niedziela, 30 września 2007
  

To zdaje się dawny poseł SLD Janik powiedział kiedyś, że ”polityka, jak muchę, można zabić gazetą”. Istotnie szczęśliwie udało się parę razy zatopić niezatapialnych kacyków, baronów, ministrów, sekretarzy, doradców i ich kolesiów. A czy gazetą można 'zabić' piłkarza?

 

 

Oto jeden z największych talentów niemieckiego czy wręcz światowego futbolu Sebastian Deisler, który w wieku 27 lat zakończył karierę, po 8 miesiącach przerwał milczenie i udzielił wywiadu ”Tagesspiegel”. Wstrząsającego. Napisałem o tym tutaj, ale krótko. Jego historia jest niezwykle smutna. Dwa razy wypadał ze składu tuż przed samym wyjazdem na mundial (2002 i 2006), miał pięć operacji kolana. Trudno od czegoś takiego nie popaść w depresję, co też mu się przydarzyło - leczył się w klinice. Przez cały czas jego klub - Bayern Monachium wspierał go w walce o powrót, nie naciskał, dawał czas - za co Deisler dziękuje w wywiadzie Uli Hoenessowi.

 

Ale to nie tylko pechowe kontuzje były powodem depresji. To presja oczekiwań, której nie potrafił sprostać nastolatek, nagle obsypany milionami, luksusem, sławą, wyniesiony wbrew sobie do rangi niemieckiego Beckhama. I jeszcze coś. Deisler opisuje wydarzenia z października 2001 roku, kiedy brukowy dziennik „Bild” opublikował wyciąg z konta piłkarza, na którym widniało 20 mln marek od Bayernu Monachium za to, że Deisler - wówczas zawodnik Herthy Berlin - przejdzie tam w czerwcu 2002 roku.

 

„Dowiedziałem się o tym w południe, a wieczorem zagrałem przeciwko HSV i w tym meczu odniosłem pierwszą, przewlekłą kontuzję kolana. Kilka miesięcy wcześniej oznajmiłem menedżerowi Herthy, Dieterowi Hoeneßowi, że latem odejdę do Bayernu. Błagał mnie, żebym nikogo o tym nie informował, bo wprowadzę niepokój w zespole. Prosił, żeby się wstrzymał pół roku. Poszedłem mu na rękę, bo uważałem, że zawdzięczam coś Herthcie - to z niej trafiłem do reprezentacji Niemiec.

Ciężko było mi milczeć. Ktoś ciągle plotkował, pytali dziennikarze, fani, koledzy z drużyny. W październiku sprawa stała się jasna, a ja zostałem uznany za zdrajcę. Znienawidzono mnie w Berlinie. Znieważano mnie na trybunie, kiedy nie grałem z powodu kontuzji. Już wtedy powinienem był zerwać z futbolem, ale nie umiałem. Chciałem udowodnić, że zrobię dla Herthy wszystko, ale nie mogłem, z powodu kontuzji. Zamknąłem się w sobie. Potrzebowałem spokoju. Niedawno znalazłem zdjęcie z tamtego okresu, z greckiej restauracji do ktorej zabrał mnie kolega z drużyny, Kostas Konstantinidis. Nie mogę na nie patrzeć. Widać na mojej twarzy cały ból, jaki wówczas czułem, wszystkie problemy jakie przeżywałem. To wówczas popadłem w depresję. Do Bayernu przeszedłem ze zniszczonym kolanem i zniszczoną głową...  

Nie twierdzę, że cała depresja Deislera i spieprzona przez to kariera to wina „Bilda”. Wygląda na to, że miał kłopoty z psychiką od dziecka (w wywiadzie opisuje jak bardzo przeżywał naigrywanie się z jego niskiego wzrostu przez kolegów z boiska choć w piłkę grał najlepiej ze wszystkich). Przecież moja gazeta też nie przemilczałaby wiedzy, że np. Paweł Brożek odchodzi po sezonie do Legii, a na jego koncie jest 20 mln pln. Ale też zastanawiam się czy kariera Deislera potoczyłaby się inaczej gdyby nie tamten artykuł? Czy może nie rozwaliłby tego samego dnia kolana na amen? Pojechał na mundial w Japonii i Korei i został wicemistrzem świata? Tego nie dowiemy się nigdy.

 

20:15, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (4) »
sobota, 29 września 2007

Nie ma jak dobre wiadomości w sobotę z rana. Przegląd Sportowy pisze, że prezes Michał Listkiewicz chce przedłużyć kontrakt z Leo Beenhakkerem do finałów mistrzostw świata 2010. I to już w październiku, po meczu z Kazachstanem, nie czekając na rozstrzygnięcie czy awansujemy do Euro 2008.

REWELACJA! Po pierwsze polski futbol byłby nadal zabezpieczony na jakiś czas przed zgudbnym wpływem 'polskiej myśli szkoleniowej'. A do tego Leo poznał już chłopaków z młodzieżówki, był z nimi na MŚ U-20 w Kanadzie, powoli mógłby tworzyć wizję składu na eliminacje 2010. A najważniejsze zachowana byłaby ciągłość w budowaniu teamu na Euro 2012.

Przedłużenie kontraktu z Leo to także byłby pierwszy krok ku zatrudnieniu w roli szefa szkolenia w PZPN jakiegoś jego rodaka lub innego fachowca z Niemiec czy Francji. Kogoś kto wspólnie z Holendrem zacząłby tworzyć wreszcie SYSTEM.

Czy Listkiewiczowi uda sie wprowadzić ten śmiały plan? O ciepły klimat wokół Beenhakkera zabiega już od kilkunastu dni – temu miało służyłć spotkanie trenera kadry z członkami Wydziału Szkolenia PZPN i zarządem związku.

'Polska myśl szkoleniowa' nie zamierza się poddać bez walki. Na razie przeprowadza analizy strategii okrążającej i wytycza punkty oporu. Antoni Piechniczek: – Odnoszę wrażenie, że działania Listkiewicza są przemyślane i zakładają przedłużenie umowy z Holenderem - odkrywa. I zastrzega: - W polskiej rzeczywistości podpisywano nową umowę tylko po osiągnięciu celu.
Przyznaje jednak, że - Beenhakker ma ogromne poparcie mediów, a także sympatię kibiców. Od meczu z Portugalią w Chorzowie. Słuszna uwaga starego wygi jakim jest pan Antonii. W tym nasza (mediów i kibiców) siła! Trzeba rozpętać akcję: Leo 2010. Chyba, że chcemy znów rzucić kadrę w objęcia naszych rodzimych fachowców, wychowanych na podręcznikach Jerzego Talagi.
10:03, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (11) »
piątek, 28 września 2007
 

Sprawa się wyjaśniła. Energie Cottbus ma nowego trenera. To Bojan Prasnikar - były trener reprezentacji Słowenii, który cztery razy z rzędu zdobył tytuł mistrza kraju z Mariborem. Czy można go nazwać słoweńskim Smudą, nie mam pojęcia? Przyznaję jednak, że okazałem się człowiekiem małej wiary, nie wierząc, żeby Franciszek Smuda otrzymał propozycję objęcia tego klubu Bundesligi (o czym pisałem poniżej). Owszem, dostał, co potwierdzają i niemieckie media (”Kicker”, ”Tagesspiegtel”) i on sam.

  

Oto co powiedział Smuda specjalnie dla bloga 'Polsport': - Dostałem z Energie propozycję i to bardzo konkretną, a nie jakąś tam ściemę typu Michniewicz w Steaule Bukareszt czy w Chelsea. Ale ją odrzuciłem, choć utrzymać Energie w lidze w tej sytuacji byłoby nie lada wyzwaniem. Powiedziałem im, że od nowego sezonu, czemu nie, ale teraz trudno mi zostawić Lecha. Chcę być fair, chcę wypełnić kontrakt. Choć przyjaciele mówili mi: ”idź do Cottbus, bo za dwa tygodnie wypierniczą cię z Lecha i będziesz żałował”. Zostaję, choćby i miało być źle. To była kusząca oferta, bo Bundesliga to jedna z najlepszych lig, a żaden polski trener nie pracuje porządnej lidze. Jedyny, którego doceniaj zagranią to Kasperczak, a i on pracuje w Afryce

Heh, oto Franz jakiego kochamy. Jeszcze zdołał włożyć szpilę i Michniewiczowi i Henri'emu... 

 

 

Bartoszewsky sugeruje, że może w Cottbus chcieli Smudę, bo przypomina im Eduarda Geyera, byłego trenera reprezentacji NRD, który wprowadził Energie z ligi regionalnej do Bundesligi i był znanym motywatorem i zamordystą, trzymającym zespół twardą łapą. Jakby nie było, zwracam panu Franciszkowi honor: chcieli go w Bundeslidze jak najbardziej. To on nie chciał. Może innym razem...

 
czwartek, 27 września 2007
 

 

Nasz człowiek z Poznania donosi, że Bundesliga pyta o Smudę

 

Co o tym myślę? Otóż myślę, cytując Ola z ”Psów” Pasikowskiego, że ”to taka sama prawda, jak to, że Franz miał strzelać do papieża...”

 

Ale spróbujmy na chwilę podejść do tej plotki - rozpuszczanej zreszt przez głównego zainteresowanego - poważnie. Otóż nie ma takich szans, żeby jakikolwiek klub Bundesligi, nawet ostatnia w tabeli Energie Cottbus, co w tym sezonie jeszcze nie wygrała meczu, miał chęć na zatrudnienie Franciszka Smudy. Jeśli kiedykolwiek Franz był bliski pracy w Niemczech to tylko pod koniec lat 90. kiedy jego Widzew jak równy z równym walczył w Lidze Mistrzów z Borussią Dortmund. Później pamiętam już tylko anegdotę z czasów jego pracy w Legii, jak czekał na ”ważny telefon z Reichu”, o czym rozpowiadał na prawo i lewo. Podczas odprawy znany wesołek Piotr Mosór ukradkiem wybierał numer komórki trenera (nie było jeszcze wówczas identyfikacji numerów) i zelektryzowany Franz wybiegał co chwila z odprawy, a chłopaki miały polewkę. Ponoć Smuda miał się później dowiedzieć ofiarą czyich żartów się stał i znienawidzić Mosóra.

Rzadki to widok: Smuda przy komputerze 

Stare dobre czasy. Zwłaszcza dla Franza, bez którego nasza liga byłaby mniej kolorowa, z tym się zgadzam. Ale wielobarwność postaci Smudy to trochę za mało, żeby znaleźć pracę w jakimkolwiek klubie na Zachodzie, Południu, Północy, a teraz i Wschodzie Europy. Nie miejmy złudzeń, że w jakiejkolwiek z europejskich lig ktoś zatrudniłby trenera jawnie deklarującego pogardę dla wiedzy, laptopów, analiz a'la Benitez, Mourinho & co...

 

”To jest mój laptop” - mówi bowiem Smuda wskazując swój nos i szczyci się tym, że w pracy kieruje się wyłącznie intuicją oraz szczęściem”. ”Umiejętności i predyspozycje do futbolu potrafię ocenić kiedy widzę, jak piłkarz porusza się na... schodach” - powiedział kiedyś na przykład. Uwielbiam słychać takich i innych cytatów Smudy jak ten, że ”przed własną publicznością padliny grać nie można. Musimy przez 90 minut być desperados”. Ale jako prezes klubu z aspiracjami Smudy nie zatrudniłbym nigdy. Sorry Franz (czy jak kto woli entschuldigung)

 

środa, 26 września 2007
   

  

Nazywa się Lukas Jutkiewicz, ma 17 lat i jest napastnikiem Evertonu. Jak kiedyś Wayne Rooney. A jeszcze do tego w 2004 roku został najlepszym strzelcem turnieju Milk Cup w Irlandii Północnej, tak samo jak cztery lata przed nim słynny Anglik. The Toffees zapłacili za niego Swindon Town 1 milion funtów. Już w debiucie Jutkiewicz strzelił gola w towarzyskim meczu przeciwko Bury. W Premier League jeszcze nie zagrał, ale to kwestia czasu, bo w Evertonie od lat stawiają na młodych. David Moyes ma do nich dobrą rękę prawie jak Arsene Wenger w Arsenalu. Rooney miał 16 lat i 360 dni kiedy stal się najmłodszym strzelcem w historii Premier League (pamiętny gol przeciwko Arsenalowi). Inny wychowanek Evertonu James Vaughan zadebiurtował w lidze mają 16 lat i 271 dni. Na razie Moyes zapowiedział, że nie puści Jutkiewicza na żadne wypożyczenie, żeby się ogra, bo jest mu potyrzebny na miejscu.

 

Łukasz urodził się w Southampton i ma obywatelstwo brytyjskie. Gdyby chciał mógłby grać w reprezentacji Anglii, a także Litwy i Irlandii. Ale chce grać w reprezentacji Polski! Pisze o tym „Super Express” 

  

- Nie znam polskiego, ale szybko się nauczę. Powaga! Bo już zdecydowałem, że wolę grać dla Polski niż Anglii. To moja niezależna decyzja, nikt mnie do niczego nie namawiał - mówi Jutkiewicz.

Akurat nieznajomość języka to żaden problem. Do kadry Michała Globisza szturmem przedarł się przecież Ben Starosta z Brendford, który także wcześniej nie znał słowa po polsku. A teraz szewc mógłby się uczyć od niego przekleństw ;-). Ale co ważniejsze, Leo Beenhakker po swoich kontaktach z 'Orzełkami' miał stwierdzić, że to jeden z najciekawszych piłkarzy.

 

Ciekawe czy sprawdzi się scenariusz, że za 20 lat piłkarską reprezentację Polski będą tworzyć dzieci dzisiejszych emigrantów, lekarzy pracujących Irlandii, Anglii i Szkocji, hydraulików z Francji i pielęgniarek z Hiszpanii, wychowanych w tamtejszych szkółkach piłkarskich? To nie jest wcale taki zły scenariusz, byle tylko chcieli grać...

Czy Jutkiewicz okaże się nowym Rooney'em? Zobaczymy. Następna stacja musiałaby brzmieć: Old Trafford. Sądząc jednak po tym, że odkrywca jego talentu w Southampton - tamtejszy youth development officer, czyli odpowiedzialny w klubie za młodzież Jimmy Fraser, najpierw przyczynił się do zwolnienia 14-letniego piłkarza, a potem „dał mu drugą szansę” w Swindon - dziś pracuje dla Chelsea, następna stacja Lukasa może brzmieć: Stamford Bridge. Czego jemu i sobie życzę...

 

Gol Jutkiewicza jeszcze w barwach Swindon. Taki sobie, więcej szczęścia niż umiejetności, ale zawsze...

 
17:31, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 września 2007

 

W Katalonii oburzenie i żal: Ronaldinho balanguje w klubach do wczesnych godzin porannych, a potem nie ma siły ani pomysłu na boisku. Rijkaard odsuwa go od składu, sadza na ławce. Fani odsądzają od czci i wiary. Fani Barcy zresztą gdy tylko gdzieś go przyłapią na tańcach w nocnym klubie, natychmiast dzwonią do mediów, by te nagłośniły występek Brazylijczyka...

 

Tu ktoś podejrzał Ronaldinho na pląsach z blond pięknością:

 

 

Umówmy się, że nie daje specjalnie czadu. Ani nie pije morza alkoholu jak angielscy piłkarze, ani nie szaleje na parkiecie jak Travolta. Ot stoi w miejscu, rusza głownie biodrami, specjalnie się nie przemęcza. Tyle, że w miłym towarzystwie.

 

Doradziłbym fanom Barcy - odczepcie się od Ronaldinho! Piętnowanie go to zła taktyka. Po pierwsze piłkarskim geniuszom wolno więcej. To Brazylijczyk, musi się pobawić, wyluzować. Nocna zabawa z dziewczyną jeśli ma jakikolwiek wpływ na jego późniejszą grę to tylko zbawienny. Udowadniali to w przeszłości i Pele (wymykają się ze zgrupowania kadry na mistrzostwach świata w Szwecji z lokalnymi pięknościami) i Romario (podczas mundialu w USA w 1994). So what? Oni tak mają. na treningach muszą się poobijać. Myślicie, że Ronaldinho byłby maszynką do strzelania goli i słynącego z treningowego reżimu Felixa Magatha, który w Bayernie lubił przeprowadzić zajęcia o 4. rano?

 

Poza tym Ronaldinho bawił się zawsze i wszędzie. Pamiętam jeszcze w czaach PSG media obiegały zeznania dziewczyn ile to ten chłopak nie może..., a następnego dnia zdobywał hat-trick. Bawił się i w Barcelonie, ale kiedy Barca zostawała mistrzem nikomu to nie przeszkadzało. Nawet w ubiegłym sezonie kiedy balangi i olewanie treningów publicznie wypominał mu Eto'o, wszyscy wzięli stronę Brazylijczyka. Dopiero co stawiali mu drinki i nie pozwalali zapłacić za coikolwiek w dyskotece, teraz się oburzają. Skąd ta hipokryzja, nie mam pojęcia.

 

Pewnie odejdzie. Może do Chelsea, bo na Wyspach zarobi o niebo lepiej i zapłaci mniejsze podatki. Gdzie by nie odszedł, niech lepiej zawsze pozwalają mu na zabawę, jeśli nie chcą zabić w nim całą radości życia i frajdy z bycia piłkarzem.

 

I przestanie wam tańczyć tak:

17:35, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (4) »
 

Nirvana

 

(Pol)sport sportem ale kto mi zabroni od czasu do czasu napisać coś o swoich fascynacjach muzycznych (czy filmowych - planach)? A mam nieprzepartą (jak mawia Jan Rokita) ochotę dać tu kilka utworów bez prądu Nirvany...

 

 

Jeśli chodzi o edukację muzyczną to na początku (czyli w 1984) była... Lista Przebojów Programu III Marka Niedźwieckiego czyli mainstream, z którego najbardziej podobała mi się Kora i Maanam. Choć miałem też przegraną od kolegi bez kabla czyli głośnik w głośnik garażową kasetę Brygady Kryzys, która w mediach publicznych (a innych nie było) była nieobecna. Pierwszy koncert - Oddział Zamknięty. Byłem wtedy w 8. klasie i OZ był gwiazdą tzw. Turnieju Młodych Talentów gdzie zadebiutowali Azyl P. ('Chyba umieram', 'Mała Maggie' - czy ktoś ich jeszcze pamięta?) i Klaus Mittfoch. Pamiętam, że publika przyjęła Lecha Janerkę i jego kumpli mocno ironicznie. Krzyczała: „Brawo młode talenty!”, bo na scenie chłopaki z brodami wyglądali jakby mieli sporo po 30. Oczywiście nikt nie zrozumiał wówczas tekstów w rodzaju 'Muł pancerny' czy 'Jezu jak się cieszę'...

 W skrócie powiem tylko, że w LO byłem fanem The Cure i nosiłem fryzurę a'la Robert Smith. Oprócz tego przeżywałem fascynacje Joy Division, Depeche Mode, Axlem Rosem i Guns 'n' Roses. Aż na studiach dotarł do mnie grunge. Przede wszystkim Peal Jam i Nirvana, ale i Soungarden, Stone Temple Pilot, potem dziewczyny z Breeders - w Polsce właśnie pozakładali kablówkę, wyłuskałem ich z MTV. Oczywiście zaczęło się od 'Smells Like Teen Spirit'. Nie będę ściemniał, że słuchałem Nirvany wcześniej, choć znam wielu takich co ściemniają, że znali. Ale też nie uważałem jak bohater 'Był sobie chłopiec', że Kurt Cobain (Kirk O'bain) to napastnik to napastnik Man United... 

 

Płyta 'Nevermind' była jak uderzenie obuchem w łeb. Później czytałem jak na rozdaniu nagród MTV zadedykowali dyrektorom stacji słynny utwór 'Rape me' z tekstem: Rape Me, My Friend/Rape Me Again/I'm Not The Only One/Do It And Do It Again/ Waste Me/Taste Me, My Friend/My Favorite Inside Source/I'll Kiss Your Open Sores Appreciate Your Concern/You'll Always Stink And Burn. Wybuchła z tego wielka afera, trochę większa niż pokazanie tyłka publiczności przez Janka Borysewicza...

 

A w 1993 wyszła płyta 'Unplugged in New York', gdzie oprócz własnych utworów nagrali niesamowite covery jak 'Plateau', 'Lake of fire' czy najlepszy, wieńczący płytę "Where Did You Sleep Last Night". Na szczęście nie Cobain nie zgodził się zagrać 'Smells', mówiąc, że granie tego utworu bez prądu ten byłby totalną pomyłką... Stanowczo ta płyta podbnie jak Nevermind znalazłaby się w moim Top 10 najlepszych albumów w historii, który pewnie kiedyś stworzę...

 

About the Girl

 

 

Where Did You Sleep Last Night

   

 

 

17:26, francuski_lacznik , Co jest grane
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 24 września 2007

 

Właśnie ogłoszono, że najbogatszym angielskim klubem jest Arsenal. Po przeprowadzce na nowy Emirates Stadium wpływy klubu wzrosły o 274 procent! Między 31 maja 2006 a 2007 roku zarobili 200 mln funtów. To więcej niż mistrz Anglii, Manchester United (167.8 mln), Chelsea (152.8 mln) i tylkop o 2 mln funtów mniej niz rekordzista Real Madryt.

Wszystko dzięki nowemu stadionowi na 60 tys. widzów gdzie przeprowadzili się w ubiegłym sezonie z 34-tysięcznego Highbury. Każdy mecz na Emirates Stadium to przychód w wysokości minimum 3.1 mln funtów. Niebywała wiadomość, wydawało sie, że po odejściu Henry'ego, Ljungberga, a wcześniej Vieiry i Piresa Arsenal znajdzie się na równi pochyłej.

Po słabym ubiegłym sezonie bez żadnego trofeum, w tym 'Kanonierzy' wypadaną z Wielkiej Czwórki, która co roku kwalifikuje sie do Ligi Mistrzów. Wszystko jednak wskazuje na to, że raczej właśnie rozpoczyna się dla Arsenalu złota era. Wenger znów udowodnił, że zawsze potrafi znaleźć godnych następców dla odchodzących gwiazd. Odszedł Vieira, na lidera wyrósł Henry, który wcześniej grał dobrze tylko wtedy kiedy dobrze grała cała drużyna. Odszedł Henry, liderem jest 20-letni Cesc Fabregas.

A Wenger znów odkrywa nowe talenty. Po Emmanuelu Ebue, który był dla mnie objawieniem sezonu 2005-06 teraz Bacary Sagna, Gael Clichy i Abou Diaby. Nikt nie pamieta, że grał tu kiedyś Ashley Cole. Własnie przebudził się Emmanuel Adebayor za chwilę dorosną i będą błyszczeć Theo Wallcot i Niclaus Bendtner...

Drużyna Wengera gra najpiękniejszy i najbardziej ofensywny futbol w Europie. Jak Roma i Sevilla, która właśnie pokonali w LM. To dlatego takie tłumy walą na Emirates Stadium i będą waliły. Klub jest pierwszy w Premier League, w tym sezonie nie przegrał jeszcze meczu. W żadnych rozgrywkach.

Z okazji tak świetnych wyników dyrektor zarządzający Arsenalu, Keith Edelman ogłosił, że trener Wenger otrzyma rekordowe 70 mln funtów na transfery. Tylko na kogo je wyda? Bo przecież jak dopowiada Edelman: - Nasza filozofią nie jest pozyskiwanie największych gwiazd, ale kreowanie ich i to sprawdza się bardzo dobrze.Wenger miał już mnóstwo pieniędzy do wydania latem tego roku, ale prawie z nich nie skorzystał. Niech jednak wie, że jeśli będzie potrzebował wielkich nazwisk za wielkie pieniądze, ma je do dyspozycji. Brawo Arsenal i Wenger. Tak się zdobywa uznanie na świecie. Do sukcesu niekoniecznie potrzebny jest sugar daddy w postaci Romana Abramowicza. Konieczna jest wizja i konsekwencja.

niedziela, 23 września 2007

  Drogba z lewej, Eto'o z prawej. A kto w środku, nie mam pojęcia

Ja wiem, że pisząc o szacunku dla Didiera Drogby za prywatny bunt przeciwko zwolnieniu Jose Mourinho, mający skutkować żądaniem wystawienia na listę transferową - może nieco przesadziłem z mitologizowaniem piłkarzy z Afryki. Ponieważ jednak widziałem futbol w Afryce z bliska: kiedyś pojechałem do Nigerii tropami Emmanuela Olisadebe, widziałem placyk w Warri, na którym zaczynał i klub w Onitschy pod granicą z Kamerunem, skąd trafił do Polonii. Widziałem jak gra się w futbol w Senegalu, Mali, Burkina Faso, Nigrze, i dlatego muszę bronić Afrykańczyków przed niektórymi opiniami internautów...

 

Otóż q6a6s6 pisze: „jeszcze ktoś uwierzy w bzdurę jakoby półinteligenci z Czarnego Lądu żywili jakiekolwiek uczucia względem czegokolwiek oprócz portfela (w tym miejscu generalizuję rzecz jasna, tak jak i Pan to uczynił...), przykład oddania i wdzięczności to Essien czy Diarra, którzy odmówili treningów i wyjścia na boisko gdy Lyon próbował wynegocjować lepszą cenę, Obi mający podpisany kontrakt z MU nagle wyznaje że został zmuszony do umowy i od dziecka marzył o grze w The Blues, Martins zasłania się wyimaginowaną kontuzją przed wyjściem na boisko w meczu z Wolves czym przybija gwoździe do trumny Roedera, Eto'o publicznie krytykuje trenera któremu zawdzięcza bądź co bądź więcej niż wiele, są to jedynie pierwsze lepsze przykłady które mi przyszły do głowy, a na zakończenie dodam iż Drogba już wielokrotnie ujawniał chęć nowych wyzwań, a teraz po prostu ma dobry pretekst”

 

Po pierwsze, ostrożnie z tymi „półinteligentami z Czarnego Lądu”. Najbardziej inteligentnym piłkarzem jakiego spotkałem w życiu (może obok Juergena Klinsmanna) okazał się czarny jak noc Lilian Thuram. Na konferencji przed finałem ostatnich mistrzostw świata mówił do dziennikarzy językiem profesora college'u, m.in. o homogeniczności reprezentacji Włoch. Złożę się, że większość piłkarzy na świecie nie miałaby pojęcia co miał na myśli. Wiem, wiem, po pierwsze Thuram urodził się w Gwadelupie a nie Afryce, po drugie wychował we Francji, ale przecież podobnie jak Michael Essien i połowa grających w Europie Afrykańczyków.

Edit: przypomniała mi się też rozmowa z Nigeryjczykiem Danielem Amokachi, który kiedyś przyjechał z Besiktasem do Warszawy na mecz z Legią. Okazało się, że jest świeżo po egzaminach na prawo na uniwersytecie w Houston. Zamierzał jeszcze trochę pobawić się w futbol, a studia rozpocząć później. Już wtedy oprócz angielskiego mówił po niemiecku, hiszpańsku i włosku.

 

 

W każdym razie kolor skóry jest ostatnią rzeczą, decydującą o inteligencji.

 

Poza tym sprawa Eto'o. Kameruńczyk krytykował publicznie Rijkaarda nie dlatego, że chciał większych zarobków czy zgody na transfer. Miał pretensje, że trener pozwala Ronaldinho obijać się na treningach, balangować i brać udział w sesjach fotograficznych na całym świecie. Tymczasem Barca miała kryzys, nie wygrywała. Eto'o chciał wstrząsnąć całą drużyną. Wyszło na jego, bo Barcelona nie obroniła tytułu.

Drogba, Eeto'o, EssienI tu dochodzimy do tego co napisał and288, że „Drogba zachowuje się jak dziecko, a nie jak profesjonalista, któremu klub płaci kilka milionów funtów za sezon”. Publiczna krytyka Eto'o też była nieprofesjonalna. Ale obaj poszli za głosem serca. Kameruńczyk ryzykował posadzeniem na trybunach, czyli zmniejszeniem zarobków (brak premii). Po prostu myślą „po afrykańsku”. Ktoś jak przysłowiowy Hernan Crespo, który tylko we Włoszech zaliczył Parmę, Lazio, Inter, Milan i znowu Inter machnąłby ręką. Nowy trener czy starty, wygrywamy czy przegrywamy, wsio ryba, ważne żeby kasa się zgadzała, żeby na ręku był rollex, a w garażu porsche - jak to kiedyś podsumował wielki Roy Keane. Nie znoszę takich piłkarzy. A Drogbę i Eto'o i szanuję.

  

Na koniec: w.wozniak polemizuje co do słuszności wyboru gola przeciwko Evertonowi za najpiękniejszy w karierze Drogby. Uznałem tak, bo po pierwsze taaaakich strzałów prawie się nie ogląda, a po drugie to był gol, który dał Chelsea zwycięstwo w 87 minucie. Przyznaję jednak, że spokojnie może z nim konkurować bramka przeciwko Barcelonie w Lidze Mistrzów na 1:0. Jeśli uznamy, że DD strzelił go 10 razy lepszej drużynie niż Everton, to zgoda - jest ważniejszy, a więc i piękniejszy choć wartość artystyczna taka sama.

 

  Przy okazji, jeśli czegoś zazdroszczę Anglikom (oprócz ligi piłkarskiej) to bogactwa języka. Tam takiego gole nazywają screamer. Jak to przetłumaczyć? - wywołujący wrzask (radości - kibiców; wściekłości - bramkarza). Na własny użytek przyjąłem tłumaczenie: „wrzaskun”.

 

 

 

A tu ktoś ułożył swoją listę 10 najpiękniejszych goli Drogby. Everton dopiero na 5. miejscu, Barcelona na 2. Wygrał niemal bliźniaczy do tego ostatniego gol przeciwko Liverpoolowi. Może dlatego, że DD miał mniej czasu na przymierzenie i oddanie. A może dla układającego wygrana z The Reds jest ważniejsza niż z Barcą...

 

   
15:17, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie