środa, 28 września 2011

 

Yes, he’s back! Po siedmiu latach tułaczki Grzegorz Rasiak wraca do Ekstraklasy, a ja z całej siły trzymam kciuki, żeby stał się jej ta wielką gwiazdą jaką był, wyjeżdżając z Polski. Nasza Ekstraklasa jest tak nieprzewidywalna, że cholera wie, czy nie spełnią się obietnice trenera Jagiellonii Białystok, Czesława Michniewicza, który zapowiada  twierdzi, że Rasiak wraz z Tomaszem Frankowskim stworzy parę napastników, która będzie siała postrach w lidze, taką jaką kiedyś w Tottenhamie tworzyli Peter Crouch i Jermaine Defoe. Prawdę mówiąc Rasiak zniknął mi z radaru jakiś czas temu, nie wiedziałem, że w ogóle jeszcze gra, obiło mi się o uszy, że w minionym sezonie nie przeszedł testów w walczącym o powrót do 2. ligi Charlton. Okazuje się, że od rozstania w kwietniu ze swym cypryjskim klubem był bezrobotny. Ale przecież umiejętności się nie zapomina. Wraca doświadczony. Oby miał nas sobie skórę nosorożca!

Trzymam kciuki, żeby odniósł sukces i udowodnił wszystkim swoją wartość wszystkim tym, którzy przez lata darli z niego niemiłosiernie łacha, wyszydzali, obśmiewali, wyszukiwali synonimy do słowa drewno, tworząc wokół Rasiaka coś na wzór przemysłu pogardy, bo ileż prześmiewczych stron internetowych pasło się szyderą z nieszczęsnego piłkarza, ile dowcipów powstało na jego temat (właśnie usłyszałem o wielkim ognisku jaki na część jego transferu wzniecili fani Jagielloni). Nie ma drugiego tak ośmieszanego zawodnika w historii polskiego futbolu, a i chyba na skalę światową. A przecież jedyna wina Rasiaka było to, że podążał za własnymi marzeniami, wykorzystywał jak potrafił tę odrobinę talentu. 63 gole jakie strzelił na Wyspach w barwach Derby, Southampton, Boltonu czy Watfordu to coś, czym nie może się pochwalić np. jego nowy partner z ataku.

Wierzcie lub nie, ale spotkałem na Wyspach ludzi szczęśliwych i dumnych, że w ich klubie gra taki piłkarz jak Greg Rasiak. Szedłem w masie ludzkiej, ciągnącej na sobotni mecz, w której co i rusz migało nazwisko Polaka na czyichś, głównie dziecięcych plecach. Przytoczę tu obrazek, który napisałem dla Gazety Wyborczej po wizycie w Derby w 2005 roku. Relacja nosiła tytuł:

„Kochają Rasiaka!

Greg to najlepszy transfer w mojej karierze! I jeszcze za darmo - zaciera ręce menedżer Derby George Burley. - Rasiak to hit! - dodaje Lorraine Stringer, menedżer sklepu Rams Megastore na stadionie. On na Polaku zarabia najwięcej

Stadion Pride Park w Derby. Trwa pierwsza połowa meczu z Gillingham. 70-letni emerytowany dziennikarz Allan Briggs zrywa się z miejsca i wali mnie serdecznie w plecy. - Widziałeś, jak Rasiak to zrobił? To jest nasz chłopak, jak go nie kochać! - mówi. - Greg! Greg! - skanduje w tym czasie publiczność i klaszcze. Nie, wcale nie padła bramka. Nie było nawet zagrożenia. Rasiak stracił piłkę, ale podniósł się z ziemi, pobiegł za rywalem i wściekłym wślizgiem od tyłu na nogi - ale czysto, bez faulu - odzyskał piłkę i podał do partnera. Większymi brawami 27 tysięcy fanów nagrodziło tylko dwa gole dla gospodarzy. Oba z udziałem Polaka - najpierw zgrał piłkę głową na polu karnym do Mortena Bisgaarda, a ten trafił do siatki. Przy 2:0 po mocnym uderzeniu Rasiaka bramkarz wypuścił piłkę przed siebie. Dobił ją Paul Peschisolido.

- Rasiak? To mój najlepszy transfer w karierze! W dodatku za darmo - zaciera ręce George Burley, szczęśliwy po meczu. Na cztery kolejki przed końcem rozgrywek jest niemal pewne, że jego drużyna zagra w barażach o awans do Premier League. A przed przyjściem Polaka miała się tylko bronić przed spadkiem.

- Rasiak to nasz hit! - zaciera ręce Lorraine Stringer, menedżer sklepu Rams Megastore. - Na dziesięć sprzedanych klubowych koszulek pięć-sześć to te z nazwiskiem Rasiaka. Mówię o tych najdroższych, za 39,99 funtów. Bawełnianych czy malutkich dla dzieci nie ma nawet co liczyć. Idzie ich mnóstwo. Nie pamiętam, kiedy czyjeś koszulki tak schodziły jak woda.

Derby, 200-tysięczne miasto dwie godziny pociągiem na północ od Londynu, jest położone wśród zielonych pół własnego hrabstwa (Derbyshire). "The city where you are guaranteed a warm welcome!" (miasto, gdzie masz zagwarantowane ciepłe przyjęcie) - po wyjściu z dworca rzuca się w oczy transparent. - W pierwszych meczach sezonu bardzo ciepło przyjęliśmy na naszym stadionie Leicester City i Crewe Alexandra. Dwie przykre porażki i wyglądało, że tak będzie do końca. Miała sprawdzić się opinia, iż po sześciu latach tłustych - kiedy Derby grało w Premiership - teraz czas na sześć lat chudych. No, ale przyszedł Rasiak i... trzeba będzie zmienić ten plakat - śmieje się Martin, który wraz z przyjaciółmi szykuje się do wymarszu na stadion z przydworcowego pubu Merry Widows (Wesołe Wdówki).

Ruszamy razem. Do stadionu o nazwie Park Dumy półgodzinny spacerek nad rzeczką. Nie ma zgody wśród kibiców, który z 16 goli Rasiaka (w 33 meczach) był najważniejszy. - Najładniejszy na pewno ten ze Stoke. Ale najważniejszy... Ja ci powiem. W futbolu chodzi o przeżycie, o emocje. Mi kilka nocy śniły się jego dwa gole z Nottingham Forest. Bo my tego Nottingham bardzo nie lubimy - tłumaczy Martin.

Lorraine Stringer potwierdza i pokazuje popularne wśród kibiców "Baranów" T-shirty z napisem: "My dad told me that red is a dirty colour" ("Tata powiedział mi, że czerwony to brudny kolor" - w czerwonych barwach gra właśnie Forest). Grupa dołącza do reszty fanów na parkingu przed stadionem. Jeśli mecz jest o 15 jak dziś, piłkarze muszą się stawić do 13.30. Później są kary za każdą minutę, ale z obecnego składu nikt jeszcze nie musiał płacić. Rasiak przyjeżdża jako drugi. Toyotą Rav4, czyli dość skromnie, zważywszy na to, że Muhamed Konjić wielką czarną terenówką nie jest w stanie lawirować po pełnym fanów parkingu. Ubranego w elegancki garnitur Polaka, w biało-czarnym krawacie a la Republika, otacza natychmiast mały tłumek. W rękach, o dziwo, skórzana teczka. Zdjęcia, autografy - nikomu nie odmawia. Uśmiecha się nieśmiało i szybko znika w szatni.

- Greg to dobry chłopak (good lad), bo to nasz chłopak - mówi siwowłosy Allan Briggs, który pierwszy raz obejrzał Derby na żywo w 1946 roku. - Nasza przygoda z Premier League skończyła się, bo poprzedni menedżerowie zatrudnili wiele gwiazd z wielkimi kontraktami, którym nie chciało się grać w Derby. A Rasiakowi się chce. On wygląda i gra jak jeden z nas, jakby się tu wychował. Intensywnie uczy się angielskiego, a to znaczy, że mu zależy. Nie tylko na tym, żeby rozumieć menedżera i kolegów na boisku, ale żeby móc zamienić dwa słowa z kibicami, pogadać z dzieciakiem, dla którego jest idolem, który powiesił sobie jego plakat nad łóżkiem. Ci piłkarze są tu dla tych ludzi. Bez nich nie byłoby klubu - mówi Briggs.

Plakat z wizerunkiem Rasiaka powiesił sobie w pokoju 11-letni Ryan, który z ojcem Deanem zrobił sobie zdjęcia z Polakiem. - Od 34 lat chodzę na mecze Derby. Za pierwszym razem też miałem 11 lat, jak syn teraz. Moim idolem był Kevin Hector. A Greg to jeden z najlepszych zawodników, jacy tu kiedykolwiek grali. Jak Chorwat Igor Stimac czy reprezentanci Anglii Peter Shilton i Roy McFarland [faulował Włodzimierza Lubańskiego w 1973 roku, powodując jego długoletnią kontuzję - red.]. To pierwszy sezon Rasiaka, a już wiadomo, że będziemy go długo pamiętać. Jest najlepszym strzelcem Derby od dziesięciu lat, a przecież nie grał w pierwszych dziewięciu meczach - mówi Dean. A Ryan, który jeszcze bardziej niż Derby kibicuje Liverpoolowi, żałuje, że to nie "The Reds" kupili Polaka. - Od kiedy sprzedali Emile'a Heskeya, nie mają dobrego zawodnika walczącego w powietrzu.

Trener George Burley nie ma jednak zamiaru nigdzie oddawać Grega. - W ubiegłym tygodniu klub wykorzystał opcję w rocznym kontrakcie Polaka i przedłużył go o kolejne dwa lata. Mogliśmy to zrobić do czerwca, ale woleliśmy się pospieszyć. Jego przyjście to jedna z najlepszych rzeczy, jaka przydarzyła się ostatnio temu klubowi. Zaraz po moim przyjściu na Pride Park (śmiech). Czym zaskoczył mnie Polak najbardziej? Tym, jak dobrze gra na ziemi, wcale nie gorzej niż w powietrzu. Nie spodziewałem się tego. Rasiak bardzo dużo zrobił dla klubu, ale i klub dużo dla Rasiaka. Pasują do siebie. I razem walczymy o Premier League - powiedział.

- Wierzę, że awansujemy, i wtedy dopiero będę miał satysfakcję, że się do tego przyczyniłem. Nie przyjdę do Premier League na gotowe, ale może sam to sobie wywalczę - mówi polski napastnik. ”

I dlatego ja mówię dziś: dajesz, Greg, dajesz!



16:49, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (25) »
środa, 21 września 2011

Owe dwa gole Maora Meliksona w barwach Izraela sprzed miesiąca, strzelone Wybrzeżu Kości Słoniowej powinny były definitywnie przesądzić o wyborze przez niego drużyny narodowej. I zamknąć temat na amen. Dziś naraża na śmieszność siebie, Polskę i Izrael.

Wyjątkowo trudna w ocenie jest decyzja Maora Meliksona o wyborze reprezentacji Polski i rychłe powołanie go przez Franciszka Smudę (zapewne już na mecze z Koreą Płd i Białorusią, bo nie ma co czekać, skoro ma zagrać na Euro 2012, trzeba go zgrywać z drużyną). Na pozór nie ma tematu. Ma Mielikson polski paszport?  Ma. I to od stycznia. Ma polskie korzenie?  - Ma i to całkiem konkretne w postaci Matki Polki, a więc nie domniemanego dziadka, który może i miał polskie obywatelstwo, ale się go zrzekł, w każdym razie brak jakichkolwiek papierów i trzeba wołać na pomoc Prezydenta. Zdecydowanie nie jest to przypadek Rogera, który po dwóch latach gry w Ekstraklasie tak się zakochał w barszczu czerwonym, że skończył w drużynie „biało-czerwonych”. Smuda ma pełne prawo powołać Meliksona do reprezentacji, a że chce z tego skorzystać trudno się mu dziwić. Rozliczymi go wszak z wyniku na Euro 2012, a Maor znacznie podniesie poziom reprezentacji, zdecydowanie bardziej niż Eugen Polanski. Może nawet okaże się tym, który zrobi różnicę na miarę awansu z grupy. Wyjątkowość Maora, jego szybkość, celność podań i strzałów, drybling są nam wszystkim doskonale znane (nawet jeśli nie potrafił wykorzystać ich w najbardziej kluczowych meczach Wisły, w których rywale z Apoelu czy Odense dość łatwo potrafili go wyłączyć).

A jednak mam wrażenie, że widok Meliksona w koszulce z orzełkiem na piersi sprawi, że od kadry odwróci się mnóstwo kibiców, wielu z nich już pisze mi, że nie będzie się w stanie identyfikować z taką narodowa drużyną. I bynajmniej nie dlatego, że Maor jest Żydem, narodowość nie ma tu nic do rzeczy. Ale dlatego, że zaledwie MIESIĄC temu cieszył się z goli strzelonych w barwach Izraela. To chyba jakiś smutny rekord świata! Jest gdzieś drugi taki piłkarz, który w przeciągu tak krótkiego czasu zagrał w barwach dwóch krajów?!

Moim zdaniem owe dwa gole Maora Meliksona w barwach Izraela sprzed miesiąca, strzelone Wybrzeżu Kości Słoniowej powinny były definitywnie przesądzić o wyborze przez niego drużyny narodowej. I zamknąć temat na amen. Dziś naraża na śmieszność siebie, Polskę i Izrael. Bo cóż takiego stało się od sierpnia, że zmienił zdanie. Tylko najbardziej naiwni uwierzą, że nie miały na to wpływu porażki w meczach z Grecją i Chorwacją, po których Izrael stracił szanse na wyjazd na Euro 2012. Albo że nie ma znaczenia fakt, że Maor jest w tej drużynie zaledwie rezerwowym. U nas zaś stanie się automatycznie ta samą gwiazdą co w Wiśle Kraków. Nie miałbym nic przeciwko takiemu scenariuszowi, gdyby Melikson zadeklarował chęć gry dla Polski po transferze do Wisły w styczniu 2011. „Oto przybywam do ligi kraju, który też mam w sercu, bo w nim wychowała się moja mama. Zamierzam dobrą grą zapracować sobie na powołanie do polskiej reprezentacji, może któregoś dnia się uda”. Ale on cały czas chciał się przebić do reprezentacji Izraela, tylko okazał się na to za słaby. Tam go nie cenią, tu owszem. Tam jest jednym z wielu, tu gwiazdą. Gdyby chodziło o kluby, każdy przyklasnąłby takiej zmianie. Ale tu chodzi o DRUŻYNĘ NARODOWĄ.

Takie podejście stawia Meliksona w jednym rzędzie z Sebastianem Boenischem i Eugenem Polanskim, czyli reprezentantami Niemiec na szczeblu młodzieżowym, którzy za słabi do przebicia się do reprezentacji seniorskiej. Ale bardzo długo o to walczyli i dopiero kiedy stracili złudzenia, zdecydowali się na grę dla Polski. To nie przypadek Adama Matuszczyka, który zawsze chciał grać dla Polski i nigdy nie zabrał w młodzieżowej reprezentacji Niemiec. Polanski był kapitanem niemieckiej U-21 i zapamiętamy jego słowa, że w meczu Polska  - Niemcy będzie kibicował tej pierwszej pod jednym warunkiem: że wybiegnie w jej barwach na boisko.

Nie twierdzę, że na Euro 2012 nie będą dawali z siebie wszystkiego, że zagrają bez determinacji. Może i włożą w grę całe serce. Ale po wielu mejlach i twittach, które dostałem już widzę, że mnóstwo kibiców nie będzie miało serca ani dla nich, ani dla takiej reprezentacji. Dubliner pisze, że odkładał w Irlandii na przyjazd do Polski na Euro i gotów był przepłacać za bilety u koni, ale chyba nie przyjedzie, bo nie będzie miał komu kibicować. Vandeman pisze z Anglii, że woli wk... się z trzech setek przestrzelonych przez Peszkina niż cieszyć z goli Meliksona. Pisze Marcin z Hanoweru, że gra Polanskiego od pierwszej minuty w debiucie, kosztem Darka Dudki, wielokrotnego reprezentanta Polski, była dla niego jak policzek w twarz, bo u nas tak jest, że nawet najgorszy Niemiec zawsze będzie lepszy niż najlepszy Polak. Może i przesadza on i pozostali. Fakty są jednak takie, że reprezentacja Polski powoli traci kibiców i to nie z powodu beznadziejnej gry. Wizja gry Meliksona dla Polski okazała się kroplą, która przeleje czarę kibicowskiej goryczy...



19:50, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (55) »
czwartek, 15 września 2011

Nie wiecie jak się cieszę, że o Ryanie Giggsie znów możemy mówić w kontekście wybitnych osiągnięć i niezmiennie rewelacyjnej formy na boisku, mimo sędziwego wieku, zamiast skupiać się na jego życiu osobistym, żałować, że się w nim pogubił, rujnując powszechny wizerunek wzorowego ojca rodziny i mega-gwiazdy unikającej skandali. To jeden z moich najulubieńszych piłkarzy wszechczasów i najlepszych jakie widziały moje oczy, rzadki okaz wierności klubowej (małżeńskiej jak wiemy już niekoniecznie), któremu ilością trofeów równać się może tylko sir Alex Ferguson, a z którym trzy razy miałem możliwość odbyć długie rozmowy. Prawdziwy maztuzalem, łącznik między dawnymi czasami, a współczesnymi, który grał w jednej drużynie z Bryanem Robsonem, Markiem Hughesem, Erikiem Cantoną, Roy’em Keanem, Davidem Beckhamem, Cristiano Ronaldo, Wayne Rooneyem... Zdradzę Wam, że właśnie kończę tłumaczyć jego autobiografię dla pewnego wydawnictwa i podczas tej pracy polubiłem go jeszcze bardziej, za poczucie humoru, dystans do samego siebie i swoich sukcesów oraz wiele smacznych historyjek z szatni Manchesteru United, w tym i takich, za które sir Aleks wyrzucał z drużyny. Czy to więc dlatego, że moje postrzeganie Giggsa jest naznaczone wielką osobistą sympatią, to właśnie on jest dla mnie największym bohaterem pierwszej kolejki Ligi Mistrzów.

Mógłby nim być np. strzelec zwycięskiego gola dla Trabzonsporu w meczu z Interem w Mediolanie, bo po pierwsze z tak grającym Interem wygrać mogłaby chyba nawet Wisła albo Legia, a po drugie pogubiłem się w odmianach jego czeskiego nazwiska i już mi wyleciało z głowy. Tymczasem Giggs uratował Manchesterowi United punkt w wyjazdowym meczu z Benfiką w Lizbonie, śrubując własny rekord najstarszego strzelca w historii Ligi Mistrzów (pobity w ostatnim półfinale z Schalke 04 w Gelsenkirchen), który dziś wynosi 37 lat 289 dni! Kto wie jednak, czy nie większym osiągnięciem jest to, że strzelał gole w aż 16. edycjach Pucharu Europy/Ligi Mistrzów. A przy tym jakiż wspaniały był ten jego strzał na Estadio da Luz! Żadne tam starcze wepchnięcie piłki z metra do siatki. Bomba jak za najlepszych czasów.

A co najlepsze, wszystko wskazuje, że wcale nie oglądamy ostatniego sezonu w jego karierze. On sam dzięki wzorowemu prowadzeniu się (w młodości bywało różnie, dziś nie jest już wyznawcą teorii Wojtka Kowalczyka, że im zawodnik lepszy tym więcej pije) i stosowaniu jogi ma organizm 30-latka i planuje grać jeszcze przez dwa, trzy sezony. Od sir Aleksa usłyszał podobno: graj jak długo chcesz! W wywiadzie na MUTV, który właśnie obejrzałem przyznaje tylko, że czasem głupio się czuje, kiedy okazuje się, że jest starszy niż... trenerzy drużyn, przeciwko którym gra. Tak np. będzie w niedzielę, kiedy na Old Trafford przyjedzie Chelsea z Andre Villasem-Boasem.

Co jeszcze trzyma go na boisku, każe mu pracować na treningach po dwakroć bardziej katorżniczo od młodszych kolegów (Giggs przyjeżdża na każdy dwie godziny przed rozpoczęciem żeby się rozciągnąć a i zostaje godzinę po wszystkich), skoro zdobył już tyle, dawno temu pobił rekordy występów w klubie największych legend MU, sam zresztą stając się jedną z nich? Tłumaczy, że po prostu futbol cały czas sprawia mu wielką przyjemność, głodu sukcesów nie stracił w najmniejszym stopniu, w reżimie treningowym utrzymuje go rywalizacja i współpraca z młodymi kolegami, dla których jest mentorem, nie może więc ich zawieść. To ich entuzjazm przywraca go do pionu, kiedy zaczyna wpadać w dołek.

- Dziś każdy kolejny dzień w MU, każdy tydzień, każdy kolejny sezon traktuję jak dar od losu. Byłem gotów skończyć karierę dwa, trzy lata temu, ale skoro granie wciąż daje mi tak wielką przyjemność, a ja wciąż mogę okazywać się potrzebny drużynie, to dlaczego kończyć? Jeśli chodzi o przyszłość, nie stawiam przed sobą żadnych konkretnych celów, żadnych dat. Po prostu robię swoje. A kiedy zdarza mi się przekroczyć kolejną barierę, albo wygrać kolejne trofeum po prostu cieszę się tym, ale zaraz pracuję, żeby osiągnąć kolejne.

Opowiada, że nie czuje strachu przed zakończeniem kariery. Jeśli wciąż się na to nie decyduje to nie dla tego, żeby miało mu brakować treningów i meczów. - Zapytajcie któregokolwiek piłkarza, który zawiesił buty na kołku. Najbardziej tęsknią nie za meczami czy treningami, ale za atmosferą szatni - żartów, przekomarzania się, budowania ducha drużyny przed ważnymi meczami. Za tym będę tęsknił najbardziej. Oczywiście za atmosferą Old Trafford pod czas ważnych spotkań w lidze czy Champions League, za uczuciem ekstazy kiedy wyjdzie nam dobry mecz - też, będę tęsknił za tym wszystkim.

Zdradza, że już rozgląda się za życiem po zakończeniu kariery, ale jeszcze nie ma pojęcia co będzie robił, czy komentował futbol w TV (kto czasem ogląda Sky Sports ten wie, że znakomicie odnalazł się w tej roli jego kumpel z drużyny, Gary Neville), czy zasili sztab trenerski MU, na co namawia go sir Alex (tu z kolei znakomicie spisywał się inny przyjaciel z boiska, starszy od Giggsa zaledwie kilka miesięcy Ole Gunnar Solskjaer). Na razie wciąż jednak koncentruje się przede wszystkim na futbolu. Na szczęście!



piątek, 09 września 2011

 

Cieszę się, że Franciszek Smuda ostatecznie pożegnał się z myślą o powołaniu do kadry Manuela Arboledy. Co prawda tuz po objęciu reprezentacji zapowiadał, że nie będzie w niej miejsca dla farbowanych listów jak Roger, a o Mańku mówił, że to świetny piłkarz ale Kolumbijczyk. Gdy jednak zorientował się jaka na środku defensywy nędza, zdanie zmienił i już niczego nie wykluczał, nikogo nie skreślał, jak Arboleda dostanie polski paszport to właściwie dlaczego miałby nie grać w kadrze... Rogera też zresztą powoływał. Pomysłowi wciągnięcia Arboledy do kadry stanowczy odpór dali kadrowicze, którzy znali go z występów w Ekstraklasie i znielubili za nie. Nie tylko Artur Sobiech, Adrian Mierzejewski czy Ebi Smolarek (z wiadomych powodów), ale nawet ci, którzy byli jego kolegami z Lecha jak Sławomir Peszko i Robert Lewandowski. Gdyby Smuda uparł się i postawił na swoim, doszłoby do podziału w drużynie, a może nawet i buntu.

Oczywiście Smuda może zmienić zdanie po raz kolejny, od objęcia reprezentacji wycofał się już bowiem z wielu stanowczych deklaracji (u mnie złamać dyscyplinę można raz - pierwszy i ostatni; dla piłkarzy umoczonych w korupcję drzwi reprezentacji są zamknięte; będę stawiał na boiskowych rozrabiaków nie ma tematu Małeckiego w kadrze; powołanie dla Ebiego, mogę ta ten temat opowiedzieć kavalę itd.). Ja bym jednak wolał, żebyśmy go wspólnie namówili (my - dziennikarze i wy - kibice), żeby zmienił zdanie nie w kwestii Arboledy, ale Michała Żewłakowa.

Zaniepokoiły mnie bowiem słowa Smudy, że zamyka sprawę Arboledy, bo ZAKOŃCZYŁ SELEKCJĘ. - Będziemy grać tymi piłkarzami, których wybrałem, których mamy. Mecz z Niemcami pokazał, że jest kim grać. Postawiłem na grupę piłkarzy, która latem przyszłego roku pokaże się podczas Euro jak należy stwierdził w wywiadzie dla „PS”. Mecz z Niemcami pokazał raczej, że wciąż nie wiadomo, kto powinien stać przed Wojtkiem Szczęsnym na środku obrony. A dokładniej mówiąc, pokazał, że na pewno nie powinien stać tam Arkadiusz Głowacki, który choć dobrym piłkarzem jest, to jednak w meczach z renomowanym rywalem, w świetle jupiterów, gdy stawka i atencja mediów i kibiców rośnie, nerwy odmawiają mu współpracy, a umysł nachodzi zaćmienie.

Przyjmując optymistycznie, że debiut Damiena Perquisa był udany i jest to piłkarz, który na Euro 2012 wzniesie się na international level, Smuda nadal nie ma dla niego partnera. Z Korą zostanie pewnie sprawdzony na środku Marcin Wasilewski, który oczywiście dla kadry zrobi wszystko, jak trzeba zagra nawet na bramce i nogi nie odstawi, ale środek obrony to nie jest jego naturalne środowisko. Kamil Glik i Tomasz Jodłowiec też niespecjalnie mnie przekonują.

Tym czasem Michał Żewłakow udowadnia w Legii jak zawodnikowi potrafi służyć doświadczenie, że czas go się nie ima. Że nie wrócił do Polski odcinać kuponów od międzynarodowej kariery. Że wciąż mu zależy i że jeszcze wiele może dać drużynie. A głownie nadać jej charakteru, którego legionistom tak brakowało w poprzednich sezonach. I nie mówicie mi, że Michał ma już za sobą pożegnalny mecz w kadrze. A cóż to za problem, nie takie powroty zna świat sportu, by wspomnieć choć emocjonalne rozstanie z Chicago Bulls Michaela Jordana (jak może pamiętacie, Michał dał dowód, że bardzo lubi ten zespół, więc może to go zainspiruje;).

Jeśli Smuda powie „tak”, nie wierzę, żeby Żewłak powiedział „nie”. Wszystko co musimy zrobić, to wywrzeć presję na selekcjonera, wreszcie wykorzystać to, że ulega presji medialnej bardziej niż powinien. Uległ z Małecki, ulegnie i Żewłakowem. Obiecamy mu, że nie będziemy się wstawiać za Arturem Borucem;)

Więc uwaga, kibice, którzy podczas najbliższej kolejki Ekstraklasy dostrzegą na trybunach selekcjonera, na trzy, cztery poproszę o hasło: Smuda! Co? Żewłakow!

 

 PS: wracając na chwilę o meczu Polska - Niemcy, nie rozumiem skąd te zarzuty do kibiców o kiepską atmosferę podczas meczu. Ja na trybunie czułem się jak podczas Euro 2008 w Klagenfurcie, a nawet lepiej, bo stadion w Gdańsku piękniejszy i obszerniejszy. Oczywiście ciarki nie przez cały czas przechodziły po plecach, były momenty zwłaszcza w pierwszych 15 minutach, że akcja na boisku lekko publiczność przytkała i doping chwilami się zawieszała. Ale momentami kibicowska husaria przypuszczała szturm, niczym ta ze zdjęcia sponsora kadry przed stadionem.

Kapitan Niemców Philipe Lahm powiedział mi po meczu, że Polacy udowodnili, że przy wsparciu własnych trybun są w stanie pokonać każdego faworyta. - Są drużyny, na które doping kibiców w tę czy tamtą stronę aż tak bardzo nie działa, ale Polacy najwyraźniej do nich nie należą - stwierdził obrońca Bayernu.

Tym większa szkoda, że na najbliższe mecze kadra odleci do Korei, zamiast ogrywać się przy własnej publiczności, edukować ją i wychowywać, że gdy grają biało-czerwoni, każdy piknik powinien zmienić się w ultrasa.

środa, 07 września 2011

Na antenie TVN24 w rozmowie ze Zbigniewem Bońkiem, Romanem Koseckim i Janem Tomaszewskim, zastanawiając się co wynika z remisu Polski z Niemcami troszkę rozminęliśmy w ocenie Wojtka Szczęsnego. Dwaj pierwsi wielcy piłkarze zgadzając się co świetnego występu Wojtka a naszej bramce przeciwko Niemcom, oburzyli się jednak gdy Bogdan Rymanowski porównał grę Wojtka do występu Pana Janka w pamiętnym meczu na Wembley z Anglią. Oczywiście przede wszystkim trzeba zachować proporcję - tam był mecz o punkty, w którym remis dał nam awans na mundial, tu mecz towarzyski, co prawda z drużyną, która zawsze gra o zwycięstwo i nigdy nie odpuszcza, ale nie grającą w najmocniejszym składzie, trener pozwolił sobie bowiem na eksperymenty. Oczywiście w ogóle nie ma co porównywać piłkarzy z różnych epok, bo zaraz weszlibyśmy w spór czy tamten Boniek na pewno byłby gwiazdą kadry Franciszka Smudy. Jednak będę się upierał, że wpływ obu bramkarzy na wynik w obu meczach był równie wielki. Przy okazji Boniek skrytykował stawianie Wojtka na piedestale (nazwałem go jednym z pięciu najlepszych obecnie bramkarzy świata), bo jeszcze niczego nie osiągnął, raz zagrał dobrze w meczu sparingowym, a przecież dopiero co puścił osiem bramek w meczu z Manchesterem United, więc o czym my w ogóle mówimy?

To prawda, że puścił, ale tak naprawdę za żadną z nich nie ponosił stuprocentowej winy. W tym sezonie właściwie w każdym występie w barwach Arsenalu był najlepszym zawodnikiem „Kanonierów” na boisku, także w tym z MU. Najlepszy dowód, że sami kibice Arsenalu wybrali go na najlepszego piłkarza klubu w sierpniu, przyznając mu aż 40 procent głosów. Wiadomo, że miłość kibiców jest ślepa. Czy jednak nazywanie go już dziś klasą światową jest aż taką przesadą? Nie chodzi przecież tylko o interwencje w meczu, ale o charyzmę, pewność siebie, odporność na presję, umiejętność kierowania obroną, charakter, owe cojones, które pozwalają wytrącić z koncentracji przed rzutem krnym takich zawodników jak Wayne Rooney czy Antonio di Natale.

Jest ktoś, kogo możemy uznać za osobę bezstronną, a zarazem niezłego chyba fachowca w tych kwestiach. Za bramkarza klasy światowej uznał Wojtka były golkiper Bayernu Monachium i najlepszy piłkarz mistrzostw świata w 2002, Oliver Kahn, który spotkanie Polski z Niemcami komentował w studio ZDF. - Szczęsny to absolutna Weltklasse! Dla mnie bramkarzem światowej klasy jest ten, kto broni piłkę nie do obrony. A Szczęsny właśnie tego dokonał - pochwalił młodego Polaka.

Ciekawe, że rozmawiając po meczu z zawodnikami z pola, wyczuwało się w ich odpowiedziach zdziwienie, że pytamy o heroiczną postawę Wojtka. Oczywiście chwalili go, ale jakoś tak bez przekonania, jakby wychodząc z założenia, że robił po prostu to po co go tam postawiono.

Generalnie wszystkie występy reprezentacji Polski na Euro 2012 wyobrażam sobie dokładnie tak, jak mecz z Niemcami. Chaos w defensywnie, heroiczne parady Wojtka Szczęsnego, niesieni dopingiem (oby nieustającym i bardziej zdecydowanym niż na PGE Arena, gdzie kibici momentami - czy to zamurowani - milkli tak bardzo, że z trybun słychać było kopnięcia piłki) piłkarze Smudy dramatyczne szarpią do przodu, kilka szybkich kontrataków, po których obyśmy mieli tyle sytuacji ile miał w pierwszej połowie Sławek Peszko. Nie mam złudzeń, że do turnieju dorobimy się stabilnej, pewnej, rozumiejącej się ze sobą obrony, a wręcz obawiam się, że błędy wynikające z problemów komunikacyjnych między francuskojęzycznym Damienem Perquisem, niemieckojęzycznym Sebastianem Boenischem, Polakiem Łukaszem Piszczkiem, a tym środowym obrońcą, który oby zagrał w miejsce Arkadiusza Głowackiego dopiero przed nami.

 

Na koniec zabawne spostrzeżenie, którego dokonał w mix zonie Sergiusz Ryczel z nSportu, chwilę po tym jak odszedł od nas Łukasz Podolski. Oto paradoks współczesnych polskich dziennikarzy sportowych: z reprezentantem Niemiec rozmawiamy po polsku, a z reprezentantem Polski po angielsku, bo za słabo znamy francuski...



wtorek, 06 września 2011

Fot. Dominik Sadowski

16 meczów, 12 porażek, 4 remisy, 0 (słownie - zero) zwycięstw - reprezentacja Polski nigdy nie wygrała z Niemcami. Nawet za świetlanych czasów Kazimierza Górskiego czy Antoniego Piechniczka, ani z Deyną, Lato, Lubańskim, Gadochą w składzie ani później z Bońkiem. Nie daliśmy im rady gdy różnica między naszymi drużynami była nieznaczna, dlaczego więc miałoby się udać właśnie teraz, gdy nasz futbol dzieli przepaść? Gdy oni są wicemistrzami Europy i trzecią drużyną świata, a ich zawodnicy zaludniają czołowe kluby Europy?

Próbowałem znaleźć argumenty za zwycięstwem Polaków. Ciężko mi szło, ale n szczęście z pomocą przyszli mi trener Franciszek Smuda i nasi reprezentanci.- Ja, jako trener ligowy potrafiłem przełamać już wiele statystyk. Chciałbym mieć ten fart i w reprezentacji. To będzie 17. mecz Polski i Niemiec, a dla mnie 17 to szczęśliwa liczba, podobnie jak 'siódemka' - stwierdził Smuda na konferencji. Też liczę, że trenera nie opuści fart i ufff, jak dobrze, że jego szczęśliwą jest siódemka, a nie np. trzy szóstki jak w przypadku Nergala, albo 14 jak u mnie, wówczas nie byłoby nawet tej szansy. A nieee, nawet i wówczas by była, bo przecież jak podzielić 14 na pół... Podobnie krzepiących wypowiedzi selekcjonera znalazłem zresztą więcej, a Dziennik Polski dał nawet tytuł zapowiedzi meczu: Smuda wierzy w uśmiech losu.

Smuda: potrafię przełamać statystyki z Niemcami - '7' to moja szczęśliwa liczba

Trudno nie podzielać tej wiary, jak się jeszcze posłucha zapowiedzi czołowych zawodników. Np. Dariusz Dudka mówi, że mecz z Niemcami to doskonała okazja, żeby się zrewanżować za ostatnie niepowodzenia i do zatarcia złego wrażenia z nich. No okazja istotnie jest, ale jak konkretnie to zrobić? Nie odpuścić! Że nasi piłkarze nie odpuszczą, jestem spokojny. Sławomir Peszko mówi wręcz, że nie tylko żaden z naszych nie odstawi nogi, ale jeszcze wszyscy rzucą się na Niemców z pianą. Pozostaje wierzyć, że nie była to piana z wypitego przed meczem piwka. Z kolei nasz Kuba Błaszczykowski, zauważa, że skoro budując taki wspaniały stadion jak PGE Arena pokazaliśmy Niemcom, że potrafimy, to ma nadzieję, że podobnie będzie można powiedzieć o naszej grze. Nadziei owej niczym niestety nie uzasadnia, ale najważniejsze, że jest. Nadzieja umiera ostatnia.

Tymczasem patrząc na trenera Niemców, Joachima Loewa na konferencji prasowej, miałem wrażenie, że aż czacha dymi mu od rozwiązań taktycznych, koncepcji ustawienia zespołu i eksperymentów jakich chce dokonać w meczu z Polską. My przygotowujemy się do Euro 2012 od dnia objecia kadry przez Smudę, Niemcy ogłosili, że ich kampania zaczyna się właśnie teraz. Ich misją jest wywalczenie mistrzostwa Europy, odebranie tytułu Hiszpanii i Loew opracował w tym celu nowe, niezwykle ofensywne ustawienie 4-1-4-1 (niemiecka prasa już ochrzciła je mianem Sieg-system, czyli sytemem-zywcięstwo).

- Nie satysfakcjonuje mnie już gra dwoma defensywnymi pomocnikami, bo wraz z czterema obrońcami mamy wówczas aż sześciu defensywnych zawodników na boisku. To za dużo. Przeanalizowałem wszystkie nasze mecze od 2008 roku i doszedłem do wniosku, że tą metodą nie sprostamy Hiszpanom. To my musimy ich atakować, zepchnąć ich do defensywy. Taki ofensywny system przetestujemy z Polską. Zagramy pięcioma ofensywnymi graczami z Mirosławem Klose na szpicy - tłumaczył, dodając, że chce przekonać swoich piłkarzy do nowej taktyki właśnie meczem z Polską, bo przeciwko grającej defensywnie i głównie broniącej się drużynie efekt powinien zachwycić wszystkich. - Żeby wygrywać z Hiszpanią, musimy na boisku bardziej dominować, być jeszcze pewniejsi siebie i grać jeszcze bardziej automatycznie. Takiej gry będę wymagał w meczu z Polską - stwierdził.

Mądraliński! Ale jaka jest jego szczęśliwa liczba, nie zdradził. Podejrzewam, ze bał się przyznać, że nie jest nią ani 1 ani 7 ani nawet 6, 20, 11, które pasowałby do dzisiejszej daty, a ta wiadomość zapewne kompletnie odebrałaby wiarę w zwycięstwo jego piłkarzom, już i tak pewnie przytłoczonym pięknem stadionu i świadomością, że skoro Polak potrafi budować takie rzeczy, to jaką drużynę musiał zbudować na Euro...



czwartek, 01 września 2011

Srebrna sztafeta 4x100 m z Tokio: Marian Foik, Wiesław Maniak, Marian Dudziak, Andrzej Zieliński

W ramach ciszy przed burzą, czyli meczem reprezentacji Polski z Meksykiem zapraszam wszystkich do lektury wywiadu jaki przeprowadził niedawny laureat Blogowego Pucharu Lata, bensbens, autor pamiętnej notki o Cieśliku. Notka tak mnie zachwyciła, że chcąc poczytać coś jeszcze tego wyjątkowego autora (nie prowadzącego niestety żadnego bloga), sprytnie wymyśliłem, by w ramach nagrody dodatkowej oddać mu łamy Polsportu. Mam nadzieję, że nagroda nie okazała się uszczęśliwienie na siłę, dla kogoś żyjącego przecież swoimi sprawami. W odpowiedzi dostałem nie wpis, ale monumentalny wywiad z Marianem Dudziakiem, polskim naukowcem, kierownikiem Katedry Podstaw Konstrukcji Maszyn Politechniki Poznańskiej, a w przeszłości lekkoatletą, srebrnym medalistą Igrzysk Olimpijskich w Tokio w sztafecie 4 razy 100 metrów i wielokrotnym reprezentantem Polski). Wywiad ten z jednej strony idealnie trafia tematyką w sam środek lekkoatletycznych mistrzostw świata w Daegua, a z drugiej przedstawia niezwykle ciekawego człowieka, który doskonale poradził sobie w życiu bez sportu, robiąc to w dodatku w pełni świadomie, nie z uwagi na kontuzję czy inny wpadek losowy.

Panie Profesorze, gdy umawialiśmy się na wywiad, stwierdził Pan, że pytania o karierę sportową są nudne. Dlaczego?

- W sporcie nic nie jest zaplanowane. Muzyk, zanim zostanie dobrym pianistą, musi dostać się do szkoły podstawowej, średniej, wyższej; ciągle jest weryfikowany, nieustannie się kształci. A w sporcie? Sukces może przyjść w jednym momencie.

 

Pan bardzo późno zaczął trenować.

- Formalnie byłem już na trzecim roku studiów! We wrześniu przypadkowo pojechałem na zawody do Gniezna, na których zrobiłem dobre wyniki w biegu na 100 metrów oraz skoku w dal. Dzięki temu zainteresował się mną doktor Bernard Kobielski, mój pierwszy trener – pracownik Akademii Medycznej.

 

Od tego momentu sport był w Pana życiu ważny?

- Stałem się innym człowiekiem – zmieniłem się psychicznie, przybrałem masę mięśniową. Na trzecim roku urosłem o dziesięć centymetrów!

 

A wcześniej miał Pan jakikolwiek związek ze sportem?

- Nie, trochę jeździłem na rowerze, nartach, łyżwach, jednak to nie było w żaden sposób systematyczne, ani tym bardziej profesjonalne. W szkole średniej w ogóle nie uprawiałem sportu; no, oczywiście trochę pograłem w piłkę, ale nic poza tym. Nie miałem na to czasu, musiałem codziennie dojeżdżać do szkoły kilkanaście kilometrów pociągiem.

 

Na tle współczesnych sportowców – czasami przygotowywanych, tak jak mówił Pan o muzykach, od dzieciństwa – historia o Pańskich początkach brzmi niesamowicie.

- Śledziłem kiedyś kariery sportowców, którzy szli nietypową ścieżką. Był taki amerykański płotkarz Glenn Davis, podczas Igrzysk Olimpijskich w Rzymie wygrał bieg na 400 metrów z przeszkodami oraz sztafetę 4 razy 400 metrów. Genialny lekkoatleta! Rozpoczął treningi w podobnym wieku do mnie. Także w Rzymie złoto w biegu na 800 metrów zdobył Peter Snell, który cztery lata później wygrał i na 800, i na 1500 metrów. On także bardzo późno zaczął biegać. Dlatego mówienie, że trening czyni mistrza – szczególnie w sporcie – w żaden sposób się nie broni.

 

Od trzeciego roku studiów zaczął Pan trenować intensywnie?

- Nie aż tak bardzo. Trenowałem tylko dwa razy w tygodniu! (śmiech) Później doszedł jeszcze jeden trening, w niedzielę biegaliśmy nad jakimś jeziorem. Wcześniej, w okresie stalinowskim, polscy lekkoatleci trenowali nawet trzy razy dziennie. I co? Wyniki były coraz słabsze, a mieliśmy wtedy kilka wielkich talentów, np. Zdobysława Stawczyka. Może to była kwestia braku profesjonalizmu, ale wtedy nie sprawdzała się zasada, że czym więcej, tym lepiej. Tak jak w nauce trzeba dobrać dobrą metodologię badań, tak podczas treningu sportowca wszystko zależy od konkretnego człowieka.

 

Kiedy zaczął Pan wierzyć w to, że może Pan zostać medalistą olimpijskim?

- Wcześniej bym zdziwił się, że mogę w ogóle być sportowcem, a już tym bardziej reprezentantem Polski. Jednak jak już zacząłem trenować to szybko stałem się członkiem kadry i wiedziałem, że jeśli będę dalej pracował, to pojadę na igrzyska. Czułem, że jestem dobry – biegałem 100 metrów przez 10,5 sekundy prawie bez treningu.

 

Po dwóch latach pojechał Pan na Igrzyska Olimpijskie w Tokio.

- Mało mówi się o tym, że start na igrzyskach olimpijskich nie jest dla zawodników przyjemnością. Zawody są rozbudowane, rozciągnięte w czasie – są eliminacje, ćwierćfinały, półfinały i finały. Eliminacje są bardzo wcześnie rano, w Tokio były o 8:30. Chciałoby się panu wtedy biegać sto metrów? (śmiech) My musieliśmy się w Tokio budzić o godzinie 4:30!

 

Jakie wrażenie na Panu zrobiła Japonia?

- Japonia nie podpisała – jako jeden z niewielu krajów – umowy o ochronie patentów. Dlatego oni ściągali rozmaite konstrukcje, jeździli po całym świecie i odwzorowywali wszystko u siebie. Zresztą, tę umowę Japończycy podpisali w końcu właśnie w 1964 roku, przy okazji Igrzysk. Wszystko zostało bardzo sprawnie zorganizowane, mieliśmy do dyspozycji dużą, wygodną wioskę olimpijską. A poza wioską? Niesamowite autostrady, na Ginzie niektóre miały dwanaście pasów ruchu! Trójzwojne ślimaki, luksusowe koleje, kapitalnie zorganizowane, wielopoziomowe metro. W ogóle cała infrastruktura budowlana ówczesnej Japonii była niesamowita. Do tego dochodziła wielka elektronika: malutkie, szpulowe magnetofony, radia. Jednak, co ciekawe, Japończycy mieli bardzo słabo rozwiniętą motoryzację. Nas obsługiwał Opel Kapitän, ponieważ w tym czasie Toyota – najlepszy japoński samochód – była znacznie gorsza od naszego Trabanta.

 

Pamięta Pan otwarcie Igrzysk?

- Z tym jest śmieszna sprawa – z perspektywy zawodnika wygląda to trochę inaczej niż w telewizji. Podczas otwarcia bardzo długo się idzie, a później jeszcze dłużej stoi w jednym miejscu. Wokół nic nie słychać, nie wiadomo, co się dzieje, więc zawodnicy rozmawiają między sobą. Pamiętam, że po oficjalniej części wypuszczono gołębie, które, jak to ptaki po wypuszczeniu z klatki, pobrudziły marynarkę Witolda Gerutty – ówczesnego Wiceprezesa Polskiego Związku Lekkiej Atletyki – akurat dokładnie na lewym i prawym ramieniu. Widać było, że jest wkurzony, ale po chwili opanował się, uśmiechnął i powiedział: „Patrzcie, to na szczęście, te Igrzyska się Polakom udadzą!”. I rzeczywiście, miał rację.

 

Srebrny medal w sztafecie uznawany był za ogromny sukces. Czy rzeczywiście Amerykanie – złoci medaliści – byli wówczas poza zasięgiem?

- Bob Hayes, który wygrał też sto metrów, był bardzo wysoki, miał ogromne przyspieszenie. Biegłem razem z nim na ostatniej zmianie – na początku pierwszy był Francuz Jocelyn Delecour, drugi byłem ja, a trzeci Hayes. Amerykanin szybko nas przegonił i wygrał z dużą przewagą. Jak później się okazało, brał już wtedy środki dopingujące. Zmarł kilkanaście lat po tych Igrzyskach.

 

W Tokio pierwszy złoty medal zdobył Waldemar Baszanowski.

- Pamiętam, że wygrał zawody na początku Igrzysk. Później przychodził często do nas na stadion lekkoatletyczny, siedział i uśmiechał się zadowolony. Zawsze był bardzo spokojny, opanowany, ale z drugiej strony przeżywał swoje starty.

 

Polscy bokserzy zdobyli wtedy siedem medali, w tym trzy złote.

- Z bokserami miałem ścisły kontakt. Znałem Feliksa Stamma, Pawła Szydłę i Stanisława Zalewskiego. O Zalewskim mało się mówi – był masażystą polskich bokserów, znakomitym fachowcem. My, lekkoatleci, ciągle mieliśmy niedosyt masażystów, przysyłali nam jakichś lewusów z kółka rolniczego, tak bym ich nazwał. Technika kółka rolniczego na igrzyskach olimpijskich! Bokserzy mieli już ugruntowaną pozycję po poprzednich Igrzyskach w Rzymie. Stanowili jedną rodzinę z ojcem Feliksem Stammem. Swoją drogą, im na pewno bardzo pomogło to, że zasiadali we władzach światowego związku. Boks to jest bardzo niewymierny sport – Tadeusz Walasek przegrał w finale Igrzysk przez bardzo złe decyzje sędziów.

 

Był Pan w Tokio do końca Igrzysk?

- Tak, dzięki temu mogłem oglądać wiele konkurencji. Obejrzałem zawody lekkoatletyczne, widziałem zwycięstwo Walerego Brumela, biegi długodystansowe. Chodziłem na mecze koszykówki, którą bardzo przyjemnie się oglądało – widzieliśmy tych amerykańskich czarodziejów, bawiących się piłką. Wszyscy siedzieliśmy w Tokio, bo razem wracaliśmy jednym środkiem lokomocji – statkiem z Jokohamy do Nachodki; z Nachodki koleją do Czelabińska, stamtąd do Irkucka; z Irkucka do Moskwy samolotem i z Moskwy do Warszawy również samolotem. W szczególności pamiętam tę podróż statkiem.

 

Dlaczego?

- Wie Pan, prawdziwymi bohaterami jakichkolwiek igrzysk nie są sportowcy – ani zwycięzcy, ani przegrani. Bohaterami są ci, którym udało się pojechać. Oficjele, którzy znaleźli się ekipie albo w pobliżu ekipy. To właśnie było widać na statku: sportowcy i medaliści spali na samym dole, w kajutach czteroosobowych; a oficjele – w pierwszej klasie, na górze. Sytuacja jednak się odwróciła, bo była straszna burza. Mimo że to był ogromny statek, to fale dochodziły do pokładu. Życie w pewnym momencie wymarło, orkiestra przestała grać, nikogo nie było na posiłkach. Chodziliśmy razem z Józkiem Szmidtem po pokładzie, bo nie mogliśmy spać, a ci wszyscy oficjele, osoby towarzyszące pospadali z łóżek i bardzo chorowali. To był dla nich sądny dzień! (śmiech)

 

Józef Szmidt również stał się legendą polskiego sportu.

- Przede wszystkim dlatego, że on – o czym się w ogóle nie mówi – wymyślał nowe metody treningu. Ćwiczył wieloskoki nie na stadionie, ale w lesie. Udowodnił, że trening nie musi być katorgą, której zawodnik nie lubi. To może być przyjemność, coś co każdemu odpowiada. Jego ojcem był górnikiem, on pochodził z prostej rodziny, ale miał zmysł, który pozwalał mu wiele rzeczy wymyślić. Tadeusz Starzyński – jego trener – był na tyle inteligentny, że dostosowywał się do niego, nic mu nie narzucał. Nie musiało być tak, jak w latach pięćdziesiątych, że trójskoczek na treningu cały czas skacze. Staje na stracie, rozpędza się, odbija, hop, hop, hop i tak kilkanaście razy pod rząd. Przecież to nie sprawia zawodnikowi żadnej przyjemności! Ja też trenowałem bardzo różnie – czasami zamiast bieżni musiał mi wystarczyć pokój w akademiku.

 

Czy po igrzyskach – np. podczas powrotu – widać podział na zawodników, którzy są zadowoleni ze swojego startu, a tych którym się nie udało odnieść sukcesu?

- Na pewno nie tak jak teraz, gdy przyznawana jest emerytura olimpijska. Wtedy wszyscy traktowani byliśmy pod względem materialnym równo. Medaliści mieli co prawda pewne dodatki, ale to nie było dużo – ja dostałem dwadzieścia dolarów, Baszanowski – dwadzieścia pięć. Oczywiście, pojawiała się zazdrość, jeśli komuś nie udało się zdobyć medalu, ale to raczej ze względu na to, że medal olimpijski jest dla każdego sportowca ważny ze względów symbolicznych. Trenerem sprinterów był Włodzimierz Drużbiak, człowiek bardzo wysokiej kultury, skończył przed wojną Uniwersytet Lwowski. Zarabiał bardzo mało, był wykładowcą na Akademii Wychowania Fizycznego. Umówiliśmy się, że za nasze nagrody, jeśli zdobędziemy medal, spalimy jego stary, poniszczony płaszcz i kupimy nowy.  I dokładnie tak zrobiliśmy – Japończycy dali nam benzynę, na placu w wiosce olimpijskiej spaliliśmy stary i daliśmy mu nowy. Aż się popłakał z radości!

 

Cztery lata później wystartował Pan na Igrzyskach Olimpijskich w Meksyku, przed którymi doszło do ogromnych protestów społeczeństwa. Ich powodem był bardzo niski poziom życia obywateli Meksyku, którzy nie mogli zrozumieć, że państwo zdecydowało się finansować tak kosztowne przedsięwzięcie, jakim są igrzyska olimpijskie.

- Zawodnicy o tym nie wiedzieli – w każdym razie ja nie wiedziałem. Dopiero kilka lat temu dowiedziałem się o tych wielkich czystkach; o tym, ile osób zginęło na Placu Trzech Kultur. To był temat tabu, oni wszystko zatuszowali. Niewątpliwie pomagało im to, że Meksyk był hołubiony przez nasz system polityczny. Te różnice socjalne było widać – niektórzy ludzie mieszkali pod kartonami. Zresztą, w Meksyku było także dobrze słychać nastroje polityczne – gdy na stadionie wygrywali Kubańczycy, spotykało się to z niesamowitym aplauzem. Amerykanie byli natomiast wygwizdywani. W porównaniu z Tokio, Meksyk wyglądał znacznie gorzej, chociażby dlatego, że podczas Igrzysk budowano metro, wszystko było rozkopane, a ruch sparaliżowany. Pamiętam, że przez miasto jechałem autobusem cztery godziny.

 

Igrzyska w Meksyku znane są głównie ze słynnego skoku Dicka Fosbury'ego.

- O, tak! To wtedy wywołało ogromne poruszenie. Widziałem to na żywo z trybun, wszyscy byli zaskoczeni, lekkoatleci dyskutowali, dziwili się, jak on może tak skakać. Chociaż akurat dla mnie było jasne, że on ma rację, bo to wynika z fizyki. Fosbury zastosował piękną zasadę mechaniki: podczas lotu zmienił środek ciężkości.

 

Zawody lekkoatletyczne na tych igrzyskach były pełne wydarzeń, które przeszły do historii sportu. Bob Beamon poprawił rekord świata w skoku w dal aż o 55 centymetrów.

- Jego skok też widziałem na żywo. Bob Beamon był zresztą głównym uczestnikiem imprez, które odbywały się przed otwarciem igrzysk. Pamiętam, że Beamon wskakiwał na scenę i tańczył. Dla nas to było niewyobrażalne! Gdybyśmy tak zrobili, to od razu trener nakrzyczałby na nas i utemperował.  Wtedy nastąpiła eksplozja rozwoju techniki, mechaniki w sporcie. Nie można też zapominać o niesamowitym konkursie trójskoku, w którym co chwilę poprawiany był rekord świata.  Było blisko, żeby te Igrzyska stały się jeszcze bardziej rewolucyjne, ponieważ w 1968 roku Adidas wypuścił na rynek nowe kolce, które na podeszwie miały czterdzieści dziewięć takich malutkich igiełek. Jednak, ze względu na protesty konkurencyjnych firm, te buty nie zostały dopuszczone. Później, jak zrobiłem doktorat i habilitację, dopiero zrozumiałem, jak to wtedy mogło zmienić sport. Zresztą - dziś te kolce są już dopuszczone i widać, jaką odgrywają rolę.

 

Igrzyska olimpijskie to jednak tylko jeden z elementów Pańskiej kariery sportowej.

- Igrzyska są tylko wielkim symbolem – spędem wielu dyscyplin sportowych, który ogląda cały świat. Dla mnie największym sukcesem było to, że przez dziesięć lat reprezentowałem Polskę w biegach na 100 i 200 metrów oraz w sztafecie. Przez dziesięć lat czynnie reprezentowałem Polskę! Chociażby w meczach międzypaństwowych, wówczas bardzo ważnych dla Polaków: z Niemcami, Anglikami, Rosjanami, NRD-owcami i Amerykanami, przecież pierwszy mecz z Amerykanami na Stadionie Dziesięciolecia to było ogromne wydarzenie, dziś już mało osób o tym pamięta.

 

Zdobył Pan też srebrny medal w 1966 na Mistrzostwach Europy w Budapeszcie w biegu na 200 metrów.

- Tak, chociaż również za swój cenny sukces uważam zwycięstwo w Londynie w 1966 roku, bo brali w nim udział wszyscy najlepsi sprinterzy na świecie. Byłem wtedy znakomicie przygotowany. Pamiętam też moje pojedynki z Wiesławem Maniakiem podczas meczu z Wielką Brytanią. Gromiliśmy wtedy Anglików, więc zaczęliśmy rywalizować między sobą. Ciekawa historia związana jest z następnymi Mistrzostwami Europy – w 1971 roku w Helsinkach. Nie miałem w ogóle tam jechać, dokuczała mi rwa kulszowa, przez co byłem w bardzo złej formie. Jednak uparli się, że mam biec na ostatniej zmianie. Przy ostatnim przekazaniu pałki był straszny tłok, zamieszanie, nikt nic nie widział – dobiegłem do mety jako piąty. Idziemy do szatni, trener patrzy na nas i mówi: „Ale spieprzyliście!”. Nikt się nie załamał, dla zawodnika nie ma żadnego znaczenia, co mówi trener albo działacz. Kąpiemy się, nagle trener wbiega i krzyczy „Macie drugie miejsce, trzech zdyskwalifikowali!”. Później poszedłem do niego i powiedziałem, żeby w przyszłości tak szybko nie wyrokował, bo w sztafecie przede wszystkim chodzi o zachowanie reguł. (śmiech)

 

Ustrój polityczny był w latach 60. i 70. dla sportowców ważny?

- Często się nad tym zastanawiam teraz, gdy porównuję tę dzisiejszą rzeczywistość do poprzedniej. Zawodnik ma przed sobą konkretny cel, chce być jak najlepszy. Wydaje mi się, że na to nie ma żadnego wpływu to, jaki jest ustrój. Polityka jest poza zawodnikiem – dla niego liczy się zespół, reprezentacja, start i uzyskanie jak najlepszego wyniku. Nasz każdy start był na najwyższym poziomie, z perspektywy reprezentanta nie było ważne, czy była to reprezentacja rosyjska, czy brytyjska. Po prostu po zwycięstwie z pewnymi reprezentacjami mieliśmy zdecydowanie większą satysfakcję, ponieważ żyła tym cała Polska. Pamiętam, że w 1968 roku lecieliśmy do Anglii. Przed wyjazdem przyszedł do nas dziennikarz polityczny i zaczął opowiadać – uświadamiać nas! - o tym, co robią nasze pokojowe wojska w Czechosłowacji. Przylecieliśmy do Londynu, gdzie zawsze mieszkaliśmy w tym samym hotelu obok Hyde Parku, a ja po zakwaterowaniu poszedłem zrobić rozgrzewkę. Podbiegł do mnie Czechosłowak i zaczął mnie wyzywać, krzyczeć „Ty, najeźdźco!”. Zacząłem się wtedy śmiać; co to był ze mnie za najeźdźca?

 

W reprezentacji nie było podziałów politycznych?

- My wszyscy byliśmy równi – zawodnicy dostawali dwa dolary dziennie, czasami nawet dolara i dwadzieścia centów. Wiedzieliśmy, że nasi koledzy z innych państw dostają dużo więcej. Wielu zawodników otrzymywało propozycje startów pod innymi flagami, ale prawie nikt z tego nie korzystał. Józka Szmidta namawiali, ale on tylko się z tego śmiał. Do Niemiec wyjechał dopiero po zakończeniu kariery. Myśmy reprezentowali Polskę, a nie – broń Boże – ustrój polityczny. Podziału politycznego absolutnie nie było. Inne tak, bo w reprezentacji było wielu siłaczy, którzy chcieli wprowadzić stosunki łobuzerskie. (śmiech)

 

O czym myśli sprinter przed startem?

- To zawsze ogromne przeżycie. Moment przed startem jest w przypadku sprinterów identyczny jak u tenisistów – wokół nie ma nikogo, jest się samemu. Czy są to igrzyska olimpijskie, czy mniejsze zawody? To nie ma znaczenie. Rytuał odbywania swojej dyscypliny jest podobny, a na igrzyskach olimpijskich jest wydłużony w czasie…

 

Start w sztafecie bardzo różni się od indywidualnego?

- Poza sprawami technicznymi, takimi jak przekazywanie pałeczki czy zupełnie inny start, w przypadku sztafety każdemu towarzyszy cała drużyna, pomiędzy nią jest związek psychiczny. Wspólnie się rozgrzewamy, dyskutujemy, idziemy na start. Tę integrację bardzo dobrze widać podczas meczów siatkówki – oni się poklepują, obejmują, w ten sposób wzmacniają się psychicznie.

 

Sztafetę należy zatem zaliczać do dyscyplin drużynowych?

- W pewnym sensie tak, ale z drugiej strony, w ramach sztafety każdy ma swój odcinek do przebiegnięcia, więc z pewnością nie jest to w pełni sport drużynowy.

 

Między biegaczami zdarzają się konflikty?

- Nie, myśmy nigdy nie mieli do siebie o nic pretensji. Kiedyś wytworzono taki sztuczny konflikt, podczas Igrzysk w Meksyku, że Irena Szewińska celowo zgubiła pałkę, to była jakaś bzdura. Niestety, o tym pisali ludzie, którzy w ogóle nie znają się na sporcie i tylko spekulują. Sport jest czysty – to zabawa, a nie wojna.

 

Zawodnicy muszą się wzajemnie lubić?

- Nie muszą! Wszędzie są antagonizmy, ale w momencie startu każdy ma określone zadanie, każdy chce jak najlepiej. Zawodnicy trenują, więc chcą udowodnić, że coś znaczą.

 

Podobno ukrywał Pan przed znajomymi z Politechniki Poznańskiej to, że zdobył Pan olimpijski medal.

- Nigdy się nie chwaliłem, to mnie krępowało; deprecjonowało moje osiągnięcia zawodowe. Nastawienie było takie, że sportowiec to idiota, który jest na etacie i robi to, co trener każe. Ze studiów pamiętam takich wykładowców, którzy nienawidzili sportowców. Mój kolega z roku grał w koszykówkę w Warcie Poznań i nie zaliczył egzaminu, bo „był panem sportowcem”. A ja dostałem czwórkę, bo on nic nie wiedział! (śmiech) Dopiero później, jak musiałem się przyznać, że jestem w kadrze, dziwił się, że „taki porządny człowiek i sportowiec?”. Dlatego, jak nie musiałem, to nic o tym nie mówiłem.

 

W pewnym momencie przełamał się Pan czy to nastąpiło stopniowo?

- Część osób mnie poznała, ale ja po prostu starałem się z tym nie afiszować. Jak zostałem profesorem – jeszcze wtedy uczelnianym – to nagle się okazało, że wszyscy z tego grona uprawiali sport; ciągle o tym rozmawiali, tylko ja nic nie mówiłem. Dopiero później zacząłem opowiadać jakieś anegdoty albo ciekawostki. Sport jest pełen interesujących rzeczy, niestety polscy komentatorzy wolą krzyczeć „Tak, tak, on wygrywa, jest pierwszy!”. Przecież ja to widzę, po co komentator to mówi? Dla mnie wzorem tego, jak należy opowiadać o sporcie zawsze byli Francuzi: gazeta „L'Équipe” albo ich kino. Oni ukazywali perfekcjonizm ruchowy sportu, dynamizm, wysiłek. Przede wszystkim to warto obserwować, a nie tylko to, kto wygrywa. Dlatego lubię obserwować zawody w podnoszeniu ciężarów, wtedy widać cały obraz sztangisty – jego rytuał, przygotowanie, skupienie.

 

A w środowisku sportowców przyznawał się Pan do tego, że jest inżynierem?

- Tam na to nikt nie patrzył, byli sportowcy, którzy tylko dla sportu i ze sportu żyli i tacy, jak ja. W moim przypadku, przez pilnowanie studiów a potem pracy, nie pojechałem na wiele fajnych mityngów. Co roku były także wyjazdy na wypoczynek do Makarskiej w Jugosławii, tylko raz tam pojechałem. Bardzo żałuję, bo to naprawdę piękne miejsce.

 

Nigdy się Pan nie zastanawiał, czy nie wybrać tylko sportu?

- Nigdy, bałem się tego. Życie tylko ze sportu jest bardzo niestabilne. Mój kolega Jerzy Juskowiak był wielkim sprinterem –  w lutym 1964 roku wyrównał rekord świata w biegu na 60 jardów, ale nie zakwalifikował się do kadry na Igrzyska w Tokio. I wtedy związek go skreślił. Jak umarł, to jego pogrzebem nikt ze związku się nawet nie zainteresował. A Paweł Szydło, wielki pomocnik Stamma? Podczas pogrzebu musieliśmy na jego trumnę wrzucić flagę Wielkopolskiego Klubu Olimpijczyka, bo też nikt o nim nie pomyślał.

 

Bycie naukowcem jest bardziej stabilne?

- Tak, sport jest tymczasowy - jako inżynier to, co zrobiłem, to już mam. Nie stracę tego z dnia na dzień.

 

A – z perspektywy Pańskiego obecnego zawodu – popiera Pan rozwój techniki w sporcie?

- Pewnych rzeczy się nie uniknie, to widać chociażby w tym, jak zmienia się odzież; najprawdopodobniej niedługo pojawią się stroje, które będą dodatkowo stymulować mięśnie. Są też sporty, w których więcej zależy od techniki niż od człowieka – np. kolarstwo. Albo taki skok o tyczce, przecież ta dyscyplina tak naprawdę nie ma sensu!

 

Co jeszcze może zmienić się we współczesnym sporcie?

- Już bardzo dużo się zmieniło – poza tym, o czym mówiliśmy przy okazji Igrzysk w Meksyku, zupełnie zmienił się oszczep czy technika pchania kuli.

 

Ta zmiana dokonuje się właśnie teraz, praktycznie na naszych oczach.

- Tak, ale z punktu widzenia zasad mechaniki rzut obrotowy musi mieć przewagę, bo generuje dodatkową prędkość, którą skierowujemy w danym kierunku. Nie musimy tej prędkości początkowej wypracowywać statycznie w jednym kierunku. Te nowinki techniczne wynikają ze zrozumienia świata przyrody – tam już wszystko jest, człowiek musi po prostu to zrozumieć, na razie jesteśmy jeszcze prymitywni. Cały czas będzie się zmieniała technika, jestem pewien, że niedługo ktoś w skoku w dal przekroczy dziesięć metrów. Nawet wiem, jak to zrobi! (śmiech)

 

Jak?

- Niech Pan sobie wyobrazi, że zawodnik w pewnym momencie lotu przyjmie kształt kulki. Wtedy poleci znacznie dalej. Myślę, że już niedługo ktoś wykorzysta tę zasadę fizyki i spróbuje wymyślić taką technikę. Tylko to będzie bardzo trudne, będzie wymagało dużych zdolności akrobacyjnych od zawodnika.

 

Nie ma granicy rekordu?

Nie ma. Z pewnością będą inne kryteria pomiaru. Kiedyś podstawowym kryterium jakościowym podczas wytwarzania samochodu był  milimetr lub jego dziesiąta część, dzisiaj – jego tysięczna część. Tak samo jest w sporcie.

 

Jest Pan jednocześnie profesorem w dziedzinie zupełnie niezwiązanej ze sportem i medalistą olimpijskim. W starożytności Grecy właśnie w ten sposób wyobrażali sobie idealny rozwój życia człowieka.

- Nie przesadzajmy, mi sport bardzo łatwo przyszedł. Trenowałem tylko dwa albo trzy razy w tygodniu. Miałem bardzo dużo szczęścia do trenerów na samym początku kariery. Zawsze powtarzałem młodym zawodnikom – trzymajcie się swoich pierwszych trenerów, wychowawców; oni was najlepiej znają, inni tylko chcą wykorzystać wasz talent. Ile ja miałem kontuzji przez trenerów, którzy nagle przychodzili i kazali mi coś robić. Najgorzej było w kadrze, bo tam często przychodzili nowi trenerzy. Po Igrzyskach w Tokio odszedł Drużbiak, po nim co chwilę mieliśmy kogoś innego. Zresztą, sport uprawiało bardzo wiele osób, które są specjalistami w zupełnie innej dziedzinie, chociażby Leszek Balcerowicz.

 

Ale bardzo niewielu osiągnęło taki sukces.

- Szkoda, że więcej nie mówi się o tym, ile znanych osób uprawiało sport. Społeczeństwo powinno wiedzieć, jakie to jest ważne, żeby się doskonalić fizycznie – poznać swoje ciało, wytrzymałość; wiedzieć, co to jest ból, zwycięstwo albo niepowodzenie. Tak zresztą jest w kulturze greckiej, tak ważnej dla naszej cywilizacji.

 

Poza uczelnią pracuje Pan także jako biegły sądowy.

- Analizuję wypadki samochodowe. Podczas tego wszystko jest logiczne, wynika z analizy dowodów materialnych, a dalej  z obliczeń i wzorów. Nikt nie jest w stanie oszukać i twierdzić np. że jechał wolniej niż w rzeczywistości. Wiele ludzi chciałoby wierzyć, że istnieje coś takiego, jak cud, ale tak nie jest – cały świat jest logiczny, cudem może być tylko coś, czego jeszcze nie udało się nam zrozumieć. Wie Pan, szkoda, że nie rozmawialiśmy o fizyce, to jest znacznie bardziej interesujące niż sport!

 



16:05, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (10) »
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie