czwartek, 11 kwietnia 2013

Barcelona, Bayern Monachium, Borussia Dortmund, Real Madryt (kolejność alfabetyczna). Jakie pary nie połączy ze sobą los podczas piątkowego losowania półfinałów Ligi Mistrzów, będzie ciekawie. Właściwie w każdej konfiguracji, bo nikt chyba nie ma wątpliwości, że w czwórce znalazły się rzeczywiście najlepsze w tym momencie drużyny Kontynentu. Owszem brakuje mi zespołów angielskich, być może Manchester United, City czy Chelsea w obecnej formie potrafiłyby nawiązać równą walkę z każdym z półfinalistów, ale swą wcześniejszą postawą zdecydowanie nie zasłużyły na półfinałowy splendor. W przeciwieństwie do poprzednich sezonów nie mam poczucia, że w półfinale znalazła się jakaś przypadkowa drużyna, zawdzięczająca to łaskawemu losowaniu, splotowi szczęśliwych okoliczności, nagłej, niewyjaśnionej niemocy silniejszego rywala - jak Schalke 04 w 2011, Olympique Lyon w 2010. Nawet jeśli za najsłabszego półfinalistę uznamy Borussię Dortmund (bo znalazła się w tym gronie nie szósty raz z rzędu jak Barcelona, ale pierwszy od 15 lat, a tabeli Bundesligi do Bayernu Monchium dzieli ją przepaść) to i tak jej droga do półfinału budzi szacunek: wygranie grupy śmierci z Realem Madryt, Manchesterem City i Ajaksem, odprawienie objawienia rundy grupowej, czyli Szachtara Donieck, pogromcy obrońcy trofeum, wreszcie dramatyczny dwumecz z Malagą, która okazała się dużo silniejsza i lepiej ułożona niż się wszyscy spodziewali.

Barcelona uzyskała wynik jaki chciała najmniejszym nakładem sił, choć brak wygranej z nuworyszami z PSG nawet na Camp Nou jest lekkim rozczarowaniem, podobnie jak dawno nie widziana skala Messidependienci, czyli uzależnienia od obecności Leo na boisku. Real co prawda przegrał z Galatasaray w Stambule, ale nawet pamiętając o obsesji wygrywania Mourinho (podkreśla to każdy jego były piłkarz i współpracownik, ostatnio mówili o tym Didier Drogba i Wesley Sneijder) trzeba brać pod uwagę, że przystępował do rewanżu będąc już pewnym awansu (dlatego bowiem Sergio Ramos i Xabi Alonso mogli sobie pozwolić na wykartkowanie). Demonstrację siły niczym Kim Dzong Un wysłał w świat tylko Bayern, nie dając w obu meczach najmniejszych szans silnemu przecież Juventusowi Turyn, przy czym nowoczesnego arsenału Bawarczyków bałbym się bardziej niż przestarzałych rakiet Koreańczyków z Północy.

Będzie więc bardzo ciekawie. Ja najchętniej chyba obejrzałbym w półfinale ponowne starcie Borussii z Realem Madryt, bo rywalizacja w grupie nijak ma się do walki o finał, jakże istotny dla Jose Mourinho i Realu Madryt, śniących o decimie, mających w pamięci gorycz porażki w półfinale w ubiegłym roku (pamiętne obrazki Mourinho klęczącego podczas rzutów karnych). Juergen Klopp już dwukrotnie przechytrzył Mourinho, w dwumeczu w grupie zgarnął cztery punkty, wymyślił sposób na powstrzymanie Xabiego Alonso (zaskakujący plaster w postaci Mario Goetze) i Cristiano Ronaldo, który tłamszony przez Łukasza Piszczka w Dortmundzie, w drugiej połowie zmuszony był przenieść się na środek. Ale Borussia grająca tak nieskutecznie i popełniająca tyle błędów w defensywie co w dwumeczu z Malagą zostanie zmieciona przez Real z powierzchni ziemi.


Co ciekawe w ankiecie którejś z hiszpańskich gazet, która mignęła mi w Internecie najwięcej kibiców Realu chciałoby trafić w półfinale na... Barcelonę, a dopiero w drugiej kolejności na Borussię (znalazło się też 26 % szaleńców, którzy najbardziej chcielibyBayern). I nie dziwię się im w kontekście ostatnich El Clasico, choć granych bez Tito Vilanowy).

Na koniec, ponieważ jestem zwolennikiem teorii spiskowych (kolekcjonowania, nie wyznawania), wyznam, że w najmniejszym stopniu nie zdziwię się jeśli los rękami Gianniego Infantino połączy ze sobą dwie hiszpańskie i dwie niemieckie drużyny. Jeśli jest ziarno prawdy w słowach Joaquina, który wściekły po porażce z Borussią rzucił: podejrzewam Platniego, ktoś nas nie chciał w Lidze Mistrzów. Z nami łatwiej niż z Realem i UEFA wszystkim manipuluje: sędziami, wynikami i kulkami przy losowaniu, to na zdrowy rozum dwa El Clasico w półfinale z miliardową oglądalnością są jej bardziej na rękę niż tylko jedno w finale (bez gwarancji że się odbędzie, bo przecież Bayern może po drodze wyeliminować którąkolwiek z hiszpańskich drużyn), który i tak bez względu na skład obejrzą setki milionów widzów. Dlatego kulki już pewnie mrożą się uefowskiej lodówce ;-)

 

 



środa, 10 kwietnia 2013

Choć to był tylko ćwierćfinał Ligi Mistrzów, przejdzie do historii jak finał w 1999 roku w Barcelonie. Dzięki niesamowicie dramatycznej końcówce, epickiej walce Borussii Dortmund do końca i rozstrzygających bramkach w doliczonym czasie gry, co było piękne. Prawdziwy cud w Dortmundzie! Wielka szkoda, że swój udział w cudzie miały także makabryczne błędy arbitra Craiga Thomsona i jego pomocników, którzy w meczu o taką stawkę nie zauważyli dwóch ewidentnych spalonych, przy golu na 3:2 aż czterech piłkarzy (jak widać na zdjęciu!) i później gdy Julian Schieber podawał do Felipe Santany stojącego za bramkarzem. Pal diabli, że nie dostrzegli w ferworze walki, ale że nikt im nie szepnął na słuchawki jak było, żeby podjęli właściwą decyzję.

Przez indolencję arbitra, jego zabramowych pomocników i asystentów na linii (zwłaszcza przy ostatnim jeden z asystentów musiał widzieć tłum spalonych) właściciel Malagi szejk Abdullah bin Nasser Al-Thani plecie w emocjach bzdury o rasizmie, a bohaterski trener Manuel Pellegrini, który na mecz przyleciał prosto z pogrzebu ojca i genialnie ustawił drużynę, narzeka, że nie mogliśmy awansować, albo ktoś tego nie chciał. Ukarana drużyna po prostu nie może grać w półfinale Ligi Mistrzów! Zapominając, że jego Eliseu również zdobył gola na 2:1 ze spalonego. Zgadzam się, że arbiter powinien był wyrzucić z boiska Marcela Schmelzera za jego idiotyczny atak na Jesusa Gameza przy linii bocznej (jeśli nie z czerwoną to drugą żółtą kartką).

Podobnie jak szejk Al-Thani (gratulował swoim piłkarzom na twitterze, ciekawe czy znów zacznie finansować drużynę, zagrożoną wyeliminowaniem z europejskich pucharów na trzy lata?) uważam, że UEFA powinna rozpocząć dochodzenie po tej sędziowskiej kompromitacji. Dopiero co po takim śledztwie zawieszono na trzy mecze w Lidze Mistrzów sędziego Wolfganga Starka. Tylko, że  zawieszanie być może da odrobinę satysfakcji klubom i kibicom, ale w żaden sposób nie poprawi poziomu sędziowania. Mam wręcz wrażenie, że odkąd pojawili się sędziowie zabramkowi jest ono gorsze, bo główny spycha na nich część odpowiedzialności i gorzej ustawia się na boisku.

Być może dwa kluczowe błędy znoszą się, wynik jest na zero, nikt nie został okradziony i Borussia zasłużenie awansowała do półfinału, bo grała do końca. Przykre jednak, że nie możemy cieszyć się dramaturgią wielkiego widowiska, bo owe sędziowskie wpadki kładą się na nim cieniem. Jak wychwalać bohatera ostatniej akcji - Santanę, skoro strzelił ze spalonego (sprawiedliwego w ogólnym rozrachunku ale zawsze spalonego). Gdzie mu do bohatera Ole Gunnara Solskjaera z 1999 roku?

Rozumiem więc przesadzoną frustrację Malagi, inaczej odpada się gdy rywale fantastycznie walczą i w końcu łamią nas, wtłaczając decydującego gola, a inaczej gdy ma w tym swój udział sędzia. UEFO, ogarnij się!


Three Minutes przez reachpromise

 

 

sobota, 06 kwietnia 2013

 

Smutne to wieści, że Manchester United jest aż tak niezadowolony dopingu na Old Trafford, że zatrudnił inżyniera, specjalistę od akustyki, żeby choć trochę polepszył atmosferę na trybunach. Dożyliśmy czasów, w których 75 tysięcy widzów regularnie przychodzących na stadion nie jest w stanie stworzyć porządnej atmosfery. Jest to bowiem znakiem czasów i problemem nie tylko United, ale większości klubów świata, że klienci korporacyjni, często przychodzący w celach biznesowo-towarzyskich, często nie kibicujący wcale albo zupełnie innym drużynom, wypierają z trybun gorących ultrasów. Wypierają, bo przynoszący klubom większy dochód: więcej zapłacą za bilet (na Old Trafford średnio 60-80 funtów), wykupią drogą lożę z kateringiem, część z nich to turyści, z Japonii, Korei Płd. Chin, ale i z Europy i USA, którzy mają w pakiecie z trzema noclegami wieczór w Royal Albert Hall jednego dnia, a drugiego na Old Trafford. To owi osławieni krewetkożercy, o których pisałem przy okazji meczów reprezentacji z Ukrainą i San Marino, których krytykował były kapitan MU Roy Keane, że wypijają kilka drinków, jedzą kanapki z krewetkami i nawet nie zdają sobie sprawy z tego, co dzieje się na boisku, zamiast wspierać zespół w trudnych chwilach.

 

Ale z drugiej strony bez klientów biznesowych MU nie byłoby stać na kupienie Robina van Persie, pensje Wayne’a Rooney’a i skuteczne rzucenie rękawicy Manchesterowi City, w którym z pieniędzmi w najbliższych latach nie będzie żadnego problemu. Ale i kluby należące do szejków będą miały problemy z dopingiem. Kto oglądał mecz PSG - Barcelona wie o czym mówię. Zresztą przecież ów milion osób, które złożyły zamówienia na ćwierćfinałowy mecz Ligi Mistrzów to przecież nie żadni fanatycy PSG, którzy nie chcieli opuścić drużyny w starciu z gigantem, ale - jak to się u nas mówi - Janusze, którzy wyjątkowo zamiast podziwiać gwiazdy w teatrze, chcieli na nie popatrzeć na boisku. Bo nie wypada nie być, bo tyle się o tym mówi, podobno Messi jest całkiem niezły, a Zlatan nieobliczalny...

 

Wątpię, żeby w najbliższym czasie sytuacja miała się zmienić na lepsze. Oddanie kolejnych sektorów na powrót ultrasom nie będzie się kalkulować. Akcjonariusze klubów notowanych na giełdzie na to nie pozwolą. Prędzej obawiałbym się, że rację może mieć Zbigniew Hołdys i zbliżamy się do momentu, w którym doping będzie puszczany z głośników niczym śmiech w sitcomach. Głośny aplauz po golach dla gospodarzy, jęk zawodu po pudle i gwizdy, gdy przy piłce będą rywale. Momentu, w którym inżynierowie dźwięku i reżyserzy widowiska staną się dla czołowych klubów równie ważni jak trenerzy przygotowania fitness, masażyści czy ortopedzi.

Obawiam się, że futbol przyszłości co raz bardziej będzie przypominał show. Niedawno opisaliśmy z Darkiem Wołowskim w Newsweeku genialną prowokację francuskiego portalu Les Cahiers du Football, którego dziennikarze wkręcili cały świat, że Katar zamierza organizować co dwa lata turniej o nazwie Dream Football League dla 24 najlepszych klubów. Nikogo w najmniejszym stopniu nie zdziwiła informacja, że każdy klub za sam udział otrzyma 175 milionów funtów (triumfator Ligi Mistrzów kasuje zaledwie 47,3 miliona), wszyscy, w tym ja sam, uznaliśmy to za kolejny kaprys opływających w petrodolary szejków: - a kto bogatemu zabroni?

Autorzy Les Cahiers, po odczekaniu medialnej burzy, w trakcie, której zastanawiano się jak bardzo katarskie rozgrywki uderzą w ligi krajowe i Ligę Mistrzów, bo wszyscy będą oszczędzać gwiazdy na turniej, przyznali się do żartu, pisząc: „z góry przepraszamy, jeśli Katarska Federacja Piłkarska uzna naszą ideę za wartą realizacji i wprowadzi w życie:)”.


Czy Katar podejmie koncepcję turnieju na razie nie wiadomo, ale jedna ze wymyślonych koncepcji już szczególnie przypadła do gustu FIFA. A mianowicie, żeby podczas mundialu w 2020 roku kibice reprezentacji np. Anglii, Niemiec, Hiszpanii czy Francji, którzy zostaną w domach - wiadomo, że klimatyzowane stadiony wszystkich nie przyjmą - mogli oglądać na Wembley, Allianz Arena, Bernabeu czy Stade de France hologramy swoich piłkarzy, rozgrywających mecz w czasie rzeczywistym np. w Dausze. Coś jak mecz na żywo w kinie, tylko na stadionie. Technologicznie będzie to ponoć możliwe znacznie wcześniej niż w 2020. Już przecież odbywają się hologramowe koncerty rockowe zmarłych artystów (Tupac Shakur). Tu piłkarze byliby w sumie właściwie żywi, mecz toczyłby się w czasie rzeczywistym, tyle, że nie słyszeliby dopingu. Ale przecież tego dopingu i tak jak na lekarstwo. O doping zadbaliby reżyserzy dźwięku i akustycy. Bilety nie byłyby chyba aż tak drogie, ale za loże z lunchem czy dinnerem trzeba by już troszkę zapłacić.

Podoba Wam się taka wizja futbolu? Poszlibyście na taki holomecz reprezentacji na Narodowym? Zły moment na takie pytanie po Ukrainie i San Marino, ale gdyby biało-czerwoni pod wodzą Slavena Bilića zakwalifikowali się do mundialu w Rosji w 2018? (wiem, wiem, marzenia ściętej głowy) Albo na holofinał Ligi Mistrzów z udziałem Waszej ukochanej drużyny?


 

15:14, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 01 kwietnia 2013

 

Meczem z Lechem Poznań Dariusz Wdowczyk wrócił na ławkę trenerską po pięciu latach banicji. Były mistrz Polski z Polonią Warszawa i Legią ostatni raz prowadził drużynę w 2007 roku. Właśnie Polonię i w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach: na mecz z Lechią Gdańsk przyjechał prosto po wyjściu z aresztu i publicznym przyznaniu się do korupcji (słynne słowa: Żałuję tego, co się stało, ale się stało, wypowiedziane z rękami w kajdankach). Za ustawianie meczów Korony Kielce został skazany przez sąd na 3 lata więzienia w zawieszeniu na 5 lat i 100 tysięcy złotych grzywny. Wydziału Dyscypliny PZPN dołożył 7-letnią bezwzględną dyskwalifikację i 20 tysięcy grzywny. Zawieszenie, które miało wygasnąć dopiero w 2016 roku, skrócono do pięciu lat.

Wdowczyk popełnił na futbolu zbrodnię największą, ale w przeciwieństwie do kilku moich kolegów nie uważam, że kara powinna być dożywotnia. Że trenerów handlujących meczami powinno się potraktować jak pedofilów, którzy po odsiedzeniu kary mają dożywotni zakaz pracy z dziećmi (sprawdziłem, że pierwszy, który użył tego porównania w sprawie Wdowczyka był w 2007 roku... były minister sportu i turystyki, Mirosław Drzewiecki). Uważam, że każdy zasługuje na drugą szansę (o ile nie jest to recydywa) i nie widzę w tym nic złego, że ktoś zdecydował dać taką Wdowczykowi. On i tak został najsurowiej ukarany ze wszystkich 261 trenerów, zawodników, sędziów itp. skazanych za ustawianie meczów w aferze korupcyjnej. Oprócz wysokiej grzywny został okryty powszechną infamią, napiętnowany, stracił na długo możliwość pracy. Zapewne także i możliwość objęcia reprezentacji Polski, bo wydawał się wówczas naturalnym kandydatem. Tym bardziej, że tak wielu innym ten sam proceder uszedł na sucho. Niektórzy uniknęli kary, zapobiegawczo składając zeznania we Wrocławskiej Prokuraturze, czy też objęło ich przedawnienie.

W przeciwieństwie do Zbigniewa Bońska nie odważyłbym się ręczyć, że Wdowczyk będzie najuczciwszym trenerem, jaki jest w polskiej piłce - jak zadeklarował prezes PZPN na łamach „Do Rzeczy”, bo już byłem gotów ręczyć za co poniektórych i dziś nie miał ani rąk, ani nóg ani niczego. Ale podzielam jego pogląd, że Darek zrozumiał swój błąd, przyznał się do niego i jako jeden z niewielu go odpokutował. Tu byli ludzie, którzy większe lody kręcili i porównywalnej kary z tą Wdowczyka nie ponieśli. Jest jeszcze kilka wielkich nazwisk, które powinny dać sobie trochę odpoczynku od piłki (swoją drogą jeśli Boniek zna te nazwiska to może powinien zawiadomić prokuraturę, postawa wiem, ale nie powiem, przypomina trochę postawę innego prezesa). Jego przypadek był wstrząsem dla całego środowiska. Niech trenuje, świeci przykładem i na ławce próbuje odkupić dawne winy.

Obejmując Pogoń Szczecin Wdowczyk stwierdził, że nie chce wracać do tego, co było złe. Ubolewa nad tym, ale rozpoczął nowy rozdział w życiu, tamten uważa za zamknięty. Myślę, jednak, że nam wszystkim nie wolno zapomnieć. Słusznie powiedział przed meczem z drużyną Wdowczyka trener Lecha, Mariusz Rumak: - Zastanawiam się ilu uczciwych trenerów przez takie praktyki straciło szansę na zrobienie kariery. Nie myślę tu o Wdowczyku tylko o tych, którzy grali fair i przez to nie osiągnęli sukcesu, a dziś ich nie ma, bo trenerów ocenia się przez sukcesy.

Postanowiłem przypomnieć jednego z takich trenerów, którego dziś nie ma już w futbolu m.in. przez Wdowczyka - to były trener Stali Stalowa Wola, a dziś taksówkarz,  Bogusław Szopa, który w wywiadzie dla „Super Ekspressu” w 2007 roku opowiedział jak „Łapówkarz Wdowczyk złamał mu karierę!”. Szopa dwa razy prowadził zespół przeciw Kolporterowi Koronie Kielce i dwa razy skończyło się to skandalem.

W sezonie 2003-2004 . W pierwszym meczu, u nas, przegraliśmy 1:3. Sędzia wyrzucił z boiska dwóch moich graczy, za byle co. Kibice wbiegli na boisko i położyli się na polu karnym w ramach protestu. Policja ich przegoniła, ale po meczu musiała ochraniać sędziów, bo nasi by ich rozszarpali. A ja na konferencji powiedziałem Wdowczykowi wprost: - Jak panu nie wstyd tak mecze przekręcać, sędziów przekupywać? Ma pan taki dobry zespół, tyle pieniędzy, a takie szwindle pan robi! Wdowczyk obraził się, wstał i wyszedł. Zdążyłem jeszcze mu powiedzieć, że skoro w Koronie mają tyle pieniędzy, to niech sobie kupią dziką kartę na grę w II czy I lidze, a nie męczą trzecioligowe zespoły. Na koniec obecni na sali wygwizdali Wdowczyka. Powinien się ze wstydu zapaść pod ziemię. Przecież miał taki zespół, że powinien bez problemu poradzić sobie w II lidze, a nawet w końcówce pierwszej. Mając taką pakę, powinien mieć w połowie sezonu z 15 punktów przewagi nad rywalami i o nic się sędziów nie prosić. Ale już na początku rozgrywek mocno się zdziwił. On, taka gwiazda, i ten jego dream team mieli kłopoty z trzecioligowymi biedakami. Nie szło im, więc się wzięli za korupcję. Wielki wstyd.

W rewanżu Kielcach to już były takie jaja, że nawet kibice Korony się śmiali. Gospodarze nie mogli sobie z nami poradzić, była już 83. minuta, a tu wciąż 0:0. No i wtedy karny z kapelusza. Dwóch piłkarzy skacze do górnej piłki, a sędzia pokazuje faul i karny dla Korony. Kabaret.- Nie wytrzymałem i nakazałem piłkarzom zejście do szatni. A Wdowczyk tylko się śmiał i kpił. "Schodźcie, schodźcie. Będzie walkower dla nas. Bardzo dobrze". W tym swoim eleganckim garniturku, z cynicznym uśmiechem. Myślał, że wszystko mu wolno. W końcu wróciliśmy do gry, ale na boisku kabaret trwał w najlepsze. W ostatniej minucie mieliśmy rzut wolny z 16 metrów. Wrzutka w pole karne, piłka w powietrzu, a sędzia odgwizduje koniec meczu. W szatni moi młodzi piłkarze płakali jak dzieci. Wkurzyłem się, nie poszedłem na konferencję. Bo o czym ja miałem gadać z Wdowczykiem?

Powtarzam: Wdowczyk zrobił wiele złego, ale to odpokutował i to najbardziej ze wszystkich zamieszanych w aferę korupcyjną. Ma prawo do nowego startu niczym więzień po latach odsiadki. Życzę powodzenia, trenerze. Ale nie zapominam.




19:47, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (28) »
sobota, 30 marca 2013

Z okazji świątecznego oddechu w codziennej gonitwie serdecznie polecam Waszej uwadze poruszającą książkę o kulisach dopingu w kolarstwie i mechanizmach zmuszających do niego młodych zawodników, pt. "Wyścig Tajemnic", która ukała się w tych dniach. Jej narratorem jest amerykański kolarz Tyler Hamilton, mistrz olimpijski z Aten, słynny z brawurowej jazdy (w 2003 roku wygrał jeden z etapów Tour de France ze złamanym obojczykiem), ale przede wszystkim przez jakiś czas najbardziej zaufany porucznik Lance'a Armstronga. Po zakończeniu kariery w 2008 roku, którą z hukiem domknęła druga dyskwalifikacja za doping, aż na osiem lat, Hamilton postanowił wyrzucić z siebie wszystko o dopingu, kłamstwach i latach spędzonych u boku swego idola, szefa i przyjaciela w zespole U.S. Postal. Spowiadał się dziennikarzowi Danielowi Coyle'owi aż przez 18 miesięcy. Postanowił być szczery do bólu. Wyjawienie prawdy stało się dla niego równie ważne, jak jeszcze kilka lat wcześniej wygrywanie TdF. Jego opowieść odsłoniła kulisy najbardziej skomplikowanego, profesjonalnego i dopracowanego programu dopingowego w dziejach światowego sportu. Ujawnia okoliczności, w jakich Armstrong wygrał siedem razy Tour de France, jakie zabronione środki brał, jak często i jakim cudem nigdy nie został złapany. „Władzom organizacji antydopingowych potrzeba było kilku lat i milionów dolarów, żeby opracować test wykrywający EPO w moczu i krwi. Doktor Michele Ferrari potrzebował pięciu minut, żeby wymyślić jak obejść ten test" - wyjaśnia Hamilton. - Przez długie lata byłem przekonany, że jesteśmy znacznie dalej w kwestii zwalczania dopingu. Dopiero Hamilton pokazuje, jak działał ten cały proceder. Jak bardzo był zaawansowany pod względem fizjologicznym i medycznym - powiedział, wstrząśnięty po lekturze największy specjalista w Polsce od walki z dopingiem, profesor Jerzy Smorawiński.

Mnie najbardziej poruszyły w tej książce nawet nie szokujące opisy przetaczania krwi w hotelach (pierwsza rzecz po wejściu do pokoju - sprawdzić czy działają lodówki, by włożyć woreczki z krwią), świat tajemniczych laboratoriów, zaludniony przez lekarzy, którzy znajdą się kiedyś w ósmym kręgu piekielnym dla oszustów, fałszerzy i fałszywych doradców, ale opis mechanizm¦ przeciągajączch kolarza na ciemną stronę mocy. To jak entuzjazm po wdarciu się do zawodowego peletonu, zastępuje najpierw frustracja z powodu porażek, podszyta coraz bardziej dojmujących przeczuciem, że coś jest nie tak, aż wreszcie - gdy przez lata o wiele wolniejszy kolega z zespołu regularnie odjeżdża mu na luzie - zrozumienie o co chodzi i wyczekiwanie, aż i jemu lekarz zespołu zaproponuje wymarzoną czerwoną pigułkę...

Wiedzieliście kto to paniagua? Słyszeliście o zasadzie 1000 dni? Nie, to posłuchajcie fragmentu wstrząsającej opowieści Hamiltona...

(...) Zaczęło się - pięciodniowy wyścig Ruta del Sol, po nim jednodniowy Luis Puig i na deser Tour de Valencia. W każdej z tych imprez było niezwykle ciężko - wietrznie i gorąco. Rywale szybcy, a krajobraz różnorodny. Wtedy zobaczyłem, czym są i do czego służą białe woreczki. Przynosili je nasi masażyści tuż po zakończeniu każdego etapu. Trzymali je w lodówkach, w ciężarówkach mechaników. Były malutkie, rozmiarem przypominały dziecięce torebki na drugie śniadanie. Rozdawano je tylko wybranym kolarzom. Rutynowo, bez szczególnej celebracji.

Po dwóch wyścigach zacząłem się o nie starać, ale dostawali je tylko najsilniejsi z nas - Hincapie, Jekimow, Baffi, Robin - goście, którzy nieoficjalnie tworzyli drużynę A. To pokazywało mi miejsce w szeregu, odczułem, że byłem jedynie rezerwowym, kolarzem z drużyny B.

Coraz częściej słyszałem zwrot paniagua. Czasami wyrażany w smutnym, wręcz depresyjnym tonie, przez kolarzy, którzy rozmawiali o swoich słabych startach. "Skończyłbym ten wyścig wyżej, ale byłem jadącą paniaguą". Innym razem mówiono o tym z dumą. "Dojechałem w pierwszej grupie, mimo że byłem paniaguą!". Z czasem odkryłem, co to oznacza. "Pan y agua" to z hiszpańskiego "chleb i woda". Konkluzja jest prosta: jazda w profesjonalnym peletonie bez chemicznych wspomagaczy była tak rzadka, że aż warto było to podkreślać.

Próbowałem ignorować te cholerne woreczki, ale szybko zacząłem je nienawidzić. Dużo o nich myślałem. Gdy mijał mnie kolega ze wspomnianej wyżej drużyny A, przed oczami miałem woreczki. Gdy byłem już wycieńczony jazdą, w myślach pojawiały się woreczki, gdy harowałem jak wół, a na wyścigach wciąż nie mogłem konkurować z resztą, tym bardziej o nich myślałem. Mimo że nie były dla mnie, spełniały rolę paliwa. Motywowały do cięższej pracy. Chciałem udowodnić, że jestem silniejszy, lepszy bez tych torebeczek. Przekraczałem granice własnych możliwości, czując krew w gardle. Przez jakiś czas dawałem radę, jednak z czasem zacząłem się łamać.

I tu czas na ciekawą liczbę: 1000. Tysiąc dni. To czas liczony od momentu, w którym zostałem profesjonalnym kolarzem, do chwili, w której po raz pierwszy sięgnąłem po doping. Z rozmów z innymi zawodnikami wynika, że to swego rodzaju reguła. Z tych, którzy się szprycowali, większość zaczęła w trzecim roku kariery. Pierwszy rok jest pełen nadziei i entuzjazmu, szczeniaki się cieszą, że należą do elity. W drugim sezonie zaczynasz się domyślać, co jest grane. W kolejnym musisz podjąć decyzję - tak albo nie, zostajesz albo odchodzisz. Każdy miał tysiąc dni, każdy musiał zadecydować o swojej przyszłości. Z jednej strony to smutne, ale z drugiej ludzkie. Tysiąc ranków, kiedy wstajesz z wielkimi nadziejami na sukces, i tysiąc wieczorów, kiedy leżysz pokonany i zdołowany. Tysiąc dni bycia paniaguą, walenia głową w mur, pokonywania własnych ograniczeń i szukania na to innego sposobu. Tysiąc dni, w ciągu których dochodzą do ciebie kolejne sygnały, że doping jest OK, i to od ludzi, którym ufasz i których podziwiasz, którzy w kółko powtarzają: "Wszystko będzie dobrze, przecież każdy to robi". Wreszcie tysiąc dni strachu, że jeśli nie znajdziesz jakiegoś sposobu, by jeździć szybciej, to będzie koniec twojej kariery. Siła woli może być potężna, ale nie nieskończona. Gdy raz przekroczysz linię, nie ma odwrotu.

Ruta del Sol przejechałem jako paniagua. Byłem zdeterminowany, by udowodnić swoją wartość. Może nawet za bardzo. Tempo wyścigu było wręcz ogniste, podobnie jak słońce, które dawało się we znaki. Przez pięć dni przekraczałem granice własnych możliwości, chciałem dotrzymać tempa siłaczom. Gdy czułem, że moje ciało słabnie, dawałem z siebie jeszcze więcej. W kolejnym wyścigu - Tour de Valencia - było podobnie. Pięć dni ciężkich tortur. W ciągu dwóch tygodni spędzonych w Europie pewne rzeczy stały się oczywiste. Byłem zdesperowany. Przecież zawsze podejmowałem rękawicę, zawsze potrafiłem uporać się z każdym problemem.

W tym momencie mógłbym wam opowiedzieć o tym, jak uczciwym jestem człowiekiem. Mógłbym prawić, że kiedy byłem dzieckiem i dorastałem na High Street w Marblehead, nieważne w co grałem, zawsze przestrzegałem przepisów, byłem fair. Mógłbym opowiadać o honorze dziadka, który służył w marynarce wojennej, albo o tym, jak w szkole średniej sprzedawałem fałszywe bilety na wyciąg narciarski, o karze, jaką wtedy odbyłem i nauczce wyniesionej z tej historii. Nic by to jednak nie zmieniło, bo w mojej opinii decyzja o stosowaniu dopingu nie jest kwestią honoru czy charakteru. Znam wielu wspaniałych ludzi, którzy brali. Znam też wielu o wątpliwej etyce, którzy się na to nie zdecydowali.

Dla mnie liczyło się tylko to, że przez tysiąc dni byłem oszukiwany i przez ten czas nie pojawił się choćby maleńki znak, że to się zmieni. Zrobiłem więc to co inni, i to o wiele wcześniej ode mnie - dołączyłem do bractwa. Prawdę mówiąc, to oni zgłosili się do mnie. Bezpośrednio po zakończeniu wyścigu Dookoła Walencji do mojego pokoju zapukał Pedro. Mój współlokator, Peter Meinert Nielsen, był właśnie na obiedzie, więc mogliśmy porozmawiać w cztery oczy. Doktor ubrany był w to co zwykle - kamizelkę z wieloma kieszonkami, jaką zwykli noszą wędkarze. Usiadł i zadał swoje sztandarowe pytanie: "Jak leci, Tyler?". Był dobry w zadawaniu pytań. Zawsze stwarzał pozory, że faktycznie obchodzi go twój los. Więc powiedziałem mu prawdę. Wyznałem, że jestem wycieńczony, że ledwo dochodzę do prysznica. Z początku nie zareagował. Spojrzał tylko na mnie swoimi łagodnymi, smutnymi, brązowymi oczami. Chwilę później włożył rękę do swojej rybackiej kamizelki i wyciągnął małą, brązową buteleczkę. Powoli, jakby od niechcenia pokazał mi ją, odkręcił i opukał lekko palcem. W środku była tabletka, małe czerwone jajeczko.

"To nie doping - powiedział. - To dla twojego zdrowia. Pozwoli ci się zregenerować". Skinąłem tylko głową. Nadal trzymał w ręku kapsułkę. Była wypełniona płynem. "Gdybyś startował jutro, nie podałbym ci tego. Ale nie ma nic złego w tym, byś wziął to, kiedy wyścig odbędzie się pojutrze. To bezpieczne, pomoże ci nabrać sił. Twój organizm tego potrzebuje", tłumaczył. Zdawałem sobie sprawę, o czym mówi. Gdyby następnego dnia po zażyciu tabletki przeprowadzono u mnie test antydopingowy - wynik byłby pozytywny. Obaj jednak wiedzieliśmy, że badania odbywają się podczas wyścigów, a następny miał się odbyć dopiero za dwa dni. Wyciągnąłem rękę. Pedro umieścił kapsułkę w mojej dłoni. Poczekałem, aż wyjdzie z pokoju, wtedy nalałem sobie szklankę wody i spojrzałem w lustro.

To nie doping, to dla mojego zdrowia.

Dwa dni później rozpoczął się wyścig Luis Puig. Już na początku czekał nas szalenie szybki i długi podjazd, z krętą końcówką prowadzącą na szczyt. Jechałem na końcu stawki, co nie było dla mnie zaskoczeniem. Nagle jednak stało się coś dziwnego. Gdy wjeżdżaliśmy na szczyt, spostrzegłem, że z łatwością mijam kolejnych kolarzy. Nie zrozumcie mnie źle - nie stałem się nagle supermanem. Umierałem na tej górce, dawałem z siebie absolutnie wszystko. Chodzi o to, że inni umarli o wiele szybciej. Byłem w czołówce, gdy uformowała się ucieczka. Wiedziałem, co się stało.

Czerwone jajeczko, które - jak się później okazało - było tabletką testosteronu, trafiło do mojego krwiobiegu, czyniąc wiele zbawiennych zmian. Lepiej pompowało krew do moich mięśni, leczyło drobne kontuzje, poprawiało samopoczucie. Wjeżdżałem na tę górkę ulepszony, idealnie zbalansowany. Jak by to powiedział Pedro: zdrowszy. Nie jestem dumny ze swojej decyzji. Wierzę z całego serca, że byłbym silniejszy, gdybym wrzucił czerwone jajeczko z powrotem do butelki i męczył się na końcu stawki jako "paniagua". Wierzę, że gdybym zdał sobie sprawę, jaką drogę obrałem, rzuciłbym ten sport, wrócił do Kolorado, skończył college, być może zapisał do którejś z biznesowych szkół i prowadził zupełnie inne życie. Jednak nie zrobiłem tego. Wziąłem tę tabletkę, a ona zadziałała. Jechałem o wiele szybciej, czułem się zdecydowanie lepiej. Nie tylko fizycznie. Czerwone jajeczko było dla mnie znakiem nobilitacji, dowodem na to, że Pedro i reszta grupy dostrzegają mój potencjał.

Autor "Wyścigu Tajemnic": Doping? Tu nie chodzi o konfrontację "dobro kontra zło"

No i oczywiście dzięki książce poznajemy zupełnie inną twarz Lance Armstronga niż ta, którą on sam pokazywał nam przez w swoich autobiografiach, podczas batalii z rakiem. Poznajemy człowieka, dla którego liczy się w życiu tylko wygrywanie i gotów jest maszerować do celu po trupach. Nie chodzi o sam doping, którego stał się mistrzem, a jak i mistrzem kamuflażu (dowiadujemy się m.in. że dopuścił się przekupienia dyrektora laboratorium w Lozannie, by zatuszował jego wpadkę). Ale samemu szprycując się na potęgę, nie wahał się donosić do Unii Kolarskiej na najgroźniejszych rywali, że to oni coś biorą!

Jeśli zainteresowała Was książka, przetłumaczona przez mojego redakcyjnego kolegę ze sport.pl, Konrada Mazura i chcielibyście ją kupić, to w internetowym sklepie labotiga.pl dostaniecie ją ze zniżką - przy zamówieniu w odpowiednim polu wystarczy wpisać kod POLSPORT :)



17:38, francuski_lacznik , Co się wydaje
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 marca 2013

 

Złożony niemocą mecz z San Marino oglądałem z łoża boleści zamiast z trybuny prasowej, ale nawet w telewizorze zorientowałem się, że w pewnym momencie usłyszałem doping dla gości. Byłoby to nawet ujmujące, gdyby publiczność na Stadionie Narodowym chciała docenić ambicję bankowców, urzędników skarbowych, barmana, właściciela siłowni, pracownika firmy meblarskiej etc, którzy dzielnie stawili opór niedawnemu uczestnikowi Euro 2012, mało tego mało co nie zdobyli pierwszego gola od czterech lat. Niestety doping dla San Marino był szyderą wymierzoną w reprezentantów Polski, którzy rzeczywiście – jak to ujął Kamil Glik – dali dupy z Ukrainą. Ale akurat z San Marino wykonali swoje, niewdzięczne zadanie. Obyło się bez ręki Jana Furtoka, obrony karnego przez Łukasza Fabiańskiego, zrobili co musieli, choć pewnie każdy wolałby po Ukrainie wrócić do domu.

Może i nie zasłużyli sobie na takie traktowanie jakiego zaznają od swoich kibiców polscy siatkarze, którym wybaczana jest każda porażka, którzy słyszą „Polacy, nic się nie stało” nawet jeśli prowadzili 2:0, mieli piłkę meczową, a jednak wtopili. Ale siatkarze mogą też rzucić na stół worek medali z największych imprez, dla naszych piłkarzy sukcesem jest sam awans. Ale szydera z własnych zawodników, nawet jeśli zawodzą, dają z siebie za mało jak z Ukrainą czy Czechami na Euro 2012, jest dla mnie czymś niepojętym. Darek Tuzimek nazwał to na swoim blogu wręcz wieśniactwem i przegięciem. To niezrozumienie tego po co przychodzi się na mecz. Uważam, że Waldemar Fornalik zrobił krzywdę Marcinowi Wasilewskiemu, wypuszczając go w takim meczu (a zwłaszcza po takim meczu) na kilka minut, żeby dociągną do 60. występu w kadrze i wstąpił do Klubu Wybitnego Reprezentanta (inna rzecz czy ten klub ma jeszcze sens). Słusznie stwierdził gdzieś Wojtek Kowalczyk, że Wasyl powinien zagrać w kadrze jeszcze jeden mecz – pożegnalny, wraz z Jerzym Dudkiem przeciwko Liechtensteinowi. Ale wygwizdanie Wasyla przez własnych kibiców było czymś haniebnym. Ten facet wchodził na murawę z orłem na koszulce, tym samym, którzy gwiżdżący mieli na szalikach, czapkach, flagach. Co za ironia, że w mieście akurat pojawiły się plakaty z jego wizerunkiem i tytułem filmu „Będziesz legendą”. Nie w Polsce, Wasyl.


 

Nie tylko o mecz z Ukrainą, ale o kibicowanie reprezentacji na Stadionie Narodowym w ogóle. Na Euro 2012 szaleństwa nie było, ale i wpadek. Kibice podpadli mi jeszcze z Portugalią, kiedy zamiast docenić, że gra przed nimi jeden z najlepszych piłkarzy świata, gwizdali na Cristiano Ronaldo. Sytuacja powtórzyła się podczas meczu z Portugalia – Czechy. Z Ukrainą raziło mnie już nawet nie gwizdanie na własnych, nieporadnych piłkarzy ale po prostu brak dopingu. Takiego zwykłego. Jak stwierdził dobitnie na antenie TOK FM Jan Krzysztof  Bielecki żenujące było, że 57 tys. ludzi zostało przekrzyczanych przez dwa tysiące Ukraińców. Były premier przytomnie zauważył, że byłoby to nie do pomyślenia na meczu ligowym, gdzie struktura kibiców jest zupełnie inna niż na meczach reprezentacji. - Na kadrę - jak powiedział kiedyś były irlandzki pomocnik Roy Keane - przychodzą ci, którzy jedzą kanapki z krewetkami. Na spotkaniach ligowej jest dużo młodzieży. Czasem zapiekłej, czasem przekraczającej reguły gry. Ale oni nigdy by nie wymiękli. Nie chcę wymieniać klubów, ale do głowy przychodzą mi przynajmniej trzy, których fani nigdy nie wymiękają. Nawet przy wyniku 1:3 krzyczeliby tak, jakbyśmy wygrywali. Ci z krewetkowymi kanapkami przyszli jak do teatru, a że w teatrze było słabo, to się poddali i tylko zagwizdali na koniec meczu.

A mi marzą się mecze reprezentacji (ligowe zresztą też) z kibicami nie ciągnącymi oprawę bez względu na wydarzenia na boisku. Okej, ten nieustanny doping, czy nasza drużyna prowadzi 2: czy przegrywa 0:2 i właśnie traci mistrzostwo pewnie jakoś tam pomaga zawodnikom, atmosfera jest świetna. A jednak wolałbym żeby reagowali huraganowym dopingiem, gdy nasi  prą do przodu, wzdychali całymi sektorami, gdy piłka trafi w słupek, lub minimalnie go minie. Gwizdali przeraźliwie gdy tylko rywal znalazł się przy piłce. Gdyby tak było z Ukrainą, może nasi nie zostawiliby gościom aż tyle miejsca, doskakiwali natychmiast z mordem w oczach, bo przy takich trybunach inaczej nie wypada. Ostatnio coś takiego widziałem w Podgoricy. Tam ten szaleńczy doping aż niósł piłkarzy Czarnogóry, aż przekraczali oni własne bariery, mówię o tych, mniej utalentowanych od Stevana Joventića czy Mirko Vucinića. Pewnie to pozwoliło im właśnie  znów zremisować z Anglią. Oczywiście nie ma tu na myśli petard rzucanych w Przemka Tytonia, ale atmosferę iście ze stambulskich stadionów, gdzie przyjezdni po wyjściu na murawę natychmiast chcą wracać do domu, a miejscowi zaczynają czuć krew i mogą umieć mniej od swoich rywali, ale na pewno im nie odpuszczą.

Krewetkowym skrytożercom stanowcze na trybunach mówię stanowcze „nie!” Szyderę róbcie sobie w pubach i przed telewizorem, ale jeśli ktoś idzie na reprę na trybuny niech jednak pewien kodeks zachowań obowiązuje!



poniedziałek, 25 marca 2013



Boniek musi coś zrobić z Fornalikiem – pisze na pierwszej stronie Gazeta Wyborcza. Co niby miałby zrobić prezes PZPN z selekcjonerem po porażce z Ukrainą po takiej grze? Przecież nie dać podwyżkę ani przedłużyć kontrakt. Znaczy – zwolnić. W innych mediach też spekulacje na temat końca misji selekcjonera. Na antenie TOK FM w programie Przy niedzieli o Sporcie były premier Jan Krzysztof Bielecki spekulował, że Boniek może być skłonny do zastąpienia Fornalika międzynarodowym autorytetem dla piłkarzy. – Boniek może stwierdzić, że Fornalik to stare rozdanie prezesa Laty, które się nie sprawdziło, jak wiele elementów rządów tego prezesa. Więc pod rządami Bońka będzie nowy trener, który stanie się międzynarodowym autorytetem dla piłkarzy. Więc wrócimy do historii powołania Leo Beenhakkera, ale tym razem nie będzie to Holandia, a raczej jakiś półwysep. Wydaje mi się, że do tego zmierzamy. Chcąc bawić się w politykę, można powiedzieć, że mecz z San Marino będzie ostatnim Waldemara Fornalika w roli selekcjonera. Są teorie, że jeśli danemu trenerowi nie idzie, trzeba to po prostu przeciąć. Prezes Boniek jest w bardzo komfortowej sytuacji. Zostaje mu ten ostatni ruch, by odciąć się od poprzednika. Pytanie, kiedy wyciągnie tego asa z rękawa, kiedy zagra, przekonując opinię publiczną. Może zagrać po San Marino – stwierdził były premier.

Mateusz Borek, komentator Polsatu nie przesądza, że do zmiany dojdzie tuż po wtorkowym spotkaniu, ale podkreśla, Boniek ma świadomość, że taka gra reprezentacji to psucie biznesu. - Nie zamazujmy rzeczywistości: Fornalik to trener poprzedniej ekipy, namaszczony przez Antoniego Piechniczka. Boniek od lat zna zasady zawodowego biznesu: wygrywasz - jesteś dobry, przegrywasz - arrivederci. Boniek chciał dać Fornalikowi parasol, mówiąc, że mundial nie jest celem ostatecznym. Ale też widzi, że nie ma w drużynie chemii, pomysłu, taktyki, wpływu trenera na największych gwiazdorów.

Czy to dobry moment, żeby zwalniać selekcjonera, którego dopiero co – w październiku - nosiliśmy na rękach za niezły początek eliminacji i dobry mecz z Anglią na Narodowym, przegrany właściwie pechowo? Którego chwaliliśmy za otwarcie kadry na młodych jak Arkadiusza Milika, Grzegorza Krychowiaka czy Pawła Wszołka, reagowanie na to kto jest w jakiej formie, a nie trzymanie się żelaznej czternastki bez względu na wszystko. Dziś jednak eliminacje do brazylijskiego mundialu są już praktycznie przerżnięte (oczywiście istnieje jeszcze matematyczna szanse na 2. miejsce, zakładająca m.in. wygrane na Wembley i w Kijowie). Owszem, w meczu z Ukrainą selekcjoner popełnił rażące błędy:  postawił na zawodników, którzy w obecnej formie nie mieli prawa dostać szansy jak Sebastian Boenisch czy Marcin Wasilewski. Ten pierwszy przeczłapał cały mecz i miał udział przy każdej straconej bramce – Kubie Wawrzyniakowi na jego pozycji też zdarzały się błędy, ale jednak nie da się o nim powiedzieć, że nie walczył. Boenisch odpuszczał całe 90 min. Dla grzejącego ławę w Anderlechcie Wasyla Fornalik nie znalazł alternatywy, bo nie wypróbował ani Piotra Celebana ani Artura Jędrzejczyka. Nie dał im szansy podobnie jak Franciszek Smuda nie dał przed Euro szansy Kamilowi Glikowi. Może zbawili by defensywę może nie, nie wiemy tego, nie sprawdziliśmy. Selekcjoner chyba przesadnie zaufał też formie Macieja Rybusa, który po przylocie do Warszawy na mecz mówił nam, że sam jest ciekawy w jakiej jest formie po dwóch kolejkach ligi rosyjskiej. Czy z całej ławki rezerwowych to właśnie Kuba Kosecki, w wiosennej formie z Legii był idealnym remedium na odwrócenie losów spotkania.

To błędy selekcji w jednym tylko meczu, ale Boniek niestety ma rację, że nie o jeden mecz chodzi, ale kadra z każdym kolejnym –z Urugwajem, Irlandią, Ukrainą - stawia wyraźne kroki wstecz. Fornalik tak jak poprzednik nie znalazł pomysłu na wykorzystanie potencjału trójki z Dortmundu. W piątek znów przeraźliwie samotny w ataku Robert Lewandowski wracał się po piłkę na  środek zamiast warować na piłkę w polu karnym. Gdy tylko piłkę dostawał Kuba Błaszczykowski z miejsca kopało go po kostkach trzech, a czasem nawet czterech rywali – trener Ukrainy potrafił nas doskonale przeczytać i znaleźć prosty sposób, żeby wybić na futbol z głowy. Ani w tym ani w żadnych innym spotkaniu nie zaprezentowaliśmy wyćwiczonych wariantów taktycznych, które grane na pamięć dałby dobry efekt. Nadal nie mamy pomysłu ani na rogi ani rzuty wolne. Możemy narzekać, że nie mamy wybitnych piłkarzy – choć przecież w dużej mierze dzięki trzem z nich Borussia Dortmund zagra o półfinał Ligi Mistrzów – pamiętam jednak, że Leo Beenhakker potrafił na początku wykrzesać z przeciętniaków więcej niż oni sami umieli. Zwłaszcza jeśli byli do tego odpowiednio zmotywowani. Ja w piłkarzach Fornalika nie widziałem jeszcze takiego mordu w oczach ani takiej woli zwycięstwa, jak - mimo całej swej ułomności – w piłkarzach reprezentacji Czarnogóry w Podgoricy czy Ukrainy w Warszawie.  Tak jak nie widziałem w piłkarzach Smudy przed najważniejszym meczem w ich życiach – z Czechami na EURO 2012. Wraca pytanie sprzed nominacji: czy Fornalik ma wystarczający autorytet u zawodników, zwłaszcza, że gra najbardziej zagraniczną kadrą w dziejach – mecz z Ukrainą zaczynał tylko jeden ligowiec, Daniel Łukasik żeby wymóc na nich takie podejście, siłą, strachem lub miłością i oddaniem?

Nie jestem zwolennikiem zwalniania trenerów po jednym przegranym meczu i zastępowania go kandydatem wyciągniętym z kapelusza, na szybko, w emocjach. Takie działanie upodobniłoby Bońka do byłego prezesa Polonii, Józefa Wojciechowskiego. W loży prezydenckiej padło nazwisko Marco Tardellego, kolegi Bońka z czasów Juventusu Turyn, asystenta Giovanniego Trapattoniego w reprezentacji Irlandii. Nie idźmy tą drogą. Nie mam pojęcia czy Tardelli byłby dobrym czy złym trenerem dla naszej kadry, czy umiałby z drużyny wycisnąć to co udawało się Leo w latach 2006-2008. Oczekuję po prostu nie impulsywnej i ryzykownej decyzji prezesa PZPN, ale przemyślanego wyboru, popartego przeglądem kandydatów i rozmowami z nimi o wizji. Najpierw takiej czy to właściwy moment, czy czekamy do definitywnego końca eliminacji. Boniek musi podjąć wewnętrzną decyzję czy Fornalik powinien prowadzić drużynę do Euro 2016 (dokąd awans z czwartego koszyka wcale nie będzie taką oczywistością jak nam się wydawało). Jeśli nie, to czy czekać ze zmiana do października czy robić ją teraz, żeby następca zdołał ogarnąć temat.

Nazwisko Tardellego z jednej strony pozawala żywić nadzieję, że w ewentualnym przyszłym konkursie nie zostaną wykluczeni trenerzy-cudzoziemcy, a słowa Bońka, że nie wyobraża sobie by reprezentanci Polski nie mówili po polsku, nie odnoszą się do selekcjonera. Z drugiej stronie nie chciałbym, żeby na liście życzeń prezesa PZPN widnieli sami Włosi, albo jego byli zawodnicy Juventusu (chociaż Antonio Conte... ;) Żaden polski trener nie daje najmniejszego cienia nadziei, że ułożyłby z tych zawodników lepszą kadrę niż Fornalik.


sobota, 23 marca 2013

 

- Trzeba to powiedzieć wprost: daliśmy dupy. Ukraińcy jeździli na dupach, jak szli to trawa aż fiurgała. Bardziej im zależało niż nam – powiedział mi po porażce z Ukrainą Kamil Glik. Artur Boruc – najmniej winny piątkowej klęski - zastrzegł, że wygrywają i przegrywają jako zespół, więc nie będzie nikogo wytykał palcem, ale niektórym zabrakło ambicji i charakteru. - Nie można tak grać u siebie! – mówił, a któremuś z kolegów powiedział, że honor zostawili w szatni. O braku zaangażowania przeciwko grającym jak o życie Ukraińcom mówił też Grzegorz Krychowiak. I w tym tkwi sedno tej porażki. W starciu z Ukrainą nie byliśmy bezradni z powodu niższych umiejętności, gorszej techniki i rozwiązań taktycznych jak w meczu z Hiszpanią (nota bene wczoraj w Gijon mistrzowie świata i Europy stracili punkty z Finlandią, która wyrównała w końcówce). Ukraińcy popełniali błędy tak jak i Polacy, ich bramkarz Pjatow wypuszczał piłkę z rąk, wykopywali piłkę bez pomysłu przed siebie, tracili ją.

Jak się okazało, słabi trafili na jeszcze słabszych. A raczej równie słabych, ale jeszcze mniej zaangażowanych. Bo Ukraińcom - jak to ujął Kamil – chciało się jeździć na dupach. Jak przystało na facetów walczących o wyjazd na mundial w Brazylii. Nasi zaś wyglądali tak, jak wygląda zespół, który przyjechał na niechciany mecz towarzyski w zimnej temperaturze: zagrajmy go i jak najszybciej zapomnijmy. Niestety, bolesny ślad tej klęski widnieje w tabeli naszej grupy. Na papierze o odmiennym podejściu obu drużyn do meczu świadczy dysproporcja w ilości żółtych kartek. Na boisku wystarczyło, że dużo więcej biegali i cięli naszych równo z trawą. Gdy tylko któryś z naszych dostał piłkę, ostro wchodził w niego rywal, na granicy ukarania kartką. Uderzenie w mięsień przy tak zimnej temperaturze nie jest przyjemne. Że brzydkie to, mało wyrafinowane, niesportowe. Na Anglię, Niemcy czy Szwecję może byłoby za mało. Na nas wystarczyło.

Dlatego mniej mnie zajmuje kwestia czy słusznie Radek Majewski zaczął w pierwszym składzie, czy Kuba Wawrzyniak nie dałby się tak dziecinnie ogrywać jak Sebastian Boenisch. Patrząc na grę Ludo Obraniaka w drugiej połowie nie miałem poczucia, że grając od pierwszej minuty zbawiłby kadrę (choć być może lepiej egzekwowałby stałe fragmenty).  Nie mam pretensji do Waldemara Fornalika za pięć zmian w porównaniu z meczem z Anglią, za sięgnięcie po drugoligowca z Championship, za postawienie na młodych (na pewno nie za młodych, choć mało doświadczonych), wybijających się w szarzyźnie Ekstraklasy jak Daniel Łukasik czy Kuba Kosecki. Ani za postawienie na siedzącego ostatnio głównie na trybunach Marcina Wasilewskiego - czy rezerwowy Betisu Damien Perquis zagrałby o niebo lepiej niż rezerwowy Anderlechtu? Czy zagrali kosztem pominięcia naprawdę dużo lepszych i piłkarzy, którzy daliby odrobinę większą nadzieję na sukces?

Problem w zbyt słabym zmotywowaniu piłkarzy do walki – trener sam się dziwi czemu jego zawodnicy grali aż tak czysto. Problem w chaosie taktycznym utrwaleniu klarownych schematów gry, które w trudnych chwilach dałyby szansę na sukces. Ukraińcy mieli takie schematy dwa, co przy ich determinacji i strzelili trzy gole. U nas, ostatni raz miałem takie poczucie za wczesnego Leo Beenhakkera z eliminacji do Euro 2008, że dzięki tchnięciu w naszych piłkarzy wiary i podaniu na tacy kilku rozwiązań, zagrali oni dużo lepiej niż potrafili i sami wierzyli, że umieją.

wtorek, 19 marca 2013

Przyznam, że sporo meczów widziałem w życiu, ale nie przypominam sobie takiego obrazka jak ze spotkania Podbeskidzie - Śląsk Wrocław: zawodnik zdobywa w doliczonym czasie, pięknym strzałem z woleja gola na wagę punktu, chroniąc tym samym mistrza Polski i jednego z kandydatów do tytułu przed kompromitacją w starciu ze spadkowiczem (już prawie) i zostaje kompletnie zlany przez kolegów. Z gratulacjami, poklepać strzelca po plecach biegnie tylko Eric Mouloungui. Widocznie nikt nie wytłumaczył Gabończykowi co jest grane, że tego kolesia się bojkotuje. Najwyraźniej nikt nie przewidział, że Łukasz Gikiewicz może zdobyć bramkę - to jego pierwszy gol na wiosnę i zdaje się, że dopiero trzeci w sezonie. Trudno, żeby było więcej. Zdumiewający był już sam fakt, że w ogóle zagrał, mimo jawnego wykluczenia przez resztę zespołu, w czym musiał się zorientować nawet trener-cudzoziemiec, który tę dramatyczną decyzję podjął patrząc na przeraźliwie słabego Cristiana Diaza, a z Johanem Voskampem musi być zapewne jeszcze gorzej.

Oczywiście przyczyny bojkotu Gikiewicza są wszystkim znane - zawodnicy Śląska nie akceptują go, po tym jak podkablował Patrika Mraza, który przyszedł na trening pod wpływem alkoholu, przez co ze Słowakiem natychmiast rozwiązano kontrakt. Nawet jeśli zrobił to niechcący, wkurzony indolencją kolegi na treningu, to zbyt głośno i stało się. Objął go ostracyzm. Koledzy z drużyny uznali go za donosiciela, kapusia, konfiturę - jak mawia Artur Szpilka... - Kto się wyłamuje, ten jest eliminowany - tłumaczył kapitan Śląska, Sebastian Mila. Przestali mu podawać rękę, kazali jemu i bratu przebierać się oddzielnie, próbowali wymóc na prezesie klubu transfer (Gikiewicz był bliski odejścia do GKS Bełchatów, ale sprawa upadła po odejściu Michała Probierza). Z tego, co słyszałem piłkarze sami ustalili karę grzywny za podania do Gikiewicza na treningach, nie wiem czy nadal obowiązuje, mam nadzieję, że Waldemar Sobota nie będzie musiał wyskoczyć z kilku stów za tę asystę - zdaje się, że nie mierzył do banity, ale posłał piłkę na aferę w pole karne.

Nie mam pojęcia czy piłkarze przesadzają z bojkotem czy też mają rację i święte prawo do niego, bo nigdy nie byłem częścią żadnej szatni, więc nie potrafię ocenić. Wiadomo, że są szatnie, z których na zewnątrz nie wydostaje się nic co się w nich dzieje, albo jeśli już to po wielu latach. Nie ma dla mnie znaczenia poziom sportowy Gikiewicza, ani nawet to, że wcześniej w meczu z Podbeskidziem bezczelnie przysymulował faul w polu karnym (jedenastki nie wykorzystał Mila, ponieważ jego metodę wykonywania karnego sprzedał bramkarzowi gości były piłkarz Śląska, Dariusz Pietrasiak, ale nikt nie nazywa go zdrajcą, sprzedawczykiem, bo już jest częścią innej szatni). Po prostu to niesamowicie smutny obrazek, kiedy drużyna nie cieszy się z ważnego gola, nie chce pogratulować strzelcowi. Dzieje się tak czasem, gdy gol jest honorowy, na 1:4 albo 1:6. Albo kiedy drużynie z różnych względów - ale przeważnie tych, o których myślimy - nie zależało na wygranej. Łukasz Gikiewicz musi mieć niezwykle silny charakter i wsparcie w bracie, żeby nadal grać w Śląsku i jeszcze strzelać ważne bramki. Inni straciliby motywację, a jeszcze wcześniej nerwy.

Ciekaw jestem czy ten bojkot jest dożywotni? Mila stwierdził na oficjalnej stronie klubu, że odetchnęliśmy, kiedy Łukasz zdobył gola, czy mu wybaczą czy Bóg wybacza, drużyna nigdy? Czy gdyby kiedyś np. Mila z Gikiewiczem spotkali się na zwijce w innym kiciu, to znów pierwszy kopsnąłby wianek, że tamten chleje fąfli? 



00:59, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (23) »
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie