czwartek, 23 maja 2013

Z Sergiuszem Ryczelem, Dariuszem Tuzimkiem i Grzegorzem Mielcarskim zapowiadamy Finał. Przed nami but Franka Lamparda (zdjęcie zrobione HTC One X+)

Finał Ligi Mistrzów co raz bliżej. Dziś po raz pierwszy znalazłem się na Stadionie Wembley. To znaczy pierwszy raz na nowym Wembley. Na tzm starym, z dwiema wieżami  byłem wiele razy, pierwszy - na meczu otwarcia Euro ’96, bodajże Anglia - Szwajcaria, potem na wszystkich kolejnych meczach Anglików - ze Szkocją, Hiszpanią, Holandią aż do przegranego półfinału z Niemcami. Widziałem złoty gol Oliviera Bierhoffa z Czechami i trzy bramki Paula Scholesa (w tym jedną ręką) strzelone Polakom, gole Jurka Brzęczka i Marka Citki. Czy w sobotę obejrzę kolejnego gola Polaka? Tego nie wie nikt. Tymczasem więc wrzucam vloga z wnętrza Wembley, w których naprawdę można się zgubić. Chyba z pół godziny zajęło mi dojście spod pomnika Bobby'ego Moore'a do studia nSportu, w którym zapowiadaliśmy sobotni finał. Ledwo zdąrzyłem, wszyscy właśnie się podpinali. Po dotarciu na miejsce czułem się jak maratończyk na mecie, a ile lóż, już zastawionych i gotowych na przyjęcie gości zwiedziłem po drodze. A przy okazji obejrzałem z bliska słynny but Franka Lamparda, który ten wrzucił do studia po dekoracji na Amsterdam ArenA po wygraniu Ligi Europejskiej...

23:29, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (12) »

 

Zdjęcie zrobione HTC One X+

Jak widać na zdjęciu Londyn już gotowy na przyjęcie głównych aktorów sobotniego finału Ligi Mistrzów. Zafrasowany Bobby Moore zastanawia się pewnie jak to możliwe, że Fussball is coming home na jego Wembley. Bayern można uznać za stałego bywalca finałów, w końcu to jego trzecia wizyta w ciągu ostatnich czterech lat. Borussia Dortmund to gość dość niespodziewany, acz witany z radością. I jedno i drugie zawdzięcza w ogromnej mierze swemu trenerowi, Juergenowi Kloppowi. Myślę, że nawet jego zaskoczyło jak wspaniałe plony i jak szybko zbiera jego autorski projekt. Jeśli coś sprawia, że nawet strata na finał takiego zawodnika jak Mario Goetze nie sprawia, że z góry skreślamy szanse Borussii to właśnie osobowość, zdolności taktyczne jej trenera. Choć Bayern uciekł w tym sezonie całej Europie i całej Bundeslidze, zostawiając za sobą przepaść, drużyna Kloppa zdołała zremisować z nim w lidze 1:1, a w ćwierćfinale Pucharu Niemiec ulec zaledwie 0:1, tych meczach owej przepaści widać nie było. Faworytem w finale nie jest (i być nie chce, Klopp chętnie spycha tę presję na Bawarczyków - moje ulubione zdanie jakie wypowiedział to, że wygrywając Ligę Mistrzów Borussia nie stanie się najlepszą drużyną świata, ale pokona najlepszą drużynę świata), ale nie była i we wszystkich czterech starciach z Realem Madryt (grupowych i półfinałowych), ani w meczach z Manchesterem City, a awansowała z grupy pierwszego miejsca.

Z tej wyjątkowej okazji, by przybliżyć postać trenera Borussii wklejam fragment jego portretu jaki wraz z Darkiem Wołowskim napisaliśmy do Newsweeka sprzed kilku tygodni, pt. Czarodziej z Dortmundu. Naszym zdaniem nie ma wiele przesady w tym tytule, zaczerpniętym z wydanej niedawno biografii trenera Borussii. Ze średniaka Bundesligi w krótkim czasie uczynił dwukrotnego z rzędu mistrza Niemiec. Mało znani zawodnicy pod jego ręką stali się gwiazdami swoich reprezentacji. Wszyscy trzej Polacy - Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek zgodnie przyznają, że dzięki Kloppowi są lepszymi piłkarzami. - Uważam, że bardzo się rozwinąłem pracując z nim. Najpierw potrafił dostrzec we mnie potencjał, bez tego nie ściągnąłby mnie do klubu, a potem sprawił, że niektóre aspekty mojej gry wręcz eksplodowały. Ma świetne oko, stojąc widzi co muszę poprawić, żeby lepiej wykorzystywać moje możliwości i pomaga mi w tym. To samo może właściwie powiedzieć każdy z kolegów z klubu - powiedział nam Lewandowski.

Nerwus z telewizji

Kariera Kloppa „od pucybuta do milionera”, trenera z przypadku, który dostał na próbę jeden mecz i perfekcyjnie wykorzystał szansę wzbudza u rodaków wielki szacunek, ale on sam - skrajne emocje. Podziwiany za pracowitość, perfekcjonizm, dbałość o detale, relacje z piłkarzami, którzy po golach lecą wyściskać go jak ojca, i obsesyjną nienawiść do przegrywania. Elokwencją i brylowaniem w mediach jednych zachwyca, innych irytuje. Legenda niemieckiego futbolu, Franz Beckenbauer, związany całe życie z Bayernem Monachium nazwał go złośliwie „TV Bundes-trainer” (Telewizyjny trener reprezentacji) i zapowiedział w stacji ZDF, żeby nie zapraszać go do tych samych programów co tego „błazna”. Ale widzowie zachwycali się erudycją Kloppa - za umiejętność przystępnego klarowania im, co się dzieje na boisku podczas mundialu w 2006 roku i Euro 2008 otrzymał dwie nagrody dla telewizyjnej osobowości roku.

Klopp przed meczem i w trakcie to Dr Jeckyll i Mr Hyde. Na treningach zawsze w dresie, zawsze wśród zawodników, często się z nimi wygłupia, żartobliwie fauluje, wskakuje im na barana, tarza się wręcz ze śmiechu, gdy Lewandowski pudłuje stojąc tuż przed bramką, po zwycięskich sezonach wspólnie oblewa się z chłopakami piwem. Podczas gry zmienia się jednak w wulkan, małe dziecko z ADHD i niebezpiecznego psychopatę w jednym - co sam przyznał kiedyś w studio TV, gdy odtworzono mu jego własne zachowanie. Nie usiedzi w miejscu, biega wzdłuż linii, robi miny, wrzeszczy, wymachuje rękami. Potrafił podbiec do sędziego technicznego i w ostatniej chwili powstrzymać pod uderzeniem go głową: trafił arbitra w czoło brzegiem baseballowej czapeczki, a później sam siebie nazwał za to „idiotą”. Z pokorą płaci kolejne kary nakładane przez władze Bundesligi (DFL), zebrało się tego dobre kilkanaście tysięcy euro. Po dramatycznej wygranej z FC Koeln w ubiegłym sezonie wykonał szalony rajd triumfalny po krzesełkach, kolejną grzywną DFL. Podczas innej radosnej szarży po boisku zerwał mięsień. Żona Ulla nieustannie błaga go przed meczami, żeby nie narobił wstydu. Bez skutku. W szale emocji zdaje się nie panować nad sobą.

 

Prymus

Zawsze był prymusem. Nawet gdy nauka nie szła mu bez kłopotów, został przewodniczącym samorządu. Na sport został skazany przez ojca, który po narodzinach dwóch córek tak bardzo chciał mieć syna, że kiedy ten się wreszcie pojawił, umyślił sobie, iż Juergen koniecznie musi odnieść sukces. Mama trenera opowiada w biografii syna jak ojciec opróżnił z mebli sypialnię, postawił w niej bramkę i kazał 3-letni Jurgenowi ćwiczyć strzały! - Synu, tylko strzelaj na bramkę, nie do szyb! - miał mu powiedzieć. Chłopak potrafił jednego dnia startować w zawodach narciarskich i tenisowych, a wieczorem odbyć jeszcze trening piłkarski.

Jako piłkarz kariery jednak nie zrobił, grał w przeciętnych drugoligowych klubach zwiedzając wszystkie pozycje na boisku oprócz bramkarza. Wszędzie zostawał jednak kapitanem drużyny. Trenerzy mieli do niego największe zaufanie, czuli, że jest ich prawą ręką na boisku. - Dobrze grałem głową, ale od szyi w dół było już dużo gorzej - wspomina. Jego trener z Mainz, Wolfgang Frank mówi, że Klopp wybiegał na boisku mając w głowie tysiące pomysłów, ale brakowało mu umiejętności, aby je zrealizować.

28 lutego 2001 roku, trzy dni po rozegraniu ostatniego ze 325 meczów w barwach Mainz został jego trenerem. Poprzednika i przyjaciela, Eckharda Krautzuna, z którym godzinami rozmawiał o taktyce, zwolniono, bo klub stanął przed groźbą spadku do trzeciej ligi. Podczas konferencji prasowej dziennikarze przyjęli nominację Kloppa jako żart. Miał prowadzić drużynę tylko w jednym spotkaniu, do znalezienia następcy z prawdziwego zdarzenia, ale wygrał. Kolejne spotkanie również i następnych pięć z sześciu. Mainz utrzymało się, a po dwóch sezonach awansowało do Bundesligi. Gdy w 2008 roku Klopp odchodził do Borussii Dortmund na pożegnalnej imprezie na Placu Gutenberga dziękowało mu ponad 15 tysięcy kibiców. Ojciec nie dożył sukcesu syna, zmarł na raka siedem lat wcześniej.

Z Borussią nie tylko zdobył dwa mistrzostwa Niemiec i awansowął do półfinału Ligi Mistrzów. Drużyna to jego autorski projekt, stworzony za niewielkie pieniądze. Ze składu, który obejmował zostało tylko trzech piłkarzy, w tym Błaszczykowski, wszystkich pozostałych wyszukał sam, jak Lewandowksiego, którego przez ponad rok obserwował się meczach polskiej Ekstraklasy nim kupił za 4,5 miliona euro. Shinji Kagawę wypatrzył w lidze japońskiej i sprowadził za 350 tys. euro, by po dwóch latach sprzedać Manchesterowi Utd za 16 milionów.

Guardiola i Mourinho w jednym

Wielu ekspertów uważa, że dzięki sukcesom Klopp zhardział. Były mistrz świata z 1974, dziś komentator Günter Netzer stwierdził, że trener Borussii łączy w sobie cechy dwóch najlepszych obecnie trenerów świata. - Jest jak Pep Guardiola i Jose Mourinho w jednym. Tak jak Katalończyk chce by jego drużyna grała ofensywnie i pięknie, ale stosuje prowokacje w stylu trenera Realu, by odciążyć zawodników od presji i wziąć ją na siebie - zauważył Netzer.

Gdy dziennikarze zarzucili Kloppowi, że tuż po losowaniu par półfinału Ligi Mistrzów trener Realu pojawił się na trybunach podczas ligowego meczu Borussii, za to on nie wybrał się do Madrytu, wybuchnął śmiechem. - To czego się dowiedział o nas Mourinho, mogłem mu opowiedzieć przez telefon. Wraca do domu z informacjami bez znaczenia. Ja nie muszę jeździć na Santiago Bernabeu, by wiedzieć jak gra Real – wyjaśnił ironicznie. Odniósł się też do drugiego półfinału, czyli starcia Bayernu Monachium gra z Barceloną. Uwielbia drażnić Bawarczyków, najpotężniejszy klub Bundesligi, który od nowego sezonu poprowadzi Guardiola. - Stawiam swój tyłek, że przed starciem z Katalończykami szefowie Bayernu zadzwonią jednak po radę do Pepa – stwierdził Klopp. Wściekły wiceprezes Bawarczyków Karl-Heinz Rummenigge odpowiedział: - Niech Klopp uważa, by jego tyłek nie wylądował w muzeum Bayernu, a zastawiać powinien raczej swoją przeszczepioną fryzurę – dodał robiąc aluzję do dbałości trenera Borussii o wizerunek (został wybrany najlepiej ubraną osobistością sportową Niemiec).

Atakując najbogatszy, najpotężniejszy klub w Niemczech, Klopp pokazuje swoim piłkarzom, że Borussia nie musi pochylać głowy wobec kolosa, ani czuć wobec niego kompleksów. W czwórce półfinalistów Ligi Mistrzów Borussia to Kopciuszek. Jej trener musi pokazywać, że nikogo się nie boi, by tchnąć wiarę w swoich zawodników. Tak zawsze robił Mourinho.

Z Guardiolą łączy go filozofia gry: ofensywnej, bezkompromisowej, umiłowanie ataku. I przekonanie, że „futbol to nie tylko produkt, ale przede wszystkim kultura”, a Borussia jak Barcelona jest własnością kibiców. Dlatego wiele razy otwarcie popierał protesty kibiców wobec zbyt wysokich cen biletów na mecze. - Jeśli ludzie opuszczą stadiony, to będzie koniec piłki - mówi.

Tak jak Mourinho, Klopp lubi mieć wszystko pod kontrolą, od wysokości trawy na boiskach treningowych po to, kto z kim nocuje w pokojach podczas wyjazdów. Wprowadził zasadę losowania. Jako trener XXI wieku nie waha się stawiać na nowe technologie czy zajęcia „Life-Kinetik” z wykorzystaniem urządzenia o nazwie Footbonaut, czyli klatki, do której wchodzi zawodnik musząc najpierw przyjąć wystrzeliwane w różnym tempie piłki, a potem zagrać je w jeden z 72 paneli.

Nie dla idiotów

Pytamy Lewandowskiego czy tak szybki sukces jakim były dwa mistrzostwa Niemiec po krótkim okresie prasy zmieniły Kloppa. - Jako człowiek nic się nie zmienił, za to na pewno stał się lepszym trenerem, umie wykorzystywać zebrane doświadczenie. Zawsze potrafił wyciągać wnioski, robi to nawet po meczach, które zagraliśmy rewelacyjnie. On i tak znajdzie coś, co nam wypomni, pokaże co mogliśmy zrobić lepiej - mówi napastnik reprezentacji Polski.

I dodaje, że Klopp wciąż ma te same relacje z zawodnikami. - Atmosfera w drużynie jest tak samo dobra, jak przed naszym pierwszym mistrzowskim sezonem. Nadal potrafi z nami o wszystkim rozmawiać. Wie, kiedy można sobie pozwolić na żarty, wspólne wygłupy, śmiech na treningu. Ale kiedy trzeba potrafi zagonić nas do ciężkiej pracy i wymóc pełną koncentrację. Wtedy nie ma zmiłuj, u niego nikt nie może sobie pozwolić na fochy gwiazdy - mówi Lewandowski. Klopp potwierdził to ostatnie w jednym z wywiadów, mówiąc: „nie wiem jak dobrym piłkarzem musiałby być ktoś, żebym zniósł, że jest dupkiem. Jeszcze nie miałem takiej sytuacji. Nie sprowadzam do drużyny idiotów, bo spędzamy razem zbyt wiele czasu”.

Wyjątkowe relacje trenera z zawodnikami podkreślają wszyscy, którzy z nim pracują lub pracowali. Jego krytyka jest zawsze rzeczowa. Zdarza się, że czasem rezerwowi nie wytrzymują swojej roli i jak Ivan Perisić, odchodzą z klubu. O odejściu otwarcie mówił też Błaszczykowski, która stracił miejsce w składzie przed Euro 2012. Klopp potrafił go jednak zmotywować do pracy nad sobą i walki o powrót do składu. Po paru miesiącach Kuba znów zdobywał ważne gole, teraz rozgrywa najlepszy sezon w karierze.

Piszczek pod ręką Kloppa stał się czołowym prawym obrońcą Europy dwukrotnie wybieranym do jedenastki sezonu Bundesligi. Klopp żartuje, że Piszczek to jedyny zawodnik do którego nie musi zdzierać gardła. - Czasami wkurza mnie, że ta polska banda w Borussii nie chce rozmawiać ze sobą po niemiecku. Ale kiedy coś do nich mam, mówię po polsku. Nauczyłem się nawet zwrotu: „rusz dupę!” i wydaje mi się, że więcej polskich słów nie muszę znać - żartował w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.

Zawsze lojalny wobec swoich piłkarzy. Choć Lewandowski nie przedłuża kontraktu z Borussią, a media spekulują do jakich klubów odejdzie, Klopp nieustannie wspiera Polaka. Podkreśla, że Lewy to jeden z pięciu najlepszych napastników Europy i rozumie jego chęć szukania wyzwań, a jednocześnie ceni za profesjonalizm i to, że nie pozwala by spekulacje przełożyły się na jego skuteczność.

W Niemczech mówi się, że jest kwestią czasu kiedy obejmie reprezentację. Na razie odrzuca lukratywne oferty najbogatszych klubów Europy jak Chelsea. Chce wypełnić kontrakt z Borussią, który wygasa w 2016 roku. Trzy lata temu podczas wyborów samorządowych o mało - mimo woli - nie został burmistrzem w miasteczka Hornberg. Niemieckie prawo pozwala głosować na osobę, której się ufa, nawet jeśli jej nazwiska nie ma na oficjalnej karcie. Wielu mieszkańców Hornberga uznało, że najbardziej ufa Kloppowi. On sam zastrzega jednak, że polityka kompletnie go nie interesuje. Żyje futbolem i tylko dla futbolu...

Zdjęcie zrobione HTC One X+

 



wtorek, 21 maja 2013

W tygodniu finału Ligi Mistrzów chciałem zajmować się tylko Bayernem i Borussią, Kloppem i Heynckesem, Lewandowskim i Robbenem etc, ale nie mogę przejść obojętnie wobec zakończenia misji Jose Mourinho w Realu Madryt. Czy odchodzi na tarczy, czy poniósł spektakularną klęskę? W ostatnim sezonie - swym pierwszym od 10 lat bez żadnego trofeum - na pewno tak, sam to zresztą przyznał. Nieudany sezon zakończyła nie tylko pierwsza od 14 lat porażka w derbach Madrytu, ale i wyrzucenie na trybunę. Co miało znaczenie niemal symboliczne, porównując z pożegnaniem jakie miał w Mediolanie, czy tymi jakie zgotowano Sir Alexowi Fergusonowi czy Pepowi Guardioli przed rokiem. Co pewnie najbardziej go boli, po raz pierwszy piłkarze, których opuszcza nie płaczą rzęsistymi łzami, świadomi, że na lepszego trenera już w karierze nie trafią. Nie grożą buntem, nie żądają wystawienia na listę transferową. Wręcz przeciwnie, bunt wznieciliby dopiero gdyby został. Po raz pierwszy ma niemal całą szatnię przeciwko sobie. Czy dlatego, że przekalkulował, zawsze szukając wroga, bo scementować zespół, tym razem błędnie zdiagnozował go we własnej szatni? Czy myślał, że pozytywnie nią wstrząśnie i podporządkuje sobie, zamachując się na klubową ikonę, piłkarza wielkiego niemal jak klub, Ikera Casillasa? Czy u zarania ich konfliktu leżał brak akceptacji kapitana mistrzów świata i Europy, człowieka, które największe sukcesy w futbolu klubowym i reprezentacyjnym odniósł z innym trenerem (podobnie jak Sergio Ramos czy Xabi Alonso) dla kontrowersyjnych metod Portugalczyka? Który obrażał ich barcelońskich przyjaciół z reprezentacji, jątrzył przeciwko nim, prowokował Guardiolę i włożył palec w oko jego asystenta?

Blogerka Asia Sruubka Wiśniowska przytacza słowa wiceprezydenta Barcelony, że Mourinho wytwarzał negatywny klimat i był zakałą hiszpańskiego futbolu. I pyta czy trener, który wprowadził tak wiele niechęci, nienawiści, może być szanowany? Ale sięgając po Portugalczyka można go wziąć z jego wszystkimi wadami i zaletami, albo wcale. Wojny psychologiczne z innymi trenerami, z sędziami, z zawodnikami innych drużyn dały świetne skutki w Chelsea i Interze Mediolan, w którym Portugalczyk trafiał na trybuny nie mniej często co w Realu. Wątpię by jakikolwiek inny trener osiągnął przez te trzy sezony w Madrycie więcej od Mourinho. Nim trafił na Santiago Bernabeu, Real przez sześć sezonów z rzędu nie potrafił przejść 1/8 finału Ligi Mistrzów. Z nim trzykrotnie zagrał w półfinale, dwukrotnie odpadając pechowo - po karnych z Bayernem przed rokiem (pamiętny obrazek klęczącego trenera w trakcie jedenastek) i minimalnie z Borussią, gdy w rewanżu zabrakło jednej bramki. Poza tym po raz pierwszy od 18 lat odzyskał dla Realu Puchar Króla (ich króla - jak stwierdził Gerard Pique).

Okej, być może Mourinho zagalopował się w swych wojnach, rozpętując je na zbyt wielu frontach. Ale czy jego przeciwnicy zawsze grali wyłącznie fair, w tym sam Casillas (co przyznaję, choć wielbię go i jako sportowca i człowieka), którego dziewczyna bezczelnie zdradzała w mediach tajemnice szatni? O podgryzaniu przez zwolnionego przez niego dyrektora sportowego Jorge Valdano czy byłego prezesa Ramona Calderona nie wspominając.

Przede wszystkim Mourinho udało się już w drugim sezonie przełamać dominację Barcelony, Tej Wielkiej Barcelony, Barcelony Guardioli, nazywanej - całkiem słusznie - najlepszą drużyną świata, a nawet wszech czasów. I to pokonał na boisku, grając w piłkę, bez narzucania swoim piłkarzom antyfutbolu. Trzeba było dopiero trenerskiej zawieruchy, choroby Tito Vilanowy i spadku formy kluczowych zawodników, by z Barcą w kolejnym sezonie potrafił wygrywać Milan, prawie PSG, Bayern, czy wcześniej znów Real Mourinho. Czy ktoś ma cień nadziei, że w pierwszym sezonie pod wodzą Carlo Ancelottiego (lub kogokolwiek z trenerskiego rynku) Real znów będzie prowadził na Camp Nou z bezradną Barcą 3:0 i zajdzie aż do półfinału Champions League? Szczerze wątpię.

Sruubka i wielu innych cieszy się, że Mou odchodzisz z ligi hiszpańskiej. Moim zdaniem La Liga dopiero zrozumie jak kolejną wielką osobowość straciła po odejściu Guardioli. Że nie do końca rozumiała jego filozofię (że nie pochwalała niektórych metod działania jestem w stanie zrozumieć), a krytyka z jaką się spotykał była totalna. Powody do radości mogą mieć jedynie kibice Chelsea, do której Portugalczyk wróci po przejściach, z których bez wątpienia wyciągnie wnioski. Patrząc na posiwiałego, wypalonego człowieka, niechętnie mamroczącego coś tam, coś tam na konferencjach prasowych Ligi Mistrzów, zgasłego na ławce, rzadko cieszącego się przy linii bocznej jak po pamiętnym golu FC Porto na Old Trafford, zastanawiałem się czy i jemu nie przydałaby się roczna przerwa w Nowym Jorku (albo gdziekolwiek). Czuję jednak, że w Premier League odżyje niczym tytan Antajos, z którym walczył Herakles, a którego nie można było pokonać, bo po dotknięciu Matki Ziemi odzyskiwał siły. Tam - jak sam mówi - będzie otoczony ludźmi, którzy go kochają, a wrogowie doceniają. Dla ligi angielskiej, która straciła tak potężna osobowość jak Alex Ferguson, Mourinho spada jej z nieba...



niedziela, 19 maja 2013

 

Spotify porosiło mnie, żebym ułożył playlistę na sobotni finał Ligi Mistrzów na Wembley. Uznałem to za fantastyczny pomysł! Któż z nas nie lubi trafić na youtube na kompilację goli z fajną, pasującą muzą. Ponieważ dostałem pełną wolność postanowiłem po pierwsze nie szukać wyłącznie kawałków motywujących do walki, a po drugie nie skupiać się wyłącznie na tym konkretnym finale - czyli żadnych bawarskich czy westfalskich hitów, ani nawet Rammsteinu - ale opracować ścieżkę pasującą ogólnie najważniejszego piłkarskiego wydarzenia sezonu. Myślę, że wyszedł całkiem fajny mix rockowych kawałków, evergreenów, rapu i muzyki filmowej. Playlista jest dostępna tutaj, ale postanowiłem dopisać na blogu uzasadnienie.

Ciekaw jestem jakie Wy mielibyście propozycje na poszczególne okoliczności i miejsca? Jaka muza w szatni przed wyjściem na mecz, jaka do tunelu, co na tuż przed i tuż po pierwszym gwizdku, z czym na karku najlepiej schodzić do szatni na przerwę, przy jakiej muzie powinien motywować trener? Wreszcie co puścilibyście zwycięzcom, a co przegranym?  

Zaczyna się spokojnie, ale z małym dreszczykiem.

W AUTOBUSIE NA STADION puściłbym niezwykle inspirujące „Now we Are Free” z końcowych scen Gladiatora, z cudownym głosem Lisy Gerrard. To pod tę muzykę Pep Guardiola skompilował motywujące DVD z akcjami swojej Barcelony przed finałem Ligi Mistrzów w Rzymie z Manchesterem United. Nawet rezerwowi zawodnicy mówili, że niesamowicie ich naładował, Gabriel Milito stwierdził później, że całe szczęście, że nie grał z powodu kontuzji, bo chyba przy pierwszej interwencji dostałby czerwoną kartkę. tak był nagrzany.

Tymczasem NA TRYBUNCH

kibice odśpiewaliby „You’ll Never Walke Alone” z repertuaru Gerry’ego and the Pacemakers. Wiem, że to hymn fanów Liverpoolu i Celticu Glasgow (wątpliwe, żeby szybko spotkały się w finale Ligi Mistrzów;) ale nie ma bardziej podniosłego i lepiej nastrajającego hitu przed wielkim meczem. Ciarki przechodzą po plecach i wszystkie włoski stają dęba, gdy zaintonują je całe trybuny...

Tuż PRZED WYJŚCIEM Z SZATNI pasowałby mi energetyczne „Let's Get It Started” w wykonaniu Black Eyed Peas. Z oczywistych względów .

Na intensywną atmosferę W TUNELU, gdzie rywale stoją ramię w ramię przed wyjściem na murawę i ewentualną PRZEPYCHANKĘ w sam raz byłoby „Move Bitch”, Ludacrisa. W końcu futbol to nie jest zabawa dla grzecznych chłopców ;) Zdaje się, że któryś z wielkich bokserów albo zawodników MMA wchodzi przy tym na ring. Pasuje.

Nie znam lepszej muzyki do WBIEGNIĘCIA DRUŻYN na murawę niż „Sirius” Alan Parsons Project, która od lat towarzyszy wyjściu na parkiet Chicago Bulls. Gasną światła, jeden mocny reflektor kierunkowy aaaaaaand noooow starting line up of your Woooorld Champions, Chicago Buuulls! At forward from Central Arkansas, 6 foot 7 Scotty Pippen... potem Horace Grant, Bill Carthwrigt, BJ Armstrong, aż wreszcie at guard from North Carolina, 6.6 Michael Jordaaaan (ha, z pamięci recytuję ten skład, potem doszli Luc Longley, Dennis Rodman i Ron Harper). Po takim entre cała hala i zawodnicy i kibice byli maksymalnie napompowani, a goście o tacy malutcy...

Wyobrażam sobie, że tuż PRZED PIERWSZYM GWIZDKIEM, gdy zawodnicy zajmują swoje pozycje, a bramkarz sprawdza siatki i rzuca do bramki ręcznik, w ich głowach dudni coś w rodzaju muzyki Tylera Bates’a z filmu „300”, a konkretnie kawałek „Fever Dream”...



Mecz się zaczyna i na boisku tylko WALKA, WALKA, WALKA...

Najpierw w miarę spokojnie od „Enter Sandman” Metalliki, ale zaraz potem „Thunderstruck” AC/DC i „Trooper” Iron Maiden (You'll take my life, but I'll take yours too/ You'll fire your musket, but I'll run you through/ So when you're waiting for the next attack/ You'd better stand, there's no turning back...)

Dwa utwory chciałem zadedykować BOCZNYM OBROŃCOM. Akurat na Wembley będą śmigać chyba najlepsi obecnie na świecie: Philip Lahm, David Alaba, Łukasz Piszczek i Marcel Schmelzer. W pierwszym „Bleed it Out” Linkin Park pobrzmiewa mi ich szybkość, niezmordowane ataki wzdłuż linii i harówka w obronie. W „Down with the Sickness” (jakże wymowny tytuł na finał) Disturbed słyszę rytm ich serca. You też feel that?

PRZERWA. SZATNIA. W szatni motywująca przemowa trenera koniecznie przy dźwiękach „L'arena" Ennio Morricone z włoskiego spagettiwesternu „Il Mercenario”, którą Quentin Tarantino wykorzystał w Kill Bill 2, w tej scenie gdy Uma Thurman przypomina sobie szkolenie Pai Mei i wydostaje się z samotnego grobu Pauli Schutz...

WYJŚCIE z tunelu NA DRUGA POŁOWĘ przy dźwiękach „Ladies and Gentlemen” Salivy. (Ladies and gentlemen, good evening/ You've seen that seeing is believing/ Your ears and your eyes will be bleeding/ Please check to see if you're still breathing/ Hold tight cause the show it not over/ If you will please move in closer...)

WALKĘ W DRUGIEJ POŁOWIE najlepiej powinna ilustrować „Riot” Three Days Grace oraz „Whiskey In The Jar” Metalliki, przy którym gra od razu staje się bardziej kreatywna i pełna polotu.

 

Aż dochodzimy do momentu, w którym TERAZ ALBO NIGDY.

Do któregoś z kluczowych zawodników docierają słowa Eminema ze wstępu do „Lose Yourself”: Look, if you had one shot or one opportunity... This is everything you ever wanted. One moment... Would you capture it? Or just let it slip?

On jest od tego, żeby przesądzać w takich chwilach. To do niego ten refren: You only get one shot, do not miss your chance to blow/ This opportunity comes once in a lifetime, yo!

Gdy w końcówce pada zwycięski gol (jak w środkowym finale Ligi Europejskiej), wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie. Gdy rozbrzmiewa OSTATNI GWIZDEK, przegrani padną na kolana, czując w tym momencie dokładnie to samo co Frodo, który patrzył jak Gandalf spada z Mostu Khazad Dum. A w ich uszach brzmi lament samotnego elfa ze ścieżki dźwiękowej Władcy Pierścieni (to ostatni fragment dłuższego kawałka The Bridge of Khazad Dum - nasz smętny ale piękny fragment zaczyna się w 4:35).

 

KONIEC! Na dekorację czekamy przy chilloutowych dźwiękach „Fire” Kasabian, przy których zawsze lecą pomeczowe statystyki w NC+ ;)

PRZEGRANI maszerują po srebrne medale pocieszenia, które żadnym pocieszeniem nie są przy dźwiękach „Hymn of the Fallen” z Szeregowca Ryana.

Natomiast ZWYCIĘZCY ZMIERZAJĄ PO ODBIÓR wyśnionego PUCHARU z rąk Michela Platini przy - wcale nie „We’re the Champions” Queenu, zbyt mainstreame, ileż można? - ale przy „Remember the Name” w wykonaniu Fort Minor”, słuchając słów: „This is ten percent luck, twenty percent skill/ Fifteen percent concentrated power of will/ Five percent pleasure, fifty percent pain/ And a hundred percent reason to remember the name!”

Po którym zaraz z głośników leci „All I Do Is Win” DJ Khaleda dla bezczelnych zwycięzców.

STADION OPUSZCZAMY słuchając D'yer Maker” Led Zeppelin, bo... to po prostu fantastyczny utwór i fanie, żeby dźwięczał nam w uszach na koniec...

15:01, francuski_lacznik , Liga Mistrzów
Link Komentarze (16) »
piątek, 17 maja 2013

Zdjęcie i vlog zrobione HTC One X +

Nie ma gorszej męczarni dla blogera-twitteristy niż być na fajnej imprezie i nie móc z niej blogować i twittować, co spotkało mnie niestety podczas finału Ligi Europejskiej na Arenie w Amsterdamie. Nawet jednego twiccika, amsterdamski internet odmówił współpracy, dane nie chciały się załadować w telefonie, mogłem robić tylko zdjęcia. Jak to z lizbońskimi diabłami i Jezusem (jak trener Benfiki, Jesus Jorge), którzy byli tak pewni siebie przed rozpoczęciem spotkania. Wyższa instancje jednak Portugalczykom nie pomogła, przeważyło pucharowe doświadczenie Chelsea i boiskowe cwaniactwo jej piłkarzy, którzy wygrali drugi europejski puchar z rzędu. Nie ten, co prawda, który marzył się Romanowi Abramowiczowi i fanom The Blues, puchar przegranych, zwany też pucharem pocieszenia, ale nie wiele jest drużyn, które były aktualnym obrońcą obu trofeów na raz. Anglicy wygrali mimo, że to Benfica przez większą część meczu grała i ładniej i lepiej, ale to rywale grali do końca i jak celnie zauważył w tytule komentarza mój kolega z Rzeczpospolitej, Paweł Wilkowicz, Jesus został Hiobem, przypominając, że Benfika przegrała siódmy finał europejskiego pucharu z rzędu, a w minioną sobotę w prestiżowym meczu z Porto mistrzostwo Portugalii, mimo, że była liderem przez większość sezonu.

Trafnie to przewidziałem w przedmeczowym vlogu z przed Areny, przyznając się, że będę w tym spotkaniu kibicował przedstawicielowi ulubionej ligi i ulubionemu piłkarzowi, zwłaszcza po sezonie, który był dla niego tyleż świetny (stał się z 203 golami najskuteczniejszym piłkarzem w historii Chelsea), co przeklęty, gdy władze klubu dwa razy podkreślały, że nie przedłużą z nim kontraktu, chcą żeby odszedł. Frank Lampard to jeden z tych piłkarzy, do których nie sposób nie czuć sympatii i szacunku, bez względu na to jakiej drużynie się kibicuje, z tej samej gliny co Ryan Giggs, Andres Iniesta czy Alessandro del Piero. Którzy, gdy kończą karierę, cały piłkarski świat odczuwa bolesne ukłucie. Na pewno macie jeszcze jakieś swoje podobne typy. Jak tamci dzięki bardzo profesjonalnemu podejściu tak długo na topie. Rozmawiałem z nim w 2006 roku, tuż po tym jak pobił rekord Premier League, rozgrywając nieprzerwanie 164 mecze z rzędu (!), bijąc tym osiągnięcie byłego bramkarza Liverpoolu, Davida Jamesa (159). Poprosiłem go wówczas, żeby zdradził tajemnicę swej żywtności. - Nie jestem terminatorem. Liczy się zdrowy tryb życia, przygotowanie fizyczne, szczęście, ale także spryt. Unikam niepotrzebnych wślizgów bez szans na powodzenie, nie atakuję także bezmyślnie nóg przeciwnika - odparł. Pamiętam, że bardzo mu kibicowałem, gdy w 2005 przegrał z Ronaldinho walkę o tytuł Najlepszego Piłkarza Świata FIFA. Wielu twierdziło wówczas, że jego wpływ na sukcesy drużyny jest większy niż Brazylijczyka. Legenda Chelsea, kochana przez kibiców podobnie jak John Terry, ale nie wywołujący pozaboiskowych skandali jak obrońca The Blues, który w Amsterdamie w kolejnym swoim finale musiał gorączkowo zamieniać po meczu garnitur na koszulkę, żeby nie wyglądać głupio podczas wznoszenia pucharu.

 

Słabo znając Jesusa Jorge’a trzymałem też kciuki za Rafę Beniteza, miesiącami lżonego przez kibiców Chelsea, nie będących w stanie zapomnieć mu słów z czasów gdy prowadził Liverpool, którego angielska prasa wciąż bez litośnie nazywa trenerem tymczasowym. Widocznie taka już karma Chelsea, że największe pucharowe sukcesy osiąga nie tymi trenerami, których najchętniej widzieliby by tym miejscu kibice i właściciel, a może i sami piłkarze (jak Roberto di Matteo, z którym CFC wygrała Ligę Mistrzów, czy Avram Grant, który zawiódł ją aż do finału w Moskwie), a także wówczas gdy Terry nie może wystąpić.

Na koniec przyznam się do nitki triumfalizmu, jaki przemknął mi przez głowę, gdy wszedłem na trybuny Amsterdam ArenY. Wciąż zachwycającej, ale już nie tak jak podczas Euro 2000, gdy byłem tu po raz pierwszy (ostatnim meczem jaki widziałem był wstrząsający półfinał Holandia - Włochy). gdy na ciężkawych telebimach wyświetlił się napis, że na trybunach zasiadł komplet 46 tysięcy widzów (z małym haczykiem), pomyślałem sobie: hej, u nas na Narodowym byłaby dycha więcej! Ciasne kuluary też już tak nie porażały. Arena to jednak stadion z końca lat 90. ubiegłego wieku, nasz zdecydowanie to obiekt XXI wieku. Zdecydowanie bardziej zasługuje na finał!

PS:



Kto ma ochotę pogadać o futbolu, wielkim, dużym i całkiem małym, o piłkarskich idolach i ich autobiografiach, zapraszam w sobotę na Targi Książki w Warszawie do sali o - jakże wiele mówiącej nazwie - "Barcelona" na spotkanie ze... mną "niezwykłą osobistością świata sportu i mediów" jak uroczo pisze organizator Wydawnictwo Sine Qua Non:)

W trakcie panelu będzie szansa na wygranie zestawu WSZYSTKICH naszych książek sportowych!

Będę od 12:00 na stoisku SQN (sektor D18, stoisko 177) przez godzinę, bo potem hicior Legia - Lech. A 16. w tym samym miejscu spotkanie z prawdziwą "niezwykłą osobistością świata sportu" trenerem siatkarskiej reprezentacji Polski, Andreą Anastasim!


czwartek, 09 maja 2013

David Moyes jako następca sir Alexa Fergusona nie daje gwarancji, że Manchester United już w pierwszym sezonie będzie walczył o mistrzostwo Anglii i triumf w Lidze Mistrzów, jak zapewne byłoby gdyby na Old Trafford przychodził Jose Mourinho. 50-letniemu Szkotowi (to, że jest rodakiem ustępującego Bossa nie miało chyba szczególnego znaczenia) brakuje doświadczenia w Champions League, co nie raz okazywało się kluczowe na tym poziomie. Nigdy też nie musiał radzić sobie w szatni z tak wielkimi gwiazdami, z tak olbrzymim ego jakie spotka na Old Trafford. Wątpliwe, żeby z miejsca stał się autorytetem dla piłkarzy klasy Robina van Persie, Rio Ferdinanda czy Patrice Evry (o Wayne Rooney’u, którego jako 16-latka wprowadzał w świat dorosłego futbolu w Evertonie nie wspominam, bo napastnik reprezentacji Anglii właśnie wykasował z profilu na Twitterze opis: zawodnik Manchesteru United). Acz nie wierzę też, że ktokolwiek będzie otarcie kwestionował jego pozycje, bo wówczas spotkanie się z dyrektorską suszarką Fergusona, która może być jeszcze bardziej dotkliwa niż trenerska.

Wracając do gwiazd, MU może być teraz trudniej pozyskać kolejne, bo z Ferguson chciał współpracować prawie każdy piłkarz świata, a z Moyes’em niekoniecznie. Kto wie, czy dziś jak przed rokiem równie łatwo udałoby się namówić kapitana Arsenalu do transferu na Old Trafford?

Moyes świetnie zna za to zna Premier League, a jego świetnie zna Ferguson, który zapewne widzi w nim siebie młodszego o 20 lat. Wiadomo, że wyznają podobną filozofię, choć co innego stosować ją w Evertonie, a co innego w czołowym klubie świata. W każdym razie nazwisko następcy Fergusona gwarantuje dobrą współpracę obu panów, której chce Sir Alex, nie znika bowiem z klubu, ale najwyraźniej co najmniej będzie dzielił się radą, a jeśli trzeba pewnie i sterował z tylnego siedzenia. Z przyjacielem Mourinho ta współpraca nie musiałaby wyglądać już tak różowo. Osobowości są zbyt wielkie, a Portugalczyk nie znosi konkurencji, o czym przekonał się w Realu Madryt Jorge Valdano.

Zastanawiam się czy nie lepsza byłaby dla MU opcja ‘manchesterskiego Guardioli’, czyli legendarnego zawodnika z autorytetem jak Ole Gunnar Solskjer czy Ryan Giggs, idoli dla wielu graczy United, piłkarzy z charyzmą i autorytetem, których Ferguson wspierałby doświadczeniem, tak jak w pierwszym roku pracy Pepa Guardioli po zastąpieniu Franka Rijkaarda wspierała legenda Barcelony, Johan Cruyff. Ale tego się nie dowiemy. W sumie Moyes to najlepszy możliwy trener dla MU, skoro tak przesądził Ferguson. Ciekawe czy stanie się jednym z najlepszych transferów Szkota w karierze na miarę Erica Cantony, Roy’a Keane’a, Ruuda van Nistelrooy’a czy Wayne Rooney’a?

wtorek, 07 maja 2013

 

Ale jestem z siebie zadowolony, że znów spontanicznie udało mi się stworzyć mały, fajny konkurs i powyciągać z Was cudowne wspomnienia dzieciństwa, które łączą nas wszystkich ze sobą, w tym z Alexem, Pepem, dla którego bramką były zaciągnięte sklepowe żaluzje w Santpedor, Wayne’m, który szalał z kumplami za piłką na ulicy w Croxteth, Zlatanem, któremu w przejściu podziemnym w Malmoe nikt nie potrafił odebrać piłki, Ronaldo de Assísem Moreirą, który kiedy już wszystkie chłopaki poszły do domu, kiwał się ze swoim psem i musiał robić to dobrze, żeby zwierz nie przegryzł mu piłki. Cieszę się, bo i wróciły moje wspomnienia, meczów na betonie gdzie bramkami były ławki, do trzech korków karny, a piłkę na podwórku między blokami na Międzynarodowej miał tylko jeden chłopak, bardzo chory na serce, z rozdętą klatką piersiową, który wybierał nierówne drużyny, oczywiście biorąc do swoje najlepszych. fajnie, że ktoś z Was przypomniał żelazną zasadę, żeby nie siadać na piłce, bo robi się jajo, a inny, że kto wykopał ten leci po gałę. Tak było z nami wszystkimi, tylko nazwiska na koszulkach się zmieniały. Ja kiedy stałem na bramce zawsze byłem Jean Marie Pfaffem (staaaaare dzieje, ktoś go w ogóle kojarzy?), z racji bujnej jeszcze wtedy fryzury i uwielbienia wygłupów (np. udawania przepuszczenia piłki pod brzuchem, żeby w ostatniej chwili rzutem nie dać jej wpaść do bramki, raz na Turnieju Dzikich Drużyn, ponieważ akcja prawie cały czas toczyła się po bramka przeciwników, opuściłem z nudów własną i schowałem się do otwartego kanału tuż za moja bramką, wywołując konsternację obu ekip, gdzie nagle wcięło bramkarza). A kiedy stałem na obronie, bo na szkolnym boisku zmienialiśmy się co pięć minut, albo co bramka zmiana, zawsze byłem Franco Baresim;) Niestety, przyznaję ze skrucha, to o takich jak ja pisze wyróżniona favola03, bo wraz z resztą chłopaków nie chciałem grać z dziewczynami, choć pamiętam, że co jakiś czas pojawiały się chętne, demonstrując, że przynajmniej żonglować umieją lepiej niż my...

Dzięki Wam za te wspomnienia. Ciężko było wybrać najlepsze, bo przecież wszystkie są równie ważne i wyjątkowe. Wspólnie z tłumaczem książki del Piero ‘Gramy dalej’, Marcinem Nowomiejskim musieliśmy jednak rozdać pięć nagród, postanowiliśmy więc wybrać najbardziej ujmujących. O to autorzy i ich notki (pierwszym miejscem - symboliczne, bo nagroda taka sama dla wszystkich - postanowiliśmy wyróżnić leskoo0, reszta zajmuje drugie miejsce na podium, a kolejność alfabetyczna). Poproszę o adresy na mejla!

 

leskoo0

Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy to najdrobniejsze szczegóły nie miały znaczenia. Oryginalna koszulka, czy ta podrabiana z rynku? Markowe buty? A może szmaciaki pozostałe po starszym bracie? To nie miało znaczenia. Ważna była P-I-Ł-K-A. Kilka szybkich ruchów otwarcie szafy i stawałeś się kimś innym. Nagle biało-czarne pasy, czy napis O2 na stroju, zmieniały Twoje oblicze. Del Piero, Henry, Giuly - nie wiedziałeś praktycznie nic na ich temat? Pamiętasz? Henry mija jednego, drugiego. HENRY! krzyczałeś kiwając chłopaków. Nikt nie śmiał się, nie patrzył na Ciebie przez pryzmat tego, czy Twój tato jest biznesmanem czy alkoholikiem. To było piękne. Jednak gdy tylko nie trafiłeś na pustą bramkę, każdy wiedział jak zareagować. Język futbolu działał samowolnie. 
Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy to po wykopaniu piłki na podwórko sąsiada, nie było odważnego. Ty wykopałeś, więc idziesz... Złota zasada. Najczęściej słowa te wypowiadał ten, którego gała była własnością. U mnie zawsze kończyło się kłótnią. Kolega zaczął wyzywać nazwisko z Twojej koszulki. Miałeś ją na sobie, więc musiałeś jej bronić! Następny dzień i nikt nie pamiętał o konflikcie. Nawet jeśli, to pokrzywdzeni pokazywali swoją złość w grze. Upokorzenie przez kolegę, który założył Ci sito między nogami bolało bardziej niż siniak pod okiem. Nagle przychodzili starsi. Owłosione nogi, opalone sylwetki. Marzyłem i odliczałem czas, aby zająć ich miejsce. Stało się to szybciej, aniżeli mógłbym kiedykolwiek przypuszczać. 
Upłynęło sporo lat. Patrz - piękne jak piłka nożna wychowuje. Współczuję tym, którzy nie kochają futbolu. Ten sport, zaszczepiony podczas genialnych popołudni, stał się pasją, celem na przyszłość. Po prostu życiem :)

 

favola03

Pamiętam te genialne popołudnia siedzę na schodach przed wejściem do domu. Jeszcze opóźniam wejście do środka. Wdycham ciepłe, majowe powietrze, smakuję słone łzy dziecięcego odrzucenia i masuję posiniaczoną buzię. Cześć, mam na imię Agnieszka, mogę z wami zagrać?- wspominam swoje pytanie i bolesną odpowiedź: Nie, jesteś dziewczyną. I ten moment, gdy z małymi, zaciśniętymi mocno piąstkami rzucam się na chłopca, by pokazać mu siłę, w którą nie uwierzył. W kręgu dziecięcych marzeń, gdzie rysą na honorze jest wyłączenie ze wspólnej zabawy, czas się zatrzymał. Kurz, krew, pot. Już zabrzmią w tłumie słowa, że jesteś dziewczyną. Ciosy padają bez znieczulenia. I czyjeś kroki i mgła przed oczami i stłumione krzyki. Ktoś nagle szarpie cię za podarty rękaw i prowadzi do domu. Nie zagrałaś z nimi. Nie dostałaś szansy na boisku. I nikt się już nie dowie ile kosztują pierwsze porażki, które zapadły bez twojego czynnego udziału. Dziś oni rozgrywają międzynarodowe mecze w wirtualnym świecie gier komputerowych. Ty spieszysz się na ligowy mecz, w koszulce nr 10 biegniesz przez miasto, by nie spóźnić się na pierwszy gwizdek

 

iekarski

Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy wracał do domu i był już tylko mój. Te genialne popołudnia, gdy bawiliśmy się razem. Wtedy liczyło się tylko to, zabawa, czas bez żadnych zmartwień tylko On i ja. Te genialne, letnie popołudnia gdy kopaliśmy piłkę do zachodu słońca a potem piliśmy oranżadę pod sklepem. Często kupował mi lody czekoladowe i gumy Turbo. To on wszczepił we mnie kibica piłkarskiego. Był moim pierwszym przyjacielem. Mój dziadek. Dzisiaj już go nie ma, a sam nie jestem już dzieckiem ale dzięki tym wspomnieniom nigdy mnie nie opuści. I będę pamiętał te słowa, że w każdej sytuacji dam radę.

 

keloy

Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy chciałem, żeby nigdy nie zachodziło słońce. Żeby mama rzuciła jeszcze 2 złote z balkonu, bo chciało mi się pić po grze w piłkę. Kiedy baliśmy się z kolegami, gdy przychodzili starsi i zajmowali nam boisko. Gdy wszyscy bali się siadać na piłkę, bo zrobi się jajo. Mimo wszystko, tak młodzi, z tak wielkimi marzeniami. Nieważne, czy się wygrywało, czy nie, czy było ciemno, czy padał deszcz, czy padały ładne bramki... Ja z ręką na sercu każdego popołudnia krzyczałem "ja jestem Rivaldo!"... byłem swoim własnym Rivaldo na własnym osiedlu. I tych wspomnień nikt mi nie zabierze!

 

TyphooN

Pamiętam te genialne popołudnia jedno osiedlowe boisko przy szkole wielu chętnych. Starszyzna miała pierwszeństwo A my obok boiska, kawałek asfaltu, narysowane mini boisko. Bramki z klocków (nie Lego) z siatką z bandaża, a w worku kilka drużyn z kapsli. Nie byle jakich. Najlepsze były te po markowych napojach, wypełnione stopioną świecą lub plasteliną. Każda drużyna z pieczołowicie zrobionymi koszulkami w barwach narodowych, nazwiska, numery, wszystko pieczołowicie chronione taśmą samoprzylepną tak, aby nic się nie uszkodziło Kiedy kulka z łożyska wpadała do bramki było nas słychać bardziej niż tych szczęśliwców obok Del Piero był na kapslu po Coca-Coli to było coś te ślizgały się najlepiej. 
Później to my byliśmy starszyzną ;) 


 

 



Tagi: konkursy
14:12, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (6) »
sobota, 04 maja 2013

Nazywam się Alessandro Del Piero i gram w piłkę nożną. Spełniły się wszystkie moje marzenia z dzieciństwa: jestem szczęśliwą i uprzywilejowaną osobą, ponieważ moja pasja stała się w końcu moim życiem i moim zawodem. Nie sądzę, by los mógł być dla człowieka jeszcze łaskawszy. Wychowuję trójkę małych szkrabów. Mam nadzieję, że każdy z nich doświadczy czegoś wielkiego, ale życzę im przede wszystkim, by ich pasje również stały się ich życiem. Chciałbym, by któregoś dnia wspominali mnie tak, jak ja wspominam swojego ojca. Może będę dla nich tak dobrym tatą, jak mój był dla mnie. Tak bardzo chciałbym móc mu powiedzieć „kocham cię” o parę razy więcej. Zamiast tego obaj woleliśmy ciszę. Tak bardzo chciałbym, by poznał moje dzieci.

Tak zaczyna się ta wyjątkowa książka napisane przez Alessandro del Piero pt 'Gramy dalej'. Nie jest autobiografią gwiazdora Juventusu, nie poznamy z niej drogi jaką przebył z podwórka na szczyt światowego futbolu, nie poznamy setek zabawnych anegdot z szatni Juve czy reprezentacji Włoch. Dostaniemy za to poetycką opowieść o 10 najważniejszych wartościach, którym wierność pozwoliła mu osiągnąć to wszystko, co osiagnął. Mistrz świata z 2006 roku, wielokrotny mistrz Włoch i jeden z najlepszych napastników w historii futbolu dzieli się przemyśleniami na temat istoty Talentu, Pasji, która oznacza dla niego skupianie całej energii na rzeczach, które się kocha,  Przyjaźni (nie tylko w drużynie), Wytrwałości, Uczciwości (nie tylko na boisku), Piękna, Ducha drużyny, Poświęcenia (także w życiu codziennym), Stylu i Wyzwania, przeplatając to opowieściami z dzieciństwa i kariery. - Nie jestem żadnym guru ani filozofem, ale wiele w życiu zobaczyłem i doświadczyłem i tym właśnie chcę się podzielić - tłumaczy. - Sport to wybitna szkoła wartości. Kto nie myśli w ten sposób, nie jest prawdziwym sportowcem. Chciałbym, żeby niniejsza książka była encyklopedią dziesięciu rzeczy, których się nauczyłem. Dziesięciu, tak jak mój numer na koszulce. Dziesięciu fundamentalnych poglądów, którymi kieruję się nie tylko na boisku. Książka ta nie jest pamiętnikiem, nie jest też autobiografią – te przecież pisze się na końcu, a liczę na to, że od końca dzieli mnie jeszcze spora odległość. Ta książka to ja: ludzie wiedzą o mnie wszystko, ale niewielu zna mnie faktycznie od podszewki.

Dam Wam próbkę stylu narracji Alexa, równie ujmującego jak jego styl gry. Wybrałem ten, ponieważ wielu z Was na pewno ma bardzo podobne wspomnienia, w dzieciństwie wszyscy byliśmy takimi Aleksami, a przynajmniej ci z nas sprzed ery kompów i konsoli gdy każdą wolną chwilę po szkole spędzało się na boisku (choć zapewne nie wszyscy mieliśmy tak wyrozumiałych rodziców jak on, co do mnie, jeśli nie pomagały wezwania z balkonu do powrotu, zdarzało się, że bywałem zganiany z bramki smyczą;)

Pamiętam te genialne popołudnia. Latem zaczynaliśmy grać w piłkę zaraz po obiedzie i nie przestawaliśmy aż do zmroku. Świat dookoła przestawał dla nas istnieć. Robiło się coraz ciemniej, mrok ogarniał domy, łąki i winorośle nieopodal podwórka. Tata zawieszał wtedy cztery niewielkie lampki, żebyśmy mogli dalej grać. To był mój stadion, mój Puchar Mistrzów. Koledzy w końcu musieli wracać do domów. Czasem ktoś się pożegnał i zostawiał resztę ekipy. „Mama czeka na mnie w domu” – mówił jeden. Inny bez słowa po prostu odwracał się i odchodził. Zostawało nas na podwórku coraz mniej. Siedmiu, pięciu, trzech chłopaków. W końcu zostawaliśmy we dwóch. Spoceni słuchaliśmy, jak gdzieś niedaleko rechotały żaby. Byliśmy wykończeni i to było piękne. W mroku dookoła nie dało się wypatrzeć już praktycznie niczego, ale jedną rzecz widzieliśmy bardzo wyraźnie. Była jasna, okrągła i nigdy się nie zatrzymywała. Piłka.

 

Razem z kumplem, który zostawał najdłużej, zaczynaliśmy kiwać się ze sobą, urządzaliśmy konkursy strzałów na bramkę, a czasem po prostu graliśmy mecze jeden na jednego, bez bramkarzy – i tak do czasu, kiedy przychodziła noc i on też musiał iść do domu. Wtedy zostawałem już tylko ja i moja piłka, najwierniejszy towarzysz. Grałem dalej, tym razem z niewidzialnym przeciwnikiem. Tak wyglądało moje dzieciństwo. W głowie miałem tylko piłkę. Ale nie chciałem być w tym sam, chciałem zostać prawdziwym piłkarzem. Chciałem stać się mistrzem. Marzyłem o mistrzostwach kraju i Pucharze Świata. Chciałem stać się sławny. Chciałem, by ludzie mnie kochali. Chciałem udowodnić wszystkim dookoła, że nawet najmniejszy może stać się najlepszym.

Jednym z najciekawszych rozdziałów jest ten poświęcony Uczciwości, zwłaszcza w kontekście niedawnych afer we włoskim futbolu (del Piero był przecież jednym z tych, którzy zostali w drużynie po karnej degradacji do Serie B). Niezwykle ciekawe są jego przemyślenia temat tego co w futbolu moralne, o różnicy między przebiegłością a sprytem, wygraną nie tylko dzięki własnym zasługom, ale łutowi szczęścia albo cudzego błędu, a osiągniętą w nieuczciwy sposób. Czy zawsze warto spudłować karnego, jeśli sędzia przyznał go niesłusznie, oddać rywalowi piłkę, mimo, że czas i wynik gonią, czy umiejętne sprowokowania przeciwnika do błędu też jest częścią sportu? Ale wszystko poprzedza pewna historia z dzieciństwa...

(...) Miałem dziewięć lat. W tamtych czasach istniały jedynie namiastki dzisiejszych gier wideo. W mojej wiosce był bar Acli, a w nim – piłkarzyki, pinball, którego oczywiście nie mogło zabraknąć, oraz gra wideo o statkach kosmicznych, sto lirów za jedną rundę. Każdy marzył o tym, by pobić rekord, ale żeby tego dokonać, trzeba było grać wiele razy pod rząd, za każdym razem wrzucając kolejną monetę i wciskając magiczny przycisk „kontynuuj”. Był to luksus zarezerwowany dla nielicznych.

Żeby móc grać wiele razy pod rząd, pewnego sobotniego wieczora postanowiłem wziąć z portfela taty tysiąc lirów. Ukradłem je. Robiłem to już kilka razy wcześniej i nigdy nie zostałem przyłapany, dlatego czułem się niezłym cwaniakiem. Ten raz był ostatnim w moim życiu i pamiętam go doskonale.

Każdego wieczora po pracy tata przebierał się w garażu i wchodził na górę do domu. Dobrze wiedziałem, gdzie trzyma swój portfel. Wyjąłem z niego tysiąc lirów z czerwonym napisem po boku   – czasem zdarzało się trafić na taki stary banknot – i włożyłem do swojego portfela na rzep. Tak po prostu, nawet ich nigdzie nie schowałem. W głowie miałem tylko jedną myśl: chcę dojść do dziesiątego, a może od razu dwunastego poziomu gry. Widziałem już przed sobą automat do gier, cały tylko dla mnie – trzeba było tylko dotrzeć do baru przed innymi. Obraz następnego poranka ciągle tkwił mi w myślach. Byłem zadowolony.

Przy kolacji, sam nie wiem jak, zdarzyło mi się wyjąć z portfela owe słynne tysiąc lirów. Nawiasem mówiąc, miałem w nim jeszcze inne banknoty o tym nominale, mogłem więc wiele razy pobić rekord w mojej kosmicznej grze. W tamtej chwili tata popatrzył z dziwnym wyrazem twarzy na ów banknot i powiedział: „Cóż za piękne czerwone tysiąc lirów, a jaki dziwny wzór!”. Nie powiedział ani słowa więcej. Nie musiał.

Zanim położyłem się spać, zszedłem do garażu i włożyłem pieniądze z powrotem do portfela taty. Choć od tamtego dnia minęło już tyle lat, doskonale pamiętam to rozbrajające poczucie winy. Tamtego wieczora pojąłem, co znaczy powiedzenie „na złodzieju czapka gore” i to wystarczyło, bym nie spróbował tego nigdy więcej (...)



(...) Kiedy mówię, że błędy powinny nas czegoś uczyć, mam na myśli również kwestię uczciwości. Niczego przecież nie zdobywa się raz na zawsze. Nikt z nas nie jest Janem Bosko ani świętym Franciszkiem – i bardzo dobrze. Wszyscy jednak powinniśmy być szczerzy i prostolinijni. Uczciwość, nie tylko w świecie sportu, jest inwestycją długoterminową, przebiegłość zaś to jedynie droga na skróty. Jest jednak różnica pomiędzy przebiegłością a sprytem – przebiegłość jest czymś niemoralnym, podczas gdy spryt to błyskotliwość, mentalna zręczność, umiejętność bardzo pożądana w sporcie. Sportowiec musi być sprytny, ale nigdy nie powinien być niepoprawny. Niczego nie osiąga się bez poświęcenia, a poszanowanie reguł oznacza między innymi wygrywanie wyłącznie dzięki własnym zasługom, ewentualnie dzięki przeznaczeniu albo łutowi szczęścia, nigdy jednak w nieuczciwy sposób. Tam, gdzie zaczyna się nieuczciwość, kończy się prawdziwy sport, ponieważ upada kodeks etyczny – coś w stylu niepisanego rycerskiego regulaminu. Ów kodeks bez wątpienia istnieje również w świecie sportu. Uczciwe postępowanie z czasem przynosi duże zyski, tymczasem nieuczciwi płacą za sukcesy fałszywkami. Są one puste, niczego niewarte i niemal zawsze bardzo nietrwałe.

Kiedy myślę o najlepszym przykładzie uczciwości w karierze, na pamięć natychmiast przychodzi mi porażka z Perugią w maju 2000 roku, kiedy to wymknęło się nam z rąk praktycznie wygrane scudetto. Do końca meczu zostało dziesięć minut, a my przegrywaliśmy jedną bramką. Niczego nie potrafiliśmy wymyślić, nie udawało się skonstruować żadnej składnej akcji. Było już niemal wiadomo, że wszystko stracone. Czuliśmy jedną wielką pustkę.

Na dziesięć minut przed końcem spotkania, kiedy wyprowadzaliśmy akcję, sędzia liniowy przyznał nam rzut z autu. Wykonać miał go Gianluca Pessotto, ale on zamiast tego oddał piłkę Perugii. Doskonale wiedział, że to my wybiliśmy piłkę na aut. Postąpił słusznie, choć rzecz jasna nie było mu łatwo zachować się w ten sposób. Postąpił szlachetnie. Należy też zrozumieć dramaturgię tamtej chwili, oczywiście w sportowym tego słowa znaczeniu. Nikt z nas nie był jednak zaskoczony tym, co się wydarzyło – tym, że Gianluca postąpił tak, a nie inaczej. Każda jego decyzja była dla nas niepodważalna, wystarczyło, że podjął ją właśnie on. W szatni po meczu nikt nawet nie pomyślał o tym, by robić aluzje do tego rzutu z autu, do piłki świadomie oddanej przeciwnikowi. Na boisku piłka jest moja albo twoja. Wszyscy, za każdym razem, doskonale wiedzą, czyja powinna być. Fakt, że ów gest Pessotto miał miejsce w tamtej konkretnej chwili, czyni go tym bardziej wielkim – wszyscy bowiem chętnie okazują uprzejmość, kiedy ich drużyna wygrywa w przeciętnym meczu 3:0, co innego jednak, kiedy gra toczy się o tytuł mistrzowski i to w takich a nie innych warunkach. Myślę, że różnica pomiędzy dobrym a wielkim piłkarzem polega na umiejętności bycia zdecydowanym w najważniejszych momentach, przy czym ma to znaczenie nie tylko w świecie sportu. Wielką osobowość odsłaniają najbardziej trudne z podejmowanych decyzji. Przykład Pessotto z meczu w Perugii jest ciągle żywy i wciąż dla mnie niedościgniony – nie uważam, że jestem lepszy, staram się jednak niezmiennie do tego dążyć. To ciągła droga, stałe pragnienie. Świetnym wynikiem byłoby choćby zmniejszenie liczby popełnianych błędów. Uczciwość jest wartością zbyt wielką, by móc sądzić, że osiągnęło się ją raz na zawsze – byłoby to myślenie bardzo aroganckie.

Nigdy więcej nie ukradłem nikomu tysiąca lirów, nigdy też nie wymusiłem rzutu karnego. Przydarzyło mi się jednak przestrzelić parę nieco wątpliwych karnych, nie robiąc tego umyślnie – tak jakbym miał rozładowany akumulator, jakby coś w środku wręcz zmuszało mnie do popełnienia błędu. Pamiętam jeden taki raz, w meczu Juventusu z Udinese, kiedy sędzia podyktował dla nas praktycznie niezauważalny rzut karny. Podszedłem do piłki i uderzyłem prosto w poprzeczkę… Podobnie było w meczu z Romą, kiedy byłem rozproszony rozmowami o nowym kontrakcie. Wtedy też przestrzeliłem.

(...) Skoro już mowa o uczciwości, warto też wspomnieć o symulowaniu. Niestety, nadal je widać, choć może już nie tak często, jak kiedyś, ponieważ czujne oko kamery jest świetnym czynnikiem odstraszającym. Wiem, że kiedy napastnik wbiega w pole karne, chce strzelić gola, a nie nurkować. Szybkość i dynamika dzisiejszej gry w piłkę ma to do siebie, że czasem nawet dotyk czy lekkie pchnięcie sprawia, że się przewracasz, jednak minione lata pokazały, kto jest symulantem, a kto nie. Poza tym, z tego co mi wiadomo, istnieje coś takiego, jak piłkarski spryt, doświadczenie czy umiejętność sprowokowania przeciwnika do błędu – wszystko to jest częścią sportu.

Czasem zdarza się wymusić rzut wolny w środku pola, ale na Boga – kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Nie uważam, by było to jakimś wielkim pogwałceniem zasad uczciwości. Kiedyś w meczu Juventusu z Romą dostałem pięścią w twarz. Zaskoczyło mnie to tak bardzo, że nawet nie zareagowałem. Jeśli wtedy upadłbym na murawę, mój przeciwnik zostałby wyrzucony z boiska. Zmierzam do tego, że nawet jeśli czasem można by odnieść korzyść z tego typu sytuacji, nie wykorzystuje się ich. Niekiedy po prostu uznasz to za niestosowne albo nawet nie przyjdzie ci to na myśl. Zachowanie fair play może być instynktowne, podobnie jak i jego zupełne przeciwieństwo. Nieraz w trakcie meczu może zdarzyć się, że wolisz upaść, niż dać się kopnąć i doznać urazu. Ryzyko kontuzji też jest częścią tej gry. Tego typu zachowania również nie nazwałbym nieuczciwym. By wiedzieć, jak się zachować, nie potrzeba przepisów. Bardzo ważny jest kodeks etyczny. Niemal zwyczajem jest już, że kiedy piłkarz leży na ziemi, wykopuje się piłkę poza boisko, staramy się jednak wracać do korzeni, czekając na gwizdek arbitra. Chyba, że komuś puszczą nerwy   – wtedy grę zatrzymuje się natychmiast (...)

 

(...) Każdy zawodnik broni barw swojego klubu i zrozumiałe jest, że kibicom drużyny przeciwnej może się to nie podobać. Przez wiele lat byłem wyzywany i wygwizdywany – z powodu przynależności klubowej, z powodu podejrzeń o doping, z powodu afery Calciopoli, ponieważ jestem kapitanem najbardziej kochanego i jednocześnie najbardziej znienawidzonego klubu we Włoszech – w porządku, musiałem się z tym liczyć. Przeżyłem jednak również chwile ogromnej satysfakcji. Pamiętam dwa wspaniałe mecze, w Weronie z Chievo i w Genui z Sampdorią. W tym ostatnim strzeliłem nawet dwie bramki. Kibice na obu stadionach potraktowali mnie bardzo ciepło, przy czym nie chodziło o sam doping, a o wyrazy szacunku wobec mnie. Czasem zdarza się, że czujesz się piłkarzem wszystkich, nie tylko własnych kibiców, a to bardzo elektryzujące uczucie. Mam nadzieję, że ów aplauz dotyczył nie tylko umiejętności gry w piłkę, ale też całej mojej piłkarskiej historii, stylu bycia i zachowania, z jakiego starałem się zasłynąć przez wszystkie te lata. Pewne wyrazy szacunku, uczciwości i sportowego zachowania poruszają cię jako człowieka, nie tylko jako sportowca.

 Niestety, istnieje też kibicowanie „przeciw” komuś, co przypomina chwast w całym tym ogrodzie. Przywiązanie do barw klubowych jest ważne, nie powinny one jednak stawać się barwami wojennymi. Kiedy grasz dla swojej drużyny, musisz dawać z siebie wszystko i musisz się z nią identyfikować.

Jako kapitan Juventusu, nigdy nie zapomnę degradacji do Serie B z powodów związanych z uczciwością. Zawsze będę musiał się z tym liczyć, ponieważ nie był to tylko zły sen – to wydarzyło się naprawdę. Kiedy ktoś zapyta mnie pewnego dnia, gdzie się podziewałem przez tamte dwa sezony, odpowiem: byłem w Juve i w pełni zasłużenie wygrałem to, co wygrałem. Skaza, jaką była afera Calciopoli, przekształciła się w cenne doświadczenie, w niezwykle dziwną, ale i piękną przygodę w Serie B, koniec końców zaś stała się powodem do dumy. Nie można przecież udawać, że nic się nie stało.

 Niczym w teatrze absurdu, w ciągu kilku miesięcy świętowanie tytułu Mistrza Świata w piłce nożnej musiało ustąpić debiutowi w Serie B w Rimini. Swój pierwszy mecz zremisowaliśmy na stadionie, na którym wszędzie pachniały sprzedawane piadine 4 – czuję je do dzisiaj. Nasze sumienia cały czas były jednak czyste, widzieliśmy bowiem, że nie wygraliśmy choćby jednego meczu dzięki pomocy z zewnątrz. Wręcz przeciwnie, w tamtym wyjątkowo trudnym sezonie szliśmy łeb w łeb z Milanem, rozstrzygając pojedynek wygraną na San Siro, kiedy to po podaniu przewrotką asystowałem przy golu Trezeguet.

To było przeznaczenie, coś, czego nigdy do końca nie potrafiłem wyjaśnić. Co do jednego nie ma żadnych wątpliwości: te dwa tytuły mistrzowskie są całkowicie nasze, jesteśmy ich prawowitymi właścicielami. Kiedy jednak przypominam sobie tamto popołudnie w Bari, ten wprost nierealny epilog sezonu, czuję się niczym we wspomnianym teatrze absurdu...

Książka jest wyjątkowa także dlatego, że została wydana w Polsce (jako pierwsze światowe tłumaczenie!) dzięki determinacji kibiców, skupionych w JuvePoland.com. Wprawiają mnie w zachwyt takie inicjatywy! To są prawdziwi kibice, zrobili coś dla siebie, dla swoich braci i nas wszystkich, którzy zachwycaliśmy się jego grą, a teraz możemy dowiedzieć się co mu w duszy gra. Zaprosiłem do redakcji tłumacza książki, Marcina Nowomiejskiego oraz Mateusza Poleka z JuvePoland.com, żeby opowiedzieli dlaczego właśnie del Piero jest tak ważny dla kibiców Juve, co sądzą o tym, że nie dane mu było skończyć kariery w Turynie i o samej książce.

'Gramy dalej' - wyjątkowa książka Alessandro del Piero

UWAGA: KONKURS!

Mam dla Was do wygrania trzy książki Aleksa. Chętnych poproszę o to, żeby na chwilę przenieśli się wspomnieniami do dzieciństwa i w komentarzach rozwinęli we króciutkim tekście słowa del Piero Pamiętam te genialne popołudnia... Dziś sobota, to do poniedziałku, wystarczy parę zdań, ale niech będą ujmujące;)


 



czwartek, 02 maja 2013

Era Barcelony musiała się kiedyś skończyć jak z czasem skończyło się każde piłkarskie imperium, ale że upadek będzie tak spektakularny, tego się nie spodziewałem. 0:7 w dwumeczu z Bayernem Monachium! Barca jeszcze tak niedawno słusznie obwoływana najlepszą drużyna świata, a może nawet wszechczasów została sprowadzona do statusu najżałośniejszego półfinalisty w historii Ligi Mistrzów. A i we wcześniejszym Pucharze Europy nie łatwo doszukać się tak bolesnego lania - w 1982 roku poniosła je CSKA Sofia, zresztą również z rąk (nóg) Bayernu Monachium. Szok tym większy dla piłkarzy i kibiców klubu, który od lat bił rekordy tylko pozytywne, dopiero co świat przecierał oczy na te ustanawiane przez Leo Messiego.

Ktoś musi być winny temu, że Barca w kilka miesięcy tak boleśnie została sprowadzona z nieba na ziemię, do roli zwykłej drużyny. Bo przecież mecz z Bawarczykami był tylko zwieńczeniem nieuchronnego, znakami nadciągającego upadku były przecież ligowe i pucharowe porażki z Realem i fakt, że na wiosnę wygrała ona w Lidze Mistrzów jedno spotkanie (dziś wiemy, że rewanż z Milanem był w jej wykonaniu wybrykiem natury, jednorazową genialną remontadą).

Nie zgadzam się z tezą, że Barca zwiędła, bo wypaliła się formuła Tiki-taki, drużyny ją przejrzały, znalazły na nią antidotum. Moim zdaniem wypaliła się nie tyle tiki-taka ile jej wykonawcy. Do czego doprowadziła zarządzanie klubem przez prezesa, dyrektorów i trenerów. Słowem: Tiki-taka - tak! Wypaczenia - nie! Wypaczenia widzę następujące:

@ Najlepszy Piłkarz Świata przestał nim być, bywał co raz rzadziej, został tak wyeksploatowany, że zaczęły go gnębić kontuzje. W końcu doszedł do wniosku, że z nim na boisku drużyna gra w dziesiątkę. Dlatego - moim zdaniem - postanowił przesiedzieć na ławce cały rewanż z Bayernem. Za wredne i debilne uważamspekulacje, że przeczuwał lanie, więc nie chciał być z nim kojarzony. Messi jest może mały wzrostem, ale to wychowanek Barcy i gdy zdrowy - wciąż piłkarz z PalyStation, nie róbmy mu krzywdy takimi insynuacjami.

@ Ktoś dopuścił do tego, że Messi przerósł klub (do czego nigdy nie dopuściliby tacy trenerzy jak Alex Ferguson, Jose Mourinho czy Jupp Heynckes). Ktoś dopuścił, że drużyna tak bardzo się od niego uzależniła. Że nie tylko grał kiedy chciał (czyli zawsze, nawet w meczach, w których powinien odpoczywać), ale z rokiem na rok odpowiadał za co raz większy procent goli zespołu: w sezonie 2008/09 zdobywał jeszcze 32% goli z piątki czołowych strzelców Barcy, w 2009/10 już 43%, w 2010/11 - 46%, w 2011/12 - 56%, a w obecnym 2012/13 - aż 60%. Kto? Zarząd, który m.in. po to by uniknąć przechwycenia gwiazdora przez wrogich szejków i innych bogaczy oddał mu olbrzymi wpływ na drużynę i możliwość decydowania ile gra, z kim i w jakim stylu. Nawet najlepszy piłkarz niekoniecznie musi wiedzieć co jest najlepsze dla niego i drużyny. Moim zdaniem zabrakło na ławce kogoś z autorytetem i stanowczym zdaniem.

 

@ Nie mam o to pretensji do Tito Vilanovy, czy tym bardziej do Jordi Roury. Oni dopasowali się do relacji panujących w klubie. Do nich pretensje można mieć za to o przygotowanie fizyczne, z którym najwyraźniej jest cos nie tak. Nie tylko z Bayernem piłkarze Barcy wyglądali na słabszych, wolniejszych, zdominowanych fizycznie, nie najlepiej to wyglądało i z PSG i z Milanem (nie biorę pod uwagę rywali ligowych, bo od nich dzieli Barcę przepaść, także psychologiczna).

@ Nie wiem na ile można mieć pretensje do trenerów, a ile do dyrektorów w kwestii nieudanych i -co może ważniejsze - zaniechanych transferów. Ktoś musiał uznać kolejny sezon z rzędu, że nie, nie potrzebujemy środkowego obrońcy, Carles Puyol na pewno uniknie kontuzji, w razie co przesunie się na środek Javiera Macherano, jest też młody Marc Bartra... Dlaczego nie kupiono Thiago Silvy, czy nie sprowadzono Niemanji Vidića, gdy było to możliwe, czemu w Barcy nie gra jeszcze Mats Hummels? Czy obawiano się powtórki z transferowej pomyłki Dymitro Czygryńskiego? Czy znajdzie się winny, który odpowie, że Alexis Sanchez sprowadzony za prawie 40 milionów euro nie okazał się aż taką rewelacją, podobnie jak Cesc Fabregas, który ma tylko przebłyski tego lidera i wielkiego piłkarza jakim był w Arsenalu. O celowości transferu Alexa Songa już nie wspominam. Na pewno Vilanowę i jego sztab obciąża za to spektakularny regres takich piłkarzy jak Pedro, Dany Alvesa czy David Villa (jego usprawiedliwia koszmarna kontuzja, ale trenerów brak wykreowania następcy). 

@ Pytanie czy Barca nie za bardzo zawierzyła La Masii? Gdy Pep Guardiola i Vilanova wstawiali do składu kolejnych wychowanków, a oni zaskakiwali jak Pedro, czy - jak się początkowo wydawało Isaak Cuenca, Thiago Alcanara czy Cristian Tello - można było odnieść wrażenie, że zapasy są nieprzebrane. Niestety okazało się, że zastąpić Xaviego, Iniestę, Villę, Puyola wcale nie jest tak łatwo. Z czasem młodzi przestali dostawać szanse, Barca kiedy tylko wszyscy byli zdrowi, grała składem galowym.

@ W środowy wieczór Barcelona przeżyła coś na podobieństwo najazdu Hunów pod wodzą Attyli na Cesarstwo Rzymskie, którzy zburzył przepiękne miasta z ich cudownymi zabytkami. Do czego mogło dojść tylko w wyniku rozpadu wewnętrznego i degeneracji struktur państwowych...

sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie