środa, 13 marca 2013

 

Gdybym mógł w tym momencie odsłuchać dowolne nagranie dowolnego tajnego spotkania kilku prominentnych osób w ostatnich dniach, uzyskane podstępem przy pomocy ukrytych mikrofonów, drona wielkości komara (widziałem takie cacko) czy inwigilacji rodem z Wroga Publicznego z Willem Smithem, bynajmniej nie byłby to zapis watykańskiego konklawe. Byłaby to narada w barcelońskiej restauracji Can Ferran, zwołana przez Xaviego, w której najważniejsi zawodnicy Blaugrany ustalili konieczność przeprowadzenia remontady w meczu z Milanem i debatowali jak jej dokonać (zwłaszcza, że nigdy dotąd, przynajmniej w erze Guardioli przeprowadzanie spektakularnej remontady nie było konieczne). Xavi i Carles Puyol regularnie spotykają się tam, by omawiać bieżące problemy drużyny. Tym razem uznali, że sprawa jest poważna - w przegranych meczach z Milanem i oboma z Realem Madryt wyraźnie zabrakło przywództwa trenera i dowodzenia z ławki - więc doprosili na kolację kilku kluczowych zawodników jak Andres Iniesta, Victor Valdes, Sergio Busquets i Leo Messi.

Wszyscy zgodnie przyznali, że każdy musi dać z siebie więcej, by odmienić złą passę. Że inspiracją musi być choroba Tito Vilanovy i triumf Erika Abidala nad własną. Podobno gdy doszło do debaty nad taktyką, głos zabrał milczący dotąd Messi, który wyszeptał, że chciałby, że w starciu z Milanem chciałby mieć przed sobą Davida Villę. Jak pisze na blogu Darek Wołowski, z którym co jakiś czas pisujemy wspólnie do Newsweeka, dla dziennikarzy hiszpańskich było to o tyle zaskakujące, iż kilka razy w tym sezonie donosili o nieporozumieniach obu graczy. Czterokrotny laureat Złotej Piłki doszedł jednak do wniosku, że jeśli ustawiony na środku ataku Villa ściągnie na sobie uwagę stoperów, on łatwiej znajdzie odrobinę przestrzeni.

Jak wiadomo, w klubie z Katalonii każde życzenie Messiego jest święte. Jeden z hiszpańskich dziennikarzy przekonywał mnie, że między pozycją Argentyńczyka w Barcelonie i Cristiano Ronaldo w Realu istnieje przepaść. Wymagania wobec tego pierwszego idą w parze ze spełnianiem praktycznie każdej jego zachcianki, Portugalczyk nie może liczyć na tak ślepe wsparcie ani trenera, ani prezesa, ani kolegów z drużyny...

Najwyraźniej każdy z piłkarzy wypełnił obietnice złożone w Can Ferran. Każdy z zawodników zdobył się na najlepszy występ w tym sezonie, a może nawet od czasu odejścia z drużyny Pepa Guardioli. Valdes nie popełnił błędu, Iniesta z Bisquetsem grali świetnie, Xavi - po raz pierwszy od dawien dawna - wybitnie. Jego podania, zwłaszcza to przy golu Villi były fenomenalne. Gole Messi, były arcydziełem, kolejnym przebłyskiem geniuszu. Nie potrzebował przy nim nawet pomocy Villi w odwróceniu uwagi obrońców. Miał wokół siebie pięciu rywali, ale strzelił w sposób nieprawdopodobny i załamujący dla bramkarza.

Pytanie czy to remontada permanentna i Barca znów jest starą, dobrą Barcą, czy chwilowa. jak to możliwe, że trzeba było narady w Can Ferran, żeby po meczu, w którym oddała jeden celny strzał na bramkę Milanu, w rewanżu zmiotła go z powierzchni ziemi? I czy czyni ją to automatycznie faworytem do wygrania Ligi Mistrzów, spychając z piedestału rewelacyjny Bayern i przemocny Real Madryt z Cristiano Ronaldo w formie tak świetnej, że wydawało się, iż przy takim spadku formy Barcy wreszcie odzyska upragnioną Złotą Piłkę? Mój redakcyjny kolega Misza uważa zresztą, że o ile Barca byłaby faworytem w starciu z Bayernem, to już z Realem nie.

Na koniec rozwiązanie szybkiego konkursu. Zwyciężył Kibic_Janusz, który powinien zmienić nick na Wróżbita_Janusz. Jakżeś, człowieku przewidział to czego nikt z nas nie potrafił przewidzieć? Nawet najwięksi optymiści i życzliwi Barcy stawiali na 2:0 i wygraną w karnych, ewentualnie 3:0 lub 4:1. Tiki-taka all the time. Do przerwy przewaga Barcy udokumentowana dwiema bramkami. Po przerwie szybki gol na 3-0, później napór Milanu i kontra FCB na 4-0. Do końca wynik bez zmian. Barca kontroluje przebieg meczu wykonując setki podań, Milan napiera, ale bez efektu - napisał trzy godziny przed meczem, a słowo stało się ciałem. Gratulacje! Wysyłam album Barca. Emocje jak tylko dostanę adres:)



wtorek, 12 marca 2013

 

Czy dziś na Camp Nou piłkarze Barcelony będą mieli takie powody do radości jak na obrazku powyżej? Futbol jest na tyle nieprzewidywalny, że nie da się tego definitywnie i automatycznie wykluczyć. Mimo, że tak wiele przemawia przeciwko gospodarzom: przede wszystkim forma w ostatnich meczach. I forma rywali - Milan w tym roku nie przegrał żadnego z 10 meczów. I historia, bowiem nigdy w historii Champions League jeszcze się nie zdarzyło, by zespół, który przegrał w pierwszym spotkaniu 0:2 na wyjeździe, awansował dalej. Zdarzyło się za to by drużyna odrobiła jeszcze wyższe straty i to właśnie z AC Milan, wówczas dużo, dużo silniejszym niż obecny. W 2004 roku Deportivo La Coruna uległo San Siro ulegli 1:4, by w rewanżu rozgromić rywali aż 4:0! Czy to szczęśliwy omen dla Katalończyków, że w ostatni weekend właśnie z Deportivo wygrała 2:0 w ostatniej kolejce ligowej? Jeśli Barca chce awansować na pewno nie może kierować się omenami ani historią.

Musi zapomnieć, że w ostatnich latach potrafiła rozgromić na Camp Nou Bayern Monachium 4:0, Arsenal 4:1 czy Bayer Leverkusen 7:1, bo na ławce zasiadał Pep Guardiola. Za Jordiego Roury, asystenta Tito Vilanovę Katalończycy nie są tak skuteczni. Jakąś nadzieje niesie to, że w weekend odpoczywali kluczowi piłkarze z Leo Messim na czele i, że po kontuzji wraca Xavi, Barca powinna więc mieć siły na ewentualną walkę przez 120 minut, jeśli będzie trzeba. I jeśli się uda wcześniej strzelił Milanowi dwa gole. By tak się stało, Katalończycy nie mogą stracić gola - w meczu z Deportivo nie stracili po raz pierwszy od 13 spotkań - i musi liczyć, że Milan nie będzie w stanie drugi raz zagrać równie perfekcyjnie i konsekwentnie w defensywie co na San Siro.

Mój redakcyjny kolega Rafał Stec przestrzega Barcę, że Milan to drużyna stworzona do wielkich celów. Ma w DNA przygotowanie by błyszczeć w ważnych międzynarodowych meczach jak ten. W XXI wieku zdobyła dwa Puchary Europy, przegrała jeden finał i kilka razy była w półfinale, a w tym czasie zdobyła tylko dwa mistrzostwa Włoch. Potrafi wycisnąć z siebie więcej, gdy patrzy cała Europa - mówi.

Jak będzie dowiemy się już wkrótce, tymczasem szybki konkurs, w którym do wygrania piękny album ‘Barca. Emocje’ z prologiem Xaviego, wydany właśnie przez wydawnictwo Sine Qua Non. Czy dla jakiegoś kibica stanie się pocieszeniem po dotkliwej porażce z Milanem i odpadnięciu z Ligi Mistrzów już w ćwierćfinale, co definitywnie odedrze z Barcy miano najlepszej drużyny świata? Czy przedstawione w niej emocje nie będą tylko wspomnieniem ale przygrywką do kolejnych czekających nas w ćwierćfinale, półfinale, finale...

Żeby ją wygrać, trzeba napisać w komentarzach... co się wydarzy dziś wieczór na Camp Nou. Wynik, ale i przebieg meczu. Np: pierwsza połowa bez bramek, Barca wyprowadza szaleńcze ataki, wali głową w mur, Milan mądrze się broni, w drugiej połowie tiki-taka wreszcie przynosi efekty, osłabiony naporem Milan popełnia dwa błędy, które w ciągu pięciu minut dwa razy wykorzystuje Messi. 2:0, dogrywka. Pod koniec pierwszej połowy Abbiati fauluje w polu karnym Alexisa, karnego wykorzystuje Messi... Albo: Barca atakuje, ale pod koniec pierwszej połowy po szybkiej kontrze El Shaarawy zdobywa gola dla Milanu, z Barcelony uchodzi powietrze, w 74. minucie wyrównuje po strzale Alvesa, ale na nic więcej rywale nie pozwalają...

Coś w tym stylu. Do roboty, bo czasu bardzo mało. Deadline mija wraz z pierwszym gwizdkiem;)



piątek, 08 marca 2013

Trener Waldemar Fornalik po trzech latach przerwy powołał do reprezentacji Polski na mecze z Ukrainą i San Marino w eliminacjach Radosława Majewskiego (mam nadzieję, że to nie zły omen, że akurat na mecz z Ukrainą, której - we Lwowie - Radek zachwiał swą reprezentacyjna karierą). Pomocnik Nottingham Forest zbiera świetne recenzje za grę, nastrzelał ostatnio sporo goli, w dodatku gra w lidze, w której chłopcy stają się mężczyznami, co się właśnie w jego przypadku zdarzyło. Z drugiej strony Champinship to jednak 2. liga angielska, do reprezentacji Anglia się z niej raczej nie trafia, czy dobra gra w niej powinna być przepustką do reprezentacji Polski?

Czemu nie, skoro nie mamy ani Stevenów Gerradów ani Franków Lampardów, mamy za to np. Ludovika Obraniaka, między którym a resztą drużyny wyraźnie nie ma chemii, ani na boisku ani poza nim. Czy Majewski nawet w najwyższej championshipowej formie może być alternatywą dla Ludo, zawodnika Ligue 1? Brak chemii jest problemem dla Fornalika. Obraniak od otrzymania polskiego paszportu w 2007 roku nie raczył nauczyć się języka, w kadrze jest więc wiecznym outsiderem. Mnie jako dziennikarza wkurza, że nie mam kontaktu z reprezentantem Polski, nie mogę go o nic spytać, niczego ustalić. Ja jestem nieważny, gorzej, że to samo dotyczy kolegów z drużyny.

Mój redakcyjny kolega Robert Błoński przyznaje, że Ludo nie zasymilował się z kadrą, ale też nie zgadza się z nagonką na zawodnika Bordeaux. Uważa, że na boisku Obraniak się broni: asystował na 2:2 z Czarnogórą, asystował na 1:1 z Anglią. - Może nie współpracuje z Robertem Lewandowskim jak Mario Goetze czy Marcusem Reus w Borussii, ale i tak jest przydatny kadrze. Może i jest zmanierowany, macha rękami, kopie bidon, ale to samo robi w Bordeaux - mówi. I przyznaje, że może Ludo i trochę na tę ławkę zasługuje, może posadzenie na nią odniesie dobry skutek? W Pucharze Ligi Francuskiej wściekły Obraniak wchodził z ławki i strzelał bramki, z finałem włącznie...

 

 


środa, 06 marca 2013

 

Kiedy zobaczyłem jak sędzia Cuneyt Cakira pokazuje czerwoną kartkę Naniemu, chciałem w ślad za Didier Drogbą krzyczeć o f*** disgrace. Do tego momentu Manchester United kontrolował mecz z Realem Madryt. Prowadził 1:0 po wymuszonym błędzie Sergio Ramosa, kolejne gole nie padały tylko dzięki heroicznej postawie Diego Lopeza (który przy jeden interwencji dosłownie udowodnił, że ma cojones do samej ziemi). Wszystkie kontrowersyjne decyzje Aleksa Fergusona okazały się strzałami w ‘10’: młody Danny Welbeck rzeczywiście lepiej wyłączył z gry Xabiego Alonso niż zrobiłby to posadzony na ławce Wayne Rooney (to votum nieufności dla gwiazdy reprezentacji Anglii może mieć dalsze konsekwencje aż po jego transfer latem do PSG, o czym ostatnio spekulował The Times), 39-letni Ryan Giggs udowadniał, że zasługuje na ten występ nie tylko z powodu jubileuszu 1000. meczu w karierze, nawet odkurzony z niebytu Nani dawał radę. MU był zdecydowanie lepszy.

Czerwona kartka w meczu na takim poziomie, o taką stawkę, miedzy tak wyrównanymi drużynami musiała przesądzić o losach spotkania. Wiedzieliśmy, że losy meczu może rozstrzygnąć jeden błąd którejś ze stron, wydało mi się haniebne, że ten błąd popełnił arbiter.

Ja wiem, że według nowych przepisów FIFA, wymuszonych przez samych zawodników i trenerów po koszmarnych kontuzjach każde zagranie, które niesie za sobą niebezpieczeństwo odniesienia kontuzji, powinno zostać karane czerwoną kartką. To całkiem słuszny przepis. Tylko, że Cakir zastosował go absolutnie bez wzięcia po uwagę ducha gry. Jak policjant z drogówki, dla którego nie jest ważne, że przy pięknej pogodzie i pustej trasie, już za miasteczkiem, ale jeszcze przed tablica kończącą teren zabudowany jechałeś 70 km/h tam gdzie wolno było 50 km/h. Jest przewinienie? Jest. Więc ma cię!

Wg nowych przepisów nie liczą się intencje Naniego, który nie chciał zrobić krzywdy Alvaro Arbeloi, ale skutek zagrania. Ale Portugalczyk mało, że nie chciał skrzywdzić Hiszpana, on przez cały czas nie zdawał sobie sprawy, że Arbeloa nadbiega! Oko miał cały czas oko na piłce, tylko na niej się koncentrował, wyskoczył chcąc ją kopnąć, ale trafił w pierś nabiegającego rywala. Najwyraźniej widać to na trzeciej powtórce:

- Zła decyzja. Rzut wolny owszem, ale bez jakiejkolwiek kartki. United kontrolowało mecz, byli o krok od ćwierćfinału - napisał w trakcie meczu Dietmar Hamann. - Czerwień? Nigdy... - skomentował Vincent Kompany. - Jak można dać czerwoną kartkę za coś takiego? Czy on jest poważny? - pytał Kevin Prince Boateng. - To przykre, że losy meczu o tak wielkim ciężarze gatunkowym zależały od sędziego. Nie rozumiem dlaczego wyrzucił go z boiska - dodał Michael Owen. Gary Lineker stwierdził krótko: arbiter zabił United.

Wszystko to komentarze piłkarzy, którzy pewnie nie chcieliby się znaleźć na miejscu Arbeloi, którego Nani połaskotał po żebrach. Dla przyzwoitości oddajmy, że z tego chóru wyłamał się Roy Keane, który pochwalił decyzje sędziego, ale jak wiadomo dla Roy’a czasem nie śpiewanie w chórze jest ważniejsze od tego o czym chór śpiewa...

Cakira broni rzecznik UEFA, który stwierdził., że działacze nie dopatrzyli się błędu arbitra, ale też czy UEFA kiedykolwiek skrytykowała jakiegoś arbitra? Wg UEFA sędzia był po prostu zmuszony, by podjąć taką decyzję, bo przepisy mówią, iż użycie nieproporcjonalnej siły ma miejsce wtedy, kiedy zawodnik wykonuje swój atak z siłą rażąco wykraczającą poza granice normalnej gry, narażając tym samym przeciwnika na niebezpieczeństwo odniesienia kontuzji. Zawodnik używający nieproporcjonalnej siły musi być wykluczony z gry.

Ale już polski sędzia Paweł Raczkowski przyznaje na łamach Faktu, że czerwona kartka była niezasłużona, wystarczyła żółta. - Atak Naniego był bardziej nierozważny, niż celowy i z nadmierną siłą. Turecki arbiter nie podjął decyzji sam, bo czerwień wyjął z kieszeni dopiero po trzech powtórkach telewizyjnych. To musiało oznaczać, że decyzję konsultował z asystentami. Miałem okazję poznać Cuneyta Cakira podczas szkolenia. To spokojny facet, mówi się o nim, że nie ma układu nerwowego. Wygląda jak księgowy, chodzi w obcisłym sweterku, a spodnie ma podciągnięte po pachy. Ale to bardzo dobry arbiter, ma renomę, a ten mecz mu zwyczajnie nie wyszedł.

Nie dziwię się łzom Fergusona po takiej porażce. A był tak bardzo zdruzgotany, że nie był w stanie przyjść na konferencję prasową. Musi mieć poczucie, że fatalna decyzja arbitra kosztowała United awans do ćwierćfinału, a kto wie czy nie zdobycie trofeum. Zawsze łatwiej przegrać z lepszą drużyną niż w taki sposób, w takich okolicznościach, a nawet Jose Mourinho podkreślił, że przegrała drużyna lepsza. To akurat w futbolu nic złego, zwycięstwo słabszych nad lepszymi potrafi być piękne i legendotwórcze. Ale tylko wówczas gdy dzieje się to jak w przypadku wygranej Chelsea z Barceloną w półfinale poprzedniej edycji, ale nie wtedy jednak kiedy w sprawę wmiesza się sędzia. I tylko proszę nie piszcie w komentarzach, że kiedyś tam rywal United też został przekręcony, więc... albo, że Real dwie edycje temu też odpadł po kontrowersyjnej decyzji... Naprawdę w futbolu zwłaszcza na takim poziomie chodzi o coś więcej niż, że dziś przekręcili ciebie, jutro przekręcisz ty...



wtorek, 05 marca 2013

Zdarza mi się nie zgadzać z opiniami Wojciecha Kuczoka-kibica, jak wówczas gdy pytał jak nisko trzeba upaść, żeby cieszyć się z remisu z Rosją na Euro 2012, a cudownego gola Kuby Błaszczykowskiego nazywał rozpaczliwym. Teraz jednak autor Gnoja zachwycił mnie jakże trafną metaforą porównując Polonie Warszawa do Czarnego Rycerza z filmu Monty Pythona o Świętym Graalu. Rycerz mimo utraty kolejnych kończyn nie przestawał walczyć w obronie mostu, stratę ręki kwitował słowami, że bywało gorzej, obu rąk, że to drobne draśnięcie i kopał w tyłek Króla Artura, a nie mając już żadnych kończyn łaskawie zgodził się na uznanie remisu. Oczywiście w postawie Polonii nie ma nic groteskowego. Fakt, że mimo utraty kolejnych - wydawało się, że niezbędnych do ligowej egzystencji - kończyn jak Władimir Dwaliszwili, Marcin Baszczyński, Tomasz Brzyski, Łukasz Teodorczyk, Dodre Cotra i Edgar Cani, a ostatnio jeszcze Adam Kokoszka (a licząc od końca poprzedniego sezonu z szerokiej kadry Polonii odeszło ponad 20 zawodników!) nie tylko nie załamuje się, nie  przerywa walki, ale zwycięża z jednym z kandydatów do tytułu i to na jego boisku. I jest na wiosnę jedną z czterech niepokonanych drużyn.

Wielka w tym zasługa charyzmy, sprytu i pomysłowości trenera Piotra Stokowca, który potrafi zmienić taktykę, dopasować ustawienie zespołu do tych zawodników jacy mu zostali, a taktykę do kolejnych rywali. Przy tym w stu procentach ma za sobą szatnię, zawodnicy Polonii najwyraźniej niezwykle w niego wierzą i ufają mu. Najlepszy dowód na to, to pomysł, żeby Daniela Gołębiewskiego przesunąć z ataku na lewą obronę i jeszcze namówienie piłkarza na zgodę. Drugiego Łukasza Piszczka może z Gołębiewskiego nie będzie, który przesunięty przez trenera Luciena Favre z ataku do defensywy stał się czołowym prawym obrońcą Europy, ale z Lechem w Poznaniu poskutkowało.

Oczywiście Polonia i remisując z Lechią i wygrywając z Lechem miała przy tym kupę szczęścia, ale w futbolu samo ono nie wystarczy. Nastawiona defetystycznie drużyna, wychodząca na boisko nie po to, żeby wygrać, ale żeby grać na alibi nie wiedziałaby, co ze szczęściem zrobić, jak z niego skorzystać. Można Polonii zarzucać, że z Lechem zaparkowała w bramce autobus, ale czy ktoś miał pretensję do Chelsea za podobną taktykę w obu meczach ubiegłej edycji Ligi Mistrzów z Barceloną? Czy chwalilibyśmy Polonistów, że przegrali wysoko po pięknej, otartej grze? Do tego jeszcze Stokowiec przyznaje skromnie, że sam jest zdziwiony, że tak szybko udało się stworzyć nową drużynę ze zgliszczy. I nie sobie przypisuje zasługi, ale zawodnikom, którzy postanowili udowodnić coś sobie i światu. Właściwie przezywamy więc deja vu z początku sezonu, po tamtej skleconej w ostatniej chwili Polonii, przygotowującej się do sezonu biegając po parku w Markach też wszyscy spodziewali się porażek i walki o utrzymanie.

Choć zapewne sukcesy krwawiącej z wielu ran Polonii to także kolejny dowód na słabość Ekstraklasy, w której przygotowanie motoryczne i siłowe wystarcza na każdą drużynę, a może ustawiony i konsekwentnie grający zespół może wygrać z każdym, lider i główny kandydat do tytułu może nie wygrać z ostatnim zespołem tabeli, już niemal zdegradowanym z ligi, Jagiellonia najpierw przegrywa 0:4 by za chwile ograć kolejnego potencjalnego lidera, a Ruch jednego dnia przegrywa 0:4 by następnego wygrać 3:0 z atrakcyjnie i lepiej grającym Widzem etc, etc. Takie rzeczy tylko u nas...



12:21, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (7) »
środa, 27 lutego 2013

Klęska Barcelony na Camp Nou z Realem Madryt po najwyższej porażce z arcyrywalem od 50 lat (gdy w 1963 Królewscy rozbili gospodarzy 5:1), zniknięcie Leo Messiego, bezradność Xaviego i Iniesty, pomyłki filarów defensywy Gerarda Pique przy ewidentnym faulu na Cristiano Ronaldo w polu karnym oraz symboliczny rozkrok Carlesa Puyola przy stracie drugiego gola definitywnie kończy erę Guardioli w Barcelonie. Porażka z Milanem w Lidze Mistrzów, choć szokująca, bo po oddaniu jedynego celnego strzału na bramkę rywali i zaniku tiki-taki mogła być uznana za wypadek przy pracy, zwalona na kiepską murawę, koncentrację na zbliżający się mecz o Puchar Króla, brak odpowiedniego wsparcia z ławki trenerskiej. Klęska z Realem dowodzi, że to nie przypadek ale ostateczny kres pewnej pięknej epoki, która zapisze się w historii futbolu złotymi zgłoskami. Tiki-taka była czymś wyjątkowym, ale żelazna defensywa Milanu oraz bynajmniej nie autobusowa defensywa Realu pokazały, że ta formuła najwyraźniej się wyczerpała. Przypomniała mi się rozmowa z Jose Bakero kiedy był trenerem Polonii Warszawa w 2010 roku, który mówiąc mi o fenomenie Barcy przekonywał, że jest to kwestia pewnego cyklu, który kiedyś dobiegnie końca, tak jak musiał się skończyć Dream Team Johana Cruyffa, którego częścią był on sam. Bo choć La Massia produkuje kolejnych wychowanków (w zwycięskim finale mundialu w RPA zagrało ich aż siedmiu) to jednak ciężko będzie znaleźć takich, którzy z miejsca wskoczą w buty Xaviego, Iniesty, Puyola, Pique, Busquetsa i Fabregasa. Wydaje się, że za datę końca owego cyklu możemy przyjąć 26 lutego 2013 roku.

Jose Mourinho z każdym kolejnym El Clasico był co raz bliżej i ostatecznie udało mu się sprawić, że nie to co w grze Barcy było błyskotliwe, perfekcyjne, niedoścignione i nieprzewidywalne stało się przewidywalne, monotonne i łatwe do powstrzymania. A do tego Barca widząc, że przestała działać na dawnych zasadach nie zmieniła stylu ani na jotę - waląc głową w mur tak z Milanem jak i Realem. Jordi Roura nijak nie pomógł drużynie w tych meczach, nie zareagował na wydarzenia na boisku, nie odwrócił losów spotkania w szatni. Guardiola potrafił np. wystawić w ataku Dani Alvesa, żeby przechytrzyć Real Mourinho. A przecież Barca doskonale wiedziała, że na San Siro Milan cofnie się, będzie twardo bronił i wyprowadzał szybkie kontry, tak jak wiedziała, że królewscy, którzy ostatnio znów stali się Realem Usaina Bolda postawią na swą najgroźniejszą broń, czyli szybki atak szybki atak.

– Blokowanie Messiego jest fundamentalne, Barcelona jest zależna od Messiego na ostatnich trzydziestu metrach. Nasz sposób obrony wpłynął na to, że Real powstrzymał Messiego - stwierdził po meczu Emilio Butragueno. Co na to odpowiada Roura: – Nie sądzę, że Real był dużo lepszy, różnica tkwiła w małych szczegółach (...) Gdybyśmy strzelili pierwsi gola, mecz ułożyłby się inaczej (...) Rywale bardzo mocno i dokładnie kryli Messiego, wieloma zawodnikami. Drużyna to dostrzegła, że został powstrzymany (...)Oczywiście ostatnie wyniki to rozczarowanie, ale trzeba pozostać optymistą, nie ma potrzeby wytykania czegokolwiek drużynie, wyjdziemy z tego. Z tych słów bije przeraźliwa bezradność, w erze Guardioli z pewnością nigdy by nie padły. Doprawdy mecz ułożyłby się inaczej, gdyby Barca pierwsza strzeliła gola? Takie słowa mógł powiedzieć Bakero po kolejnej porażce Polonii czy Lecha, trener do niedawna najlepszej drużyny świata? Brakuje tylko stwierdzenia, że po tej porażce liga zrobi się ciekawsza...

Magiczny guzik dla kibiców Barcelony ;)

Mój redakcyjny kolega, Michał Szadkowski nie zgadza się, że mecz z Realem skończył erę Guardioli. Uważa, że dobiegła ona końca w dniu odpadnięcia z półfinału Ligi Mistrzów z Chelsea. Ciekawie mówi o koniecznych zmianach w Barcy, świeżej krwi i specjalnym obchodzeniu się z kluczowymi, ale wiekowymi piłkarzami jak Xavi czy Puyol, który jeśli rzeczywiście zamierza grać do 40. może powinien być traktowany tak jak Ryan Giggs przez Aleksa Fergusona albo Rio Ferdinand. Tylko na sadzanie Puyola na ławce i decydowanie kiedy go wypuścić - jego feralny rozkrok, który stał się dla internatów sygnałem do produkcji szyderczych memów, a mnie przeszył podobnym żalem jak nokaut Andrzeja Gołoty przez Przemka Saletę ostatniej soboty - podobnie jak na zmianę pozycji Messiemu będzie mógł sobie pozwolić trener z charyzmą i autorytetem, ktoś kto jak Guardiola był dla kapitana drużyny czy czterokrotnego zdobywcy Złotej Piłki idolem z plakatu nad łóżkiem, a nie asystent asystenta...






czwartek, 21 lutego 2013

 

Co się stało z Barceloną, która na San Siro zagrała chyba najgorszy mecz w europejskich pucharach w erze Guardioli (trwającej cały czas mimo odejścia Pepa)? Najgorszy chyba od pucharowego debiutu Guardioli, przegranego z Wisłą Kraków? Katalończykom zdarzało się oczywiście przegrywać w tym czasie w Lidze Mistrzów - boleśnie jak z Interem Mediolan czy Chelsea, czy bezboleśnie jak z Celtikiem Glasgow - ale przecież w nawet w tych przegranych meczach dominowała nad rywalami, obijając im słupki i poprzeczki, strzelając gole (uznane i nie), dostawała karne, na Celtic Park oddała gdzieś ze 24 strzały na bramkę. W środowy wieczór oddała jeden celny strzał! Oczywiście nie wolno pominąć świetnej gry Milanu, jak z nieodległych czasów Carlo Ancelottiego, z żelazną, konsekwentnie i perfekcyjnie taktycznie grającą defensywą jakby znów dowodził nią Alessandro Nesta, z twardymi w środku pola Sulley Muntarim i Kevinem Prince Boatengiem, wcielającymi się w rolę Gennaro Gattuso. Ze Stephanem El-Shaarawy’m harującym tak w ataku jak i na własnym polu karnym jak Samuel Eto’o (a nie, to już druga mediolańska drużyna z nieodległych czasów Jose Mourinho). Nie ma znaczenia czy była ręka Cristiana Zapaty przy golu Boatenga (a usilnie wpatrując się w powtórki nabieram przekonania, że odbił piłkę twarzą), Milan na tego gola i to zwycięstwo sobie zasłużył, co zresztą przyznał po meczu nawet Gerard Pique.

Z pewnością jakiś wpływ na grę Barcelony musiała mieć kiepska murawa, którą zastępujący leczącego się trenera Tito Vilanovę, Jordi Roura nazwał kartofliskiem, niegodnym gry na takim poziomie i o taką stawkę. Czy to jednak tylko stan nawierzchni odpowiada za to, że Leo Messi, który w tym sezonie średnio ma sześć sytuacji bramkowych w meczu tym razem stworzył sobie zaledwie jedną? Że cieniem samego siebie był Xavi, nie wiadomo, co na boisku robił Cesc Fabregas. Trudno zresztą wskazać Katalończyka, który grał dobrze, ch9oć nie wypada krytykować Carlesa Puyola, z poświęceniem grającego mimo krwawiącej rany na czole. Z pewnością Milan, który wyraźnie zdominował rywali fizycznie, wykorzystał tradycyjną lutową zadyszkę Barcy, do której dochodzi przecież co rok

Czy jednak najważniejszym powodem porażki i rażącej przez pełne 90 minut bezradności Barcy nie był... brak na ławce trenera? A przynajmniej trenera z prawdziwego zdarzenia? Nie tylko kogoś charyzmatycznego, kto zmotywowałby i natchnął drużynę w przerwie, ale kto umiałby dokonać sensownych zmian stylu, sposobu ataku i wykonawców, skoro na boisku wszystko zawodziło? Trudno stwierdzić, by Roura zastępujący Vilanovę, zastępującego Guardiolę zareagował w jakikolwiek sposób na złą sytuację, żeby próbował jej zaradzić. Nie mam pojęcia, czy Rourę przerósł mecz o taką stawkę, zwłaszcza gdy zobaczył jak jest źle. Wpuszczanie Alexisa Sancheza okazało się niezbyt szczęśliwym pomysłem. Kogoś, kto odważyłby się minimalnie odstąpić od wierności świętemu stylowi Barcy, skoro nie przynosi efektu, na rzecz jakiegoś planu B.

Na pewno mecz ostatecznie skompromitował tezę, że po odejściu Guardioli taką machinę jak Barca jest w stanie poprowadzić do sukcesów nawet jego teściowa. Wystarczy nie przeszkadzać Messiemu, Xaviemu, Inieście i spółce w klepaniu tiki-taki. Być może przekonanie o teściowej Guardioli, czy po prostu jakimkolwiek trenerze z przeszłością w La Masii opanowało wszystkich na Camp Nou, o czym świadczą słowa Pique, że może wcale nie jesteśmy tacy dobrzy jak nam się wydawało?

Co dalej? Czy w rewanżu Barcelona jest w stanie odrobić straty? Oczywiście jest. Wygrana 3:0 na Camp Nou to nie mission: impossible, ale będzie niezwykle trudno. Milan co prawda potrafił przegrać przed rokiem w rewanżu z Arsenalem 0:3, ale pojechał do Londynu z demotywującą zaliczką 4:0. Zakładając, że Barca w rewanżu zagra w swoim zwykłym, ofensywnym stylu, spokojnie można przyjąć, że Milan jeszcze bardziej się cofnie, zaparkuje w polu karnym słynny autobus, wypożyczony od Interu i Chelsea i będzie wysyłać groźne kontry, jak ta, po której Fernando Torres przypieczętował wyeliminowanie Barcy z półfinału Ligi Mistrzów. Statystyki Ligi Mistrzów mówią, że 81% drużyn, które wygrały swój mecz 2:0, po rewanżu awansowało dalej. Owe 19 % chyba idealnie oddaje sytuację Katalończyków, których w międzyczasie czekają dwa mecze z Realem Madryt - w Pucharze Króla i La Liga - których ani jedna ani druga drużyna nie może sobie zlekceważyć. W takich okolicznościach nieodzowny jest lider, szatni i ławki. W starciach z Interem i Chelsea nawet Guardiola nie sprostał byciu liderem, popełniając błędy, nie wiem czy na ławce będzie już mógł zasiąść Vilanova i czy sprosta wyzwaniu. Z całą pewnością wyzwaniu nie sprosta teściowa Pepa Guardioli... 


niedziela, 17 lutego 2013

 

Bogusław Leśnodorski od kiedy został prezesem Legii Warszawa, zachowuje się jak Szeryf z Nikąd na Dzikim Zachodzie, który przyjechał zaprowadzić porządek w miasteczku o zszarganej reputacji. Na dzień dobry wygnał z saloonu kilku stałych bywalców: m.in. dyrektora sportowego od zakupów i kierownika drużyny. Dogadał się ze regulatorami, żeby zaczęli traktować większość spotkań jak zwykłe mecze, a nie tzw. spotkania podwyższonego ryzyka, co pozwoli zmniejszyć koszty ochrony. Planuje dogadać się z Ultrasami i znów zapełnić Żyletę (na którą sam kiedyś chodził). Zobaczymy jakie to wszystko efekty, na razie życie w Miasteczku zaczęło funkcjonować inaczej: na ścianach klubu kazał zawiesić plakaty z drużyną, który zdobyła ostatnie mistrzostwo Polski w 2006 roku, piłkarzom rozdał biografię najbardziej utytułowanego olimpijczyka w historii, 18-krotnego złotego medalisty w pływaniu Michaela Phelpsa, w korytarzu ustawił dwie konsole Playstation, żeby pracownicy mogli odstresować się pykając w FIFĘ. Mieszkańcom mówi na powitanie dzień dobry - podobno jako pierwszy prezes w historii - nic więc dziwnego, że wszyscy są w szoku: fryzjer trzęsącą się ręką z brzytwą nie jest w stanie golić klientów (kto pamięta z którego z filmów z Clintem Eastwoodem to scena?), pianista w saloonie myli klawisze, barman po raz kolejny leje whiskey obok szklanki itp...

Na rynku transferowym prezes Legii przyjął metody innego słynnego rewolwerowca z Dzikiego Zachowu, Uli Hoenessa, wieloletniego menedżera Bayernu Monachium, obecnie jego prezesa. Zimą Legia - znaną metodą Bayernu, stosowaną przez długie lata - wzmocniła się jednocześnie osłabiając najgroźniejszych rywali do tytułu. Żadnych ryzykownych cudzoziemskich nazwisk, jak Nacho Novo czy Ismael Blanco, co do których nie ma pewności czy mimo niezaprzeczalnych umiejętności sprawdzą się w Ekstraklasie. wszyscy (z wyjątkiem Bartka Bereszyńskiego) już się doskonale w Ekstraklasie sprawdzili. Sprowadzając Władimira Dwaliszwilego Leśnodorski nie dość, że wyjął najlepszy kąsek z rozpadającej się Polonii Warszawa (i to za całkiem rozsądne pieniądze) to jeszcze zgromadził  w Legii trzech z czterech najskuteczniejszych rewolwerowców rundy jesiennej (wraz z Danielem Ljuboją i Kubą Koseckim) - Lech Poznań ma u siebie jedynie Dzikiego Billa Hickoka, czyli Bartosza Śłusarskiego (pozostali Arek The Kid Milik i Razak Traore zbiegli do Meksyku).

Oczywiście Tomasz Jodłowiec to nie Lucio, Tomasz Brzyski nie Michael Ballack, a Bereszyński nie Ze Robeto - wszyscy odebrani w swoim czasie głównemu rywalowi Bayernu w Bundeslidze - Bayerowi Leverkusen, ówczesnemu finaliście Ligi Mistrzów. Ale mechanizm by wzmocnić się kosztem konkurencji jest podobny. Transfer Bereszyńskiego wydaje mi się tu szczególnie hoenessowski - jest dla Lecha osłabieniem nie tyle sportowym (choć to się jeszcze okaże), ale na pewno psychologicznym. Pomijając fakt, że wymusza na Lechu zmianę polityki traktowania wychowanków i proponowania im porządnych kontraktów, żeby ich zatrzymać, Legia wysyła sygnał całej Ekstraklasie, że nie ma tabu, może sięgnąć po kogokolwiek. To sygnał choćby dla Mariusza Stępińskiego z Widzewa. I do własnych wychowanków: jesteście świetni, ale nie ma automatycznej promocji do pierwszej drużyny, rozglądamy się po całej Polsce i jeśli nie będziecie wystarczająco zdeterminowani, nie cofniemy się przed sprowadzeniem kogoś lepszego.

 

Sprowadzenie Jodłowca to z kolei prztyczek w nos mistrza Polski, zwłaszcza, że Śląsk Wrocław nie tylko wcale nie sprzedaje piłkarza, ale sądząc po reakcji swego rzecznika jest wręcz zaskoczony transferem. Prawami do 28-letni środkowego obrońcy cały czas dysponował Józef Wojciechowski i to on zgarnia całą pulę (ciekawe jaką? może kiedyś się dowiemy). Jako, że w przeciwnym kierunku Leśniodorskiemu udało się wysłać Marko Szulera transfer ten uznaję wręcz za makiaweliczny: nie dość, żę osłabił rywala (z którym ma porachunki i za przegraną walkę o mistrzostwo i za specyficzne świętowanie tytułu), wyciągając mu z drużyny jednego z nielicznych środkowych obrońców, jak na Ekstraklasę całkiem solidnego, to jeszcze podrzuca im kukułcze jajo. Co do Jodłowca, nie jest to może transfer, po którym kibice Legii mogliby odpalać korki szampana, krzycząc radośnie: witaj Ligi Mistrzów! Ale jestem przekonany, że Jodłowiec może grać dużo lepiej niż w dwóch ostatnich sezonach, kiedy to w ostatniej chwili nie załapał się na Euro 2012, zgadzam się z komentarzem wyczytanym na weszlo.com, że może grając u boku Michała Żewłakowa może tylko zyskać, rozwinąć się jak stało się to w przypadku Marcina Komorowskiego.

Swoją drogą to niesamowite, że w dwóch tak ważnych piłkarsko miejscach w Polsce - w Legii i PZPN - mniej więcej w tym samym czasie pojawiło się dwóch niekonwencjonalnych prezesów, którzy diametralnie zmieniając stosunki w swych firmach przywracają im normalność i prowadzą w zdecydowanie wytyczonym, sensownym kierunku. 



22:19, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (15) »
czwartek, 14 lutego 2013

Autor bloga ostrzega: w tym wpisie padną pochlebne słowa na temat Roberta Lewandowskiego i Borussii Dortmund! Uprzedzam lojalnie, bo wiem z komentarzy na blogu i z twittera jak bardzo irytuje niektórych jakiekolwiek wzmianki o napastniku BVB. Dość mają zachwytów, że strzela dużo goli (z 31 meczów w tym sezonie w aż 29 miał ten czy innych udział przy bramkach), zwłaszcza, że strzela tylko wówczas gdy ma po bokach Mario Goetze i Marco Reusa, a jak już Ludo Obraniaka, to nie. Męczą ich spekulacje, dokąd trafi, mimo, że gdzieś trafić musi, skoro nie przedłuża kontraktu, śmieszą nazwy wielkich klubów, do których jest przymierzany, mimo, że np. pierwszy o klepnięciu umowy z Bayernem Monachium doniósł Włoch, który pierwszy wyczaił, że trenerem Bawarczyków zostanie Pep Guardiola. Oj tam, że ostatni Kicker dał na okładce zdjęcie Lewego z logo Borussii i Bayernu i wielki tytuł: Poker o Lewandowskiego, wiadomo, że to polscy dziennikarze podniecają się i dmuchają balon. Wszędzie ten Lewy i Lewy, już wypada z lodówki, rzygać się chce, a przecież wkoło tyle pasjonujących futbolowych tematów. Pod poprzednią notką o meczu Real Madryt z Manchesterem United dostało mi się od kogoś, kogo zaryzykował lekturę i nieprzyjemnie się rozczarował, że i w tym tekście znalazł coś o Borussii (pech chciał, że w grupie wywalczyła z Realem cztery punkty, zacytowałem Juergen Klopp, który tłumaczył, że kluczem do powstrzymania Realu było powstrzymanie Cristiano Ronaldo, a do powstrzymania jego odcięcie od piłek Xabiego Alonso). W każdym razie z szacunku dla tych wszystkich których gra Lewego i hałas wokół niego bardziej wpieniają niż cieszą oraz w trosce o ich samopoczucie zamieszczam to ostrzeżenie niczym Minister Zdrowia na pudełku papierosów, nie czytajcie dalej, po co macie się denerwować, a potem dawać upust.

Nic na to nie poradzę, że cieszą mnie drobne przyjemności, pyszna kawa i placek ze śliwkami z rana potrafią mnie mile nastroić na cały dzień jak Agenta Dale Coopera, jakoś dobrze mi z tym, że jako dziennikarz sportowy doczekałem się, że polski piłkarz ma na koncie w Lidze Mistrzów tyle goli co czterokrotny triumfator Złotej Piłki, że jego nazwisko - jako strzelca gola w ostatniej kolejce - wymienia się jednym tchem z takim zawodnikiem jak Cristiano Ronaldo. Miła odmiana po latach ekscytowania się występami polskich bramkarzy, które oczywiście cieszyły, napawały szczerą dumą z Jurka Dudka, Artura Boruca czy Wojtka Szczęsnego, ale jednak satysfakcja, że wybił strzał..., piękną paradą powstrzymał... jest inna niż, że strzelił i przesądził...

Oczywiście nie uważam, że ta sama ilość goli co Leo Messi stawia go na równi z Argentyńczykiem, szalony nie jestem. Nie twierdzę, że Real zaraz wymieni go za Ronaldo. Ale miło mi, że zdobywa ważnego gola, po którym jego Borussia jest odrobinę bliżej awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów niż Real dzięki bramce Ronaldo. Byłem pewien, że jednym bohaterów na Santiago Bernabeu okaże się Robin van Persie, który od dwóch sezonów strzela kiedy chce, mało brakowało, ale jednak nie został. A Lewy zrobił to, czego od niego wymagano. Jeszcze w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów było na odwrót. Mój redakcyjny kolega Misza zaproponował, żeby dla zabawy wyobrazić sobie, że Lewy to niejaki Roberto Levandosević z Bałkanów, czy wówczas też tyle osób kwestionowałoby pomysł, że lider strzelców Bundesligi, skuteczny w Champions League zasługuje na miano czołowego napastnika Europy i zainteresowanie czołowych klubów Kontynentu?

Wracając do meczu Realu z MU, nie wiem czy Alex Ferguson kierował się spostrzeżeniami Kloppa, ale w dużej mierze udało mu się powstrzymać Cristiano Ronaldo. Okej, Portugalczyk zdobył wyrównującego gola, po niesamowitym uderzeniu głową, kiedy to zastygł w powietrzu minimalnie dłużej niż pozwalają prawa fizyki, jak to niegdyś potrafił Michael Jordan. Ale to efekt taktyki Sir Aleksa i napuszczeniu Wayne Rooney’a na Alosno, że zawodnikiem Realu, który stworzył sobie najwięcej sytuacji był Sami Khedira.

Broń Boże nie twierdzę, że Ronaldo zawiódł, (a już tym bardziej, że jak zwykle zawiódł w meczu z silnym rywalem). Gola strzelił (co prawda tylko jednego), był motorem napędowym, minimalnie przestrzelił z wolnego, przy którym David de Gea tylko odprowadził piłkę wzrokiem, zmieniał pozycje, harował na własnej połowie. Ale bohaterem nie został. Nie takim w każdym razie, jakim chcieli go widzieć kibice czy dziennik Marca, która zamieściła na okładce wizerunek Portugalczyka złożony ze 182 goli jakie zdobył w barwach Realu i tytułem: „To jest Twój dzień”. Raczej nie był. Może zostanie nim dopiero na Old Trafford? Bo choć United osiągnął świetny rezultat, kwestia awansu wciąż jest otwarta.

Ronaldo dotrzymał słowa i nie cieszył się z gola strzelonego dawnym kolegom, z którymi poszedł po meczu pogadać w szatni. I wyściskał się z Fergusonem, swym futbolowym mentorem, przywracając na moment wiarę w lojalność i przyjaźń w futbolu. Jaka miła odmiana - bo mi się przypomniało - po napisie R.I.P. Fergie, prezentowanym z dumą przez Carlosa Teveza...


sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie