środa, 01 maja 2013

Borussia Dortmund zagra w finale Ligi Mistrzów na Wembley! Ależ jej piłkarzom musi smakować ten awans! Coś co wydawało się formalnością po pierwszym spotkaniu, musiało zostać wyszarpane w tak dramatycznych okolicznościach. Tak właśnie przewrotny jest futbol. Realowi do sprawienia cudu zabrakło tak niewiele. Jak napisał ktoś na Twitterze, Borussia mogła zostać z czterema golami Robert Lewandowski jak Jan Himillsbach z angielskim. I jego pudła na Santiago Bernabeu śniłyby mu się do końca kariery jak będą się zapewne śnić cztery gole na Westfalenstadion. Piłkarze Realu, do których po porażce w Dortmundzie ich właśni kibice skandowali na lotnisku Mniej milionów, więcej jaj! pokazali w rewanżu wszystko to, czego im wówczas zabrakło: nie tylko cojones, ale i łokcie (co odczuł zwłaszcza Lewandowski), serce do walki i wreszcie pomysł jak skruszyć mur Borussii (jako najsłabsze ogniwo zdiagnozowali Marcela Schmelzera). Remontada odpaliła i gdyby nie rażący na tym poziomie brak skuteczności, po pierwszych 25 minutach powinni byli prowadzić dwoma, trzema bramkami. Czy brak tego choćby jednego gola mimo nawałnicy mieczy aż tak bardzo podciął im skrzydła, że aż do dramatycznej końcówki remontada została zawieszona? Paradoksalnie Borussii pomogła kontuzja Mario Goetze, bo w tym spotkaniu chodziło głównie o nie stracenie trzech goli, a Kevin Groskreutz jako mniej kreatywny zawodnik skupił się na pomocy Schmelzerowi na lewej stronie. Podobnie jak Kuba Błaczykowski - Łukaszowi Piszczkowi na prawej.

Ten ostatni był jednym z najlepszych zawodników meczu, nie do końca zdrowy (decyzja o jego grze zapadła w ostatnim momencie) po raz kolejny sprawił, że Cristiano Ronaldo był zupełnie niewidoczny. Co prawda Portugalczyk też nie był w 100 procentach sprawny, ale jeśli ktoś mógł przechylić losy remontady to przecież właśnie on. Marca w dniu meczu pisała, że Lewandowski to El Primero de los Mortales - najlepszy zawodnik ze śmiertelników, tu za nieśmiertelnymi herosami Leo Messim i Ronaldo. Zobaczyliśmy jednak zawodnika, który na pewno chciał, ale po prostu kolejny raz nie miał swego dnia. Czy do Lewandowskiego można mieć podobne pretensje o nieskuteczność? Przy strzale w poprzeczkę zabrakło mi odrobiny szczęścia i milimetrów. Nie zgadzam się z bzdurnymi tweetami, które odebrałem podczas meczu, że miał formę z Dortmundu przenieść do reprezentacji, a tymczasem formę z kadry przeniósł do Borussii. Miał trudnej (i będzie miał w każdym kolejnym meczu), piłkarze Mourinho dobrze odczytali pretensje trenera, że w pierwszym meczu nie był w ogóle faulowany. Ale nie pamiętam meczów reprezentacji, które opuszczałbym w poczuciu, że Lewy powinien był zdobyć hat-tricka.

Mimo dramatycznej końcówki, nikt chyba w Madrycie nie ma złudzeń, że w finale zagra drużyna lepsza, która bardziej sobie na to zasłużyła. Przesądziła postawa w pierwszym meczu. Nawet pretensje Jose Mourinho do Howarda Webba, że nie wyrzucił z boiska Matsa Hummelsa za ewidentny faul, nie brzmią jak pretensja do Ovrebo, Busakki czy Starka. Zwłaszcza, że musiał zdawać sobie sprawę, że tylko dzięki życzliwości Webba do końca meczu dotrwał Sergio Ramos.

Niesamowite, ze to właśnie Lewandowski czterema golami w Dortmundzie, jego koledzy z Borussii i Juergen Klopp przypieczętowali koniec przygody Mourinho z Realem. I dziś oceniamy rozmiary jego klęski. Rafał Stec napisał na blogu, że Portugalczyk skarlał w Madrycie, mimo, że właśnie tutaj dostał do prowadzenia najlepszych piłkarzy świata, a przynajmniej w swej karierze. Ma rację, że Mourinho przegrał wszystkie konfrontacje z Kolppem, że dał się przechytrzyć, niczego na Borussię nie wymyślił i nawet ewentualny trzeci gol, dający Realowi awans do finału byłby skutkiem spowijającego boisko chaosu, a nie planu gry czy trafnego strategicznego ruchu trenera. Ani tym bardziej – logiczną konsekwencją przebiegu wydarzeń.



Nie zgadzam się jednak z opinią, że odchodzący po sezonie do Chelsea (gdzie go kochają), zostawia po sobie w Madrycie niewiele. Jeden triumf w lidze hiszpańskiej, jeden w krajowych pucharze, trzy niepowodzenia w półfinale Ligi Mistrzów. Sukcesiki w ilościach homeopatycznych, trzeba dużego wysiłku woli, żeby uwierzyć, że w ogóle były. Myślę, że trzeba jednak docenić przełamanie dominacji Barcelony w La Liga, bo była to przecież jeszcze ta wielka Barcelona Pepa Guardioli, na którego jako jedyny trener świata wreszcie znalazł sposób i to nie sięgając jak przy poprzednich próbach po antyfutbol. Nigdy się nie dowiemy na ile tamten przegrany sezon przyczynił się do decyzji Guardioli o konieczności wzięcia urlopu i wygnał z klubu, który kocha nad życie. Można by rzecz, że Mourinho zaczął demolować Barcę before it was mainstream, także w tym sezonie rozbił ją na Camp Nou w Pucharze Króla zanim to zrobił u siebie Bayern.

Choć celem była mityczna Decima, czyli 10 Puchar Europy dla Realu (i Tercima, czyli trzeci triumf w Lidze Mistrzów z trzecią kolejną drużyną dla niego) i pod tym względem Mourinho zawiódł. Ale jak bardzo zawiódł, skoro po latach odpadania królewskich w 1/8 finału, w każdym z trzech sezonów grał w półfinale? Oczywiście dla człowieka tak owładniętego obsesją wygrywania jak Mourinho drugie miejsce zawsze jest ostatnim, najgorszym. Ale ja naprawdę zapamiętam mu z pobytu w Realu więcej niż tylko palec w oku Tito Vilanowy, manitę na Camp Nou, polowanie na nogi piłkarzy Barcelony, pyskówki o mafii sędziowskiej UEFA i spisku UNICEF, konflikt z Ikerem Casillasem etc.

Nie podzielam też obaw Michała Okońskiego, że Roman Abramowicz oglądając mecze Realu powinien to sobie dobrze przemyśleć, zanim zacznie snuć wielkie nadzieje z powrotem Portugalczyka do Chelsea i Premier League. Oczywiście, że wraca inny Mourinho niż ten, który przychodził z FC Porto, ale czy gorszy? Nawet jeśli nie powie na wstępie jak wówczas, że jest Najlepszy i Wyjątkowy. Jak Michał Zachodny jestem przekonany, że wyciągnął wnioski z niepowodzeń jakie go spotkały w między czasie, bojów z mediami, piłkarzami, działaczami, sędziami. Sam mówi, że wraca tam gdzie go kochają, od dawna powtarzał zresztą o swoim sentymencie do Premier League. Wg mnie Anglia jest dla niego tym, czym Matka Ziemia była dla mitycznego Anteusza. Zyska siłę z każdym stąpnięciem, każdym meczem, treningiem, konferencją prasową... Jeśli gdzieś znów może stać się Wyjątkowy, to właśnie tutaj.

O największym wygranym półfinału, czyli Jurgenie Kloppie, któremu trzeba oddać co boskie i cesarskie (ups, Franz Beckenbauer nie byłby zachwycony) w następnej notce...


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Mamy 90 minut na Remontadę. W piłce nożnej wszystko jest możliwe - stwierdził na konferencji prasowej Jose Mourinho przed rewanżowym półfinałem Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund. W całym Madrycie panują nastroje remontady, czyli odwrócenia nieprzychylnych losów, bo też i nie raz w przeszłości Królewscy potrafili tego dokonać. Kibice i media apelują o ducha Juanito, legendarnego Juana Gomeza Gonzaleza, który w 1986 roku pomógł Realowi przejść w Pucharze UEFA Borussię Moenchengladbach po porażce na wyjeździe 1:5 i wielokrotnie potrafił na Santiago Bernabeu przegonić widmo nieuchronnej klęski. Żeby wspomóc kolegów duchowo przed najważniejszym meczem dla Realu w ostatnich dziesięciu latach (Mourinho) do Madrytu przybywa Raul, który wyprosił urlop u szefów swego Al Sadd. Podbudowuje ich inna legenda, Alfredo di Stefano, przekonując, że wystarczy, żeby po prostu zagrali swoje, bo Real z natury rzeczy jest zdolny do rzeczy wielkich.

Tym bardziej, że Realowi do awansu do finału nie jest potrzebny cud. Cud to musiałby się wydarzyć w środę na Camp Nou, że w finale zagrała Barca, Królewskim wystarczy co najwyżej cudzik, nic wielkiego na miarę wskrzeszenia Łazarza. Mała życzliwość losu z gatunku the Nani situation. Wyobraźmy sobie podobny scenariusz jak na Old Trafford, tylko jeszcze w pierwszej połowie, najlepiej w pierwszym kwadransie (w drugiej mogłoby być za późno): Roman Weidenfeler (albo Mats Hummels - po jego zaćmieniu na Westfalenstadion obstawiałbym, że prędzej on) zostaje wyrzucony z czerwoną kartką, a Real dostaje rzut karny. Który wykorzystuje Cristiano Ronaldo. 45-60 minut na strzelenie dwóch goli? Żadne mission:impossible.

Nuestra fuerza eres tú(Naszą siła jesteś Ty) - specjalną kampanią skierowaną do kibiców próbuje tchnąć w nich wiarę RealmadridTV. - Tylko u twojego boku to osiągniemy - przekonuje Ronaldo.

Żeby Operation 3:0 udała się, potrzebne będzie nie tylko wsparcie fanów, skuteczność Cristiano Ronaldo, a może wreszcie i napastników Realu, ale także zachowanie czystego konta, czyli  powstrzymanie Roberta Lewandowskiego. Nie ma już co wspominać magicznego wieczoru Polaka sprzed tygodnia na Westfalenstadion, ale i jesienią się na Bernabeu też się nie udało. Tym razem zadbać o to ma osobiście Sergio Ramos, który przesunie się z boku na środek, ośmieszony przez napastnika Borussii Pepe wraca na ławkę rezerwowych.

A ja zastanawiam się czy w tym konkretnym przypadku nie przydałaby się jeszcze jedna zmiana: w bramce. Nie dlatego, żebym obwiniał Diego Lopeza o wielką winę przy którąkolwiek z czterech bramek. Ale dlatego, że w takim momencie jak nigdy przypadałby się charyzma i doświadczenie kapitana Realu, mistrzów świata i Europy. Kto jak nie od stworzony jest by pomóc całej drużynie w najważniejszym meczu Realu w ostatnich dziesięciu latach (że przypomnę słowa Mourinho). Niestety sytuacja w szatni, stosunki między trenerem i piłkarzem (i jego kobietą), to że nie Ikerowi Casillasowi nie dano wrócić wcześniej, że właściwie nie wiadomo w jakiej jest formie, czy już swojej dawnej czy nadal tej z nieudanej jesieni, raczej czyni ten pomysł niemożliwym. W przeciwieństwie do remontady, która jest możliwa. Ale brak tak kluczowej figury w Operacji 3:0 może skazać ją na niepowodzenie.

 

 



piątek, 26 kwietnia 2013

Wyobrażam sobie jaka frustracja musi obecnie panować w Borussii Dortmund. Nie dość, że Mario Goetze został wrogo wykupiony przez najgroźniejszego rywala, to jeszcze w ślad za najprawdopodobniej podąży Robert Lewandowski. Również wbrew woli władz klubu. Wyobraźmy sobie, że przed finałem Ligi Mistrzów w Moskwie w 2008 okazuje się, że to ostatni mecz Cristiano Ronaldo i Wayne’a Rooney’a w barwach Manchesteru United, ponieważ obaj przechodzą do Chelsea. Bayern co prawda wydał oświadczenie, że wcale nie ma umowy z Polakiem, ale w przeciwnym razie zostałby ukarany za negocjacje z piłkarzem klubu, z którym ma więcej niż rok do końca kontraktu. Z przecieków z najróżniejszych źródeł i mediów wynika, że Lewandowski nie dość, że dogadał jeden kontrakt z Bawarczykami to i drugi z ich sponsorem - Adidasem (update: zadzwonił Maciej Lasoń z Nike Polska i sprostował, że kontrakt mają ważny kontrakt z Robertem i swojej Perły na pewno nie oddadzą, bez względu na to do jakiego klubu odejdzie).

Sfrustrowany Juergen Klopp zaatakował w mediach Czarka Kucharskiego, który przecież musi kierować się interesem piłkarza, a nie klubu. Nikt nie bronił Borussii dać Lewemu podwyżki, a o którą jego agenci się upominali dwa lata i zarobków na poziomie Goetze i Marco Reusa, czyli 4,5 mln euro. Przedłużyłby kontrakt i dziś nie byłoby sprawy. Nieoficjalnie wiadomo, że po ogłoszeniu, że odchodzi Goetze, władze Borussii zaoferowały Lewemu kontrakt jakim chciały przytrzymać reprezentanta Niemiec - 7,5 mln euro za sezon - ale on go odrzucił. Moim zdaniem słusznie i logicznie.

Lewandowski musi odejść z Borussii! Lepszego momentu nie będzie! Jest na gigantycznej fali. Gdzie nie przyjdzie, wkroczy w glorii tego, który upokorzył Real, który dokonał czegoś, czego nie dokonał nikt przed nim. A może także króla strzelców Bundesligi i Ligi Mistrzów? Jego transfer wywoła euforię kibiców (w Football Managerze wyświetliłby się komunikat, że sprzedaż koszulek znacząco rośnie;). Od razu miałby lepszy status na wejściu. Przez rok, w którym nadal grałby w Borussii wiele mogłoby się zdarzyć - czego absolutnie Lewemu nie życzę! - np. przewlekła kontuzja, ktoś inny strzeli pięć goli Realowi w półfinale Champions League, przykrywając jego wyczyn, albo po prostu spadnie mu forma, jak dajmy na to Pawłowi Wszołkowi po niedoszłym transferze do Hannoveru ‘96.

Oczywiście smutna historia Fernando Torresa uczy nas, że nawet najlepszy napastnik świata może nie odnaleźć się w nowym otoczeniu, ustawieniu, wśród nowych kolegów itd. i będzie sobie powtarzał co noc: dlaczegóż, ach, odszedłem! Ale też może przecież pójść drogą Robina van Persie, który w Manchesterze United odnalazł się znakomicie, stając dla Czerwonych Diabłów kluczem do odzyskania mistrzostwa z łapsk lokalnego rywala.

Moim zdaniem decyzja Lewandowskiego o odejściu z Borussii do Bayernu (czy Realu Madryt lub Manchesteru United, bo wciąż nie możemy tego wykluczyć) byłaby tak samo logiczna jak odejście Holendra, ponieważ Borussii jest bardzo blisko do Arsenalu. Na pozór brzmi to jak herezja - bo przecież Borussia to niedawny dwukrotny mistrz Niemiec, który za chwilę zagra w finale Ligi Mistrzów. Ale Arsenal też jeszcze niedawno grał w półfinale, a w jego składzie hasali tak znakomici piłkarze jak van Persie, Cesc Fabregas, Samir Nasri, Emmanuel Adebayor, Gael Clichy. Wszyscy odeszli zniechęceni polityką finansową klubu, nie pozwalającą im zarabiać tyle ile u rywali. Z jednej strony te kominy płacowe sprawiają, że klubowe finanse są zdrowe, nie ma długów, jest za to wspaniały stadion i drugie na Wyspach wpływy z dni meczowych. Ale kosztem jest brak sportowego sukcesu od siedmiu lat i krwotok największych gwiazd. Dziś w Arsenalu nie został ani jeden piłkarz, o którego chciałby się bić kluby z europejskiej czołówki.

Niestety przykład z wykupieniem Goetze przez Bayern pokazuje, że Borussia podąża tą samą drogą, klubu który świetnie wychowuje, wylansowuje zawodnika i traci na rzecz bogatszych, silniejszych. Jak Lewandowski, facet który strzelił cztery gole Realowi, jest liderem strzelców Bundelsigi, już rok temu został wybrany Najlepszym Piłkarzem Sezonu, może zarabiać 1,5 mln euro? Poza tym odszedł Goetze, za chwilę, choć on akurat nie do Bayernu, odejdzie Mats Hummels, może i İlkay Gündoğan. Przy tej polityce klubu są oni dla niego po prostu za dobrzy i za drodzy. Ciężko będzie Borussii rywalizować z Bayernem Pepa Guardioli, ciężko będzie powtórzyć taki sezon w Lidze Mistrzów, mimo geniuszu i pasji Kloppa.

Ps: Jak dobrze móc wreszcie pisać o transferze Lewego bez oskarżeń o podniecanie się niewiadomoczym, bicie piany przez zakompleksiałego polskiego dziennikarzynę, oszołoma zafiksowanego na punkcie śmiesznego kopacza albo wręcz pozostającego w układzie z agentem piłkarza. Zdecydowanie jest się czym podniecać i o co bić pianę:) Walczą o niego naprawdę największe kluby Europy, w tym wszyscy czterej półfinaliści Ligi Mistrzów (Borussia żeby został) oraz Manchester United. Piszę, wszyscy, bo w Marce piszą, że byłby odpowiedzią na impotencję Karima Benzemy i Gonzalo Higuaina, bo jest od nich lepszym piłkarzem, na czołówce katalońskiego Sportu widnieje dziś tytuł: ¡Atención. Lewandowski wciąż do kupienia! W artykule dziennikarze atakują Guardiolę i dyrektora sportowego, Andoniego Zubizarettę, że każdy głupi mógł kupić za ciężkie miliony Zlatana Ibrahimovicia, ale wysoce opłacani profesjonaliści powinni byli wypatrzyć polską perełkę kiedy jeszcze kosztowała ona 4 miliony. W środku jest sześć tekstów o Lewandowskim, w tym i przekonujący, że o wiele bardziej przydałby się Barcy niż Neymar, a jego transfer mniej ryzykowny...





czwartek, 25 kwietnia 2013

 

Wiedzieliśmy o Lewandowskim absolutnie wszystko, przestudiowaliśmy go ze wszystkich stron, dokładnie go rozpracowaliśmy, a jednak pozwoliliśmy mu strzelić aż trzy gole (tego z karnego nie liczę) - stwierdził na gorąco tuż po meczu Jose Mourinho. Media niemieckie, hiszpańskie, oczywiście polskie i wszystkie światowe pełne są pochwał dla Roberta. Cztery gole w półfinale czy finale Pucharu Europy zdobył tylko legendarny Ferenc Puskas w 1960 roku, nikt dotąd nie ustrzelił przeciwko Realowi Madryt w europejskich pucharach nawet hat-tricka, a co dopiero quat-trika, nigdy żadna drużyna Mourinho nie dała sobie wbić w Lidze Mistrzów aż czterech bramek. Ale to właśnie słowa The Special One powinny być dla Polaka największą nagrodą i wyróżnieniem. Bo dotąd słowa wiedzieliśmy o nim wszystko, ale co z tego, jest nie do powstrzymania zarezerwowane były po meczach tylko dla piłkarzy klasy Leo Messiego czy Cristiano Ronaldo, a i im nigdy nie udało się dokonać tego w meczu o taką stawkę. A tu jeszcze wypowiedział je jeden z najlepszych trenerów świata, najgenialniejszych taktyków, który wielokrotnie potrafił znaleźć sposób i na Messiego i na Ronaldo (w czasach Chelsea czy Interu) i na każdego kogo chciał. Może się okazać, że to właśnie Robert zniweczy największe marzenie Mourinho o trzecim triumfie w Lidze Mistrzów z trzecią kolejną drużyną po Porto i Interze i sprawi, że jego madrycka misja zakończy się klęską (mimo odebrania Barcelonie mistrzostwa w ubiegłym sezonie). I odsunie w czasie marzenie Królewskich o Decimie, czyli dziesiątym Pucharze Europy. Na dziś wszystko wskazuje na to, że zamiast El Clasico w finale Ligi Mistrzów odbędzie się DER KLASSIKER, a Niemcy w końcu dokonają udanej inwazji na Londyn (okazuje się, że najważniejsze jest  po której stronie walczą Polacy).

Wyczyn Lewandowskiego, choć półfinałowy, można położyć chyba na tej samej półce co wywalczony karny przez Zbigniewa Bońka w finale Pucharu Europy na Heysel, który dał gola i zwycięstwo Juventusowi z Liverpoolem czy pamiętny Dudek Dance w bramce stadionu w Stambule w zwycięskim finale z Milanem w 2005 roku. Boniek najwyraźniej musiał pomyśleć podobnie, skoro na Twitterze symbolicznie przekazał Lewemu swój boiskowy przydomek Bello di Notte (piękność nocy).


Jeszcze bardziej niesamowite jest to, że nie był to jednorazowy wybryk, nagły błysk geniuszu, który równie gwałtownie zgaśnie, coś jak pięć goli Olega Saleniki na mundialu w USA w 1994 czy cztery Dado Pršo dla AS Monaco w wygranym 8:3 meczu Ligi Mistrzów z Deportivo La Coruña. Ani też efekt jednorazowej niemocy rywala, zdziesiątkowanego plagą kontuzji, pozbawionego gwiazd. Lewy ogrywał najlepszych obrońców świata, Pepe i Rafaela Varane’a, który dopiero co zasłużenie zyskał status objaniwnia. I robi to drugi sezon z zabójczą regularnością, tylko tym razem także i w Champions League. W 43 meczach w tym sezonie miał udział przy aż 45 golach! (35 strzelił, 10 razy asystował).

Do tego jeszcze dokonał tego w najtrudniejszym dla Borussii okresie, gdy wybuchła afera z ujawnieniem kontraktu ukochanego wychowanka Mario Goetze. Trener Juergen Klopp stawał na głowie, żeby zażegnać kryzys, apelując przed meczem do kibiców o doping i wsparcie, prosząc, by ci, którzy nie są w stanie powstrzymać żalu i złości raczej oddali bilet, jeśli mieliby dawać odczuć Mario co czują po jego decyzji. Znając sytuację i wiedząc jak wielki postęp zrobił Real od jesiennych meczów grupowych, nikt nie miałby do piłkarzy Borussii najmniejszych pretensji, gdyby nie sprostali prącemu po mityczną Decimę rywalowi. Najwyraźniej jednak Goetze aż tak bardzo nie przejął się całą sprawą (mimo, że w szkole zaatakowano z jego powodu młodszego brata, a przed Westfalenstadion podarto kilka koszulek), grał o wiele bardziej skoncentrowany niż np. Mats Hummels. Za to Lewandowski za każdym razem wykazywał się w polu karnym i wielkim sprytem i niezwykle chłodnym umysłem. Zero emocji okazał także po spotkaniu w wywiadzie z Segiuszem Ryczelem (kto z nas nie ryczał tego wieczoru razem z nim, ręka do góry, oprócz zdeklarowanych kibiców Realu?). Przez twarz ledwo przemknął mu uśmiech, pełna koncentracja na rewanżu za tydzień.

Wielu polskich kibiców od dawna irytowały kolejne spekulacje do jakiego klubu odejdzie Lewandowski, Bayern, Manchester United, City, Chelsea, Real, a dlaczego nie Barcelona. Dziś chyba nikt nie ma wątpliwości, że powinien chcieć go każdy klub, właśnie z dlaczego nie Barceloną na czele. Jeśli prawdą są stare przecieki i najnowszy, jaki dał agent Juppa Heynckesa, Lewy podobnie jak Goetze już dogadał się z Bayernem. Jeśli tak, patrząc na historię z Goetze, Bild ogłosi ten transfer tuż przed finałem Bayern - Borussia na Wembley, zwłaszcza, że Polak już ustrzelił hat-tricka przeciwko Bawarczykom w jednym finale. Jednak po środowym wieczorze kibice Borussii chyba mu wszystko. Zwłaszcza, że nie ma dziś chyba piłkarza, który nie chciałby wziąć udziału w projekcie Bayern. Tylko nie każdy sobie zasłużył. Bo jeśli Lewandowski może stać się jeszcze lepszym piłkarzem to po Oxfordzie z Kloppe, dzięki Harvardowi z Pepem Guardiolą. Klopp pewnie też mu wybaczy, żartował przecież tłumacząc decyzję Goetze, że nie ma 15 centymetrów mniej i nie mówi po hiszpańsku. W środę wieczór do historii przeszła cała Borussia Dortmund, a z nią także jej trener, drugi największy wygrany tego wieczoru po Lewandowskim.



poniedziałek, 22 kwietnia 2013



Oczywiście Luis Suarez przegiął wpijając zęby w przedramię Branisława Iwanovića w niedzielne popołudnie. Oczywiście zdaje sobie z tego sprawę: przeprosił już piłkarza Chelsea telefonicznie, z pokorą przyjął grzywnę od Liverpoolu i zapowiedział, że przekaże na cele charytatywne, skruszony (szczerze czy nieszczerze) czeka na karę zawieszenia (bukmacherzy stawiają, że raczej na 7 meczów niż 5). Oczywiście to nie jego pierwszy wybryk na boisku ale kolejny z całej serii: dopiero co w meczu reprezentacji Urugwaju walnął obrońcę piąchą w twarz, jeszcze w czasach gry w Ajaksie pobił się w szatni z Albertem Luque (dziś kumplem) i ugryzł Otmana Bakkala z PSV (więc już wtedy żeby go świerzbiały - dostał wówczas 7 meczów zawieszenia). Na Wyspach zasłynął aferą z rasistowską obelgą pod adresem Patrice'a Evry, choć żadnym rasistą nie jest, ot, boiskowa wymiana uprzejmości: złośliwe negro na równie pogardliwe sudaco (Amerykańcu południowy). Ale i odmową podania ręki Francuzowi gdy znów się spotkali na boisku. A także kilkoma próbami wymuszenia karnych i wolnych, pokazaniem środkowego palca kibicom Fulham. Ale - o czym nie można zapomnieć - fantastyczną, przebojową grą, finezją, cudownymi podaniami i przede wszystkim gradem goli. To nie przypadek, że o tytuł Najlepszego Piłkarza kończącego się sezonu może z nim rywalizować tylko magiczny (zwłaszcza w końcówce) Garteh Bale. To nie przypadek, że stracił na chwilę rozum i ugryzł Ivanovića w tym samym meczu, w tórym jego gol i asysta uratowały Liverpoolowi punkty.

Wszystko te występki Suareza biorą bowiem z tego, że jest on - jak nazywają takich typków w Urugwaju - picaro. Opisał to w świetnym tekście Paweł Wilkowicz na łamach Rzeczpospolitej przed meczem ubiegłorocznym Polska - Urugwaj. Picaro to drań, ale taki z powieści łotrzykowskich: trudno go nie lubić, choć się ciągle ociera o kryminał i lekceważy wszystkie normy. Oszukuje, czaruje, idzie w zaparte, nawet jak go złapią na gorącym uczynku. Złapany za rękę przekonuje, że to nie jego ręka. Wszystko zrobi, żeby jego było na wierzchu. Jak przeprasza, to i tak swoje wie. Kto go dobrze traktuje, nie musi się niczego bać. Ale niech mu ktoś nadepnie na odcisk. Picaro jest niskiego pochodzenia, bezczelny, pokłócony z niesprawiedliwym światem i nigdy się nie zmienia. Kto się urodził picaro, ten umrze picaro, choćby sobie wywojował bogactwo i sławę. Latynosi takich awanturników uwielbiają. Reszta świata, zwłaszcza zachodniego – tylko jeśli ma ich po swojej stronie. I dlatego Luis Suarez wszędzie, gdzie się pojawiał, dzielił.

(...) Suarez to jedno z sześciorga dzieci portiera Rodolfo i jego żony Sandry. Wychowywał się na ulicy. Jak wspomina jego starszy brat Paolo, gwiazda ligi Salwadoru, grali na byle czym i przerywali tylko na jedzenie, o ile jedzenie było. Ojciec szybko porzucił rodzinę, matka wynajmowała się do sprzątania, żeby w domu były jakieś pieniądze, ale od głodu ratowała ich tylko babcia. Jak wspominał kiedyś Suarez, początkowo nawet nie wiedział, że w piłkę gra się na czymś zielonym. A pierwsze korki na własność dostał jako 17-latek, w prezencie od narzeczonej, dziś żony – Sofii. To ona go  uratowała dla futbolu i pokazała, jak może wyglądać dom (...)

Jak można nie lubić Luisa Suareza (odkładając na bok kibicowskie animozje i zaszłości), który tak często daje nam okazje to tworzenia memów, kłótni, sporów, ale przecież i zachwytów grą, a przede wszystkim serduchem do futbolu. Owszem, wielokrotnie nas wkurza, ale jest w tym coś wkurzrzrzu na klasowego rozrabiakę przez którego wygłupy kazano nam zostać w szkole godzinę dłużej. Który czasem wali nas z zaskoku w kark i ucieka zanosząc głupawym śmiechem, ale generalnie z wielu innych względów cieszymy się, że chodzi z nami do klasy. Problem z Suarezem dobrze definiuje pamiętne wybicie piłki ręką z bramki w meczu Urugwaj - Ghana na mundialu w RPA. Byłem wtedy na trybunach stadionu Pretorii, widziałem rozpacz Ghańczyków, ich kibiców i całej Afryki. Ale przecież Suarez poniósł za to karę, wyleciał z boiska, rywale dostali rzut karny, a on nie zagrał w najważniejszym meczu Urugwaju na mundialu - o finał. To zagranie było nie fair, ale nie bezczelna nie fair jak ręka Thierry’ego Henry w meczu z Irlandią o awans na mundial, której sędzia nie zauważył (lub zauważył i puścił). 

Dlatego nie zgadzam się z trenerem Evertonu, Davidem Moyesem, że Suarez swoim tanim aktorstwem i prowokacjami odstrasza ludzi od futbolu. Wkurza tak, ale nie odstrasza, wręcz przeciwnie. Kibice innych drużyn mają w nim wymarzonego wroga, antagonistę tak potrzebnego każdej dyscyplinie, świadczą o tym niezliczone przyśpiewki na jego temat jak ta, że he bites, he dives, he hates the Jackson 5;) Niech więc odsiedzi nieuchronne zawieszenie, ale niech wraca i nas zachwyca. I wkurza.

 

sobota, 20 kwietnia 2013

 

Informacje, że FC Barcelona przy pomocy trzech agencji detektywistycznych inwigilowała Gerarda Piqué, m.in. podsłuchując jego prywatne rozmowy telefoniczne, wertując sms’y, rejestrując trasy jego samochodu (skąd, dokąd i o której) czy obserwując transakcje kartą kredytową (ile stawiał u buków, a stawiał dużo i chętnie, na którą zamawiał taksówki z klubu do domu) - o czym pisał na blogu Rafał Stec - przyjąłem nie tyle z oburzeniem ile ze zrozumieniem jako znak nowych czasów. I przekonaniem, że to raczej nowy trend, który wkrótce stanie się powszechnie obowiązujący niż wynaturzenie. Wręcz nie zdziwiłbym się gdyby się okazało, że w podobny sposób prywatnemu życiu swoich gwiazd przygląda się więcej klubów, np. Manchester United - Wayne Roney’a (długo najlepszym informatorem Aleksa Fergusona była matka piłkarza, co ten ostatni opisał w autobiografii), zwłaszcza po historiach obyczajowych i skandalu z roztrwonieniem 700 tys. funtów na zakładach, albo gdyby w swoim czasie Manchester City śledził z ukrycia rajdy po mieście Mario Balotellego...

Daleko wybiegającą poza przyjęte normy zapobiegliwość Barcelony tłumaczę sobie tym, że klub pod wodzą Pepa Guardioli był jakby kontynuacją La Masii, w którym zamiast zadzierających nosa i brylujących w mediach, kasynach i klubach gwiazd światowego futbolu byli ci sami grzeczni chłopcy co w akademii (z której większość z nich się wywodziła), stanowiący niemalże zastęp harcerzy z drużynowym Pepem. Obśmiał to w słynnej autobiografii Zlatan Ibrahimović, nie pojmując stosunków panujących w klubie i tego np, że krzywo patrzą tam, jak jeździ unikalnym Ferrari, zamiast korzystać z aut sponsora. Rozumiem więc, że Guardiola musiał wpaść w panikę, na wieść, że jeden z jego zuchów wszedł w celebrycki związek z gwiazdą światowego showbiznesu i zastanawiał się jaki będzie to miało wpływ na szatnię. Pamiętajmy, że Pep zaraz po objęciu drużyny zdecydował się odstrzelić z niej balangowiczów, wiodących dolce vita Ronaldinho i Deco, bo bał się, że będąc idolami Leo Messiego mogą zwieść go na zła drogę. Podobno obaj gwiazdorzy także byli inwigilowani, choć ich ze swoim stylem życia i spędzania wolnego czasu wcale się nie kryli - media w tym także społecznościowe pełne były obrazków z klubów z ich udziałem.


Intencją Barcelony była zapewne dbałość o najdrobniejsze szczegóły, które w dzisiejszym futbolu potrafią przesądzać o sukcesie. O wyniku może decydować np. to o której kto położył się spać do łóżka, czy wyjazd na mecz nie poprzedziła kosmiczna kłótnia z dziewczyną/żoną, albo spora przegrana przy stole hazardowym czy na wyścigach  konnych. Czołowe kluby piłkarskie stały się globalnymi przedsiębiorstwami, korporacjami wypracowującymi realne zyski dla swoich udziałowców, które muszą dbać o własne interesy zabezpieczając się np. przed szpiegostwem przemysłowym. Stąd tak wiele firm skanuje emaile swoich pracowników lub instaluje kamery w biurach.

A przecież dochodzi jeszcze największe zagrożenie dla współczesnego futbolu: działalność mafii żerującej na zakładach bukmacherskich, prawdziwej jak ta z Singapuru i małych, lokalnych układów. Być może kluby będą zmuszone inwigilować swoich zawodników - zgodnie z leninowską zasadą ufaj, ale sprawdzaj - by chronić się przed czerwoną kartką i rzutem karnym w ostatnim kwadransie meczu i wszelkimi innymi wypaczeniami jakie niesie możliwość obstawienia wszystkiego? Tu wiedza, który zawodnik jest uzależniony od hazardu i ma zobowiązania wobec wierzycieli, może okazać się kluczowa. Z drugiej strony powstanie zagrożenie, że niektóre kluby wiedzę z inwigilacji będą mogły stosować do szantażu, żeby np. zmusić zawodnika do przedłużenia kontraktu na mniej korzystnych warunkach - nie da się przecież wykluczyć czegoś takiego, ludzie są tylko ludźmi.

Dożyliśmy czasów, w których śledzą nas tysiące kamer, na ulicach, w biurach, w metrze etc, będzie ich zapewne co raz więcej i dobrze, patrząc na to jaki efekt dały np. w poszukiwaniu sprawców zamachów w Bostonie. Kto nie ma niczego do ukrycia, nie musi się bać. Ciekawe ile piłkarskich karier rozwinęłoby się o wiele wspanialej, ilu zawodników udałoby się uratować przed zatraceniem dzięki dyskretnej inwigilacji? Na miejscu zawodników zacząłbym się do niej przyzwyczajać. Mam tylko nadzieję, że nie zaczną się porozumiewać ze sobą i swoimi agentami grypserą niczym dyrektorzy konsorcjów ubiegających się o kontrakty przy budowie autostrady, którzy oferowane miliony przekazywali sobie jako numery pokoju i dopytywali kto spuszcza majtki, czyli schodzi z ceny. 

 

 







12:36, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (26) »
wtorek, 16 kwietnia 2013

Powinienem pewnie przywyknąć do tego, że rzeczywistość mamy czarno-białą, że tam gdzie jedni cieszą się ze szklanki od połowy pełną, drugich wkurza, że cholera do połowy pusta, że gdy jedni będą chcieli zrobić coś pozytywnego, inni to obśmieją, zhejterzą, znajdą sto powodów, dla których lepiej było postąpić inaczej. Tak właśnie jest z niektórymi reakcjami po tragicznych wydarzeniach podczas Maratonu Bostońskiego. Znajomy pasjonat biegania, poruszony bestialskim atakiem na sportowe święto wpadł na pomysł, by we wtorek wieczorem zorganizować akcję Run for Boston - mały gest solidarności z ofiarami zamachów, dwa kółeczka truchtu wokół parku, żeby dodać sobie nawzajem otuchy. Biegacze dla biegaczy, takich samych jak oni, i młodych i starych, tylko cierpiących teraz w szpitalach, nie ważne czy z powodu terrorystów czy samotnego szaleńca. Rozdmuchał wydarzenie na facebooku, ja nagrałem z nim rozmowę wideo. Komu by to mogło przeszkadzać? Przymusu nie ma, publicznych pieniędzy nikt nie wyłudza, ot, kto ma ochotę i siły wieczorem, przyjdzie potruchta. A jednak...

Większość komentarzy pod wideo to krytyka i szydera. Po co ta szopka? A mało to ofiar na świecie, w Polsce więcej ofiar zginęło w poniedziałek na drogach. Ktoś pyta, a dlaczego nie ma akcji Run For Baghdad, przecież tego dnia w Iraku zginęło aż 55 osób? Ludzie bez jaj!!! Nie róbcie z tego szopki!!! Ja wiem, że śmierć człowieka jest czymś strasznym i współczuję każdej rodzinie, która straci kogoś bliskiego ale idę o zakład, że od wczoraj na polskich drogach zginęło więcej osób niż podczas tego maratonu i jakoś nikt z tego tytułu nie robi żadnych biegów, szopek i innych cudów-wianków. 

Inni pytają a co nam do ich spraw? Ich, czyli Amerykanów. Oni po naszych ofiarach nie płaczą, co najwyżej pośmieją się, ze gdzieś tam ktoś zginął. Ktoś przypomina, że przecież Amerykańce nie zrobili 11/04/2010 Run For Smolensk. Inny proponuje: może byście tak bieg o tytule "wsadźcie sobie w d...ę wasze wizy" zrobili? Jeszcze inny oczekuje od joggerowych lemingów cotygodniowego biegu poparcia - dla ofiar zamachów w Iraku, Izraelu, Palestynie, gwałconych kobiet w RPA, zabijanych białych w Mozambiku itd...

Ktoś radzi organizatorowi, żeby zamiast po trupach przeć na szkło, lepiej uczci ofiary minutą ciszy w domowym zaciszu, najlepiej przed pielęgnacją tego nienagannego przedziałeczka na żarliwej głowie. Ktoś dodaje, że nazwa i idea akcji kojarzy mu się z akcją, podczas której nawiedzone matrony tańczyły przeciwko przemocy wobec nich. Po tym tańcu przemoc wobec tańczących spadła prawie do zera, albowiem większość potencjalnych sprawców umarło ze śmiechu. Tu i tam nie chodzi i nie chodziło o protest, tylko o promocję pomysłodawcy.

Dla mnie szok. Wielki. Ta notka miała być zupełnie innym szoku. Że terroryści uderzyli w imprezę sportową, czego nie było od bardzo wielu lat. Sport, z naprawdę mały wyjątkami, długo stanowił tabu, nawet gdy Al Kaida miała o znacznie większe siły i możliwości. Czy to była świadoma polityka czy po prostu kontrole przy wejściu na obiekty sportowe odstraszały potencjalnych zamachowców, nie wiem. Dlaczego zaatakowano londyńskie metro i autobus, albo madrycką kolejkę, a nie któryś z wypełnionych stadionów Premier League czy Primiera Division? (widziałem w Internecie spekulacje, że to dzięki Osamie bin Ladenowi, który zanim został terrorystą, był zapalonym kibicem Arsenalu i bywalcem Highbury).

Gdy podczas igrzysk w Atlancie w 1996 roku szaleniec zdetonował w Parku Olimpijskim bombę domowej roboty (jak te w Bostnie zrobioną ze śrub i gwoździ), zabijając dwie osoby, wraz z kolegami z Gazety Wyborczej, Radkiem Leniarskim i Darkiem Wołowskim byliśmy niedaleko miejsca eksplozji. Detonacji nie słyszeliśmy, że coś się stało zorientowaliśmy się po panice, która wybuchła. Jednak nigdy później nie czułem strachu idąc na największe imprezy sportowe. Choć gdybym był islamskim fanatykiem kombinowałbym, że najlepiej uderzyć np. w taki mundial w RPA (tysiące kilometrów nie strzeżonych granic z Botswaną czy Namibią, drugie tyle wodnej - można było wwieźć bombę dowolnej wielkości) albo w igrzyska w imperialistycznym Londynie, zabijając największe święto niewiernych. A jednak do niczego nie doszło, nie było nawet małych incydentów. Czy dlatego, że zwłaszcza po zamachach z 11 września 2001 kontrola na igrzyskach czy mundialach stała się bardziej wnikliwa niż przy wejściu na samolot lecący do USA? Podczas igrzysk w Londynie wielokrotnie nie tylko zdejmowałem na kolejnych bramkach buty, paski, ale musiałem włączać laptopa i kamerkę, by udowodnić, że działają.

Wracając do tragedii w Bostonie, ze wzruszeniem czytałem twitty o uczestnikach maratonu, którzy po przekroczeniu linii mety biegli dalej, do szpitali, żeby oddać krew potrzebującym. Ostatnio z podobnym wzruszeniem czytałem o akcji kibiców Lechii Gdańsk (a także piłkarzy, rugbistów i kibiców innych drużyn w całej Polsce), którzy tak gromadnie rzucili się oddawać krew dla swoich rannych wypadku kolegów, że aż stacje przestały ją przyjmować, bo nie było jej gdzie przechowywać. Nie sprawdziłem wówczas komentarzy pod tekstem i może lepiej, bo nie dowiedziałem się na jakież to ważniejsze cele można byłoby przeznaczyć tę kibolską krew...



 



19:52, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 15 kwietnia 2013

W Sport.pl Ekstra fascynująca rozmowa Michała Szadkowskiego i Rafała Steca (niestety za paywallem) z trenerem reprezentacji Polski U-21, Marcinem Dorną, który w 2012 roku odniósł z kadrą U-17 zaszedł aż do półfinału mistrzostw Europy, a teraz jego zadaniem jest awans na igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro. Rozmowa nastrajająca niezwykle pozytywnie na przyszłość skoro przyszłość polskiego futbolu znajduje się w rękach trenerów tak otwartych na świat, tak chłonących wiedzę na organizowanych w całej Europie konferencjach, kursach, stażach czy projekcie UEFA Study Group. Fajnie, że Dorna uchyla ich kulisy, a nie jest to oglądanie przez siatkę jednego czy dwóch treningów Barcelony jak w przypadku pewnego trenera Ekstraklasy. Na kursie w Kolonii kamera nagrywała treningi z góry boiska, żeby sprawdzić, jak kontrolujemy grupę i organizujemy zajęcia. Druga śledziła prowadzącego. Według prowadzących przemowa przed treningiem nie może trwać dłużej niż dwie i pół minuty, bo zawodnicy tracą koncentrację. Po nagraniu siadaliśmy na gorącym krześle, a reszta oceniała nasze reakcje. Prowadzący określili zasady poruszania i ustawiania się trenerów niemieckich w trakcie zajęć. Felix Magath wchodzi na boisko tylko wtedy, gdy chce coś przekazać drużynie. Ale widziałem na kursie szkoleniowca, który był wewnątrz gry, bez przerwy podpowiadał zawodnikom. Nie mówię, że jeden sposób jest dobry, a drugi zły, po prostu trzeba znaleźć coś dla siebie - opowiada na przykład.

O budowaniu drużyny i dyscypliny w czasach pracy z U-17: strój wybierali zawodnicy, ale jeden wzór obowiązywał wszystkich. Od stóp do głów. Piłkarze zajmowali miejsca w autokarze według określonych zasad, przychodzili na posiłek pięć minut wcześniej. Zaczynali go i kończyli wspólnie. Zasady budują grupę. Chodzi o uświadomienie piłkarzom, na czym polega profesjonalizm, bo „zaszczyt pociąga za sobą obowiązki”, jak brzmiało hasło drużyny. Zawodnicy muszą być punktualni, wiedzą, że trening zaczynamy 10-minutowym wstępem. Kluczem jest konsekwencja. W szkole w Kolonii umawialiśmy się na zajęcia za 17 i pół minuty...

Ciekawie opowiada Dorna jak uczą w kadrze młodych piłkarzy odpowiedzialności i wypracowania prawidłowych nawyków pozaboiskowych, o „polskim typie piłkarza”. Najciekawiej o selekcji młodych zawodników. Przytoczę fragment ponieważ dotyczy 18-letniego Piotra Zielińskiego, który właśnie zadebiutował w pierwszym składzie Udinese w meczu przeciwko AC Parma i zanotował asystę. Obserwowaliśmy kilka tysięcy zawodników z rocznika 1995, około 200 powołaliśmy, w meczach wystąpiło 56. Dzieliliśmy ich na grupy. A to piłkarze perspektywiczni, A1 – perspektywiczni późno dojrzewający, którzy przyjeżdżają na zgrupowania i czasami grają, bo wiemy, że według wieku biologicznego są młodsi od rówieśników. B to grupa do obserwacji, C – nieperspektywiczni. W grupie A1 był Piotr Zieliński – zawodnik o niesamowitych umiejętnościach, ale początkowo bardzo drobny. Gdybyśmy np. z Niemcami grali tylko i wyłącznie o wynik, nie miałby prawa wejść na boisko. Wszedł, bo zależało nam, by się rozwijał. On trafił idealnie, do Udinese (...)


Jeszcze parę lat temu sytuacja, żeby w jakiejkolwiek kategorii wiekowej w meczu Polska - Niemcy zamiast wyniku liczył się aspekt szkoleniowy była herezją na miarę własności prywatnej w PRL. To kompletna zmiana myślenia w polskim futbolu na miarę politycznych przemian po 1989 roku. Oczywiście wszystkie te zmiany, o których mówi trener - podejście PZPN i klubów do szkolenia, najnowsze metody i technologie, co raz bardziej profesjonalnego podejście zawodników do tego co robią i co chcą osiągnąć - dają nadzieję, że będzie lepiej, ale nie, że od razu będzie tak dobrze jak Niemczech czy Hiszpanii. Dorna przytacza smutne statystyki: futbol uprawia w Polsce 1,1 proc. populacji. W Czechach czy Holandii – ponad 7. W jednym roczniku selekcjonujemy spośród 8 tys. zawodników, w Niemczech ze 150 tysięcy, we Francji – 100 tysięcy, nawet w dziesięciomilionowej Szwecji – z 14 tysięcy. Obok reformy rozgrywek Ekstraklasy wciąż konieczna jest reforma zmuszająca kluby to tworzenia akademii młodzieżowych, nawet jeśli właściciele jak Bogusław Cupiał nie widzą w tym sensu i nie mają do szkolenia młodzieży serca.

Trzeba wykorzystać ten olbrzymi komfort, jaki mają nasi trenerzy piłki nożnej, nie musząc konkurować o talenty niemal z żadną inną dyscypliną, bo tak bardzo futbol dominuje w Polsce, co Dorna udowadnia wspaniałą anegdotą: z reprezentacją U-17 graliśmy z Litwą, niemal jej wszyscy piłkarze mieli po 1,60 wzrostu. Spytaliśmy, skąd taki pomysł na selekcję. Okazało się, że wyżsi grają w akademii Arvydasa Sabonisa. Bo tam rządzi koszykówka. A czescy trenerzy piłkarscy rywalizują z hokejowymi...

 

16:47, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (9) »
niedziela, 14 kwietnia 2013

 

„My nie oślepliśmy, lecz jesteśmy ślepi. Jesteśmy ślepcami, którzy widzą. Ślepcami, którzy patrzą i nie widzą”

Ten fragment Miasta ślepców Jose Saramago (świetna powieść i film, polecam przy okazji) idealnie pasuje jako komentarz do zdjęcia z sobotniego meczu Wisły z Legia, na którym stojący za bramką sędzia Sebastian Jarzębak patrzy jak Artur Jędrzejczyk wygarnia piłkę dobry metr zza linii, niemalże spod samych stóp arbitra. Patrzy, ale nie chce lub nie umie dostrzec. Dlaczego nie zareagował? Czy to był jakiś paraliż decyzyjny? Powtórzony zresztą gdy później stojąc metr od piłki nie zauważył, że znów wyszła za boisko i nie przyznał gospodarzom ewidentnego rzutu rożnego (co widać na drugim zdjęciu). I gdy nie spostrzegł ręki Tomasza Jodłowca w polu karnym, choć miał całe zdarzenie widoczne jak na dłoni.

Sędzia główny spotkania, Hubert Siejewicz przeprosił po wszystkim Wisłę, nie tyle za błędy, ile za uznanie gola Władimira Dwaliszwilego. - Po obejrzeniu zapisu wideo, na którym zarejestrowano, jak zespół gości zdobył bramkę, jako szef zespołu sędziowskiego z przykrością stwierdzam, że popełniłem błąd. Firmuję to swoim nazwiskiem i wypada tylko przeprosić zespół Wisły. W tej sytuacji została uznana nieprawidłowo zdobyta bramka - powiedział. Z jednej strony wziął po męsku odpowiedzialność na własną klatę, z drugiej wiele nie ryzykował, bo wszyscy wiedzą, że to jego zabramkowy kolega zawalił sprawę, wprowadzając przy tym głównego w błąd.

Wiśle te przeprosiny na niewiele się zdadzą, dopiero co po meczu z Podbeskidziem przepraszał ją Marcin Borski, również za błąd sędziego zabramkowego, który nie wyłapał ewidentnego faulu w polu karnym na Rafale Boguskim. Główny wskazał wówczas na 11 metr, ale po konsultacji z kolegą, który - jak zapewne myślał - lepiej widział sytuację, zmienił decyzję przez co Wisła straciła punkty. Borski broniąc się wówczas, że sędziowie nie są robotami, zdradził kulisy współpracy z kolegami: przy systemie z pięcioma sędziami dzielimy się polem karnym. W powtórkach widać, że ja jestem trochę bardziej z lewej strony. Wówczas decyzję podejmuje najlepiej ustawiony arbiter...

A to przecież tylko błędy w meczach Wisły. W całej Ekstraklasie co kolejka jest ich mnóstwo, z konsekwencjami dla losów meczu, lub bez, ale są. Nie tylko zresztą w Ekstraklasie, dopiero co cały świat pytał na cholerę UEFA sędziowie zabramkowi, skoro nie potrafili pomóc w wyłapaniu dwóch (a nawet trzech) spalonych przy dwóch golach w meczu Borussia Dortmund  - Malaga. Tu akurat wyniku meczu nie wypaczyli, myląc się w obie strony (tylko, że jedna z tych stron miała więcej czasu, żeby mimo sędziowskiej wpadki odrobić straty), ale kompromitacja poszła w świat.

Słowa sędziego Borskiego są jednak ważne, bo potwierdzają, że wprowadzenie sędziów zabramkowych raczej psuje niż poprawia poziom prowadzenia meczu. Bo sędzia główny zdejmuje z siebie część odpowiedzialności, przerzucając ją na kolegów. Bez nich być może nie pilnowałby tylko części, ale całego pola karnego, lepiej ustawiał, biegł do przodu? Gdyby stał odrobinę bliżej, może dostrzegłby to co musiał widzieć jego sparaliżowany kolega, że piłka opuściła boisko, bo przecież widzieli to wszyscy na stadionie i przed telewizorami? Czy więc sędziowie zabramkowi są potrzebni, skoro są zawodzącym czynnikiem ludzkim - podobnie jak w większości katastrof lotniczych o czym pisze w wydanej właśnie książce David Beaty "Pilot - naga prawda. Czynnik ludzki w katastrofach lotniczych". Po jej lekturze podejrzewam, że pilotów i sędziów może wiele łączyć, np. to, że różnice między w świetnymi na pozór fachowcami i w tej i w tej dziedzinie ujawniają się dopiero pod wpływem stresu, gdy w czasie pozornie rutynowej operacji napięcie i zamieszanie dochodzą do zenitu. Albo strach przed wytknięciem błędu przełożonemu (kapitanowi przez personel pokładowy - sędziemu głównemu przez asystentów). Wg autora za trzy czwarte wszystkich wypadków lotniczych odpowiada błąd człowieka. Do części z nich doszło, bo - jak wynika z zapisów czarnych skrzynek - drudzy piloci, nawigatorzy bali się lub nie chcieli, bo liczyli, że wie co mówi/robi, zweryfikować błędne ustalenia kapitana. Może i u sędziów jest tak, że Siejewicz pytał: nie wyszła za, prawda? na co usłyszał od Jarzębaka potwierdzające: nieee, nieee. Może komunikacja między arbitrami powinna być nagrywana i analizowana by wyłapać błędy, jak w Koreańskich Liniach Lotniczych, gdzie analiza częstych wypadków spowodowała obowiązek komunikacji w kabinie po angielsku, bo koreańskie formy grzecznościowe wobec przełożonego groziły utratą przez niego twarzy w razie zakwestionowania jego postępowania?

Tam gdzie zawodzi czynnik ludzki, tam ratunkiem może być tylko nowoczesna technologia. By po błędach sędziów nie dochodziło do takich dramatów jak np. w meczu Anglia - Niemcy na mundialu w RPA pod strzale Franka Lamparda czy Ukraina - Anglia na Euro 2012 gdzie w identycznych okolicznościach nie uznano bramki Marco Dedica już wkrótce wprowadzona zostanie Goal-line Technology (zobaczcie ile z tym będzie roboty przy każdym meczu, tydzień przygotowań, kalibracji etc! Ale to załatwi bardzo istotny, ale tylko jeden i dość rzadko występujący problem. Czas na poprawienie pracy arbitrów także w polu karnym, gdzie nie obędzie się bez szybkiej podpowiedzi głównemu ze strony sędziego technicznego, który w spokoju w gabinecie oglądał mecz i powtórki na wideo. W przeciwnym razie liczba skandali się nie zmniejszy, a sędziowie zabramkowi będą głownie przedmiotem zasłużonej wściekłości pokrzywdzonych fanów i piłkarzy lub kpiny i szydery pozostałych.

 



13:41, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (31) »
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie