poniedziałek, 30 lipca 2012

Długo będę pamiętał ten wieczór w hali Earls Court, gdzie nasi siatkarze tak udanie rozpoczęli walkę na turnieju olimpijskim! Nie tylko dlatego, że nasi pewnie pokonali jedną z najlepszych drużyn świata, Włochów, w ostatnim secie tak bardzo dominując nad rywalami, że niemal ośmieszając ich. To był naprawdę świetny mecz. Pierwszy set dla Włochów, drugi dla nas, trzeci niezwykle wyrównany, łeb w łeb, punkt za punkt, kto wygrywał zyskiwał przewagę psychiczną przed decydującym, czwarty. Wygrali nasi, Włosi pękli psychicznie i już się nie podnieśli. Widzieć polską drużynę tak dominującą nad renomowanym rywalem - bezcenne. Podobnie jak mądrość trenera, który potrafił odmienić losy spotkania po nieudanym początku. Zwłaszcza dla kogoś kto zazwyczaj ugania się za piłkarzami nożnymi i w mix-zonach wysłuchuje głównie opowieści, dlaczego się nie udało, co zawiodło, czego zabrakło, choć było już tak blisko - jak po wszystkich trzech naszych meczach na Euro 2012.

Równie wielkie wrażenie zrobili na mnie kibice. Polacy zaprawdę grali u siebie, hala była biało-czerwona od góry do dołu i od prawej do lewej. Doping był wspaniały i - co jest dużym szokiem dla dziennikarz snującego się po stadionach piłkarskich - absolutnie skoncentrowany na pomaganiu naszym, a nie obrażaniu rywali. Żadnego jazda z k... (choć nie mówię tu o Euro 2012, bo i tam kibice byli cudowni). Ci z Earls Court skandowali tylko „Polskaaaa, biało-czerwoni, Polacy, gramy u siebie, i dopiero na koniec pozwolili sobie na leciutko drwiące Arrivederci, la-la-la-ala-la! Siatkarze byli zachwyceni, doping był im potrzebny, dodał animuszu w trudnym momencie. Krzysztof Ignaczak mówił nam, że czuli się jak w Polsce. Choć wiedzieli, że w Londynie mieszka chyba z milion Polaków, to nie spodziewali się, że aż tylu z nich będzie ich wspierać na trybunach. Marcin Możdżonek też dziękował, choć dodał, że nieskromnie liczył właśnie na taki doping.

Siatkarze przy bliższym poznaniu także wyjątkowi jak na polskich sportowców. Fajni, skromni, skoncentrowani na zadaniu, co dla tych, którzy ich znają jest oczywiste ale ja - wstyd przyznać - ostatni mecz reprezentacji Polski na żywo oglądałem na... igrzyskach w Atenach, kiedy prowadząc 2:0 przegrali 2:3 z Argentyną. Michał Winiarski powiedział nam, że nikt z nich nie upaja się pokonaniem Włochów. - Nie myślcie sobie, że w każdym meczu będzie tak jak w tym ostatnim secie. Od dwóch, trzech miesięcy rzeczywiście wygrywamy wiele spotkań, ale dlatego, że nie podniecamy się tym, stąpamy twardo po ziemi i po każdym zwycięstwie myślimy o kolejnym spotkaniu. Nie myślimy więc jeszcze o ćwierćfinale, ale o spotkaniu z Bułgarią, która może i przeżywa swoje problemy, ale to jest turniej olimpijski i na pewno nie będzie łatwo.

Przyjechali jako faworyci, zwycięzcy Ligi Światowej i trzymają się swojej roli. I wygląda na to, że przez całe igrzyska, aż do finału osładzać nam będą niepowodzenia kolejnych polskich sportowców, jak owej feralnej niedzieli...



16:14, francuski_lacznik , Londyn 2012
Link Komentarze (6) »
sobota, 28 lipca 2012

 

Czyż mogłem przypuszczać, że już pierwszego dnia igrzysk dane mi będzie wziąć do ręki i zawiesić sobie na szyi pierwszy polski medal olimpijski? W życiu! Co prawda bardzo liczyłem na Sylwię Gruchałę, która zapowiadała, że to jej ostatnie igrzyska, wywróciła do góry nogami całe życie, podporządkowując wszystko temu startowi, zmieniła trenera, przeniosła z Gdańska do Warszawy, zerwała ze światem celebrytów i „Tańcem z Gwiazdami”. Niestety przegrała w pierwszej walce turnieju olimpijskiego, a ja nawet na nią nie dotarłem, ponieważ zupełnym przypadkiem trafiłem po drodze na pierwszą konkurencję w programie igrzysk - strzelectwo (nie będę ściemniał, po prostu mieszkamy dwa przystanki autobusowe od Royal Artillery Barracks), a tam poznałem inną Sylwię i... utknąłem na parę godzin.

 

Były to drugie zawody strzeleckie jakie widziałem w życiu. Pierwsze - w 2000 roku na igrzyskach Sydney, gdzie Renata Mauer zdobyła drugi złoty medal po igrzyskach w Atlancie. Strzelnica w Londynie mieści się w barakach, które wyglądają tak, jakby spadły na ziemię z kosmosu. Gdy wszedłem, sala pełna była Chińczyków, wzdychających z uniesieniem oooooooh! po każdym strzale Polki i swoich zawodniczek, nie szło rozeznać czy z zachwytu, że Polka słabo, czy w panice, że Polka dobrze. A Sylwii szło rewelacyjnie. Po wygranych kwalifikacjach, w których tylko raz nie trafiła dychy, walczyła praktycznie tylko z dwiema Chinkami. Wszystko szło idealnie do ósmego strzału, w którym trafiła 9, a Chińczycy znów wydali to samo westchnienie co zwykle, ale ich zawodniczka, Siling Yi wyprzedziła Polkę. Po następnym strzale Sylwia spadła na trzecie miejsce za Dan Yu, ale ostatnim niemal perfekcyjnym strzałem wróciła na drugie podium.

 

Po dekoracji i konferencji prasowej - nim zniknęła na trzy godziny na kontroli dopingowej - okazała się niezwykle równą dziewczyną, nie tylko dlatego, że sama zaproponowała, żebym zawiesił sobie jej medal na chwilę. Opowiadała, że nie umie wysiedzieć w domu na miejscu, a strzelanie to nie jej jedyna pasja (lubi strzelać z karabinu snajperskiego i umie trafić w 10-groszówkę z 300 m, lubi „grzebać w samochodzie”, dwa razy sama wymontowała i wstawiła nową skrzynie biegów, kręcą ją samochody rajdowe WRC i zdążyła już parę razy poszaleć na szutrze. Tu opowiada o walce o medal, walce z samą sobą:

Bogacka: przed startem oglądałam w internecie medale i mówiłam ''Boże, jakie one są śliczne''

Spotkałem też grupkę kibiców Sylwii z Polski, w koszulkach „Kocham Polskę za Sylwię Bogacką”, którzy w hali przekrzykiwali dominujących fanów z Chin, wspierając Polkę, czym ją wzruszyli, bo jak nam powiedziała, zawsze na strzelnicy jest sama jak palec i w kompletnej ciszy. trochę o nie opowiedzieli. Np. że Sylwia to zadziora. Wiedzieliśmy, że da power na sam koniec! Jest delikatna, ale ma w sobie lwi pazur i zawsze walczy do końca. A co najlepsze, że sukces Sylwii to niespodzianka, bo jej koronna konkurencja - karabinek pneumatyczny z trzech pozycji - dopiero 4 sierpnia!

21:37, francuski_lacznik , Londyn 2012
Link Komentarze (9) »
piątek, 27 lipca 2012

Wybrałem się do monstrualnego centrum wystawowego ExCel  nad Tamizą, gdzie w pięciu halach wielkości terminala na Okęciu każda odbędą się zmagania bokserów, judoków, zapaśników, tenisistów stołowych i szermierzy. Poszedłem na ostatni trening Sylwii Gruchały i pozostałych florecistek przed jutrzejszą walką w turnieju indywidualnym. A raczej nie na trening, ale na lekcję, jakiej udzielił dziewczynom fechmistrz (nie trener!) Longin Szmit (o tym co przede wszystkim musi przekazać podczas tego ostatniego sprawdzianu godziny przed występem, jak widzi szanse swoich zawodniczek i co musi zrobić Sylwia w pierwszej walce, żeby w kolejnych poszło z górki - wkrótce na sport.pl.

Ciekawsze, że szukając salki treningowej trafiłem na imponującą halę, a na której odbędą się jutrzejsze zawody. Podesty już gotowe, flagi już wiszą, a telebimy wyświetlają nazwiska pierwszych zawodniczek. A tymczasem na tyłach trybun, które już za paręnaście godzin zapełnią tłumy widzów, ekipy robotników gorączkowo kończą skręcanie podtrzymujących siedzenia stalowych rurek, w ruch idą piły, kombinerki, młotki itp. Zobaczcie sami.

 

A tak się martwiliśmy trzy miesiące przed rozpoczęciem Euro 2012 to tu to tam stoi jeszcze pryzma cegieł czy piachu. Tu nie było widać po Londyńczykach, żeby przejmowali się zbytnio tym, że zaledwie dzień przed zawodami kasy z biletami malowane są na niebiesko, brama wjazdowa na czarno, a w okół walają się płyty pilśniowe i wszystko wygląda tak jakby igrzyska miały się odbyć za miesiąc...



14:56, francuski_lacznik , Londyn 2012
Link Komentarze (6) »

 

Pierwszy kontakt z olimpijskim Londynem: nadzwyczaj pozytywny! Lot - bez turbulencji. Obok w fotelu - Karolina Michalczuk, jedyny przedstawiciel polskiego boksu w Londynie. Szybko narzuciła na głowę kaptur i zapadała w koncentracyjną drzemkę, więc nie pogadaliśmy. Na Heathrow nigdy tak szybko nie przemieściłem się z samolotu na zewnątrz. Zaraz po wyjściu z rękawa przejął nas woluntariusz, mówiący po polsku Londyńczyk i powiódł ścieżką dla rodziny olimpijskiej. Wyjątkowo żałowałem, że wyrabianie akredytacji - zwykle ciągnące się w nieskończoność - tym razem trwało nie więcej niż minutę, co zrozumiecie rzucając okiem na zdjęcie;) Chodzi oczywiście o tego Azjatę, który życzył mi zdobycia złotego medalu, choć nie sprecyzował w jakiej dyscyplinie;)

 

Słynny londyński korek widzieliśmy tylko z okienek schodzącego do lądowania samolotu, za to ciągnący się od lotniska do samego centrum. Heathrow Express błyskawicznie i komfortowo, w ciszy i klimatyzacji, śledząc na plazmie historię rekordów świata Jeleny Isibajewej dostaliśmy się na stację Paddington. Tam miny nam zrzedły gdy przesiedliśmy się na linię Central. Wydawało się, że przynajmniej połowa 12-milionowej aglomeracji Londynu postanowiła akurat w tym momencie wybrać się w kierunku Parku Olimpijskiego (po ulicach krążył znicz olimpijski, więc wszyscy zeszli pod ziemię). Przydaliby się upychacze metrowi z Tokio! Spoceni, ściśnięci jak sardynki w puszcze jechaliśmy 45 minut. W dodatku przemknęło nam przez myśl, że nikogo nie zainteresowały nasze olbrzymie 20-kilowe torbiszcza, może powinno...

Przeszukano nas za to dokładnie prze wejściu na teren obiektów olimpijskich w drodze do Main Press Center. Bramki, prześwietlanie, skanowanie akredytacji, udowadnianie, że laptop działa, wreszcie przeszukanie. Młoda pani marynarz z Royal Navy wytropiła szampon w bagażu Łukasza Ceglińskiego (tutaj jego londyński blog) i skonfiskowała. Ja miałem więcej szczęścia: rosły żołnierz w zielonym mundurze spojrzał na moje, jeszcze więsze butle z szamponem i żelem pod prysznic i mrugnął okiem. - Twoje szczęście, że jestem Szkotem. Chwała mu, bo dzięki jego łaskawości nie będę utrapieniem dla współpasażerów w porannym metrze;) Mam tylko nadzieję, że mu nie zaszkodzę tą opowieścią i nie będą sprawdzać wszystkich Szkotów w jednostce.

Zdążyliśmy jeszcze wpaść na kawałek konferencji Agnieszki Radwańskiej, chorążej naszej olimpijskiej ekipy i obejrzeć jej pomalowane na biało-czerwono paznokcie. Dziś obejrzę ją na treningu korcie. Nigdy jeszcze nie byłem na tenisowym Wimbledonie. Tyle pierwszych impresji z oblężonego miasta...

Zdjęcia: HTC One X

10:15, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (10) »
środa, 25 lipca 2012

W czwartek popołudniu lecę na igrzyska do Londynu i mimo całej ekscytacji, wierzcie mi, szczerze żałuję, że nie zaczynają się one tydzień później. Z chęcią poszedłbym bowiem w niedzielę na Łazienkowską zobaczyć na własne oczy jeden z najciekawszych projektów piłkarskich w ostatnich latach w Europie, czyli Borussię Dortmund. Niby to tylko mecz towarzyski, ale pamiętacie jak kończą się towarzyskie konfrontacje Legii z europejskimi mocarzami, dwa lata temu podczas spotkania z Arsenalem padło aż dziewięć goli. Poza tym obroniony tytuł mistrza Niemiec zobowiązuje, nie wierzę, żeby piłkarze Juergena Kloppa zamierzali zagrać padlinę, zwłaszcza, że waży się właśnie sprawa tego kto rozpocznie sezon w pierwszym składzie (Bundesliga rusza 24 sierpnia). Po drugie obaj trenerzy zapowiadają, że wystawią najsilniejsze składy. Po trzecie zagra (choć pewnie nie przez cały mecz) „polskie trio”, które przemieniło Borussię w Polussię Dormund, czy jak to ujął taksówkarz wiozący mnie z dworca na Signal Iduna Park, w Polonię Dortmund (niestety obie nazwy źle się kojarzą). W minionym sezonie widziałem BVB na żywo tylko raz, ale za to w wygranym 1:0 kluczowym meczu z Bayernem Monachium, gdzie zwycięskiego gola zdobył Robert Lewandowski, a Arjen Robben zmarnował pierwszego z kluczowych - jak się miało okazać - rzutów karnych i była to jedna z największych przyjemności jakie przeżyłem w tym fachu (usłyszeć jak 80 tys. kibiców skanduje nazwisko Polaka - bezcenne). W dodatku z trybun widać o wiele wyraźniej niż w TV dlaczego Łukasz Piszczek drugi rok z rzędu kończy w „11 sezonu Bundesligi”, jak świetnie współpracuje, uzupełnia się i gra na pamięć z Kubą Błaszczykowskim, co robi obrona, kiedy zapuszcza się pod bramkę rywala i wbiega w pole karne z... lewego skrzydła i dlaczego obaj nie byli w stanie grać w ten sposób w reprezentacji Polski.

Ale oczywiście Borussia to nie tylko Polacy. Fajnie będzie zobaczyć czy Mario Goetze wrócił do formy sprzed kontuzji, przez którą nie został gwiazdą Euro 2012 i czy będzie w stanie zagrozić pozycji Kuby, który właśnie przedłużył kontrakt. Gdybym miał możliwość zrobienia wywiadu z jednym tylko zawodnikiem BVB, wybrałbym Matsa Hummelsa, który był dla mnie objawieniem i ubiegłego sezonu i Euro 2012 do feralnego meczu z Włochami, ale i tak umieściłbym go chyba w swej jedenastce turnieju. Jeden z najlepiej technicznie i najbardziej elegancko grających obrońców Europy i dziwię się, że Barcelona i Real Madryt nie toczą właśnie o niego boju.

Choć wydaje się to niemożliwe, Kloppowi mimo sprzedaży 23-letniego Shinji Kagawy do Manchesteru United, udało się po sezonie jeszcze bardziej odmłodzić drużynę, której kadra i tak należała już do jednych z najmłodszych w Bundeslidze (średnia wieku - 23,6 roku! Młodsze kadry ma tylko Werder i Hoffenheim).  Marco Reus, który krótko, ale jednak błysnął na Euro 2012, a przez samych zawodników Bundelsigi ( zrzeszonych w VDV) wybrany na najlepszego piłkarza sezonu to wzmocnienie tak ogromne, że aż dziwię się Bayernowi, że nie podkupił go Borussii prewencyjnie. Zdobył 18 bramek, zaliczył 12 asyst i kiedy odchodził z Borussii Moenchengladbach, jej trener Lucien Favre (ten sam, który kiedyś w Herthcie ustawił Piszczka na prawej stronie) przyrównał to do straty przez barcę Leo Messiego.

Szansę na grę w niedzielę na pewno dostanie też Julian Schieber, 23-letni, rosły napastnik sprowadzony z VfB Stuttgart zapewne po to, żeby stać się kiedyś następcą Lewandowskiego, który na najbliższy sezon na pewno zostanie w Dortmundzie. BVB odrzuciło 17 mln funtów oferowane przez Chelsea, stawia zaporową cenę 35 mln, a dyrektor sportowy klubu, Hans-Joachim Watzke zadeklarował wręcz, że gotów jest postawić na to własne życie, że Polak nigdzie nie odejdzie (ma szczęście, że w Niemczech nie znany jest szlachetny rytuał seppuku). Tym czasem Schieber nie zamierza czekać na odejście Polaka, ale odgraża się, że na pozycji wysuniętego napastnika zdetronizuje go, jak Lewy Lucasa Barriosa. Zobaczymy, czy ma na to papiery.

Żałuję tylko jednego, że Rafał Wolski, choć już wznowił treningi nie nadaje się jeszcze do gry i Klopp nie zdoła przyjrzeć mu się z bliska i podjąć decyzję, że w następnym sezonie musi mieć tego chłopaka. Biorąc pod uwagę jak wielki wpływ miał na rozwój Lewandowskiego, nic lepszego Wolskiemu nie mogłoby się przydarzyć. Trudno, herr Klopp będzie musiał się wybrać do Warszawy, jak wówczas kiedy widziałem go na starym jeszcze stadionie kiedy oglądał Lewego w koszmarnie nieciekawym meczu Legii z Lechem...



sobota, 14 lipca 2012

We wstrząsającym wywiadzie dla Gazety Wyborczej, Robert Lewandowski winę za klęskę na Euro 2012 zrzucił na Franciszka Smudę, oskarżając trenera o przetrenowanie piłkarzy, brak motywacji w kluczowych momentach jak np. przerwa w meczu z Grecją, powrót do archaicznej taktyki, której drużyna nie trenowała, brak wypracowanych schematów. Po tym wywiadzie mniej mnie interesuje reakcja Smudy (zdążył już wyznać po Euro, że niczego by nie zmienił, znając go pewnie będzie się zgadzał z własnym zdaniem), a o wiele bardziej - nowego selekcjonera. Ciekaw jestem co sobie myśli Waldemar Fornalik, czytając jak niekwestionowany lider jego drużyny wdeptuje wręcz w boisko poprzednika, nie tylko piętnując błędy, ale wyznając, że piłkarze sami zmieniali rozkazy selekcjonera z przedmeczowej odprawy? Przed meczem z Rosją, Smuda kazał im przez pierwsze dziesięć minut grajcie spokojnie, a potem na nich ruszyć, ale oni uznali, że trzeba ruszyć od początku. Co myśli sobie czytając, jak Lewy zarzuca Smudzie brak opracowania wariantów na różne okoliczności i brak merytorycznej rozmowy w przerwach. - Sami ustalaliśmy, jak gramy i jak mamy zachowywać się na boisku. Trener nie milczał, niby coś mówił, ale może nie bardzo wiedział, co powiedzieć? (...) W pewnych momentach brakowało mi jego słów, które coś by dla nas znaczyły i z których dowiedzielibyśmy się czegoś nowego.

Są w wywiadzie cytaty, które pokazują, że Lewandowski czuje się liderem tej kadry i chce mieć wpływ na to, co dzieje się na boisku, na styl gry: Z Grecją do przerwy było 1:0, rywale w osłabieniu. A w szatni cisza. Powiedziałem, że musimy strzelić drugiego gola, by być pewnym wygranej. Trener tonował bojowe nastroje. Mówił, żeby grać spokojnie i czekać. W drugiej połowie nie dokonywał zmian, choć brakowało sił i zmiennicy by się przydali. Trener bał się chyba zaufać rezerwowym. A oni byli później przygaszeni, bali się ryzykować. Dziwię się, że pozwoliliśmy Grekom atakować. Powinniśmy ich dobić zaraz po przerwie.

Nie dziwię się ostrości wypowiedzi Lewego. Jest w świetnej formie, zdobył 30 goli dla Borussii Dortmund we wszystkich rozgrywkach, został Piłkarzem Sezonu w Bundeslidze, strzelił hat-tricka Bayernowi Monachium w finale Pucharu Niemiec, apetyt na niego mają czołowe kluby Europy. Na jego miejscu też czułbym, że coś mi umyka, że nie wykorzystuje szansy na sukces z reprezentacją, że nie jest wykorzystany w pełni jego potencjał. Podkreśla przecież: - Na pewno mamy lepszych zawodników niż wyniki, które osiągnęliśmy. Stać nas także na lepszą grę. Nie mamy wybitnej drużyny, ale jeśli nie działały niuanse o których wspomniałem, to trudno o wynik. Jeśli wszystko byłoby ułożone jak trzeba, awans byłby realniejszy. Być może jest to skutek współpracy z Juergenem Klopp, trenerem perfekcjonistą, który ten potencjał umie wydobyć, dbając przy tym o rozwój swoich piłkarzy.

Moim zdaniem Lewandowski - świadomie czy nieświadomie - wywiera tym wywiadem ogromną presję na Fornaliku. Krytykując defensywne ustawienie w choinkę, której efektem było to, że nie dostawał podań i dziura za jego plecami, wyraźnie wysyła sygnał, że oczekuje ofensywnej gry i ustawienia gwarantującego piłkę nie dwa, trzy razy w meczu jak na Euro 2012, z czterema obrońcami przed sobą i brakiem odegrania piłki koledze, bo żadnego z przodu nie ma. W rozmowie ze mną podkreślił wręcz, że piłkarze bardzo chętnie pomogą nowemu, niedoświadczonemu selekcjonerowi, okażą mu wsparcie. Ale czekają, aż przedstawi im spójną, sensowną wizję kadry. Co powinna obejmować? - Schematy taktyczne, jak będziemy atakowali, różne niuanse piłkarsko-sportowe. Jeśli zobaczymy, że to faktycznie ma sens, będzie nam łatwiej współpracować, bo będziemy wiedzieć, do czego dążymy i jak ten cel osiągnąć - mówi. A w wywiadzie dodaje jeszcze, że chciałbym widzieć, że treningi Fornalika są sensowne, że jest on komunikatywny i ma pomysł na drużynę. - Nie zaczyna od zera, nie musi budować kadry od początku. Chcemy mu pomóc i razem osiągnąć sukces. Jesteśmy głodni sukcesu. Chcemy zrobić coś ekstra dla kibiców, zrekompensować im Euro zwycięstwami. I to nie jednym w trzech meczach, a siedmioma w ośmiu. Tylko to mnie interesuje i tylko wtedy będę zadowolony.

Lewandowski: pomożemy trenerowi Fornalikowi, jeśli przedstawi wizję

Zdumiał mnie po wywiadzie atak kibiców na Lewandowskiego, którzy zarzucają mu, że atakuje, gdy Smuda jest już bezbronny, że powinien był przemówić wcześniej. Oto kilka znamiennych twittów:

 

 Nie rozumiem? Wolelibyście, żeby Lewandowski zabrał prawdę o tym jak było na Euro do grobu, żeby nie podzielił się nią z nami w imię... czego, lojalności wobec byłego selekcjonera? Albo, żeby wyjechał z zarzutami po meczu z Grecją, ujawnił nam wówczas co się (nie) działo w szatni? Dopiero wznieciłby pandemonium. Zero atmosfery w drużynie, dodatkowa prsja na SMudzie, który być może odsunął go od składu, cała wina za klęskę spadłaby na niego. Chyba, że zmienilibyśmy trenera w trakcie Euro, ale tylko ciekawe kto i jak by się odważył? Poza tym archaiczna taktyka zaszkodziła dopiero w meczu z Czechami, dopóki była szansa na awans trzeba było milczeć i załatwiać co się da po cichu. Uważam, że bardzo dobrze, że Lewy powiedział głośno o wszystkim teraz. Jest już nowy szkoleniowiec, jest dystans do Euro, nikt mu nie zarzuci, że działa w emocjach. Wreszcie powiedział to co piłkarze mówili nam nieoficjalnie, nie do druku. Dyskusja o tym, kto tu ma rację bardzo się przyda całej polskiej piłce

Jerzy Kulej nie żyje... Ciężko otrząsnąć się po tej wiadomości. Odszedł tuż przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich w Londynie, na które po raz pierwszy w historii nie zakwalifikował się żaden polski bokser i już go nie zdążę poprosić o komentarz... Odszedł gigant. Nie tylko najlepszy polski pięściarz w historii, prawdziwa wielka legenda sportu, ale i wspaniały człowiek, nauczyciel (m.in. w moim LO im. Adama Mickiewicza, która to robota uratowała go przed upadkiem w otchłań). Dla dziennikarza rozmówca idealny, cudowny gawędziarz, tym bardziej cieszę się, że dane mi było mieć z nim do czynienia i zapamiętam go radosnego, elokwentnego, optymistycznego jak na tym wideo podczas Pikniku Olimpijskiego rok temu. Posłuchajcie jak mówi np. o tym, co może dać wiara w Boga, nie tylko w boksie...

Kulej: mając możliwości Adamka sam wlałbym Kliczce!

Jego życie idealnie nadaje się na scenariusz filmowy. Kiedy w grudniu doznał rozległego zawału podczas benefisu 50-lecia pracy zawodowej Daniela Olbrychskiego, akurat  na scenie Teatru 6. piętro, akurat wręczał aktorowi jeden ze swoich dwóch złotych medali olimpijskich. Nagle czując, że słabnie, zdążył jeszcze rzucić: Daniel, nigdy nie byłem na deskach, teraz mnie trzymaj i stracił przytomność. Tak dramatyczne i podniosłe jak ta scena, było całe jego życie. Napisaliśmy wówczas do Wprost z Darkiem Wołowskim jego portret, którego fragmenty teraz przytoczę. 

 

Są tylko źle trafieni

(...) Po opuszczeniu ringu w 1971 roku, u szczytu sławy, niedługo po złotych igrzyskach w Meksyku desperacko szukał swojego miejsca na ziemi. Nie ukrywał myśli samobójczych, choroby alkoholowej, kryzysów rodzinnych i finansowych, po czym zawsze jakimś cudem potrafił się podnieść. A doświadczenie miał małe, bo w ringu, choć stoczył 348 walk, żaden rywal nie posłał go na deski. Mimo wszystko za swoim nauczycielem Papą Stammem zawsze powtarzał, że „nie ma twardych, są tylko źle trafieni”. Tej głośnej maksymy legendarny Stamm nauczył go w jednej z walk, gdy Kulej w przerwie między rundami wyznał mu, że przegrywa, bo rywal jest dla niego za twardy. A potem było jak zwykle, Kulej zadawał cios i oglądał podeszwy butów przeciwnika. Tego nauczył go Stamm, a także pierwszy trener Wincenty Szyiński w Skrze Częstochowa, gdzie trafił w 16. roku życia, by szukać schronienia.

Urodził się w drugim roku okupacji niemieckiej w Ostatnim Groszu – jednej z najbiedniejszych częstochowskich dzielnic. Matka robotnica w farbiarni częstochowskiej, ojciec robotnik w tartaku, po wojnie skończył zaocznie technikum mechaniczne, pracował w Hucie Bieruta. - Boks był dla mnie drogą do lepszego życia, jedynym, w czym się mogłem wyróżniać. Kocham ten sport, bo mi tyle dał. I jestem mu wierny. – wspominał Kulej. Był mały, chudy, zawsze dostawał w skórę od kolegów. Zwłaszcza od wyrośniętych chłopców, którzy otarli się o wojnę. - Od nich na podwórku uczyliśmy się szacunku dla siły - wspomina. - W szkole były rankingi, kto jest najsilniejszy. Toczyły się o to bójki. Henio, chłopak, który powtarzał rok, dowodził klasą, ustawiał wszystkich. Mnie nie lubił, bo byłem lepszy w piłkę. Ale Henio był silniejszy. I nie dawał mi żyć – wspominał Kulej. Kiedyś, po jednym z pierwszych sukcesów w boksie, przyszedł do klasy i wlał Heniowi. Wiele lat później, w 1970 roku, w chwili najwyższej chwały, gdy w Meksyku drugi raz stawał na najwyższym stopniu olimpijskiego podium i zagrano mu hymn pomyślał o Heniu. „Skurczybyku, to także dzięki tobie. Gdyby nie ty, tych wszystkich doznań nigdy bym nie miał".

 

Życie jak pod kloszem

Kulej uważany jest za najwybitniejszego polskiego boksera, bo jako jedyny obronił olimpijskie złoto. Przed nim w finałach w Meksyku przegrali Józef Grudzień i Artur Olech. Stamm powiedział mu wtedy: „Jurek, wiesz dobrze, że to nie tylko twoja, ale i moja ostatnia olimpiada. Jak nie wygrasz, to już nam nigdy więcej nie zagrają hymnu”. Finałowa walka z Enrique Requeiferosem, jak stwierdził sam Kulej, była najbardziej dramatyczną w jego karierze. Trzy silne ciosy młodego Kubańczyka były nokautujące, lecz Polak utrzymał się na nogach, choć po raz pierwszy w życiu był zamroczony. - Zobaczyłem przed oczami ciemną plamę, w którą zacząłem z uporem bić - wspominał. Wygrał pojedynek stosunkiem głosów 3:2.

A przecież tego medalu być nie powinno. 18 czerwca 1968 roku doszło do tragicznego zdarzenia: wracając wczesnym rankiem samochodem z Aleksandrowa Kujawskiego do Ciechocinka wypadł na pobocze, gdy na zakręcie wyjechała mu na rowerze dziewczynka. Samochód kilkakrotnie przekoziołkował, Kulej uderzył głową w szybę, pokiereszował sobie twarz. Na szczęście nie doszło do uszkodzenia kręgów szyjnych.

Wbrew woli lekarzy wznowił treningi, by dostać nominację do kadry olimpijskiej. Na zgrupowaniu przed igrzyskami wdał się w bójkę z milicjantami, nokautując czterech. Upiekło mu się, bo jako bokser Gwardii Warszawa sam był też oficerem milicji. - Byłem dowódcą plutonu w Golędzinowie, ale nawet nie widziałem, jakiego plutonu. Ministrowie Moczar i Świtała byli kibicami boksu i byli dla sportowców – wspominał.

Ale za pieszczoszka PRL się nie uważał. – Medale zdobywałem dla siebie i dla kibiców, a nie dla komunistycznej propagandy – mówił. I dodawał, że w Polce kochano go przede wszystkim za to, że bił Ruskich. Tak było na igrzyskach w Tokio, gdzie Grudzień, Kasprzyk i on pobili w finałach pięściarzy ZSRR. - Ludziom już nie chodziło o te medale, tylko że trzech Ruskich dostało po łbie. Przecież wszyscy pamiętali Katyń, pamiętali 17 września. Wiadomo było, że każdy sekretarz PZPR jechał najpierw po wytyczne do Moskwy. O tym się nie mówiło, ale się czuło w tej „przyjaźni" między ZSRR a nami. Sport to była jedyna dziedzina, gdzie Polak mógł normalnie wygrać - mówił. Nie przeszkodziło mu to poprosić premiera Józefa Cyrankiewicza o talon na samochód w nagrodę. Wspomina, że oficjalne premie za oba złote medale olimpijskie wyniosły wtedy 100 dolarów.

Wielu oczekiwało, że Kulej będzie boksował do igrzysk w Monachium. Tymczasem on postanowił zrezygnować u szczytu sławy. Dokonał tego w swoim stylu. Zatelefonował do Jacka Żemantowskiego, dziennikarza TVP i w Dzienniku Telewizyjnym ogłosił, że odchodzi.

 

Załamanie

Najgorsze miało się dopiero zacząć. - Podczas niektórych walk miałem wrażenie, że może do domu nie wrócę. A miałem już żonę, syna. To wszystko wyczerpało mój system nerwowy. Po kilkunastu latach stresu związanego z przezwyciężaniem strachu, bólu, kompleksów człowiek próbuje odreagować. Czasem najgorzej, jak można, czyli przy alkoholu, który jeszcze osłabia nerwy. Poza tym sport demoralizuje. Podczas zawodowej kariery koncentrujesz się na sporcie, a normalne życie istnieje jakby za szybą. Człowiek nie ma czasu rozwijać innych talentów, uczyć się rozwiązywać problemy. Żyje się jak pod kloszem. Masz sukces, to ludzie cię poznają, są życzliwi, wszystko załatwią za ciebie. A potem nagle się to kończy. I jesteś bezradny w najprostszych sytuacjach. Dochodzą jeszcze problemy ze zdrowiem, ślady dawnych kontuzji. Życie poza sportem wydaje się strasznie trudne, pełne zasadzek. Dochodzi do tego, że bezpieczniej czujesz się w ringu niż w tramwaju – mówił nam kiedyś w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Z milicji odszedł nie dostając renty. Przyznano mu ją po 27 latach. Żona otworzyła kawiarnię na Starym Mieście. Zainwestował w nią wszystkie pieniądze. Mnóstwo przyjaciół wpadało. - Władek Komar, Piotruś Szczepanik, Boguś Łazuka, Piotruś Figiel, Irena Karel, Boguś Koprowski, Andrzej Badeński. Zamykało się o północy i siedzieliśmy do czwartej rano, ktoś śpiewał ballady jak przy ognisku. Idylla trwała rok. Knajpa została zamknięta, a on został na lodzie z długiem.

Zlicytowali samochód, meble, został wyrok: 4000 zł miesięcznie do spłacenia. Zaczął szukać powrotu do sportu. W Łodzi, w Widzewie dostał 2,5 etatu: dwa lewe w fabryce i pół w klubie. Pracował z młodymi bokserami, ale po konflikcie z prezesem dostał dyscyplinarne zwolnienie. Wdał się w rozróbę. Tłumaczył póóźniej, że tylko się bronił, a to prezes przygotował prowokację z zaprzyjaźnionymi milicjantami. Otrzymał po tym dozór milicyjny. Do Warszawy wrócił, jako chuligan. Pracy nie mógł znaleźć. Przyszło załamanie. Opowiadał, że pił kiedyś 28 dni bez przerwy, sprzedając resztkę posiadanych rzeczy. Wspominał kolegów, byłych bokserów, którzy odebrali sobie życie: Janek Gałązka, Janek Górny, Włodek Caruk, Leszek Błażyński. Rozpadło się jego małżeństwo, ale z żoną rozstał się w przyjaźni.

Dostał w końcu pracę w liceum Adama Mickiewicza na Saskiej Kepie. - Pani Wiesława Brożek-Filipowska dała mi szansę. Nie miała nauczyciela wf. Poszedłem, pokazałem dyplom AWF i zacząłem pracę. Fantastyczną. Do dziś spotykam moich uczniów: dziennikarzy, lekarzy, adwokatów. Byłem na stuleciu szkoły. Cała IV b się zebrała, to była wielka radość ich zobaczyć - wspominał.

 

Kto zapomni Kuleja?

Jednym z największych marzeń Kuleja była kariera w zawodowym boksie. Oglądał w telewizji, lub czytał o wielkich zawodowych pojedynkach: Joego Louisa z Maxem Schmellingiem, albo Ingemara Johanssona z Floydem Pattersonem, czy w końcu bój w Kinszasie Mohammad Ali – George Foreman. – Każdy z nas marzył, że coś takiego kiedyś go spotka – mówił. Na amatorskim ringu pokonał zawodników, którzy byli potem zawodowymi mistrzami świata. Nie zdecydował się jednak na ucieczkę z Polski. Choć przecież często za granicę wyjeżdżał. Chciał to sobie wynagrodzić organizując pierwszą w Polsce zawodową walkę Przemysława Salety, na której jednak stracił własne 15 tys. dol. Ale nie żałował.

Imał się wielu zajęć, jak kobieta pracująca z serialu „Czterdziestolatek”. Zagrał w filmie Marka Piwowskiego „Przepraszam, czy tu biją”, gdzie z innym byłym bokserem Janem Szczepańskim stoczył walkę na komisariacie. Pierwszy raz w życiu walczył na żarty, ale był z siebie bardzo zadowolony, bo wyszła mu sztuczka techniczna przyjęcia ciosu na czoło, po której mógł skontrować odsłoniętego rywala.

Wielu aktorów znał od dawna. Przyjaźnił się z Danielem Olbrychskim czy Gustawem Holoubkiem, ale chodził też podglądać innych. Kariera w filmie była jednak nie dla Kuleja. - Harówa, obiady w nocy, potem spać nie można, a wcześnie rano do roboty. I tak w kółko. Potworny kierat. Nabrałem szacunku dla ludzi filmu. Ale nie dałem się namówić na kolejne filmy - wspominał. Pracował potem jeszcze przy „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana będąc prezesem Fundacji Kaskaderów Filmowych. Zabezpieczali ze strażakami przeprawę Skrzetuskiego kręconą na poligonie w Poznańskiem. W dwie sekundy motorówka musiała być przy tonących. Olbrychskiego ustawiał przy scenie, kiedy uderza głowami dwóch Tatarów.

Uczył boksu w Oxfordzie. Przez trzy sezony. Pojechał do swojej drugiej żony do Slow i tam odnalazł go były angielski lekkoatleta, którego poznał na igrzyskach w Tokio. Na koniec każdego semestru, był mecz bokserski z Cambridge. Zaproponowano mu pracę na stałe, ale postanowił wrócić do Polski.

Nie wierzył w wyznania Andrzeja Gołoty, że nie lubi boksu. – On go kocha, gdyby było inaczej, nie zaszedł by tak wysoko – mówił Kulej. I dodawał: - Mnie do boksu pchnęły kompleksy. A więc potrzeba pokazania, że mogę coś znaczyć, była bardzo silna. Dzięki uznaniu zdobytemu w ringu zrealizowałem i realizuję wiele potrzeb, także tych zupełnie ze sportem nie związanych.

Sport stawiał jednak ponad wszystko. - Takich emocji nie można przeżyć nigdzie indziej. W żadnym teatrze. Byłem kiedyś na „Hamlecie". Tytułową rolę grał Olbrychski. Widziałem, co on wyprawiał z tą rolą. To było wspaniałe. Ale takiego uniesienia jak na walkach Gołoty z Bowe'em nie przeżyłem nawet wtedy. Polska była rozbierana, podbijana, dominowana przez reżimy. Dlatego ten instynkt walki jest nam bliski. Myślę, że walka Gołoty, który powala na matę wielkiego mistrza Riddicka Bowe'a, to było wydarzenie, które wstrząsnęło światem. Dla przeciętnego Amerykanina Polska to Papież, wódka i Gołota. Chłopak z Pragi o wątpliwej przeszłości poruszył Amerykę. Tak jak kiedyś Janek Tomaszewski zatrzymał Anglię. W świecie nie pamięta się naszych prezydentów, ambasadorów, polityków. A sportowców tak. Kto zapomni Fibaka, Deynę, Fortunę?

Kto zapomni Kuleja?





09:02, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (8) »
środa, 11 lipca 2012

Od wtorku nowym selekcjonerem reprezentacji Polski teoretycznie jest Waldemar Fornalik. Teoretycznie, bo został tylko namaszczony przez prezesa Lato i nadtrenera Piechniczka, żadnego kontraktu jeszcze nie podpisał, bo nie rozwiązał tego z Ruchem Chorzów. Nadal prowadzi treningi Niebieskich i zanosi się, że będzie prowadził do końca lipca. Prezes Ruchu, Dariusz Smagorowicz, oczekuje od zarządu PZPN „rozwiązania prawnych problemów". Czyli chce odszkodowania. Czytałem gdzieś, że aż miliona złotych, ale nie wiem czy to prawda. Środowe negocjacje między przedstawicielami PZPN, Piechniczkiem i Rudolfem Bugdołem (ma duże doświadczenie w negocjacjach, Andrzej Iwan opisuje w autobiografii „Spalony” jak za sporą kwotę wynegocjował zwycięstwo Górnika Zabrze ze Stalą Mielec) nie przyniosły rozstrzygnięcia. Bo PZPN najwyraźniej płacić nie chce. I moim zdaniem - tu całą niechęć radzę wobec PZPN radzę wszystkim odłożyć na bok - słusznie.

Po pierwsze reprezentacja Polski to nie klub, od którego tracący trenera mogą żądać odszkodowania jak Inter Mediolan od Realu Madryt albo FC Porto za Villasa-Boasa od Chelsea. Taka nobilitacja nie zdarza się codziennie. Okej, Ruch traci cennego pracownika na kontrakcie i teoretycznie słusznie chce rekompensaty. Ale ja widzę to wyłącznie jako problem Ruchu i Fornalika. Otóż PZPN proponuje Fornalikowi wymarzoną robotę. Jeśli Fornalik chce się podjąć wyzwania - rozwiązuje kontrakt z Ruchem. Nie wierzę, żeby w przedłużonym w marcu 2012 kontrakcie nie zawarł klauzuli o zgodzie na odejście do reprezentacji. Uwierzę dopiero jak zobaczę kontrakt. Byłoby to spore zaniedbanie. Z dobrych źródeł wiem, że większość trenerów Ekstraklasy zastrzega sobie taką możliwość. A nikt chyba nie wierzy, że Antoni Piechniczek wpadł na pomysł Fornalika jako następcy Smudy dopiero po meczu z Czechami? Ruch płacze jednocześnie ze szczęścia i z żalu, ale ponieważ Waldek King! ma mu mnóstwo do zawdzięczenia, nie rzuca mu więc kłód pod nogi ale puszcza do wymarzonej roboty.

Czytam, że prezes Smagorowicz wyjeżdża właśnie na urlop, negocjacje zostają więc zawieszone. Jeśli wszystko to jest obliczone nie tylko na wyrwanie odszkodowania, ale i na to, żeby Fornalik poprowadził Ruch w meczach 2. rundy eliminacji Ligi Europejskiej (19 i 26 lipca - tak się składa, że prezes wraca z urlopu dopiero 27 lipca) to jest wielkie kuriozum, biorąc pod uwagę, że mecz z Estonią już 15 sierpnia, a eliminacje MŚ niewiele później. Fornalik powinien już śmigać po Europie od Londynu przez Dortmund po Bordeaux, a nie mieć na głowie europejskie mrzonki Ruchu. Od całej sytuacji niestety bije typowy dla polskiego futbolu brak profesjonalizmu (bo po organizacji Euro 2012 nie wypada już pisać, że typowo polski). Niby selekcjoner jest, ale go nie ma... Brawo, panowie.

I zapewniam, że to samo pisałbym gdyby chodziło o Legię, Wisłę, Lecha czy każdy inny klub. Nie czepiam się Ruchu dlatego, że to Ruch, klub ze Śląska etc, więc żeby mi było. Ruch niech się cieszy, że Waldemar ma brata, jakiś Fornalik nadal w klubie będzie, a sztuka - jak ujął klasyk - jest sztuka.



18:41, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (48) »
wtorek, 10 lipca 2012

Waldemar Fornalik trenerem reprezentacji Polski! Dobrze to czy źle? Nie umiem odpowiedzieć, Fornalik to wielka niewiadoma, wielki eksperyment PZPN. Związek powierza reprezentację zdolnemu trenerowi, któremu nie sposób odmówić fachowości, niezłemu taktykowi, z umiejętnością dostrzeżenia w piłkarzu talentu tam, gdzie inni trenerzy nie widzą i wydobycia z niego więcej potencjału niż byli w stanie inni. Tyle tylko, że dowiódł tego w Ruchu Chorzów, klubie z przeciętnymi aspiracjami, w którym panowała nieporównywalnie mniejsza presja niż była by w Legii, Wiśle Kraków czy Lechu. Nie miał okazji sprawdzić się w poważnym boju na międzynarodowej arenie, a też i współpracował z piłkarzami mniejszego nieco formatu niż ci, którzy za chwilę usiądą naprzeciw niego w szatni. Jak porównał w celnym twittcie @RafalStec, to trochę tak jak dobremu pilotowi awionetki powierzyć lot boeningiem. Boeingiem pełnym 30-paru milionów pasażerów - dodaję od siebie - pragnących dolecieć do Rio de Janeiro, na mistrzostwa świata w 2014. Może mu się udać, ale obawy są. Może udać, bo brak doświadczenia nie przekreśla z góry szansy, że odniesie sukces z kadrą. W końcu kiepskiemu trenerowi, bez charyzmy i ręki do piłkarzy kibice Ruchu nie wywiesiliby baneru „Waldek King”. Życzę mu więc serdecznie, żeby takie same, tylko w biało-czerwonych barwach pojawiły się licznie pod koniec eliminacji mistrzostw świata w Brazylii. Dla dobra jego samego, mojego i nas wszystkich...

Jakim selekcjonerem jest Fornalik przekonamy się bardzo szybko. Zapewne oprze się na 23-osobowej kadrze na Euro 2012, bo też Smuda zebrał najlepszych piłkarzy jakich mamy. Kogóż mógłby Fornalik do niej doprosić? Artura Boruca? Poczekajmy aż znajdzie nowy klub. Tomasza Kuszczaka? Akurat ta pozycja stanowi najmniejszy problem. Kolejna szanse od losu dostanie Sławomir Peszko? Sprawdzenia się w kadrze dostąpią wreszcie czołowi strzelcy Ekstraklasy, Arkadiusz Piech i Maciej Jankowski? Wobec konieczności zdobycia przynajmniej siedmiu punktów w pierwszych trzech meczach eliminacji MŚ ryzyko może być zbyt duże.

Ambiwalentne odczucia z wyborem Fornalika na selekcjonera mam - w czym zupełnie nie ma żadnej jego winy - także z powodu okoliczności w jakich dostał nominację. Wybór przez zarząd PZPN, którego za chwilę może już nie być i znienawidzonego w Polsce prezesa, nie zjednają mu sympatii. Poza tym choć Antoni Piechniczek podkreśla, że to najbardziej transparentny wybór selekcjonera od lat, to jednak nie w otwartym konkursie, po wnikliwej ocenie koncepcji i umiejętności kandydatów. Namaścił Fornalika Piechniczek tuż po Euro i Fornalik trenerem został. Czemu rywalizował wyłącznie z Jerzym Engelem i Jackiem Zielińskim? Czemu nie wysłuchano Piotra Nowaka, Henryka Kasperczaka, innych polskich trenerów, a wreszcie cudzoziemców? Ponieważ Lato z Piechniczkiem na samym wstępie konferencji pogratulowali siatkarzom sukcesu w Lidze Światowej, zapytałem pana Antoniego, czemu nie chce pójść drogą siatkarzy i zatrudnić po prostu najlepszego trenera z możliwych? Odpowiedź dostałem tak kuriozalną, że zamieszczę ją tu w całości (bohatersko spisaną przez Rafała Steca, który zamieścił ją i u siebie na blogu), gdyż nigdy nikt - a swą dziennikarska misję pełnię już 18 lat - nie odpowiedział mi na pytanie tak wyczerpująco, eksplotując dogłębnie wszystkie wątki. A wszystko na jednym oddechu...

„Chciałbym przypomnieć grzecznie, a pan ma pamięć doskonałą, że pierwszy medal, złoty medal olimpijski w grach zespołowych zdobyli piłkarze w 1972 roku, a dopiero w 76 siatkarze w Montrealu, za kadencji trenera Wagnera. Chciałbym też przypomnieć, iż piłka nożna ma trzy medale olimpijskie, jeden złoty i dwa srebrne. I w tej konkurencji nie mamy żadnych kompleksów, powiedziałbym wręcz, że sukcesy piłkarzy i siatkarzy rozkładają się na zasadzie sinusoidy. Raz oni są wyżej, a my niżej, i czasem odwrotnie. I my naprawdę ani nie mamy kompleksów, im nie zazdrościmy, wręcz przeciwnie, bardzo się cieszymy, zdajemy sobie sprawę, że teraz czas najwyższy, żeby nasza reprezentacja odnosiła sukcesy, przypomnę też o dwóch medalach zdobytych na mistrzostwach świata. I chciałbym też powiedzieć, iż ciężar gatunkowy medalu olimpijskiego w piłce nożnej niż medalu zdobytego na mistrzostwach świata, a dlaczego, to nie muszę pana przekonywać, bo doskonale pan o tym wie. My, jeżeli chodzi o trenerów zagranicznych nie mamy zbyt, że tak powiem, dobrych wspomnień i uważamy, że jesteśmy w stanie polską piłką wyprowadzić na szersze wody, na lepsze wody przy pomocy polskich trenerów. Gdyby pan popatrzył na to przez pryzmat tych szesnastu drużyn, które grają w mistrzostwach Europy - a to doskonale panowie wiecie, ja tu nie będę nikogo pouczał - to tylko w trzech przypadkach pracowali trenerzy zagraniczni, ze skutkiem, powiedzmy sobie, miernym. Gdyby w Polsce pracował taki trener, jak w reprezentacji Hiszpanii, w wieku powyżej 60 lat, to dla wielu byłby za stary, a jego filozofia by nie pasowała, bo wszyscy by mówią tak... Trener Busquet mówi tak: „Ja jestem najpierw nauczycielem, ja uczę grać w piłkę, ja robię wszystko, by oni grali lepiej, a że przy okazji odnosimy sukcesy, trzy razy z rzędu wygrywamy najwyższe imprezy, to jest to pochodna”. Oczywiście, że pięknie to brzmi, można tylko przyklasnąć i jednocześnie powiedzieć, że dobrze, że tak się stało, że po drodze są te wielkie, liczące się sukcesy. Krótko mówiąc, drogi dojścia do tego wielkiego wyniku są różne i proszę mi wierzyć, że przyjdzie również czas dobry i lepszy dla polskiej piłki. Państwa kolega, św. pamięci Mętrak, napisał kiedyś w takim felietonie mniej więcej takie słowa: „20 lat bicia głową w mur. 25 lat kompleksów nieudanych, porażki były częste, a sukcesy chwilowe. I nagle znalazło się pokolenie nowych, młodych piłkarzy, którzy wyprowadzili polską piłkę na wyżyny. To było pokolenie Szarmacha, Laty, Żmudy, Tomaszewskiego, Deyny przede wszystkim, Lubańskiego, a potem kontynuacja w postaci Bońka, Buncola, Młynarczyka i innych. To było dziesięć lat wspaniałych. A wiecie, dlaczego to się stało możliwe? To się stało przy pomocy polskich trenerów. A po drugie to się stało, że mecenas państwowy był w piłce. Podzielono nasz kraj na 49 województw i każde województwo miało aspiracje, aby mieć drużyną na poziomie co najmniej drugiej ligi. Aby pokazać się na tej piłkarskiej mapie. I stąd ci wielcy piłkarze typu Szołtysik, którzy kończyli kariery grali w takich małych klubach jak Górnik Knurów, uczyli innych grać i nagle nastąpiła eksplozja talentów. Trener Fornalik, którego wypowiedzi z wielu względów śledzimy, powiedział, że bałagan, który powstał w ekonomii po transformacji najbardziej uderzył w sport wyczynowy, nie tylko w piłkę, ale w ogóle w sport wyczynowy. My wszyscy przyzwyczailiśmy się do tego, iż mówimy tak, transformacja położyła na łopatki przemysł ciężki, hutnictwo przestało odgrywać taką rolę, co odgrywa, a już najbardziej po kościach, przepraszam, dostały PGR-y. A dla mnie najwięcej po kościach dostał sport wyczynowy, bo z dnia na dzień wszystkich wyrzucono na ulicę. Pozbawiono ich - słusznie - lewych etatów w zakładach pracy, ale zapomniano, co w zamian. I dzisiaj, proszę mi wierzyć, sukcesy będą odnosiły te kluby, nie tylko te, które płacą po 100, 150 tysięcy miesięcznie piłkarzom, tylko te, które będą płaciły, aby szło z godnością z tym żyć. I gdzie wy mówicie o systemie szkolenia młodzieży, przepraszam, się rozgadałem, jedno zdanie... Jeśli powstało tyle orlików, to ja też chętnie bym pracował, gdybym miał 40 lat mniej, na orliku, nigdy by mnie nie wyprowadzili z orlika inaczej jak z nogami do przodu. Pod jednym warunkiem. Dwa plus trzy. Ja muszę tyle zarobić, aby utrzymać rodzinę składającą się z trójki dzieci. A jak facet, który pracuje na orliku, dostaje 500 złotych, to ja mówię, słuchaj, ty, tobie na paliwo nie wystarczy. I to jest jedną z przyczyn, niezależnie od wielu błędów, o których mówicie, piszecie, macie sto procent racji. Ale to jest jedna z przyczyn, która często wam ucieka z pola widzenia”. 




19:17, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (38) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie