środa, 19 października 2011

Rok temu przegrali z Realem Madryt w Pucharze Króla aż 0:8. Ale w wrześniu zrewanżowali się Królewskim wygrywając w Primera Division 1:0. Dziś w tabeli wyprzedzają drużynę Jose Mourinho o punkt. Mają tyle samo punktów co prowadząca Barcelona i tylko gorszy stosunek bramek. Ale za to stracili najmniej goli w całej lidze - tylko trzy! W ostatniej kolejce odnieśli piąte zwycięstwo z rzędu: zdemolowali 3:0 Malagę, kreowaną przez szejków na trzecią siłę La Liga. Malagę, która latem wydała na transfery 60 mln euro - więcej niż Levante w całej swojej 102-letniej historii. Tego lata drużynę Juana Igancio Martineza stać było zaledwie na dwa transfery: Miguel Pallardó kosztował 150 tys. euro, a Pedro López tylko 60 tys. Przeciwko Malagdze nie mógł zagrać Xavi Torres, bo Levante musiałoby zapłacić 50 tys. euro (tak przewiduje klauzula wypożyczenia z klubu rywala właśnie). Najwyższa pora pochylić się nad tą drużyną i pozachwycać, bo jej piękny sen nie może przecież trwać długo! Budżet klubu to zaledwie 20 mln eurom czyli o 440 mln mniej od wielkiego współlidera z Katalonii...

Nie łatwo znaleźć informacje o Levante w polskim necie. Ucieszyłem się niezmiernie wyguglując stronę levante.pl, ta niestety zamiast do polskich fanatyków Granotes okazała się należeć do producenta rajstop o tej szlachetnej nazwie. Na szczęście natknąłem się na dwa artykuły  dwóch znanych świetnie czytelnikom Polsportu autorów - Łukasza Ulesława Kwiatka, zwycięzcy Gwiazdkowego Konkursu Literackiego z 2009 roku i Darka Wołowskiego. Obaj próbują odsłonić fenomen sukcesu kopciuszka.

- Właściwie cała drużyna składa się z graczy, których uznano kiedyś za niezdolnych do futbolu na dobrym poziomie. Wśród nich znalazło się nawet miejsce dla Javiera Farinosa, który w 11 lat temu grał w finale Champions League Valencia - Real Madryt przegranym przez jego były klub 0-3. Farinos wystąpił nawet dwa razy w reprezentacji Hiszpanii, debiutując w Warszawie w 1999 roku - pisze Darek w felietonie na Blogu W polu karnym. Czy - dodajmy - 35-letni Juanfran, inny były zawodnik Valencii, Besiktasu, Ajaksu czy Saragossy, który wrócił do Levante po 14 latach.

- Przez 102 lata swojej historii Levante nigdy nie było na szczycie ligi hiszpańskiej. Po poprzednim sezonie, kto miał oferty z innych klubów z Levante uciekał. Jak jego trener Luis Garcia, który zapłacił milion euro za zerwanie kontraktu, byle zbiec do Getafe (dziś na 17. miejscu). Tymczasem w klubie mającym budżet porównywalny z zespołami Ekstraklasy, powstała drużyna z „odpadów”. Mądrze prowadzona przez Martineza, który znając potencjał swoich ludzi odpowiednio ich ustawia. Trener tak małej drużyny nie musi się wstydzić gry defensywnej. Jej efektem było zwycięstwo nad Realem Madryt po golu niepotrzebnego w Sevilli Arouny Kone. Królewscy kompletnie nie umieli sobie znaleźć miejsca w gąszczu pod polem karnym rywali oddając zaledwie dwa strzały na bramkę. Dodajmy, że dla Koné było to pierwszy gol w La Liga od... czterech lat i dopiero drugi w karierze. Przeciwko Maladze strzelił kolejnego.

Ulesław podaje przykłady innych odpadów, np. skrzydłowego Juanlu, którego gol dał Levante wyjazdową wygraną z Betisem. Zawodnik ten zanim z powodzeniem osiadł w drużynie z Walencji, tułał się od klubu do klubu, w osiem lat trenując w ośmiu różnych zespołach. Zdarzało się, że w którymś nawet nie zadebiutował! - Cała kadra Levante to jeden wielki zbiór weteranów, przeganianych z klubu do klubu, w których zawodzili lub zostawali spisani na straty. Średnia wieku wyjściowej jedenastki z meczu z Malagą wyniosła niemal 32 lata, niemal wszyscy trafili do Levante bezpośrednio przed obecnym lub poprzednim sezonem - pisze, dodając, że poza wiekiem i doświadczeniem, drużynie Martineza nie brakuje również wyrachowania, siły fizycznej i taktycznej konsekwencji. Bezlitośnie wykorzystują każdy błąd rywala, wykańczając kontrataki w stylu, jakiego nie powstydziłby się Real Madryt.

Jedynym trofeum jakie Levante zdobyło w karierze jest Copa de la República, wywalczone w 1937 roku, czyli w trakcie Wojny Domowej. W najwyższej lidze klub spędził w sumie tylko sześć sezonów, a najwyższe miejsce jakie udało mu się zająć to 10. W sezonie 2004/05 awansowali do La Liga po raz pierwszy od 40 lat, ale od razu spadli. W 2006/07 awansowali ponownie i tym razem udało im się spędzić w najwyższych rozgrywkach dwa sezony. Kiedy spadali piłkarze strajkowali i procesowali się z klubem przed sądem. Awans w 2010 roku i pozostanie w Primiera Divisoon powszechnie uznano za jeden z cudów minionego sezonu.

Trener Martínez przyznaje, że nie jest w stanie wyjaśnić formy swoich zawodników. Po wygranej z Malagą stwierdził, że o pięciu zwycięstwach z rzędu nawet nie marzył i sam jest chyba najbardziej zaskoczony obrotem sytuacji. Jakimś wytłumaczeniem jest ciężka praca jaką jego wiekowy zespół wkłada w przygotowanie do każdego meczu i gry. - Aby zdobyć punkt w tej lidze trzeba się naprawdę postarać. Punkty, które zdobyliśmy kosztowały nas bardzo wiele zdrowia. Wystarczy zapytać zawodników. Piłkarze, którzy wracają do domu po meczu i mają schody, to muszą się po nich wczołgiwać do góry - mówi i robi wszystko, żeby jego zawodnicy nie zachłysnęli się chwilowym sukcesem. - Nie słyszałem, aby w ogóle poruszali temat bycia liderem. Jeśli teraz zaczniemy śnić na jawie, to będziemy tracić gole. Wojną Levante jest walka z samym sobą, a naszym celem jest to, aby w maju nasz cel został osiągnięty.

36-letni lider drużyny, stoper Sergio Ballesteros zwany przez kibiców Legendą (fani śpiewają podczas meczu Ballesteros, selección!), który w meczu z Realem kompletnie zniechęcił do gry Cristiano Ronaldo opowiada, że tajemnica sukcesu drużyny odpadów jest to, że w innych drużynach zawsze traktowano ich kijem, dopiero w Levante dostali marchewkę. Nie zgadza się z nim klubowy lekarz. Jak napisał na swoim blogu w Guardianie Sid Lowe, wg lekarze dieta piłkarzy Levante jest zupełnie inna: to pizza i piwo!

W Guardianie także anegdota o kibicu Levante, który niedawno pojechał na cmentarz i zakopał w grobie babci gazetę z tabelą Primiera Division. Po tygodniu pojechał i wymienił gazetę na bardziej aktualną, z jeszcze wyższą pozycja klubu. Czy po meczu najbliższej kolejki z Villarreal znów będzie musiał zakłócać czcigodnej staruszce spokój wiekuisty?



13:24, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (19) »
wtorek, 18 października 2011

 

W minionej kolejce kiepscy sędziowie niezaprzeczalnie wypaczyli wyniki dwóch spotkań. Odebrali zwycięstwo Polonii Warszawa z Górnikiem (Wojciech Krztoń) oraz jeden albo trzy punkty Jagielloni Białystok z Wisłą w Krakowie (Adam Lyczmański). Już wiadomo, że nie będą gwizdać do końca rundy (przynajmniej w Polsce, bo Lyczmański będzie się przyglądał zza linii brakowej spotkaniu Ligi Europejskiej Rennes - Celitc). Obaj prz6znali się do ewidentnych błędów i przeprosili skrzywdzone drużyny, Krztoń - nieoficjalnie, wiem od ludzi z Polonii, Lyczmański na łamach Weszlo.com Muszę się przyznać do błędów, bardzo dużych błędów (…) Były dwie sytuacje, które zinterpretowałem fatalnie. Nie potrafię teraz powiedzieć, z czego one wynikały, pewnie byłem źle ustawiony, chociaż to nie jest żadne usprawiedliwienie… Chcę przeprosić kibiców i piłkarzy Jagiellonii, bo wiem, że wypaczyłem wynik. I niech to będzie takie przepraszam drukowanymi literami. PRZEPRASZAM. ). Po słowach tego ostatniego trener Wisły Robert Maaskant wychodzi na głupa, którego rżnął na konferencji, przekonując, że sędzia prawidłowo uznał bramkę. Nie było kontaktu Kew z bramkarzem. O wiele bardziej przyzwoicie byłoby, gdyby wymigał się od oceny, twierdząc, że jeszcze nie widział powtórki. Tak robią trenerzy na świecie od Arsene Wengera po Adama Nawałkę w meczu Górnika z Polonią. 

Chcę jednak zwrócić uwagę na coś, co umknęło w zmasowanej krytyce arbitrów. Ani piłkarze Polonii, ani kibice, którzy długo po meczu skandowali złodzieje, złodziej! ani trener Jacek Zieliński na konferencji prasowej, ani wściekły prezes Józef Wojciechowski, który zdążył rozważyć już bojkot kilku spotkań w Ekstraklasie w proteście przeciwko kiepskiemu sędziowaniu, otóż NIKT nie zgłosił żadnych pretensji do wyrównującego strzelca gola dla Górnika, Prejuce Nakoulmy, o to, że ewidentnie oszukał rywali. Mało tego, wszyscy przyjęli jego zachowanie z absolutnym zrozumieniem, jako zupełnie normalne w tej sytuacji!

Oto, co po meczu powiedział mi trener bramkarzy Polonii, Radosław Majdan, który tak bardzo zagotował się błędną decyzją arbitra, że aż wpadł na murawę i czeka go zapewne za to kara finansowa: Nie mam żadnych pretensji do piłkarza Górnika. Nie przesadzajmy. Maradona też się kiedyś nie przyznał do zagrania ręką, a był to wybitny piłkarz. Nie oczekuję, żeby zawodnik przyznał się w takiej sytuacji. Gdyby na jego miejscu był któryś z piłkarzy Polonii też by się nie przyznał. Piłkarze Górnika przyjechali tu po korzystny wynik i wykorzystali błąd sędziego. 


Czy to istotnie aż tak gruba to przesada, wymagać od zawodnika, żeby grał uczciwie, nie oszukiwał, przyznawał się do przewinienia? Gdyby Nakoulma po golu podszedł do arbitra i przyznał do zagrania ręką wyszedłby w oczach własnych kolegów i kibiców Górnika na kompletnego frajera i pewnie nie miałby po co wracać do Zabrza, ale jak się okazuje na takiego samego frajera wyszedłby także w oczach rywali. Po pamiętnej ręce Thierry’ego Henry w meczu o mundial z Irlandią pisałem, że nie znam piłkarza, który by w takiej sytuacji, przy takiej stawce przyznał się do błędu. Wielu polskich piłkarzy i to reprezentantów, z którymi później rozmawiałem przyznało mi rację. Okazuje się, że stawka nie ma tu nic do rzeczy. Jak mówi Majdan, zadaniem piłkarza jest wygrać, zdobyć punkty za wszelką cenę i nie można mieć do niego pretensji.

Podsumowując: piłkarze uważają, że im wolno oszukiwać, bo to jest częścią gry - akceptują więc, jak rozumiem, nie tylko pomoc ręką przy bramce, ale i symulkę faulu w polu karnym dla wywalczenia karnego czy wykartkowania rywala. Perfekcji i uczciwości domagają się wyłącznie od arbitrów. Taki wydźwiek miały wówczas słowa Henry’ego: tak, zagrałem ręką. Ale grałem, bo sędzia na to pozwolił. Wszelkie pytania należy kierować do niego. Nakoulma, z którym rozmawiałem po meczu nie przyznał się do zagrania ręka, sprytnie zwalając wszystko na sędziego: myślę, że ręki nie było, bo inaczej sędzia by to odgwizdał - powiedział. Maradona i inni strzelali ręką bezpośrednio do bramki, ja przecież strzeliłem nogą - dodał. Żałuję, że go nie docisnąłem, ale natknąłem się na niego przypadkowo i nie zdążyłem skupić myśli.

Co zrobić w sytuacji, w której wiemy, że sędziowie nadal będą popełniać błędy, a piłkarze oszukiwać? 1. Uznać jak oni (piłkarze, FIFA i UEFA, które są przeciwne powtórkom wideo), że błędy i oszustwa to part of the game. 2. Zmienić przepisy, nie wprowadzając jednak powtórek wideo, które za bardzo zmienią dyscyplinę. Np. karząc zawieszeniem oszustów, którym dowiedzie się nieuczciwie zdobytego gola, nurkowanie, które przyniosło rzut karny, symulkę faulu albo np. uderzenia w twarz, po którym rywal wyleciał z boiska - automatycznym zawieszeniem na trzy - pięć spotkań. FIFA mogła to zrobić już po słynnej ręce Henry’ego, uniemożliwiając mu grę na mundialu w RPA. Szkoda, że do tego nie doszło. Zamiast tego pojawili się sędziowie zabramkowi, którzy nie rozwiązują problemu, ba, dodają nowych, bo arbitrzy głowni licząc na ich pomoc gorzej się ustawiają. Skoro zawodnicy nie chcą grać uczciwie, ba, boją się tego w obawie przed reakcją kolegów, trenera, prezesa, kibiców etc, pomóżmy im w tym. - Wiem, że ten gol dałby nam remis, ale wolałem się przyznać, żeby mnie nie zawiesili na pięć spotkań - mógłby powiedzieć po meczu z Polonią Nakoulma...

Polonia wściekła po meczu. "Dobrze, że sędzia miał ochronę"
11:12, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (18) »
piątek, 14 października 2011

 

Warszawska prokuratura słusznie odmówiła wszczęcia dochodzenia w sprawie wywieszeniem przez kibiców Legii napisu Jihad Legia podczas meczu Ligi Europejskiej z Hapoelem Tel Awiw. Zgadzam się z prokuratorem, że czyn był oburzający, ale nie był przestępstwem. Od początku, już z trybuny na Łazienkowskiej twittowałem,  że transparent nie jest przejawem ani rasizmu ani antysemityzmu, ale zwykłej, banalnej głupoty pomysłodawców i niezrozumieniem świata w jakim żyją. No i oczywiście chęcią zaistnienia w mediach (których tak nienawidzą). Wyszło skandalicznie, to prawda. Uważam jednak, że głupotę i przejawy stadionowego zdziczenia należy piętnować, wytykać ale trzeba to robić z sensem, ścigać sądownie tylko w racjonalnych przypadkach, a w tym konkretnym nie przesadzać z wrzucaniem kibiców do jednego wora z faszystami, rasistami i antysemitami, bo broniąc słusznej sprawy, łatwo się ośmieszyć.

- Gdy słowo dżihad prezentuje się w czasie meczu z klubem izraelskim - jest ksenofobiczne i ma antysemicki charakter. "Dżihad" oznacza m.in. świętą wojnę, odwołuje się również do organizacji o charakterze terrorystycznym, pod hasłem dżihadu odbywały się ataki terrorystyczne na terenie Izraela. Hasło namalowano na transparencie literami wystylizowanymi na pismo arabskie, rozwieszono je na sektorze, na którym wcześniej dochodziło już do incydentów antysemickich - przekonywał Jacek Purski z „Nigdy Więcej”.

Czynienie kiboli niemal wspólnikami terrorystów z Hezbollah jest równie niewiarygodne co tłumaczenia stowarzyszenia kibiców, które przekonywało, że napis Jihad oznaczać miał jedynie to, że Legia to dla nas najwyższa wartość i będziemy o nią walczyć (cytuję za oświadczeniem szefa SKLW, Wojciecha Wiśniewskiego). A na meczu z drużyną z Izraela pojawił się tylko dlatego, że chcieliśmy być zrozumiani przez rywali. Przekonywanie, że chodziło o pierwotne znaczenie słowa jihad, oznaczające po prostu wysiłek, a cały napis czymś w rodzaju: do boju, Legia to mniej więcej to samo, co tłumaczenie, że hailowanie to zamawianie pięciu piw, okrzyki Jeszcze jeden! Jeszcze jeden! po śmierci Jana Weicherta to zachęta do strzelenia kolejnego gola, a Walter, ty c...lu, kup sobie klub w Izraelu - życzliwe sugerowaniem nowych rynków ekspansji.

Żeby zamknąć raz na zawsze kwestię antysemityzmu napisu, najlepiej przytoczyć opinię Forum Żydów Polskich, że nie każda nienawiść adresowana wobec Izraelczyków jest antysemityzmem. Jakkolwiek jihad w dzisiejszym rozumieniu to przede wszystkim terrorystyczna walka z Izraelem i USA i musi bezwzględnie kojarzyć się z terroryzmem i mordowaniem niewinnej i bezbronnej ludności cywilnej, także w Izraelu, nie jest to specyficznie antyizraelska czy antyżydowska, a więc antysemicka forma agresji. Gdyby napis głosił na przykład "Żydzi do gazu" lub "Hapoel do gazu" to byłoby to zdecydowane nawiązanie do tradycyjnych haseł antysemickich i wówczas sytuacja byłaby radykalnie inna. Natomiast sam jihad ze swojej natury antysemicki nie jest, a więc nie jest antysemicki transparent. Jest on wyrazem stadionowej "nienawiści" do przeciwnej drużyny, a nie akurat nienawiści do Żydów - napisał przedstawiciel FŻP.

Za wszystkim stoi bowiem kibolska filozofia, w której miłość do własnej drużyny wyraża się najlepiej nienawiścią do drużyny przeciwnej. Rywala trzeba obrazić, upokorzyć, a najlepiej jeszcze przy tym sprowokować, może się zagotuje i zrobi coś głupiego na boisku. Akurat tym razem chodziło o klub z Izraela więc kibice postanowili sięgnąć po taką, a nie inną obrzydliwą broń. Dlatego właśnie na meczach z uznawanym za klub żydowski Widzewem lecą hasła, że żydowska armia ta, pójdzie cała do pieca itp. I dlatego, jeśli w następnej edycji Ligi Europejskiej przyjedzie drużyna z Armenii, to nie zdziwmy się jeśli na trybunach pojawi się transparent nawiązujący zgrabnie acz zgodnie z prawem do rzezi Ormian, a jak jakiś klub z amerykańskiej MLS, najlepiej z New York Red Bulls, to do wież WTC. Zgadzając się bowiem z prokuratorem Dariuszem Ślepokurą, że czyn nie wyczerpuje znamion przestępstwa, trzeba zdać sobie sprawę, że czyn nie wyczerpuje też pokładów kibolskiej głupoty.



14:33, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (26) »
czwartek, 13 października 2011

 

Polski kibic - współgospodarz Euro 2012 - znalazł się w zupełnie nowej sytuacji. Oto w rozlosowanych właśnie barażach do turnieju musi zastanowić się czy kibicować sercem czy rozumem. W starciu Portugalii z Bośnią i Hercegowiną moje serce zdecydowanie wybiera piłkarzy z Bałkanów. Portugalczycy na obu ostatnich turniejach (Euro 2008 i MS w RPA) grali okropnie, że aż żal było patrzeć na Cristiano Ronaldo, wiedząc, co potrafi dokazywać w Realu Madryt. Bośnia to kraj, który podczas bałkańskiej zawieruchy wycierpiał najbardziej, więc sympatia z nim jest oczywista, a tu jeszcze dochodzi grupa naprawdę świetnych, młodych piłkarzy, których mogła bym im pozazdrościć i bratnia, bardziej doświadczona Chorwacja i Serbia (która nie załapała się nawet na baraże). Edin Dżeko to fantastyczny napastnik Manchesteru City, niedawno wbił Tottenhamowi aż cztery bramki, kupiony za 27 mln funtów z Wolfsburga, którego został najlepszym strzelcem w historii. Pamiętamy fenomenalne strzały i asysty Miralema Pjanića w barwach Olympique Lyon (oby równie dobrze wiodło mu się w Romie). Asmir Begović to kapitalny bramkarz Stoke City, które w tym sezonie Premier League potrafiło wywalczyć remisy z Chelsea, Manchesterem United i City, Zvjezdan Misimović rozumie się w kadrze z Dżeko jak za najlepszych czasów w Wolfsubrgu kiedy to w mistrzowskim sezonie 2008/09 zanotował aż 18 asyst. A jeszcze gdyby Vedad Ibisević odnalazł formę sprzed pamiętnej kontuzji... No i nie zapominajmy o Semirze Stilićiu, który co prawda o ostatnim meczu z Francją nie zasiadł nawet na ławce, ale do kadry na Euro powinien się załapać.

Z drugiej jednak strony musimy pamiętać, że Portugalia to wielka marka, która na mecz przyciągnie znacznie więcej kibiców (choć z sympatia myślę o tych, którzy przyjadą autokarami i z własną wałówką z Sarajewa, zupełnie jak jeszcze niedawno Polacy). Np. Gdańskowi łatwiej będzie zapełnić stadion na mecz Grecja - Portugalia niż Grecja - Bośnia. Kto wie czy na Cristiano nie przylecą nawet jakieś wycieczki z dalekiej Azji, Chin, Japonii czy Malezji, gdzie ma tylu fanatycznych fanów? A organizujemy ten turniej także po to, żeby na nim zarobić. Poza tym gra tam mnóstwo doświadczonych zawodników z czołowych klubów Europy, od Ricardo Carvalho, Pepe i Fabio Coentrao z Realu, przez Jose Bosingwę i Raula Meirelesa z Chelsea po Naniego i nieśmiertelnego Nuno Gomesa w ataku, którzy w przeciwieństwie do debiutanckiej Bośni nie przestraszą się wielkiego turnieju i nie spalą w ogniu presji.

 

Podobnego dylematu nie mam już w przypadku pary Estonia - Irlandia. Chwała Sergiejowi Pareice za najlepsze eliminacje w historii, brawo, brawo, wasi fani i tak wam tego nie zapomną, ale z punktu widzenia gospodarza imprezy zdecydowanie milej widziani będą zielone, nabuzowane piwem, ale na radośnie i wesoło tłumy Ajryszy.

W ekscytującej parze Turcja - Chorwacja niech wygra lepszy, to będzie rewanż za 1/8 finału Euro 2008, który widziałem z trybun stadionu w Wiedniu, a w końcówce zaliczyłem chyba największą wpadkę w karierze.

Baraże Euro 2012: turniej bez Cristiano Ronaldo czy rewelacyjnej Bośni?



16:53, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (17) »
wtorek, 04 października 2011

 

Nie jestem w stanie wzbudzić w sobie świętego oburzenia na decyzje kilku reprezentantów Polski, który wymigali się od wylotu do Korei. Piszę „wymigali”, bo choć wszyscy mają na pewno niepodważalne opinie lekarskie od swoich klubowych lekarzy, to i Wojtek Szczęsny i Łukasz Piszczek raczej cudowne wyzdrowieją na najbliższe spotkania ligowe (Arkadiusz Głowacki i Ludo Obraniak rzeczywiście leczyli ostatnio kontuzje, choć nie przeszkodziło im to wystąpić np. w Lidze Mistrzów). Nie widzę w tym żadnej obrazy dla biało-czerwonych barw, żadnego dyshonoru dla reprezentanta Polski, żadnej hańby, że cwaniacko uchyla się od gry w drużynie narodowej - jak przeczytałem w niektórych komentarzach. Dla mnie oni olewają mecz nie reprezentacji Polski ale reprezentacji PZPN, którą związek wysyła na bezsensowną ze sportowego punktu widzenia, komercyjną hucpę. To zawsze smutne, kiedy kadrowicz nie chce grać w kadrze, niestety PZPN doprowadził do sytuacji, w której dorobiliśmy dwóch drużyn. Pierwsza to reprezentacja Polski, walcząca o punkty albo zgrywająca się przed jednym z najważniejszych wyzwań w swojej historii czyli występie na turnieju we własnym kraju. Oswajająca z kibicami, którzy będą ją dopingować na Euro 2012 i nowymi stadionami. Druga to reprezentacją PZPN, którą pod szczytnym hasłem można wysłać na kretyński Puchar Króla w Tajlandii czy wyjazd do Korei, żeby zarobiła parę groszy dla związku, wbrew interesom zawodników i kibiców.

Wszystko w wylocie do Korei jest bezsensu. Pomijając już egzotycznego rywala, z którym konfrontacja nijak nie uczyni Franciszka Smudę mądrzejszym przed Euro 2012. Bezsensowny jest wielogodzinny lot międzykontynentalny, zmiana strefy klimatycznej, czasowej i kłopoty z tym związane, ale przede wszystkim brak czasu na treningi. W sumie podczas całego zgrupowania do meczu z Białorusią kadrowicze odbędą TRZY treningi! Przez ten czas w klubach mogliby odbyć osiem jednostek treningowych. Poza tym mamy środek sezonu, w którym szczęśliwie tak wielu reprezentantów Polski rozgrywa spotkania co trzy dni, bo również w Lidze Mistrzów i Europejskiej. Skazywanie ich na 30 godzin lotu w niewygodnej pozycji jest robieniem im krzywdy. Wolę, żeby Robert Lewandowski walczył na treningach o utrzymanie miejsca w pierwszym składzie Borussii, zwłaszcza, że Lucas Barrios tylko czeka, żeby go wygryźć ze składu, niż żeby męczył się długim lotem i ryzykował przez to kontuzję. Dla kadry sto razy bardziej pożyteczne będzie, jeśli nadal będzie grał w Bundeslidze. To samo dotyczy walczących o miejsce w składzie Adriana Mierzejewskiego, Pawła Brożka czy Ludo Obraniaka.

Na weszlo.pl znalazłem tekst bijący w Wojtka Szczęsnego, że okazał się drobnym cwaniaczkiem a nie kozakiem, bo nie dość, że olewa kadrę, ściemniając kontuzję, to już we wrześniu, po meczu z Niemcami mówił kolegom, że do żadnej Korei na pewno nie poleci. I ja bym wolał, żeby wyszedł i wypalił szczerze co i jak, a najlepiej, żeby powiedział to w imieniu wszystkich kadrowiczów, którzy w tak kluczowym momencie sezonu przed Euro 2012 nie życzą sobie takiego braku profesjonalizmu, wywierając tym presję na PZPN. Może taki mały bunt, który na pewno wsparłaby znaczna część kibiców, wstrząsnąłby związkiem.

Szczęsnemu weszlo przeciwstawia prawdziwego kozaka - Józefa Młynarczyka, który poleciał do Buenos Aires na mecz z Argentyną, ówczesnym mistrzem świata ze złamanym palcem i trzeźwy był chyba tylko w czasie gry, bo przez pozostały czas zwyczajnie nie mógł znieść bólu. Pełen profesjonalizm! Niech schodzą z boiska jako kaleki, bo reprezentacja rzecz święta? Na szczęście takie historie było możliwe tylko w tamtych nienormalnych czasach. Dziś działacze, którzy zmusiliby piłkarza do czegoś takiego dostaliby od FIFA dożywotni zakaz pracy w futbolu. Domaganie się od zawodnika gry w reprezentacji, bez względu na stan zdrowia, okoliczności i stawkę to szantażowanie orzełkiem na koszulce. To właśnie robi PZPN. Jak zorganizuje mecz na Fidżi, dokąd leci się 35-godzin z przesiadkami też będziecie się oburzać na dezerterów?  Ja będę wzywał do dezercji. Ta koreańska napawa mnie niesmakiem, ale popieram ją. Piłkarze zostali do niej zmuszeni. Rozsądek kazał im podjąć taka decyzję. Ale jestem pewien, że kiedy będzie potrzeba, Szczęsny, Piszczek i inni będą ryzykować wszystko dla Polski, bo dali już tego dowód.

sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie