piątek, 31 sierpnia 2012

Wraca Liga Mistrzów, wracają też konkursy na Polsporcie! W tym do wygrania widoczna na zdjęciu piłka adidasa jaką będą rozgrywane mecze w tej edycji Champions League. Tylko jedna i pisząc to, jeszcze nie wiem, co będzie trzeba zrobić, żeby ją wygrać. Zaraz wymyślę, ale najpierw krótki zachwyt nad wylosowanymi w czwartek przez Denisa Lawa, George’a Weah (ale się posunął - wygląda o wiele gorzej niż dużo starszy od niego Ruud Gullit, który też losował) i Steve McManamana. Czeka nas kilka smakowitych pojedynków jak Chelsea - Juventus, Bayern  - Valencia czy nawet Milan - Malaga, przede wszystkim jednak każdy w „grupie śmierci” i niezwykle cieszę się, że trafiła do niej polska Borussia Dortmund. Jak znam życie i tak pokazywalibyśmy każdy mecz Lewandowskiego, Piszczka i Kuby, super, że przeciwko takim gigantom jak Real Madryt, Manchester City i Ajax nie dajmy na to Lille, Braga czy Olympiacos.

Tyle się spekulowało i przed Euro 2012 i po, że Lewym interesują się czołowe angielskie kluby jak Chelsea, Manchester United czy City, tylko władze Borussii zaparły się przed transferem, uznając, że Polak jest nie-do-zastąpienia. Piszczkiem miał się interesować sam Jose Mourtinho. Fajnie że wielki europejski futbol powie teraz naszym chłopakom: „sprawdzam!” Piszczek będzie musiał powstrzymać samego Cristiano Ronaldo, Lewy toczyć boje z Sergio Ramosem i Pepe. Gol strzelony Ikerowi Casillasowi byłby wejściem na kolejny level. Nie wiele łatwej będzie trafić do bramki Joe Harta. Po ludzku, po kibicowsku cieszę się na te pojedynki. Podobnie jak na starcia trenerskich umysłów Mourinho z Juergenem Kloppem i Roberto Mancinim (Frank de Boer nawet jeśli okaże się równie wielkim trenerem jakim był piłkarzem, to niestety nie ma armat). Poprzednia edycja zakończyła się klęską i Borussii i City, obie drużyny zapłaciły frycowe. Czy teraz będą mądrzejsze? Real to dla mnie faworyt nie tylko grupowy, ale całych rozgrywek (na równi z Barceloną), City na papierze kadrę ma porównywalną, ale początek sezonu pokazał, że wciąż chyba nie jest drużyną. Czy Borussia to wykorzysta i sama zagra tak jak w licznych meczach z Bayernem zamiast jak z Olimpiakosem, Olympique Marsylia i Arsenalem przed rokiem?

Cieszę się, że tym razem reforma Platiniego nie wrzuciła nam do grup zbyt wielu dostarczycieli punktów. Że wraca tak wiele dawno nie widzianych, a solidnych firm jak Juventus Turyn, Paris Saint-Germain, Anderlecht po pięciu latach z Wasylem na środku obrony, Galatasaray, Cluj i BATE Borysów, które podczas poprzednich wizyt pokazały się z całkiem dobrej strony... Szykuje nam się kilka magicznych wieczorów, czego mocno brakowało mi w ostatnich rundach grupowych, np. w ostatniej ciekawie wypadł tylko dwumecz Barcelony z Milanem.

Niech więc stanie się magia! A skoro tak to przechodzimy do konkursu. Opiszcie mi w komentarzach jakiś magiczny dla Was moment z dowolnego meczu Ligi Mistrzów, ale, uwaga ... - yeah właśnie na to wpadłem! - musi zaczynać się od „gdyby” a po nim, następować „to”. Wzór: „Gdyby .... (w meczu takim to a takim, ten a nie inny, zrobił coś innego, a nie to właśnie, albo piłka nie spadła tam, albo, no sami wiecie)... to...” To kto wie..., to nigdy... to do dziś... No to jedziemy!

ps: zastanawiałem się czy do nagrody nie dołączyć srebrnej piłki Hugo Bossa z autografem Kuby Błaszczkowskiego, której po jakimś poprzednim konkursie WCIĄŻ NIE ODEBRAŁ Quentin. Sam jestem ciekaw czy jej wartość spadła po Euro 2012 czy wręcz przeciwnie. A może dopiero wzrośnie po rundzie grupowej Ligi Mistrzów? Piłka oczywiście czeka nadal, a ta z obrazka na któregoś z Was, więc zapraszam:)

17:19, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (117) »
czwartek, 30 sierpnia 2012

 

Oto trzech piłkarzy, z których jeden odbierze dziś w Monaco nagrodę UEFA dla Najlepszego Piłkarza w Europie w minionym sezonie. Coś z tym obrazkiem jest nie tak, drogi czytelniku. Pobawimy się w ‘znajdź szczegóły’? Mnie wyraźnie kogoś brakuje w tym szacownym gronie? Konkretnie: Najlepszego Piłkarza w Europie w minionym sezonie - Didiera Drogby. Piłkarza, który osobiście wygrał dla Chelsea Ligę Mistrzów. Nie pamiętam by w ostatnich latach jakiś jeden zawodnik miał większy wpływ na losy swej drużyny niż on. Zinedine Zidane w 2002? Gol strzelony Napoli, bez którego The Blues szybko zakończyliby zabawę w Lidze Mistrzów, gol strzelony Barcy w pierwszym meczu na Stamford Bridge, okej - także i dwa karne po jego faulach, oba zmarnowane przez Leo Messiego i Arjena Robbena, gol który dał Chelsea dogrywkę w finale z Bayernem, wreszcie decydujący rzut karny, osttani w serii, wykorzystany perfekcyjnie!

Dla Drogby to już była ostatnia okazja, żeby wygrać upragnioną Ligę Mistrzów. Wiedział, że to jego ostatni sezon. I mimo, że szczyt formy i najlepszy sezon w karierze miał już dawno za sobą, niczym wielki bokserski, w każdym meczu w drodze do finału wchodził do ringu i zrobił swoje. A przy tym pozostał skromny: zapytany o najważniejszy punkt zwycięskiej kampanii Chelsea w Champions League wskazał... wybicie piłki z linii bramkowej przez Ashley’a Cole’a w Neapolu po strzale Maggio. Bo byłoby 1-4 i już po nas - wyjasnił.

Droga UEFA, brak tego piłkarza choćby w trójce wyróżnionych w plebiscycie, to - cytując słowa samego Drogby - wielkie fucking disgrace...



wtorek, 14 sierpnia 2012

Byłem przeciwny wyborowi Waldemara Fornalika na selekcjonera reprezentacji. Ale głównie z powodu okoliczności wyboru, a nie samej postaci trenera, kto wie, może nawet najlepszej z polskich kandydatur, a przynajmniej wzbudzającego szacunek. Niestety niczym grzech pierworodny spada na niego to, że wymyślił go sobie demiurg polskiego futbolu, Antonii Piechniczek i przeforsował, nie oglądając się na żądne tam konkursy ofert, poważne rozmowy z zainteresowanymi kandydatami na temat ich wizji kadry i gry w trudnej grupie mundialowych eliminacji. Nie dano żadnej szansy Piotrowi Nowakowi, Henrykowi Kasperczakowi czy kto by tam jeszcze chciał, wrzucono na medialny rynek papierowe kandydatury Jacka Zielińskiego, który wcale nie chciał tej fuchy i Jerzego Engela. Nie wspominam już o dogmacie, że trener musi być Polakiem, co uniemożliwiło przekazanie reprezentacji po prostu najlepszemu dostępnemu fachowcowi na rynku, na jakiego byłoby nas stać. Gdyby Piechniczek wymyślił, że selekcjonerem zostanie np. Adam Nawałka, to w środę z Estonią debiutował by Nawałka...

Teraz jednak kiedy Waldemar Fornalik jest już selekcjonerem i stoi w przededniu debiutu, nie zmierzam strzelać focha, traktować go złośliwie czy nieuczciwie oceniać jego pracę. Wręcz przeciwnie, życzę mu jak najlepiej, mając w tym ten sam interes, co wszyscy prawdziwi kibice: chcę awansu do mundialu w Brazylii! Nawet kosztem hołdu jaki wymusi na nas wówczas Piechniczek. Proszę bardzo, grupowe wygrane z Anglią i Ukrainą (bez nich awansu nie będzie) są tego warte. Dlatego choć po ostatnich dwóch i pół roku mam już dość meczów towarzyskich naszej reprezentacji, bo absolutni nic z nich nie wynikło dla późniejszej gry o punkty, na ten w Estonii czekam z niezwykłą ciekawością i dlatego przyjechałem do Tallina prosto z igrzysk w Londynie.

Oczywiście sam wynik jest sprawą drugorzędną. Na grę w pełni nowego stylu Fornalika przyjdzie nam pewnie trochę poczekać - niestety do pierwszych meczu o punkty, wyjazdowy mecz z Czarnogórą już 7 września. Czasu na obwąchanie się z piłkarzami selekcjoner dostał cholernie mało. W głowach piłkarzy siedzi przecież niepowodzenie na Euro 2012. A przynajmniej mam nadzieję, że siedzi, a nie spłynęło jak po holenderskim piłkarzu, dla którego porażka to nie koniec świata, są przecież sprawy ważniejsze niż futbol, miał być to przecież turniej ich życia. Deklarują, że będą chcieli odbić sobie to ostatnie miejsce w grupie, udowodnić wszystkim, że umieją grać i podziękować awansem kibicom za doping na Euro. Piękne deklaracje, mam nadzieję, że szczere, a nie tylko politycznie poprawne. Fornalik musi im w tym pomóc. Zadanie piekielne trudne.

Estonia to jedyne przetarcie przed meczami o stawkę. Fornalik chce wydobyć z drużyny wszystko to co, było dobre u Franciszka Smudy, a parę rzeczy w grze było jednak dobrych, choć trwały krótko, uzupełniając braki. Czy zmieni system gry na 4-4-2, żeby tak bezradnie osamotniony na Euro Robert Lewandowski miał większe wsparcie, a drużyna więcej szans na gole? Do tego debiutant Fornalik będzie musiał postawić na debiutanta Arkadiusza Piecha (debiutanta, bo drugiej połowy sparingu pseudoreprezentacji Polski z pseudoreprezentacją Bośnią i Hercegowiną nie liczę), co niesie duże ryzyko. Ale takim samym było powierzenie kadry trenerowi Ruchu Chorzów. Może więc warto spróbować, popatrzmy.

Na mecz z Estonią Fornalik musi też podjąć dwie brzemienne decyzje: wybrać nowego, lub potwierdzić pozycję starego kapitana oraz zadecydować o obsadzie bramki. Kuba Błaszczykowski Euro 2012 miał średnio udane, choć arcyważną bramkę z Rosją, w dodatku niezwykle piękną, przedłużając nasze szanse na awanas, sprawiając, że kolejny turniej nie zakończył się dla polskich kibiców po drugim meczu i ostatni nie był o honor. Przynajmniej w tym meczu był prawdziwym, podziwianym liderem. Mecz z Czechami nie wyszedł nikomu, w dodatku tuż po nim Kuba rozpętał aferę biletową, na czym ucierpiał jego autorytet. Czy jednak zmiana kapitana w tym momencie nie zaszkodziłaby grupie jaką dostał Fornalik. Gdyby przekazał opaskę np. Marcinowi Wasileskiemu, chyba jedynej postaci w kadrze, która na to zasługuje, być może pokazałby się jako silny szef i oznaczył terytorium, ale miałby w kadrze przed ważnymi meczami przynajmniej jednego sfrustrowanego piłkarza. Dla Kuby byłby to policzek, coś jak kara za niepowodzenie na Euro. Przeraził mnie jego wywiad, aż boje się do niego zagadać, a co jeśli w trakcie rozmowy nie zgodzi się z własnym zdaniem? Nie chcę takiego rozedrganego Kuby na boisku...

Błaszczykowski zirytowany na dziennikarzy: Jak mam z wami rozmawiać?

Kwestia bramkarza też może pociągnąć za sobą brzemienne skutki. Smuda zachwiał własną hierarchią i sprzeniewierzył się własnym deklaracjom, że numerem 1 jest Wojtek Szczęsny, nie wstawiając go na powrót do bramki po odbyciu zawieszenia z Rosją. Na mecz z Czechami nie miało to żadnego wpływu, ale na atmosferę w drużynie, na pewno. Z drugiej strony Przemysław Tytoń to jedyny z Polaków, który z Euro 2012 wrócił na tarczy z tarczą. Pamiętam jak przed meczem z Czechami Kuba czy Wasyl deklarowali, że daje im mnóstwo pewności i spokoju z tyłu. Może mówili tak, żeby go wzmocnić, bo wiedzieli, że to on zagra. A może istotnie lepiej współpracuje im się z bramkarzem PSV niż Arsenalu, choć towarzyskie mecze z Niemcami i Portugalią pokazały, że Szczęsny potrafi remisować mecze. No właśnie - mecze towarzyskie. Właściwie każda decyzja Fornalika i Andrzeja Dawidziuka o obsadzie bramki może być dobra i zła zarazem. Dotąd w kadrze rywalizacji o bramkę nie było. Czy sztab znów ustali hierarchię z mocnym numerem 1, czy też pozwoli co mecz rywalizować chłopakom o miejsce do ostatniego treningu? I co jeśli Artur Boruc w końcu znajdzie klub i zasłuży na powołanie? Pamiętam, że jego współpraca z Dawidziukiem zaowocowała fantastycznym występem na Euro 2008. Ale Boruc to sprawa odległa. Pytanie kto zagra z Estonią? I czy ten sam bramkarz będzie bronił z Czarnogórą?

Przed Fornalikiem bezsenne noce...

 



niedziela, 12 sierpnia 2012

 

Wreszcie, ostatniego dnia zmagań lekkoatletycznych wdarłem się na Stadion Olimpijski, by z bliska obejrzeć znicz olimpijski i pooglądać jakieś zawody. A to dlatego, że żaden Polak nie zdobył dziś medalu, w przeciwnym razie spędziłbym czas przed wioską olimpijską czekając z kamerą na szczęściarza, sprawdzając wyniki na smartfonie i nasłuchując okrzyków uniesienia z pobliskiego stadionu. Obejrzałem triumf brytyjskiego biegacza, Mo Farah’a na 5000 m, który jak w biegu na 10 000 metrów znów pokonał koalicję słynnych Etiopczyków i Kenijczyków. Gdy minął linię mety, finiszując jakby biegł na 400 m, stadion eksplodował (taka radość zapanuje pewnie kiedyś na Wembley jak Anglicy znów wygrają jakiś piłkarski turniej). Bądźcie pewni, że w tym momencie większość londyńczyków przykłada sobie ręce do głowy układając je w literę M, by uhonorować pochodzącego z ogarniętej wojną Somalii atletę (gdzie również stał się bohaterem).

Obejrzałem też finał biegu kobiet na 800 m, w którym słynna Caster Semenya zdobyła srebrny medal. Zawodniczka, której płeć wciąż jest kwestionowana (IAAF zawiesił ją na 11 miesięcy dopatrując się obojniactwa, ale w 2010 znów pozwolił jej startować nie ujawniając wyników badań) przez cały bieg trzymała się na ostatnim miejscu, by na zaatakować jak torpeda. Wystarczyło na srebro, ale w Caster było tyle siły, że podejrzewałem, że świadomie zrezygnowała ze złota, by nie wznawiać spekulacji na temat swojej płci.

W międzyczasie swój srebrny medal odebrała Anita Włodarczyk i była to dopiero moja druga polska dekoracja w Londynie po otwierającym igrzyska srebrze Sylwii Bogackiej. Srebrem zaczęliśmy i srebrem skończyliśmy. Jaka szkoda, że nie złotem, bo ostatni raz Mazurka Dąbrowskiego na igrzyskach wysłuchałem... w 2004 roku w Atenach gdy grali go dla Otylii Jędrzejczak!

Przede wszystkim jednak wreszcie obejrzałem na żywo Usaina Bolta i to od razu trafiając na rekord świata w sztafecie 4 x 100 m, którą Jamajczyk doprowadził do końca, zdobywając swój szósty złoty medal olimpijski. I przy okazji stałem się świadkiem jego niezaplanowanego boju o... symboliczną, zwycięską pałeczkę, którą przekazywali sobie z kolegami. Gdy Bolt minął metę, pieczętując czasem 36,84 rekord świata Jamajczyków, nie zdążył jeszcze zacząć czarować publiczności na trybunach i widzów przed telewizorami tradycyjnymi wygibasami i pozami zwycięzcy, gdy pani sędzia odbierająca pałeczki wyciągnęła rękę po jego. Bolt zręcznie ominął jednak jej dłoń i przyciskając pałeczkę do piersi pobiegł przed siebie. Ledwo zdążył owinąć się w jamajską flagę wraz z kolegą z teamu, Yohanem Blakiem, gdy sędzia techniczna podeszła do nich wsparta starszym kolegą w okularach i w ostrych słowach zażądała oddania pałeczki.

Bolt - pierwszy człowiek, który na dwóch kolejnych igrzyskach wygrał biegi na 100 i 200 m, zbaraniał. Jak to, ktoś śmie jemu, legendzie sprintu odebrać taką pamiątkę? Trudno było odczytać z ruchu warg jak argumentuje, żeby zostawiono go w spokoju, ale jako fan futbolu i Manchesteru United mógł powołać się na znany ze stadionów piłkarskich zwyczaj, że zawodnik, który zdobył hat-tricka w ważnym spotkaniu zatrzymuje szczęśliwą piłkę na zawsze. Jak zrobił choć Robert Lewandowski po zwycięskim finale Pucharu Niemiec przeciwko Bayernowi Monachium. Czy Leo Messi po wbiciu czterech goli Arsenalowi w Lidze Mistrzów.

Jamajczyk proponował, że po prostu pokaże arbitrom pałeczkę, ale nie będzie się z nią rozstawać. Sędziowie byli jednak nieugięci. Mówili, że muszą zważyć i zmierzyć pałeczkę, by upewnić się, że jest przepisowa. Zrezygnowany Bolt zrobił wkurzoną minę, machnął ręką i zostawiając żółty plastik w ich rękach odszedł zrobić z kolegami rundę wokół stadionu olimpijskiego i szaleć z kibicami. Widzowie, którzy obejrzeli spór o pałeczkę na wielkich telebimach, przyjęli decyzję sędziów gwizdami i buczeniem. Tymczasem dziennikarze zaczęli zastanawiać się czy nie chodzi o coś więc niż tylko pomiar . Owen Gibson z "Guardiana" zasugerował na twitterze, że może sprytni organizatorzy igrzysk chcą wystawić pałeczkę na aukcję.

Inni zastanawiali się czy to przypadkiem nie jakiś element nowej reklamy sponsora Bolta, kręcony gdzieś z ukrycia kamerą. Przed igrzyskami i w ich trakcie telewizje obiegła reklamówka karty Visa, w której Bolt ściga się po ulicach Londynu z jednym z pasażerów samolotu, z którym wylądował w stolicy Wielkiej Brytanii. Rywal robi wszystko, żeby zostawić sprintera w tyle, a na końcu okazuje się... sędzią startowym zawodów. Ostatecznie Bolt po wielu perypetiach zdąża na start na Stadionie Olimpijskim. W sobotę też skończyło się happy endem dla Jamajczyka. Już po długim świętowaniu rekordu i zwycięstwa, gdy Bolt maszerował już do wyjścia do szatni, ktoś podbiegł do niego i wręczył pałeczkę. Złoty medalista zasalutował nią w kierunku trybun, na wszelki wypadek owinął jamajską flagą i uśmiechnięty od ucha do ucha, jak dzieciak, który znalazł pod choinką wymarzony prezent, zniknął w tunelu...

00:07, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (5) »
wtorek, 07 sierpnia 2012

 

Właśnie obejrzałem w Weymouth dramatyczny finisz regat widnsurferów i dwa polskie brązowe medale, ale teraz napiszę o innym brązie, zapaśniczym.

Pierwszą reakcją Damiana Janikowskiego, gdy sekundy po końcu walki wreszcie do niego dotarło, że ma brązowy medal, było podbiegnięcie do trenera Ryszarda Wolnego, pochwycenie w żelaznym uścisku i powalenie efektownym rzutem na matę. Przypuszczam, że złoty medalista olimpijski z Atlanty gdyby tylko chciał, potrafiłby skontrować młodziaka i zawinąć w precelek, w czasach kariery był mistrzem jakich mało. Ale powiedział mi później, że był przygotowany na ten dziękczynny rzut, więc tylko się asekurował przy upadku. Zapaśnicy nie podrzucają swoich trenerów w górę, jak piłkarze czy siatkarze, oni rzucają na matę.

 Gdy zawodnik kończy karierę, ma przed sobą kilka opcji na dalsze życie, w zależności od dyscypliny. Może zostać telewizyjnym ekspertem, tylko że na co dzień najbardziej potrzebni są ci od piłki nożnej, siatkówki, ostatnio jeszcze tenisa. Zawodnicy dyscyplin olimpijskich potrzebni są co dwa lata. z okazji igrzysk, ewentualnie mistrzostw świata. Może zostać agentem, ale tu porządne pieniądze zarabiają tylko agenci piłkarzy. Mogą odejść od sportu i ‘pójść w biznes’, ale spróbować zostać trenerem. Dwaj złoci medaliści olimpijscy z Atlanty, Wolny i Włodzimierz Zawadzki, których w Londynie wspierał z trybun trzeci, Andrzej Wroński, postanowili sobie, że przywrócą zapasom dawny blask, z czasów kiedy sami walczyli. I zaprzeczą stereotypowi, że mistrz nigdy nie wychowa kolejnego mistrza. Nie było łatwo, bo zastali spaloną ziemię, upadające jeden za drugim klubu, głównie wojskowe, odcięte od pieniędzy, nie potrafiące znaleźć sponsorów, zawodników, uciekających za chlebem do ligi niemieckiej. Ale zabrali się do roboty. I 16 lat po swoim triumfie w Atlancie dochowali brązowego medalisty. I zapowiadają, że za cztery lata w Rio medali będzie więcej i może z bardziej atrakcyjnych kruszców. Mówią, że już mają w kadrze kolejnego Janikowskiego...

Ostatni raz rozmawiałem z nimi właśnie w Atlancie w 1996 roku. To były moje pierwsze igrzyska, a pierwszy tekst jaki z nich przysłałem był wywiad właśnie z Wolnym, który złoto zdobył pierwszego dnia igrzysk wraz z Renatą Mauer, Pawłem Nastulą i Wrońskim. Wczoraj późnym wieczorem, stojąc przed wioską olimpijską przyznałem się do jednej z największych wpadek w zawodowej karierze, choć nie zawinionej przeze mnie. Otóż w tamtym wywiadzie pan Ryszard opowiadał, że jego złoto jest tym większym cudem, że przez ostatnie miesiące zmagał się z kontuzją kręgosłupa. Jeszcze dwa miesiące przed startem w Atlancie ból był tak wielki, że nie był w stanie schodzić do wózka. Niestety pewien baardzo wybitny redaktor Gazety Wyborczej, wypożyczony do sportu tylko na czas igrzysk, uznał, że młody korespondent coś pokręcił i zredagował to w ten sposób, że Wolny jeszcze dwa miesiące przed wyjazdem na igrzyska... nie schodził z inwalidzkiego wózka! Rany, jak to przeczytałem, uznałem, że jestem spalony w środowisku zapaśniczym, a jeśli musiałem później obsługiwać np. mistrzostwa świata w zapasach rozgrywane w Warszawie, starałem się przynajmniej nie napatoczyć na Wolnego. Wczoraj poprosiłem o rozgrzeszenie. Pogroził mi tylko palcem i powiedział, że miałem szczęście, że ten wywiad nie trafił w jego ręce...

Po igrzyskach w Londynie karierę kończą inni wielcy mistrzowie: wioślarscy dominatorzy. Adam Korol, czterokrotny mistrz świata w czwórce podwójnej i złoty medalista z Pekinu powiedział mi, że po odłożeniu wioseł zamierza zrobić doktorat na gdańskim AWF oraz poświęcić się wychowaniu poprzez wioślarstwo trudnej młodzieży w gdańskim liceów nr 6. Wyjaśnia, że to 'trudny' rejon Gdańska. - Miejscowe dzieciaki mają ciężko w życiu, często są zostawiane same sobie. Zapewniamy im wiele atrakcji, zgrupowania, zawody, korzystanie z sali, basenu - mówi. No i treningi z wielkim mistrzem, legendą dyscypliny. Życzę mu z całego serca, że wychował swego następcę, albo następczynię i przeżył uniesienie jakiego dostąpili Wolny z Zawadzkim. Zasługuje na to jak mało kto... 

18:54, francuski_lacznik , Londyn 2012
Link Komentarze (6) »
środa, 01 sierpnia 2012

Długie godziny spędziłem przed wioską olimpijską czekając na pokonaną Otylię Jędrzejczak. Złota medalistka z Aten, ten nasz Otylek, który tak bardzo nas zachwycał, kiedy dominował w basenie, potem kiedy przeżywał rodzinną tragedię, podniósł się po niej, wrócił i wykazał niezwykłą determinację, żeby wystartować w Londynie, nie zdołał zakwalifikować się do finału na swym koronnym dystansie. Chciałem pogadać o jej ostatnim występie na igrzyskach, ale się nie doczekałem się. W końcu przeszedł Paweł Korzeniowski, który sam zajął rozczarowujące, siódme miejsce i powiedział, że Oti rozklejona i nie pogada.

Wejście do wioski, która wygląda jak nowoczesne blokowisko, to śmieszne miejsce. Przewalają się tabuny znanych i nieznanych sportowców. Od koszykarzy NBA po rosyjskiego judokę, Mansura Isajewa, który wracał nabuzowany i wyciągnął z kieszeni złoty medal. Fajnie było poczuć w rękach złoto, ciekawe ile jeszcze trzeba będzie czekać na polskie, do piątku, kiedy startują Konrad Czerniak, Tomek Majewski czy Julka Michalska? Czy do soboty, kiedy znów chwyci za broń - i to w swej ulubionej konkurencji - st. szeregowa Sylwia Bogacka...

Natknąłem się też na polskiego badmintonistę, Adama Cwalinę, którego partner zerwał podczas meczu ścięgno Achillesa i wyznał nam, że wraca do Polskim, bo ma dość patrzenia na radosnych, podekscytowanych sportowców. Gorycz sportowca, który nie był w stanie spełnić swoich marzeń nie dlatego, że któryś z rywali okazał się lepszy... 

Przemknęli też polscy siatkarze, którzy mężnie znieśli porażkę z Bułgarią, przyznając, że nie mieli swego dnia, za to mecz fantastycznie wyszedł rywalom. Paweł Zagumny zastanawiał się, czy porażka nie była Polakom potrzebna po serii zwycięstw pod wodzą Andrei Anastasiego i czy nie pomoże w walce o medal, bo Polacy to naród, który nie lubi jak jest za dobrze, ale dobrze radzi sobie, gdy ma nóż na gardle. Krzysztof Ignaczak dodał, że już nie ma marginesu na wpadki czy słabsze dni. Trzeba wygrywać wszystko do końca, żeby wyjść z grupy na przyzwoitym miejscu, pozwalającym na walkę o medal. Sprawdzimy ich w czwartkowym meczu z Argentyną...

Pozostaje czekać. Na Julkę, Tomka, Sylwię, chłopaków Anastasiego, a może na parę siatkarzy plażowych, zwanych Fijałkami od lidera, Grzegorza Fijałka, partnera Mariusza Prudla, którzy pokonali najlepszą parę na świecie, z USA, nie dając zasnąć premierowi Wielkiej Brytanii, Davidowi Cameronowi, w jego rezydencji na Downing Street10...

 

 

  



13:31, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (11) »
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie