy setek zabawnych anegdot z szatni Juve czy reprezentacji Włoch. Dostaniemy za to poetycką opowieść o 10 najważniejszych wartościach, którym wierność pozwoliła mu osiągnąć to wszystko, co osiagnął. Mistrz świata z 2006 roku, wielokrotny mistrz Włoch i jeden z najlepszych napastników w historii futbolu dzieli się przemyśleniami na temat istoty Talentu, Pasji, która oznacza dla niego skupianie całej energii na rzeczach, które się kocha,  Przyjaźni (nie tylko w drużynie), Wytrwałości, Uczciwości (nie tylko na boisku), Piękna, Ducha drużyny, Poświęcenia (także w życiu codziennym), Stylu i Wyzwania, przeplatając to opowieściami z dzieciństwa i kariery. - Nie jestem żadnym guru ani filozofem, ale wiele w życiu zobaczyłem i doświadczyłem i tym właśnie chcę się podzielić - tłumaczy. - Sport to wybitna szkoła wartości. Kto nie myśli w ten sposób, nie jest prawdziwym sportowcem. Chciałbym, żeby niniejsza książka była encyklopedią dziesięciu rzeczy, których się nauczyłem. Dziesięciu, tak jak mój numer na koszulce. Dziesięciu fundamentalnych poglądów, którymi kieruję się nie tylko na boisku. Książka ta nie jest pamiętnikiem, nie jest też autobiografią – te przecież pisze się na końcu, a liczę na to, że od końca dzieli mnie jeszcze spora odległość. Ta książka to ja: ludzie wiedzą o mnie wszystko, ale niewielu zna mnie faktycznie od podszewki.

Dam Wam próbkę stylu narracji Alexa, równie ujmującego jak jego styl gry. Wybrałem ten, ponieważ wielu z Was na pewno ma bardzo podobne wspomnienia, w dzieciństwie wszyscy byliśmy takimi Aleksami, a przynajmniej ci z nas sprzed ery kompów i konsoli gdy każdą wolną chwilę po szkole spędzało się na boisku (choć zapewne nie wszyscy mieliśmy tak wyrozumiałych rodziców jak on, co do mnie, jeśli nie pomagały wezwania z balkonu do powrotu, zdarzało się, że bywałem zganiany z bramki smyczą;)

Pamiętam te genialne popołudnia. Latem zaczynaliśmy grać w piłkę zaraz po obiedzie i nie przestawaliśmy aż do zmroku. Świat dookoła przestawał dla nas istnieć. Robiło się coraz ciemniej, mrok ogarniał domy, łąki i winorośle nieopodal podwórka. Tata zawieszał wtedy cztery niewielkie lampki, żebyśmy mogli dalej grać. To był mój stadion, mój Puchar Mistrzów. Koledzy w końcu musieli wracać do domów. Czasem ktoś się pożegnał i zostawiał resztę ekipy. „Mama czeka na mnie w domu” – mówił jeden. Inny bez słowa po prostu odwracał się i odchodził. Zostawało nas na podwórku coraz mniej. Siedmiu, pięciu, trzech chłopaków. W końcu zostawaliśmy we dwóch. Spoceni słuchaliśmy, jak gdzieś niedaleko rechotały żaby. Byliśmy wykończeni i to było piękne. W mroku dookoła nie dało się wypatrzeć już praktycznie niczego, ale jedną rzecz widzieliśmy bardzo wyraźnie. Była jasna, okrągła i nigdy się nie zatrzymywała. Piłka.

 

Razem z kumplem, który zostawał najdłużej, zaczynaliśmy kiwać się ze sobą, urządzaliśmy konkursy strzałów na bramkę, a czasem po prostu graliśmy mecze jeden na jednego, bez bramkarzy – i tak do czasu, kiedy przychodziła noc i on też musiał iść do domu. Wtedy zostawałem już tylko ja i moja piłka, najwierniejszy towarzysz. Grałem dalej, tym razem z niewidzialnym przeciwnikiem. Tak wyglądało moje dzieciństwo. W głowie miałem tylko piłkę. Ale nie chciałem być w tym sam, chciałem zostać prawdziwym piłkarzem. Chciałem stać się mistrzem. Marzyłem o mistrzostwach kraju i Pucharze Świata. Chciałem stać się sławny. Chciałem, by ludzie mnie kochali. Chciałem udowodnić wszystkim dookoła, że nawet najmniejszy może stać się najlepszym.

Jednym z najciekawszych rozdziałów jest ten poświęcony Uczciwości, zwłaszcza w kontekście niedawnych afer we włoskim futbolu (del Piero był przecież jednym z tych, którzy zostali w drużynie po karnej degradacji do Serie B). Niezwykle ciekawe są jego przemyślenia temat tego co w futbolu moralne, o różnicy między przebiegłością a sprytem, wygraną nie tylko dzięki własnym zasługom, ale łutowi szczęścia albo cudzego błędu, a osiągniętą w nieuczciwy sposób. Czy zawsze warto spudłować karnego, jeśli sędzia przyznał go niesłusznie, oddać rywalowi piłkę, mimo, że czas i wynik gonią, czy umiejętne sprowokowania przeciwnika do błędu też jest częścią sportu? Ale wszystko poprzedza pewna historia z dzieciństwa...

(...) Miałem dziewięć lat. W tamtych czasach istniały jedynie namiastki dzisiejszych gier wideo. W mojej wiosce był bar Acli, a w nim – piłkarzyki, pinball, którego oczywiście nie mogło zabraknąć, oraz gra wideo o statkach kosmicznych, sto lirów za jedną rundę. Każdy marzył o tym, by pobić rekord, ale żeby tego dokonać, trzeba było grać wiele razy pod rząd, za każdym razem wrzucając kolejną monetę i wciskając magiczny przycisk „kontynuuj”. Był to luksus zarezerwowany dla nielicznych.

Żeby móc grać wiele razy pod rząd, pewnego sobotniego wieczora postanowiłem wziąć z portfela taty tysiąc lirów. Ukradłem je. Robiłem to już kilka razy wcześniej i nigdy nie zostałem przyłapany, dlatego czułem się niezłym cwaniakiem. Ten raz był ostatnim w moim życiu i pamiętam go doskonale.

Każdego wieczora po pracy tata przebierał się w garażu i wchodził na górę do domu. Dobrze wiedziałem, gdzie trzyma swój portfel. Wyjąłem z niego tysiąc lirów z czerwonym napisem po boku   – czasem zdarzało się trafić na taki stary banknot – i włożyłem do swojego portfela na rzep. Tak po prostu, nawet ich nigdzie nie schowałem. W głowie miałem tylko jedną myśl: chcę dojść do dziesiątego, a może od razu dwunastego poziomu gry. Widziałem już przed sobą automat do gier, cały tylko dla mnie – trzeba było tylko dotrzeć do baru przed innymi. Obraz następnego poranka ciągle tkwił mi w myślach. Byłem zadowolony.

Przy kolacji, sam nie wiem jak, zdarzyło mi się wyjąć z portfela owe słynne tysiąc lirów. Nawiasem mówiąc, miałem w nim jeszcze inne banknoty o tym nominale, mogłem więc wiele razy pobić rekord w mojej kosmicznej grze. W tamtej chwili tata popatrzył z dziwnym wyrazem twarzy na ów banknot i powiedział: „Cóż za piękne czerwone tysiąc lirów, a jaki dziwny wzór!”. Nie powiedział ani słowa więcej. Nie musiał.

Zanim położyłem się spać, zszedłem do garażu i włożyłem pieniądze z powrotem do portfela taty. Choć od tamtego dnia minęło już tyle lat, doskonale pamiętam to rozbrajające poczucie winy. Tamtego wieczora pojąłem, co znaczy powiedzenie „na złodzieju czapka gore” i to wystarczyło, bym nie spróbował tego nigdy więcej (...)



(...) Kiedy mówię, że błędy powinny nas czegoś uczyć, mam na myśli również kwestię uczciwości. Niczego przecież nie zdobywa się raz na zawsze. Nikt z nas nie jest Janem Bosko ani świętym Franciszkiem – i bardzo dobrze. Wszyscy jednak powinniśmy być szczerzy i prostolinijni. Uczciwość, nie tylko w świecie sportu, jest inwestycją długoterminową, przebiegłość zaś to jedynie droga na skróty. Jest jednak różnica pomiędzy przebiegłością a sprytem – przebiegłość jest czymś niemoralnym, podczas gdy spryt to błyskotliwość, mentalna zręczność, umiejętność bardzo pożądana w sporcie. Sportowiec musi być sprytny, ale nigdy nie powinien być niepoprawny. Niczego nie osiąga się bez poświęcenia, a poszanowanie reguł oznacza między innymi wygrywanie wyłącznie dzięki własnym zasługom, ewentualnie dzięki przeznaczeniu albo łutowi szczęścia, nigdy jednak w nieuczciwy sposób. Tam, gdzie zaczyna się nieuczciwość, kończy się prawdziwy sport, ponieważ upada kodeks etyczny – coś w stylu niepisanego rycerskiego regulaminu. Ów kodeks bez wątpienia istnieje również w świecie sportu. Uczciwe postępowanie z czasem przynosi duże zyski, tymczasem nieuczciwi płacą za sukcesy fałszywkami. Są one puste, niczego niewarte i niemal zawsze bardzo nietrwałe.

Kiedy myślę o najlepszym przykładzie uczciwości w karierze, na pamięć natychmiast przychodzi mi porażka z Perugią w maju 2000 roku, kiedy to wymknęło się nam z rąk praktycznie wygrane scudetto. Do końca meczu zostało dziesięć minut, a my przegrywaliśmy jedną bramką. Niczego nie potrafiliśmy wymyślić, nie udawało się skonstruować żadnej składnej akcji. Było już niemal wiadomo, że wszystko stracone. Czuliśmy jedną wielką pustkę.

Na dziesięć minut przed końcem spotkania, kiedy wyprowadzaliśmy akcję, sędzia liniowy przyznał nam rzut z autu. Wykonać miał go Gianluca Pessotto, ale on zamiast tego oddał piłkę Perugii. Doskonale wiedział, że to my wybiliśmy piłkę na aut. Postąpił słusznie, choć rzecz jasna nie było mu łatwo zachować się w ten sposób. Postąpił szlachetnie. Należy też zrozumieć dramaturgię tamtej chwili, oczywiście w sportowym tego słowa znaczeniu. Nikt z nas nie był jednak zaskoczony tym, co się wydarzyło – tym, że Gianluca postąpił tak, a nie inaczej. Każda jego decyzja była dla nas niepodważalna, wystarczyło, że podjął ją właśnie on. W szatni po meczu nikt nawet nie pomyślał o tym, by robić aluzje do tego rzutu z autu, do piłki świadomie oddanej przeciwnikowi. Na boisku piłka jest moja albo twoja. Wszyscy, za każdym razem, doskonale wiedzą, czyja powinna być. Fakt, że ów gest Pessotto miał miejsce w tamtej konkretnej chwili, czyni go tym bardziej wielkim – wszyscy bowiem chętnie okazują uprzejmość, kiedy ich drużyna wygrywa w przeciętnym meczu 3:0, co innego jednak, kiedy gra toczy się o tytuł mistrzowski i to w takich a nie innych warunkach. Myślę, że różnica pomiędzy dobrym a wielkim piłkarzem polega na umiejętności bycia zdecydowanym w najważniejszych momentach, przy czym ma to znaczenie nie tylko w świecie sportu. Wielką osobowość odsłaniają najbardziej trudne z podejmowanych decyzji. Przykład Pessotto z meczu w Perugii jest ciągle żywy i wciąż dla mnie niedościgniony – nie uważam, że jestem lepszy, staram się jednak niezmiennie do tego dążyć. To ciągła droga, stałe pragnienie. Świetnym wynikiem byłoby choćby zmniejszenie liczby popełnianych błędów. Uczciwość jest wartością zbyt wielką, by móc sądzić, że osiągnęło się ją raz na zawsze – byłoby to myślenie bardzo aroganckie.

Nigdy więcej nie ukradłem nikomu tysiąca lirów, nigdy też nie wymusiłem rzutu karnego. Przydarzyło mi się jednak przestrzelić parę nieco wątpliwych karnych, nie robiąc tego umyślnie – tak jakbym miał rozładowany akumulator, jakby coś w środku wręcz zmuszało mnie do popełnienia błędu. Pamiętam jeden taki raz, w meczu Juventusu z Udinese, kiedy sędzia podyktował dla nas praktycznie niezauważalny rzut karny. Podszedłem do piłki i uderzyłem prosto w poprzeczkę… Podobnie było w meczu z Romą, kiedy byłem rozproszony rozmowami o nowym kontrakcie. Wtedy też przestrzeliłem.

(...) Skoro już mowa o uczciwości, warto też wspomnieć o symulowaniu. Niestety, nadal je widać, choć może już nie tak często, jak kiedyś, ponieważ czujne oko kamery jest świetnym czynnikiem odstraszającym. Wiem, że kiedy napastnik wbiega w pole karne, chce strzelić gola, a nie nurkować. Szybkość i dynamika dzisiejszej gry w piłkę ma to do siebie, że czasem nawet dotyk czy lekkie pchnięcie sprawia, że się przewracasz, jednak minione lata pokazały, kto jest symulantem, a kto nie. Poza tym, z tego co mi wiadomo, istnieje coś takiego, jak piłkarski spryt, doświadczenie czy umiejętność sprowokowania przeciwnika do błędu – wszystko to jest częścią sportu.

Czasem zdarza się wymusić rzut wolny w środku pola, ale na Boga – kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Nie uważam, by było to jakimś wielkim pogwałceniem zasad uczciwości. Kiedyś w meczu Juventusu z Romą dostałem pięścią w twarz. Zaskoczyło mnie to tak bardzo, że nawet nie zareagowałem. Jeśli wtedy upadłbym na murawę, mój przeciwnik zostałby wyrzucony z boiska. Zmierzam do tego, że nawet jeśli czasem można by odnieść korzyść z tego typu sytuacji, nie wykorzystuje się ich. Niekiedy po prostu uznasz to za niestosowne albo nawet nie przyjdzie ci to na myśl. Zachowanie fair play może być instynktowne, podobnie jak i jego zupełne przeciwieństwo. Nieraz w trakcie meczu może zdarzyć się, że wolisz upaść, niż dać się kopnąć i doznać urazu. Ryzyko kontuzji też jest częścią tej gry. Tego typu zachowania również nie nazwałbym nieuczciwym. By wiedzieć, jak się zachować, nie potrzeba przepisów. Bardzo ważny jest kodeks etyczny. Niemal zwyczajem jest już, że kiedy piłkarz leży na ziemi, wykopuje się piłkę poza boisko, staramy się jednak wracać do korzeni, czekając na gwizdek arbitra. Chyba, że komuś puszczą nerwy   – wtedy grę zatrzymuje się natychmiast (...)

 

(...) Każdy zawodnik broni barw swojego klubu i zrozumiałe jest, że kibicom drużyny przeciwnej może się to nie podobać. Przez wiele lat byłem wyzywany i wygwizdywany – z powodu przynależności klubowej, z powodu podejrzeń o doping, z powodu afery Calciopoli, ponieważ jestem kapitanem najbardziej kochanego i jednocześnie najbardziej znienawidzonego klubu we Włoszech – w porządku, musiałem się z tym liczyć. Przeżyłem jednak również chwile ogromnej satysfakcji. Pamiętam dwa wspaniałe mecze, w Weronie z Chievo i w Genui z Sampdorią. W tym ostatnim strzeliłem nawet dwie bramki. Kibice na obu stadionach potraktowali mnie bardzo ciepło, przy czym nie chodziło o sam doping, a o wyrazy szacunku wobec mnie. Czasem zdarza się, że czujesz się piłkarzem wszystkich, nie tylko własnych kibiców, a to bardzo elektryzujące uczucie. Mam nadzieję, że ów aplauz dotyczył nie tylko umiejętności gry w piłkę, ale też całej mojej piłkarskiej historii, stylu bycia i zachowania, z jakiego starałem się zasłynąć przez wszystkie te lata. Pewne wyrazy szacunku, uczciwości i sportowego zachowania poruszają cię jako człowieka, nie tylko jako sportowca.

 Niestety, istnieje też kibicowanie „przeciw” komuś, co przypomina chwast w całym tym ogrodzie. Przywiązanie do barw klubowych jest ważne, nie powinny one jednak stawać się barwami wojennymi. Kiedy grasz dla swojej drużyny, musisz dawać z siebie wszystko i musisz się z nią identyfikować.

Jako kapitan Juventusu, nigdy nie zapomnę degradacji do Serie B z powodów związanych z uczciwością. Zawsze będę musiał się z tym liczyć, ponieważ nie był to tylko zły sen – to wydarzyło się naprawdę. Kiedy ktoś zapyta mnie pewnego dnia, gdzie się podziewałem przez tamte dwa sezony, odpowiem: byłem w Juve i w pełni zasłużenie wygrałem to, co wygrałem. Skaza, jaką była afera Calciopoli, przekształciła się w cenne doświadczenie, w niezwykle dziwną, ale i piękną przygodę w Serie B, koniec końców zaś stała się powodem do dumy. Nie można przecież udawać, że nic się nie stało.

 Niczym w teatrze absurdu, w ciągu kilku miesięcy świętowanie tytułu Mistrza Świata w piłce nożnej musiało ustąpić debiutowi w Serie B w Rimini. Swój pierwszy mecz zremisowaliśmy na stadionie, na którym wszędzie pachniały sprzedawane piadine 4 – czuję je do dzisiaj. Nasze sumienia cały czas były jednak czyste, widzieliśmy bowiem, że nie wygraliśmy choćby jednego meczu dzięki pomocy z zewnątrz. Wręcz przeciwnie, w tamtym wyjątkowo trudnym sezonie szliśmy łeb w łeb z Milanem, rozstrzygając pojedynek wygraną na San Siro, kiedy to po podaniu przewrotką asystowałem przy golu Trezeguet.

To było przeznaczenie, coś, czego nigdy do końca nie potrafiłem wyjaśnić. Co do jednego nie ma żadnych wątpliwości: te dwa tytuły mistrzowskie są całkowicie nasze, jesteśmy ich prawowitymi właścicielami. Kiedy jednak przypominam sobie tamto popołudnie w Bari, ten wprost nierealny epilog sezonu, czuję się niczym we wspomnianym teatrze absurdu...

Książka jest wyjątkowa także dlatego, że została wydana w Polsce (jako pierwsze światowe tłumaczenie!) dzięki determinacji kibiców, skupionych w JuvePoland.com. Wprawiają mnie w zachwyt takie inicjatywy! To są prawdziwi kibice, zrobili coś dla siebie, dla swoich braci i nas wszystkich, którzy zachwycaliśmy się jego grą, a teraz możemy dowiedzieć się co mu w duszy gra. Zaprosiłem do redakcji tłumacza książki, Marcina Nowomiejskiego oraz Mateusza Poleka z JuvePoland.com, żeby opowiedzieli dlaczego właśnie del Piero jest tak ważny dla kibiców Juve, co sądzą o tym, że nie dane mu było skończyć kariery w Turynie i o samej książce.

'Gramy dalej' - wyjątkowa książka Alessandro del Piero

UWAGA: KONKURS!

Mam dla Was do wygrania trzy książki Aleksa. Chętnych poproszę o to, żeby na chwilę przenieśli się wspomnieniami do dzieciństwa i w komentarzach rozwinęli we króciutkim tekście słowa del Piero Pamiętam te genialne popołudnia... Dziś sobota, to do poniedziałku, wystarczy parę zdań, ale niech będą ujmujące;)


 



sobota, 30 marca 2013

Z okazji świątecznego oddechu w codziennej gonitwie serdecznie polecam Waszej uwadze poruszającą książkę o kulisach dopingu w kolarstwie i mechanizmach zmuszających do niego młodych zawodników, pt. "Wyścig Tajemnic", która ukała się w tych dniach. Jej narratorem jest amerykański kolarz Tyler Hamilton, mistrz olimpijski z Aten, słynny z brawurowej jazdy (w 2003 roku wygrał jeden z etapów Tour de France ze złamanym obojczykiem), ale przede wszystkim przez jakiś czas najbardziej zaufany porucznik Lance'a Armstronga. Po zakończeniu kariery w 2008 roku, którą z hukiem domknęła druga dyskwalifikacja za doping, aż na osiem lat, Hamilton postanowił wyrzucić z siebie wszystko o dopingu, kłamstwach i latach spędzonych u boku swego idola, szefa i przyjaciela w zespole U.S. Postal. Spowiadał się dziennikarzowi Danielowi Coyle'owi aż przez 18 miesięcy. Postanowił być szczery do bólu. Wyjawienie prawdy stało się dla niego równie ważne, jak jeszcze kilka lat wcześniej wygrywanie TdF. Jego opowieść odsłoniła kulisy najbardziej skomplikowanego, profesjonalnego i dopracowanego programu dopingowego w dziejach światowego sportu. Ujawnia okoliczności, w jakich Armstrong wygrał siedem razy Tour de France, jakie zabronione środki brał, jak często i jakim cudem nigdy nie został złapany. „Władzom organizacji antydopingowych potrzeba było kilku lat i milionów dolarów, żeby opracować test wykrywający EPO w moczu i krwi. Doktor Michele Ferrari potrzebował pięciu minut, żeby wymyślić jak obejść ten test" - wyjaśnia Hamilton. - Przez długie lata byłem przekonany, że jesteśmy znacznie dalej w kwestii zwalczania dopingu. Dopiero Hamilton pokazuje, jak działał ten cały proceder. Jak bardzo był zaawansowany pod względem fizjologicznym i medycznym - powiedział, wstrząśnięty po lekturze największy specjalista w Polsce od walki z dopingiem, profesor Jerzy Smorawiński.

Mnie najbardziej poruszyły w tej książce nawet nie szokujące opisy przetaczania krwi w hotelach (pierwsza rzecz po wejściu do pokoju - sprawdzić czy działają lodówki, by włożyć woreczki z krwią), świat tajemniczych laboratoriów, zaludniony przez lekarzy, którzy znajdą się kiedyś w ósmym kręgu piekielnym dla oszustów, fałszerzy i fałszywych doradców, ale opis mechanizm¦ przeciągajączch kolarza na ciemną stronę mocy. To jak entuzjazm po wdarciu się do zawodowego peletonu, zastępuje najpierw frustracja z powodu porażek, podszyta coraz bardziej dojmujących przeczuciem, że coś jest nie tak, aż wreszcie - gdy przez lata o wiele wolniejszy kolega z zespołu regularnie odjeżdża mu na luzie - zrozumienie o co chodzi i wyczekiwanie, aż i jemu lekarz zespołu zaproponuje wymarzoną czerwoną pigułkę...

Wiedzieliście kto to paniagua? Słyszeliście o zasadzie 1000 dni? Nie, to posłuchajcie fragmentu wstrząsającej opowieści Hamiltona...

(...) Zaczęło się - pięciodniowy wyścig Ruta del Sol, po nim jednodniowy Luis Puig i na deser Tour de Valencia. W każdej z tych imprez było niezwykle ciężko - wietrznie i gorąco. Rywale szybcy, a krajobraz różnorodny. Wtedy zobaczyłem, czym są i do czego służą białe woreczki. Przynosili je nasi masażyści tuż po zakończeniu każdego etapu. Trzymali je w lodówkach, w ciężarówkach mechaników. Były malutkie, rozmiarem przypominały dziecięce torebki na drugie śniadanie. Rozdawano je tylko wybranym kolarzom. Rutynowo, bez szczególnej celebracji.

Po dwóch wyścigach zacząłem się o nie starać, ale dostawali je tylko najsilniejsi z nas - Hincapie, Jekimow, Baffi, Robin - goście, którzy nieoficjalnie tworzyli drużynę A. To pokazywało mi miejsce w szeregu, odczułem, że byłem jedynie rezerwowym, kolarzem z drużyny B.

Coraz częściej słyszałem zwrot paniagua. Czasami wyrażany w smutnym, wręcz depresyjnym tonie, przez kolarzy, którzy rozmawiali o swoich słabych startach. "Skończyłbym ten wyścig wyżej, ale byłem jadącą paniaguą". Innym razem mówiono o tym z dumą. "Dojechałem w pierwszej grupie, mimo że byłem paniaguą!". Z czasem odkryłem, co to oznacza. "Pan y agua" to z hiszpańskiego "chleb i woda". Konkluzja jest prosta: jazda w profesjonalnym peletonie bez chemicznych wspomagaczy była tak rzadka, że aż warto było to podkreślać.

Próbowałem ignorować te cholerne woreczki, ale szybko zacząłem je nienawidzić. Dużo o nich myślałem. Gdy mijał mnie kolega ze wspomnianej wyżej drużyny A, przed oczami miałem woreczki. Gdy byłem już wycieńczony jazdą, w myślach pojawiały się woreczki, gdy harowałem jak wół, a na wyścigach wciąż nie mogłem konkurować z resztą, tym bardziej o nich myślałem. Mimo że nie były dla mnie, spełniały rolę paliwa. Motywowały do cięższej pracy. Chciałem udowodnić, że jestem silniejszy, lepszy bez tych torebeczek. Przekraczałem granice własnych możliwości, czując krew w gardle. Przez jakiś czas dawałem radę, jednak z czasem zacząłem się łamać.

I tu czas na ciekawą liczbę: 1000. Tysiąc dni. To czas liczony od momentu, w którym zostałem profesjonalnym kolarzem, do chwili, w której po raz pierwszy sięgnąłem po doping. Z rozmów z innymi zawodnikami wynika, że to swego rodzaju reguła. Z tych, którzy się szprycowali, większość zaczęła w trzecim roku kariery. Pierwszy rok jest pełen nadziei i entuzjazmu, szczeniaki się cieszą, że należą do elity. W drugim sezonie zaczynasz się domyślać, co jest grane. W kolejnym musisz podjąć decyzję - tak albo nie, zostajesz albo odchodzisz. Każdy miał tysiąc dni, każdy musiał zadecydować o swojej przyszłości. Z jednej strony to smutne, ale z drugiej ludzkie. Tysiąc ranków, kiedy wstajesz z wielkimi nadziejami na sukces, i tysiąc wieczorów, kiedy leżysz pokonany i zdołowany. Tysiąc dni bycia paniaguą, walenia głową w mur, pokonywania własnych ograniczeń i szukania na to innego sposobu. Tysiąc dni, w ciągu których dochodzą do ciebie kolejne sygnały, że doping jest OK, i to od ludzi, którym ufasz i których podziwiasz, którzy w kółko powtarzają: "Wszystko będzie dobrze, przecież każdy to robi". Wreszcie tysiąc dni strachu, że jeśli nie znajdziesz jakiegoś sposobu, by jeździć szybciej, to będzie koniec twojej kariery. Siła woli może być potężna, ale nie nieskończona. Gdy raz przekroczysz linię, nie ma odwrotu.

Ruta del Sol przejechałem jako paniagua. Byłem zdeterminowany, by udowodnić swoją wartość. Może nawet za bardzo. Tempo wyścigu było wręcz ogniste, podobnie jak słońce, które dawało się we znaki. Przez pięć dni przekraczałem granice własnych możliwości, chciałem dotrzymać tempa siłaczom. Gdy czułem, że moje ciało słabnie, dawałem z siebie jeszcze więcej. W kolejnym wyścigu - Tour de Valencia - było podobnie. Pięć dni ciężkich tortur. W ciągu dwóch tygodni spędzonych w Europie pewne rzeczy stały się oczywiste. Byłem zdesperowany. Przecież zawsze podejmowałem rękawicę, zawsze potrafiłem uporać się z każdym problemem.

W tym momencie mógłbym wam opowiedzieć o tym, jak uczciwym jestem człowiekiem. Mógłbym prawić, że kiedy byłem dzieckiem i dorastałem na High Street w Marblehead, nieważne w co grałem, zawsze przestrzegałem przepisów, byłem fair. Mógłbym opowiadać o honorze dziadka, który służył w marynarce wojennej, albo o tym, jak w szkole średniej sprzedawałem fałszywe bilety na wyciąg narciarski, o karze, jaką wtedy odbyłem i nauczce wyniesionej z tej historii. Nic by to jednak nie zmieniło, bo w mojej opinii decyzja o stosowaniu dopingu nie jest kwestią honoru czy charakteru. Znam wielu wspaniałych ludzi, którzy brali. Znam też wielu o wątpliwej etyce, którzy się na to nie zdecydowali.

Dla mnie liczyło się tylko to, że przez tysiąc dni byłem oszukiwany i przez ten czas nie pojawił się choćby maleńki znak, że to się zmieni. Zrobiłem więc to co inni, i to o wiele wcześniej ode mnie - dołączyłem do bractwa. Prawdę mówiąc, to oni zgłosili się do mnie. Bezpośrednio po zakończeniu wyścigu Dookoła Walencji do mojego pokoju zapukał Pedro. Mój współlokator, Peter Meinert Nielsen, był właśnie na obiedzie, więc mogliśmy porozmawiać w cztery oczy. Doktor ubrany był w to co zwykle - kamizelkę z wieloma kieszonkami, jaką zwykli noszą wędkarze. Usiadł i zadał swoje sztandarowe pytanie: "Jak leci, Tyler?". Był dobry w zadawaniu pytań. Zawsze stwarzał pozory, że faktycznie obchodzi go twój los. Więc powiedziałem mu prawdę. Wyznałem, że jestem wycieńczony, że ledwo dochodzę do prysznica. Z początku nie zareagował. Spojrzał tylko na mnie swoimi łagodnymi, smutnymi, brązowymi oczami. Chwilę później włożył rękę do swojej rybackiej kamizelki i wyciągnął małą, brązową buteleczkę. Powoli, jakby od niechcenia pokazał mi ją, odkręcił i opukał lekko palcem. W środku była tabletka, małe czerwone jajeczko.

"To nie doping - powiedział. - To dla twojego zdrowia. Pozwoli ci się zregenerować". Skinąłem tylko głową. Nadal trzymał w ręku kapsułkę. Była wypełniona płynem. "Gdybyś startował jutro, nie podałbym ci tego. Ale nie ma nic złego w tym, byś wziął to, kiedy wyścig odbędzie się pojutrze. To bezpieczne, pomoże ci nabrać sił. Twój organizm tego potrzebuje", tłumaczył. Zdawałem sobie sprawę, o czym mówi. Gdyby następnego dnia po zażyciu tabletki przeprowadzono u mnie test antydopingowy - wynik byłby pozytywny. Obaj jednak wiedzieliśmy, że badania odbywają się podczas wyścigów, a następny miał się odbyć dopiero za dwa dni. Wyciągnąłem rękę. Pedro umieścił kapsułkę w mojej dłoni. Poczekałem, aż wyjdzie z pokoju, wtedy nalałem sobie szklankę wody i spojrzałem w lustro.

To nie doping, to dla mojego zdrowia.

Dwa dni później rozpoczął się wyścig Luis Puig. Już na początku czekał nas szalenie szybki i długi podjazd, z krętą końcówką prowadzącą na szczyt. Jechałem na końcu stawki, co nie było dla mnie zaskoczeniem. Nagle jednak stało się coś dziwnego. Gdy wjeżdżaliśmy na szczyt, spostrzegłem, że z łatwością mijam kolejnych kolarzy. Nie zrozumcie mnie źle - nie stałem się nagle supermanem. Umierałem na tej górce, dawałem z siebie absolutnie wszystko. Chodzi o to, że inni umarli o wiele szybciej. Byłem w czołówce, gdy uformowała się ucieczka. Wiedziałem, co się stało.

Czerwone jajeczko, które - jak się później okazało - było tabletką testosteronu, trafiło do mojego krwiobiegu, czyniąc wiele zbawiennych zmian. Lepiej pompowało krew do moich mięśni, leczyło drobne kontuzje, poprawiało samopoczucie. Wjeżdżałem na tę górkę ulepszony, idealnie zbalansowany. Jak by to powiedział Pedro: zdrowszy. Nie jestem dumny ze swojej decyzji. Wierzę z całego serca, że byłbym silniejszy, gdybym wrzucił czerwone jajeczko z powrotem do butelki i męczył się na końcu stawki jako "paniagua". Wierzę, że gdybym zdał sobie sprawę, jaką drogę obrałem, rzuciłbym ten sport, wrócił do Kolorado, skończył college, być może zapisał do którejś z biznesowych szkół i prowadził zupełnie inne życie. Jednak nie zrobiłem tego. Wziąłem tę tabletkę, a ona zadziałała. Jechałem o wiele szybciej, czułem się zdecydowanie lepiej. Nie tylko fizycznie. Czerwone jajeczko było dla mnie znakiem nobilitacji, dowodem na to, że Pedro i reszta grupy dostrzegają mój potencjał.

Autor "Wyścigu Tajemnic": Doping? Tu nie chodzi o konfrontację "dobro kontra zło"

No i oczywiście dzięki książce poznajemy zupełnie inną twarz Lance Armstronga niż ta, którą on sam pokazywał nam przez w swoich autobiografiach, podczas batalii z rakiem. Poznajemy człowieka, dla którego liczy się w życiu tylko wygrywanie i gotów jest maszerować do celu po trupach. Nie chodzi o sam doping, którego stał się mistrzem, a jak i mistrzem kamuflażu (dowiadujemy się m.in. że dopuścił się przekupienia dyrektora laboratorium w Lozannie, by zatuszował jego wpadkę). Ale samemu szprycując się na potęgę, nie wahał się donosić do Unii Kolarskiej na najgroźniejszych rywali, że to oni coś biorą!

Jeśli zainteresowała Was książka, przetłumaczona przez mojego redakcyjnego kolegę ze sport.pl, Konrada Mazura i chcielibyście ją kupić, to w internetowym sklepie labotiga.pl dostaniecie ją ze zniżką - przy zamówieniu w odpowiednim polu wystarczy wpisać kod POLSPORT :)



17:38, francuski_lacznik , Co się wydaje
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 05 listopada 2012

Yes! Yes! Yes! Wreszcie trafiła do mnie (i do księgarń) książka, od której tak naprawdę zaczęła się moja przygoda z tłumaczeniem (auto)biografii słynnych piłkarzy i ludzi futbolu. Przez lata nie mogłem zrozumieć, dlaczego nikt nie chce wydać na polskim rynku biografii największego futbolowego guru ostatnich 25 lat Sir Aleksa Fergusona Football, bloody hell! pióra znakomitego, wieloletniego dziennikarza Timesa Patricka Barclay’a. Ludzie z różnych wydawnictw przekonywali mnie jednak, że na naszym rynku biografie sportowców się nie sprzedadzą. Kiedy z żalem poskarżyłem się o tym tu na blogu, zgłosiło się do mnie wydawnictwo Sine Qua Non, które postanowiło jednak rzucić rynkowi wyzwanie. Sukcesy takich pozycji „Messi. Historia chłopca, który stał się legendą” (nr 2 na liście bestsellerów Empiku), „Cristiano Ronaldo. Obsesja doskonałości”, „Ja, Zlatan”, „Wayne Rooney. Moja historia” czy wydanego przez konkurencję „Spalonego” Andrzeja Iwana (choć to zupełnie inny gatunek literacki) pokazują, że Polacy chcą czytać o swoich piłkarskich idolach. Najwyższa pora, żeby trafiła do ich rąk wnikliwy portret tego, bez którego trudno sobie wyobrazić światowy futbol. Który był już trenerem gdy większość z nas/was zainteresowała się piłka nożną i osiągnął tak wiele z jednym klubem. Na tym zresztą polega moim zdaniem jeden z fenomenów Sir Aleksa, dzięki którym góruje nad pozostałymi wybitnymi trenerami naszych czasów jak Jose Mourinho, Pep Guardiola, Carlo Ancelotti, Arsene Wenger czy Marcelo Lippi, mimo, że przegrywał z nimi kluczowe bitwy i wojny. Oczywiście to sztuka zostać mistrzem kraju z czterech różnych ligach czy wygrać Ligę Mistrzów z kolejnymi zespołami, ale patrząc na los wypalonych sukcesem Porto, Chelsea i Interem Mediolan po odejściu Mourinho by zająć się ze świeżą głową kolejnym projektem, tym większy podziw budzi we Ferguson, który przez tyle lat zdołał utrzymać swoich piłkarzy na głodzie wygrywania, a swój United na absolutnym topie.

Futbol, cholera jasna! którą przetłumaczyłem wspólnie z kolegą ze Sport.pl, Piotrkiem Czernickim-Sochalem, dokładnie pokazuje drogę jaką doszedł do tego sukcesu i swego wyjątkowego statusu. Nie jest przy tym cukierkową biografią, napisaną na kolanach, wręcz przeciwnie. Obok geniusza, potrafiącego planować daleko w przyszłość i umiejącego dostrzec talenty i zjawiska niewidoczne dla śmiertelnych trenerów, Barclay bezkompromisowo opisuje też kontrowersyjne cechy charakteru Bossa i mało chwalebne metody pracy. Ponieważ jesteśmy świeżo po kontrowersyjach w meczu z Chelsea i haniebnych błędach sędziego Marka Clattenburga, po których internet obiegły złośliwe memy o m.in. o świetnym zagraniu Fergusona, polegającym na wprowadzeniu Clatteburga za Howarda Webba, skupię się tu na zarzutach na zarzutach Barclay wywierania na arbitrach niedozwolonej presji, zastraszaniu ich przez lata i manipulowania nimi, czym zdaniem autora czynił futbolowi wielką szkodę. Z jednej strony był i jestem wspaniałym wychowawcą młodzieży, potrafiącym przez lata utrzymywać w zespole godną podziwu dyscyplinę i temperować gwiazdorskiego ego swoich najlepszych piłkarzy, z drugiej jednak nieustanne podważał autorytet sędziów i wszelkiej władzy zarazem. Jak się okazuje Mourinho nie był pierwszym trenerem, po którego zmasowanej krytyce sędziego, ten ostatni (jak Szwed Anders Frisk) otrzymał groźby pozbawienia życia...

Pisze Barclay np. tak: (...) spotkanie z Liverpoolem (2:2) popsuło dobre relacje Fergusona z Davidem Elleray’em, który wyrzucił z boiska Denisa Irwina, dając mu drugą żółtą kartkę za odkopnięcie piłki po gwizdku. Po meczu wściekły trener powiedział o Elleray’u w wywiadzie telewizyjnym: „Nie pozwolimy temu człowiekowi powstrzymać nas przed zdobyciem tytułu”. Jeszcze ostrzej potraktował arbitra prezes United. – Martin Edwards powiedział, że jeśli Arsenal zdobędzie tytuł, to jeden z medali powinien przekazać mi. Był to najgorszy okres w mojej sędziowskiej karierze. Spotkałem się z groźbami utraty życia, dostałem policyjną ochronę i musiałem zrezygnować z prowadzenia ostatniego meczu w sezonie – wspomina Elleray.

I przekonując, że obie kartki były zasadne. – Nie miałem innego wyjścia, bo odkopał piłkę chyba na czterdzieści metrów. Podyktowałem też w tym spotkaniu aż trzy karne, więc bardzo się ucieszyłem, kiedy po meczu zobaczyłem zmierzającego do mnie Bernie’ego, olbrzymiego policjanta, który opiekował się sędziami na Anfield. Nosił przy sobie wielką, staromodną drewnianą pałę, całą pokrytą wgięciami i rysami, które - jak sobie wyobrażałem - zebrał przez lata rozbijając łby w Toxteth [jedna z bardziej niebezpiecznych dzielnic Liverpoolu – przyp. tłum.]. Udało mu się utrzymać Fergusona z dala ode mnie w tunelu, który na Anfield jest bardzo wąski. Po tym wszystkim zaczął się dla mnie ponury okres. Obrażano mnie na ulicy, dzwoniono z pogróżkami, dostawałem pełne nienawiści listy.

 

– Nigdy nie był aż tak zły, jak to przedstawiały to media! Większość z jego pomeczowych skarg i zarzutów dało się łatwo zignorować. Spotykałem się z tym przez lata ze strony różnych trenerów i się przyzwyczaiłem. Ale Ferguson w swej inteligencji i sprycie zawsze najgroźniejszy był w przerwach meczu. Jakimś zjadliwym komentarzem w drodze do szatni czy z powrotem na boisko potrafił wwiercić ci się w mózg, co wpływało na pracę w drugiej połowie – mówi Elleray. Na przykład jak? – Zwykle zawsze bardzo narzekał i upominał się, żeby bardziej dbać o ochronę jego zawodników. Mówił coś w rodzaju: „Musisz się wziąć w garść i być bardziej stanowczy dla rywali, w przeciwnym razie skończy się dużym kłopotem”. Pamiętam, jak kiedyś uczulał mnie w przerwie półfinału Pucharu Anglii z Crystal Palace, że pozwalam na zbyt ostre ataki na Keane’a. Irlandczyk był mocno skopany i miał rozciętą nogę, było dla mnie oczywiste, że wróci na drugą połowę we wściekłym nastroju – opowiada Elleray”. I rzeczywiście, w drugiej połowie Keane w odpowiedzi na kolejny agresywny atak nadepnął złośliwie na Garetha Southgate’a, nie pozostawiając sędziemu innej możliwości jak wyrzucenie go z boiska.

Jakiś czas później Elleray był zatem zaskoczony słysząc Fergusona w wywiadzie: – Manchester United miał grać w Londynie z Chelsea i Alex narzekał na wybór sędziego. Zapytany kogo w takim razie by wolał, odparł, że Davida Elleray’a. „Jak to, przecież pan go nie lubi?” zdziwił się dziennikarz. „Nie ma znaczenia czy go lubię czy nie, on przynajmniej chroni moich piłkarzy” stwierdził Alex.

Elleray dodaje, że sir Alex ma w sobie wiele sprzeczności (...) Kiedyś był gościem turnieju szkolnych drużyn sześcioosobowych, zorganizowanym przez FA w Manchesterze. Z wielkim sensem długo rozprawiał z dyrektorami szkół na temat presji, jaka w dzisiejszych czasach spoczywa na młodych chłopakach. Mógł się ograniczyć tylko do pokazania się na lunchu i tradycyjnej, krótkiej przemowy, ale został przez cały turniej, aż do dekoracji zwycięzców, gawędząc z uczniami, nauczycielami i pozując do zdjęć z każdym, kto chciał...

Zawsze kiedy miałem z nim do czynienia z dala od boiska, robił na mnie znakomite wrażenie. Porównałbym go do osoby, której łagodny, rozsądny charakter dramatycznie się zmienia, gdy tylko usiądzie za kierownicą. Ferguson przeistacza się w innego człowieka za każdym razem gdy zbliża się mecz. I nie mam pojęcia ile z tego to przyjęta poza, a ile prawdziwy charakter – kontynuuje Elleray.

KONKURS! KONKURS!

Zapraszam na tradycyjny konkurs literacki. Nie chciałem, żeby był tylko dla kibiców Manchesteru United, czyli dotyczył wyłącznie Aleksa Fergusona, więc...

Poproszę o tekst w rozmiarze 2,5 tys. znaków opisujący ZDARZENIE, którego JEDNYM Z BOHATERÓW będzie ALEX FERGUSON, ale może się on tam pojawić w dowolnej roli, nawet w tle. Może to być finał Ligi Mistrzów z Barcelonie w 1999 (uwaga, może ich nadejść sporo), może być kopniecie butem w Beckhama czy negocjacje z Wayne Rooney’em żeby nie odchodził od City, albo wizyta na urodzinach 14-letniego Ryana Giggsa, którego zaprasza do Akademii United, ale i porażka MU z Porto Mourinho w 1/8 Ligi Mistrzów czy z Barceloną Guardioli w finale na Wembley. Co chcecie, przez 25 lat pracy na Old Trafford na pewno nie raz miał do czynienia z Waszą drużyną i coś zapamiętaliście. Ważne, żeby było napisane dobrze, ciekawie, im bardziej niebanalnie tym lepiej. Kto śledzi polsportowe konkursy, ten wie kto zazwyczaj wygrywa;)

Nagroda: oczywista. Wysyłać: na mejla z dopiskiem z przodu: KONKURS, bo inaczej utonie w spamie. Nie przekraczać: normy znaków! Deadline: do ostatniego gwizdka sobotniego meczu Aston Villa - MU.

UWAGA!

dla czytelników Polsportu, którzy nie wierzą w swe szanse w konkursie: Futbol, cholera jasna! z 10% zniżką + dostawą pocztą gratis tutaj: http://www.labotiga.pl/ferguson Trzeba tylko wpisać kod rabatowy: POLSPORT

 



poniedziałek, 28 maja 2012

Dziś do Polski wróciły prochy Kazimierza Deyny. Jednego z trzech najlepszych piłkarzy w historii polskiego futbolu obok Włodzimierza Lubańskiego i Zbigniewa Bońka. Zapewne najlepszego technicznie piłkarza i prawdziwego generała środka pola jakiego kiedykolwiek mieliśmy, indywidualisty porównywalnego tylko z Bońkiem. Nigdy nie dowiemy się ile by jeszcze osiągnąłby w karierze, jakie wielkie trofea zdobył, gdyby pozwolono mu wyjechać z kraju do zagranicznego u szczytu formy w wieku 26 lat, a nie dopiero 31. A starały się o niego najlepsze kluby świata, z Realem Madryt na czele. Niestety w PRL było to niewyobrażalne, żeby oficer Wojska Polskiego szedł zarabiać szmal u wrażych imperialistów. W każdym razie w swoim czasie Deynę wymieniano jednym tchem obok takich gwiazd ówczesnego futbolu jak Franz Beckenbauer i Johan Cruyff, zajął zresztą trzecie miejsce za nimi w plebiscycie na najlepszego piłkarza świata w 1974 roku. Kto jest dziś tym trzecim piłkarzem, którego postawilibyśmy na podium obok Leo Messiego i Cristiano Ronaldo? Xavi, Andres Iniesta, Wesley Snejider, Kaka? Wówczas dokładnie ten sam status miał Deyna...

Przywiezienie prochów legendarnego, tragicznie zmarłego w wypadku samochodowym pod San Diego piłkarza (spocznie w Alei Zasłużonych w Warszawie na Powązkach Wojskowych) to znakomita okazja, żeby polecić Wam wydaną niedawno jego biografię, pióra dziennikarza Rzeczpospolitej, Stefana Szczepłka, człowieka, któremu Deyna tak bardzo ufał, że zagadnięty o wywiad, prosił Szczepłka, żeby ten sam go sobie napisał, bo przecież doskonale zna odpowiedź na każde pytanie. Któremu dał w prezencie gola z okazji ślubu i którego uczył niesamowitych uderzeń z wolnego (nawet CR7 by dziś docenił). Mnóstwo tam ciekawych historii, jak choćby podchodów czołowych polskich klubów i wspierających ich partyjnych kacyków o wyciągnięcie utalentowanego dzieciaka z Włókniarza Starogard Gdański, usuniecie przez Deynę w cień Lubańskiego i z kolei spektakularne ustąpienie miejsca na piedestale Bońkowi, jego sportowy i życiowy upadek w USA, zakończony tragiczną jazdą i wypadkiem, którego okoliczności do dziś zmuszają do zastanowienia czy nie zrobił tego specjalnie. Świetny portret wielkiego, niespełnionego talentu i postaci tragicznej. Oto rozmowa, którą przeprowadziłem na temat książki z jej autorem:

Deyna - wielki piłkarz, postać tragiczna - rozmowa z autorem biografii

Warto poznać historię Deyny, który w Polsce - mam wrażenie nie jest należycie doceniony, a już na pewno nie cieszy się porównywalną sympatią do innych Orłów Górskiego, po części z powodu introwertycznego charakteru, ale też i z powodu przynależności klubowej, bo był gwiazdą znienawidzonej Legii. Zwłaszcza, że 6 czerwca przed stadionem przy Łazienkowskiej 3 staraniem kibiców Legii (zebrali 220 tysięcy złotych) zostanie odsłonięty jego pomnik, a wschodnia trybuna stadionu zyska odtąd imię Kazimierza Deyny. Myślę jednak, że tyle lat po jego śmierci warto się wznieść nad klubowe podziały i docenić piłkarskiego geniusza tak jak wszyscy Anglicy niezależnie od klubu potrafią docenić trzech geniuszy z Old Trafford, których pomniki stoją przed stadionem Manchesteru United, George Besta, Denisa Law i Bobby Charltona...

 



18:00, francuski_lacznik , Co się wydaje
Link Komentarze (19) »
wtorek, 15 maja 2012

Ostatnio na polskim rynku ukazuje się tyle książek o futbolu, że nie nadążam z czytaniem. W kolejce czekają „Sekrety La Roja” o mistrzostwie i świata reprezentacji Hiszpanii, którą zamierzam zabrać na grupowanie reprezentacji do Austrii, bo przecież trzeba ją przeczytać przed Euro 2012, podobnie jak biografię Robina van Persie, którego właśnie w sondzie Futboilmag’a wytypowałem na króla strzelców turnieju. Kończę czytać „Deynę” Stefana Szczepłka, na szczęście „Pod Presją” Jurka Dudka to tylko 200 stron... (wkrótce opublikuje tu rozmowy z oboma autorami). Tymczasem do księgarń trafia właśnie „Barca. Za kulisami najlepszej drużyny świata” i wierzcie mi, że jest to jedna z lepszych książek o futbolu jakie czytałem w życiu. Twierdzę tak nie dlatego, że przetłumaczyłem ją wspólnie z kolegą ze Sport.pl, Piotrkiem Czernickim-Sochalem. Autorowi, szkockiemu dziennikarzowi Grahamowi Hunterowi, który od 10 lat mieszka w Barcelonie (jest korespondentem UEFA.com i FIFA TV) wyszła naprawdę fascynująca, napisana z podziwem dla fenomenu Barcy Pepa Guardiolli ale nie na kolanach i z blaugranowym zaślepieniem, książka.

Mnóstwo tu ciekawych, nieznanych mi historii np. jak dyrektorzy Barcy udali się w 2007 roku z tajna misją do Lizbony na spotkanie z Jose Mourinho (zwolnionym z Chelsea), którego klub rozważał jako głównego kandydata do zastąpienia Franka Rijkaarda. Portugalczyk dokonał tak perfekcyjnej prezentacji w powerpoincie, wykazując przyczyny ówczesnego kryzysu Barcy i plany naprawy, że dyrektorzy (wśród nich Txiki Begiristain) byli pewni, że z Mourinho drużyna z miejsca zaczęłaby odnosić sukcesy. A jednak obaj powiedzieli zarządowi, że Portuglaczyk nie jest trenerem dla Barcelony i rekomendowali powierzenie tej funkcji niedoświadczonemu Guardioli. Najciekawsze w tamtej rozgrywce było to, że sam Guardiola przekonywał na pewnym etapie prezesa Barcy, że najlepszym rozwiązaniem dla klubu były... Mourinho, a nie on.

Niezwykle ciekawe i świetnie napisane są opowieści o zawodnikach. Krótki rozdział poświęcony Andresowi Inieście jest sto razy ciekawszy niż jego autobiografia, która pojawiła się na polskim rynku jako pierwsza z serii książek piłkarskich. Los Iniesty splatające się z losami innego 14-latka przyjętego razem z nim do La Masii - Jorge Troiteiro (tak naprawdę Iniestę przyjęto w tym wieku, łamiąc klubowe reguły, bo wymusił to ojciec Troiteiro) to coś wspaniałego.

Zacytuję tu ulubiona anegdotę o pierwszym treningu 16-letniego Iniesty z pierwszą drużyną Barcy. Jej ówczesny trener, Lorenzo Serra Ferrer (...) nasłuchał się tylu pochwał na temat młodego Andresa, płynących z akademii, że postanowił sam przyjrzeć się z bliska nastolatkowi, o którym jest tak głośno. To, co stało się, gdy w lutym 2001 roku poprosił administratora pierwszego zespołu, Carlesa Navala, żeby oznajmił Inieście o promocji i sprowadził go na trening przeszło do legendy, ale jest absolutnie prawdziwe. Naval zadzwonił do La Masii i poprosił administratora, żeby przekazał radosną wieść Andresowi. Następnego dnia rano Iniesta miał się stawić na treningu pierwszej drużyny na Camp Nou, dokładnie 100 metrów od budynku La Masii, w którym mieszkał. Kłopot polegał na tym, że nawet nie marzył o tym, że pierwszy skład tak szybko stanie przed nim otworem, nigdy wcześniej nie był w szatni na Camp Nou i nie miał pojęcia gdzie się ona znajduje. Szukając jej w rozległych zakamarkach Camp Nou kompletnie się zgubił. Poszedł więc do posterunku ochrony przy głównym wejściu, przepchnął się przez tłum turystów, kłębiących się w oczekiwaniu na zwiedzenie słynnego stadionu, stanął przed barierką i poprosił o pomoc. Strażnik nie był pewny czy ten mały chłystek, twierdzący, że przyszedł na trening pierwszego zespołu, nie próbuje go wkręcić i kazał mu zaczekać. Na szczęście przed wejściem pojawił się Luis Enrique, rozpoznał chłopaka i zaofiarował się być jego przewodnikiem w drodze do szatni. Typowy Iniesta – spokojny, opanowany, podejrzewający w duchu, że ktoś robi mu złośliwy żart, ale gotowy.

Świetny jest rozdział o dwójce środkowych obrońców Barcy, Carlesie Puyolu i Gerardzie Pique, ludziach z dwóch innych światów (Puyol wychował się na wsi w takiej biedzie, że hantle musiał sobie robić sam, napełniając piachem skarpety i sznurując je na końcu - Pique, wnuk wiceprezydenta Barcy, na salonach - pamiętna historia jak przedstawiono go Luisowi van Gaalowi, który pchnął chłopaka, przewrócił na dywan i orzekł, że nie nadaje się do futbolu), którzy jednak pomogli sobie nawzajem - Puyol młodemu koledze na boisku, Pique - starszemu poza nim, otwierając go na świat. Znajdziecie tam ciekawy portret psychologiczny Guardioli, który ułatwi zrozumienie jego decyzji o usunięciu się z klubu po czterech latach pracy.

 

Wylęgarnia talentów

Kto wie czy najciekawszy nie jest rozdział dokładnie omawiający funkcjonowanie słynnej akademii La Masia, który przetłumaczyłem jako Wylęgarnia talentów, bo fakt, że w finale mistrzostw świata występuje ośmiu wychowanków klubu wydał mi się tyleż pełen podziwu co przerażający. Hunter opowiada nie tylko historię La Masii, m.in. to jakich zmian dokonał w niej Johan Cruyff (wielu mylnie wydaje się, że to on ją założył, gdy przyszedł do klubu jako trener w 1988), przed nim bynajmniej nie panował w akademii etos pięknej, ofensywnej gry, ale - jak wspomina były partner Cruyffa z ataku, późniejszy trener i odkrywca talentu Leo Messiego, Charly Rexach nasz futbol był brzydki, smutny i przede wszystkim za bardzo siłowy. Nie było w nim miejsca na kreatywność i wyobraźnię. Liczyło się tylko bieganie. Jeśli dużo nie biegałeś, nie grałeś. Robiło mi się niedobrze od wysłuchiwania, że piłkarz po meczu musi być mokry od potu. ‘Musicie być gotowi umrzeć dla tych barwa’ - słyszeliśmy bez przerwy. A ja myślałem sobie: ‘Mam 20 lat i chcę mieć przyjemność z gry w piłkę. Jestem za młody, żeby umierać’. ‘Idźcie i ubrudźcie porządnie koszulki’ ‘Sukinsyny! A przecież dobry futbol gra się nogami. Jeśli nie byłem spocony po meczu, to dlatego, że grałem więcej i mądrzej”(...)

Hunter opisuje czym kierują się dziś skauci Barcy, wyszukując w świecie idealnych kandydatów do barcelońskiego systemu. Czym jest owe słynne DNA Barcy, którego usiłują dostrzec w młodych chłopakach. Skaut Barcelony szuka w młodym chłopaku tych samych umiejętności, które będą później niezbędne do gry w pierwszej drużynie Guardioli. Jaki ma przyjęcie piłki? Czy potrafi utrzymać piłkę? Jak szybko potrafi przeczytać sytuację na boisku i czy jest w stanie podjąć decyzję, będąc pod presją? Czy ewentualny przyszły skrzydłowy potrafi grać jedną czy obiema nogami? Czy chce i umie stosować pressing, gdy jego drużyna jest bez piłki? Czy środkowy obrońca ma wystarczające umiejętności, by móc zagrać w ataku?

Okazuje się niezwykle ważną rzeczą, na jaką zwracają uwagę skaucie jest m.in. to, że nie lubią rozstawać się z piłką, mają ja przy sobie cały czas i owładnięci są obsesją grania i ćwiczenia kiedy tylko się da. Pep Guardiola grał nieustannie na placu w Santpedor gdzie dorastał, używając drzwi do sklepowych garaży jeśli akurat nie toczył się gdzieś prawdziwy mecz. Mieszkańcy miasteczka nieustannie przeganiali go i jego kumpli. Już jako trener Barcelony powiedział tak: „Część zdolności technicznych zawodnika jest wrodzona, ale jeśli ktoś od małego spędza dzień w dzień po pięć, sześć godzin latając za piłką, to bardzo to rozwija. Problem z dzisiejszymi dzieciakami, zwłaszcza tymi z wielkich miast polega na tym, że mają kontakt z piłką właściwie tylko na treningach, czyli najwyżej przez zaledwie półtorej godziny i to nie codziennie”.

Carles Puyol był identycznym dzieciakiem, uganiającym się za piłka w Pobla de Segur. Mimo, że do 14 roku życia ani razu nie zagrał z porządnej, dobrze zorganizowanej drużynie jedenastoosobowej, zawsze miał przy sobie piłkę i niezmordowanie ćwiczył umiejętności długimi godzinami, dryblując wokół domu.

Xavi Hernández także długimi godzinami ćwiczył i wypracowywał coś, co sam nazywa „obsesją kontrolowania piłki”.

Laureano Ruiz to legendarne nazwisko w Barcelonie. Był wizjonerem jeśli chodzi o szkolenie młodzieży przed pojawieniem się Cruyffa i zostawił po sobie anegdotę, która świetnie ilustruje jak dużą wartość nadawano w klubie miłości do futbolu. Któregoś razu Ruiz przyglądał się testom młodych katalońskich dzieciaków, które zaludniły gęsto całe boisko. Już myślał, że ten dzień będzie stracony, bo żaden z chłopaków nie zrobił na nim wrażenia, gdy dostrzegł, że jeden z maluchów trzyma się z boku i z pasją odbija piłkę o ścianę szatni. Ruiz zapytał chłopca, co tam robi, a mały odparł, że czeka na tatę.

Dyrektor La Masii postanowił zaufać swemu nosowi i zapytał trenerów, którzy zorganizowali testy, kim jest ten chłopiec i jak wypadł w testach. Usłyszał, że mały nie spisał się zbyt dobrze i został odrzucony. Ruiz poinformował ich, że instynkt podpowiada mu, by dać chłopcu szansę, bowiem młodziaka, który z taką pasją podchodzi do futbolu, nie powinno się odsyłać bez porządnego sprawdzenia. Okazało się, że mały przebrnął testy. Był to Albert Ferrer. Gdy po latach, wywalczył z drużyną Puchar Europy na Wembley w 1992 roku, potwierdziło się, że tamtego dnia nos rzeczywiście nie zawiódł Ruiza.

Barcelońskie dziady

Ogromne znaczenie w rozwoju piłkarza Barcelony ma ćwiczenie bardzo prostej gierki, zwanej w Katalonii rondo (na którą my w Polsce mówimy dziad). Na pewno widzieliście ja nie raz, a może nawet sami próbowaliście. Grupa zawodników, zwykle siedmiu lub ośmiu ustawia się w kółko, dwóch wchodzi do środka. Ci na zewnątrz podają do siebie piłkę, ci w środku starają się ja przechwycić, zablokować, przejąć na nią kontrolę, przerywając strumień podań. Legenda Barçy mówi, że to , Ruiz wynalazł i zaszczepił w klubie to ćwiczenie jako podstawę każdego treningu.

Pierwszym i podstawowym zadaniem barcelońskiego dziada jest nauka dokładnego, precyzyjnego podawania pod presją, gdy rywal naciska, a piłkę wolno uderzyć tylko raz. Jednocześnie jest to dobre ćwiczenie na inteligentną presję i mądre naciskanie rywala z piłką. Dwaj piłkarze w środku dla lepszej efektywności muszą ze sobą współpracować, koordynować swe działania, żeby nie biegać między zawodnikami zewnętrznego okręgu jak kot z pęcherzem. Po trzecie, ponieważ w końcu każdy zawodnik trafi do środeczka, jest to świetne ćwiczenie na budowę kondycji, idealnie odpowiadające stylowi gry Barçy. Po czwarte zaś dziad świetnie buduje team spirit, czyli ducha drużyny. Jednoczy zawodników stojących w kręgu i starających poprzez współpracę nie oddać piłki obrońcom.

Kiedy patrzy się jak zawodnicy Barcy wykonują rondo, widać, że nie jest to tylko zabawa, bo rywalizacja między nimi i determinacja jest taka sama jak w gierkach pięciu na pięciu, stosowanych na treningach Manchesteru United, Arsenalu, Milanu czy Bayernu Monachium. Zapewnie nie raz widzieliście przed meczem jak piłkarze Barcy ustawiają się koło i myśleliście sobie: tak to i ja bym umiał”, ale wierzcie mi, że wersja podczas rozgrzewki jest dziesięć razy wolniejsza niż i mniej intensywna niż to co zawodnicy wyczyniają na codziennych treningach.

Za każdym razem piłkarze stojący w kręgu starają się pobić rekord kolejnych podań i czasu potrzebnego na odebranie im piłki. „Dziad” ma mnóstwo różnych odmian, z różna liczbą uprawnionych dotknięć piłki, różną liczbą obrońców, zakazem podawania do stojącego najbliżej zawodnika itd. Spoglądając jak zawodnicy Barcy uwijają się przy rondzie, łatwiej zrozumieć anegdotę, często przytaczaną przez Xaviego o jego gierkach w czasach juniorskich. Charly Rexach miał zwyczaj wrzeszczeć na swoich chłopaków: „Nie jedno podanie! Pół podania!!”

Te pół podania to właśnie DNA Barçy. Popatrzcie na mecz Barce­lony z Arsenalem w Lidze Mistrzów z marca 2011 roku i gola jakiego zdobył Xavi. Było 1:1 gdy Iniesta przedryblował na pełnej szybkości Tomáša Rosický’ego, Abou Diaby’ego i Johana Djouroua. Wglądało na to, że poda bezpośrednio Xaviemu, ale on zmylił wszystkich podając do Davida Villi, który jednym szybkim pchnięciem odegrał Xaviemu. Takie rozegranie akcji uniemożliwiło Laurentowi Koscielnemu powstrzymanie Xaviego. To, co zrobił Villa to właśnie owe „pół podanie”, którego domagał się od dzieciaków Rexach 10 lat wcześniej.

Taka gra to nie jest coś wyjątkowego w futbolu, ale Barcy wychodzi znacznie lepiej niż innym, bo nauka gry w „dziada” i „pół podania” to nieodłączna część szkolenia piłkarz w La Masii. Xavi wyjaśnia to w następujący sposób: „Od dziecka jesteśmy uczeni, żeby instynktownie wiedzieć kto znajduje się wokół nas zanim jeszcze dostaniemy piłkę. Dzięki temu jesteśmy gotowi jednym szybkim ruchem przedłużyć piłkę w ciągu ułamka sekundy.”

Znakomitą kontrolę nad piłką, dokładność podań, a przy tym wszystko z prędkością krążka hokejowego tacy piłkarze Barçy jak Iniesta, Xavi, Messi czy Pedro wynieśli z gry w „dziada”. Podczas swojej kariery rozegrają jeszcze dziesiątki tysięcy takich krótkich podań.

Dla trenerów młodzieżowych Barcy podglądanie gry w rondo jest jak dla lekarza włożenie termometru pod pachę dziecka. Jeśli zobaczy, że komuś nie wychodzi „dziad”, często traci piłkę, albo nie jest w stanie wyjść z koła, to wie że coś się dzieje. Teraz trzeba tylko ustalić czy chodzi o psychikę, kondycję fizyczną, może jakiś uraz, pewność siebie, koncentrację. Ale dostaje bardzo wyraźny sygnał, że coś jest nie tak z piłkarzem.

Arnau Riera był kapitanem Barçy B, w czasie, kiedy przez krótką chwilę grał w tej drużynie Leo Messi. Arnau trafił do La Masii w dość późnym wieku, więc tym większe uznanie, że okazał się wystarczająco utalentowany, żeby zasłużyć sobie na tę szansę. Przyznaje jednak, że było mu niezwykle trudno z miejsca odnaleźć się w tak wysokiej kulturze piłkarskiej, zwłaszcza podczas gry w „dziada”. Do każdej gierki podchodził z onieśmieleniem. „Podczas pierwszych zabaw w rondo nie byłem w stanie nadążyć za chłopakami. Obserwowałem, że niektórzy zawodnicy jak Thiago Motta bez wkładania w to najmniejszego wysiłku wypadają o niebo lepiej ode mnie. Zadzwoniłem do taty i powiedziałem mu, że się tu nie utrzymam, bo pozostałe dzieciaki są daleko, daleko przede mną. Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką trenerzy starają się osiągnąć w La Masii, to sprawić, żeby przyszli piłkarze Barcy potrafili myśleć na boisku szybciej niż rywale. Właśnie do tego najlepsza jest gra w „dziada”. Poprawia przyjęcie, precyzję podania, kondycję i technikę, ale przede wszystkim pomaga nam błyskawicznie podejmować właściwą decyzję i przewidywać co się za chwilę stanie” - mówi Riera.

Dziś o raz więcej klubów przechodzi na podobną filozofię pracy z młodzieżą i nacisk na rozwój techniki gry, kiedy jednak oglądam ronda na treningach czy rozgrzewkach drużyn Premier League, widzę, że nie mają one nic wspólnego z poprawianiem doskonałości przyjęcia, szybkości odegrania czy technicznej maestrii jak to ma miejsce w Barçy. Jeden z działaczy Angielskiej Federacji Piłkarskiej (FA powiedział mi tak: „U nas wciąż postrzega się grę w dziada jako ćwiczenie dla zabawy i rozluźnienia przed meczowym stresem”.

 

KONKURS: 'BARCA. ZA KULISAMI' DO WYGRANIA

Mógłbym tak dalej i dalej, ale nie starczy miejsca... Tradycyjnie mam do rozdania trzy książki dla odwiedzających Polsport z dedykacją tłumacza (czy). Ale że nie mam czasu na zorganizowanie konkursu literackiego (Euro 2012 zbyt blisko), zróbmy to tak. Kto najciekawiej odpowie w komentarzu na jedno z tych pytań, ten dostanie książkę:

1. Czy odejście Guardioli to zamknięcie cyklu, koniec najlepszej drużyny świata i jej dominacji w europejskim futbolu, wypełnienie tezy słynnego węgierskiego szkoleniowca, Beli Guttmanna, o tym, że każda wspaniała drużyna kończy swój żywot po trzech sezonach?

2. Czy pewne, wyraźnie widoczne obniżenie formy czołowych piłkarzy Barcelony w końcówce sezonu jak Xavi, Inietsa, Puyol, Pique, Pedro, Fabregas będzie miał wpływ na obronę mistrzostwa Europy Hiszpanii?

3. Kto powinien dostał nagrodę Złotej Piłki, Leo Messi, który pobił  rekord Gerda Muellera, zdobywając w sezonie 73 gole, ale nie zdobywając mistrzostwa Hiszpanii, czy Cristiano Ronaldo, który strzelił goli mniej, ale przekroczył barierę 50 bramek, co pomogło jego realowi Madryt odzyskac mistrzostwo kraju i przerwać dominację Barcy?



poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Często zdarza nam się mówić, że piłkarze jakiejś drużyny po przegranym meczu znaleźli się w piekle. Niedaleko szukając, sam tak pisałem o zawodnikach Barcelony po porażce na Camp Nou z Realem Madryt. Jeśli jednak chcecie poznać historię piłkarza, nie piłkarza - człowieka - który naprawdę zstąpił do piekła, i to nie raz, który ucina sobie pogawędkę z samym diabłem, musicie przeczytać autobiografię Andrzeja Iwana Spalony. Żadna książka tak mną nie wstrząsnęła od czasu lektury reportaży Swietłany Aleksiejewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Tam oglądaliśmy piekło II Wojny Światowej oczami radzieckich żołnierek, snajperek, sanitariuszek, partyzantek, tu bohater oprowadza nas po piekle, jakie sam sobie urządził na ziemi. Wojnę wydał samemu sobie. On, wybitny zawodnik, któremu talentu mogłoby pozazdrościć większość polskich piłkarzy, wielokrotny mistrz Polski, którego nazwisko, gdyby nie koszmarna kontuzja na mundialu w 1982 roku (zawiniona, jak twierdzi, przez Antoniego Piechniczka) być może wymienialibyśmy dziś jednym tchem z Włodzimierzem Lubańskim, Kazimierzem Deyną i Zbigniewem Bońkiem, który zresztą jako nastolatek w półtora roku z amatorskiej Wandy Kraków znalazł się w jednej szatni z dwoma ostatnimi, a trener Jacek Gmoch zabierał go na mundial w 1978 roku jako swą tajną broń, szczerze do bólu opowiada o uzależnieniu od alkoholu, które zawiodło go aż na oddział zamknięty i uzależnieniu od hazardu, przez które stracił wszystko, co w futbolu zarobił, zawodzie jaki sprawił najbliższym, co ostatecznie pchnęło go do prób samobójczych. On, człowiek, który w pewnym momencie zarabiał tyle, że pieniądze nie mieściły mu się w kredensie i nie miał sposobu wydać ich inaczej jak w kasynie, witał powrót do życia po odratowaniu słowami kurwa, znów się nie udało...

Jego historia jest nie tylko wstrząsająca, ale i kapitalnie napisana! Wielka w tym zasługa współautora, Krzysztofa Stanowskiego, niegdyś dziennikarza m.in. w Przeglądu Sportowego, dziś piszącego na weszlo.com, autora innej słynnej biografii Kowal - prawdziwa historia. Jakże wiele je różni! Spalony zaczyna się od trzęsienia ziemi, czyli opisu pobytu w szpitalu dla psychicznie chorych w podkrakowskim Kobierzynie, gdzie po zaliczeniu kolejnego upadku, Iwan zdecydował się leczyć z alkoholizmu. I jest to niezwykle trafny i ważny zabieg. Ponieważ następujące w dalszej części niezliczone anegdoty alkoholowych wybryków w czasach Wielkiej Wisły Kmiecika, Szymanowskiego, Musiała, Nawałki i Budk, zgrupowań reprezentacji Polski czy w czasach Górnika Zabrzei, knajpianych awantur, jazdy po pijanemu do Warszawy, wyrżnięcia w sklep, z którego wyszedł Murzyn itd. czytamy zupełnie inaczej niż w Kowalu (który nota bene do dziś naśmiewa się z niepijących ciap i twierdzi, że dobry piłkarz pije, bo jest pewny siebie). Czytamy je nie tylko jak śmieszne do łez historie, od których poziom promili we krwi wzrasta samoistnie (to też), ale jako kolejne kroki na drodze do upadku. Upadku w czeluść piekielną, której oddział zamknięty psychiatryka bynajmniej nie jest najstraszliwszym kręgiem...

Narracja jest świetna. Dramatyczna i bez zbędnych słów i dygresji. Zapadł mi szczególnie w pamięć opis jak u trenera Wisły, Romana Durnioka po raz pierwszy dał o sobie znać guz mózgu (o czym nikt wówczas jeszcze nie wiedział, a na który nieszczęśnik zmarł w 1993 roku). Zacytuję, żebyście zrozumieli co mam na myśli mówiąc o świetnej narracji:

W czasie spotkania z Widzewem nasz trener odwrócił się do ławki rezerwowych i zapytał siedzących tam chłopaków:

- A wiecie, że w Bieszczadach pojawiły się wilki?

Nie wiedzieli.

To idiotyczne pytanie miało - jak się wkrótce okazało - wielką wagę. Gdy skończyliśmy mecz, chłopaki z ławki mówili nam o nietypowym zachowaniu trenera. Koncepcje były różne - zgrywał się, coś mu się nagle skojarzyło albo... Albo faktycznie w Bieszczadach pojawiły się wilki i jest to informacja nie cierpiąca zwłoki.

Od tego momentu coraz częściej z Durniokiem bywało śmiesznie, ale w końcu zrobiło się niezwykle dziwnie i krępująco (...) W Łodzi to nie Durniok przemówił. To guz: 

- A wiecie, że w Bieszczadach pojawiły się wilki?

Potrafił powiedzieć coś absolutnie bez sensu, co wzbudzało czasami śmiech, ale częściej zmieszanie. W czasie jednej z odpraw meczowych sprawiał wrażenie zafrasowanego. W końcu Wreszcie wyznał, co mu leży na sercu:

- Całą noc nie spałem. Nie spałem. Obserwowałem samoloty. Widzicie? Zaczęło się. Samoloty lecą. Co minutę kolejny samolot. Zaczęło się.

- Trenerze, ale gdzie one lecą?

- Do Libii. Do Libii lecą. Co minutę. Do Libii. Zaczęło się.

Durniok stał przy oknie i patrzył w niebo, wypatrując samolotów zmierzających do Libii. My siedzieliśmy przerażeni, zdając sobie sprawę, że nasz trener wariuje. I przysiągłbym, że w tej ciszy słyszeliśmy silniki nieistniejących samolotów...

Spalony to oczywiście także kawał historii polskiego futbolu. Iwan był uczestnikiem dwóch mundiali, a gdyby nie kontuzja pojechałby i do Meksyku w 1986. Znajdziecie tu i prawdziwe kulisy najsłynniejszej futbolowej afery PRL, czyli afery na Okęciu, po której wyrzucono z kadry Józefa Młynarczyka, Zbigniewa Bońka, Władysława Żmudę i Stanisława Terleckiego, a potem przywrócono (niestety tylko trzech pierwszych), kosztem trenera Ryszarda Kuleszy, którego zastąpił Antonii Piechniczek. I ciekawą teorię na temat najsłynniejszego niewykorzystanego karnego w historii polskiej piłki, Deyny na mundialu w 1978 (ciekawe co na ten temat będzie miał do powiedzenia Boniek). I wstrząsającą opowieść, tak niesamowita, że aż trudno uwierzyć, o tym jak... Orest Lenczyk namawiał Iwana i jego przyszłą żonę do aborcji... Nie mniej wstrząsający jest ciąg dalszy, jak córka Andrzeja, która kiedy po latach poznała prawdę, wybrała się do trenera... na 'wywiad'.

By znów dać próbkę jak świetnie, z jaką dramaturgią jest to opisane, przytoczę nieznaną historię z mundialu w 1982 roku, jak Józef Młynarczyk wdał się z kontuzjowanym Iwanem w nieustającą partię pokera, przestając trenować przed kluczowym i pamiętnym meczem z ZSRR (fragment ten był już w Fakcie, więc nie mam poczucia, że spalam Spalonego)

(...) Józek nie brał pod uwagę zakończenia partii, dopóki się nie odkuje. Ale z każdym rozdaniem oddalał się od celu. Kiedy następnego dnia znowu nie pojawił się na treningu, przyszedł do naszego pokoju zaniepokojony Piechniczek.

– Józek… – zagadał nieśmiało do swojego pupilka.

– Spierdalaj stąd!!! – wydarł się na całe gardło „Młynarz”, jednoznacznie dając do zrozumienia, że priorytety się trochę zmieniły: poker ważniejszy od piłki nożnej.

Piechniczek uszanował prośbę i spierdolił. Bezszelestnie.

(...) Jeśli piłkarz bez usprawiedliwienia opuszcza jedną jednostkę treningową – dochodzi do skandalu, często zakończonego usunięciem z zespołu. W czasie tak wielkich turniejów podobne sytuacje nie mieszczą się w głowie. Przed zbliżającym się meczem ze Związkiem Radzieckim Młynarczyk nie trenował już dwa dni i miał dość kiepskie alibi. Na pytanie, co robił, mógł odpowiedzieć tylko w jeden sposób: „Razem z «Groźnym» graliśmy w karty, piliśmy alkohol i paliliśmy papierosy…”. W przypływie szczerości powinien też dodać: „Spaliśmy tylko wtedy, kiedy zmorzyła nas szkocka”.

1 lipca – na trzy dni przed spotkaniem ze Związkiem Radzieckim – zrozumiałem, że żarty się skończyły. Popielniczka, w której pety przestawały się mieścić, stanowiła dowód, jak długo już gramy.

Młynarczyk od dwóch dni nie trenował, prawie nie spał, tylko grał.

Czasami strzelił krótką drzemkę, ale wystarczył drobny szmer, by zerwał się na równe nogi. Wtedy otwierał zmęczone, zaczerwienione oczy i warczał: „Potasuj!”. Kiedy ja już prosiłem o przerwę, nie chciał słuchać: „Rozdajemy!”. Nie będę udawał – pasowało mi to. Nie mogłem grać w piłkę, to chociaż pograłem w karty. Czas mijał szybciej i noga bolała jakby troszeczkę mniej.

W czasie jednego z posiłków trener poprosił mnie: – Powiedz, żeby przestał.

Odparłem: – Pana nie słucha, a mnie posłucha?

Próbowałem jednak wpłynąć na kolegę z pokoju.

– Józek, wiesz przecież, że masz mecz.

– Pierdolę to, nie gram. A teraz rozdawaj! (...)

Jak Iwan wybrnął z tej sytuacji, do jakiego wybiegu się uciekł, że Młynarczyk ostatecznie zagrał z ZSRR i do tego, jak pamiętacie, nie puścił bramki, musicie doczytać sami. Im bliżej końca książki tym robi się mniej śmiesznie, tym robi się dramatycznie, tym bardziej ciary zaczynają chodzić po plecach. Może mnie tym bardziej, bo od pewnego czasu mam przyjemność wspólnie komentować z Andrzejem futbolową rzeczywistość w Orange Sport. Okazuje się, że o człowieku siedzącym po drugiej stronie szklanego stołu nie wiedziałem nic. Tzn. oczywiście znałem jego piłkarską przeszłość, ale raczej z lektury niż własnych wspomnień, kojarzyłem go bardziej z dzisiejszych bezkompromisowych komentarzy, często zresztą dzwoniliśmy do niego ze Sport.pl, bo nigdy nie owijał w bawełnę. Ale nie wiedziałem co mu w duszy gra, nie wiedziałem jak wiele przeszedł, ile razy upadł, ile razy zdołał się podnieść, i jaką wewnętrzną walkę toczy...

Na koniec mogę powiedzieć jedno. Spalony? Dla mnie dyskusyjny. A nawet jeśli, to przecież spalone się zdarzają. Nawet jeśli zepsuł cudowną akcję, to mecz nadal trwa. Jeszcze sporo do końca. I jeszcze sporo do wygrania!

 

10:07, francuski_lacznik , Co się wydaje
Link Komentarze (5) »
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie