sobota, 30 lipca 2011

Ej no, dwie Złote Piłki, dwa triumfy w Lidze Mistrzów i nawet jednej notki w BloPuLa?

Kochani, jury Blogowego Pucharu Lata edycja 2011 za najlepszą notkę uznało 'Cieślika' bensbensa! Sądząc po komentarzach nikt pewnie nie jest zaskoczony. A jednak jury (w połowie anonimowe, dwaj jawni członkowie to gospodarz bloga i Scovron, którego podsumowanie przeczytacie poniżej) wcale nie było jednomyślne. Do ścisłego finału zakwalifikowaliśmy siedem notek: oprócz Cieślika także (w kolejności opublikowania): Hiszpańskiego pracusia Macieja Kocha (także za merytoryczną dyskusję jaką wywołała w komentarzach), Genialnego egoistę Damiana Michalaka, Nie groźnego już Ivana Tomka Merchuta "el_cabeso", 1 (o Zidanie) grmliego, Huragan Malina Michała Treli i Roberto Carlosa pipesa_pipesa.

Jeden z jurorów zastanawiał się czyby Cieślika z racji jego literackiej wyjątkowości, nie oddzielić od reszty i nie uhonorować osobno, ponieważ notka ta pod każdym względem odcinała się od reszty. Nie tylko od notek 'wykipedystycznych' ale i tych najlepszych, z pomysłem i pasją. Trochę to wyszło tak - argumentował - jakby Mozart przyszedł ze swoim utworem, napisanym na konkurs jazzowy, samym swoim wejściem pozostawiając bez szans świetnych skądinąd jazzmanów. Nie mogłem się jednak zgodzić na takie wygibasy. Musimy się trzymać z góry ustalonych zasad: jest konkurs, jest najlepsza notka, a więc jest zwycięzca i nasze serdeczne gratulacje! Wyjątkowość notki postanowiłem docenić zaś dodatkową nagrodą (o ile autor zechce ją przyjąć) i oddać mu łamy swojego bloga na jeden dzień (np. 12 sierpnia). Niech napisze jedną notkę albo i dziesięć, ku naszemu zachwytowi.

Człowiek się stara, strzela po 40 goli w sezonie, a w BloPuLa jedna antynotka?

Drugą i trzecią nagrodę postanowiliśmy przyznać autorom, którzy nie tylko napisali świetne do czytania historie, ale jeszcze w uroczy sposób przekonali nas, że rzeczywiście piszą o swoich idolach i pozwolili nam rozumieć dlaczego. Mowa o Huraganie Malinie i Roberto Carlosie. Obie są na równym poziomie, ale że trzeba należycie obsadzić podium, postanowiliśmy wywyższyć Brazylijczyka kosztem młodego Polaka, po pierwsze dlatego, że i my mamy wspomnienia z wf-ów, a po drugie o Malinie w przeciwieństwie do RC jeszcze niejedna notka powstanie (kiepskie argumenty, ale nie było wyjścia).

Tak naprawdę obu notkom przyznalibyśmy drugie miejsce, a trzecie - także dwóm - Genialnemu egoiście Damiana i Ivanowi Niegroźnemu "el_cabeso". Obie są bardzo ciekawe i świetne warsztatowo, może nawet lepsze od wyżej wymienionych. Z wszystkich notek jakie nadeszły, te właśnie moglibyśmy spokojnie wydrukować w Gazecie, bo są kompetentne pod względem informacyjnym. BloPuLa nie wygrywają tylko dlatego, że jury zdecydowało się nagrodzić osobisty stosunek autorów do piłkarzy.

Deszcz na głowę i jeszcze żadnej notki w BloPuLa! A o Carragherze to napisali...

Generalnie poziom konkursu uważam za najwyższy z organizowanych dotąd na Polsporcie. Fajnie było czytać te notki pisane z pasją. Niedoskonałość niektórych raczej mnie wzruszała niż irytowała, bo wiedziałem, że jeśli pojawia się w nich zbyt dużo niepotrzebnych szczegółów czy pompy to tylko i wyłącznie z uwielbienia dla delikwenta.

Tyle przewodniczący w imieniu jury, a teraz własny werdykt i podsumowanie przedstawi recenzenckie odkrycie BloPuLa, czyli SCV78:

 

miejsce 3) Huragan Malina Michała Treli

Jednym z trendów wiodących w BloPuLi 2011 okazała się taktyka na "Wybiorę sobie gościa co to go ludzie ledwo kojarzą, a ja napisze że to mój ulubieniec i ... nie wiem co z tego wyniknie, ale na wszelki wypadek mnie podziwiajcie". Ci, którzy poszli tą drogą, zasługują na podziw i szacunek, gdyż ścieżka którą obrali jest kręta, wyboista i istnieje ryzyko, że kumple z podwórka jak się dowiedzą, to z takiego wyboru będą się śmiali jeszcze latami.

W sympatię autora do Maliny się po prostu wierzy. Wierzy się też w samego Malinę - w jego talent, skromność i nieśmiałość. Ba, wręcz ma się pewność, że w tej całej malinowej skromności, autor zapewne odbił mu dziewczynę, sprzedał zepsuty samochód z trzykroć przekręconym licznikiem i jeszcze wysłał po piwo, zaś ta notka to płynący z wyrzutów sumienia rodzaj swoistego zaduśćuczynienia dla piłkarza Podbeskidzia.

Mówisz, że ile dokładnie notek przyszło o Zlatanie?

miejsce 2) Roberto Carlos pipesa_pipesa

Ocena tekstów w tego typu konkursie przypomina mi grzybobranie. polega to to głównie na łażeniu po lesie, w którym jest pełno irytujących muszek, pajęczyn, co chwila wchodzi się w odchody dzika czy innego żubra, kleszczy masa,  po lewej ryzyko pożarów, po prawej bagno, a jeśli nie, to bagno dookoła - jednym słowem człowiek musi przeżyć masę ekstremalnie niebezpiecznych przygód, ażeby zebrać tych parę grzybków. Dopiero później, gdy rozkoszujemy się smakiem dwóch grzybków w barszczu, to mamy skłonność do niepamięci o śmiertelnych zagrożeniach, które w lesie czekały na nas w ilościach hurtowych.

Pośród masy notek sprawdzających się do słów "Urodził się ..., kupił go ... za ..., gdzie strzelił ... goli", lub "miał na imię ... (... ... ... w przypadku gwiazd brazylijskich), choć i tak każdy na niego mówił ... (... ... ... w przypadku zawodników Liverpoolu) i gdyby nie kontuzje, to byście zobaczyli", szczególnie podobały mi się te, w których autorzy znaleźli pomysł na to, jak opowiadając o kimś, opowiedzieć o sobie. Tych notek było niedużo, kilka raptem, a wśród nich drugim miejscem wyróżnić chciałbym właśnie pipesa. Jeśli ktoś przynajmniej raz w życiu skończył 30 lat, to będzie wiedział dlaczego. Jesli ktoś nie skończył - to do imprezowania, nieodpowiedzialnych miłości i zdobywania bagażu życiowych doświadczeń marsz, porozmawiamy kiedy indziej, smarkacze!

 

Eto'o grał w Barcy lepiej ode mnie? O nim też nie napisali w BloPuLa...

miejsce1) Cieślik bensbensa

Czy gdyby autor przytoczył, ile bramek pan Gerard strzelił w trakcie swojej kariery, to byłaby lepsza notka? Czy gdyby przekonywał, dlaczego Cieslika należy wielbić, to czy byłaby to lepsza notka? Czy gdyby w sposób jasny i wyraźny podał, w jakim klubie grał, lub jakie się nim interesowały - to czy byłoby lepiej? Jesli ktoś ma w sobie odrobinę pokory, to przeczta tekst raz jeszcze i dojdzie do własnych wniosków. Jeśli nie - to służę ściągawką: nie byłaby, gdyż wartość tekstu osoba mądra zmierzy intymnością zjawisk o których opowiada, a nie wyciągiem tabel statystycznych, lub (w lepszym wypadku) fajerwerkami stylistycznymi (jako że domniemywam, iż jesteście grupą której nie chciało się wyciągać własnych wniosków, to dodam) bałwany!

Wielkość tej notki nie wypływa tylko z intymności opisanych emocji, ale i z ... egzotyki. Minęło kilkadziesiąt lat, a czyta się o tamtych czasach jakby dotyczyły innych krajów, leżących za siedmioma górami, za siedmioma morzami. Michał spytał mnie, czy to czasem nie ja wysłałem notki pod pseudonimem bensbensa - i był to drugi najmilszy komplement jaki usłyszałem w tym roku, zaraz po "synek urodził się zdrowy, 4,5 kg".

Nie no, ani jednej notki o Schweinim w BloPuLa? To o kim oni pisali?

 

Podsumowanie konkursu:

Bawiłem się świetnie, choć poziom był moim zdaniem bardzo nijaki. Sporo notek rzetelnie powtarzających fakty powszechnie znane, acz bez grama pomysłu. Sporo notek bazujących na jakimś pomyśle, który to pomysł okazał się jedynym atutem tekstu, gdyż autor zapewne natychmiast po wymyśleniu pomysłu popadał w samozadowolenie skutkujące skokiem melatoniny, hamującej rozsądne rozwinięcie pomysłu. Kilka notek bardzo dobrych, parę notek beznadziejnych, jedna świetna.

Wszystkim chcącym wziąc udział w kolejnych edycjach Polsportowych konkursów chciałbym powiedzieć, że pisanie tekstów nie polega na przekazaniu jak największego ładunku wiedzy w jak najkrótszym czasie. Zwróćcie raz jeszcze uwagę na notkę zwycięzcy (nie znam typów pozostałych jurorów, ale nie wierzę, żeby werdykt był inny): laik nie dowie się z niej, w jakim klubie bohater tekstu grał! Oprócz wiedzy potrzebny jest pomysł. Bardziej niż sprawność warsztatowa - przy całym szacunku pipesa, uważam, że było kilka zreczniej napisanyc tekstów, które on pobił bardzo osobistym wydźwiękiem swojej notki.

Co do moich ocen, zdaniem niektórych zbyt ostrych: ostra ocena jest wynikiem mojego apriorycznego szacunku dla piszących. Jesli ktoś chce publikować na otwartym forum swój tekst, to zasługuje na szczerość, nawet jeśli ubrana jest w kostium ironii. Mniej uwłaczające jest porównanie jakiegoś tekstu do zapomnianego filmu pornograficznego produkcji niemieckiej, niż potraktowanie autora w sposób "Bardzo dobry tekst jak na amatora", "wiesz całkiem sporo o piłce, zwłaszcza że jesteś kobietą", czy "taki mały a już tak dzielnie składa słówka!". Acz jeśli ktoś czuje się urażony, to ... no cóż, słyszałem że prozac pomaga.

Łączę wyraz szacunku, 

Scovron 

Ps: zwycięzców proszę o meile z adresem. Autobiografie Xaviego Barca moim życiem wyślę sam, natomiast w kwestii koszulek Football Revolution skontaktujuę Was z firmą.

Do następnego konkursu! 

Wielkie brawa dla uczestników BloPuLa! Aż by się chciało wziąć Was wszystkich do City!

Tagi: konkursy
12:45, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (38) »
czwartek, 28 lipca 2011

Znalazłem w necie fajną akcję sponsora piłkarskiej reprezentacji Polski. 6 września 2011 na nowym, bajecznym stadionie w Gdańsku przed meczem z Niemcami zawiśnie olbrzymia flaga z rozpędzoną polska husarią. Flagę stworzą nasze zdjęcia: pana, pani, społeczeństwa (i moje też, już swoje wysłałem).

Nie wątpię, że kibice nie zawiodą i w trakcie meczu rykną jak husarzy pod Wiedniem. Gorzej, że na murawę wybiegnie nie zwarty, tworzący jeden organizm pułk husariów, ale kilku zaledwie towarzyszy spod chorągwi narodowego autoramentu, wspartych zbieraniną najemników, rajtarów, francuskich dragonów i niemieckich landstknechtów. Takich co to nie umieją zaśpiewać naszego hymnu (albo może i nawet nie mają ochoty), a po polsku znają tylko kilka podstawowych słów, w tym to na „k” (o którym Leo Beenhakker myślał po pierwszym treningu biało-czerwonych, że to któryś z liderów kadry tak się nazywa, bo tak często je wykrzykiwali). Najemnicy, którzy znaleźli się w naszej armii, bo nie chciano ich w innych, lepszych, bliższych ich sercu.

Czy to nie przypadek Eugena Polanskiego, który jeszcze rok temu na łamach prestiżowego „Kickera” deklarował, że "nie potrafi sobie wyobrazić gry w biało-czerwonych barwach, bo zbyt długo mieszka w Niemczech i zbyt dużo razy grał w niemieckich reprezentacjach juniorskich”? Który szczerze przyznawał, że „bardziej czuje się Niemcem, niż Polakiem? - Wyjechałem z Polski, kiedy miałem ledwie trzy lata. Tak naprawdę nie pamiętam niczego z tego okresu. Całe swoje dzieciństwo i dorosłe życie spędziłem w Niemczech. Tu poznałem moją żonę, urodziło mi się tu dziecko. W Niemczech zacząłem grać w piłkę; grałem dla młodzieżowej reprezentacji, której byłem nawet kapitanem. Nie będę kłamał i mówił: jestem stuprocentowym Polakiem. Tak nie jest” - mówił w wywiadzie dla - nomen omen - „Polski”. I który jeszcze w maju 2011 deklarował na łamach „Przeglądu Sportowego”, że jeśli nie wybiegnie na boisko we wrześniowym spotkaniu Polska - Niemcy, to będzie w tym spotkaniu kibicował... gościom.

„Najemność” - że tak to ujmę Polanskiego - aż bije po oczach. Tam poszedł, gdzie go chcieli, jakby reprezentacja była zwykłym klubem. Z wszystkich cudzoziemców jacy nawiedzili w ostatnich latach naszą kadrę (i jeszcze nawiedzą) najmniej argumentów widzę za jego właśnie powołaniem. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do Damiena Perquisa (który przynajmniej od początku deklarował chęć gry dla Polski) nie jest środkowym obrońcą. Mamy na jego pozycji potencjalnie dobrych zawodników, których warto by sprawdzić jak Mateusz Klich, z którego Felix Magath za chwilę może zrobi dobrego, europejskiego piłkarza, czy Przemysław Kaźmierczak.

Że najemne wojsko do nas ciągnie, nie dziwi. W wojsku polskim zaciąg narodowy zawszeć był traktowany wyżej od cudzoziemskiego, a towarzysz autoramentu narodowego nie mógł być dowodzony nawet przez generała autoramentu cudzoziemskiego. Generał ten mógł się za to znaleźć pod komendą takiegoż towarzysza. Aby więc tego uniknąć, cudzoziemscy oficerowie starali się jednocześnie być towarzyszami w chorągwiach narodowych. Jak to wszystko się skończyło dla Polski, wiecie z historii.

Szkoda więc, że husarię zobaczymy w Gdańsku tylko na trybunach za sprawą Warki. A na boisku być może nawet dwóch Mameluków (bo jak ich zwać?) czyli Rogera i Manuela Arboledę... Nie bardzo wierzę, żeby polska armia mogła wiele zdobyć z tak liczną liczbą najemników w swych szerwegach...

Daniel Hopfer, Pięciu landsknechtów, miedzioryt, pocz XVI w.

środa, 27 lipca 2011

Oto i ostatnia odsłona Blogowego Pucharu Lata. Przed Wami dwie wielkie brazylijskie gwiazdy (i któżby się spodziewał, że najczęściej opisywanym przez konkursowiczów zawodnikiem okaże sie brazylijski Ronaldo, a nie ten portugalski!), młody, japoński supertalent, Pep Guardiola w roli antybohatera oraz legenda polskiego futbolu.

Czytajcie, recenzujcie po raz ostatni, głosujcie w sondzie, byśmy mogli wyłonić  laureata Nagrody Publiczności. Jury na obrady uda się dopiero jutro, więc werdyktu nie należy oczekiwać przed piątkiem.

Przypominam, że nagrodami w naszej zabawie są autobiografie Xaviego Barca moim życiem oraz koszulki Football Revolution, marki, dla prawdziwych wyznawców futbolu.  

 

Ten, który nauczył mnie futbolu

Łukasz Piekarski

Przełom XX i XXI wieku. To właśnie wtedy po raz pierwszy w minimalnie małej dawce zasmakowałem futbolu. Dziś jestem, nieskromnie ujmując piłkarskim smakoszem meczów, bramek i innych słupków i poprzeczek. Moje życie z piłką zaczęło się na nieistniejącym już targowisku w centralnej części mojego ukochanego miasta – Grudziądza. Tam właśnie ujrzałem tę, spoczywającą do dziś na honorowym miejscu koszulkę, oznaczoną herbem Brazylii i nr 10 na plecach. Rivaldo był tym, który wskazał mi drogę...

Mówi się, że w naszym życiu spotykamy ludzi, którzy w pewnym sensie ukierunkowują nas na różne strony i pokazują nam możliwości, jakie jesteśmy wstanie osiągać. W moim przypadku było trochę podobnie. „Trochę”, ponieważ ja swojego drogowskazu nigdy nie spotkałem osobiście, lecz do wszystkiego doszło gdzieś w podświadomości. Od tamtego momentu narodziła się również moja miłość do Barcelony. Los tak chciał, że kilka dni po pamiętnym zakupie znalazłem się w pobliskim pawilonie z nie zawsze świeżą prasą. To musiał być jakiś znak! Tam właśnie nabyłem archiwalny numer 2-tygodnika „Bravo Sport”, w którym opublikowany był ranking 50 najlepszych piłkarzy świata. Na jednym z czołowych miejsc był właśnie „mój” Rivaldo w koszulce Barcelony. Od tamtejszej chwili, jako 10-letni uczeń szkoły podstawowej tydzień w tydzień zasiadałem przed odbiornikiem krzątającego się gdzieś po piwnicy rodziców Lexusa i z wielkimi emocjami śledziłem każdy mecz Barcy, jaki tylko był emitowany na antenie Telewizji Polsat. Emanowałem ogromnym szczęściem po każdym zwycięstwie Katalończyków, choć ze smutkiem przyznaję, że nie był to wspaniały okres ówczesnego trenera Barcelony - Carlesa Rexacha. Barca nie zdołała wyjść z grupy i spadła o szczebel niżej, do rozgrywek o Puchar UEFA.

Sam trochę kopałem piłkę i gdy tylko podczas podwórkowych potyczek padało hasło „Wybierzmy sobie jakiegoś piłkarza”, głośno wyrywałem się z ręką podniesioną ku górze i krzyczałem - „Rivaldo!”. Gdyby nie postać Brazylijczyka nie wiem co robiłbym w tej chwili. Może byłbym strażakiem lub kimś jeszcze innym. W sumie obecnie nie jestem nikim ważnym, ale wiem, że dzięki „duchowej” znajomości z Rivaldo mam jeszcze szansę zostania tym, kim chciałbym w przyszłości być.

Do dziś, gdy przeglądam cotygodniowe bramki z europejskich boisk w myślach automatycznie wciska mi się przycisk „Play” i odtwarza wspaniała przewrotka Rivaldo z ostatnich sekund spotkania pomiędzy Barcą a Valencią. Cudowne „nożyce” i ogromny szał radości – mój w domu i wszystkich zgromadzonych na Mestalla sympatyków „Dumy Katalonii”. Był to nie tylko piękny gol, ale i bardzo ważny, bowiem dzięki temu trafieniu to właśnie Barcelona, a nie Valencia awansowała do rundy kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów.

Nie napiszę w tym felietonie, że kocham Rivaldo, bo byłoby to wysłodzoną przesadą. Odważę się jednak na stwierdzenie, że gdyby nie Brazylijczyk to pewnie futbol miałby dziś w moich oczach takie samo uznanie co szachy i wędkarstwo (W szachy grać nie umiem, a wędkarstwo uważam za najnudniejszą dyscyplinę świata). Radowałem się, widząc jak wspaniałym potrafił być jeszcze w barwach Olympiakosu i AEK-u. Nawet gdzieś na egzotycznych witrynach obejrzałem kilka Jego spotkań w barwach Bunyodkor Taszkent.

Kończąc napiszę, że czeka mnie jeszcze w życiu bardzo wzruszający moment – ogłoszenie o zakończeniu kariery przez człowieka, który nauczył mnie futbolu.

 

Ryo Bravo

Rossi

 

Piłkarzy z Japonii, którzy widocznymi literami wpisali się do ksiąg światowego futbolu jest niewielu. Nic więc dziwnego, że głodni wielkiej piłki kibice z Azji dramatycznie poszukują swoich idoli w innych nacjach i tworzą toksyczne związki na odległość. Matka Japonia okazuje jednak co pewien czas swoją hojność i dobroduszność. Wydaje na świat cudowne dziecko, które wyrasta na wspaniałego piłkarza. Tym razem szybkość Shinkansena, elegancję widoku kwitnących drzew wiśniowych na tle ośnieżonego wierzchołka wulkanu Fudżi i efektowność lotu Funakiego na mamuciej skoczni zamknęła w jednym chłopcu i odesłała do Europy.

Przesyłka padła łupem maniakalnego szlifierza młodych talentów, który zachwycił się zawartością i odesłał ją na wstępne hartowanie do holenderskiej kuźni. Chłopiec z miejsca stał się gwiazdą Eredivisie. W najbliższym czasie ma zamiar podbić najbardziej nietolerancyjną dla nisko gabarytowych chudzielców ligę świata. Filigranowy dziewiętnastolatek, czyli Ryo Miyaichi, pragnie przypomnieć kibicom jak grali dawniej klasyczni skrzydłowi.

Szczupła, drobna sylwetka będąca niczym dziki mustang, który umiłował sobie wolną przestrzeń i romantyczne szarże. Jest jak zapalony młody chłopiec, wyzywający na pojedynek każdego ze swoich rówieśników na podwórkowym boisku. Nierzadko drwi sobie z obrońców przeciwnika, bezczelnie wypuszczając piłkę na kilka metrów i dobiegając do niej jako pierwszy. Może sobie na to pozwolić, gdyż stumetrowy dystans pokonuje w czasie poniżej jedenastu sekund. Świetna motoryka połączona z niebanalną techniką użytkową oczarowała ponad rok temu skautów z Londynu, zwiedzających dalekowschodnie, szkolne boiska. Pół roku później podpisał już profesjonalny kontrakt z Arsenalem i od razu został wypożyczony do targanego problemami sportowymi Feyenoordu.

Kibice na stadionie de Kuip momentalnie pokochali młodego Japończyka. Ryo ujął ich odważną, bezkompromisową grą i dynamicznymi szarżami. Wraz z innymi młodzianami – Wijnaldumem i Castaignosem stworzył trio, które wyciągnęło drużynę z odrętwienia i zaprowadziło do znakomitej passy zwycięstw. Zamiast rozpaczliwej walki o utrzymanie, przed Feyenoordem zaistniała realna szansa rywalizacji o miejsce premiowane grą w europejskich pucharach. Publika niejednokrotnie doceniała starania Miyaichiego, nagradzając go owacjami na stojąco, a dziennikarze obsadzali lewe skrzydło jego nazwiskiem w jedenastkach kolejki. Zwolennicy teorii płynności zauważyli, że chociaż europejskie boiska straciły z oczu Ronaldinho, to w zamian zyskały bardzo interesującą namiastkę genialnego Brazylijczyka. Przybysza z Azji nazwali więc Ryodinho.

Tegoroczny sezon przygotowawczy Miyaichi spędzi wraz z pierwszą drużyną Arsenalu. Arsene Wenger chce z bliska przyjrzeć się Japończykowi i ocenić jego gotowość do gry w Premier League. Czy już niedługo na skrzydłach Arsenalu będziemy oglądać zabójczą, ponaddźwiękową parę torped Miyaichi- Walcott?


Antytrener

Piotr Robaszek  


Początek lipca 2008 roku. Guardiola jako świeżo upieczony trener Dumy Katalonii zaczyna za pośrednictwem mediów kreować swoją wizję drużyny. W wywiadzie dla katalońskiego Sportu stwierdza jednoznacznie: „Bojan będzie kluczowym graczem”. Jednocześnie daje do zrozumienia, że dni Ronaldinho, Deco i Eto w tym klubie są już policzone. Ronaldinho decyzją trenera jest sfrustrowany. Boli go nie to, że jego obecna forma nie pozwala mu na grę na najwyższym światowym poziomie, ale fakt, że trener takie delikatne sprawy załatwia za pośrednictwem mediów.

Pada nawet określenie: „Kochałem ten klub, ale ostatnie miesiące to było piekło”. Deco znajduje zatrudnienie w mającej ogromne aspiracje Chelsea, a Eto ostatecznie zostaje w klubie. Zostaje, ale tylko dlatego, że Barcelonie nie udało się pozyskać typowej „9”. Konflikt między Eto, a Guardiolą narasta w trakcie sezonu. Jeszcze przed finałem w Rzymie do mediów wyciekają informację, że włodarze Barcelony spotkali się w jednym z rzymskich lokali z przedstawicielami Interu. Na przełomie lipca i sierpnia jest już praktycznie pewne, że w przyszłym sezonie Eto zagra w Interze, a Ibrahimovic w Barcelonie. Na pierwszej przedsezonowej konferencji Guardiola stwierdza: „Samuel ma swój charakter, swoją osobowość i to sprawia, że sytuacja jest jaka jest”, a później dodaje: „Nie rozmawiałem z Samuelem”. I nie rozmawia z nim aż do kwietnia 2010 roku.

Wtedy obaj Panowie spotykają się po przeciwnych stronach barykady. Eto przyznaje, że był bardzo rozgoryczony, ale dzięki Mourinho bardzo szybko udało mu się zaaklimatyzować w Mediolanie. Przyznał nawet, że próbował blokować transfer żądając wygórowanej pensji, ale determinacja Guardioli była ogromna. Ibrahimović zdołał w Barcelonie zaliczyć jeden sezon. Mimo iż strzelił 16 bramek w 29 spotkaniach z klubem pożegnał się w ekspresowym tempie. W wywiadzie dla goal.com powiedział: „Guardiola to filozof, który zniszczył mój sen związany z Barceloną.”, a także: „Gdy wchodziłem do pokoju, Pep Guardiola z niego wychodził”. W październiku przed meczem Milanu z Realem dziennikarzowi La Gazetta dello Sport powiedział: „Guardiola chce, by wszystko wyglądało perfekcyjnie z zewnątrz. Ale tak naprawdę jest nikim”.

Lipiec 2011 roku. Bojan Krkić zasila szeregi AS Romy za kwotę 12 mln euro. Na odchodne powiedział: „Z perspektywy kibica Pep Guardiola jest najlepszym trenerem na świecie. Osobiście jednak ze strony tego trenera przytrafiło mi się coś takiego, o czym nie chcę nawet mówić. Guardiola nie był wobec mnie w porządku.”

 

Ronaldo, pierwszy taki magik, kończy karierę...

Bartek Nowak

Zza linii bramkowej

 

Ronaldo Luis Nazario da Lima... czyli kończy się pewna epoka. Zawodnik Corinthias Sao Paulo ogłaszając koniec kariery nie zdziwił nikogo, w tym mnie. Jednak uświadomiło mi to coś innego - to pierwszy z TAKICH piłkarzy, których karierę mogłem śledzić od jej początku do samego końca. Gdy wkraczałem w piłkarski świat poznałem kilku królów boiska. Widziałem końcówki karier Gullita (ach ta czupryna), van Bastena czy Cantony. Z brazylijczyków podziwiałem Romario i Bebeto. Na boiskach znani byli już Zidane, Bergkamp, del Piero.

Wtedy pojawił się młody Brazylijczyk, Ronaldo Luis Nazario da Lima*. Pewnie zauważyłem go na World Cup '94 w USA (na podium - dzięki snorky), ale tak naprawdę dopiero bramki dla PSV Eindhoven przykuły moją uwagę. Później Barcelona, Inter, Real, Milan i Corinthias. Gole w Brazylii, Hiszpanii, Włoszech i na Mistrzostwach Świata (tutaj jedno z zestawień TOP10).

Zachwycałem się jego dryblingami jak wtedy każdy nastoletni chłopak. I choć nie chciałem być taki jak on - na podwórku nigdy nie byłem Ronaldo, nie ta szybkość i drybling ;) to jednak był dla mnie magikiem boiska. Mimo ekscesów, kłopotów jakie sprawiał - wspominając chociażby odejście z Barcelony czy wystawienie Interu dla Realu; stał się symbolem niesamowitego zawodnika. Piłkarza, który miał "klej" w bucie i robił z piłką co chciał. Wzruszały także jego łzy, gdy kolejny raz musiał opuszczać boisko po odnawiającej się kontuzji.

Później pojawili się Ronaldinho, Messi, Cristiano Ronaldo; ale to "Fenomeno" ma u mnie pierwsze miejsce wśród TYCH piłkarzy, których widziałem od początku kariery. Nawet, gdy przypomnę sobie ostatnie lata jego kariery i bardziej wyśmiewanie się (oo, Gruby na boisku) niż podziwianie, to i tak z sentymentem wspominam jego wyczyny na boisku.

Koniec jego kariery to też koniec pewnej epoki. Oto schodzą z murawy wielcy piłkarze, których pierwsze kroki na arenie międzynarodowej widziałem. Uświadami mi to, jak długo jest już ze mną piłka. Albo raczej jak długo jestem z piłką...

Na koniec, powtórzę za baraneiro, There is only one Ronaldo!

*PS. właśnie sobie przypomniałem - pełne imię Ronaldo było drugim z brazylijskich jakie zapamiętałem. Po Romario da Sousa Faria Filho ;-)

 

Cieślik

bensbens

 

Na początku to musiał być Hitler. Zaśmialiście się pewnie i pomyśleliście – jaki Hitler? Dlaczego, do cholery, właśnie on? A to po prostu był Hitler, wtedy każdy myślał o Hitlerze. Koledzy z przedwojennej ławki mówili, że na pewno przeżył wojnę; mój ojciec zaczął wykrzykiwać powiedzenie, które powtarzał już do końca życia: „Hitler też był w Teheranie!”. A piłka nożna? Nikt o niej nie pamiętał – w 1945 roku wszyscy bawiliśmy się w wojnę. Najczęściej jeden był Hitlerem, drugi jakimś Polakiem, czasem Rooseveltem. O Churchillu nic nie wiedzieliśmy. My Hitlera nie kochaliśmy, wręcz przeciwnie – ale on po prostu był. Jak zasypiałem, to sprawdzałem za zasłoną, czy Hitler tam nie stoi; prawie zawsze pojawiał się też w moich snach. Nie uwierzyłbym wtedy, że można śnić o jakimś piłkarzu.

Wkrótce przekonałem się, że nie miałem racji. Bardzo szybko zacząłem śnić o Cieśliku. Nie pamiętam już dokładnie, komu strzelił pierwszą bramkę, ale wiem, że krążyły o nim legendy. Koledzy z Pragi mówili nawet, że raz strzelił dziesięć bramek w meczu. Pewnie wymyślali, ale myśmy w to wszystko wierzyli. A jak u nas, w Warszawie, wygraliśmy z Czechosłowacją, to ja sam zacząłem te legendy rozpowiadać. Na warszawskich podwórkach szybko pojawił się Cieślik – każdy nim chciał być, bardzo szybko przestaliśmy bawić się w wojnę.

I wtedy się dowiedziałem. Wehrmacht. Jakiś facet powiedział to mojemu ojcu, do dziś nie mam pojęcia, kto to mógł być. Pamiętam, że siedziałem na schodach i słuchałem rozmów dorosłych. I wtedy nasz gość – może jakiś daleki wujek albo kolega ojca z pracy – powiedział, ot tak, zupełnie od niechcenia: „Słyszałeś, że Cieślik był w Wehrmachcie?”. Nawet nie pamiętam, co ojciec mu odpowiedział – pewnie nic, może wzruszył ramionami i wypił kolejny kieliszek wódki. Ale ja następnego dnia już nie chciałem być Cieślikiem. Po prostu w ogóle nie poszedłem na podwórko grać w piłkę.

Od tego czasu minęło jakieś sześćdziesiąt lat – ojciec dawno nie żyje, a ja zdążyłem mieć dwie żony i znów zainteresowałem się piłką nożną. Ostatnio razem z wnukiem oglądaliśmy finał Pucharu Europy (wiem, wiem, że to już się inaczej nazywa; dla mnie to jednak nadal Puchar Europy). Mój wnuk – Pawełek – kocha tych piłkarzy, ciągle opowiada mi o Messim i Ronaldo; syn i synowa kupują mu koszulki, pewnie niedługo zabiorą go do Hiszpanii, żeby obejrzał mecz na żywo.

Dzisiaj wiem, że Wehrmacht nie powinien przekreślać Gerarda Cieślika. Dziękuję mu, że dostarczył mi – wszystkim Polakom – tyle radości; a to, że urodził się w złym miejscu i czasie – to nie jego wina. Ale też nie moja. Gdybym urodził się sześćdziesiąt lat później nigdy nie przyszłoby mi do głowy obrażać się na niego za Wehrmacht. Pewnie tak jak mój wnuk siedziałbym przed telewizorem w koszulce Ruchu Chorzów i obgryzałbym paznokcie, patrząc jak Cieślik strzela kolejne bramki. Nawet nie wiecie, jak bardzo mu tego zazdroszczę. Ale każdego dnia rano dziękuję Bogu, że Pawełek i ja tak bardzo się różnimy. On w końcu nigdy nie pomyślał o tym, żeby przed snem sprawdzić, czy za zasłoną stoi Hitler.



Tagi: konkursy
17:24, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (23) »
wtorek, 26 lipca 2011

Dziś przedostatnia odsłona Blogowego Pucharu Lata. A w niej kolejny charyzmatyczny zawodnik Liverpoolu, meksykański Groszek, który przesadzony na angielską ziemię przyjął się znakomicie, kolejny piłkarz drugiego planu (tak wielu pojawiło się ich w naszym konkursie, a bałem się, że co druga notka będzie o Leo Messim), notka o nieszczęsnym Kace (też myślałem, że będzie ich kilka) oraz o dwóch wielkich panach, którzy przewinęli sie wczesniej, ale tu wystąpią w duecie...

Recenzujcie i głosujcie też w sondzie, albowiem za jej pomocą wyłonimy laureata Nagrody Publiczności. Przypominam, że nagrodami w naszej zabawie są autobiografie Xaviego Barca moim życiem oraz koszulki Football Revolution, marki, dla prawdziwych wyznawców futbolu. 

Aha, ponieważ znów pojawiają się notki, które przekraczają limit 3 tys. znaków, wiedzcie (że coś się dzieje), wiedzcie, że jeśłi jury będzie miało dylemat ten czy ten tekst nagrodzić albo tylko przepuścić do wewnętrznego finału, wybierze notke mieszczącą sie w limicie (teoretycznie może się okazać, że w wielkiej siódemce znajdą się tylko notki przekraczające limit, ale raczej tak się nie stanie).

 

Sound of the Anfield Ground: 192 mecze do glorii i chwały

Radosław Chmiel

lfcpoland.com

 

“…and no. 1 is Carragher” – chciałoby się zaśpiewać na melodię beatlesowskiej “Yellow Submarine”. I trudno się nie zgodzić ze słowami piosenki, która rozbrzmiewa na Anfield. Choć do numeru jeden trochę Carragherowi jeszcze brakuje i każdy kibic Liverpoolu wie, co mam na myśli.

Jamie Carragher, nasz numer 23, wychowanek klubu, zaliczył w niedzielę, 1 maja 2011 swój 665 występ w czerwonej koszulce. Piękne osiągnięcie, a Jamie zasługuje na to, jak mało kto. Anglik gra w Liverpoolu od dziecka i pomimo swego, na szczęście dla the Reds, nieudanego romansu z Evertonem we wczesnych latach dzieciństwa, stanowi świetny przykład dla młodych piłkarzy pokroju Johna Flanagana czy Jacka Robinsona.

Carra to uznana firma. Ma ogromne doświadczenie, grał na każdej stronie bloku defensywnego Liverpoolu, zaliczył kilka epizodów jako defensywny, a nawet prawy pomocnik, a mało kto wie, że mały Jamie był postrachem bramkarzy, kiedy grał w szkolnej drużynie Bootle Boys. Aktualnie jednak Carragher ma tylko 4 bramki strzelone dla Liverpoolu. Zdecydowanie „lepiej” mają się jego statystyki, jeśli chodzi o pokonywanie swoich bramkarzy, ale to druga strona medalu.

Każdemu zdarzają się błędy, w końcu jesteśmy tylko ludźmi, ale Jamie Carragher, jak mało kto, wszystkie swoje braki nadrabia ogromnym zaangażowaniem i sercem do gry. Jest prawdziwą ikoną klubu, żywą legendą, która nie jeden raz zostawiła na boisku krew, pot i łzy. Wystarczy przypomnieć sobie jego heroiczne wysiłki w Stambule, gdzie mimo bolesnych skurczów dograł mecz do końca i cieszył się z triumfu w finale Ligi Mistrzów. Carra przez lata grał na bardzo wysokim poziomie, nic więc dziwnego, że dorobił się przydomku Mr Consistence. Uwielbiany w Liverpoolu, niedoceniany w reprezentacji.Ale w końcu śpiewamy, że jesteśmy Scouserami, nie Anglikami, więc kto by się przejmował? Z pewnością nie Carra.

Prywatnie Jamie również jest bardzo równym człowiekiem. Udało mi się zamienić z nim kilka słów podczas mojej przygody, kiedy pracowałem w Cafe Sports England. Właścicielem tej restauracji jest nie kto inny, a Jamie Carragher. Skromny, wesoły i rozgadany facet – to cały Carra. Gdyby nie charakterystyczny, nawet jak na Liverpool, akcent i specyficzna uroda, nie rozróżnilibyście go od typowego śmiertelnika stąpającego po ulicach miasta Beatlesów. No chyba, że spacerowałby z żoną. To tylko taka mała dygresja na temat pięknej partnerki Carry i pochwała scouserskiej urody.

Sieć restauracji, fundacja charytatywna „No 23 Foundation” oraz piękna kariera w Liverpool FC ozdobiona zdobytymi pucharami oraz wyróżnieniami – to znaki charakterystyczne Carraghera, który zaliczył kolejny kamień milowy w swojej pięknej przygodzie z the Reds. Trzymajmy kciuki, aby Jamie zdecydował się na pobicie rekordu należącego do Iana Callaghana. 192 mecze to nieco ponad trzy sezony w barwach Liverpoolu. Carra ma teraz 33 lata, a przykład Paolo Maldiniego pokazuje, że można grać na wysokim poziomie nawet do 40 roku życia. I tego właśnie Ci życzę, Jamie! Powodzenia!

 

Javier Hernandez

Andrzej Kotarski

 

Jego transfer domykano w tajemnicy. Gdy transakcję ujawniono, kibice jednego z największych klubów świata pukali się w czoło. Kim on jest?

Pierwszego oficjalnego gola pokracznie strzelił własną twarzą. Jednak do końca sezonu trafiać już nie przestawał. Sir Alex Ferguson ściągając Javiera Hernandeza na Old Trafford jeszcze przed Mundialem w RPA, zaoszczędził wiele pieniędzy. Za marne sześć milionów funtów pozyskał obiecującego żółtodzioba.

Chicharito, czyli Groszek (od zielonych oczu zawodnika), po raz pierwszy został bohaterem Czerwonych Diabłów w meczu ze Stoke. Jego dwie bramki dały Manchesterowi United wygraną. Wyjątkowy był gol numer jeden, gdy mierzący 175 cm mikrus ekwilibrystycznie, tyłem głowy pokonał Thomasa Sorensena. Powietrzne pojedynki to dla Chicharito chleb powszedni. Wątłe warunki fizyczne nadrabia wyskokiem. Przekonała się o tym defensywa Evertonu, gdy w kwietniu Hernandez na finiszu spotkania celną główką zapewnił swojemu United bezcenne zwycięstwo.

Meksykanin sprawdzał się w kluczowych momentach sezonu. Jego dublet wyrzucił z Ligi Mistrzów Olympique Marsylia, on wybił z głowy Johnowi Terry’emu i spółce marzenia o wygranej na Old Trafford w ćwierćfinale Champions League. Ze wszystkich 20 bramek dla Manchesteru najważniejszą była jednak ta w meczu o mistrzostwo Anglii przeciwko Chelsea. Minęło 36 sekund, gdy Hernandez kopnął obok Petra Cecha i kibice mogli już zacząć świętować niemal przypieczętowany tytuł.

Zawodnik, który spycha na ławkę rezerwowych króla strzelców Premier League Dymitara Berbatova musi mieć wyjątkowy talent strzelecki. Najważniejszy czynnik sukcesu Hernandeza to jego obłędna szybkość. Na Mistrzostwach Świata 2010 Meksykanin poruszał się najżwawiej wśród wszystkich uczestników turnieju. Ten napastnik wprost nie potrafi się zatrzymać. Nieustannie zbiega, zwodzi defensorów, szuka luki w szyku obronnym. Chicharito wiele goli strzelił z najbliższej odległości. Ma instynkt snajpera, który pozwala mu znaleźć się w odpowiednim czasie na właściwej pozycji.

Niewinnie wyglądającego atakującego sir Alex Ferguson oraz Ryan Giggs porównali do innego zabójcy z twarzą dziecka na Old Trafford, Ole Gunnara Solskjaera. - Ole kończył akcje lewą, prawą nogą i główką. Gol Javiera z Valencią przypomniał mi Solskjaera. Ole też zwykł strzelać mocno i po ziemi, nieważne, czy używał lewej, czy prawej stopy – chwalił Meksykanina Giggs. O ile Solskjaer sprawdzał się w United wyłącznie jako zmiennik, tak Chicharito błyszczał także jako gracz wyjściowej jedenastki.

Swoje talenty Hernandez ujawnił również w reprezentacji Meksyku. Na zakończonych niedawno Mistrzostwach Ameryki Północnej został królem strzelców oraz najlepszym zawodnikiem rozgrywek. 23-latek uzbierał już 21 goli w dorosłej reprezentacji „El Tricolor”.

Latem 2010 roku kluby zmieniali David Villa, Yaya Toure i Mesut Ozil. Każdy w nowej ekipie odniósł sukces. Ale to sir Alex Ferguson dobił targu sezonu. Javier Hernandez okazał się wart każdego wydanego na niego grosz(k)a.

 

Belletti, mistrz drugiego planu

ceyvol

 

Trzy tygodnie temu uderzyła we mnie przykra wiadomość – 35-letni Juliano Belletti kończy piłkarską karierę. Karierę na pierwszy rzut oka niezbyt oszałamiającą, a jednak po bliższym przyjrzeniu się udaną i bogatą w sukcesy, choć spędzoną też w cieniu ławki rezerwowych, z której, mimo trudnych chwilami momentów walki o przetrwanie, udało mu się w kluczowym momencie wznieść na szczyt.

Zawsze imponowali mi piłkarze dobrze wykonujący swoją robotę. Tacy, którzy nie wzbudzają wokół siebie medialnego szumu, a jednak w pewnym momencie, ku zaskoczeniu wszystkich, mogą legitymować się najwyższą sportową renomą. I nie mam tu na myśli zawodników powszechnie uznawanych za wzorowych - obecnie nawet nieśmiertelnych Giggsa czy Zanettiego były w stanie dosięgnąć macki prasy. Trudno zresztą określić, czy Belletti był przykładnym sportowcem. Nie wiadomo, czy pierwszy przyjeżdżał na treningi, ani czy stanowił fenomen fizjologiczny. Nie bił rekordów, nie wiążą się z nim żadne kontrowersyjne historie ani większe afery. Ot, normalny piłkarski wyrobnik, ktoś powie – tło dla największych.

A jednak, w swojej zatrważającej dla wielu przeciętności, Brazylijczyk osiągnął więcej niż ci, którym przez długie lata asystował. Kiedy Leo Messi i Cristiano Ronaldo zaczynali świecić pełnią blasku w największych klubach Europy, miał już na koncie Mistrzostwo Świata. Co prawda na azjatyckim Mundialu zaliczył jedynie półfinałowe pięć minut, ale co z tego, jeśli wspomniani dwaj zagrają jeszcze na dwóch, góra trzech tych imprezach, bez powodzenia? Taki właśnie był urok Bellettiego – potrafił zwietrzyć szansę. Mimo że w barwach Canarinhos wiodło mu się nie najlepiej (będąc w cieniu wielkiego Cafu, powołania dostawał raczej sporadycznie), cztery lata później był już graczem Blaugrany. I w najlepszym momencie swojego piłkarskiego okresu, w najważniejszym meczu przez cały pobyt w Katalonii, znowu jako rezerwowy – tym razem w drodze do sukcesu odegrał rolę nie epizodyczną, ale pierwszoplanową. Czego dokonał, opowiadać nie muszę, byliśmy przecież tej historii naocznymi świadkami. Mało kto wie jednak, że był to jego jedyny gol w barwach Barcelony!

Trzeba niezwykłego hartu ducha, dawki szczęścia, a zarazem talentu, żeby z roli rezerwowego jednym strzałem wpisać się na stałe do pamięci ludzi. Czasem jednak cierpliwość okazuje się być nagradzana. Nim Belletti trafił do Europy, na własnym podwórku nikt nie traktował go jak gwiazdę – ani razu nie rozegrał powyżej 20 meczów w sezonie. Po przyjeździe na Stary Kontynent, czy to w Villarreal, Barcelonie czy Chelsea nikogo nie olśniewał, ale zawsze stanowił mocny punkt drużynowej kadry. Ten fakt zawsze był jego atutem i właśnie za ten atut był doceniany. Tym bardziej jest mi smutno, że po pobytach w świetnych klubach, Belletti musiał podjąć decyzję o zawieszeniu butów na kołku w takich okolicznościach. Lekko zużyty, trochę zapomniany, jak gdyby nie mogąc już dać z siebie tego co kiedyś, stracił jednocześnie swój piłkarski urok.

Juliano, dzięki za wszystko!

 

Quo Vadis?

Oskar Ogórkiewicz

Mistrz świata, triumfator i król strzelców Ligi Mistrzów, zdobywca Złotej Piłki, najlepszy piłkarz Klubowych Mistrzostw Świata. Przez chwilę najdroższy piłkarz planety. To tylko mała część drużynowych i indywidualnych osiągnięć tego gracza. Prywatnie mąż, ojciec dwójki dzieci, głęboko wierzący, udzielający się, chrześcijanin. Ostatnimi czasy poddany wielkiej fali krytyki. Nie tylko za słabe występy, bardziej za ich brak. Kaka.

Ricardo Izecson dos Santos Leite do Realu Madryt przybył w 2009 roku. Florentino Perez zgotował mu iście królewskie powitanie. Na jego prezentację przyszło 50 tysięcy kibiców, którzy widzieli w nim zbawcę. Poza stadionem, na całym świecie, było tych ludzi  kilkanaście razy więcej. Nikt nie wiedział, że z Milanu przyniósł ze sobą  przewlekłą, bardzo uciążliwą kontuzję pachwiny. Brazylijczyk obdarzony  mocno ponadprzeciętnymi umiejętnościami miał pokierować nowym projektem nowego, starego prezesa. Blancos pod jego wodzą mieli zdetronizować Barcelonę, a on sam miał być motorem napędowym drużyny z Madrytu. Miał, mieli, nie był, Barcy nie pokonali.

Problemy z pachwiną wykryto u niego już w roku 2008, jeszcze w Milanie. Nie przypuszczano wtedy, że Kaka stanie na krawędzi przepięknej kariery. Kontuzja odnowiła się po spotkaniu z Blaugraną, w listopadzie 2009 roku. Królewscy polegli 0:2, a Ricky po raz pierwszy w białej koszulce rozegrał naprawdę dobre spotkanie. Przypłacił przerwą w grze. Początkowo zakładano kilka dni pauzy, Ricardo do piłki powrócił dopiero w  styczniu. W lutym i marcu zdążył zagrać kilka słabych spotkań, to na niego spadła odpowiedzialność za blamaż i odpadnięcie w 1/8 Ligi Mistrzów z Lyonem. Dzień po odpadnięciu Brazylijczyk doznał urazu mięśnia lewej nogi. 44 dni  „urlopu”. Powrócił w wielkim stylu, w meczu z Saragossą, kilka minut po wejściu strzelił zwycięskiego gola. Do końca sezonu zagrał kilka minut, nic ciekawego nie pokazał, mistrzostwo Hiszpanii zdobyła Barcelona.

Na Mistrzostwach Świata w RPA Brazylia odpadła w ćwierćfinale, Kaka zagrał w 4 meczach, zaliczył 3 asysty, otrzymał czerwoną kartkę w fazie  grupowej. Po powrocie z Mundialu... poddał się operacji artroskopii kolana. Pauzował 5 miesięcy. Długo nie pograł, w lutym znów miesiąc przerwy. Powód? Podobno sam poprosił, chciał wrócić do formy i skończyć z kontuzjami raz na zawsze. Od kwietniowego meczu z Tottenhamem zagrał  we wszystkich meczach do końca sezonu. Momentami przypominał Kakę, pięknie asystował, strzelał bramki. Wlał nadzieję w serca kibiców. Dzisiejszy sparing z LA Galaxy rozpalił kibiców. Kaka znów był Kaką z Milanu. Podanie, które otworzyło drogę do bramki, było z gatunku „kosmicznych”.

Portal ElMadridista.com wyliczył, że każda minuta gry Brazylijczyka kosztowała Królewskich 25  tysięcy euro. Łącznie rozegrał w Realu 3500  minut, a przypomnijmy, że klub wyłożył na transfer cracka 65 milionów euro, zapewniając piłkarzowi pensję w wysokości 11,3 milionów euro brutto za sezon. Innymi słowy, każda sekunda występu Kaki na boisku kosztuje „królewskich” 428 euro, a każdy strzelony gol (a było ich szesnaście) - ponad 5  milionów euro. Łącznie, przez cztery ostatnie sezony, Kaká zdobył w  rozgrywkach europejskich w Milanie i Realu Madryt zaledwie cztery bramki. Jeśli kolano zostało wyleczone, pachwina nie będzie dokuczać, Kaka  będzie motorem napędowym nowego projektu nowego, starego prezesa. Kaka idzie w dobrą stronę. Ma siłę. Zdetronizują Barcelonę.

 

Zidane, Ronaldo

rkulasinski

Nienawidzę jak coś się kończy. Nienawidzę, jak piłkarze tacy jak Zidane czy Ronaldo kończą kariery. Nienawidzę, że będą odchodzić wszyscy Ci, dla których codziennie odpalam internet, by sprawdzić co u nich. Ronaldo czy Zizou, nie wiem, za którym z Was bardziej tęsknię.

Na Francuza byłem wściekły po finale Mistrzostw Świata w Niemczech. Po pierwsze, że go nie wygrał a po drugie, że tylko raz uderzył Marco Materazziego. Nigdy nie było takiego zawodnika jak Zinedine, nigdy. Jeśli myślę o boiskowej inteligencji widzę właśnie Francuza. Jeśli myślę o wpływie na drużynę widzę tego samego Francuza.

Jeśli myślę o… i tak dalej i tak dalej. Ten piłkarz to synonim perfekcji, geniuszu, a przy tym dużej elegancji. Tak naprawdę doceniłem go dopiero podczas gry w Madrycie. Jak zawsze życzyłem im porażek(visca el barca!) tak po woleju w finale Ligi Mistrzów z Leverkusen oszalałem ze szczęścia. Co on zrobił… Potem grając w piłkę na podwórku kazałem kolegom wrzucać sobie piłki na woleja ala Zizou. Tylko, że to jest nie do podrobienia. Taki mecz, taka stawka, taka bramka. Pamiętny gol ze spotkania z Deportivo, gdzie zakręcił obrońcami wjeżdżając w pole karne. Oni po tym musieli mieć chyba problemy z błędnikami.

Dla mnie to człowiek, który przede wszystkim kieruje się w życiu swoimi zasadami. Oglądając jego kompilacje, myślę, że nawet widać to w jego grze. Materazzi dostał w najważniejszym meczu swojego życia w mazak za to, że powiedział coś obraźliwego na jego siostrę. Ktoś inny by się odważył wybić mu to z głowy(głową)? W dogrywce takiego meczu? Nie wierzę. Nie wierzyłem również w tłumaczenia Materaca, że nic takiego nie powiedział..

A Grubasek? Pamiętam jak strzelił bramkę z karnego w finale Pucharu Zdobywców Pucharów grając w Barcelonie. Od tego momentu zaczęła się moja barcelońska era i era pociesznego Brazylijczyka. Czemu? Oglądając go ma się wrażenie, że robi to dla czystej przyjemności i sprawia mu to największą frajdę na świecie. Frajdę jak kolejny raz minie bramkarza, zagra piętką, czy minie na luzie trzech obrońców. Nigdy nie zapomnę, jak podczas jednego meczu w barwach Realu dostał piłką w „czułe” dla faceta miejsce i sędzia przerwał grę. Śmiech Roberto Carlosa a po chwili samego poszkodowanego opisywał dokładnie to jak grał El Gordo. Nieważne czy miał nadwagę czy nie miał zawsze był zmorą obrońców. Ja mając grać przeciwko niemu, chyba uciekałbym w kontuzję. Nie do upilnowania. Ile on przeprowadził rajdów, ilu ludzi wkręcał w ziemie, położył bramkarzy? Nikt tego nie policzy. Strzelał bramki wszędzie gdzie grał.

Zawsze byłem ciekawy, co On musi czuć. Grał po obu stronach w największych derbach na świecie. Mediolan oraz Gran Derbi. To jest niesamowite, że ten człowiek przechodził sobie na przestrzeni lat z jednego obozu wroga do drugiego. Fakt, nie bezpośrednio gdyż raz to były Włochy a raz Hiszpania, ale chyba mimo wszystko ominęła go nienawiść wrogich sobie kibiców. Dlatego, że był piłkarzem z innego świata.

W karierze strzelił ponad 400 bramek. 3 razy zerwał wiązadła w kolanach, do tego miał dziesiątki mniej lub bardziej groźniejszych urazów. Wracał zawsze, zawsze jako król, zawsze jako postrach bramkarzy, obrońców. Mam nadzieję, że Klose nie pojedzie na następny mundial i nie odbierze mu tytułu najskuteczniejszego w historii tych rozgrywek. Klose vs Ronaldo? No właśnie. Bo prawdziwy Ronaldo jest jeden i pochodzi z Brazylii.

Tych dwóch Panów to dla mnie idealni piłkarze. Pod każdym względem. Umiejętności czy charakter, nieważne. Obaj mieli/mają i to i to. Mimo wszystkich kontrowersji jakie ciągnęły się za ich karierami(szczególnie El Gordo) cały czas prezentowali najwyższy poziom tego co nazywamy futbolem. Ich już nikt nie dogoni.

 



Tagi: konkursy
18:04, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 25 lipca 2011

W dzisiejszej odsłonie Blogowego Pucharu Latado boju rusza zdobywca 2. miejsca w GwiaKoLi, Tomek "el_cabeso" Merchut. Notka o Nico Anelce dała mu srebrny medal, czy historia Ivana de la Pena pozwoli mu powalczyć o złoto?  Poza tym odnotowuję konkursowy debiut znanego (mi) i lubianego świetnego komentatora pipes'a_pipes'a, kolejny tekt o Francesco Tottim (można porównać z poprzednim w odsłonie 3) oraz sylwetki dwóch holenderskich czarodziejów futbolu, jednego, który skończył już niestety karierę i cieszącego wciąż nasze oczy, nawet jeśli nie jesteśmy kibicami Bayernu...

Recenzujcie i Wy, głosujcie też w sondzie, albowiem za jej pomocą wyłonimy laureata Nagrody Publiczności. Przypominam, że nagrodami w naszej zabawie są autobiografie Xaviego Barca moim życiem oraz koszulki Football Revolution, marki, dla prawdziwych wyznawców futbolu. 

 

Duży i mały Roberto Carlos

pipes_pipes

 

Na wuefie w szkole podstawowej nie było innego wyjścia - zawsze graliśmy w piłkę. Wtedy też nie było dyskusji kto gra - oczywiście galaktyczny Real, którego wielkość i późniejszy upadek miało dopiero nadejść oraz ta „gorsza” drużyna, o której tak naprawdę trudno było dziecku mającemu 8 czy 9 lat więcej niż „klub piłkarski” powiedzieć. Zdarzało się też, że Real grał kontra Real, bo to właśnie tam grali ci najwspanialsi i najlepsi piłkarze tamtych czasów. Jeden był Raulem, drugi Morientesem, jeszcze inny Zidane’em, gdy ten zaszczycił Real swoją obecnością. Ja, gdy już miałem „być” w Realu konsekwentnie stawiałem na Roberto Carlosa.

Wtedy dla mnie był on graczem najbardziej przypominającym Tsubasę, którego każdy mały piłkarz oglądał na „Naszej telewizji”. Choć Carlos nigdy nie był napastnikiem, zawsze grał do przodu- biegał bez wytchnienia od pola do pola karnego , dzięki czemu stał się archetypem bocznego obrońcy i pozostawił wzór przyszłym generacjom piłkarzy.

 Z Tsubasą jednak nie łączyło go tylko to, że niestrudzenie przemierzał kolejne odległości w pełnym sprincie. Nie był wybitnym dryblerem, nie wykazywał olbrzymiego potencjału w rozgrywaniu piłki, ale miał to coś- ten pierwiastek idola z bajki. Niesamowitą siłą strzału.

Może i nie rozrywał siatki w bramce po zdobyciu gola, to jednak jego potężne uderzenie stało się jego zagraniem firmowym. Celnie trafiał z bliska i z daleka. Po ziemi i w same okienka. Z gry jak i z martwej piłki. Z nieziemską rotacją (najsłynniejszy gol na youtube) i bez rotacji. Jednym słowem swoją predyspozycję przekuł na opanowany do perfekcji atut. Będąc małym chłopcem nie zdawałem sobie sprawy, że jakiś Beckham czy Juninho strzela lepiej wolne. Dla mnie istniał wtedy tylko pędzący jak pocisk strzał obrońcy Realu. Właśnie w tych młodzieńczych latach od wyboru idola zależało to, jak w przyszłości rozwinie się młody gracz. Mały „Raul” dzisiaj mimo postury zbliżonej do schyłkowego Ronaldo niż do chudego i niskiego poprzednika, nadal strzelając bramki krzyczy jego imię. Mały „Iker” nadal dokonuje cudów na bramce, będąc jedynym na podwórku, który ma odwagę rzucić się na wątpliwej jakości murawę. Podobnie mały „Roberto” mimo problemów ze zdrowiem już w latach szkoły podstawowej wyćwiczył lewą nogę (mimo mocniejszej prawej) i strzela nią tak, jakby grał w reklamie Pepsi i miał rozwalić kłódkę od klatki z tym „piłkarskim” napojem.

Smutne jest jedynie to, że tak rzadko razem grają. Zarówno ci wielcy (Carlos, Gonzales, Casillas) jak i ich mali następcy nie grają już w jednym „klubie”. Każdemu z nich przybyło lat, a nie ubyło problemów. Coraz częściej myślą o przyszłości. Piłka nie jest już tym, czym była dla nich dawniej. Mimo tych różnic kilka rzeczy wciąż jest niezmiennych. Hart ducha, walka do końca, śmiała gra do przodu i potężny strzał jak z armaty pozostały te same- u Roberto Carlosa, który pomału kończy swą wielką piłkarską karierę, jak i u jego małego (już dużego) odpowiednika.

 

Ivan, już nie groźny

Tomek Merchut "el_cabeso"

 

Niespełnionych gwiazdorów, których młodzieżowe kariery predestynowały do roli imperatorów futbolu, a ponadprzeciętne umiejętności pozwalały domniemywać, iż zrewolucjonizują ów sport, można liczyć na pęczki. Tych, którzy dobrowolnie rozmienili się na drobne szkoda tylko trochę. Ci, którzy przegrali z własnym zdrowiem pozostaną nieodżałowani.

11 maja 2011 roku, sala konferencyjna stadionu Cornella el Prat. Grono dziennikarzy tłoczy się tłumnie wokół obecnego na miejscu kapitana Espanyolu Ivana de la Peñii oraz towarzyszącego mu Mauricio Pochettino. Choć nikt z zebranych o tym głośno nie wspomina, przypuszczenia przedstawicieli mediów są zbieżne - to może być ostatnia konferencja prasowa Małego Buddy jako czynnego zawodnika. Urazy mięśniowe, przez które w sezonie 2010/11 pojawił się na boisku wyłącznie dwa razy, osiągnęły apogeum. Permanentne przebywanie na lekarskim zwolnieniu i niemożność gry doprowadziły do ostateczności. Widok de la Peñii zbliżającego się do mikrofonu, by wszem i wobec ogłosić rozbrat z futbolem zatrważa.

Wreszcie - rozedrgany, ze łzami w oczach i przez zaciśnięte gardło cedzi kolejne słowa: Dziękuję wszystkim. Espanyolowi i FC Barcelona. Miastu. Również Lazio i Marsylii. Przyjaciołom z boiska i tym, którzy dali mi szansę grać w piłkę. Rozum podpowiada, by jeszcze próbować, ale nogi nie chcą go słuchać. Mecz przeciw Sevilli będzie ostatnim w mojej karierze. Cisza. Wyznanie El Mago wstrząsnęło salą. Deklaracja, którą należało uszanować, nie mogła się spodobać nikomu, kto ceni piłkę nożną w szczególności za jej piękno. Burzy oklasków nie było jednak końca. Bo przecież de la Peña na nie zasłużył jak nikt inny. Był jednym z ostatnich artystów. Piłkarzem tyleż genialnym, co niespełnionym. Zawodnikiem iście romantycznym.

Współpracował z największymi i w ich oczach znajdował uznanie. Błysku w grze nadał mu Johan Cruyff, esencję jego talentu wydobył sir Bobby Robson. Ci gotowi byli powierzyć mu marszałkowską buławę i opierać na nim grę zespołu. Nie spodobał się tylko Louisowi Van Gaalowi. To wystarczyło, by przepadł w odmętach piłkarskiej solidności, choć był materiałem na fenomen. Salwując się rejteradą w 1998 do Lazio utorował ścieżkę, na której za kilka lat, zupełnie tak jak on, miał zmarnieć inny niespełniony geniusz, Gaizka Mendieta. Trafiając do Espanyolu w roku 2002 miał zaledwie 26 lat i pokaźny bagaż niepowodzeń, ale wreszcie odnalazł radość.

Demon kreatywności, wirtuoz podań, boiskowy wizjoner i mistyk. Prekursor stylu gry, który dziś błędnie uznawany jest za produkt autoramentu Xavi'ego. Gdy był w formie, potrafił zasypywać partnerów dziesiątkami podań, myszkującymi pomiędzy obrońcami rywala, które tacy snajperzy jak Ronaldo czy Tamudo musieli zmaterializować na bramki. Sam zresztą bardziej cenił wartość asyst nad piękno, nawet najprzedniejszej urody goli. Choć te wbite w styczniu 2009 roku na Camp Nou Barcelonie, które niczym ironiczny uśmiech losu spięły klamrą jego karierę, zapamięta na zawsze. To tutaj jego gwiazda rozbłysła i tutaj zgasła. Wszystko, co było później nie miało już w sobie magii.

 

Er Pupone

Krystian Nowak

 

Francesco Totti - bo o nim będzie mowa w tym tekście, to ukochane dziecko połowy Rzymu. Kiedyś odmówił Florentino Perezowi i Silvio Berlusconiemu. Zagadywali do niego także inni możni naszego kontynentu. Kilka lat temu, gdy czuł już, że zdrowie nie to samo co kiedyś, zdecydował się porzucić błękitną koszulkę  włoskiej reprezentacji, by móc w pełni poświęcić się grze dla swojej ukochanej Romy. Między innymi dlatego uwielbiany jest przez wszystkich kibiców "Giallorossich" i czczony niczym Bóg. Nazywany "Złotym Dzieckiem", "Tottigolem" czy "Chłopcem z Porta Metronia", bo wychował się w tej właśnie dzielnicy Rzymu.

Dziś jest nie tylko rekordzistą większości klubowych statystyk, ale przede wszystkim ikoną stołecznego klubu. Przed kilkoma laty został ambasadorem UNICEF. Jednym z jego pomysłów na zbieranie pieniędzy dla potrzebujacych dzieci było wydawanie książek z żartami o nim samym. Swoją drogą tych żartów na przestrzeni jego kariery powstało naprawdę wiele. W maju 2006 roku, na nieco ponad miesiąc zanim został Mistrzem Świata, wydał swoja autobiografię z której dochód przeznaczył na wspomniany UNICEF, a także Urząd Miasta, by pomagać najbardziej potrzebującym w Rzymie.

W życiu prywatnym wiedzie się mu świetnie. Jak na razie ma dwójkę potomków - sześcioletniego Christiana i czteroletnią Chanel. Jednak jego wybranka - Ilary Blasi oświadczyła niedwno, że chciałaby mieć... piątkę pociech. Totti jako jeden z pierwszych sportowców we Włoszech, zgodził się na udział kamer na jego ślubie. Za pośrednictwem telewizji uroczystość obejrzało 1.3 mln widzów. Dochód z tego wydarzenia powędrował oczywiście na cele charytatywne jak i wszystkie zyski związane z udziałem kapitana Romy w reklamówkach Nike czy Vodafone. W 2006 roku, wraz z żoną podkładał głos to odcinka popularnej na całym świecie bajki o rodzinie Simpsonów. Taki już jest "Złoty Francesco". Może nie błyszczy inteligencją, ale serce ma wielkie - mówią o nim jego byli lub obecni koledzy z boiska.

Zdenek Zeman, który jako pierwszy dał mu szansę w drużynie, do dziś wyraża się o nim jako najlepszym futboliście z którym miał przyjemność pracować bądź rywalizować, ale to pewnie dosyć subiektywna ocena. Gdyby był Brazylijczykiem, mógłby mnie prześcignąć - przyznał po Mundialu w Niemczech Pele. Totti w futbolu osiagnął już bradzo wiele. Pewnie gdyby złamał swoje przywiązanie do miasta i poszedł w stronę większych pieniędzy osiągnąłby jeszcze więcej. W jego kolekcji brakuje tylko europejskiego trofeum. Może teraz, gdy Roma ma swojego Pepa, Totti spełni swoje ostatnie piłkarskie marzenie zostawiając w gablocie swojego ukochanego klubu wszystkie możliwe trofea.

 

Nielatający Wirtuoz

zidane poziomek

Idole kibiców futbolu, szczególnie tych niezaawansowaych wiekowo, szybko przychodzą i równie szybko usuwają się w cień. Istnieją jednak zawodnicy niemal jednogłośnie uznawani za wielkich i niedoścignionych. Piłkarze, którzy parafrazując Horacego wybudowali pomnik trwalszy niż ze spiżu w futbolowej świadomości całego świata. Jedną z takich ikon jest on – niepowtarzalny Dennis Bergkamp.

Jako młodzieniec, Bergkamp uczył się piłkarskiego fachu w szkółce Ajaxu Amsterdam znanej na całym globie z produkowania zawodników absolutnie genialnych i wyjątkowych. Dennis miał się później okazać jednym z najwybitniejszych absolwentów tego ośrodka, wśród takich postaci jak Marco van Basten czy Johan Cruyff.

Po udanym pobycie w holenderskiej Wenecji i dużo mniej udanym epizodzie w Interze Mediolan, The Iceman przybył do Arsenalu Londyn. To właśnie w barwach Kanonierów Dennis pokazał cały swój kunszt, to pod opieką Arsene’a Wengera Bergkamp rozwinął skrzydła, to jego wizerunek z Armatką na piersi zostanie po wsze czasy zapamiętany przez miłośników piłki kopanej.

Holenderski wirtuoz imponował paradoksalnie tym, że nie miał warunków, by czymkolwiek w futbolu imponować. Mówiąc wprost, Bergkampowi brakowało fizycznych predyspozycji do futbolu. Nie obdarzono go ani piorunującą szybkością, ani siłą tura, ani nieziemską wytrzymałością. „Nielatający Holender” otrzymał jednak od Boga dar, który przysłonił wszelkie powierzchowne niedostatki – piłkarski mózg. Szósty zmysł futbolu. To właśnie pozwalało Dennisowi wyprzedzać ruchy rywali, czuć grę, dyktować jej warunki i panować nad jej przebiegiem. Jego wizja, wyczucie i precyzyjność prostopadłych podań była nieprawdopodobna. Zdawało się, że Holender miał dwie pary oczu – ta druga gdzieś z górnych rzędów trybun szukała rozwiązań, których z poziomu murawy dostrzec nie sposób. Nieziemska technika pozwalała Holendrowi na wykonanie zagrań podyktowanych przez impulsy geniuszu. To czyniło go niepokonanym.

Dla Arsenalu transfer Dennisa był zwiastunem nowych czasów i odkurzenia dawnej potęgi. Latem 1995 roku na Highbury trafił zawodnik, wyprzedzający pod wieloma względami o kilka długości innych piłkarzy angielskiej ekstraklasy. To on zapoczątkował złotą erę Kanonierów, to on do spółki z Arsenem Wengerem przeobraził mocnego średniaka prezentującego siłowy futbol w ligową potęgę prezentującą piłkę atrakcyjną i ofensywną.

Dennis służył przykładem również poza boiskiem. Cichy, skromny, profesjonalny, oddany życiu rodzinnemu – to cechowało holenderskiego maestro i odróżniało go od hulaszczych i lekkomyślnych gwiazdek.

„Berkamp był najlepszym piłkarzem, u boku którego kiedykolwiek przyszło mi zagrać”. Takie słowa padają z ust niemal każdego zawodnika, który miał zaszczyt występować ramię w ramię z holenderskim geniuszem. Nasi dziadkowie przekazywali nam opowieści o niesamowitych wyczynach brazylijskiego Pele. My będziemy mogli z dumą wspominać wnukom przy cieple domowego kominka jak wielkim piłkarzem Dennis Bergkamp był.

 

Łatki

Dawid Bartodziej – Witz

 

Spośród wszystkich uwłaczających uproszczeń, jakie tylko powstały w celu precyzyjnego i zwięzłego opisania środowiska piłkarskiego, najbardziej lubię przyszywanie łatek. A spośród wszystkich piłkarzy, jacy tylko przychodzą mi do głowy, najlepszym przykładem na modelowe wykorzystanie tej metody jest skrzydłowy Bayernu Monachium, Arjen Robben.

Łatka pierwsza: Jeden zwód. W 2004 roku, kiedy tylko usłyszał o nim świat, bardzo szybko pojawiło się szerokie grono tak zwanych antyfanów, twierdzących, że za rok, góra dwa, każdy obrońca na świecie będzie umiał rozszyfrować ten jeden jedyny zwód Holendra, który w marcu dał mu transfer do nowopowstającego na szemranych petrorublach giganta europejskiej piłki, a w czerwcu miejsce w telewizorze każdego szanującego się fana piłki nożnej. Trochę przyspieszenia i przełożenie piłki na lewą nogę w odpowiednim momencie, cóż to za problem? A i cherlawy taki, i łysiejący – dynamikę szybko zatraci, spokojna głowa. Stało się jednak inaczej – „ten jeden zwód” z mniejszym lub większym skutkiem działa do dziś, nie dając spać obrońcom i trenerom od przygotowania taktycznego.

Łatka druga: Przeznaczenie – Real. Istnieje coś takiego, jak wyczuwalna w atmosferze wokół człowieka aura, która nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że prędzej czy później trafi on do Realu Madryt. Niby bzdura, subiektywne urojenie, cokolwiek – grunt, że działa. Przebieg kariery Robbena wręcz prosił się o transfer do stolicy Hiszpanii. Prawdę mówiąc skok popularności, jaki Holender przeżył po Euro 2004, od razu kwalifikował go do przeprowadzki na Półwysep Iberyjski, szkopuł w tym, że już dawno miał w kieszeni umowę z innym kupującym na potęgę klubem. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze, stąd zresztą wynika...

Łatka trzecia: Globtroter. Fakt, że Robben w żadnym z dotychczasowych miejsc pracy nie wytrwał dłużej niż trzy lata, mówi sam za siebie. Więcej – tylko w Chelsea wytrzymał więcej niż dwa (nie licząc oczywiście czasu spędzonego w akademii piłkarskiej macierzystego Groningen) sezony. Motywy przeprowadzek były dwa: najpierw (od Groningen, aż po Real) piął się po szczeblach kariery, przenosząc się do coraz lepszych klubów, później wybredny prezes pokazał mu drzwi i za szelki wytargał go na rynek, gdzie trafił się obecny chlebodawca, Bayern. W którym to kopie piłkę już od dwóch lat, więc być może należy się spodziewać kolejnego transferu. Tego lata już pewnie nie, ale za rok, kto wie?

Łatka czwarta: Podatny na kontuzje. Tu w zasadzie rzut oka na statystyki wystarczy, by zastąpić wszelki komentarz. Przez ostatnie dziesięć lat raptem trzykrotnie udało mu się przekroczyć nie tak wcale magiczną granicę 35 występów na sezon, czterdziestki nie osiągnął ani razu. W zasadzie przez całą karierę miał problemy z organizmem i to właśnie z jego powodu Robben nie osiągnął (i pewnie nigdy nie osiągnie) tyle, ile mógłby, biorąc pod uwagę skalę talentu.

A i tak jest wcale, wcale nieźle.

 

Tagi: konkursy
16:27, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (14) »
niedziela, 24 lipca 2011

Na każdym wielkim turnieju jest tak, że z ciekawością czekamy na pierwszy występ obrońcy trofeum. W jakiej będzie formie, powalczy w formie? Powalczy w obronie mistrzostwa jak Argentyna w 1990 czy Brazylia w 1998 skompromituje jak Francja w 2002 czy Włochy w 2010? W dzisiejszej odsłonie Blogowego Pucharu Lata wybiega na boisko zwycięzca ostatniego konkursu literackiego na Polsporcie - GwiaKoLi, czyli Michał Trela. Kto chce porównać jego dzisiejsza notkę z tamtą, zwycięską, to proszę tutaj. Przypomnę, że zwycięzców było wówczas dwóch i z jednej strony trochę szkoda, że nie dojdzie do ponwnego starcia Michała z scv78, ale z drugiej strony BloPuLa 2011 nie byłby tym samym bezerudycyjnych recenzji Scovrona.

Poza tym dziś w konkursie o piłkarzu nie spełnionym, dwóch wielkich ikonach swoich klubów - Alessandro Del Piero i Stevenie Gerradzie oraz kolejna (druga dopiero) antynotka, po najbardziej znienawidzonym (ale bardzo dobrym) piłkarzu (CR7) tym razem o najbardziej znienawidzonym (ale cholernie dobrym) trenerze. Recenzujcie i Wy, głosujcie też w sondzie, albowiem za jej pomocą wyłonimy laureata Nagrody Publiczności.  

Przypominam, że nagrodami w naszej zabawie są autobiografie Xaviego Barca moim życiem oraz koszulki Football Revolution, marki, dla prawdziwych wyznawców futbolu. 



Huntelaar - snajper i indywidualista

Marcin Ciechański

Miał być jednym z najlepszych napastników na świecie, następcę Marco van Bastena i Ruuda van Nistelrooy'a. Gdyby patrzeć wyłącznie przez pryzmat statystyk strzeleckich, to można by umieścić go na tej samej półce. Niestety, pod innymi względami kariera Klaasa-Jana Huntelaara pokazuje, że niezwykle trudno przekroczyć granicę dzielącą piłkarza bardzo dobrego od wybitnego.

W styczniu 2009 roku wyjeżdżał z Holandii, jako prawdziwy postrach bramkarzy i zdobywca 109 bramek w Eredivisie. Real Madryt zapłacił za niego 20 milionów euro, kolejne 7 milionów miało wpłynąć na konto Ajaksu w zależności od kolejnych tytułów i wyróżnień, które miały przyozdobić CV piłkarza w przyszłości. Od tego czasu minęło 2,5 roku, a piłkarz zdążył już dwukrotnie zmienić barwy klubowe i wywalczył jedynie Puchar Niemiec... Pół roku w Realu, rok w AC Milan i kolejny w Schalke 04 Gelsenkirchen. Na dodatek, każdy kolejny klub płacił za reprezentanta Oranej mniej, więc widać, jak na dłoni, że akcje Huntelaara mocno spadły. Nie mogło być inaczej, ponieważ snajper po prostu się zaciął!

O klasie holenderskiego napastnika od zawsze świadczyły gole. W sumie ma ich 225, zdobytych na każdy możliwy sposób, czy to dostawiając nogę, uderzając nożycami lub posyłając bombę z 30 metrów. Gdzie leży problem Huntelaara? Może człowiek, który najchętniej oddaje się wędkowaniu, nie potrafi złapać wspólnego języka z kolegami? A może winę ponoszą trenerzy, którzy nie stawiali na niego konsekwentnie, zazwyczaj odstawiając na boczny tor po kilku słabszych meczach? W końcu, nawet w ojczyźnie Huntelaar nie od razu cieszył się opinią łowcy bramek. Na jego talencie nie poznał się Guus Hiddink, prowadzący wówczas PSV Eindhoven. U słynnego trenera „Hunter” zdążył jedynie zadebiutować w lidze, później odsyłano go na wypożyczenia do De Graafschap i AGOVV. Dopiero w tym drugim klubie, na zapleczu Eredivisie, jego talent eksplodował i co ciekawe, pozostawił tam tak dobre wrażenie, że jego imieniem nazwano jedną z trybun Sportpark Berg & Bos w Apeldoorn. Od 2004 roku kariera napastnika nabrała rozpędu, o czym świadczyły seryjnie zdobywane bramki w barwach Heerenveen i Ajaksu Amsterdam. Aż do momentu wyjazdu za granicę...

Reprezentacja Holandii również stanowi słodko-gorzką pigułkę. Jak na razie, Huntelaar wziął udział w dwóch wielkich turniejach - Euro 2008 i mistrzostwach świata 2010, jako rezerwowy. Szczególnie w tym drugim przypadku mógł czuć rozgoryczenie. Jego rywal Robin van Persie nie grzeszył skutecznością, lecz pomimo tego cieszył się niesłabnącym zaufaniem selekcjonera. Wicemistrzostwo świata, jakie wywalczyli Holendrzy, pozostaje największym sukcesem w karierze napastnika Schalke. Chociaż „Hunter” nie ma szczęścia w kolekcjonowaniu trofeów, to cały czas może zostać najskuteczniejszym piłkarzem w historii Oranje. Już wyprzedził Marco van Bastena, podczas gdy do prowadzącego Patricka Kluiverta traci 14 goli. Czasami zdarzają się indywidualiści w sportach drużynowych...

 

Egzemplarz specjalnej troski

DresyGórą

Jest na językach wszystkich futbolowych dziennikarzy świata. Podzielił świat na swoich wyznawców i swoich zaciekłych oponentów, których denerwuje megalomańskim ego, pychą wielką jak wieża Eiffla i pogardą wobec reszty, nie pojmujących jego geniuszu. Jednym słowem oryginał. Albo dwoma- Jose Mourinho.

Fanem jego talentu nigdy nie byłem i nigdy nie zostanę. Szanuję jego osiągnięcia, ale jakoś przemawiałyby do mnie bardziej gdyby wygrał Ligę Mistrzów z Wisłą i Bate Borysów, a nie Interem i FC Porto. Nie był w stanie jednak zdobyć tego trofeum z Chelsea i zamiast przyznać, że mógł zrobić coś lepiej, by rezultat był lepszy, wolał obrazić się na cały świat, wietrzyć wszędzie spisek przeciw jemu samemu i jego jak zawsze niewinnej drużynie.

Nie twierdzę, że jest złym trenerem. Bynajmniej. Jak mało który umie tchnąć zapał w umysły swoich podopiecznych, którzy do tej pory odpadali w przedbiegach w walce o sukces i ich kibice zmuszeni byli rozpamiętywać sukces z czasów, gdy reszta świata nie miała jeszcze butów (Inter) albo dodać wiary tym, którzy mimo drzemiącego w nich sporego potencjału w obliczu większej presji zamiast czarować z piłką zapuszczali na boisku korzenie w 1/8 finału i to rok po roku (Real). Z Realem Mourinho nie wygrał LM i być może nigdy nie wygra, ale jednak dokonał tego, czego jego mniej lub bardziej cenieni poprzednicy nie zdołali.

Tak czy inaczej raczej jawi mi się jako buńczuczny spindoktor, a nie zbawiciel futbolu. Widać, że jegomość zna trochę mechanizmy ludzkiego zachowania i dlatego świadomie odciąga uwagę od swoich piłkarzy, a kieruje na siebie (by pozbawić ich presji czy poczucia winy), ale niestety moim zdaniem brakuje mu klasy. Nie uważam, że nie jest erudytą czy poliglotą, bo faktycznie jest, ale brakuje mu manier. Obrazić umie każdego i wszędzie. Zamiast być naturalnym zakłada na siebie jakąś dziwną maskę, wykonuje gesty pod publiczkę, uważa się eksperta w każdej dziedzinie. Za kilkadziesiąt lat wspominać go będą jedynie ciepło ci, których zespoły poprowadzi do tryumfu, ale poza tym nie zjednuje sobie ludzi. Arogancki, niekiedy uszczypliwy i zadziorny to nie są cechy kogoś ujmującego.

Dodatkowo niechęć we mnie wzbiera z powodu fałszywej lojalności, jaką on i jemu podobni się odznaczają. Wczoraj kocha Inter, jutro kocha Real, pojutrze pokocha jakiś klub z Arabii, bo słono mu zapłacą. Mourinho to synonim trenera naszych czasów- płatny najemnik miotany przez szast pieniędzy, zaślepiony możliwością zdobywania kolejnych pucharów. Era trenerów pokroju Sir Alexa Fergusona- całkowicie oddanym klubowi bezpowrotnie mija. Mija też epoka, gdzie futbolem rządzili ludzie pełni pasji. Dzisiaj rządzą ludzie śpiący na ropie, dla których własny klub piłkarski jest tym, czym kiedyś rower na komunię. Przyszłość piłki nożnej, przynajmniej jej komercyjnej części  jest smutna. Pod tym względem Mourinho to trener na miarę naszych czasów. Niestety…



Del Piero Zone

Bartosz „Bart” Woszczyk

BloPuLa 2011 to świetna okazja żeby podzielić się pasją i wiarą w jedynego piłkarskiego boga jakiego wyznaję – Alessandro „Alexa” Del Piero.

Powiem szczerze, że nie pamiętam już od kiedy kibicuję Juventusowi. Może zaczęło się to od archiwalnych nagrań z Bońkiem i Platinim, a może od rzutów wolnych ADP? To może zostańmy przy tym stałym fragmencie gry…

To właśnie Alex sprawiły, że sam w młodości zacząłem trenować ten element piłki nożnej. Wszyscy kumple pchali się do ataku, dryblowali, próbowali kopiować najciekawsze i najefektowniejsze sztuczki techniczne. Mnie fascynował to, że można zdobyć bramkę jednym precyzyjnym uderzeniem. Przenieść piłkę na murem obrońców albo ominąć go bokiem, nadać futbolówce rotację i dokręcić ją w sposób pozwalający bramkarzowi tylko stać i podziwiać.

Pięknie, czysto, bez wysiłku.

Tak według mnie wykonywał (i wykonuje) free kicki ADP. Przy okazji obserwowałem z jaką gracją, techniką i klasą Alex przemieszczał się po boisku. Jak pozwoliło mu to wykształcić charakterystyczne zagranie zwane Del Piero Zone.

ADP stał się moim idolem, ulubieńcem i tak jest po dziś dzień.

Grając dla Juventusu zdobył tyle rekordów, tyle osiągnięć i trofeów, że nie ma potrzeby ich tutaj wyliczać. I choć Del Piero nie jest wychowankiem Juve (w tym rozumieniu jak np. Xavi) to związał swoją karierę z tym klubem na dobre i na złe. Stał się jego legendą.

Był jednym z nielicznych mających wyrobioną markę-nazwisko, którzy po wyrokach Calciopoli zostali w Turynie. Jak najlepiej ujął to Pavel Nedved – piłkarze odeszli, zostali mężczyźni. Degradacja nie przeszkodziła mu w zdobyciu tytułu króla strzelców Serie B. Ile takich postaw obserwujemy dzisiaj? Ilu takich piłkarzy jesteśmy pewni, że zostaliby ze swoim klubem do końca?

Od lat staram się być w Turynie na meczu chociaż raz w roku. Zebrałem sporą kolekcję gadżetów związanych zarówno z Alexem jak i z Juve. Mam dwa jego autografy, ale nigdy nie udało mi się spotkać go osobiście. Za to spełniło się inne moje marzenie – dostałem najpiękniejszy prezent urodzinowy, czyli bilety na mecz LM. Bilety na dzień 21.10.2008r. Na Stadio Olimpico di Torino Juventus podejmował Real Madryt, klub, którego szczerze nie cierpię.

W tym meczu Del Piero i Amauri dali zwycięstwo Starej Damie, ale to właśnie gol Alexa zapamiętam na całe życie. Fantastyczne, techniczne uderzenie i Casillas stojący bezradnie w bramce. Nie skłamię chyba jeśli powiem, że płakałem wtedy z radości…

A dwa tygodnie później, na Santiago Bernabéu ten sam Del Piero pogrążył Real. Druga bramka z rzutu wolnego. I owacja na stojąco w wykonaniu hiszpańskich kibiców, kiedy w 90 minucie Alexa zmieniał De Ceglie.

Mający 37 lat zawodnik był najlepszy w tak nieudanym dla Juve sezonie 2010/11. I zagra jeszcze przez rok, co mnie niezmiernie cieszy. A kiedy zakończy karierę i przyjmie zasłużone stanowisko w klubie, z radością będę mógł wspominać że grałem w piłkę, oglądałem i kibicowałem komuś takiemu jak Alessandro Del Piero.

 

Steven Gerrard, czyli jak okazać miłość do klubu

Jakub Wierciński

LFCPoland.com

Steven Gerrard zyskał bardzo wiele w moich oczach już podczas finału Pucharu UEFA w 2001 roku, kiedy to Liverpool pokonał 5-4 Deportivo Alaves po fascynującym meczu. Już wtedy młody Stevie pokazał, że Liverpool jest klubem, dla którego chce poświęcić swoją karierę.

Tak też się stało, później Gerrard pomógł jeszcze drużynie w zdobyciu Pucharu Ligi, Pucharu Anglii i mniej ważnych trofeów. Po tym nastąpił jednak przełom. Stevenem mocno zaczęła się interesować bogata Chelsea, która za wszelką cenę chciała pozyskać młodego playmakera, który stworzyłby z Frankiem Lampardem duet marzeń w środku pola. Stevie był już bardzo bliski przejścia do Chelsea, jednak kiedy w klubie pojawił się Benitez, wszystko obróciło się o 180 stopni. Liverpool grał kiepsko w lidze, ale Liga Mistrzów była prawdziwym żywiołem dla The Reds. Piłkarze z Anfield wygrali te prestiżowe rozgrywki, a do zwycięstwa w finale poprowadził ich nie kto inny, tylko Captain Fantastic, który tchnął w drużynę nowe życie, kiedy zdobył gola na 1-3 w 51 minucie gry.

Po fantastycznym finale, którego przebieg większość z nas zna, Gerro znów był kuszony propozycjami z Chelsea, a także Realu Madryt. Po tym meczu wiedział jednak, że jego całym życiem i przyszłością jest klub, któremu kibicuje od najmłodszych lat – Liverpool Football Club.

Rok po Lidze Mistrzów, Gerrard znów zaprezentował swoje ogromne umiejętności w finale FA Cup w Cardiff. Rzutem na taśmę zapewnił swoim kolegom dogrywkę, kiedy to potężnym uderzeniem z ponad 20 metrów, zdobył bramkę w 92 minucie gry.

Po dwóch jakże wspaniałych triumfach przyszedł czas słabości Liverpoolu. Do dziś The Reds nie zdobyli żadnego trofeum od 2007 roku, kiedy to pokonali Chelsea w walce o Tarczę Dobroczynności. Stevena nękały kontuzje, a drużyna z roku na rok opadała w notowaniach.

Steven jednak po raz kolejny pokazał swoje ogromne przywiązanie do klubu, kiedy odrzucił oferty Realu Madryt, pomimo tego, że LFC był mocno zadłużony.

Dlatego właśnie Steven Gerrard jest przykładem piłkarza, który poświęcił swoją karierę dla największej miłości jego życia – Liverpoolu. Odrzucał oferty klubów, z którymi na pewno zdobyłby mistrzostwo kraju, a nawet mistrzostwo Anglii – jedyne trofeum, którego brakuje Gerrardowi.

W obecnych czasach bardzo ciężko jest znaleźć zawodnika pokroju Gerrarda. Każdy teraz liczy się tylko z pieniądzem, a nie przywiązaniem do środowiska i klubu. Steven pokazał jednak, że można być wiernym przez całą karierę i cieszyć się grą na najwyższym poziomie w swoim macierzystym klubie.

Dlatego też uważam, że większa ilość zdolnych piłkarzy, grających w klubach, w których się wychowali, powinna zostawać do końca ze swoimi klubami, tak jak zrobił to właśnie Steven. Kluby są wtedy dowartościowane i dumne z piłkarzy, których sami wychowali.

 

Huragan Malina

Michał Trela

W Beskidach już wiemy, że to nie huragan. A wiatr, który czapki z głów zwiewa, nie jest efektem nienakładania filtrów na kominy fabryczne. To „Malina” robi ten wiatr. To Piotr Malinowski.

W Krakowie i Poznaniu już go znają. Chavez nie dogonił go w ćwierćfinale Pucharu Polski i Podbeskidzie wygrało pod Kopcem Kościuszki. W półfinale uciekł Arboledzie. Po meczu trener Bakero zachwalał małego skrzydłowego.. Ja słuchałem tych słów, trzymając się za szczękę. A ściślej za kąciki ust. Bolały mnie, bo usta były nienaturalnie szeroko rozwarte, a takiego wrzasku, jak po golu „Malinki”, jeszcze nigdy z siebie nie wydałem.

Podobnie uczyniło pół Bielska. Był to gol na 2-0, Podbeskidzie w tym momencie było w finale Pucharu Polski, czym ratowało rząd Tuska przed „kibolskim obaleniem” i kibiców przed zamykaniem stadionów. Ja wiem, że bielszczanie tamten mecz przegrali, ale nic mnie to nie obchodzi. Wtedy byli w finale i kolejne trzy gole dla Lecha miasto z pamięci wyparło. Staram się uchodzić za poważnego dziennikarza, który nawet jak gol padnie i tak wyda z siebie co najwyżej cichy kwik. Wtedy się nie dało. Szalałem.

„Malina” po tym i innych golach stał się idolem. Co z tego, że jest rezerwowym, skoro kiedy wchodzi na boisko na zmęczonego rywala nikt go nie zatrzyma nawet harpunem? To jednak nie zapewniłoby mu pozycji, jakiej żaden piłkarz w historii Podbeskidzia nie miał. To jest bowiem rakieta tak sympatyczna, że aż ciężko to sobie wyobrazić. Prawie nie mówi, woli stać w cieniu i jest chyba lekko przybity rosnącym zainteresowaniem, które w ekstraklasie rosnąć będzie szybciej niż dług publiczny.

A Malinowski wychował się w częstochowskim Beniaminku, prowadzonym od dziesiątek lat przez jedną osobę – pasjonata, prezesa, trenera i społecznika Janusza Kałę, zbierającego chłopaków, którzy nie zmieścili się w kadrach Rakowa, Skry czy Victorii. Dziś Beniaminek nie ma nawet boiska.

Co tam boisko, kiedy ma satysfakcję, że jego wychowanek piorunem wpadł do ekstraklasy.

–  Zawsze widziałem, że jest u niego coś nie tak. Był nad wyraz cichy i skromny. Nie chciał nic mówić. Zdobywał trzy gole i chował się za kolegami. Teraz widzę chłopaków, co jednego strzelą i już chcą, żeby im pokłony bić. Był od początku strasznie szybki, mimo że taki przygarbiony – wspomina Kała.

Teraz taki przygarbiony krąży po boisku. Trochę wygląda jak pijany. A to dwa kroczki prosto, a to dwa w prawo, a teraz trzy na ukos. Znika z gry. Aż nagle, jak nie wyrwie do przodu! Gdy przejmuje piłkę na swojej połowie, to cały stadion już stoi, jak gdyby właśnie przymierzał się do strzału na pustą bramkę. Sędzia, który pokaże mu żółtą kartkę, może mieć problemy z wyjazdem z Bielska. Kto powie złe słowo na „Malinkę”, ten z policji. Podobno uwielbienie kibiców z południową krwią jest fanatyczne i przechodzi wszelkie granice. Nie wiedziałem, że tyczy się to też południa Polski.

I tylko piłkarze ekstraklasy trochę się go boją, bo wiatr ma to do siebie, że upokarza drzewa.

 

 



Tagi: konkursy
19:14, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (17) »
sobota, 23 lipca 2011

Do weekendowej odsłony Blogowego Pucharu Lata wybrałem samych złych chłopców. ZŁYCH i złych. Oczywiście ich 'winy' i rodzaj 'zła' nieporównywalny podobnie jak i boiskowo - trenerskie dokonania. Generalnie dość boleśnie wypada to porównanie dla Polski. Oto sylwetki trzech piłkarzy i dwóch trenerów...

Zachęcam wszystkich samozwańczych jurorów do wyrażania opinii - SCV już się stał klasykiem, może ktoś rzuci mu kreatywną rękawicę. Głosujcie w sondzie, albowiem za jej pomocą wyłonimy laureata Nagrody Publiczności.  

Przypominam, że nagrodami w naszej zabawie są autobiografie Xaviego Barca moim życiem oraz koszulki Football Revolution, marki, dla prawdziwych wyznawców futbolu. 



Zły Bóg

Kacper Gawłowski

Genialny? Tak. Nieszablonowy? Z pewnością. Krnąbrny? Niesamowity? Dokładnie taki był Eric Cantona. Człowiek przez którego żałuje, że nie jestem piętnaście lat starszy.

Ubóstwiam geniuszy. Takie określenie jest przeznaczone dla bardzo wąskiej grupy, do której nie można dostać się jedynie dzięki pracowitości, trzeba dysponować czymś czego będzie zazdrościł cały świat, notorycznie wymykać się z ram przeciętności, nie pozwalać definiować swojej osoby. Wszystkie te warunki spełniał król Eric.

Nie przypadkowo idolem Francuza był jego rodak, poeta Arthur Rimbaud. Oboje czerpali z życia tyle ile było możliwe, nie zastanawiali się nad konsekwencjami podejmowanych działań i nigdy ich nie żałowali. To świat miał się zmienić, oni nigdy. Obaj byli geniuszami, cóż z tego, że w tak różnych dziedzinach.

Umiejętności czysto piłkarskich Erica nie trzeba reklamować, to z jego przybyciem wiązał się początek hegemonii Manchesteru w latach 90. Jednak Cantona to nie tylko piękne dryblingi, niesamowity przegląd pola czy zapierające dech w piersi bramki, to także szereg poza sportowych wybryków dodających jego sylwetce pikanterii.

Styl gry oddawał jego charakter, Roy Keane mówił o nim jako kimś kto „z wypiętą piersią i postawionym kołnierzem sunął po boisku jakby był jego właścicielem” i pewnie tak się czuł. Przygodę ze swoim pierwszym klubem skończył w swoim stylu: nie spodobał mu się drwiący żart Martiniego, więc go pobił. Paradoksalnie zyskał na takim zachowaniu, transfer do Marsylii był krokiem w przód, jednak deptaniem koszulki po przedwczesnym zdjęciu z boiska nie mógł zaskarbić sobie miłości fanów. Kara była nią tylko z nazwy, kolejna zmiana klubu i znów zysk. W Bordeaux jego forma rosła i pokazywał jak dobrze można grać. Niestety nie mógł zaistnieć w kadrze, czemu nie należy się dziwić po przyrównaniu selekcjonera do „kawałka gówna”. Niedługo później wrócił do Marsylii (w międzyczasie grając w Montpellier).

Być może oczekiwali się, że Cantona dorósł? Gorzką pigułką musiała być obserwacja piłki rzuconej przez Erica, a kończącej swój lot na ciele sędziego. Po wymierzeniu mu dwumiesięcznego zawieszenia nazwał wszystkich wydających wyrok idiotami.

W końcu podróż do Anglii (poprzedzona ogłoszeniem zakończenia kariery), krótki pobyt w dwóch klubach i ziszczenie się marzeń tysięcy – transfer do Manchesteru United. Tam trafił na Fergusona przy którym osiągnął szczyt. Mistrzostwo goniło mistrzostwo, bramki wpadały jak na zawołanie, lecz Cantona nie byłby sobą, gdyby nic nie wywinął. Atak a’la kung-fu na obrażającego go kibica już na stałe zapisał się na kartach historii. Klub wybronił go przed aresztem, a sam Francuz nie dość, że nie okazał skruchy, to wskazał wydarzenie jako jeden ze wspanialszych momentów życia. Taki właśnie był, bezczelny, ale szczery, wielkie umiejętności i jeszcze większy charakter. Cantona wspomniał kiedyś w jednym z wywiadów, że boi się chwili, gdy kibice o nim zapomną, jednak nie ma się czego bać, dopóki żyje, jego chwała nigdy nie zgaśnie.

 

Twardy góral z Makowa 

Marcin Borzęcki 


Szczerze współczuję osobom, którym przyszło się zmierzyć z zadziornym, góralskim charakterem. Nie stroniącym od bójek, walecznym i zdeterminowanym. Te - publicznie uznawane za negatywne - cechy jednak niejednemu sportowcowi pochodzącemu z południowej Polski pomogły odnieść sukces. Adam Małysz nie miał sobie równych w skokach narciarskich, godnie nasz kraj w świecie boksu reprezentuje Tomasz Adamek. Również piłka nożna dostała w prezencie od losu człowieka, który wybił się ponad przeciętność. Mowa o urodzonym w Makowie Podhalańskim Tomaszu Hajto.

Ponad dwa lata temu angielski dziennik Daily Mail sporządził listę 50. najlepszych piłkarzy świata. W dużej większości to zawodnicy, których gra przesycona była/jest finezją, ich boiskowe popisy podziwiały miliony osób przed telewizorami, a co drugie dziecko biegało po podwórku w koszulce z nazwiskiem swego ulubieńca. W piłce nożnej istnieje jednak spora grupa rzemieślników. Takich, którzy urodzili się aby walczyć, takich którzy do wszystkiego doszli ciężką pracą. Tak samo było z wychowankiem Hutnika Kraków.

Gianni w Polsce nie pograł długo, jego przywódczy charakter oraz skuteczną, niezwykle twardą grę defensywną wypatrzyli scouci zza naszej zachodniej granicy. 62-krotnego reprezentanta Polski zakupił MSV Duisburg, kolejnym przystankiem w karierze było Schalke 04. Aktualnego komentatora sportowego poznałem również korespondencyjnie. Wysyłając list do mojego
ukochanego klubu (a było to jeszcze w czasach podstawówki, jakieś osiem lat temu), dostałem w odpowiedzi kilka ciepłych słów od pana Tomasza z ekranu oraz piękną kartę z autografem.

Od tamtego czasu wszystkie mecze Królewsko-Niebieskich oglądałem na obklejonym zdjęciami zawodników telewizorze, z podpisem mojego idola w jednej ręce, a szalikiem w drugiej.
Któż nie pamięta potężnie bitych wolnych czy słynnego duetu (nota bene nazywanego w Niemczech polski mur), który bezproblemowo zatrzymywał gwiazdy pokroju Giovane Élbera czy też Sergeja Barbareza. Hajto był również rekordzistą pod względem ilości żółtych kartek w jednym sezonie Bundesligi.

Twardy Góral z Makowa w rozgrywkach 1998/99 ujrzał ich aż... 16! Cechy, które sprawiły, że grą Gianniego zachwyciłem się na dobre, wyróżniały go pośród całej ligowej społeczności. Hajto nigdy nie odpuszczał, zawsze walczył do upadłego, bezprecedensowo górował w walce powietrznej, nigdy nie bał się odezwać. Człowiek z charyzmą, z ogromnym bagażem doświadczeń. O jego umiejętnościach współpracy świadczy fakt, że tak wspaniale uzupełniał się ze swoim imiennikiem, Wałdochem.

Tomek Hajto, choć nigdy świętym nie był i zapewnie nie będzie, moim idolem stał się po wsze czasy. Imponował mi swoją boiskową postawą, na murawie wyglądał bowiem niczym rzymski gladiator, odziany w szaty sportowe. Bo to właśnie waleczność i determinacja charakteryzują ten sport. Sport dla prawdziwych mężczyzn!

POR QUE?

Tomasz Sierżant

 

Dlaczego? Dlaczego arbitrzy wiecznie sprzyjają Barcelonie? Dlaczego jej ostra gra nie jest uwzględniana w sędziowskich notesach? Dlaczego UEFA gani mnie oraz mój zespół – przecież ja walczę jedynie o dobro Realu Madryt... Te i tym podobne pytania przez miniony sezon tkwiły w głowie człowieka będącego przykładem idealnego przywódcy dowodzącego największym piłkarskim imperium na świecie. Jose Mourinho – jego można kochać bądź nienawidzić. Obojętnie przejść się nie da.

Jego specyficzny charakter, futbolowy świat poznał już na samym początku pracy w Chelsea Londyn. Z pozoru jego styl bycia wydawał się kompletnie arogancki. Wiecznie przybierał pozycję ofensywną a za swój ulubiony cel obrał media oraz wspomnianych arbitrów. Gdyby tego było mało sprawiał wrażenie megalomana, który uważa, iż jest najwspanialszy z najwspanialszych w swoim fachu. Cóż... wrażenia te, dla niektórych nadal są nieobce ale przez te kilka lat poznaliśmy także "jasną stronę Mourinho". Tak, ona istnieje!

Nie wszyscy dostrzegają, iż dba o swych podopiecznych jak mało, który szkoleniowiec. Dyskusje z arbitrami, władzami klubu czy UEFA były swoistą ochronną tarczą kładzioną na piłkarzy. Odciąża ich samych od niepotrzebnych spraw tak by mogli się skupić wyłącznie na kwestiach czysto piłkarskich. Poza tym, jeśli Mourinho komuś zaufa to może być pewien, że może liczyć na jego pełne wsparcie. W zamian wymaga jedynie poświęcenia w grę oraz lojalności wobec klubu. Układ przejrzysty i jak najbardziej godny pochwały.

Mourinho jest swoistym imperium w jednej osobie. Ma ogromny talent, zmysł i intuicję, która rzadko go zawodzi. Do tego, swą wyjątkowość wzmacnia niezaprzeczalną inteligencją, bijącą w zwykłym chociażby wywiadzie. Faktem jest jednak, że momentami przełamuje granice dobrego, sportowego, smaku próbując na siłę przeprowadzić ludzi na swoją stronę. Wątpliwe jest jednak by kiedyś go to zgubiło. On jest stworzony do życia pod presją, do tej adrenaliny. Wszelkie ataki wobec swojej osoby odpiera ze zdwojoną siłą bo ma jeden cel – sukces prowadzonej przez niego drużyny. Por que? Bo jest przywódcą, kochającym swoją robotę i swych piłkarzy, nie znoszącym porażek i ludzi, którzy próbują mu stanąć na drodze.



Gdzie splendory - Janusz Wójcik

Michał Buczek

 

W wielu krajach trenerzy, którzy osiągnęli jakiś znaczący sukces przyjmowani są z wszelkimi honorami, proponowane są im wysokie stanowiska w krajowych związkach piłkarskich, zapraszani są do telewizji jako eksperci. W Polsce również mamy trenera z sukcesem na arenie międzynarodowej, nie jest to nikt inny jak Janusz Wójcik. W 1992 reprezentacja U-21 szła jak burza pokonując kolejnych rywali, wśród zawodników utarło się powiedzenie „golimy frajerów”. Kuwejt? Proszę bardzo, 2:0. Włochy, ówcześni mistrzowie Europy? 3:0 Zwycięski remis z USA zapewnił pierwsze miejsce w grupie.

Potem były jeszcze mecze z drużynami Kataru i Australii, oba zwycięskie, które zaprowadziły drużynę do tego najważniejszego meczu. Finał, 100 tys. ludzi na trybunach Camp Nou. Mimo że Polacy przegrali, wstydu nie przynieśli. Dla wielu drugie miejsce to pierwszy przegrany, ale dla Polaków żądnych sukcesów to był nie lada wyczyn. A głównym architektem tego triumfu był Janusz Wójcik. Doskonały organizator, a przede wszystkim motywator.

Po latach w sejmie mówił o motywacji jako podstawie sukcesu. Do klasyki gatunku przeszło powiedzenie: ”K****, kiełbachy w górę i do boju” Dla młodych chłopaków to była woda na młyn, dawało im to nieprawdopodobną chęć walki. Oprócz zdolności motywacyjnych J.W posiadał też talent organizatora. W swojej książce Wojciech Kowalczyk podkreśla, że kadra olimpijska pod względem organizacyjnym była lata świetlne przed kadrą seniorów. Wójcik zadbał o wszystko: boiska, luksusowe hotele, premie (Kasa, Misiu, kasa) Dlaczego więc byłemu trenerowi nie oddaje się należnych honorów?

Po olimpiadzie Wujo zacumował w Legii Warszawa, w swoim pierwszym sezonie zdobył mistrzostwo. Obrazek niemal idealny dla każdego kibica stołecznego klubu, gdyby nie okoliczności ostatniego meczu z Wisłą. Po meczu, władze PZPN, nie zważając na słowa trenera o uczciwej rozgrywce i wyższości Legii nad resztą stawki, odebrały warszawiakom mistrzostwo Polski za ustawienie meczu. Mimo że od tego wydarzenia upłynęło już 18 lat, do dzisiaj przewija się to na piłkarskiej tapecie. Po latach, w programie Romana Kołtonia, Wójcik podtrzymał swoje zdanie- to były prawdziwe emocje. Ale faktem jest, że Wujo ma postawione zarzuty korupcyjne za działalność korupcyjną w klubie Świt Nowy Dwór Mazowiecki.

Ostatnim polskim klubem byłego selekcjonera był Widzew. Kibice łodzian nie byli zadowoleni z tego wyboru. To u nich na stadionie podczas meczu z Wójcikową Legią pojawił się transparent „Od gorzały i aferek pierwszy w Legii jest trenerek” W Łodzi Wójt został zapamiętany głównie za sprawą show „Gramy bez bramkarza” podczas meczu ligowego. Zatrudnienie srebrnego medalisty z IO '92 spowodowało rezygnacje trenera bramkarzy, Józefa Młynarczyka. Przygoda z drużyną „Czerwonych” skończyła się równie szybko, jak zaczęła.

Ostatnim wydarzeniem z osobą Wójcika w roli głównej był jego wypadek we własnym domu. Wujo ledwo uszedł z życiem, po tym jak spadł ze schodów raniąc głowę pamiątkami z podróży, ale nadal deklaruje chęć pracy w polskim futbolu. Nie wiadomo tylko czy jego ewentualny powrót do piłki to błogosławieństwo czy przekleństwo.



Apacz na drodze do upadku

Paweł Brachaczek

 

Seria rzutów karnych. Mecz, od którego zależy sukces Twojej drużyny, to czy puchar wzniesiesz z radością do góry, czy ze smutkiem patrzeć będziesz na świętujących rywali. Właśnie ten jeden strzał może uszczęśliwić miliony ludzi. Ten strzał musisz oddać właśnie Ty...

Przed tym wyzwaniem stawali najwięksi. Jedni, jak Antonin Panenka, takim strzałom zawdzięczają pozycję bohatera narodowego, inni, jak Roberto Baggio, przestrzelonym karnym zabrali rodakom marzenia o triumfie. 16 lipca 2011 w ćwierćfinale Copa America przed takim wyzwaniem stanął też Carlos Tevez. Nie trafił.

Króla strzelców ostatniego sezonu Premier League na tym turnieju miało zabraknąć. Selekcjoner Argentyny, Sergio Batista, wziął jednak napastnika Manchesteru City do kadry i dziś tego żałuje, bo ta decyzja przyczyniła się znacznie do odpadnięcia faworytów i gospodarzy Copa America już w ćwierćfinale.

Tevez nie tylko nie strzelił rzutu karnego w decydującym momencie – on przez cały turniej grał słabo, nie przypominając w niczym zawodnika z ligi angielskiej. Zawiedzione nadzieje mogą przyczynić się do tego, że tegoroczna Copa okaże się ostatnim turniejem reprezentacyjnym Carlitosa, którego następnym razem w kadrze może nie być. Argentyńczyk najprawdopodobniej zostanie więc już bez większych sukcesów w reprezentacji.

W klubie jest bardziej spełniony. Wygrywał z Boca Juniors, trafił do Corinthians, a później na Wyspy Brytyjskie. Wydawało się, że Anglia jest jego miejscem na ziemi. Kochali go kibice West Hamu, później także fani Czerwonych Diabłów. Odwzajemniał się im świetną grą i bramkami, świętując kilka triumfów. Jednak przyjście Dymitra Berbatowa do United w sierpniu 2008 zmąciło sielankę Teveza na Old Trafford. W końcu odszedł, w sposób zupełnie nieprofesjonalny, pozostawiając za sobą niesmak. Trafił bowiem do wielkiego rywala Czerwonych Diabłów, Manchesteru City, krytykując przy okazji swój były klub. Choć znienawidzili go dawni fani, wciąż zachwycał piłkarsko, prowadząc swój nowy klub do największych sukcesów od prawie 40 lat, do zwycięstwa w Pucharze Anglii i awansu do Ligi Mistrzów.

Teraz jednak z ojczyzny futbolu chce odejść – jako kapitan ucieka ze statku, który bynajmniej nie tonie, a dopiero wypływa na szerokie wody. Mimo kilku lat spędzonych na Wyspach wciąż ma ogromne kłopoty z językiem angielskim, wciąż nie przyzwyczaił się do brytyjskiej pogody, wciąż narzeka na angielską kuchnię. Od kilkunastu miesięcy ciągle przebąkuje o transferze i wydaje się, że jeszcze w tym okienku transferowym plany te zostaną zrealizowane.

Jaki kurs obierze Carlos Tevez? Najbardziej realny wydaje się powrót do Ameryki Południowej. Mówi się, że głównym kandydatem do jego pozyskania są jego byli pracodawcy, Corinthians. Ten transfer byłby jednak krokiem wstecz. Z brazylijską drużyną Argentyńczyk może nie być w stanie wygrać czegoś prestiżowego. Czyżby również na polu klubowym napastnik miałby już nic nie wygrać?

Czy Tevez może jeszcze się podnieść? Czas pokaże.

 

 



Tagi: konkursy
19:40, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (8) »
czwartek, 21 lipca 2011

Blogowego Pucharu Lata odsłona trzecia. Uwaga, dziś wśród idoli pojawiają się wreszcie  polscy piłkarze. Jeden, który już nie gra i drugi, o którym obawiam się też nie bardzo możemy nadal mówić, że gra, a przecież jeszcze mógłby. Mowa o Ebim Smolarku, o którym z okazji konkursu powstał wiersz! Jeśli autor nie ma nic przeciwko to wydrukuję go i przekażę Ebiemu, o ile go spotkam za tydzień na Konwiktorskiej...

Poza tym zwracam uwagę na pierwszą notkę negatywną, oczywiście, a jakże, o Cristiano Ronaldo oraz dwóch bohaterach dwóch rzymskich klubów i kolejnym antygwiazdorze Manchesteru United. W pierwszej notce pt „1” zdjęcia nie daję, żeby nie psuć Wam przyjemności domyślania się o kogo chodzi;)

Zachęcam wszystkich samozwańczych jurorów do wyrażania wyważonych opinii oraz do głosowania w sondzie, za pomocą której wyłonimy laureata Nagrody Publiczności.  

Przypominam, że nagrodami w naszej zabawie są autobiografie Xaviego Barca moim życiem oraz koszulki Football Revolution, marki, dla prawdziwych wyznawców futbolu. 

 

1

grmli

Zaczniemy od końca, bo zaczniemy od kropki. Jednej. Bo jestem w kropce, jednej jedynej, tak jak on w całej historii, był jeden jedyny i co o takim ewenemencie napisać, szablony, tak jak przy jego zagraniach odpadają. Może zsumować te trzy, które już postawiłem i mamy wielokropek - chwila na zastanowienie .Co napisać o człowieku, o którym najlepsi pisali całe eseje i wciąż nie oddawali tego co robił z piłką? Teraz mamy już ich pięć. Dobra liczba ,przepięknie wyglądała na białym tle gdy mijani, ba właściwie ośmieszani defensorzy, musieli oglądać jego plecy. Musieli to robić przez pięć długich, ciężkich dla nich lat. Frustracja musiała być naprawdę wielka bo chwytali się każdego sposobu, żeby go zatrzymać. Kolega z reprezentacji sam przyznaje, że gdyby grał w przeciwnej drużynie to, za którymś razem nie wytrzymał by nerwowo.

Jeśli mowa o reprezentacji to jesteśmy przy kropce numer dziesięć. Magiczna 10, która prowadziła całą reprezentację: duch, rozum i często także serce drużyny. Ponoć, gdy on skończył karierę, to skończyła się, także kariera wspomnianej reprezentacji i choć jest to przesada, dobitnie ukazuje przygniatającą odpowiedzialność jaką dźwigał na swoich brakach. Dla niektórych geniusz w czystej postaci, dla niektórych najlepszy piłkarz w historii, a są i tacy którzy twierdzą, że nie jest człowiekiem.

Sam nie dał się porwać temu szaleństwu. Mimo, że w ’98 po jego dwóch bramkach Francja pokonała Brazylię w finale MŚ, a kibice typowali go na prezydenta. On przytomnie zauważa, że bohater ratuje czyjeś życie, a on jedynie sprawia ludziom frajdę z tego jak kopie piłkę. Mimo tego dla wielu był biegającą nadzieją. Jego wielkość oddaje fakt, że ludzie nie będący fanami piłki nożnej przychodzili na stadion zobaczyć, jak gra, a raczej jak czaruje francuski Maestro!

Wygrał wszystko co było do wygrania. Można wspomnieć, że był mistrzem świata, mistrzem Europy, wygrał Ligę Mistrzów. Można się rozpływać, że w każdym z tych triumfów był postacią wiodącą, że strzelał bramki, które były decydujące, jak choć by tę najbardziej charakterystyczną w finale przeciw Bayerowi.

Można wspomnieć o Złotej Piłce ale nic nie odda tego co dawał kibicom .Wszystkim. Można kibicować drużynie przeciwnej, ale jego kunsztu nie dało się nie widzieć, nie dało się go przemilczeć. Jego technika, sposób poruszania się po boisku, a przede wszystkim jego sposób myślenia sprawiały, że jego gra wymykała się wszelkim ramom. Mecze z jego udziałem przeradzały się w arcydzieło, które trzeba zobaczyć na własne oczy. Spędził pięć lat w Juventusie i uważa się ,że w stolicy Piemontu  mógł być największym przejawem boskiej obecności zaraz po słynnym Całunie. Ciężko wyjaśnić fenomen, w dodatku upakowany w chudego niemal wątłego, mierzącego 184 centymetry, faceta.

Był jak iskra. Niestety czasem także zapalna. Zwykle był uosobieniem dżentelmena ale zdarzyły mu się momenty, w których tracił panowanie nad tym ogniem, który w nim płonął .Rysa na szkle. Całym sercem kocha swoją rodzinę i w jej obronie był w stanie zrobić wszystko. Lecz nawet jemu nie wszystko wolno. Finał MŚ w 2006 roku był jednym z najbardziej dramatycznych wydarzeń w historii piłki. Ze swoim bohaterem w sercu wydarzeń. Wdrapał się na szczyt, nikt nie strzela karnego w finale przeciw tak fenomenalnemu bramkarzowi w taki sposób. Wariat lub geniusz. A potem pikowanie głową w dół. Czerwona kartka. W ostatnim meczu. Nikt nie pamięta wicemistrzów. Ale on wiedział, że go zapamiętają. Choć nie wszystko było tak idealne jak jego zagrania to bez niego football nie byłby tym samym. Zinedine Zidane. Kropka.

 

Francesco Totti

Michał Skalski

Zacząć pisać o tym piłkarzu jest trudno, bo która cecha jest tą od której powinienem zacząć opisać człowieka, który już od kilkunastu lat jest moim idolem? Fascynacja moja narodziła się dawno, pierwsza koszulka jaką dostałem była AS ROMA z numerem 10 wtedy w wieku 7-8 lat założyłem ją i poznałem człowieka-legendę, który grał w ukochanym zagranicznym klubie i strzelał cudowne gole.

Zawsze ceniłem chyba to, że zawsze był jest i raczej do końca pozostanie ze swoim klubem. Nawet osoba mało znająca się na piłce, zapytana o Romę pierwsze skojarzenie będzie miała właśnie z Tottim, takim symbolem klubu potrafił się stać. Czym ujmuje? Chamstwem do jakiego potrafił się dopuszczać podczas meczy plując w twarz przeciwnikom? Oczywiście nie, ważniejsze jest to że bez Il Capitano AS Roma staje się okrętem bez sternika. Playboy, którego pokochały całe Włochy, za mistrzostwa Europy gdzie zdobył srebro i ogromną role jaką odegrał w zdobyciu mistrzostwa świata przez Włochy, czy jego różne gafy jakie wypowiadał w telewizji. Człowiek ten posiada charyzmę, której brak wielu może nawet lepszym sportowo piłkarzom.

Wyjątkowość Tottiego to nie tylko to co zrobił grając w piłkę, ale to co robi po za stadionem. Stworzył szkółkę piłkarską dla młodzieży, ma własny klub motoryzacyjny, piękną żonę. Uważam że Francesco Totti jest dobrym materiałem na „idola”, a każdy klub powinien mieć takiego piłkarza, który staje się symbolem. Wielu ludzi odbiera za idola piłkarzy na topie, a ja zawsze wiem że "Franek" jest najlepszy. I czekam na kolejne derby gdzie po raz kolejny doprowadzi do łez szczęścia lub smutku. Il Capitano osiągnął wszystko jako pihttp://215932.www.blox.pl/htmlłkarz wybierany na najlepszego piłkarza Włoch,  jest zdobywcą największej liczby bramek w Serie A .Piłkarz kompletny, piłkarz idealny, po prostu Francesco mój idol.

 

Zbyt dumny

Robert Miszczuk

Najbardziej denerwującym piłkarzem, który gra jest moim zdaniem Cristiano Ronaldo. Oczywiście zgadzam się z twierdzeniem, że jest to jeden z najlepszych piłkarzy na świecie ale jednak zawodnicy tacy jak Maradona, Pele czy ostatnio Messi gdy przegrywali mecz nie starali się zwalić winy na sędziego, murawę czy na ostrą grę przeciwników. Ronaldo samym tym mnie strasznie denerwuje sam w sobie jest zbyt dumny aby stwierdzić: tak, byłem za słaby dlatego przegraliśmy, nie byłem siłą napędową zespołu. Piłkarze typu Cristiano muszą umieć przyznać się do porażki i nie szukać co chwilę możliwości udowodnienia że jest się najlepszym, a gdy nie wyjdzie to szukać głupiego na którego można to zwalić.
To jest piłkarz który mnie irytuje i denerwuje.

 

Mr Shot

Mikołaj Fiebich

Kiedy ma piłkę przy nodze, na trybunach słychać głośne okrzyki: Strzelaj! Strzelaaaaj! Wtedy bez chwili zastanowienia uderza w kierunku bramki rywala... 

Darron Gibson w przeciągu dwóch sezonów stał się jednym z elementów układanki sir Alexa Fergusona. Irlandczyk gra na pozycji środkowego pomocnika. Jest dobrze fizycznie zbudowanym zawodnikiem, co jest czynnikiem sprzyjającym w Premier League. Natura obdarzyła go bardzo silnym uderzeniem z dystansu, dzięki czemu Manchester United posiada katapultę, która w każdej chwili może uderzyć w kierunku bramki rywala.

Wśród kibiców „Czerwonych Diabłów” Gibson budzi skrajne emocje. Jedni uważają go za totalnie nieprzydatnego zawodnika, który zabiera miejsce młodszym kolegom. Przeciwnicy podkreślają również, że zawodnik reprezentacji Irlandii ma skłonności do zwalniania rytmu gry. Natomiast zwolennicy talentu Gibsona widzą w nim zawodnika, który akceptuje rolę pomocnika trzeciego planu i nie psuje atmosfery na Old Trraford.

Dla Darrona Gibsona szczególnym sezonem były rozgrywki 2009/2010. Wówczas zagrał w 12 spotkaniach w barwach United. Zdobył 5 bramek oraz zaliczył dwie asysty. Dwie bramki z pięciu bramkowego dorobku – „Gibon” zdobył w meczu z Tottenhamem. Pojedynek odbył się w grudniu 2009 roku w ramach rozgrywek Carling Cup. Mecz zakończył się wynikiem 2-0, a Darron Gibson był niewątpliwie bohaterem tego spotkania. Zwycięstwo pozwoliło „Czerwonym Diabłom” awansować do półfinału tych rozgrywek.

W zakończonym sezonie 2010/2011 był pod ostrzałem kibiców jak nigdy. Dołączył do grona zawodników, którzy stali się podmiotami negatywnych emocji. Gibsona skrytykowali w szczególności za brak kreatywności. Gdy pomocnik United założył konto na „twitter.com” stał się znów kozłem ofiarnym. „Kibice” Manchesteru United zrobili swojego rodzaju kampanię przeciwko Gibsonowi na „twiterze”. Uszczypliwe teksty o jego umiejętnościach spowodowały, że zawodnik skasował konto.

Usunięcie konta na serwisie informacyjnym zbawiennego wpływu na grę Darrona Gibsona nie miało, aczkolwiek popisał się asystą w meczu z Schalke 04 Gelsenkirchen, kiedy świetnie podał do Antonio Valencii. Darron Gibson nie będzie następcą Paula Scholes’a ale może być nadal przydatnym zawodnikiem w taktyce sir Alexa Fergusona. Irlandczyk potrafi odebrać piłkę rywalowi i odpowiednio oddać piłkę partnerowi z drużyny. O jego grze wypowiedział się trener z licznego sztabu trenerskiego: Jest podobny do Michaela Carricka. Operuje prostymi podaniami. Darron to silny chłopak, dzięki czemu dobrze radzi sobie w środku pola – powiedział Rene Meulensteen.

Gibson powinien zostać w United z prostej przyczyny. On cały czas czyni kroki, aby stać się odpowiednim dublerem w środku pomocy. Dodatkowo warto zaznaczyć, że Darron jest lepszy od Andersona. Przecież za Irlandczyka nie wyłożyliśmy 30 milionów euro.

 

Kiełbasa

Łukasz Kupisz

Grzegorz Piechna, bo o nim będzie mowa to tytułowy Kiełbasa. Zdecydowałem się o nim napisać ponieważ futbol to nie tylko gra ale również mity i legendy towarzyszące mu na każdym kroku. To one nadają ton tej grze, to one podniecają wyobraźnię milionów, bez nich ta dyscyplina nie byłaby tak popularna. Król strzelców Polskiej Ekstraklasy z sezonu 2005/2006 jest niewątpliwie człowiekiem, o którym opowiemy kiedyś dzieciom zachęcając ich do kopania.

Ta historia została opowiedziana już milion razy na milion sposobów ale warto ją wspomnieć po raz kolejny. Zwykły prosty chłopak który po treningach pomagał teściowej rozwozić węgiel, w międzyczasie oczywiście zdobywał kolejne tytuł króla strzelców(Skompletował ich aż sześć). Na każdym poziomie rozgrywkowym w którym grał dokładał kolejne trofea. Wybuchła swego rodzaju Piechno-mania. Kibice podziwiali jego skromność i to że nie starał się być gwiazdą. W wywiadach konsekwentnie powtarzał że żadna praca nie hańbi. 16 listopada 2005 trener Janas po presją opinii publicznej był zmuszony dać szansę Piechnie w reprezentacji. Pamiętam że kiedy wszedł na boisko byłem dziwnie spokojny, że coś strzeli. W pierwszej swojej sytuacji zawiódł ale drugą wykorzystał bezbłędnie. Byłem z niego dumny, debiutował w kadrze w wieku 30 lat, rozegrał w niej 1 mecz i na dodatek skończył go z bramką. W nagrodę dostał dres reprezentacji, bowiem przed meczem miał dostać jedną wybraną rzecz na własność jeśli tylko zdobędzie tą upragnioną bramkę.

No i jeszcze ten tytułowy pseudonim. Kiedy nasz bohater miał 21 lat, Polska nie miał jeszcze pojęcia o jego istnieniu. Grał wtedy w Woy Bukowiec Opoczyński. Z samej gry utrzymać się nie mógł więc dorabiał w masarni jako człowiek odpowiedzialny za transport wędlin. Koledzy z Korony Kielce opowiadali, że każdy w klubie potrafił coś załatwić, Grzesiu załatwiał oczywiście kabanosy i wędliny.

Spytacie pewnie skąd on się wziął? Jest to chłopak z Krasznicy. W Ceramice Paradyż zdobył dwa tytuły króla strzelców. W Opocznie jeszcze jako piłkarz WOY-a zdobywając 58 goli w jednym sezonie upolował swoje pierwsze trofeum. W Ceramice zapoczątkował swoją niebywałą serię 5 z rzędu nagród dla najlepszego strzelca ligi, seria ta trwała od 2001 d0 2006 roku. Potem było Heko Czermno i jego wspaniały marsz na piłkarskie salony rozpoczęty z drugoligową wtedy Koroną Kielce. To w tym klubie stworzono o nim piosenkę. Tam traktowano go jak Boga, tam zdobył sobie sławę i szacunek który mam dla niego ja i kibice których radował swoimi bramkami.

Historia kończy się niestety dosyć szybko. Kiełbasa nie pojechał na mundial. Przeszedł do Torpedo Moskwa i zgasł. Ale czy warto to wspominać? Z pewnością warto wspomnieć to co przekazał nam najcenniejszego. Zwykły chłopak z nikąd ciężko pracuje i prowadzi powolny, mozolny i niezwykle trudny marsz ku wielkości, krok po kroku, minuta po minucie, bramka po bramce staje się coraz lepszy tak aby zadebiutować w kadrze narodowej i strzelić w niej gola. Piechna pokazuje nam że niema rzeczy niemożliwych, potrzebne są nam chęci i ciężka praca. Obserwując jego historię możemy stwierdzić że każdy może być kimś, każdy może ziścić swoje marzenia. To jest chyba fenomen jego osoby. Zresztą to nie ważne. Ważne jest że będę mógł wspomnieć swoim dzieciom a może i wnukom że żyłem w czasie kiedy na Polskich boiskach królował Grzegorz Piechna. Człowiek który nie miał szczęścia być wydobytym przez skautów we wczesnej młodości. Ale mimo to wspiął się po długiej drabinie Polskich lig piłkarskich na sam szczyt.  

 

Ebi

Patrick Newman

 

Na początku stycznia w centrum Łodzi

mały człowiek, syn Smolarka wreszcie się narodził

ojciec pewnie zamysł miał, by syn też został piłkarzem

by w ślad jego właśnie poszedł, by odbywał z nim wojaże

więc mu imię nadał piękne od wielkiego Euzebia

"niech więc ćwiczy, ćwiczy szkrab, takie imię to mu schlebia"

 

w wieku 5 lat wypadł on za Polski burtę

ćwiczył zatem tam gdzie mieszkał, z dziecięcym Frankfurtem

po dwóch latach w niemieckiej ziemi nadszedł czas Rotterdamu

Ebi w juniorach dalej ćwiczył, trzymając się ojca planu

 

dołączył szybko do pierwszej drużyny, lecz później pojawiły się schody

kontuzja zamiast gry, zawieszenie zamiast jakiejś nagrody

następny sezon już lepszy miał, lecz wypchnąć go chciała szajka

odszedł więc do Borussi na życzenie Berta van Marwijka

 

W Niemczech pokazał klasę, na skrzydle szybko śmigał

odszedł za ładne pieniądze, by grać sobie w La Liga

za dużo tam nie zdziałał, choć zagrał z Barceloną

W Racingu go nie chcieli, więc go wypożyczono

Chwalił go Gary Megson - szkoleniowiec Boltonu

później jednak na niego nie stawiał, bo Ebi spuścił z tonu

 

W Santander też nic po nim, więc kontrakt rozwiązali

po takim słabym sezonie, Ebi trafił do Kavali

w Grecji za wiele nie zdziałał, więc szybko odszedł w złej sławie

i choć szukał potem klubu, odnalazł go w naszej Warszawie

 

Ostatnio wojuje z prezesem, bo nie chce oddawać kasy

Więc pewnie już nie podbije tej naszej ekstraklasy

I jak tu w tym skrócie widać, choć Ebi się tak wysila

W jego wydaniu futbol klubowy to smutna równia pochyła

 

Inaczej z reprezentacją, z jej pięknym epizodem

Gdy grając u nas w Chorzowie przed piłki złaknionym narodem

Posłał dwa celne strzały w światło bramki Ricardo

Pokazał, że warto próbować. Próbować naprawdę warto

 

Choć dla postronnych to mogło być żartem albo jakąś anomalią

Polska wygrała, wygrała u siebie, wygrała z butną Portugalią

Ebi wtedy triumfy święcił, przeplatał je z dołkami

Gdy w kadrze był bohaterem, zwykł miewać problemy z klubami

 

Niewiadomo dlaczego w klubach tak zawodził

Czy to pech czy nieróbstwa grzech, zamiast pomagać im szkodził

Talentu odmówić mu nie sposób, bo ważne gole trafiał

Lecz niewiadomo czy jeszcze będą go chwalić, czy już tylko czekają

Takie jak to epitafia…

 

Genialny egoista

Damian Michalak

Kiedy w kwietniu 2009 r. Mauro Zarate zdjął pajęczynę z bramki Doniego w ostatnich wygranych przez Lazio Derbach Rzymu, wydawało się, że dla fanów biancocelestich narodził się nowy bohater, a wyryte w ich sercach nazwiska Di Canio i Signori przykryte zostaną na dobre kurzem zapomnienia. Mizernej postury dzieciak z Buenos Aires wyciągnięty z katarskiego Al-Saad obwołany został z miejsca geniuszem, a 16 bramek w debiutanckim sezonie i niezliczone dryblingi godne Messiego sprawiły, że nawet sceptycy rzekli: „coś w tym jest”.

Prowadzone przez Zarate Lazio sięgnęło w kilka miesięcy po dwa krajowe puchary, a wielbiony przez kibiców Argentyńczyk uwierzył, że ma w sobie pierwiastek nadczłowieka. Dziś wiemy, że to samozwańcze wstąpienie do panteonu rzymskich bóstw było chyba przedwczesne.

Objęcie Lazio przez Davide Ballardiniego w nowym sezonie połączone z egocentryzmem Zarate doprowadzić mogło tylko do katastrofy. Taktyka preferowana przez ponuraka z Rawenny sprawiła, że Argentyńczyk czuł się na boisku jak piąte koło u wozu. „Wizja” trenera sprawiła, że Lazio bić się zaczęło o utrzymanie w Serie A. Wyrwanie siłą z Hajduka doświadczonego Edoardo Reji wyciągnęło klub z tarapatów, ale sytuacja Zarate tylko się pogorszyła. Wierzący niezłomnie w swoje umiejętności wychodził na mecz z nastawieniem „ja kontra oni”.

Na domiar złego, w kategorii „oni” mieścili się również koledzy z drużyny. Traktował ich jak nędznych adiutantów, do których podanie było przyznaniem się do niemocy i porażki. Uwikłany w dryblingi z czterema obrońcami przewracał się z płaczliwą miną przy której grymas C. Ronaldo wygląda jak groźne spojrzenie macho. Farsa trwała. Curva Nord żądała dawnego Mauro. Ktoś musiał odnaleźć go na nowo…

Z odsieczą ruszył Reja. Nie przebierając w słowach i środkach przypomniał młodemu gwiazdorowi, że choć ten jest wybitny, wciąż stąpa po ziemi. Docieranie się obu panów przypominało nieco romans pary celebrytów. Deklaracje miłości, sceny nienawiści, fochy i rękoczyny. A wszystko to w oparach skandalu. Trzeba chyba być Rzymianinem, by zrozumieć jak taki związek przetrwać mógł z sukcesem do dziś. Zarate zmienił się nie do poznania. Wykorzenianie egoizmu nauczyło go w końcu podawać.

Gwiazdorzenie wciąż mu się zdarza, ale dobra zespołowa gra w drugiej części minionego sezonu pozwoliła Lazio bić się nawet o Ligę Mistrzów. Niektórzy twierdzą, że za okiełznaniem Zarate stoi modelka Natalie Weber. Przy ich gorącej sesji w prasie, J. Lennon i Yoko Ono wyglądali niegdyś w „Rolling Stone” jak para nastolatków przed pierwszym razem. Nie wnikając w przyczyny metamorfozy Argentyńczyka, jedno jest pewne – Maurito wraca na Stadio Olimpio.

Czy poprowadzi Lazio do sukcesu w Lidze Europejskiej? Wydobywanie na zewnątrz talentu Zarate to żmudny proces. Czy trener Reja zechce go kontynuować? Ryzykuje wiele, bo niejeden już piłkarski geniusz sparzył się na murawie od własnego ego. Gdyby jednak Włochowi się udało, jest pewne, że Wieczne Miasto ujrzy wkrótce prawdziwy piłkarski diament.

 



Tagi: konkursy
19:39, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (17) »
środa, 20 lipca 2011

Oto druga odsłona naszego Blogowego Pucharu Lata. Dziś w konkursie witamy pierwsze dziewczyny. Ciekawe, że jedna opisuje piłkarza Manchesteru United, a druga Arsenalu. Trochę żałuję, że dałem Wam wszystkim tak drakoński limit znaków (choć pewnie w kilku przypadkach uchroniło to nas do katastrofy), bo w każdym przypadku chciałbym się dowiedzieć dlaczego Waszym idolem stał się ten a nie inny piłkarz. Fajnie jak czasem komuś uda się zmieścić o tym informację.

Ciesze się, że pierwsza odsłona wywołała tak fajną, merytoryczną dyskusję w komentarzach, ciekawe czy dziś bedzie podobnie? Co prawda dopiero zaczęliśmy i sam nie przeczytałem jeszcze wszystkich nadesłanych notek, ale już widzę, że to był dobry pomysł, żeby postawić na sylwetki - poziom wydaje mi się wyższy niz w poprzednich konkursach, a na pewno nie ma aż takiej dysproporcji jak poprzednio. No i moim zyskiem jest to, że dzięki Wam sam dowiaduje się czegoś nowego/ciekawego, jak choćby o Jelle Vossenie, z którego istnienia - wstyd przyznać - nie zdawałem sobie dotąd sprawy.

Zachęcam wszystkich samozwańczych jurorów do wyrażania wyważonych opinii oraz do głosowania w sondzie, za pomocą której wyłonimy laureata Nagrody Publiczności.  

Przypominam, że nagrodami w naszej zabawie są autobiografie Xaviego Barca moim życiem oraz koszulki Football Revolution, marki, dla prawdziwych wyznawców futbolu. 

 

O Fenomeno

dymion9

 

Każdy dzieciak biegający po podwórku za piłką, posiada kogoś takiego, kogo stara się naśladować, kogoś takiego, kto potrafi wiązać nogą krawaty, niemalże dosłownie. W czasach PRL-u idolem dzieciaków z podwórka, był z pewnością Argentyńczyk Diego Maradona, dziś w erze konsoli Play-Station3, każdy maluch jest Leo Messim. U mnie jako, że urodziłem się rok po upadku komunizmu, największym marzeniem było zdobycie żółtej koszulki Canarinhos z numerem 9. Mówi się, że marzenia się spełniają i moje również się spełniło. Najcenniejszym prezentem komunijnym, była właśnie ta wymarzona koszulka, od tej pory mogłem zdobywać bramki, niczym Luiz Nazario de Lima, czyli po prostu brazylijski Ronaldo.

Pierwszy raz o jego talencie, przekonałem się podczas Mistrzostw Świata we Francji w 1998 roku. Był to drugi mundial w jego karierze, wcześniej w USA nie rozegrał ani minuty.  Teraz to właśnie on, miał poprowadzić Brazylię do zwycięstwa w turnieju rozgrywanym nad Loarą. Do pewnego momentu, wszystko układało się po myśli Ronaldo i jego kolegów. W półfinale z Holandią po 90 minutach było 1-1, dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, karne lepiej egzekwowali Brazylijczycy i to oni awansowali do finału. Tam na Canarinhos, czekał już zespół gospodarzy.

Przed finałowym meczem, byłem tak pewny zwycięstwa Brazylii, iż postanowiłem założyć się z kuzynem o swój nowiutki rower górski. Już w 27 minucie moja pewność została zmącona, Zidane głową kieruje piłkę do bramki Taffarela. Doliczony czas pierwszej połowy i drugi cios wyprowadzony przez Francuzów, dośrodkowuje Djorkaeff , znów najwyżej wyskakuje Zidane, uderza piłkę łysiną, a ta pomiędzy nogami Roberto Carlosa ląduję w siatce. W 90 minucie Pettit strzela na 3-0 i dobija Canarinhos. Szał radości ogarnia całą Francję, a ja mogę cieszyć się tylko z tego, że nie straciłem roweru, kuzyn na całe szczęście bał się zakładać. Marnym pocieszeniem dla R9, była nagroda najlepszego zawodnika Mistrzostw.

Kolejne lata to niestety przeklęte kontuzję. Zerwane więzadło i powrót po 12 miesiącach przerwy. Ronaldo wchodzi na boisko podczas meczu Inter – Lazio, rusza w kierunku bramki, po chwili upada na murawę, nie atakowany przez nikogo, ze łzami w oczach na noszach opuszcza murawę, jasne staje się, że więzadło znów nie wytrzymało. Lekarze nie dawali mu szans na powrót. Powrócił jednak we wspaniałym stylu, podczas Mistrzostw Świata 2002 w Korei i Japonii. Panowie 3R, czyli Rivaldo, Ronaldinho i Ronaldo poprowadzili Brazylię do piątego Pucharu Świata, zaś sam R9 został królem strzelców turnieju, bijając przy tym rekord Gerda Mullera, w ilości bramek zdobytych we wszystkich meczach Mistrzostw Świata.

Jeśli chodzi o reprezentację, Ronaldo jest zawodnikiem spełnionym, w klubowej piłce do kropki nad ”i” zabrakło mu zwycięstwa w rozgrywkach Champions League. Najbliżej tego sukcesu był w barwach Realu, w pamiętnym ćwierćfinałowym meczu na Old Trafford, strzelił hat-tricka, a gdy opuszczał plac gry kibice United zgotowali mu standing ovation, mimo, iż wyeliminował ich ukochany Manchester. Niestety w półfinale lepszy od Realu okazał się Juventus Turyn.

Najlepszym okresem w karierze Roniego, był z pewnością roczny pobyt w Barcelonie. Strzelił wtedy, aż 47 bramek w 49 meczach, rekord ten pobił dopiero niedawno, inny geniusz Dumy Katalonii Leo Messi. Bez dwóch zdań, Ronaldo to jeden z najlepszych zawodników w historii piłki nożnej, można sobie jedynie zadać pytanie, ile by jeszcze osiągnął, gdyby nie przeklęte kontuzje.

 

Jednoosobowy oddział szturmowy

Aleksandra Jarzynka

 

Nemanja Vidić, czyli jednoosobowy oddział szturmowy, jak to kiedyś powiedział Andrzej Twarowski. Ten facet jest moim ulubionym zawodnikiem, ma wszystko co jest potrzebne do dobrej gry: warunki, umiejętności, serce do gry a przede wszystkim ambicje i wole walki, która nakazuje mu nigdy się nie poddawać. I tak też robi, pamiętam mecz przeciwko Chelsea na Stamford Bridge, kiedy Didier Drogba kopnął walczącego o piłkę Vidicia w twarz. Po meczu okazało się, że Serb stracił ząb! Zdarza mu się też często grać z rozwalonym nosem czy łukiem brwiowym. Vidić jest agresywny, asertywny, pewny siebie.

Nie bez powodu też został uznany Piłkarzem Roku w Premier League. Wraz z Rio Ferdinandem stworzyli nieugięty duet, na którym najczęściej opierała się gra całej drużyny. To głównie dzięki nim Czerwone Diabły w tym sezonie straciły tak mało bramek, będąc zespołem walczącym do ostatniej kropli potu. Vidić stał się kultową postacią na Old Trafford z powodu swojego ogromnego zaangażowania w grę United. Gryzie trawę podczas każdego meczu, zawsze chce być najlepszy. To prawdziwy Diabeł.

Vidić kocha United całym sercem. Wiele razy był łączony z innymi drużynami, Realem, Juventusem itp. jednak zawsze podkreśla, że jest szczęśliwy w United: Jestem zdecydowany, aby pozostać tutaj do końca swojej przygody z futbolem. Z moich ust nigdy nie padły słowa, że chciałbym się stąd ruszać. Kocham ten klub i mam nadzieję, iż okazuję to na boisku. W dzisiejszym świecie niewielu jest piłkarzy, których stać byłoby na takie słowa w stosunku do swojego klubu, większość gwiazd opuszcza swoje kluby po kilku sezonach, często ze względu na lepsze zarobki, mało jest takich, którzy spędzają całe kariery w jednym klubie.

Za to trzeba pochwalić Serba. Sodówka nie uderzyła mu do głowy mimo wielu sukcesów z klubem i wielu indywidualnych wyróżnień. Nadal jest tym samym facetem co w 2005 roku, kiedy przechodził do United. Ma żonę, dwóch synów, wiedzie spokojne życie, z dala od tabloidów. Nigdy nie był wplątany w żadną z afer, w których uczestniczyli jego koledzy z United. To naprawdę porządny facet!

 

Bestia, Destruktor, Niszczyciel

Robert Frąckiewicz

Piłkarz roku 2009 w Albanii. Bardzo twardy, nieustępliwy. Przywódca środka pola. Tylko do jednego piłkarza pasuje taki opis. Jest to defensywny pomocnik Lazio Rzym, Lorik Cana.

Urodził się w Kosowie, lecz już jako dziecko musiał emigrować ze swojego kraju. Wraz z ojcem, który był wyróżniającym się piłkarzem przeniósł się do Szwajcarii. Jednak pierwsze szlify zdobywał pod okien wspaniałego Arsena Wengera. Lorik w wieku 16 lat brał udział w treningach Arsenalu. Zawodnik nie mógł jednak podbić Wysp, gdyż nie otrzymał odpowiedniej wizy.

Albańczyk nie poddawał się i dołączył do szkółki PSG. Tam długo czekał na swoją szansę, lecz gdy ją otrzymał, to nie oddał miejsca w składzie. W swoim debiucie został on wybrany piłkarzem spotkania. Jego kariera w Paryżu nie trwała długo i w 2005 roku przeniósł się do Marsylii. Tam także został czołowym zawodnikiem. To właśnie w tym klubie zaczął pokazywać pełnie swoich umiejętności. Po dwóch latach został on mianowany na kapitana drużyny.
Po kilku latach gry zaczął on otrzymywać propozycje gry w Anglii. O jego podpis ubiegał się m.in. Arsenal, lecz Cana przeszedł do Sunderlandu, gdzie z miejsca został kapitanem. Na Wyspach znów nie zabawił długo, bo tylko sezon. Po roku gry postanowił przejść do Galatasaray, gdyż jak stwierdził „tęskni do rodzinnych stron”. W Turcji też zabawił tylko rok i w 2011 roku przeniósł się on do Lazio.

Czym wyróżnia się Cana na boisku? Na pewno swoją walecznością i nieustępliwością. Są to główne cechy charakteru, potrzebne do gry na pozycji defensywnego pomocnika. Lorik zawsze zostawia płuca na boisku. W klubach, w których grał jego zadaniem było powstrzymywanie akcji rywali. Albańczyk bardzo się do tego przykładał, co zaowocowało 109 żółtymi i 7 czerwonymi kartkami we wszystkich rozgrywkach. Statystyka ta pokazuje, że Lorik dokona wszystkiego, byle drużyna nie straciła bramki.

Albańczyk z pewnością nie cieszy się sympatią piłkarzy z przeciwnych drużyn. Albańczyk gra bardzo bezpardonowo, a jego ataki na piłkę mogę wydawać się bardzo niebezpieczne. Jednak dzięki temu zaskarbił on sobie kibiców, którzy niejednokrotnie nagradzali jego wślizgi oklaskami. To właśnie piłkarze tacy jak Lorik są główną siłą drużyn. O zawodnikach takich jak Cana mówi się, że „wkładają głowę tam, gdzie inni nie wstawiliby nogi”.

 

Tak gra Poborsky!

Karol Bulski

Zawsze olbrzymie wrażenie robiła na mnie gra Karela Poborsky’ego. Zacząłem go kojarzyć podczas Euro 96, mimo że wtedy dopiero zaczynałem interesować się piłką, a z meczów tamtego turnieju w całości obejrzałem jedynie finał. Oprócz Poborsky’ego z drużyny czeskiej zapamiętałem Suchoparka, którego nazwisko dla zabawy przekręcałem na Suchopałek, co kojarzyło mi się z imieniem jakiegoś leśnego skrzata. Za to Poborsky wbił mi się w pamięć dzięki swojej grze.

Stąd kiedy Czesi grali na Euro 2000, bardziej niż ich drużynie kibicowałem samemu Poborsky’emu. Kiedy południowi sąsiedzi nie awansowali na Mistrzostwa Świata w 2002, w 2004 na skład ich drużyny patrzyłem z niepokojem – czy trzydziestodwuletni Poborsky aby na pewno jest? Na szczęście był i grał nie gorzej, niż wcześniej. Grał też dwa lata później, pierwszy raz w swojej karierze na Mistrzostwach Świata.

Co było w nim takiego, że praktycznie od razu zacząłem mu kibicować, pomimo że byłem jedenastolatkiem i piłkę ledwo rozumiałem? Chyba najgłówniejszym komponentem stylu gry Poborsky’ego była nieszablonowość, pomysłowość. Czeska drużyna mogła grać poprawnie, ale gdy piłkę dostawał Poborsky, to jednym zwodem, podaniem, przyspieszeniem tempa – był w stanie pchnąć grę do przodu i przebudzić zarówno partnerów z drużyny, jak i kibiców przed telewizorami. Zauważył to Dariusz Szpakowski, kiedy podczas jednego z meczów Euro 2000 Poborsky przełamał marazm swojej drużyny kapitalnymi, brawurowymi zwodami. Po prostu powiedział, że „tak gra Poborsky” i był to chyba najlepszy komentarz do tamtej akcji.

Bo było w grze czeskiego pomocnika szukanie granic możliwości i wiele jego zagrań sprawia wrażenie, że nie dało się lepiej, szybciej, czy bardziej brawurowo. Słynny gol w meczu z Portugalią z Euro 96 nosi takie właśnie piętno nierzeczywistości. Sposób, w jaki czeski skrzydłowy mija kilku rywali – szalenie efektowny, a zarazem pokazujący jak wybitny zawodnik robi użytek nie tylko ze swoich umiejętności, ale też z przypadku, który każe piłce tak a nie inaczej krążyć w gąszczu nóg. To nie mogło się zdarzyć, piłka powinna była uciec, któryś rywali powinien ją przejąć, albo wybić. A jednak nie – Poborsky oszukał wszystkich i po prostu pobiegł do przodu. Starczyło mu jeszcze przeglądu pola, pomysłowości i pewności siebie, żeby wysokim lobem przerzucić kolejnych, wyrastającymi obrońców i bramkarza. Wszyscy oni przegrali z Poborskim, bo zagrali szablonowo – obrońcy liczyli, że łatwiej odda piłkę w osaczeniu, a Vitor Baia wyszedł z bramki, bo po prostu tak się generalnie ma bramkarz zachować kiedy rywal przy piłce jest niedaleko i szybko się zbliża.

W takich słowach, bez żadnej przesady, można by opisać jeszcze dziesiątki akcji Poborsky’ego, bo gole, asysty, zwody i podania na granicy wykonalności to była w jego przypadku norma. Na boisku potrafił biegać o jedno tempo szybciej od rywali, ale myśleć umiał chyba o dwa tempa szybciej i to pewnie dlatego jego gra stanowiła tak niewiarygodny spektakl.

 

Robin Van Perfect

Katarzyna Strzelecka

Arsenal to drużyna, która od lat cieszy kibiców piękną grą. Krótkie podania, strzały na bramkę z bliskiej odległości ... Mecze Kanonierów ogląda się z przyjemnością, jednak nie zawsze ładna gra idzie w parze z wynikami. Z tego powodu część piłkarzy Arsenalu coraz częściej zapowiada chęć opuszczenia klubu  z północnego Londynu. Wśród nich jest jeden zawodnik, który pomimo braku  sukcesów  jest  lojalny wobec klubu  i  kibiców. Robin van Persie, bo o nim mowa, to piłkarz w pewien sposób wyjątkowy.

Holender dołączył do drużyny Wengera latem  2004 roku  i swój pierwszy sezon w Premier League spędził głównie na ławce  rezerwowych. Swą szansę  na częstszą grę z armatką na piersi otrzymał dopiero, gdy kontuzji doznał Thierry Henry. Od tamtej pory Holender  zachwyca  kibiców swoimi umiejętnościami i gdyby nie jedna przeszkoda, która stanęła na drodze jego kariery, byłby dziś jednym  z najlepszych  napastników w Europie.

O czym mowa? Oczywiście, o kontuzjach. Wszelkie urazy są nie od dziś zmorą van Persiego. Już w swoim pierwszym sezonie na angielskich boiskach, napastnik zakończył rozgrywki ligowe wcześniej niż koledzy z drużyny.  Od samego początku  przygody z Arsenalem, Robin przynajmniej raz w roku został zniesiony z boiska bądź zmieniony z powodu urazu. To właśnie przez kontuzje, w przeciągu siedmiu sezonów wystąpił jedynie w 156 meczach  ligowych, a ogółem, we wszystkich rozgrywkach, strzelił 95 bramek. Dlaczego więc  Arsene Wenger  trzyma w klubie piłkarza tak podatnego na kontuzje, przez wielu określanego mianem  „człowieka-szklanki”?

Odpowiedź jest prosta – Robin van Persie ma niesamowite umiejętności, którymi potrafi oczarować  każdego. Piękne podania, instynkt strzelecki, precyzyjne strzały lewą nogą, bramki zdobywane często w  nieoczekiwany sposób… Nikomu  nie trzeba przypominać jego bramki przeciwko Charltonowi, która we wrześniu 2006 roku została wybrana golem miesiąca w Premier League, a sposób trafienia do siatki FC Barcelony w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów, mówi sam za siebie. Sam  Arsene Wenger opisał van Persiego jako połączenie umiejętności Dennisa Bergkampa i instynktu  strzeleckiego Thierry’ego Henry.

Pomimo licznych  kontuzji, holenderski napastnik strzelał wiele bramek w kluczowych momentach  poszczególnych  meczów. Sezon  2010/11 można uznać za najlepszy w jego karierze, kiedy to rozegrał zaledwie pół sezonu i został  najlepszym  strzelcem drużyny Arsenalu. Warto wspomnieć, że grając w 19 meczach od stycznia tego roku, Robin wpisał się na listę strzelców aż 18 razy, ustanawiając tym samym  rekord bramek trafionych w Premier League między styczniem a  końcem sezonu. Ponadto, Holender strzelał bramki w kolejnych dziewięciu meczach wyjazdowych, co również można odnotować jako jego mały rekord.

Kim jest Robin van Persie? To piłkarz całkowicie oddany swojej drużynie, jest on kimś, dla kogo piłka stanowi największą pasję, całe jego życie. Napastnik kompletny, któremu  na przeszkodzie stoją tylko i wyłącznie kontuzje.

 

Jelle Vossen - Belg w cieniu gwiazd

bastekbora

Jeśli chodzi o ligę belgijską w ostatnich latach można częściej usłyszeć o brutalnej grze Alexa Witzela, czy też o wielkim talencie jakim jest Lukaku, którym rzekomo interesowała się Chelsea. Pośród wielu solidnych grajków z Jupiter League uchował się  napastnik, potrafiący także grać w środku pola - Jelle Vossen.

Nie jest super snajperem, ani chociażby geniuszem podań, ale posiada wielką wolę walki i charakter za który ma wysoką opinię wśród kibiców. Zazwyczaj grający w ataku, ale w przeszłości dyrygował drugą linią jako typowy ofensywny pomocnik. Na ponad 100 rozegranych spotkań ma trochę więcej niż 20 bramek, a to żaden wyczyn. Bardziej ukazuje to jego grę w pomocy. W momencie kiedy szkoleniowiec KRC Genk zaczął wystawiać go częściej na szpicy , on sam zaczął zostawać po godzinach na treningu i szkolić swój snajperski talent. Jest on nadal młodym zawodnikiem, a co za tym idzie bramki mogą przyjść prędzej czy później, on wolał jednak aby zacząć strzelać wcześniej no i udało mu się to w sezonie, kiedy to jego zespół został wicemistrzem Belgii. Vossen znacznie przyczynił się do tego sukcesu, a fani prawie że prosili zarząd o nowy kontrakt dla niego.

Wypożyczony postanowił odbudować formę w innym klubie, ale nie udało mu się to i po powrocie do macierzystego klubu znowu rozpalił jupitery na Fenix Stadium. Wbrew powszechnej opinii, że napastnik musi strzelać gole co mecz, potrafić dryblować i dobrze dyrygować grą w napadzie uważam, że są inne cechy ważne do tego, aby być dobrym grajkiem, ale także po to aby Jelle trafił do serc fanów.

Fani cenią go przede wszystkim za wolę walki i za to, że radzi sobie z presją. On sam próbuje zawalczyć o swoją reputacje i o to, żeby za parę lat dostać się do silniejszej ligi. Posiada dobry przegląd pola (chociaż do Alonso brakuje mu wiele), potrafi też posłać długie podanie, które nierzadko kończy się dla niego asystą. Wielkim atutem jest jednak jego chęć strzelenia gola. Zawsze walczy do ostatniego centymetra boiska i nigdy nie odstawia nogi. Gdy zaczynał grywać słabiej fani ciągle go wspierali widząc, że stara się jak najlepiej i w końcu zostanie to nagrodzone bramkami. W jednym z pechowym dla niego samego spotkań, w którym na sześć strzeleckich prób tylko jedna trafiła w światło bramki fani wstali, aby oklaskiwać go po zejściu z boiska. Często wypowiadają się o nim w samych superlatywach, a on zazwyczaj stara się zachować skromność i spokojnie skupiać się na swoich piłkarskich obowiązkach.

Jest to także piłkarz lojalny, który zaczynając karierę piłkarską w wieku 5 lat w Belgii do tej pory z niej nie wyleciał. Pozyskany przez KRC Genk w 2006 roku podpisał cztery lata później  nowy pięcioletni kontrakt i wyraźnie na konferencji prasowej powiedział, że złożył podpis po to, aby znowu zabłysnąć. On zabłyśnie, a ja mam nadzieję, że ktoś w końcu go doceni i pozwoli na eksplozję jego talentu…



Tagi: konkursy
17:28, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie