poniedziałek, 24 czerwca 2013

Konkurs na tekścik pt „Nigdy nie zapomnę jak Zidane...” i zarazem piłeczkę z autografem Zizou wygrywa kubamachowina za Balladę o niezwykle ciężkim zabarwieniu emocjonalnym, autor całkiem fajnego bloga Bloody Footbal który cieszę się, że odkryłem. Kuba golem dosłownie w fergie time wyprzedził ronaldingo który również miał świetny pomysł na tekst w dodatku o meczu, w którym miałem przywilej oglądać Zizou na własne oczy. Trzecie miejsce na podium ex equ przyznaje znajomym konkursowiczom, którzy doskonale wiedzą już o co chodzi i nie zeszli poniżej poziomu, z którego ich znam tomassino-1 i rossi-4 (który wszakże podpadł mi sformułowaniem szczelnie magazynował piłkę, da what?;) oraz madapaka za urocze wpsomnienie pojedynku między królem Zizou i jego czeskim następcą. Wszystkim dziękuje za Wasze wspomnienia, zwycięzców proszę o mejle z adresem. Za 2. miejsce nagrodą jest koszulka adidasa Team 5, a za trzecie książki-albumy FC Barcelona i Borussia Dortmund autorstwa dziennikarza Weszło, Tomka Ćwiąkały (chyba, że madapaka nie ma jeszcze książki Alessandro del Piero Gramy dalej, bo został mi ostatni egzemplarz...

A to nagrodzone teksty, ciekawym czy zgadzacie się z werdyktem. Ostatnio na blogu ciszej, ponieważ kończę własną książkę, a deadline goni niemiłosiernie, ale o tym będzie jeszcze czas napisać. Z góry uprzedzam pytania, że nie jest to biografia Roberta Lewandowskiego (trochę żałuję, ale akurat ukazały się trzy).

 

kubamachowina

Balladę o niezwykle ciężkim zabarwieniu emocjonalnym

 

Nigdy nie zapomnę, bo jakże mógłbym zapomnieć? Życie nie jest sumą naszych wdechów, ale liczbą momentów, w których właśnie zabrakło nam tchu. A te odbierane mi były w jego wypadku częściej aniżeli w przypadku innych. Czy była to bramka na Hampden Park? Być może. Parafrazując biblię kapitalizmu, autorstwa Ayn Rand, tym jednym magicznym muśnięciem Zizou zatrzymał silnik świata na oczach ogłupiałych widzów. Czy Zidane to John Galt? Całkiem możliwe, ale Zidane jest raczej everymanem, człowiekiem urzeczywistniającym marzenia milionów, realizującym nasze sny na jawie.

Nigdy nie zapomnę ja, ale przede wszystkim nie zapomną miliony Francuzów - i to niekoniecznie tych z luksusowych willi w Prowansji czy Szampanii. Losy Zizou są niczym Wolność wiodąca lud na barykady Eugenea Delacroix - przypomnieniem, że sukces możliwy jest zawsze i wszędzie, że może stać się udziałem choćby marsylczyka o algierskich korzeniach, brnącego naprzód mimo przeciwności losu. Zinedine doskonale wpasował się w swoje czasy, znaczone galopującym multikulturalizmem oraz amerykańskim snem, oczywiście w wydaniu europejskim. Maestro murawy był idolem wszystkich Francuzów - niezależnie od płci, wyznania, pochodzenia i koloru skóry. Per aspera ad astra.

Nigdy nie zapomnę, bo inaczej zapomniałbym futbol. Zidane był alegorią piłki nożnej, wręcz podręcznikową jej definicją. Jeśli ta piękna, ale i zarazem bardzo prosta, egalitarna wręcz gra miała być tchnieniem magii, to taki był właśnie Zizou. Jeśli miała być twarda - by nie rzec chamska - naprzeciw temu z podniesionym czołem wybiegał marsylczyk. Sukcesy - te mierzone figurkami w gablocie, medalami w szufladach - przeminą. Staną się jedynie suchymi faktami, zakurzonymi w wielkiej księdze dziejów futbolu. To, czego nie wymaże czas, to właśnie wspomnienia. Grę Zidanea definiowało to, co niedefiniowalne. Jego płynnych ruchów i sposobu prowadzenia piłki, wizji gry nie opiszą żadne statystyki, chyba że te ludzkie - liczba serc, które łomotały szybciej, gdy marsylczyk prowadził piłkę przy nodze, szczerze oraz bezkompromisowo.

Nigdy nie zapomnę, bo inaczej zdradziłbym samego siebie. Francuz nie był wolny od swoich demonów, ale to czyni go jeszcze piękniejszą postacią. Czy gdyby nie uderzył Materazziego, jego legenda byłaby większa? Śmiem wątpić. Zizou był taki jak my - zwyczajny, by nie rzec wręcz idol z ludu, niczym kiedyś Muhammad Ali. Dawał wszystkim kopiącym amatorsko piłkę radość oraz nadzieję - skoro on mógł, to dlaczego nie ja? W projekcie Galacticos miał być tylko jednym z wielu, ale to właśnie jego gwiazda zapłonęła najmocniej na madryckim nieboskłonie. Primus Inter pares, prawdziwy książę Marsylii.

Dlatego nigdy nie zapomnę.

***

ronaldingo

 

Nigdy nie zapomnę widoku Zidane'a, przechodzącego z opuszczoną głową obok Pucharu Mistrzostw Świata. To nie tak miało być! To nie tak miał zakończyć się ostatni mecz jednego z najlepszych piłkarzy w historii futbolu!
Zizou -Bóg czy człowiek?
Mój idol z dzieciństwa. To dzięku niemu pokochałem futbol. Kontrola nad piłką, nieprzewidywalność, zagrania których nikt nigdy nie powtórzył. Czekałem na każdy kolejny mecz z jego udziałem. Dzięki perfekcyjnej technice wyćwiczonej w biednej
dzielnicy Marsylii, ośmieszał największych piłkarzy i robił to z gracją i elegancją, niczym wybitny artysta grający na instrumencie.
Sprawił, że futbol stawał się sztuką. Do jego poezji z piłką powinna grać muzyka klasyczna...
Zidane w najważniejszych momentach nigdy nie zawodził. Podnosił poziom zespołu o klasę. Mając go w składzie nie ma sytuacji beznadziejnych. Gdy miał piłkę zawsze był opanowany, nigdy zdenerwowany ani sfrustrowany. Nieważne czy był to mecz towarzyski, ligowy czy finał Mistrzostw Świata. Zawsze grał w ten sam sposób - spokojny i zrelaksowany.
Zizou - Bóg czy człowiek?
Genialne podania i bramki często zdobyte lewą , słabszą nogą ( teoretycznie - bo tak naprawdę Zidane obie miał prawe:) ). Wyczucie, wizja gry, widział wszystko. Zawsze byłem zdziwiony jak on to robi. Czy może z tyłu głowy, gdzie była charakterystyczna łysina miał jakieś ukryte trzecie oko? A może rację ma mój ojciec, który zawsze myślał, że Zidane po prostu widzi świat w zwolnionym tempie, co jest niemożliwe dla nas - zwykłych śmiertelników...
Zizou - Bóg czy człowiek?
Powrócił do mającej problemy reprezentacji, by pomóc drużynie w eliminacjach do mundialu. Podczas samego turnieju wysyłany był przez kolejnych przeciwników na sportową emeryturę, tymczasem Francuz wysyłał naszpikowane gwiazdami drużyny Hiszpani, Brazylii i Portugalii do domów. Przyćmiewając największych piłkarzy, będąc jednocześnie najlepszym na boisku. W wieku 34 lat.
Zizou - Bóg czy człowiek?
Za co tak naprawdę kocham Zidane'a? Po prostu za to, że przynióśł nowy wymiar do futbolu. Pokazał, że nie potrzeba być niesamowicie szybkim i robić 100 sztuczek, żeby być dobrym. Uważam go za legendę. Nie tylko dlatego, że był błyskotliwy, ale przede wszystkim dlatego , że zmienił koncepcję futbolu. Pokazał, że elegancja i technika triumfuje nad szybkością i siłą.
Jest dla mnie inspiracją...
Zidane - Bóg, który stał się człowiekiem? Nie.
On jest Bogiem, a incydent z Materazzim to tylko przykrywka, abyśmy uwierzyli, że to po prostu zwykły śmiertelnik...

 

***

 

tomassino-1

 

Nigdy nie zapomnę jak Zidane wyszedł na murawę Santiago Bernabeu, by rozegrać swój ostatni mecz w barwach "Królewskich" przed własną publicznością. Nie jestem fanem madryckiego giganta ale tego meczu po prostu nie można było przegapić...

Był 7 maja 2006 roku. Cały świat szykował się do futbolowej uczty jaka za miesiąc miała się zacząć na niemieckich stadionach. Kibice nastawieni głównie na ligę hiszpańską wiedzieli już, że mistrzem kraju zostanie Barcelona. Mecz Realu z Villarealem nie mógł już nic w tej kwestii zmienić. Pomimo tego stadion zapełnił się w całości, a atmosfera jaka unosiła się tego dnia nad legendarnym obiektem była wyjątkowa. Radość z możliwości oglądania genialnego Francuza w śnieżnobiałym kostiumie, mieszała się ze smutkiem, iż będzie to ostatnia okazja ku takiemu widokowi. Piłkarski maestro kończył swoją cudowną karierę w miejscu gdzie był czczony i uwielbiany. Jeśli tego dnia było czegoś więcej na Bernabeu niż kibiców to z pewnością były to łzy...

Uronili je wszyscy - wspomniani kibice, rodzina, która w szerokim gronie zebrała się na trybunach, koledzy z zespołu, jak i sam "Zizou". Cała drużyna wystąpiła w tym meczu w trykotach, na których pod herbem widniał napis "ZIDANE 2001 - 2006", a kilkanaście kamer przez całe spotkanie miało za zadanie śledzić wyłącznie piłkarza z numerem 5. Aby zasłużyć sobie na takie pożegnanie trzeba być osobą wyjątkową, wyłamującą się ze wszelkich schematów, mistrzem totalnym. I Zidane był taki bez cienia wątpliwości. Nigdy nie stał się takim celebrytą i ikoną popkultury jak Beckham czy Cristiano Ronaldo. Nie musiał. Do ludzkich serc przemawiał przede wszystkim swoją grą. Wirtuozerię i ocierający się o perfekcję styl, mieszał z prostotą swych niektórych zagrań. A doskonale wiemy co zazwyczaj tkwi w prostocie... To inteligencja - zarówno ta piłkarska jak i pozaboiskowa - pozwoliły mu dostać się na szczyt i rozkochać w sobie miliony sympatyków futbolu na całym świecie.

Z pewnością o tym wszystkim myśleli ludzie zebrani tamtego majowego dnia na Santiago Bernabeu. Czuli potrzebę podziękowania za tak wiele chwil radości, które im dostarczył. Kilka lat temu Zidane udzielił wywiadu portalowi FIFA.com, w którym został zagajony o opisywane spotkanie. Francuski geniusz wywnętrzył się z emocji jakie mu wtedy towarzyszyły:

- To był dla mnie bardzo emocjonujący moment. Wielu ludzi, którzy mnie znają, prawdopodobnie powie, że raczej nie jestem dobry w okazywaniu emocji, jednak tamto spotkanie było wyjątkowe. Gdy spojrzałem na trybuny, zobaczyłem moich przyjaciół i moją rodzinę. Byli tam, by mnie wspierać i to uczyniło ten mecz jeszcze bardziej wyjątkowym. Pamiętam, że walczyłem, by powstrzymać łzy. Chodzi o to, że w głębi duszy wiesz, że to twój ostatni mecz w twojej klubowej karierze, a przez całe życie ja kochałem grać w piłkę.

Ja również nigdy nie zapomnę tamtego spotkania. I wielu, wielu więcej, w których zagrał wielki "Zizou". Był jednym z kilku futbolistów, którzy sprawili, że zakochałem się w piłce na dobre. Dlatego i ja uroniłem łzę 7 maja 2006 roku.

 

 

***

madapaka

Ja nigdy nie zapomnę jak Zidane walczył z Nedvedem w półfinale Ligi Mistrzów w 2003r.
To był pierwszy bezpośredni pojedynek Byłego Króla Juventusu z Nowym Królem Juventusu.
Galaktyczny Real bronił tytułu mistrza i przyjechał do Turynu, aby pokazać, kto rządzi w tych rozgrywkach.
Zizou rok wcześniej odszedł do Realu, a na jego miejsce przyszedł Mały Czech.
Oglądając mecz nie wiedziałem komu kibicować. Z jednej strony jeden z moich ulubionych zawodników vs mój ulubiony klub. ZZ vs Juve.
Zizou liderował Realowi wspaniale, ale po drugiej stronie jeszcze lepiej walczył Czech.
Mimo że Del Piero strzelił piękną bramkę, to dla mnie to był teatr tylko dwóch aktorów. Każdy pojedynek z Nedevdem, , a było ich sporo, to była chęć udowodnienia Nedvedovi , że jeszcze "nie jesteś tak dobry jak ja, jeszcze ci brakuje". Problem w tym, że Czech nie słuchał, a był wtedy w życiowej formie. Nie ustępował na krok, nie przegrywał pojedynków, nie cofał nogi i grał świetnie. Rozpychał się równie mocno co ZZ i czarował świetnymi zagraniami.
To wciąż jeden z moich ulubionych meczów CL.
Wiele lat później po przeczytaniu wspomnień Xaviego, dowiedziałem się, że ZZ podkopywał swoich rywali, więc mogę się tylko domyślać jak wyglądały nogi Nedveda po meczu :)

 

***

rossi-4

Nigdy nie zapomnę jak Zidane przyćmił całą potęgę Brazylii w ćwierćfinale mistrzostw świata w 2006 roku. Wielu ekspertów przewidywało, że właśnie to spotkanie będzie symbolicznym potwierdzeniem przekazania najwyższej piłkarskiej władzy. Uznawany za najlepszego gracza świata Ronaldinho miał z pomocą swoich wybitnych adiutantów brutalnie zakończyć karierę Zidanea, który już wcześniej zapowiedział zawieszenie butów na kołku po mundialu. Kilka dni później okazało się, że piłkarscy bogowie postanowili zakpić ze swojego posłańca i przygotowali mu znacznie bardziej złożone pożegnanie.
Tego wieczoru Zidane widział więcej niż ktokolwiek inny na stadionie we Frankfurcie. Każdy jego ruch zdawał się być przemyślany i dopracowany. Niczym wytrawny strateg kroczył dostojnie na całej szerokości boiska i kreślił partnerom gotowe projekty akcji. Jednym ruchem stopy powodował popłoch w formacji obronnej Canarinhos. Szczelnie magazynował piłkę i z każdą minutą coraz bardziej zniechęcał przeciwnika znużonego nieskutecznymi próbami odbioru. Agresywnym rywalom serwował natychmiastowe zmiany kierunku biegu z futbolówką przyklejoną do nogi. Raz wyszedł z karkołomnej sytuacji efektowną ruletą, innym razem przerzucił piłkę nad głową wściekle atakującego Brazylijczyka.
W jego grze było coś majestatycznego, monumentalnego. Oglądaliśmy najlepszą wersję Zidanea urzekająco eleganckiego i bardzo wydajnego. Kilkanaście minut po przerwie posłał z chirurgiczną precyzją piłkę na nogę Henryego, który uderzeniem z kilku metrów wyprowadził Francję na autostradę do półfinału. Po ostatnim gwizdku arbitra wszystkie kamery skierowały się na piłkarza ubranego w jasny trykot i noszącego dumną dziesiątkę na plecach. Szelmowski uśmiech wschodzącej gwiazdy - Francka Riberyego wymierzony w kierunku bohatera wieczoru był bardzo wymowny. On znowu to zrobił. Zapłakana wielka Brazylia po raz kolejny leżała u stóp genialnego Zizou.

 

***

 

Hubert Ceglarek

Nigdy nie zapomnę jak Zidane składał się do strzału w finale Ligi Mistrzów przeciwko Bayerowi Leverkusen - patrzyłem jak zaczarowany na powolnie opadającą piłkę zagraną przez R. Carlosa zastanawiałem się czy po takim zagraniu można cokolwiek zdziałać... 3 piłkarzy Leverkusen zbiegało się w kierunku piłki, cały kadry uchwycił w sumie 10 graczy razem z Zidanem - każdy wykonywał choćby delikatny ruch oprócz niego, on zamknął się w świecie swojego umysłu, w pełni skupiony kontrolował co dzieje się z adresowaną do niego piłką i jakby zamarł, jakby już wiedział co się zaraz stanie - ta chwila to idealny przykład perfekcyjnego zgrania umysłu i ciała - pomysłu i jego realizacji... Wielki Zizu dobrze wiedział, że w tych sekundach rytm bicia jego serca, napięcie mięśni, a pewnie i pot równo ściekający po jego twarzy umożliwi mu oddanie "strzału życia" który na zawsze zapisze się w historii footballu... a gdy nadeszła ta chwila nie spanikował - to nie było szczęście, to nie był ślepy traf przeciętnego gracza - to był czysty geniusz wykraczający poza pojęcie "błysku" to było olśnienie, które spowodowało,że każdy z nas miał okazję oglądać strzał idealny... Tak to właśnie ta chwila, którą Zidanie podarował społeczności fanów piłkarskich za którą zawsze będę mu wdzięczny.

Pamiętajcie też, że twa konkurs, którego nagroda jest wyjazd na trening z Łukaszem Podolskim (w Londynie, bo Arsenal nie puszcza go do Borussii Dortmund)

 



15:10, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (8) »
środa, 19 czerwca 2013

Jak miło choć przez chwilę pogadać o futbolu z Zinedine Zidanem, nawet jeśli 20 minutami trzeba podzielić się z kolegami z Czech i Słowacji. W trakcie spotkań z gwiazdami tego formatu dziennikarze przeważnie wprowadzają tzw. krajowe akcenty. Chińczycy zawsze pytają w takich przypadkach what do you thing about chinese football? - przerabiałem to już podczas spotkania z Cristiano Ronaldo, Ikerem Casillasem i setką innych gwiazd (ostatnio z powodu rozkwitu ligi chińskiej dochodzi would you like to play in China one day - np. było to pierwsze pytanie jakie usłyszał Mario Mandżukić po wygranej 3:0 z Barceloną na Camp Nou). Chińczyków szczęsliwie z nami nie było, więc kolega z Czech pytał o przyjaciela Zizou, Pavla Nedveda, który świetnie radzi sobie w Juventusie, a kolega z Węgier o Ferenca Puskasa. Ja na szczęście nie musiałem odwoływać się do legend i pytać o Grzegorza Lato, ani nawet Jerzego Dudka. Pytanie o Roberta Lewandowskiego nie było zwykłym polskim akcentem - w końcu o co pytać dyrektora sportowego Realu Madryt jeśli nie o faceta,  który wbił jego drużynie cztery gole w półfinale Ligi Mistrzów? Wywiad poszedł na Sport.pl  Wyjątkowo ciekawe były pytania sponsorskie, ponieważ  rozmawialiśmy przy okazji turnieju adidas Team Five Challenge w centrum Z5, które Zidane wybudował między Aix-en-Provence a Marsylią dla dzieciaków z przedmieść. To trochę taki moooocno wypasiony Orlik. Ośrodek składa się z siedmiu boisk ze sztuczną nawierzchnia do gry pięciu na pięciu, w tym trzech pod dachem (ale bez ścian, co daje miły przewiew w południowo francuskim upale), centrum fitness, basen, sauna, restauracja, butik z własnymi gadżetami i koszulkami, w gablotach trofea, które pan zdobył. Nakręciłem o nim vloga:

Zapytany dlaczego go wybudował (oprócz dania roboty młodszemu bratu, który nim zarządza) Zidane odparł, że kiedy byłem dzieckiem, często z moimi braćmi Faridem i Nordinem nie mieliśmy gdzie grać w piłkę. Raz, że boisk nie było wtedy w okolicy dużo, a dwa, że większość z nich była dla nas niedostępna. Dzieciaki z Castellane, czyli bardzo biednej dzielnicy Marsylii, nie mogły sobie pójść grać, gdzie im się podobało. Zewsząd nas przeganiano. Kiedy skończyłem karierę, postanowiłem sobie, że stworzę takie miejsca, których kopać piłkę będą mogli wszyscy chętni. Bez względu na status majątkowy, czyli także dzieciaki z biednych przedmieść. Z oczywistych względów ten pierwszy ośrodek powstał tam, gdzie go najbardziej brakowało, czyli pod Marsylią.

Na koniec turnieju jego zwycięzcy - drużyna Czechosłowacji zagrała przeciwko Zidanowi i najlepszym zawodnikom pozostałych siedmiu drużyn (Polskę reprezentuje Michał Maliński z warszawskiej drużyny Forza, która niestety zajęła ostatnie miejsce, nie wygrywając ani jednego meczu). Na wideo widać po pierwsze, że Zizou 7 lat po zakończeniu kariery nie zapomniał jak gra się w piłkę. A po drugie jak fajną odmiana futbolu jest tzw. five-a-side, niby podobny do futsalu, a jednak o wiele bardziej freestyle’owy i spontaniczny. Nic więc dziwnego, że zyskuje rosnącą popularność, do której z pewnością przyczynią się kolejne centra Z5. Zizou planuje otwarcie kolejnych pod Paryżem, Montpelier i Turynem. Według byłej gwiazdy reprezentacji Francji nie ma lepszej drogi do opanowania techniki jak szybka gra na małej powierzchni. Zresztą popatrzcie sami czy ma rację.

KONKURS, KONKURS!

Oczywiście jak w przypadku podobnych wyjazdów mam dla Was konkurs z nagrodami. Główna to piłka z podpisem Zizou, druga to piłkarska koszulka adidasa. Co trzeba zrobić, żeby wygrać. Napisać w komentarzach krótki tekst, zaczynający się od słów ‘Nigdy nie zapomnę jak Zidane...’ Gol, zagranie (kto pamięta np. asystę przy golu Anelki na Wembley? Albo mecz w barwach Bordeaux przeciwko GKS Katowice?), triumf, upadek - dowolny moment z kariery. Im bardziej kreatywnie, zaskakująco, ciekawie, tym większa szansa na zwycięstwo. Niech to będą zagrania w stylu Zizou, a nie Jensa Jeremiesa... Czekam do czwartku do 12. w południe...

czwartek, 13 czerwca 2013

 

Leo Messi to oszust podatkowy! Wraz z ojcem nie zapłacili podatków od wszystkich zarobków w latach 2007-2009 i  w ten sposób orżnęli hiszpańskiego Fiskusa na 4 mln euro. Grozi za to kara od 2 do 6 lat więzienia i grzywna do sześciokrotności zdefraudowanej kwoty, czyli maksymalnie 25 mln euro! - grzmią od wczoraj wszystkie media. Wyobrażacie sobie, że Messi idzie na dwa lata do pudła, albo na więcej? Ja nie bardzo, i nie tylko dlatego, że ewentualny proces sądowy odbędzie się w Gavie, dzielnicy Barcelony, w której mieszka piłkarz;) Ale pospekulujmy: już widzę jak adwokat Leo zwraca się do ławy przysięgłych z pytaniem: jak można mieć pretensje do Messiego o to, że kiwa? Przecież to jego druga natura! Myślicie, że i tak przyznano by mu Złote Piłki? Może cała sprawa została zmontowana po to, żeby wreszcie powstrzymać Argentyńczyka, skoro nikt nie umiał tego zrobić na boisku. Dorwali go jak Ala Capone - nie mogli inaczej to zwinęli go za podatki - zażartował na Twitterze Paweł Wilkowicz.


Żarty, żartami, ale sprawa jest poważna. Podatki rzecz święta. Nie jestem on nich specem, powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Ostatnio sam byłem wzywany do Urzędu Skarbowego, żeby coś tam skorygować (tak się złożyło, że było to dzień po porażce Barcelony z Bayernem 0:4 i dłużej niż swoje pomyłki wyjaśniałem co się stało z Dumą Katalonii - synek jednej z pań nie poszedł do szkoły, bo dostał gorączki, a jakiś pan przejechał windą swoje piętro, bo tak się zaangażował w rozważania przyczyn kryzysu Barcy - uznałem, że żyjemy w szczęśliwym kraju skoro takie problemy najbardziej wszystkich zajmują). Rozumiem jednak, że urzędnicy skarbowi z Barcelony (bo nie z centrali z Madrytu;) nie rozpętaliby ogólnoświatowej burzy, gdyby wyniki śledztwa nie były wystarczająco mocne. Ponoć ojciec Leo od 2005 roku zakładał w rajach podatkowych w Belize i Urugwaju fikcyjne firmy, którym sprzedawał na 10 lat prawa do wizerunku wówczas jeszcze nieletniego syna. W sprzedaży praw do wizerunku pośredniczyły zaś agencje ze Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. W ten sposób papa Messi unikał zapłaty co rok od 1 do 1,5 mln euro.

Skaza jest skazą i ciężko będzie sprawić, żeby świat o niej zapomniał. Zwłaszcza, że dotąd Messi jawił się jako typ anty-gwiazdora, z którym nie wiązały się żadne afery, obyczajowe czy inne. Co nie znaczy, że owa skaza w jakikolwiek sposób wpłynie na jego popularność i status najlepszego piłkarza świata. Hejterzy, których miał będą może trochę głośniej hejtować, ale zakochane w Argentyńczyku dzieciaki z całego świata z pewnością nie zaczną palić jego koszulek, bo czegoś tam nie dopełnił. Nie wierze też by odwrócili się od niego sponsorzy (nie zastrzelił żony jak Oscar Pistorius, nie pobił jej i nie zdradzał jak Tiger Woods). Podatki? O wiele większe problemy z nimi (i nie tylko) nigdy nie zaszkodziły wizerunkowi idola Messiego - Diego Maradony, od którego włoski fiskus latami domagał się w sumie 40 mln euro (z odsetkami) za niezapłacenie w latach 80. podatków za umowy z zagranicznymi firmami wykorzystującymi jego wizerunek. Czyli dokładnie to samo. Aż w końcu Sąd Podatkowy w Rzymie umorzył w styczniu całą sprawę. 



Na obronę Leo przemawia domniemanie, że głównymi winnymi w aferze są jego doradcy podatkowi, w tym rodzony ojciec. Trudno sobie wyobrazić jak piłkarz sam siada do kompa i kombinuje przy PIT-cie jak tu skręcić hiszpańską skarbówkę na półtorej bańki, skoro samej pensji ma rocznie 16 mln, do tego dochodzi według „Forbesa" około 21 mln dolarów z kontraktów sponsorskich. Za czyny rodziców dzieci (nawet dorosłe) nie odpowiadają, a przynajmniej nie przekłada się to na ich postrzeganie przez kibiców i reklamodawców, o czym przekonuje los Wayne Rooney’a, którego tatę aresztowała policja za przekręty bukmacherskie i ustawianie meczów w 2. lidze szkockiej. Nie wspominając o Uli Hoenssie, który przed bawarskimi podatkami wyprowadzał pieniądze (swoje firmy produkującej kiełbaski) na konta w Szwajcarii, a sam podał karze, bo media już szykowały artykuły. Nie stał się z tego powodu persona non grata ani w Niemczech ani w Bayernie. FC Barcelona póki co nie komentuje sprawy, ale trudno się spodziewać, żeby by nagle odwróciła się od swej gwiazdy i np. sprzedała go do klubu rozkwitającego właśnie w Monaco (w którym nomen omen nie płaci się podatków). Wręcz przeciwnie, słychać, że szykuje Messiemu podwyżkę pensji do 20 mln euro za sezon. W sam raz będzie z czego spłacić hiszpańskiemu fiskusowi grzywnę.



Przypominam, że trwa konkurs Cartoon Network: trening z Podolskim za Wasze triki



wtorek, 11 czerwca 2013

Kto chce pojechać do Londynu i spotkać tam gwiazdę Arsenalu i reprezentacji Niemiec, Łukasza Podolskiego oraz wziąć udział w poprowadzonym przez niego treningu w międzynarodowym towarzystwie? Jest okazja. Trzeba tylko nagrać minutowy klip prezentujący Wasze umiejętności piłkarskie: epicki trik, fenomenalne zagranie, zapierający dech w piersiach drybling, wbijającą w fotel żonglerkę - coś czym oczarujecie jury konkursu Akademia Cartoon Network. Czyli mnie, bo to ja będę przewodniczącym jury:), jako że portal Sport.pl jest patronem medialnym konkursu. Bywalcy bloga (czy też ich młodsi bracia, dzieci, zaprzyjaźnieni sąsiedzi etc - bo konkurs jest dla fanów futbolu od lat 6 do 15 - mogą oczywiście liczyć na fory;)

Co już zrobić z nakręconym porywającym klipem? Zarejestrować się na konkursowej stronie Cartoon Network (zajmuje to minutę) i przesłać tam klip do 30 czerwca 2013. Tam też możecie poszukać inspiracji, oglądając zagrania Łukasza i już nadesłane klipy. Wszystkie one zostaną umieszczone w internetowej galerii i poddane głosowaniu internautów, które odbędzie się między 3 a 17 lipca. To właśnie głosy widzów i użytkowników strony Cartoon Network wyłonią 20 najlepszych zgłoszeń. Toi z nich nasze jury wybierze szczęśliwca, który pojedzie na wakacje do Anglii na specjalny trening poprowadzony przez Łukasza. Będzie mu towarzyszyć siedmiu zwycięzców konkursu z różnych części Europy, a całodzienny trening z napastnikiem Arsenalu zostanie nagrany i wyemitowany na antenie Cartoon Network. Od teraz rusza zresztą program pod nazwą „Akademia Cartoon Network” emitowany na antenie stacji w soboty o 9:05, w którym znajda się specjalne instruktaże sztuczek i trików. Jak Ronaldinho style czy słynna ruleta Zinedine Zidane'a:

Konkursowi będzie towarzyszył wybór najlepszego komentatora sportowego. Spośród dzieci, które nie tylko zagłosują na najlepszy klip w dniach 1-14 lipca, ale również go skomentują Cartoon Network wyłoni autora najciekawszej opinii i nagrodzi go iPadem. Kto będzie miał problemy z dokonaniem odpowiedniego nagrania, temu pomoże patron akcji, Football Academy na jednej z sześciu czerwcowych imprez, które odbędą się w kolejne weekendy w Gdańsku, Krakowie, Poznaniu, Szczecinie, Warszawie i we Wrocławiu. Specjalne ekipy filmowe Cartoon Network pomogą dzieciakom nagrać własne wideoklipy. W Warszawie taka impreza odbędzie się w najbliższą niedzielę 16 czerwca na Polu Mokotowskim między 11.00 a 17.00. Zaprasza Łukasz Podolski:)

Tagi: konkursy
13:48, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 czerwca 2013

- Dlaczego mam się podać do dymisji? Stawiam na młodych zawodników, wprowadzam ich do zespołu. o, co się dzieje, nie zniechęca mnie do pracy, tylko mobilizuje. To, że nie wygraliśmy, nie znaczy, że nie mieliśmy pomysłu. Brakło odrobiny umiejętności i zimnej głowy pod bramką rywala. Mamy mocarstwowe ambicje, stawiamy się na równi z Anglią czy Niemcami, a nimi nie jesteśmy. Nie wyszło nam Euro, musimy zmieniać drużynę i ja to robię - bronił się po klęsce z Mołdawią trener Waldemar Fornalik, pytany czy rozważą zakończenie misji, skoro nasze szanse awansu na mundial w Brazylii stały się matematyczno-iluzoryczne. Bo co to za szanse, skoro zakładają one konieczność wygrania w Kijowie z Ukrainą, która właśnie wygrała na wyjeździe 3:0 z Czarnogórą (paradoksalnie Polska remisując z Mołdawią odrobiła punkt straty do liderów - Czarnogórców) i z Anglią na Wembley. Na czym opierać wiarę w zwycięstwa skoro właśnie straciliśmy punkty z drużyną zajmującą 134. miejsce w rankingu FIFA, w której nie ma ani jednego rozpoznawalnego piłkarza (poza pamiętanym przez kibiców Cracovii Suworowem i od teraz Sidorenką, który będzie nam się śnił jak Łotysz Laizans)? Wygrana z taką drużyną to nie żadne mocarstwowe ambicje, ale zwykła konieczność, obowiązek każdego trenera.

Ma rację Fornalik i nie ma. To nie jego wina, że w dobrej pierwszej połowie jego piłkarze nie potrafili wykorzystać szans, które sobie stworzyli. Czy miał za Polańskiego dograć piłkę Lewandowskiemu zamiast strzelać? Czy miał za Rybusa przerzucić piłkę nad bramkarzem zamiast strzelać prosto w niego? Biało-czerwoni stworzyli wystarczająco dużo okazji by zabić mecz i schodzić na przerwę z prowadzeniem 3:0. Cóż więcej mógł zrobić trener? Lepiej zestawić obronę, która popełniała rażące błędy? Nie wystawić Komorowskiego? Wydawało się, że stawiając na pozostającego poza rytmem meczowym Salamona popełnia szaleństwo, tymczasem zawodnik Milanu okazał się jednym z najlepszych Polaków. Z drugiej strony to co stało się po przerwie obciąża trenera bardzo. W drugiej połowie na boisko wyszły dwie równorzędne drużyny. Składająca się z noname’ów Mołdawia w niczym nie odbiegała od reprezentacji Polski, w której grało dwóch uczestników finału Ligi Mistrzów, w tym napastnik z 10 gola w prestiżowych rozgrywkach i szansą na Złotą Piłkę (może nie jesteśmy potęgą na miarę Anglii, ale jej piłkarzy zabrakło już w półfinale). Po przerwie z boiska zniknęli i Lewandowski i Kuba. Wróciło stare, najgorsza niemoc Polaków z Lewym rozgrywającym i walczącym o piłkę zamiast wykańczającym podania. Pomysłu na grę nie było nawet krzty.

Jeszcze przed końcem meczu twitter rozgrzał się żądaniami dymisji Fornalika i marzeń na temat jego następcy, co raz bardziej szalonych. Jeden proponował, żeby zawrócić z emerytury Juppa Heynckesa, inny wskazywał, że szczęśliwie bez pracy jest Marcelo Bielsa. Spekulacje szybko przeciął najpierw Fornalik, deklarując, że do dymisji podawać się nie zamierza, a potem prezes PZPN, który zapewnił, że selekcjoner pozostanie na stanowisku aż do końca eliminacji, tym bardziej, że wciąż nie sa one przegrane.

Nie ma wątpliwości, że jeśli Fornalik rzeczywiście zostanie do końca eliminacji to ani dnia dłużej. Do walki o Euro 2016 we Francji musi nas poprowadzić silny, charyzmatyczny, trenerski autorytet z zagranicy, ktoś jak wczesny Leo Beenhakker z czasów meczów z Portugalią i Belgią, który olśnił naszych piłkarzy i wykrzesał z nich więcej niż im się wydawało, że mają. W przeciwnym razie nie ma co marzyć o awansie na mistrzostwa Europy najprawdopodobniej  z czwartego koszyka. I jestem pewien, że Boniek kogoś takiego znajdzie, kierując się dobrem reprezentacji i swoim własnym, bo jako prezes chciałby mieć na koncie i reprezentacyjny sukces. A już na pewno nie kolejną kompromitację, jaką byłby brak awansu do rozszerzonego do 24 drużyn turnieju.

Dlaczego więc czekać z dymisją aż do października? Czy to nie marnotrawstwo czasu, który nowy szkoleniowiec mógłby wykorzystać na poznanie piłkarzy i budowę drużyny? Zwłaszcza, że sezon właśnie się skończył, zapewne łatwiej teraz o namówienie trenera niż późną jesienią. Wówczas staniemy przed wyborem wśród kilku akurat dostępnych w tym momencie. Teraz jest sporo czasu na rozejrzenie się i właściwy wybór. Wbrew słowom selekcjonera o budowie nowej drużyny po Euro 2012 nie ma poczucia, że jest lepiej choćby o centymetr niż w meczu z Czechami, Grecją czy Rosją. Cały czas mamy tylko przebłyski i siły tylko na 30 minut dobrej gry. Co z tego, że trener nie waha się wprowadzać młodych zawodników, skoro przelatują oni przez kadrę jak meteory (Milik czy Wszołek) lub nie odgrywają w niej wielkiej roli (Zieliński i Bereszyński). Nie mam poczucia, że gra z meczu na mecz staje się lepsza, bardziej zgrana i rozumna. Wręcz przeciwnie. Czekam na twarde decyzje Bońka, zwłaszcza, że będzie miał przy nich mocne wsparcie kibiców, dziennikarzy i (co wynika z prywatnych rozmów) również samych piłkarzy, choć w ich przypadku najlepiej byłoby gdyby siedzieli cicho...


czwartek, 06 czerwca 2013

Dziś na blogu Bayern News;) Mam dwie świetne wiadomości dla kibiców Bawarczyków, których liczba - nie wątpię - rośnie wraz z sukcesami sportowymi klubu i rychłym (przesądzonym) transferem Roberta Lewandowskiego do mistrza Niemiec i triumfatora Ligi Mistrzów. Pierwsza dla tych którzy sami mają 14-16 lat albo dzieci/braci/siostry/kuzynów w tym wieku. Jest szansa przeżyć krótką (bo zaledwie pięciodniową) ale za to intensywną futbolową przygodę w piłkarskiej akademii Bayernu w ramach obozu piłkarskiego Allianz Junior Football Camp. Potrenować pod okiem oficjalnych trenerów młodzieżowych Bayernu na boiskach treningowych klubu, spotkać się z gwiazdami Bawarczyków, obejrzeć ich w grze na Allianz Arena, rywalizując przy tym z młodzieżą z całego świata. Szczegóły i zapisy tutaj. Niestety późno się dowiedziałem, więc kto chce musi działać natychmiast.

Tym, którzy są za starzy żeby wziąć udział w juniorskiej zabawie przekazuje info od znajomych z fcbayern.pl o I ogólnopolskim zlocie kibiców Bawarczyków w Sulejowie w dniach 27.07-28.07. Wśród atrakcji znalazły się m.in. ognisko integracyjne (jak rozumiem z bawarskimi wurstami i piwem), turniej szóstek konkurs wiedzy na temat Bayernu oraz wybory Miss zlotu, no i przede wszystkim burza mózgów jak nie zepsuć tego co tak świetnie funkcjonuje, czy Pep Guardiola to właściwy człowiek na właściwym miejscu, kogo pozbędzie się z mistrzowskiej drużyny, żeby nadać jej własne oblicze, jak w komponuje w zespół nowe twarze, kogo jeszcze przyciągnie etc. Szczegóły tutaj. Po prostu nie będzie kiedy wykąpać się w Pilicy;)

 

środa, 05 czerwca 2013

Właśnie wróciłem z Krakowa z oficjalnego pożegnania Jerzego Dudka z reprezentacją Polski. Rozbawił mnie greps na weszlo.com w relacji z tego wydarzenia, że zjednoczone siły PZPN i Polskiego Związku Golfowego, czyli Dudka właśnie uporały się z Liechtensteinem, znacznie bardziej niż pełne złośliwości tweety i komentarze, że jego udział w tym meczu to hucpa, skandal, idiotyzm etc. Hucpą był raczej sam sparing z rywalem klasy Liechtensteinu, do tego składem, który nie będzie miał wiele wspólnego z tym, który powalczy z Mołdawią o pozostanie w grze o mundial w Brazylii. Na bramce mógł stanąć ktokolwiek, nie widzę przeciwwskazań, że był to zasłużony dla polskiego futbolu zawodnik, który dociągnął sobie dzięki temu to 60. występu, zyskując status Wybitnego Reprezentanta. Nawet jeśli przez ostatnie dwa lata futbolem zajmował się amatorsko, a profesjonalnie golfem (Wojtek Szczęsny żartował podczas zgrupowania w Warce, że nie ma tu z nimi Dudka, bo powołanie zostało wysłane na 17. dołek na polu golfowym w podwarszawskim Rajszewie, do którego Jurek jeszcze nie dotarł). Żartować sobie można, myślę, że sam Jurek też do sprawy podchodził ze sporym dystansem. Natomiast obrażać go, wyzywać, wyśmiewać po prostu nie wypada.

Dla mnie był i pozostanie jednym z najwybitniejszych polskich piłkarzy bez względu na ilość występów w kadrze. Niejednokrotnie dzięki niemu czułem dumę kibica-Polaka, w czasach kiedy wizja trzech Polaków w finale Ligi Mistrzów była science-fiction, a Robert Lewandowski chwilowo lepszy był w biegach przełajowych (naprawdę je trenował) niż w piłkę. Nie jestem jednak obiektywny w ocenie ponieważ dzięki karierze Dudka sam przeżyłem kilka naprawdę fajnych dziennikarskich przygód. Na przykład przed meczem Polska - Finlandia odbieram telefon i słyszę: cześć, tu Sami Hyypia, podobno chcesz zrobić ze mną wywiad...

Po pierwsze byłem w Liverpoolu podczas ogłoszenia jego transferu z Feyenoordu i prezentacji w nowym klubie. Z Rafałem Nahornym z Przeglądu Sportowego byliśmy tam jedynymi dziennikarzami z Polski. Mało tego, tłumaczyłem jego pierwsze słowa w Liverpoolu dla angielskich dziennikarzy - Jurek nie czuł się wtedy wystarczająco mocny językowo, nie chciał czymś się wygłupić na dzień dobry. Ja się bać nie musiałem i niestety z wrażenia przydarzyła mi się wpadka: pokręciłem pojęcia agenta i menedżera. W Polsce często nazywamy np. Czarka Kucharskiego menedżerem Lewandowskiego, w Anglii agent to agent, a manager to trener. Gdy Jurek cytował swego agenta - Jana de Zeeuwa - ja tłumaczyłem my manager told me... co stworzyło wrażenie, że to Gerard Houllier udzielał Dudkowi jakichś rad w Feyenoordzie, co sam Houllier zaraz sprostował.

Prezentacja odbyła się w ośrodku Liverpoolu w Melwood, na którą o mało co, a nie zostalibyśmy wpuszczeni. Poprzedził ją zamknięty trening, my z fotografem koniecznie chcieliśmy mieć zdjęcia Dudka w koszulce LFC z treningu bramkarskiego. Ponieważ toczył się on za wysokim murem, Jacek Marczewski wdrapał się na dach zaparkowanej przy ulicy półciężarówki i pstrykał stamtąd. Na co za drugiego końca boiska nadbiegł Houllier i zagroził, że zaraz wezwie policję, a jeśli zdjęcia które już zrobił fotograf gdzieś się ukażą nasze wydawnictwo nigdy nie dostanie akredytacji na mecz Liverpoolu. Angielscy koledzy łapali się za głowy kiedy usłyszeli o naszej próbie, a my poczuliśmy jak barbarzyńcy nie znający reguł panujących w cywilizowanym świecie.

Po prezentacji dla stacji TV odbył się wywiad dla dziennikarzy prasowych. Usiedliśmy z Jurkiem przy stole, naprzeciwko gromada Anglików, oni pytali, on odpowiadał, ja tłumaczyłem. Starałem się robić to z jak największą erudycją i parę razy rozwinąłem się być może nieco za bardzo, bo Jurek, który świetnie wszystko rozumiał dwa razy łapał mnie za kolano, żebym nie przesadzał, zdaje się, że raz jak byliśmy przy nieśmiertelnym pytaniu do każdego nowego piłkarza LFC o Beatlesów...

Byłem też na meczu z Manchesterem United na Anfield Road, w którym Jurek popełnił swój pamiętny wielki błąd, przepuszczając podanie od Jamie Carraghera pod brzuchem i Diego Forlan strzelił zwycięskiego gola. Po ostatnim gwizdku w drodze z trybuny prasowej do biura widziałem mnóstwo kibiców LFC, od dzieci po staruszków, którzy klękając na betonie starali się odtworzyć co właściwie się stało, jak do tego doszło. Z Dudkiem, z którym byliśmy umówieni na rozmowę nie pogadałem ani wtedy ani przez najbliższy miesiąc, bo Houllier nałożył na niego embargo medialne. Akredytowałem się szybko na następny mecz - Pucharu Ligi - z Ipswich, podczas którego trybuny skanowały Dżersi Dudek!, a piłkarze odsłonili koszulki: „Jerzy, You’ll Never Walk Alone”, doceniając fenomenalny poprzedni sezon, w którym pobił rekord czystych kont w Premier League, bo wiedzieli, że teraz Houllier „da mu odpocząć”, stawiając na Chrisa Kirklanda. Sam Houllier wyjaśnił mi w wywiadzie, że wolał wysłać Dudka na ławkę po takim wsparciu, a był pewien, że Polak je dostanie. Niesamowite było przekonać się, że YNWA to nie puste hasło...

Francuski trener oskarżył też Jerzego Engela, że mu zajechał bramkarza podczas mundialu w Korei.Niesamowite było przekonać się, że YNWA to nie puste hasło... Co ciekawe, Houllier przyszedł na wywiad mając w ręku plik kserówek z Gazety Wyborczej z moimi korespondencjami, podkreślonymi na żółto liniami tekstu i karteczkami z tłumaczeniem. Widziałem też podobne strony Przeglądu Sportowego. Pełen profesjonalizm. Na wywiad z Dudkiem się nie zgodził, ale zaproponował kapitana drużyny, Carraghera, który wyraził wsparcie w imieniu całej drużyny dla Jurka. Fajnie było przekonać się na własne oczy jak menedżer tej klasy zarządza kryzysem. Houllier doradził też rozmowę z którąś z klubowych legend. Zostawiłem nr telefonu, na który za jakiś czas zadzwonił... Ian Rush!

Podobnych historii i wzruszeń było więcej. Niestety finału Ligi Mistrzów w Stambule nie oglądałem na miejscu, za to w studio TVP nastrój po dramatycznym odrobieniu strat i dogrywce zrobił się tak podniosły, że Jacek Gmoch zarządził byśmy na czas karnych stanęli objęci jak drużyna (albo do tańczenia Zorby) z Agatą Passent, Włodkiem Szaranowiczem, Jerzym Engelem, Józefem Młynarczykiem i nim, wyobrażacie sobie? Śmiejcie się ale te wspomnienia są bezcenne... Dlatego, choć ten pożegnalny mecz powinien był się odbyć dwa lata temu, cieszę się, że Jurek go dostał i mógł wysłuchać po raz ostatni Mazurka Dąbrowskiego tylu ciepłych słów z trybun od kibiców, mimo marności rywala i gry swoich kolegów, którym jedyną rzeczą jaka dobrze wyszła w pierwszej połowie, był szpaler dla schodzącego ostatni raz z boiska kolegi...

 

niedziela, 26 maja 2013

Wciąż nie znamy oficjalnie przyszłości Roberta Lewandowskiego, ale ze słów jego agenta, Cezarego Kucharskiego, z którym zderzyłem się po finale na Wembley w studio nSportu wynika, że to jednak będzie Bayern. Borussia ogłosiła dziś, że żadnej oferty w sprawie transferu Polaka nie dostała, ale Czarek wyjaśnia, że przed finałem panowało napięcie między oboma klubami i nie był to właściwy moment na negocjacje. Spekuluję, że Roberta od dawna chce Pep Guardiola, że widzi dla niego miejsce w swoim projekcie, że Lewy zna i język i ligę, trochę goli już Bayerowi nastrzelał, więc miałby #szacun na wejściu, poza tym zapowiada się, że Bawarczycy z nowym trenerem zdominują europejski futbol jak Barcelona w ostatnich latach...

Mam jednak wątpliwości czy to rozsądne iść do drużyny, która właśnie pokonała twoją w najważniejszym meczu w karierze? Która właśnie rozgrywa historycznie udany sezon? Co innego wejść do szatni jako zwycięzca, jak stwierdził Juergen Klopp z tym pieprzonym pucharem, a co innej spotkać w niej nasyconych, spełnionych piłkarzy, którzy właśnie cię pokonali. Przypomniało mi się jak Thierry Henry był o krok od odejścia do Barcelony w 2006 roku, Frank Rijkaard z Henkiem Ten Cate już mieli strategię pozwalającą go zmieścić w ataku. Barca dawała 50 mln funtów, ale po porażce w finale Ligi Mistrzów w Paryżu Francuz uznał, że to nieodpowiedni moment na transfer. Jako zwycięzca, który powiódł Arsenal do wygranej z Barcą, przyszedłby do niej z radością, żeby uczynić ją silniejszą. Ale w tamtej sytuacji nie chciał i jak pamiętacie odwlókł odejście do Katalonii o rok.

Czy dziś z ręką na sercu możemy stwierdzić, że Bayern absolutnie i niezbędnie potrzebuje Lewandowskiego? Dlaczego miałby wygryźć z ataku Mario Mandżukića, którego gol dał mistrzom Niemiec triumf w finale Ligi Mistrzów? Mamy pewność, że stałby się dla Bawarczyków wielkim wzmocnieniem? Takim jakim zdecydowanie stałby się w Realu Madryt, Chelsea, Manchesterze United czy nawet Barcelonie (gdyby ta już nie zaklepała sobie Neymara), gdzie kibice witaliby go może nie jak zbawcę, ale z wielkimi nadziejami, jako strzelca historycznych czterech goli z Realem. Kogo w Monachium obchodzą tamte cztery gole, skoro Bayern siedmioma rozgromił Barcelonę? Podejrzewam, że Lewy stałby się w Bayernie tylko uzupełnieniem wielkiego składu. Bardzo mocnym, wysyłającym w kosmos Mario Gomeza i Claudio Pizarro, ale jednak uzupełnieniem. Dlatego ja bym jeszcze na miejscu Roberta mocno jeszcze przemyślałbym swoją przyszłość, przy czym z Dortmundu raczej bym uciekał - z powodów, które wymieniłem tutaj - mimo, że Klopp zapowiada za dwa lata w finale Ligi Mistrzów w Berlinie będzie powtórka pojedynku z Wembley, on już nad tym zaczyna pracować.

Kilka vlogów o finale Ligi Mistrzów

Ostatni finał Ligi Mistrzów na żywo, nie ze studia tv, oglądałem na Stade France, gdy Barcelona Rijkaarda pokonała Arsenal. Cieszę się, że mogłem być świadkiem historycznego, wewnątrzniemieckiego finału z udziałem trzech Polaków, czego pewnie nieprędko doczekamy. Nowe Wembley to zaiste katedra futbolu. Majestatyczne ze świetnym widokiem z trybun, a bawarscy i westfalscy kibice stworzyli kapitalną atmosferę. Tak jak na boisku akcja przenosiła się z jednego pola karnego na drugie, tak i na trybunach trwał wspaniały pojedynek czerwonych sektorów z żólto-czarnymi, co starałem się uchwycić kamerką.

Najpierw jednak o drodze na Wembley, ale nie obu drużyn przez rozgrywki grupowe, a potem pucharowe, ale od drodze ze stacji Wembley Park na stadion...

Race kibiców Bayernu

Radość kibiców Bayernu po golu Mandżukića na 1:0 i świetna reakcja fanów Borussii...

Ostatni gwizdek na Wembley. Koniec meczu! Bayern wygrywa Ligę Mistrzów! Odkupienie Robbena!

sobota, 25 maja 2013

  Zdjęcie zrobione HTC One X +

Kto wygra ten dzisiejszy wewnątrzniemiecki finał Ligi Mistrzów? Gdyby w futbolu 2+2 zawsze = 4, wówczas jeszcze przed meczem moglibyśmy wręcz Puchar Europy Bayernowi. Zdają się przemawiać za nim wszystkie argumenty. Od siły i rozmiarów kadry, dającej Bawarczykom przewagę właściwie na każdej pozycji (albo co najwyżej równowagę, jeśli chodzi np. o bramkę czy atak gdzie Roman Weidenfeler spokojnie mógłby rywalizować o miejsce w reprezentacji Niemiec, gdyby nie obraził kiedyś Joachima Loewa, a Robert Lewandowski w niczym nie ustępuje Mario Mandżukićowi czy Mario Gomezowi, co już wkrótce będzie miał okazję udowadniać im na każdym treningu). Po styl w jakim drugi rok z rzędu awansowali do finału: nie było tu nawet grama przypadku, ani szczęścia jak w ostatnich minutach ćwierćfinałowego rewanżu Borussii Dortmund z Malagą. W rewanżu z Barceloną na Camp Nou Bawarczycy nie musieli drżeć do ostatnich sekund o awans jak Borussia z Realem w Madrycie, gromiąc najlepszą drużynę świata na ich stadionie 3:0 (7:0 w dwumeczu) przejęli symbolicznie z jej ręki ten status. Bayern góruje też nad swoim niemieckim rywalem pucharowym doświadczeniem. Cały obecny sezon, z tym samym trenerem, z którym w poprzednim przegrali wszystko co było do przegrania, stając się najbardziej przegraną drużyną na świecie, udowadnia, że tamta trauma (a zwłaszcza ta finałowa z Chelsea na własnym Allianz Arena) podziała na piłkarzy i cały klub wyłącznie pozytywnie i motywująco. Żaden z Bawarczyków nie będzie chciał przeżyć tego jeszcze raz.

Koniec z (FC) Hollywood

Widać to nie tylko po wynikach w Lidze Mistrzów i przepaści w Bundeslidze jaka oddzieliła Bayern od reszty. Chyba ani razu w sezonie nikt z drużyny nie dał powodu, żeby nazwać Bawarczyków starym, złośliwym, ale jakże celnym określeniem FC Hollywood. Choć Bayern każdy sezon zaczynał jako absolutny faworyt Bundesligi, często na drodze do sukcesu stawała buta jego największych gwiazdorów (co dotyczy także prezesów i menedżera, Uli Hoenessa), ich arogancja i pewność siebie, którzy częściej niż na treningach i w meczach brylowali w telewizji i brukowcach, które opisywały ich pozaboiskowe skandale czy wizyty w nocnych klubach. Hollywoodem zaczęto ich nazywać w czasach drużynę prowadził Giovanni Trapattoni, a gwiazdy takie jak Lothar Matthaus i Stefan Effenberg prześcigały się w skandalach. Pierwszy zmieniał żony jak rękawiczki, wychwalał publicznie męskość kolegi z drużyny, w wydanych pamiętnikach opisał tajemnice szatni, przez co stracił opaskę kapitana, a po otwartym konflikcie z Juergenem Klinsmannem trener Berti Vogts nie zabrał go (wygrane) Euro‘96.

Drugi wsławił się pokazaniem środkowego palca kibicom na mundialu w USA w 1994 roku, a w telewizji z butą chwalił się, że zarabia rocznie niebotyczną wówczas kwotę 5,5 miliona marek za sezon. Z kolei znakomity bramkarz reprezentacji Niemiec, Oliver Kahn zbulwersował całe Niemcy w 2003 roku, porzucając ciężarną żonę na rzecz 21-letniej hostessy z dyskoteki. Gdy tabloidy opisały ze szczegółami wyznania nowej partnerki Kahna, Hoeness skomentował, że po ich lekturze chciało mu się rzygać.

Określenie FC Hoolywood pasowało i do współczesnego Bayernu, tego Luisa van Gaala, który zagrał w finale Ligi Misrzów w 2010 roku i tego Juppa Heynckesa jeszcze z ubiegłego roku. Kapitanowi, liderowi i jednemu z najlepszych pomocników świata, Bastianowi Schweinsteigerowi zdarzyło się po wyjściu z nocnego klubu z dziewczyną, przemycić ją do budynków klubu, gdzie o 2. nad ranem ochrona przyłapała ich w jacuzzi. Franck Ribéry miał we Francji proces sądowy o seks z nieletnią prostytutką, przez który o mało co nie ominął go mundial w RPA, brazylijski obrońca Breno został aresztowany za podpalenie własnego domu, i nawet kapitan Philipp Lahm trafił na czołówki po skrytykowaniu w obcesowych sposób w autobiografii byłego trenera, Jürgena Klinsmanna.

Van Gaal nie odstawał od swoich zawodników. Podczas jednej z tyrad zarzucił im, że mają go za faceta bez jaj i natychmiast im udowodnił, że jest inaczej ścigając do kolan spodnie eleganckiego garnituru przed przerażoną gromadą. Heynckes też nie od razu udało się utemperować hollywodzkie charaktery. Jeszcze w ubiegłym sezonie dwaj skrzydłowi i najwięksi gwiazdorzy klubu, Arjen Robben i Ribery pobili w szatni w przerwie półfinału Champions League z Realem Madryt. Holender wyszedł na drugą połowę z podbitym okiem za to, że wykonał rzut wolny, który miał egzekwować Francuz.

Dziś wszyscy harują we wspólnym celu aż miło, egoiści Robben i Ribery nie tylko podają częściej niż kiedykolwiek ale i zasuwają w defensywie jak Samuel Eto’o w Interze gdy Inter sięgał po potrójną koronę. A Schweinsteiger opowiada, że często gierki na treningu bywają bardziej wyrównane niż niektóre ligowe mecze.

Taktyka, głupcze!

Ale - jak stwierdził Leo Beenhakker - futbolu 2+2 bardzo rzadko = 4. Najlepszy dowód do zwycięstwo Chelsea w Lidze Mistrzów w ubiegłym sezonie, nie tylko w finale ze znacznie lepszym Bayernem, ale i w półfinale ze wciąż wielką jeszcze Barceloną. Nota bene także ostatni finał Ligi Europejskiej Chelsea wygrała będąc przez większą część spotkania drużyn gorszą od Benfiki. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę trener Juergen Klopp, który stwierdził, że jeśli Borussia pokona Bayern nie będzie to oznaczać, że stanie się najlepszą drużyną świata, ale że pokona najlepszą drużynę świata. W świetnym wywiadzie dla „Guardiana” Klopp opowiedział jak będąc trenerem drugoligowego Mainz obejrzał pięćset razy (!) nudne jak flaki z olejem wideo treningu AC Milan, na którym Arrigo Sacchi prowadził ćwiczenia taktyczne (bez piłki!) ustawiając swoich piłkarzy jak pionki na szachownicy i przesuwając nimi po boisku. Od tamtego czasu 2. ligowe Mainz jako pierwsza niemiecka drużyna zaczęła grać ustawieniem 4-4-2 bez libero. A Klopp pojął, że w futbolu wcale nie trzeba mieć silniejszej drużyny, żeby wygrywać. - Wcześniej z góry zakładaliśmy porażkę jeśli rywale mieli silniejszy skład i godziliśmy się z tym. Ale zrozumiałem, że w futbolu wszystko jest możliwe – możn wygrywać z lepszymi jeśli dobierze się właściwą taktykę - stwierdził.

Jaką strategię wymyśli na Bayern, z którym potrafił wygrywać w Monachium 3:1 czy 5:2 w finale Pucharu Niemiec? Najbardziej ciekawi mnie jak załata dziurę po stracie Mario Goetze, czy w swoim stylu będzie umiał przekuć to na dobre, czy na przykład przesunie ze środka do ofensywy Ilkaya Gundogana za plecy Roberta Lewandowskiego? Klopp jest mistrzem motywacji, wchodzącym w głębokie relacje ze swoimi piłkarzami podobnie jak Jose Mourinho i tulącym ich po golach i zwycięzcach niczym ojciec swoje dzieciaki. O morale piłkarzy Borussii jestem więc spokojny: każdy będzie gotów umrzeć w tym jednym jedynym mecz za klub, trenera i kibiców.

To jeden mecz! I wszystko może się zdarzyć, nie tylko jedno genialne zagranie, strzał, zachowanie piłkarza, ale i jedna decyzja sędziego może odmienić losy spotkania jak w meczu Manchesteru United z Realem Madryt czy Borussii z Malagą, gdzie arbiter nie dojrzał trzech spalonych. Zobaczymy po 90. minutach (lub 120), kto jest lepszy z futbolowej matematyki, Bawarczycy czy Dortmundzycy. Jedno jest pewne, dziś spełni się klątwa Gary Linekera, na końcu muszą wygrać Niemcy.



Na koniec moja playlista spotify na finał. Pierwszy utwór do autobusu w drodze na stadion, potem szatnia, wyjście na mecz, pierwsza połowa, przerwa, druga, radość, rozpacz, dekoracja. Dlaczego taka wyjaśniałem tutaj

sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie