sobota, 29 września 2012

Nowe technologie w futbolu to nie tylko oddychające czy nieuchwytne koszulki, buty pozwalające niewiarygodnie podkręcać czy celniej trafiać do celu, piłki z czipami, MilanLaby czy wszechobecna elektronika, pozwalająca zmierzyć i przemnożyć wszystko poziomu zakwaszenia przez przebiegnięte w meczu kilometry podzielone przez ilość wydychanego powietrza. Oto Borussia Dortmund jest pierwszym klubem na świecie, który postanowił wykorzystywać w codziennym treningu futurystyczną machinę do odbioru i podawania piłki zwaną Footbonaut. Wchodząc do niej zawodnik czuje się jakby przeniesiono go do komputerowej gry: staje w kwadracie 14 na 14 metrów, otoczonym ze wszystkich stron ścianami, podzielnymi na 64 pola. Z każdego, po zapaleniu się odpowiedniego światła w każdej chwili może zostać wypluta piłka, którą po opanowaniu trzeba posłać w inny kwadrat, który się właśnie podświetlił.

Piłkarze są zachwyceni, treningowa rutyna - złamana. - To tak, jakby dziesięciu graczy było ustawionych wokół jednego zawodnika i w jednym momencie chciało podać mu piłkę. On musi się tak ustawić, by jak najwięcej tych podań przyjąć - opowiadał jeden z rezerwowych piłkarzy Borussii, Mustafa Amini, który testował sprzęt.

Intensywność treningu można sobie ustawić, w tym tempo kolejnych wystrzałów i czas w jakim pilka musi zostać odegrana do celu. Jeśli zawodnik źle przyjmuje piłki i spóźnia się z odegraniem, rozlega się irytujący sygnał. Raporty z treningów spływają prosto do komputera trenera mistrzów Niemiec, Juergena Kloppa. Ten ostatni jest zachwycony machiną. Twierdzi, że w bardzo krótkim czasie może znacznie poprawić umiejętność przyjęcia piłki w każdej niemal sytuacji. - Zawodnik uczy się też szybkiego odgrywania. To także niezłe ćwiczenie na utrzymanie koncentracji - chwali.

 

Czy jednak Footbonaut jest lepszy niż tradycyjna gra w dziada? Gdzie tempo potrafi być równie nieprzewidywalne, siła uderzenia zmienia się co i rusz. Czy uderzenia ludzką stopą, obutą w piłkarskie korki zdoła oddać najlepszy nawet robot? Pisałem już przy recenzji świetnej książki Grahama Hunetera o Barcelonie jak jak wielkie znaczenie przypisywane jest w Barcy do gry w dziada, zwanej tam rondo. W dziada nie gra się w samotności vs komputer, ale zawsze w grupie kolegów i rywali. Dziad uczy precyzyjnego podawania pod presją, gdy rywal naciska, a piłkę wolno uderzyć tylko raz. Żywy rywal, a nie zmieniające się światełko. Jednocześnie dziad uczy też inteligentnej presji i mądre naciskanie rywala z piłką, czego już w Footbonaut brakuje. Jak pisał Hunter dwaj piłkarze w środku dla lepszej efektywności muszą ze sobą współpracować, koordynować swe działania, żeby nie biegać między zawodnikami zewnętrznego okręgu jak kot z pęcherzem. Rondo świetnie buduje też team spirit, czyli ducha drużyny. Jednoczy zawodników stojących w kręgu i starających poprzez współpracę nie oddać piłki obrońcom.

Jak opowiada znany niektórym absolwent La Masii, Xavi, to właśnie z gry w dziada, jakich w karierze odbyli dziesiątki tysięcy on, Iniesta czy Messi wynieśli znakomitą kontrolę nad piłką i nabyli umiejętność dokładnego podawania z prędkością krążka hokejowego. - Od dziecka jesteśmy uczeni, żeby instynktownie wiedzieć kto znajduje się wokół nas zanim jeszcze dostaniemy piłkę. Dzięki temu jesteśmy gotowi jednym szybkim ruchem przedłużyć piłkę w ciągu ułamka sekundy - mówi. A Hunter przekonuje, że dla trenerów młodzieżowych Barcy podglądanie gry w rondo jest jak dla lekarza włożenie termometru pod pachę dziecka. - Jeśli zobaczy, że komuś nie wychodzi „dziad”, często traci piłkę, albo nie jest w stanie wyjść z koła, to wie że coś się dzieje. Teraz trzeba tylko ustalić czy chodzi o psychikę, kondycję fizyczną, może jakiś uraz, pewność siebie, koncentrację. Ale dostaje bardzo wyraźny sygnał, że coś jest nie tak z piłkarze.

Dzień, w którym Barcelona kupi Footbonaut rezygnując z ronda będzie końcem pewnej epoki w futbolu...

wtorek, 25 września 2012

Grzegorz Lato zrobił najlepszą rzecz dla polskiego futbolu od strzelenia swojej ostatniej bramki w biało-czerwonych barwach: postanowił nie kandydować na kolejną kadencję prezesa PZPN. Decyzja musi być aktem rozpaczy i desperacji, skoro odchodzi mimo iż w ostatniej kadencji udało nam się wprowadzić wiele reform i zmian [które] zaprocentują one w przyszłości i zostawia PZPN w doskonałej kondycji finansowej, więc mam nadzieję, że moja ciężka praca na rzecz futbolu nie pójdzie na marne.

Oczywiście dramatyczna decyzja nie wzięła się z nagłego trzeźwego spojrzenia na swe czteroletnie rządy, ale z powodu nie zebrania odpowiedniej ilości rekomendacji koniecznych do startu. Musi być dla niego ogromnym upokorzeniem nie wyżebrać tych 15 głosów poparcia ze 150 jakimi w sumie dysponują kluby Ekstraklasy i I ligi, środowisko sędziów, futbolu kobiecego, futsalu, stowarzyszenie trenerów, na czele którego stoi dawny druh z boiska, Henryk Kasperczak, ale przede wszystkim Wojewódzkie Związki Piłki Nożnej (baronowie okazali się równie niewdzięczni i zdradzieccy jak ci w Grze o Tron - wolą, dranie, poprzeć uzurpatora!). Zwłaszcza, że poparcie dostali nie tylko potencjalni reformatorzy Zbigniew Boniek i Roman Kosecki ale koledzy-starzy-pezepeenowscy działacze: Stefan Antkowiak, Edward Potok, a nawet Zdzisław Kręcina. Ten ostatni - wielu mniemało, że przebity osinowym kołkiem - właśnie wygrał proces i (grube tysiące) z pomawiającym go korupcję Grzegorzem Kulikowskim, który ujawnił pamiętne taśmy i szykuje się do ostrej batalii o schedę po Lacie.

Gdybym był Grzegorzem Lato, to wszystkim tym, którzy w tym momencie oddychają z ulgą, zacierają ręce, nalewają sobie z radości do szklaneczki, żartują twitterze i facebooku o ostatnim dniu Laty odpowiedziałbym słowami Michała Listkiewicza, gdy ten kończył rządy w PZPN: jeszcze za mną zatęsknicie! (słowa ustępującego Listkiewicza stały się ciałem mniej więcej już pół roku po rozpoczęciu panowania Lato). Na miejscu Laty użyłbym tylko innych argumentów: a jesteście pewni, że nadal nie będzie tak samo jak było tylko smutniej. Ze mną prz6najmniej było wesoło (ostatnie słowa w ostatnim filmiku idealnie puentują jego prezesurę:

Lato: ja nie gustuję w chłopcach...

Lato: I speak the polish. Pa ruski! Zdrastwujtie druzja!

18:33, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (16) »
niedziela, 23 września 2012

 

Waldemar Fornalik mógłby stworzyć następującego mema: ‘Polska to kraj bramkarzy, they said. It will be fun, they said...’ Niby obsada bramki to miał być ostatni problem trapiący selekcjonera, a tymczasem sytuacja na mniej niż miesiąc przed meczem z Anglią w eliminacjach mistrzostw świata wygląda tak, że:

1. Przemysław Tytoń - numer 1 Fornalika - stracił właśnie miejsce w pierwszym składzie PSV. Ponoć dlatego, że trener Dick Advocaat nie uważa, żeby dawał z siebie 100 procent i woli stawiać na swojego ziomala, Boy’a Watermana. Na długo? Jak mi twittują znawcy tematu, w Holandii uważa się, że Tytoń nie wyzbył się traumy po urazie głowy i unika ryzykowanych interwencji. W kadrze nie odniosłem takie wrażenia, bał się co najwyżej petard, ale który bramkarz na jego miejscu w Podgoricy nie opuściłby stanowiska pracy? Nie mam pojęcia jak jest w PSV - chciałem w tym sezonie obejrzeć pierwszy mecz PSV - w Lidze Europy z Dnipro Dniepropietrowsk - ale już Polaka w bramce nie było. Waterman wpuścił dwa gole, ale w kolejnym meczu ligowym znów zagrał. Może Tytoń powinien zacząć bronić w hełmie, wówczas się od niego odczepią?

2. Wojtek Szczęsny nie broni w Arsenalu. Po części z powodu kontuzji, najpierw żeber, a potem kostki przepuścił w bramce Vito Mannone, który jak mógł wykorzystał swoją szansę - pierwszego gola w Premier League puścił dopiero w niedzielnym meczu z Manchesterem City na Etihad, co prawda po swoim błędzie, ale Arsenal sensacyjnie urwał mistrzom Anglii punkt, a i Szczęsny zawinił gola w meczu z Southampton, więc nie wiadomo jaka będzie reakcja Arsene Wengera. Tak czy siak początek sezonu nie należał do Wojtka, czy do 16 października osiągnie formę jak z meczu z Niemcami, czyli swego najwybitniejszego reprezentacyjnego występu?

3. Artur Boruc wrócił do gry! Właśnie został zawodnikiem Southampton, czyli trafił tam gdzie od dawna było jego miejsce - do najlepszej, najbardziej wymagającej i wyrównanej ligi świata. Poza tym kto bardziej pasuje do Świętych jak nie Holly Goalie;) Nie mam wątpliwości, że szybko wywalczy sobie miejsce w pierwszym składzie - Kelvin Davies musi tylko dać trenerowi Nigelowi Adkinsowi powód do odpoczynku. W końcu do Celticu i Fiorentiny też przechodził jako drugi, zastępca lokalnych ikon, a poradził sobie nawet z Sebastianem Frey’em. W dodatku zna język i ma już niezłą reputację. I determinację, żeby wykorzystać szansę. Wierzę wręcz, że Southampton stanie się dla niego tym, czym Fulham dla Edwina van der Sara, który w swoim czasie trafił tam z Juventusu Turyn. czyli trampoliną do wielkiego klubu i futbolu na najwyższym poziomie. Problem w tym, że może nie zdążyć z przebiciem się do pierwszego składu Świętych do 16 października.

4. Łukasz Fabiański i Grzegorz Sandomierski są póki co zaginionymi w akcji. Wojciech Pawłoski był pewną nadzieją, ale po pierwsze nie gra w Udinese, lawirując miedzy statusem bramkarza nr 2 i 3, a poza tym po fochach w kwestii gry w reprezentacji U-21 (w której gra, w jego mniemaniu, uwłacza jego godności) powinien dostać karnego... powinien nie dostawać szansy gry w seniorskiej kadrze do momentu aż zmądrzeje, czyli baaaardzo długo.

5. Wygląda na to, że numerem 1 na Anglię będzie Tomasz Kuszczak, który gra co prawda w Championship, ale regularnie zostaje Brighton & Hove Albion, zachowuje w kolejnych meczach czyste konto (z Sheffield Wednesday i Watford) i trafia do Jedenastki Kolejki. Wygrywając na wyjeździe z Milwall jego B&HA odniosło piąte zwycięstwo z rzędu i zostało sensacyjnym liderem Championship, w czym jak podkreślają wszystkie media na czele z BBC, spora zasługa Polaka. Mam nadzieję, że i w jego przypadku klubik okaże się trampoliną do walczącego o największe trofea...

Byliśmy więc bramkarską potęgą, a tymczasem na naszych oczach rozegrał się dramat niczym z powieści Agaty Christie o Dziesięciu Małych Murzynkach. Został nam tylko jeden Kuszczak i módlmy się, żeby go omijały kontuzje, tfu, tfu, odpukać...

piątek, 21 września 2012

Robert Lewandowski oznajmił w wywiadzie, że w październikowym meczu eliminacji MŚ z Anglią chętnie zagrałby u boku Sławomira Peszkę, który - jak wiemy - nie wrócił do kadry od zawieszenia przez Franciszka Smudę za alkoholowy incydent w kolońskiej taksówce. Wielu internautów - w tym moi znajomi z Twittera - oburzyło się, że napastnik Borussii 'wchodzi w rolę trenera Fornalika' i za chwilę 'sam zacznie wysyłać powołania', inni jak mój redakcyjny kolega Rafał Stec zareagowali ironią.

 

Ja sam nie czepiałbym się Lewego. Po pierwsze nie wysyła powołań. Dziennikarz Faktu spytał czy Peszko przydałby się kadrze, więc taktownie odparł, że owszem. Miał odpowiedzieć no comments? Nie postawił żadnego ultimatum Fornalikowi, że jeśli znów pominie Peszkę to niech uważa, bo... Nie sięgnął po użytą przez Artura Boruca za czasów dylematów Beenhakkera co do obsady bramki, frazy nie wyobrażam sobie, co będzie jeśli przydałby się kadrze, ale nie wydaje żadnych poleceń Fornalikowi. Po prostu przypomniał, że wLechu i reprezentacji wiele razy zdobywałem bramki po jego podaniach. Uważam, że przydałby się kadrze i mam nadzieję, że zostanie powołany na mecz z Anglią. Peszko jest na tyle dobrym zawodnikiem, że pomógłby drużynie w meczach o punkty. Gdybym ja czuł się liderem drużyny, strzelał tak ważne gole jak ten w Lidze Mistrzów Ajaksowi i martwił kiepską grą z Mołdawią w perspektywie kluczowego meczu z Anglikami, być może tak samo bym to ujął. Mnie w sumie cieszy, że tak kadra nieszczęsna ma liderów, piłkarzy, którzy chcą za nią brać odpowiedzialność. Nie milczą w ważnych dla drużyny kwestiach. Oczywiście najlepszym miejscem na dyscyplinowanie Ludo Obraniaka, który stracił głowę jest szatnia, a przekonywać trenera co do jednego z piłkarzy lepiej w jego gabinecie (a że Fornalik jeszcze chyba nie posiada takowego, to przez telefon komórkowy), ale przynajmniej widzę, że komuś w tej kadrze zależy.

Druga rzecz, to słuszność słów Lewego. Jeszcze przed meczami z Czarnogórą i Mołdawią pisałem, że Peszce należy się odwieszenie banicji, nałożonej przecież chyba nie dożywotnio, skoro wracają z niej skorumpowani piłkarze i trenerzy. On naprawdę przydałby się tej drużynie i gra Lewandowskiego w ataku rzeczywiście mogłaby być skuteczna. Peszko jest szybki, waleczny, zadziorny (czasami aż za bardzo) w Wolverhampton gra co mecz i zanotował już cztery asysty. Daj Boże, żeby z Anglią miał takie trzy setki jak w pamiętnym meczu z Niemcami w Gdańsku. W dodatku czuje potrzebę rehabilitacji i deklaruje, że jeśli dostanie powołanie, na zgrupowanie kadry gotów jest przybyć piechotą (może i lepiej niż taksówką). Warto sięgnąć po Peszkę także dlatego, że jak przypomina Robert Błoński w poniższej rozmowie, kontuzję leczy Maciej Rybus, Kamil Grosicki nie siada ostatnio w Sivasporze nawet na ławce rezerwowycyh, a UEFA wciąż jeszcze nie wydała werdyktu w sprawie Obraniaka, więc nie wiadomo czy mógłby zagrać z Anglią na lewej stronie.

Dobrze, że asystent Fornalika, Marek Wleciałowski leci w ten weekend na Wyspy obejrzeć Peszkę na żywo w Wolves. Zapewne został wysłany jeszcze przed wywiadem Lewandowskiego, więc jeśli Sławek dostanie upragnione powołanie, nie piszcie, że załatwił mu je dawny kumpel z Lecha;)

czwartek, 20 września 2012

Mogę tę bramkę oglądać bez końca! Co za cudowne uwolnienie się od obrońców, co za strzał - najlepszy (okej, jeden z dwóch najlepszych) bramkarzy świata bez szans! Tylko złośliwcy i zawistnicy mogą sugerować, że piłka mu zeszła, miał farta, etc Sam Oscar zapewnia, że tak właśnie chciał uderzyć i celował dokładnie tam pod poprzeczką, a ja nie mam powodów, żeby mu nie wierzyć (as soon as I made the first touch and I shot, I knew that the ball was going in. I was playing very well so I could score this beautiful). W dodatku był to jego dopiero drugi strzał na bramkę Gianluigi Buffona. Po tym pierwszym - dwie minuty wcześniej - piłka też wpadła do siatki, choć pomógł przy tym Leonardo Bonucci, który niepotrzebnie ją podbił, myląc swego bramkarza. Ale i tak jest kapitalny debiut w Lidze Mistrzów, najlepszy od czasu hat-tricka Wayne Rooney’a w barwach MU w meczu z Fenerbahçe w 2004 roku. Powiedziałbym: aż szkoda, że jego koledzy nie postarali, by były to gole zwycięskie, gdyby nie to, że Juventus zagrał naprawdę mądrze i świetnie i bardzo cieszę się, iż w tak dobrym stylu wrócił po przerwie do Champions League .

Gole Oscara robią tym większe wrażenie jeśli weźmie się pod uwagę ciężar jaki spadł na barki tego 19 21-letniego chłopaka, który stawia pierwsze kroki w europejskim futbolu. Po przejściu do Chelsea najpierw przyczepili mu metkę z ceną 25 milionów funtów - musiał odczuć związany z nią ogrom oczekiwań - a potem jeszcze włożyli mu na grzbiet koszulkę z numerem po Didier Drogbie, legendzie The Blues, bez którego nie byłoby triumfu w Lidze Mistrzów. Trzeba mieć cojones, żeby to udźwignąć... Młody zagrał z „11” bez najmniejszych kompleksów jak w swoim czasie Cristiano Ronaldo z „7” odziedziczoną po Davidzie Beckhamie...  THE Drog days are over at Chelsea - skomentował w tytule The Sun.

Mówił o tym w swoim czasie Johann Cruyff, że klub po wielkim, od dawna wyczekiwanym sukcesie potrzebuje w nowym sezonie impulsu, świeżej krwi, która da impuls nasyconej drużynie, nie pozwoli piłkarzom zgnuśnieć. Kimś takim miał być wówczas dla jego Barcelony Zlatan Ibrahimović. Kiedy Chelsea po uleczeniu bolącej rany z Moskwy z 2008 roku i spełnieniu wielkiego marzenia Romana Abramowicza wzmocniła się latem Edinem Edenem Hazardem, uznałem to za świetny ruch, co też - może nie w środowy wieczór, ale we wszystkich dotychczasowych kolejkach Premier League - znalazło pełne potwierdzenie. Ale sprowadzenie nastoletniej gwiazdki Internacionalu za tak wielkie pieniądze uznałem za nic więcej jak ryzykowny kaprys i opinii tej nie specjalnie zmienił srebrny medal wywalczony przez Oscara z Brazylią na igrzyskach w Londynie. Do Ligi Mistrzów miał jednak Wejście Smoka. Kto wie jak potoczyłyby się losy spotkania gdyby został do końca, zszedł jednak nadepnięty - chcę wierzyć, że przypadkowo - przez Bonucciego. Mam nadzieję, że podniesie się jak najszybciej...



środa, 19 września 2012


CR7 i  Lewy: znajdź różnicę;-)

Robert Lewandowski to jedyny zawodnik Borussii Dortmund, który miał prawo czuć się zadowolony po zwycięstwie z Ajaksem we wtorkowy wieczór Ligi Mistrzów. Co prawda przez prawie cały mecz grał jak wszyscy jego koledzy: przeciętnie, dużo gorzej niż w obu ostatnich sezonach Bundesligi, równie rozczarowująco i na zaciągniętym hamulcu jak w poprzedniej edycji Champions League, mnożąc błąd za błędem, co wówczas skończyło się ostatnim miejscem w grupie, a we wtorek na Westfalenstadion bez konsekwencji tylko dzięki indolencji młodego Ajaksu. Ale w ostatniej minucie Polak zrobił to, co do niego na leżało: przesądził losy meczu. Podobnie jak Cristiano Ronaldo dla Realu Madryt i zasłużenie nazwiska ich obu wymieniane były w całej Europie jednym tchem i na równi. Dwa prawdziwie złote gole.

Wreszcie można było zrozumieć, czemu władze BVB tak się zaparły, żeby go zatrzymać w klubie mimo bajecznych ofert z elitarnych angielskich klubów (czy słyszał kto, żeby dyrektor jakiegoś innego klubu przysięgał na własne życie, że nie puszczą piłkarza jak Hans-Joachim Watzke?) czy dlaczego Juergen Klopp mimo przeciętnej gry wciąż trzymał go na boisku. Jest paru takich piłkarzy w europejskich klubach, który nigdy się nie zdejmuje, bo wystarczy im jedna chwila, żeby znaleźć się we właściwym czasie i miejscu, żeby rozstrzygnąć losy meczu, znacie ich nazwiska. I choć nam patrząc na mecze Lewego w reprezentacji Polski (już pięć bez gola - ostatni z Grecją) ciężko w to uwierzyć, on osiągnął tą właśnie pozycje, ten właśnie status...

Jestem Lewemu wdzięczny za tego gola, bo sprawił, że kampania Borussii w Lidze Mistrzów nie skończyła się zanim na dobre zaczęła, bo po bezbramkowym remisie u siebie z Ajaksem musielibyśmy pisać/mówić, że mistrzowie Niemiec mogą już skupić się wyłącznie na obronie tytułu. A tak stawką następnego meczu na Etihad Stadium z Manchesterem City będzie drugie miejsce w grupie. Borussii po tej skromnej, wyszarpanej wygranej zupełnie inaczej będzie się grało niż gdyby jechała na Wyspy po bezbramkowym remisie. To City będzie musiało, BVB będzie mogła grać z kontry, a piłkarzy ma szybkich. Może Hummels z Suboticiem nie będą już tacy spięci i nie popełnia tyle masakrycznych błędów co z Ajaksem, a odpowiedzialność na siebie oprócz Lewandowskiego i asystującego mu Łukasza Piszczka wezmą też czołowi reprezentanci Niemiec, Mario Gotez pokaże za zaiste jest niemieckim Messim, a Marco Reus - RollsReusem. W każdym razie to Lewy sprawił, że fani Borussii wciąż mogą marzyć, a władze klubu liczyć pieniądze płynące wraz z punktami.

Ostatniego tak ważnego gola w Lidze Mistrzów z polskich piłkarzy wbił chyba Jacek Krzynówek Realowi Madryt w barwach jeszcze Bayeru Leverkusen w 2005 roku? Te z ostatnich edycji Marka Saganowskiego dla Aaloborga z Villarreal, Marcina Żewłakowa dla Apoelu Nikozja w meczu o nic z Chelsea czy samego Lewego w przegranym 1:3 meczu z Olympiakosem Pireus przed rokiem. I podobnie jak Jan Furtok uważam, że Lewy może przebić Krzysztofa Warzychę na liście najlepszych polskich strzelców w Champions League (Gucio w barwach Panathinaikosu Ateny trafił do siatki osiem goli, w tym raz w półfinale z Ajaksem Amsterdam, co obejrzałem na żywo, podobnie jak mniej udany rewanż). Ale chyba jeszcze nie w tej edycji, patrząc na grę Borussii i oczekujących rywali...

 

niedziela, 09 września 2012

 

Podgorica, minuty po zakończeniu meczu z Czarnogórą. Wraz z grupą polskich dziennikarzy kłębimy się przed stadionem odcięci przez uzbrojoną policję od krewkich kibiców. Czekamy aż polscy piłkarze będą szli do autokaru, by wyciągać od nich komentarze. Pierwszy wychodzi Ludovic Obraniak, antybohater polskiej ekipy, który idiotycznym zachowaniem i czerwoną kartką przerwał krótki okres naszej gry w przewadze. Idzie wolno, niespecjalnie wzburzony, rozglądając się na prawo i lewo. Dla dziennikarzy to wymarzona sytuacja: można by spokojnie pogadać, bez presji ruszającego już, już autobusu zapytać dlaczego dał się prowokować - drugi już raz zresztą, ale tym razem w meczu o punkty - o grę pod presją tak wrogiej publiczności i brutalność rywali, reakcję kolegów w szatni i tym podobne sprawy. Ale nikt z kilkunastu dziennikarzy wszystkich stacji TV, prasy, radia, portali internetowych nie niepokoi Obraniaka. Zawodnik znika w drzwiach autobusu i po chwili siedzi przy szybkie w słuchawkach na uszach. Nikt go nie zaczepił, bo już doskonale wiemy, że nie ma to sensu. Po prostu: nie mówimy po francusku. Nawet Emmaneule Olisadebe czy Roger zaczęli z czasem mówić po polsku, Sebastian Boenisch po miesiącach wywiadów po angielsku przed Euro 2012 przeszedł na polski, słychać było, że nad sobą pracował. Ludo po czterech latach gry w kadrze nadal zna tylko zwroty grzecznościowe i piłkarskie przekleństwa. Moglibyśmy ewentualnie wycisnąć z niego parę słów po angielsku i przykrywając polskim tłumaczenie zmontować wideo dla Sport.pl, ale to od cholery roboty, a tu zaraz wyjdą reprezentanci Polski znający polski, trzeba porozmawiać, zmontować, opisać i wysłać...

Wychodzą dziesięć minut po Ludo. Każdy mniej lub bardziej ostro krytykuje Francuza, że w takiej chwili puściły mu nerwy. Kuba Błaszczykowski mówi, że najgorsze w tym wszystkim, iż to nie pierwszy raz, ale zdarza się Ludo już po raz drugi. Przy pierwszym mogliśmy przymknąć oko, przy drugim trzeba zareagować. Po rozmowach z kolegami, twittuję nawet, że kapitan przekreśla przeszłość Obraniaka w kadrze, co było nadinterpretacją jego słów, bo takich deklaracji publicznie nie składał. Ale chemii między drużyną, a Ludo nie ma z całą pewnością (o czym wiemy choćby z wywiadu jakiego udzielił przed Euro 2012 francuskiemu „Surface”, skarżąc się, że w polskiej szatni czuje się odrzuconym, wyobcowany i izolowany). Teraz nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że po meczu z Czarnogórą jednak zbliżyli się do niego, mocno zmywając Ludo głowę w szatni, a pretensje wywrzeszczał jeden z tych charyzmatycznych kadrowiczów, którzy znają francuski...

Rafał Stec wziął na blogu Obraniaka w obronę i apeluje by Ocalić Obraniaka dla Polski, argumentując, że nasz futbol jest zbyt biedny, by zbyt łatwo z Obraniaka rezygnować. Alarm to niestety przedwczesny, nie zanosi się bowiem, żeby Waldemar Fornalik miał z Ludo zrezygnować, sztab już martwi się, czy czerwona kartka nie przeszkodzi mu w październikowym występie z Anglią. Piszę niestety, bo nie potrafię dostrzec straty dla kadry pod względem sportowym. Czy ktoś pamięta ostatni dobry mecz Obraniaka w biało-czerwonych barwach? Czy to było w debiucie z Grecją, w którym strzelił dwie bramki? Na Euro 2012 zawiódł chyba najbardziej ze wszystkich piłkarzy, stwierdził to nawet Leo Beenhakker, u którego Francuz debiutował, zapamiętamy go głównie z wyżyciu się na bidonie w końcówce meczu z Rosją, gdy został zmieniony. Z Estonią nie zagrał wcale, wymawiając się kontuzją, która wszakże nie przeszkodziła mu zdobywać goli dla Bordeaux w meczu poprzedzającym towarzyskie spotkanie w Tallinie i następującym trzy dni później. Z Czarnogórą zawodził jeszcze na długo przed wyrzuceniem z boiska, raz za razem tracąc piłkę.

 

Że jednak umie grać w piłkę udowadniał w Lille i udowadnia Bordeax. Co jednak z tego skoro Obraniaka z ligi francuskiej nigdy nie widzieliśmy w reprezentacji Polski. Wolę Adriana Miejrzejewskiego, który od początku sezonu nie gra w Trabzonsporze wcale, ale na wyżyny wspina się w kadrze. Zarzut lepszej gry w barwach klubu niż kadrze często bywał aktualny i wobec naszego „trio z Dortmundu” (niezwykle boleśnie aktualny podczas Euro 2012). Jednak cena jaką płaci tożsamość drużyny narodowej z nieakceptowanym przez wielu kibiców, jest niewspółmierna do korzyści jakie wnosi. Nie płakałbym po Obraniaku, gdyby miał się kiedyś pożegnać z grą w biało-czerwonych barwach. I z nadzieją czekał, aż wyleczy kontuzję i wróci do formy z ubiegłego sezonu Rafał Wolski, którego styl gry o wiele bardziej sprzyjałby współpracy jako ofensywnego pomocnika z wysuniętym Robertem Lewandowskim.

Pisze Rafał, że nasz futbol jest zbyt biedny, by zbyt łatwo z Obraniaka rezygnować - czytaj: nie spróbować mu pomóc. Myślę, że Ludo już dawno mógł spróbować sam sobie pomóc, gdyby zainwestował w nauczyciela polskiego...



piątek, 07 września 2012

Meczem z Czarnogórą piłkarska reprezentacja Polski rozpoczyna bój o awans do mistrzostw świata w Brazylii. Trudniej na początek być nie mogło: na gorącym stadionie w Podgoricy punkty traciła Anglia, Bułgaria, Irlandia, przegrywała Szwajcaria, czyli drużyny niekoniecznie słabsze od Polski. Nie tylko dlatego, że Vucinić, Jovetić, Savić, Delibasić starszą w klubach porównywalnych do naszego trio z Dortmund. Czarnogórcy w meczach reprezentacji spisują się przed własną publicznością wręcz lepiej niż w swoich klubach, czyli odwrotnie do niektórych naszych piłkarzy - Łukasz Piszczek czy Robert Lewandowski chyba jeszcze nigdy nie zagrali w kadrze tak dobrze jak w meczach Borussii (prędzej Kuba Błaszczykowski), a przynajmniej grają tak zbyt rzadko. Dopiero po pierwszym gwizdku przekonamy się, czy w piłkarzach Waldemara Fornalika jest chęć szczerej rehabilitacji klęskę na turnieju ich życia, czyli za ostatnie miejsce najsłabszej grupie Euro 2012. Czy pokażą te same ambicje i umiejętności co w klubach. Jako, że meczu nie będzie w otwartej telewizji (a słyszę, że nie wszyscy palą się, żeby zapłacić 20 PLN za PPV), zgodnie z szekspirowską zasadą ktoś musi obejrzeć mecz, żeby niezobaczyć mógł ktoś, przybyłem do Podgoricy z Warszawy i będę tu blogował epickim - mam nadzieję - spotkaniu.

Piątek 19. The Game. Wydarzyło się tyle, że nie byłem w stanie uzupełniać na bieżąco, więc skrót w kilku twitach:





Piątek 19.00 Im bliżej meczu Czarnogóra - Polska tym co raz bardziej napięta atmosfera w Podgoricy. Wybraliśmy się do Budvy nam morze, gdzie dwukrotnie zatrzymywano i deportowano z Czarnogóry polskich kibiców, najpierw ośmiu, dziś 12. Ale żadnych nie spotkaliśmy, ani spokojnych ani niespokojnych. W drodze powrotnej nad przepięknym Jeziorem Szkoderskim zatrzymała nas policyjna blokada. Policjanci, którzy zatrzymali tam już polskiego busa i dwa samochody osobowe powiedziała nam, ze dla naszego bezpieczeństwa nie puszczą nas dalej na polskich blachach. Nie pomogły akredytacje i oświadczenie, że jedziemy na własne ryzyko. Policjant stwierdził, że nawet nie wiemy co mówimy i w tym kraju była kiedyś wojna. Teraz atmosfera wojny wraca przy okazji meczów.

Trafiliśmy do policyjnego konwoju. W asyście motocykla i furgonetki na sygnale, łamiąc pod drodze wszystkie przepisy, w tym wyprzedzając na podwójnej ciągłej (czy słyszą to panowie policjanci z Opatowa?;) dojechaliśmy na parking pod Podgoricą, gdzie policja zwoziła polskich kibiców. Tu 'aresztowano' nasz samochód  - dla naszego dobra jak nam kolejny raz wyjaśniono. Policjanci stwierdzili, że wyjazd w tym momencie na miasto, nie mówiąc już o zbliżeniu się do stadionu polskim samochodem byłoby skrajną głupotą. Ale zaproponowali, że odwiozą nas pod sam hotel. Po drodze - o ile dobrze zrozumiałem - powiedzieli, że zatrzymano grupę polskich kibiców (40?), którzy jechali się bić. Ale że nie dojechali, kibice czarnogórscy - Barbari z Podgoricy - tylko czekają na innych Polaków. W drodze do hotelu minęliśmy wysypisko spalonych wraków: czyżby samochody poprzednich gości?




 

Piątek 11.00. Apel do piłkarzy, wystosowany przez Mateusza Borka z Polsatu Sport, który skomentuje pierwszy mecz reprezentacji Polski od Euro 2008. Panowie, wierzę, że dotrzymacie słowa dawanego w wywiadach, że 'macie jaja' i zrehabilitujecie się za Euro 2012! - wzywa i dodaje, że remis przyjmie z dużym niedosytem, bo potem może nam zabraknąć tych punktów. Porażka na początek eliminacji postawi nas zaś pod ścianą. A mój kolega ekspert z nSport, Wojciech Jagoda z zwraca uwagę, że stadion w Podgoricy został zbudowany tak, żeby dawać przewagę gospodarzom. - Trybuny wiszą nad boiskiem, podczas meczu będzie tu piekło. Jeśli 'narobią w gacie' to wysoko przegrają. Ale jeśłi zachowają się jak Waldemar Fornalik i Przemysław Tytoń na konferencji prasowej, to wstydu nam nie przyniosą - mówi.



Piątek 10.00. Dobrze jest zacząć ten trudny dzień od zapoznania się z mądrymi słowami wiceprezesa PZPN, Antoniego Piechniczka - człowieka, który namaścił na stanowisko selekcjonera Waldemara Fornalika. Nie kryje on, że Czarnogóra to lepszy zespół od naszego, w którym w dodatku gra na własnym terenie wyzwala dodatkową motywację i nadludzkie siły. Stadion w Podgoricy przypomina Panu Antoniemu... obiekt Szombierek Bytom przy kopalni, gdzie Legia do 80. minuty prowadziła 4:2, by przegrać 4:5. To pokazuje skalę trudności. Piechniczek widzi więc jedyny sposób na odniesienie w Czarnogórze sukcesu...


Czwartek 21.30. Na razie nasi piłkarze i my dziennikarze zapoznaliśmy się z naszym piątkowym miejscem pracy: zawodnicy - z kiepską murawą stadionu Buducnosti (która jednak miejscowym nie przeszkadza), a ja - z trybuną, na której zasiądę by twittować, blogować i pisać o tym co się dzieje. Przyznam, że już dawno nie zdarzyło mi się pracować w 'loży prasowej' o podobnym standardzie. Co tu dużo mówić, rozpuściłem się na komfortowych pulpitach stadionów zbudowanych na Euro 2012 czy Legii (Polonii jeszcze do Podgoricy najbliżej). Dziennikarzy jest sporo, będą też lokalesi, boję się, że o miejsce przy pulpicie (nie wiem czy nie obrażam w tym momencie pulpitów na stadionach świata) może się rozegrać większy bój niż na boisku...

 

Czwartek 20.30. Podgorica to miasto Barbarzyńców. Przekonują o tym napisy cyrilicą na murach domów: barbari - tak nazywają siebie fanatycy Buducnosti, o czym, przekonali się o tym także kibice Śląska Wrocłąw w 2. rundzie Ligi Europejskiej. Wielu kibiców zostało pobitych, także przez czarnogórską policję, polała się krew, „barbarzyńcom” udało się nawet wedrzeć do autobusu Śląska, z którego kradli koszulki i sprzęt piłkarzy, samych zawodników i działaczy obrzucili puszkami z piwem, rzecznik prasowy klubu trafił do szpitala. Nie był to pierwszy taki incydent, podobnie nieprzyjemne wspomnienia wywieźli z Pogdoricy kibice Anglii, Irlandii, Szwajcarii, no i Wayne Rooney, który dał się sprowokować na boisku i kopnął złośliwie rywala, za co nie zagrał na dwóch pierwszych meczach Euro 2012. Bowiem Czarnogórcy grają przed własną publicznością niezwykle agresywnie, starając się sprowokować rywala, w czym pomagają im kibice. Były trener reprezentacji Anglii Fabio Capello, opowiadał, że przed meczem z Czarnogórą o niezwykłej atmosferze wrogości ostrzegał go trener Irlandczyków, Giovanni Trapattoni: W hotelu, szatni, tunelu i na boisku, wszędzie musicie być gotowi na wszystko. Atmosfera będzie bardzo gorąca. Zapytałem na konferencji prasowej selekcjonera Fornalika, czy nasi piłkarze są o tym uprzedzeni i czy będą się starali zachować chłoną głowę i nerwy na wodzy. Zapewnia, że wszystkie te kwestie zostały dokładnie omówione...

 

Środa 4.00 - Czwartek 20.00. Do Podgoricy przyjechaliśmy samochodem, we trzech z Robertem Błońskim i operatorem Bartkiem Bukiem. Wyruszyliśmy o 4.00, i błyskawicznie wydostaliśmy się z Warszawy, co możliwe tylko o tej porze, ale po minięciu Piaseczna musieliśmy zawrócić, bo... zapomniałem paszportu. Później się okazało, że i do Serbii i Czarnogóry spokojnie można wjechać na dowód. To był dopiero początek pecha: za Opatowem jeden z nas wyprzedzał na podwójnej ciągłej i Pay Per View za Czarnogóra - Polska zdrożało o 500 PLN i 10 punktów. Później w Barwinku wdaliśmy się w awanturę na stacji Orlenu, bo skasowano nam kartę. W efekcie zbyt późno dojechaliśmy do Nowego Sadu, gdzie mieliśmy wjechać samochodem na platformę kolejową pociągu do Podgoricy. Musieliśmy dalej jechać samochodem. Ale droga przepiękna, ludzie życzliwi, było warto... Poza tym kadrowicze też dotarli z przygodami - ich samolot miał awarię - na szczęście na lotnisku w Gdańsku, a nie w powietrzu...



wtorek, 04 września 2012


 

Ależ fajny konkurs stworzyłem niechcący, aż szkoda, że tak twórcze i inspirujące dywagacje znikną gdzieś w blogowych komentarzach. Konkurs fajny, ale werdykt jaki trudny! Kierowałem się dwoma kryteriami: po pierwsze głębią implikacji „co by było gdyby”, czyli nie tylko, że wygrałaby ta czy inna drużyna, ale jaki miałoby to wpływ na europejski futbol, po drugie - jak to zwykle u mnie na blogu - wartością artystyczną wpisu. Najciekawsze wydały mi się spekulacje czy gdyby w 2004 roku Manchester United nie uległ FC Porto, to nie rozbłysłaby gwiazda Jose Mourinho, a przynajmniej jeszcze nie wtedy, a więc nie byłoby dwóch mistrzostw Anglii Chelsea, kariery Drogby, Lamparda, Terry’ego, a więc może i triumfu Interu w Lidze Mistrzów, pojedynków słownych z Wengerem, Rijkaardem i Guardiolą, a więc tych wszystkich rzeczy, które nas porywało w ostatniej dekadzie, słowem nie narodziłby się The Special One.

Pierwsza zastanowiła się nad skutkiem brzemiennej decyzji sędziego Iwanow, który w tamtym meczu na Old Traford nie uznał prawidłowo zdobytego gola Scholesa gosiaw19, ale zrobiła to bardzo lakonicznie. O wiele szerzej i ciekawiej zrobili to pipes_pipes i paczka91. Ciekawe gdybał wujeekbob, zastanawiając się czy inna byłaby dziś sytuacja Arsenalu, gdyby Jens Lehmann nie dostał czerwonej kartki w finale Ligi Mistrzów z Barceloną. Troszkę przegiął bazi95, dywagując czy ŁKS mógł sprawić by nie padło nigdy sławetne Football, bloody hell! Rozweselił mnie Kasztanowiec (dołączam się do pozdrowień dla Pani Eli:)

Niezwykle ciekawe i dobrze napisane wydały mi się też gdybania gorikasa i mati121013 nad skutkami ewentualnego awansu Wisły Kraków do Ligi Mistrzów, gdyby sędzia Michael Riley nie popełnił haniebnego błędu w meczu z Panathinaikosem Ateny. Wymiótł także Lambi, który zgrabnie wywiódł, że gdyby Gdyby w 2003 roku, w półfinale Ligi Mistrzów Paweł Nedved nie strzelił gola Realowi Madryt na 3:0, to... Hiszpania nie obroniłaby mistrzostwa Europy na Euro 2012! To ci dopiero imponujący efekt motyla!

Na podium - rzucając kostką, bo nie umiałem inaczej - umieściłem wpisy:

1. mati’ego121013 (także za sugestię, że Jerzy Engel zostałby polskim Sir Aleksem Fergusonem, geeez!)

2. pipes_pipes (który już coś kiedyś tu wygrał, więc aż tak go nie żałuję :p )

3. Lambiego

w tej właśnie kolejności

Gratuluję zwycięzcom i większości z Was pomysłów. Poproszę o adres to adidas wyśle piłkę, a dla pozostałych będę miał książki z wydawnictwa Sine Qua Non (może Pep Guardiola. Oczami innych która ukaże się wkrótce. Chyba, że zaczekacie na tę, którą właśnie kończę tłumaczyć, a jest to biografia, którą każdy musi przeczytać)

ZWYCIĘSKIE WPISY:

mati121013

Gdyby sędzia Michael Riley uznał prawidłowo zdobytą bramkę Marka Penksy w rewanżowym meczu Wisły z Panathinaikosem, polska piłka nie byłaby teraz największym krajem Europy bez swojego reprezentanta w pucharach.
Po wyrównującej bramce reprezentanta Słowacji, gracze Panathinaikosu z pewnością nie zdołaliby się podnieść i w przeciągu czterech minut zdobyć trzech bramek, które dałyby im awans do Ligi Mistrzów. Ten padłby wreszcie łupem polskiego zespołu - po raz pierwszy od 1996 roku. Miałoby to ogromny wpływ nie tylko na rozwój Wisły Kraków, ale również na kondycję całego polskiego futbolu. Z samej Białej Gwiazdy nie zaczęliby wówczas odchodzić jej najlepsi piłkarze, a rozochocony zastrzykiem gotówki Bogusław Cupiał coraz śmielej poczynałby sobie na rynku transferowym. Jerzy Engel miałby okazję, by stać się polskim sir Alexem Fergusonem (zachowując oczywiście odpowiednie proporcje), a do Krakowa nie przyszedłby później Dan Petrescu i dzisiaj nie żałowalibyśmy, że najzdolniejszy trener, jaki wtedy stąpał po polskich ziemiach został wysłany gdzie raki zimują. Dochodząc do czasów bardziej teraźniejszych, Wisła nie przeszłaby holenderskiej transformacji i dalej ochoczo inwestowała w polskie talenty, dostarczając reprezentacji nowych Żurawskich, Kosowskich i Szymkowiaków...
To wszystko doprowadziłoby do "hegemonizacji" Wisły i być może do dziś mielibyśmy regularnego reprezentanta naszego kraju w tych elitarnych rozgrywkach. W konsekwencji, Polska stałaby się atrakcyjnym kierunkiem dla graczy zagranicznych falami przybywających do polskich klubów. Nie tylko Wisła zatem, ale także reszta Ekstraklasy budowałaby lokalne potęgi, czyniąc z naszej ligowej młócki produkt atrakcyjny dla oka, o standardach zbliżonych do europejskich. Spoglądający na to wszystko sprzed ekranu telewizora kibic, zachęcony dodatkowo rosnącymi jak grzyby po deszczu stadionami, nabrałby natychmiastowo ochoty do kupna biletu na następny mecz swojej drużyny. Kluby zmobilizowane rosnącymi dochodami rozwijałyby się marketingowo oraz sportowo, a nasza liga kwitłaby z roku na rok coraz bardziej. Aż doszlibyśmy do chwili obecnej, gdy...

... liczba polskich klubów w pucharach odpowiadałaby liczbie belgijskich czy holenderskich, a nie macedońskich bądź luksemburskich. Różnica widoczna? Chyba aż nadto.

Pogrzebała nas ręka, której nie było.

 

pipes_pipes

Gdyby Costinha nie trafił Manchesterowi kto wie czy nie ominęła by nas jedna z najbardziej zdumiewających trenerskich karier w historii futbolu. Dotychczas niezbyt znany Jose Mourinho, mający za sobą jedynie rolę tłumacza i asystenta w wielkich klubach i niewielki dorobek jako samodzielny trener nawiązał do najświetniejszej historii FC Porto w jakże zwariowanym ( pod względem LM) roku 2004. Gdyby nie Porto, nie było by go w Chelsea- świat nie usłyszałby, że jest on kimś wyjątkowym, nie powtarzano by bonmotów o jajkach z Waitrose i autobusach w polach karnych. Bez Chelsea nie było Interu, bez Interu Realu. Niczym pieczołowicie ustawione kostki domina potoczyła się jego kariera, ale gdyby nie było tego pierwszego ruchu? Gdyby nie nastąpił efekt motyla, gdyby nie było żadnego następnika implikacji? Kim wtedy byłby JM? To on przełamał pewną granicę, przetarł szlak dla kolejnych Villasów- Boasów, jak i pośrednio przyczynił się do stawiania na szkoleniowców z nikłym doświadczeniem pokroju Guardioli czy Vilanovy, któremu gdyby nie Porto nie włożyłby palca w oko. Być może Mourinho tak czy inaczej osiągnąłby wielką światową karierę, został twarzą reklamową Brauna czy innego Millenium, a świat chłonąłby każde jego zdanie kochając go lub nienawidząc, gdyż inaczej by się nie dało. Być może. Jednak historia "wyjątkowego" pokazuje, że nawet mając talent i możliwości potrzebne jest szczęście. Niekiedy wyjątkowe.

 

Lambi

Gdyby w 2003 roku, w półfinale Ligi Mistrzów, w rewanżowym meczu między Juventusem, a Realem Madryt, na poczciwym Delle Alpi Pavel Nedved nie strzelił gola na 3:0 dla Juve, to historia mogłaby się potoczyć dwojako. Nedved grał z takim zaangażowaniem, że dostał też żółtą kartkę. Być może, gdyby nie ten gol, to nie dostałby kartki i mógł zagrać w finale. Był liderem swojej drużyny, mógłby przesądzić o zwycięstwie nad Milanem, być języczkiem u wagi (ACM wygrał w karnych). Ale może gdyby nie ta bramka, to Juve w ogóle by do finału nie dotarło. Prowadziłoby tylko 2:0, a strzelony pod koniec spotkania gol Zidane'a (byłego piłkarza Juventusu, jaki ten piłkarski świat mały) byłby golem nie honorowym, ale dającym Madrytowi dogrywkę... W dogrywce wszystko mogłoby się zdarzyć. Konsekwencje mogły być bardzo dalekie - Real mógłby awansować. Real mógłby wygrać swój 10 Puchar Europy już w 2003 (a nie doczekał się go po dziś dzień). Gdyby tak się stało, ówcześni Galacticos zapisaliby się w historii nie tylko jako zwycięzcy 10 PM, ale staliby się pierwszą drużyną, która wygrała LMigę Mistrzów dwa razy pod rząd, nawiązując do pięknej tradycji drużyny Santiago Bernabeu, z Di Stefano i wieloma innymi z lat 50.
Wobec takiego osiągnięcia, nawet tak zaangażowany w zwalnianie kolejnych trenerów Florentino Perez nie śmiałby zwolnić trenera - Vicente del Bosque. Socios nie wybaczyli by mu nigdy wyrzucenia trenera - Madridisty z krwi i kości, a w dodatku zdobywcy podwójnej korony (ligę w 2003 roku Real wygrał bez kluczowego "by"). Del Bosque - trener wybitny mógł zostać w Realu na wiele lat. Projekt mógł nie popaść w ruinę i karuzelę trenerską. Sfinks mógł zostać w ukochanym mieście, a nie tułać się po Turcji. Kto wie ile sukcesów Realowi dałaby jego dłuższa kadencja. Realowi... właśnie - Realowi, ale nie hiszpańskiej piłce. Bo gdyby Vicente nadal pracował w Realu (być może jako trener, być może jako członek dyrekcji, gdyby Perez go nie potraktował tak źle), ktoś inny mógł zostać trenerem - spadkobiercą Aragonesa. Inny fachowiec (J. Clemente na przykład) mógłby przejąć wielką drużynę. Kto wie, czy nie rozpocząłby eksperymentów (Del Bosque świetnego nie ulepszał). Być może rozmontowana zostałaby ta wielka drużyna, z mistrzostwa świata i obrony ME mogły wyjść nici. Nikt nie wie, czy ostatecznie gol Nedveda z 2003 roku nie przekreślił Mistrzostwa Świata 2010 dla Holandii... Może tracąc LM na rzecz Realu, w 2012 roku finał Euro wygraliby... Włosi! Ach ten Nedved ;)



18:35, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (6) »
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie