niedziela, 30 czerwca 2013

Kto jeszcze nie słyszał, nie widział i nie zna, niech jak najszybciej usłyszy, zobaczy i pozna! Oto pasjonaci i entuzjaści hiszpańskiego futbolu skrzyknęli się w Internecie i stworzyli fantastyczny, przeciekawy, kompetentny magazyn ¡Olé! Pomysł narodził się w portalu kibiców Valencii – www.vcf.pl którego redaktorzy (m.in. znany doskonale bywalcom Polsportu Łukasz Kwiatek) zaprosili do współpracy specjalistów od La Liga z blogosfery jak Piotr Dyga czy Michał Zachodny (¡Olé! śledzi również losy iberyjskich piłkarzy i trenerów w innych ligach, zwłaszcza na Wyspach) oraz dziennikarzy z mediów ogólnopolskich jak Barbary Bardadyn z Przeglądu Sportowego, Piotr Koźmiński z Super Expressu czy Piotr Laboga z NC+. Ja też znalazłem się w stopce, choć na razie oba świetne numery magazynu wsparłem jedynie dobrym słowem i życzeniami powodzenia. Nie żebym sprytnie zamierzał wejść dopiero na gotowe i rozhulane, po prostu kończę projekt książkowy, który odbiera mi każdy kawałek wolnego czasu. Redakcją kierują prężny i zarażający entuzjazmem redaktor naczelny, Dominik Piechota oraz wpierająca go z Hiszpanii Jolanta Zasępa, której żaden piłkarz jeszcze nie domówił wywiadu i ja im się nie dziwię. Poznałem, doceniłem i polubiłem ich już zresztą dawno temu dzięki Twitterowi, podobnie jak całe mnóstwo pozostałych autorów

Bardzo szybko wszystko rozhulali, obczajcie sami: najnowszy numer podobnie jak pierwszy jest dostępny w sieci zupełnie za darmo (w .pdf) w co aż nie chce się wierzyć patrząc na ilość pracy przy projekcie! W liczącym aż 138 stron magazynie znajdziecie dwa artykuły podsumowujące trzy sezony Jose Mourinho w Realu Madryt, spekulacje na temat zastępującego go na Santiago Bernabeu Carlo Ancelottiego i podsumowanie grubego, hiszpańskiego kelnera, jak brzydko kibice The Blues nazywali Rafę Beniteza. Portret najlepszego obecnie polskiego piłkarz Primera División, Filipe Kasimirskiego, z którym o korzeniach porozmawiał Piotrek Koźmiński. Analiza taktyczna gdy Aleksandre Songa pióra Bartosza Gazdy, sylwetki Jonathana Soriano, kroczącego na szczyt Thibaut Curtois oraz Javi Martineza, który szczyt właśnie zdobył z Bayernem. Opowieści o Proyecto Heliópolis czy ruszającym na podbój Premier League Manuelu Pelegrinim. Oraz wywiady Kibu Vicuñą, Adrianem Wójcikiem Kosełą, Sergio Escudero i Danim Quintaną. Tu znajdziecie interaktywne wydania Issuu.

 

Jak pisałem, cały magazyn jest dostępny za darmo i jak obiecują twórcy, taki ma pozostać tak długo jak to będzie możliwe. Czytelnicy proszeni są jedynie o dobrowolne datki, jak piszą autorzy na kawę dla grafików, czy fryzjera dla rwących włosy z głowy korektorów. Dopiero zaczną rwać, jak ja coś im wyślę ze swoją dysleksją :p W każdym razie inicjatywa potwierdza, że nie trzeba kończyć dziennikarstwa, ani wieloletniego stażu w mainstreamowych mediach, żeby stworzyć ciekawy projekt w Internecie. W dzisiejszych cyfrowych czasach wystarczy pasja, zapał i pomysł. Sam nie wiem czy życzyć im druku na papierze, czy to aby nie strata kasy i energii? Na pewno za to życzę im, żeby ich praca pozwalała na coś więcej niż kawa, nawet w Sturbucksie;) ¡Olé!



14:53, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (15) »
czwartek, 27 czerwca 2013

 

Ręce opadają po ostatnich wydarzeniach w Wiśle Kraków z zaproszeniem na testy rumuńskiego studenta-oszusta, Sorina Oproiescu, który uwiódł wiślackich skautów zgrabnym montażem cudzych akcji i goli na You Tube. Ja rozumiem ciężką sytuację polskich klubów, które nie mając kasy rozglądają się za piłkarzami dostępnymi za darmo. Niestety należą do nich głównie piłkarze z jutiuba (swoją drogą smutne to jak szybko Wisła przeszła drogę od światowej klasy dyrektora sportowego Stana Valcxa, kreującego gwiazdy w PSV Eindhoven do wyszukiwarki google’a i wikipedii). Tych filmików nadesłanych przez menedżerów różnej maści jest mnóstwo. A jeszcze jak słyszałem, cwaniacy z Bałkanów potrafią aranżować lipne mecze, w trakcie których ich zawodnicy dryblują przez pół boiska jak Leo Messi, robią Drogbę i inne cuda. Jasne, że w tak rozpaczliwych poszukiwaniach każdemu może się przydarzyć wpadka. Ale gdy już wyjdzie na jaw najlepiej przyznać się do błędu, obiecać, że już nigdy, że odtąd uważniej... etc, a przede wszystkim podziękować własnemu kibicowi, który wykazał proletariacką czujność, obnażając spryciarza. Jako że wykonał robotę dyrektora sportowego, ja bym go nagrodził co najmniej zaproszeniem VIP’owskim na pierwszy mecz sezonu.

Tymczasem Wisła idzie w zaparte. Najpierw wydała kuriozalne oświadczenie, że decyzja o testach tego zawodnika została podjęta na podstawie rekomendacji managera piłkarza oraz zebranych materiałów wideo (...) Podobna praktyka została uprzednio przyjęta także w przypadku Emmanuela Sarkiego. Menedżerowie od tego sa, żeby wciskać klubom nawet największy szrot. Dobrze, że nie rekomendował worka z cementem. Sarki? Jego karierę można było dokładnie prześledzić na stronach nigeryjskich, norweskich i belgijskich, w których ligach grał. Jakby tego było mało, Franciszek Smuda oficjalnie przyznał, że choć wie, że Oproiescu spreparował filimki i nigdy nie grał w żadnej Politechnice Timisoara, to i tak da mu szansę. - Słyszałem o tym wszystkim. Ale to nie jest tak, że to nie jest piłkarz, tylko jakiś murarz albo piekarz. Wie pan, jaką mamy sytuację kadrową. Muszę kogoś znaleźć. Sprawdzę każdego, kogo ktoś mi poleci. I dodał, że trenując w Turcji przepuścił Davora Sukera (Krzysiek Stanowski z weszlo.com stwierdził na twitterze, że pomylił mu się z Hakanem Sukurem...).

W sytuacji opadnięcia roą do samej ziemi pozostało mi tylko ogłosić na twitterze konkurs na mema najlepiej obrazującego sytuację. Oto efekt inwencji internautów (a Wam który się najbardziej podoba?):

I jeszcze dwa, jeden:

i zwycięzca:

 

16:13, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (32) »
wtorek, 25 czerwca 2013

Rzucił torbę na pierwszym wolnym miejscu i zaczął się przebierać. Któryś z kolegów się oburzył: „To jest miejsce Heńka Dawida”. Młody odparł: „Pierdolę, nie interesuje mnie to, przyszedłem tu grać”. Transfer Zbigniewa Bońka do łódzkiego Widzewa spowodowała narodziny dwóch wielkich gwiazd - zarówno samego Bońka jak i gwiazdy Wielkiego Widzewa. Wątpliwe, by jedna mogła rozbłysnąć o drugiej. Właśnie Boniek był tym, który dał drużynie nowa moc. Stał się jej nowym silnikiem i wprowadził ją na wyższe obroty (...)

Tak zaczyna swoją świetną książkę „Wielki Widzew” Marek Wawrzynowski, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, który poświęcił jej trzy lata pracy. Fantastycznie zdokumentowanej, przegadanej chyba z wszystkimi nostalgicznej historii jednej z największych polskich drużyn, która walczyć jak równy z równym z największymi ówczesnymi potęgami europejskiego futbolu, Juventusem, Liverpoolem, Manchesterem United i City. Której kibice na Anfield Road bili brawo na stojąco, mimo, że Polacy właśnie wyrzucili w Pucharu Drużyny ich ukochanych The Reds, a największy gwiazdor tamtej drużyny Ian Rush (taki ówczesny Wayne Rooney, tylko z Walii - podpowiedź dla młodszych czytelników) do dziś opowiada o niej z szacunkiem.

Ale książka nie jest tylko idylliczne wspomnienia dawnych sukcesów i opium na dzisiejszą marność polskiego futbolu. To także próba ukazania fenomenu jak w tamtych siermiężnych czasach (jeśli chodzi o warunki życia, nie sportowe talenty) udało się stworzyć tak wielki zespół. Opowieść o twórcy Ludwiku Sobolewski, osobie równie wielce niejednoznacznej i skomplikowanej, jak cała paka piłkarzy, którą sobie dobrał, zwana nie bez powodu Parszywą Dwunastką. O złych chłopakach, którzy stali się jeszcze gorszych, żeby móc osiągnąć to co osiągnęli i przeciwnościach, które musieli po drodze zwalczyć lub przynajmniej nie zatracić się im ulegając: alkoholu, hazardu, korupcji, wewnętrznych konfliktach. Nie wszystkim się udało. Dzięki książce wreszcie możemy poznać historię kilku upadłych karier.

No i oczywiście jest to opowieść o największej osobowości Wielkiego Widzewa, która później odniosła największy sukces (i na boisku i jak pokazuje życie, poza nim) Zbigniewie Bońku. Z książki wyłania się portret człowieka wyrastającego poza swoje środowisko, o wyjątkowym charakterze, dzięki któremu łatwiej nam zrozumieć wiele jego późniejszych sukcesów ale i niepowodzeń.

Posłuchajcie zresztą rozmowy z autorem, który wyjaśnia jaka idea przyświecała mu podczas pisania książki...


 

I TRADYCYJNY KONKURS.

Jeśli chcecie wygrać książkę „Wielki Widzew” z osobistym autografem autora, napiszcie w komentarzach o Waszej najlepszej drużynie wszech czasów: która, z jakiego okresu i dlaczego ta. Moment euforii, moment klęski, gdy się skończyła... Wspólnie z Markiem wybierzemy trzy najfajniejsze wpisy...



Tagi: Widzew
16:03, francuski_lacznik , Co się wydaje
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 24 czerwca 2013

Konkurs na tekścik pt „Nigdy nie zapomnę jak Zidane...” i zarazem piłeczkę z autografem Zizou wygrywa kubamachowina za Balladę o niezwykle ciężkim zabarwieniu emocjonalnym, autor całkiem fajnego bloga Bloody Footbal który cieszę się, że odkryłem. Kuba golem dosłownie w fergie time wyprzedził ronaldingo który również miał świetny pomysł na tekst w dodatku o meczu, w którym miałem przywilej oglądać Zizou na własne oczy. Trzecie miejsce na podium ex equ przyznaje znajomym konkursowiczom, którzy doskonale wiedzą już o co chodzi i nie zeszli poniżej poziomu, z którego ich znam tomassino-1 i rossi-4 (który wszakże podpadł mi sformułowaniem szczelnie magazynował piłkę, da what?;) oraz madapaka za urocze wpsomnienie pojedynku między królem Zizou i jego czeskim następcą. Wszystkim dziękuje za Wasze wspomnienia, zwycięzców proszę o mejle z adresem. Za 2. miejsce nagrodą jest koszulka adidasa Team 5, a za trzecie książki-albumy FC Barcelona i Borussia Dortmund autorstwa dziennikarza Weszło, Tomka Ćwiąkały (chyba, że madapaka nie ma jeszcze książki Alessandro del Piero Gramy dalej, bo został mi ostatni egzemplarz...

A to nagrodzone teksty, ciekawym czy zgadzacie się z werdyktem. Ostatnio na blogu ciszej, ponieważ kończę własną książkę, a deadline goni niemiłosiernie, ale o tym będzie jeszcze czas napisać. Z góry uprzedzam pytania, że nie jest to biografia Roberta Lewandowskiego (trochę żałuję, ale akurat ukazały się trzy).

 

kubamachowina

Balladę o niezwykle ciężkim zabarwieniu emocjonalnym

 

Nigdy nie zapomnę, bo jakże mógłbym zapomnieć? Życie nie jest sumą naszych wdechów, ale liczbą momentów, w których właśnie zabrakło nam tchu. A te odbierane mi były w jego wypadku częściej aniżeli w przypadku innych. Czy była to bramka na Hampden Park? Być może. Parafrazując biblię kapitalizmu, autorstwa Ayn Rand, tym jednym magicznym muśnięciem Zizou zatrzymał silnik świata na oczach ogłupiałych widzów. Czy Zidane to John Galt? Całkiem możliwe, ale Zidane jest raczej everymanem, człowiekiem urzeczywistniającym marzenia milionów, realizującym nasze sny na jawie.

Nigdy nie zapomnę ja, ale przede wszystkim nie zapomną miliony Francuzów - i to niekoniecznie tych z luksusowych willi w Prowansji czy Szampanii. Losy Zizou są niczym Wolność wiodąca lud na barykady Eugenea Delacroix - przypomnieniem, że sukces możliwy jest zawsze i wszędzie, że może stać się udziałem choćby marsylczyka o algierskich korzeniach, brnącego naprzód mimo przeciwności losu. Zinedine doskonale wpasował się w swoje czasy, znaczone galopującym multikulturalizmem oraz amerykańskim snem, oczywiście w wydaniu europejskim. Maestro murawy był idolem wszystkich Francuzów - niezależnie od płci, wyznania, pochodzenia i koloru skóry. Per aspera ad astra.

Nigdy nie zapomnę, bo inaczej zapomniałbym futbol. Zidane był alegorią piłki nożnej, wręcz podręcznikową jej definicją. Jeśli ta piękna, ale i zarazem bardzo prosta, egalitarna wręcz gra miała być tchnieniem magii, to taki był właśnie Zizou. Jeśli miała być twarda - by nie rzec chamska - naprzeciw temu z podniesionym czołem wybiegał marsylczyk. Sukcesy - te mierzone figurkami w gablocie, medalami w szufladach - przeminą. Staną się jedynie suchymi faktami, zakurzonymi w wielkiej księdze dziejów futbolu. To, czego nie wymaże czas, to właśnie wspomnienia. Grę Zidanea definiowało to, co niedefiniowalne. Jego płynnych ruchów i sposobu prowadzenia piłki, wizji gry nie opiszą żadne statystyki, chyba że te ludzkie - liczba serc, które łomotały szybciej, gdy marsylczyk prowadził piłkę przy nodze, szczerze oraz bezkompromisowo.

Nigdy nie zapomnę, bo inaczej zdradziłbym samego siebie. Francuz nie był wolny od swoich demonów, ale to czyni go jeszcze piękniejszą postacią. Czy gdyby nie uderzył Materazziego, jego legenda byłaby większa? Śmiem wątpić. Zizou był taki jak my - zwyczajny, by nie rzec wręcz idol z ludu, niczym kiedyś Muhammad Ali. Dawał wszystkim kopiącym amatorsko piłkę radość oraz nadzieję - skoro on mógł, to dlaczego nie ja? W projekcie Galacticos miał być tylko jednym z wielu, ale to właśnie jego gwiazda zapłonęła najmocniej na madryckim nieboskłonie. Primus Inter pares, prawdziwy książę Marsylii.

Dlatego nigdy nie zapomnę.

***

ronaldingo

 

Nigdy nie zapomnę widoku Zidane'a, przechodzącego z opuszczoną głową obok Pucharu Mistrzostw Świata. To nie tak miało być! To nie tak miał zakończyć się ostatni mecz jednego z najlepszych piłkarzy w historii futbolu!
Zizou -Bóg czy człowiek?
Mój idol z dzieciństwa. To dzięku niemu pokochałem futbol. Kontrola nad piłką, nieprzewidywalność, zagrania których nikt nigdy nie powtórzył. Czekałem na każdy kolejny mecz z jego udziałem. Dzięki perfekcyjnej technice wyćwiczonej w biednej
dzielnicy Marsylii, ośmieszał największych piłkarzy i robił to z gracją i elegancją, niczym wybitny artysta grający na instrumencie.
Sprawił, że futbol stawał się sztuką. Do jego poezji z piłką powinna grać muzyka klasyczna...
Zidane w najważniejszych momentach nigdy nie zawodził. Podnosił poziom zespołu o klasę. Mając go w składzie nie ma sytuacji beznadziejnych. Gdy miał piłkę zawsze był opanowany, nigdy zdenerwowany ani sfrustrowany. Nieważne czy był to mecz towarzyski, ligowy czy finał Mistrzostw Świata. Zawsze grał w ten sam sposób - spokojny i zrelaksowany.
Zizou - Bóg czy człowiek?
Genialne podania i bramki często zdobyte lewą , słabszą nogą ( teoretycznie - bo tak naprawdę Zidane obie miał prawe:) ). Wyczucie, wizja gry, widział wszystko. Zawsze byłem zdziwiony jak on to robi. Czy może z tyłu głowy, gdzie była charakterystyczna łysina miał jakieś ukryte trzecie oko? A może rację ma mój ojciec, który zawsze myślał, że Zidane po prostu widzi świat w zwolnionym tempie, co jest niemożliwe dla nas - zwykłych śmiertelników...
Zizou - Bóg czy człowiek?
Powrócił do mającej problemy reprezentacji, by pomóc drużynie w eliminacjach do mundialu. Podczas samego turnieju wysyłany był przez kolejnych przeciwników na sportową emeryturę, tymczasem Francuz wysyłał naszpikowane gwiazdami drużyny Hiszpani, Brazylii i Portugalii do domów. Przyćmiewając największych piłkarzy, będąc jednocześnie najlepszym na boisku. W wieku 34 lat.
Zizou - Bóg czy człowiek?
Za co tak naprawdę kocham Zidane'a? Po prostu za to, że przynióśł nowy wymiar do futbolu. Pokazał, że nie potrzeba być niesamowicie szybkim i robić 100 sztuczek, żeby być dobrym. Uważam go za legendę. Nie tylko dlatego, że był błyskotliwy, ale przede wszystkim dlatego , że zmienił koncepcję futbolu. Pokazał, że elegancja i technika triumfuje nad szybkością i siłą.
Jest dla mnie inspiracją...
Zidane - Bóg, który stał się człowiekiem? Nie.
On jest Bogiem, a incydent z Materazzim to tylko przykrywka, abyśmy uwierzyli, że to po prostu zwykły śmiertelnik...

 

***

 

tomassino-1

 

Nigdy nie zapomnę jak Zidane wyszedł na murawę Santiago Bernabeu, by rozegrać swój ostatni mecz w barwach "Królewskich" przed własną publicznością. Nie jestem fanem madryckiego giganta ale tego meczu po prostu nie można było przegapić...

Był 7 maja 2006 roku. Cały świat szykował się do futbolowej uczty jaka za miesiąc miała się zacząć na niemieckich stadionach. Kibice nastawieni głównie na ligę hiszpańską wiedzieli już, że mistrzem kraju zostanie Barcelona. Mecz Realu z Villarealem nie mógł już nic w tej kwestii zmienić. Pomimo tego stadion zapełnił się w całości, a atmosfera jaka unosiła się tego dnia nad legendarnym obiektem była wyjątkowa. Radość z możliwości oglądania genialnego Francuza w śnieżnobiałym kostiumie, mieszała się ze smutkiem, iż będzie to ostatnia okazja ku takiemu widokowi. Piłkarski maestro kończył swoją cudowną karierę w miejscu gdzie był czczony i uwielbiany. Jeśli tego dnia było czegoś więcej na Bernabeu niż kibiców to z pewnością były to łzy...

Uronili je wszyscy - wspomniani kibice, rodzina, która w szerokim gronie zebrała się na trybunach, koledzy z zespołu, jak i sam "Zizou". Cała drużyna wystąpiła w tym meczu w trykotach, na których pod herbem widniał napis "ZIDANE 2001 - 2006", a kilkanaście kamer przez całe spotkanie miało za zadanie śledzić wyłącznie piłkarza z numerem 5. Aby zasłużyć sobie na takie pożegnanie trzeba być osobą wyjątkową, wyłamującą się ze wszelkich schematów, mistrzem totalnym. I Zidane był taki bez cienia wątpliwości. Nigdy nie stał się takim celebrytą i ikoną popkultury jak Beckham czy Cristiano Ronaldo. Nie musiał. Do ludzkich serc przemawiał przede wszystkim swoją grą. Wirtuozerię i ocierający się o perfekcję styl, mieszał z prostotą swych niektórych zagrań. A doskonale wiemy co zazwyczaj tkwi w prostocie... To inteligencja - zarówno ta piłkarska jak i pozaboiskowa - pozwoliły mu dostać się na szczyt i rozkochać w sobie miliony sympatyków futbolu na całym świecie.

Z pewnością o tym wszystkim myśleli ludzie zebrani tamtego majowego dnia na Santiago Bernabeu. Czuli potrzebę podziękowania za tak wiele chwil radości, które im dostarczył. Kilka lat temu Zidane udzielił wywiadu portalowi FIFA.com, w którym został zagajony o opisywane spotkanie. Francuski geniusz wywnętrzył się z emocji jakie mu wtedy towarzyszyły:

- To był dla mnie bardzo emocjonujący moment. Wielu ludzi, którzy mnie znają, prawdopodobnie powie, że raczej nie jestem dobry w okazywaniu emocji, jednak tamto spotkanie było wyjątkowe. Gdy spojrzałem na trybuny, zobaczyłem moich przyjaciół i moją rodzinę. Byli tam, by mnie wspierać i to uczyniło ten mecz jeszcze bardziej wyjątkowym. Pamiętam, że walczyłem, by powstrzymać łzy. Chodzi o to, że w głębi duszy wiesz, że to twój ostatni mecz w twojej klubowej karierze, a przez całe życie ja kochałem grać w piłkę.

Ja również nigdy nie zapomnę tamtego spotkania. I wielu, wielu więcej, w których zagrał wielki "Zizou". Był jednym z kilku futbolistów, którzy sprawili, że zakochałem się w piłce na dobre. Dlatego i ja uroniłem łzę 7 maja 2006 roku.

 

 

***

madapaka

Ja nigdy nie zapomnę jak Zidane walczył z Nedvedem w półfinale Ligi Mistrzów w 2003r.
To był pierwszy bezpośredni pojedynek Byłego Króla Juventusu z Nowym Królem Juventusu.
Galaktyczny Real bronił tytułu mistrza i przyjechał do Turynu, aby pokazać, kto rządzi w tych rozgrywkach.
Zizou rok wcześniej odszedł do Realu, a na jego miejsce przyszedł Mały Czech.
Oglądając mecz nie wiedziałem komu kibicować. Z jednej strony jeden z moich ulubionych zawodników vs mój ulubiony klub. ZZ vs Juve.
Zizou liderował Realowi wspaniale, ale po drugiej stronie jeszcze lepiej walczył Czech.
Mimo że Del Piero strzelił piękną bramkę, to dla mnie to był teatr tylko dwóch aktorów. Każdy pojedynek z Nedevdem, , a było ich sporo, to była chęć udowodnienia Nedvedovi , że jeszcze "nie jesteś tak dobry jak ja, jeszcze ci brakuje". Problem w tym, że Czech nie słuchał, a był wtedy w życiowej formie. Nie ustępował na krok, nie przegrywał pojedynków, nie cofał nogi i grał świetnie. Rozpychał się równie mocno co ZZ i czarował świetnymi zagraniami.
To wciąż jeden z moich ulubionych meczów CL.
Wiele lat później po przeczytaniu wspomnień Xaviego, dowiedziałem się, że ZZ podkopywał swoich rywali, więc mogę się tylko domyślać jak wyglądały nogi Nedveda po meczu :)

 

***

rossi-4

Nigdy nie zapomnę jak Zidane przyćmił całą potęgę Brazylii w ćwierćfinale mistrzostw świata w 2006 roku. Wielu ekspertów przewidywało, że właśnie to spotkanie będzie symbolicznym potwierdzeniem przekazania najwyższej piłkarskiej władzy. Uznawany za najlepszego gracza świata Ronaldinho miał z pomocą swoich wybitnych adiutantów brutalnie zakończyć karierę Zidanea, który już wcześniej zapowiedział zawieszenie butów na kołku po mundialu. Kilka dni później okazało się, że piłkarscy bogowie postanowili zakpić ze swojego posłańca i przygotowali mu znacznie bardziej złożone pożegnanie.
Tego wieczoru Zidane widział więcej niż ktokolwiek inny na stadionie we Frankfurcie. Każdy jego ruch zdawał się być przemyślany i dopracowany. Niczym wytrawny strateg kroczył dostojnie na całej szerokości boiska i kreślił partnerom gotowe projekty akcji. Jednym ruchem stopy powodował popłoch w formacji obronnej Canarinhos. Szczelnie magazynował piłkę i z każdą minutą coraz bardziej zniechęcał przeciwnika znużonego nieskutecznymi próbami odbioru. Agresywnym rywalom serwował natychmiastowe zmiany kierunku biegu z futbolówką przyklejoną do nogi. Raz wyszedł z karkołomnej sytuacji efektowną ruletą, innym razem przerzucił piłkę nad głową wściekle atakującego Brazylijczyka.
W jego grze było coś majestatycznego, monumentalnego. Oglądaliśmy najlepszą wersję Zidanea urzekająco eleganckiego i bardzo wydajnego. Kilkanaście minut po przerwie posłał z chirurgiczną precyzją piłkę na nogę Henryego, który uderzeniem z kilku metrów wyprowadził Francję na autostradę do półfinału. Po ostatnim gwizdku arbitra wszystkie kamery skierowały się na piłkarza ubranego w jasny trykot i noszącego dumną dziesiątkę na plecach. Szelmowski uśmiech wschodzącej gwiazdy - Francka Riberyego wymierzony w kierunku bohatera wieczoru był bardzo wymowny. On znowu to zrobił. Zapłakana wielka Brazylia po raz kolejny leżała u stóp genialnego Zizou.

 

***

 

Hubert Ceglarek

Nigdy nie zapomnę jak Zidane składał się do strzału w finale Ligi Mistrzów przeciwko Bayerowi Leverkusen - patrzyłem jak zaczarowany na powolnie opadającą piłkę zagraną przez R. Carlosa zastanawiałem się czy po takim zagraniu można cokolwiek zdziałać... 3 piłkarzy Leverkusen zbiegało się w kierunku piłki, cały kadry uchwycił w sumie 10 graczy razem z Zidanem - każdy wykonywał choćby delikatny ruch oprócz niego, on zamknął się w świecie swojego umysłu, w pełni skupiony kontrolował co dzieje się z adresowaną do niego piłką i jakby zamarł, jakby już wiedział co się zaraz stanie - ta chwila to idealny przykład perfekcyjnego zgrania umysłu i ciała - pomysłu i jego realizacji... Wielki Zizu dobrze wiedział, że w tych sekundach rytm bicia jego serca, napięcie mięśni, a pewnie i pot równo ściekający po jego twarzy umożliwi mu oddanie "strzału życia" który na zawsze zapisze się w historii footballu... a gdy nadeszła ta chwila nie spanikował - to nie było szczęście, to nie był ślepy traf przeciętnego gracza - to był czysty geniusz wykraczający poza pojęcie "błysku" to było olśnienie, które spowodowało,że każdy z nas miał okazję oglądać strzał idealny... Tak to właśnie ta chwila, którą Zidanie podarował społeczności fanów piłkarskich za którą zawsze będę mu wdzięczny.

Pamiętajcie też, że twa konkurs, którego nagroda jest wyjazd na trening z Łukaszem Podolskim (w Londynie, bo Arsenal nie puszcza go do Borussii Dortmund)

 



15:10, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (8) »
środa, 19 czerwca 2013

Jak miło choć przez chwilę pogadać o futbolu z Zinedine Zidanem, nawet jeśli 20 minutami trzeba podzielić się z kolegami z Czech i Słowacji. W trakcie spotkań z gwiazdami tego formatu dziennikarze przeważnie wprowadzają tzw. krajowe akcenty. Chińczycy zawsze pytają w takich przypadkach what do you thing about chinese football? - przerabiałem to już podczas spotkania z Cristiano Ronaldo, Ikerem Casillasem i setką innych gwiazd (ostatnio z powodu rozkwitu ligi chińskiej dochodzi would you like to play in China one day - np. było to pierwsze pytanie jakie usłyszał Mario Mandżukić po wygranej 3:0 z Barceloną na Camp Nou). Chińczyków szczęsliwie z nami nie było, więc kolega z Czech pytał o przyjaciela Zizou, Pavla Nedveda, który świetnie radzi sobie w Juventusie, a kolega z Węgier o Ferenca Puskasa. Ja na szczęście nie musiałem odwoływać się do legend i pytać o Grzegorza Lato, ani nawet Jerzego Dudka. Pytanie o Roberta Lewandowskiego nie było zwykłym polskim akcentem - w końcu o co pytać dyrektora sportowego Realu Madryt jeśli nie o faceta,  który wbił jego drużynie cztery gole w półfinale Ligi Mistrzów? Wywiad poszedł na Sport.pl  Wyjątkowo ciekawe były pytania sponsorskie, ponieważ  rozmawialiśmy przy okazji turnieju adidas Team Five Challenge w centrum Z5, które Zidane wybudował między Aix-en-Provence a Marsylią dla dzieciaków z przedmieść. To trochę taki moooocno wypasiony Orlik. Ośrodek składa się z siedmiu boisk ze sztuczną nawierzchnia do gry pięciu na pięciu, w tym trzech pod dachem (ale bez ścian, co daje miły przewiew w południowo francuskim upale), centrum fitness, basen, sauna, restauracja, butik z własnymi gadżetami i koszulkami, w gablotach trofea, które pan zdobył. Nakręciłem o nim vloga:

Zapytany dlaczego go wybudował (oprócz dania roboty młodszemu bratu, który nim zarządza) Zidane odparł, że kiedy byłem dzieckiem, często z moimi braćmi Faridem i Nordinem nie mieliśmy gdzie grać w piłkę. Raz, że boisk nie było wtedy w okolicy dużo, a dwa, że większość z nich była dla nas niedostępna. Dzieciaki z Castellane, czyli bardzo biednej dzielnicy Marsylii, nie mogły sobie pójść grać, gdzie im się podobało. Zewsząd nas przeganiano. Kiedy skończyłem karierę, postanowiłem sobie, że stworzę takie miejsca, których kopać piłkę będą mogli wszyscy chętni. Bez względu na status majątkowy, czyli także dzieciaki z biednych przedmieść. Z oczywistych względów ten pierwszy ośrodek powstał tam, gdzie go najbardziej brakowało, czyli pod Marsylią.

Na koniec turnieju jego zwycięzcy - drużyna Czechosłowacji zagrała przeciwko Zidanowi i najlepszym zawodnikom pozostałych siedmiu drużyn (Polskę reprezentuje Michał Maliński z warszawskiej drużyny Forza, która niestety zajęła ostatnie miejsce, nie wygrywając ani jednego meczu). Na wideo widać po pierwsze, że Zizou 7 lat po zakończeniu kariery nie zapomniał jak gra się w piłkę. A po drugie jak fajną odmiana futbolu jest tzw. five-a-side, niby podobny do futsalu, a jednak o wiele bardziej freestyle’owy i spontaniczny. Nic więc dziwnego, że zyskuje rosnącą popularność, do której z pewnością przyczynią się kolejne centra Z5. Zizou planuje otwarcie kolejnych pod Paryżem, Montpelier i Turynem. Według byłej gwiazdy reprezentacji Francji nie ma lepszej drogi do opanowania techniki jak szybka gra na małej powierzchni. Zresztą popatrzcie sami czy ma rację.

KONKURS, KONKURS!

Oczywiście jak w przypadku podobnych wyjazdów mam dla Was konkurs z nagrodami. Główna to piłka z podpisem Zizou, druga to piłkarska koszulka adidasa. Co trzeba zrobić, żeby wygrać. Napisać w komentarzach krótki tekst, zaczynający się od słów ‘Nigdy nie zapomnę jak Zidane...’ Gol, zagranie (kto pamięta np. asystę przy golu Anelki na Wembley? Albo mecz w barwach Bordeaux przeciwko GKS Katowice?), triumf, upadek - dowolny moment z kariery. Im bardziej kreatywnie, zaskakująco, ciekawie, tym większa szansa na zwycięstwo. Niech to będą zagrania w stylu Zizou, a nie Jensa Jeremiesa... Czekam do czwartku do 12. w południe...

czwartek, 13 czerwca 2013

 

Leo Messi to oszust podatkowy! Wraz z ojcem nie zapłacili podatków od wszystkich zarobków w latach 2007-2009 i  w ten sposób orżnęli hiszpańskiego Fiskusa na 4 mln euro. Grozi za to kara od 2 do 6 lat więzienia i grzywna do sześciokrotności zdefraudowanej kwoty, czyli maksymalnie 25 mln euro! - grzmią od wczoraj wszystkie media. Wyobrażacie sobie, że Messi idzie na dwa lata do pudła, albo na więcej? Ja nie bardzo, i nie tylko dlatego, że ewentualny proces sądowy odbędzie się w Gavie, dzielnicy Barcelony, w której mieszka piłkarz;) Ale pospekulujmy: już widzę jak adwokat Leo zwraca się do ławy przysięgłych z pytaniem: jak można mieć pretensje do Messiego o to, że kiwa? Przecież to jego druga natura! Myślicie, że i tak przyznano by mu Złote Piłki? Może cała sprawa została zmontowana po to, żeby wreszcie powstrzymać Argentyńczyka, skoro nikt nie umiał tego zrobić na boisku. Dorwali go jak Ala Capone - nie mogli inaczej to zwinęli go za podatki - zażartował na Twitterze Paweł Wilkowicz.


Żarty, żartami, ale sprawa jest poważna. Podatki rzecz święta. Nie jestem on nich specem, powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Ostatnio sam byłem wzywany do Urzędu Skarbowego, żeby coś tam skorygować (tak się złożyło, że było to dzień po porażce Barcelony z Bayernem 0:4 i dłużej niż swoje pomyłki wyjaśniałem co się stało z Dumą Katalonii - synek jednej z pań nie poszedł do szkoły, bo dostał gorączki, a jakiś pan przejechał windą swoje piętro, bo tak się zaangażował w rozważania przyczyn kryzysu Barcy - uznałem, że żyjemy w szczęśliwym kraju skoro takie problemy najbardziej wszystkich zajmują). Rozumiem jednak, że urzędnicy skarbowi z Barcelony (bo nie z centrali z Madrytu;) nie rozpętaliby ogólnoświatowej burzy, gdyby wyniki śledztwa nie były wystarczająco mocne. Ponoć ojciec Leo od 2005 roku zakładał w rajach podatkowych w Belize i Urugwaju fikcyjne firmy, którym sprzedawał na 10 lat prawa do wizerunku wówczas jeszcze nieletniego syna. W sprzedaży praw do wizerunku pośredniczyły zaś agencje ze Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. W ten sposób papa Messi unikał zapłaty co rok od 1 do 1,5 mln euro.

Skaza jest skazą i ciężko będzie sprawić, żeby świat o niej zapomniał. Zwłaszcza, że dotąd Messi jawił się jako typ anty-gwiazdora, z którym nie wiązały się żadne afery, obyczajowe czy inne. Co nie znaczy, że owa skaza w jakikolwiek sposób wpłynie na jego popularność i status najlepszego piłkarza świata. Hejterzy, których miał będą może trochę głośniej hejtować, ale zakochane w Argentyńczyku dzieciaki z całego świata z pewnością nie zaczną palić jego koszulek, bo czegoś tam nie dopełnił. Nie wierze też by odwrócili się od niego sponsorzy (nie zastrzelił żony jak Oscar Pistorius, nie pobił jej i nie zdradzał jak Tiger Woods). Podatki? O wiele większe problemy z nimi (i nie tylko) nigdy nie zaszkodziły wizerunkowi idola Messiego - Diego Maradony, od którego włoski fiskus latami domagał się w sumie 40 mln euro (z odsetkami) za niezapłacenie w latach 80. podatków za umowy z zagranicznymi firmami wykorzystującymi jego wizerunek. Czyli dokładnie to samo. Aż w końcu Sąd Podatkowy w Rzymie umorzył w styczniu całą sprawę. 



Na obronę Leo przemawia domniemanie, że głównymi winnymi w aferze są jego doradcy podatkowi, w tym rodzony ojciec. Trudno sobie wyobrazić jak piłkarz sam siada do kompa i kombinuje przy PIT-cie jak tu skręcić hiszpańską skarbówkę na półtorej bańki, skoro samej pensji ma rocznie 16 mln, do tego dochodzi według „Forbesa" około 21 mln dolarów z kontraktów sponsorskich. Za czyny rodziców dzieci (nawet dorosłe) nie odpowiadają, a przynajmniej nie przekłada się to na ich postrzeganie przez kibiców i reklamodawców, o czym przekonuje los Wayne Rooney’a, którego tatę aresztowała policja za przekręty bukmacherskie i ustawianie meczów w 2. lidze szkockiej. Nie wspominając o Uli Hoenssie, który przed bawarskimi podatkami wyprowadzał pieniądze (swoje firmy produkującej kiełbaski) na konta w Szwajcarii, a sam podał karze, bo media już szykowały artykuły. Nie stał się z tego powodu persona non grata ani w Niemczech ani w Bayernie. FC Barcelona póki co nie komentuje sprawy, ale trudno się spodziewać, żeby by nagle odwróciła się od swej gwiazdy i np. sprzedała go do klubu rozkwitającego właśnie w Monaco (w którym nomen omen nie płaci się podatków). Wręcz przeciwnie, słychać, że szykuje Messiemu podwyżkę pensji do 20 mln euro za sezon. W sam raz będzie z czego spłacić hiszpańskiemu fiskusowi grzywnę.



Przypominam, że trwa konkurs Cartoon Network: trening z Podolskim za Wasze triki



wtorek, 11 czerwca 2013

Kto chce pojechać do Londynu i spotkać tam gwiazdę Arsenalu i reprezentacji Niemiec, Łukasza Podolskiego oraz wziąć udział w poprowadzonym przez niego treningu w międzynarodowym towarzystwie? Jest okazja. Trzeba tylko nagrać minutowy klip prezentujący Wasze umiejętności piłkarskie: epicki trik, fenomenalne zagranie, zapierający dech w piersiach drybling, wbijającą w fotel żonglerkę - coś czym oczarujecie jury konkursu Akademia Cartoon Network. Czyli mnie, bo to ja będę przewodniczącym jury:), jako że portal Sport.pl jest patronem medialnym konkursu. Bywalcy bloga (czy też ich młodsi bracia, dzieci, zaprzyjaźnieni sąsiedzi etc - bo konkurs jest dla fanów futbolu od lat 6 do 15 - mogą oczywiście liczyć na fory;)

Co już zrobić z nakręconym porywającym klipem? Zarejestrować się na konkursowej stronie Cartoon Network (zajmuje to minutę) i przesłać tam klip do 30 czerwca 2013. Tam też możecie poszukać inspiracji, oglądając zagrania Łukasza i już nadesłane klipy. Wszystkie one zostaną umieszczone w internetowej galerii i poddane głosowaniu internautów, które odbędzie się między 3 a 17 lipca. To właśnie głosy widzów i użytkowników strony Cartoon Network wyłonią 20 najlepszych zgłoszeń. Toi z nich nasze jury wybierze szczęśliwca, który pojedzie na wakacje do Anglii na specjalny trening poprowadzony przez Łukasza. Będzie mu towarzyszyć siedmiu zwycięzców konkursu z różnych części Europy, a całodzienny trening z napastnikiem Arsenalu zostanie nagrany i wyemitowany na antenie Cartoon Network. Od teraz rusza zresztą program pod nazwą „Akademia Cartoon Network” emitowany na antenie stacji w soboty o 9:05, w którym znajda się specjalne instruktaże sztuczek i trików. Jak Ronaldinho style czy słynna ruleta Zinedine Zidane'a:

Konkursowi będzie towarzyszył wybór najlepszego komentatora sportowego. Spośród dzieci, które nie tylko zagłosują na najlepszy klip w dniach 1-14 lipca, ale również go skomentują Cartoon Network wyłoni autora najciekawszej opinii i nagrodzi go iPadem. Kto będzie miał problemy z dokonaniem odpowiedniego nagrania, temu pomoże patron akcji, Football Academy na jednej z sześciu czerwcowych imprez, które odbędą się w kolejne weekendy w Gdańsku, Krakowie, Poznaniu, Szczecinie, Warszawie i we Wrocławiu. Specjalne ekipy filmowe Cartoon Network pomogą dzieciakom nagrać własne wideoklipy. W Warszawie taka impreza odbędzie się w najbliższą niedzielę 16 czerwca na Polu Mokotowskim między 11.00 a 17.00. Zaprasza Łukasz Podolski:)

Tagi: konkursy
13:48, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 czerwca 2013

- Dlaczego mam się podać do dymisji? Stawiam na młodych zawodników, wprowadzam ich do zespołu. o, co się dzieje, nie zniechęca mnie do pracy, tylko mobilizuje. To, że nie wygraliśmy, nie znaczy, że nie mieliśmy pomysłu. Brakło odrobiny umiejętności i zimnej głowy pod bramką rywala. Mamy mocarstwowe ambicje, stawiamy się na równi z Anglią czy Niemcami, a nimi nie jesteśmy. Nie wyszło nam Euro, musimy zmieniać drużynę i ja to robię - bronił się po klęsce z Mołdawią trener Waldemar Fornalik, pytany czy rozważą zakończenie misji, skoro nasze szanse awansu na mundial w Brazylii stały się matematyczno-iluzoryczne. Bo co to za szanse, skoro zakładają one konieczność wygrania w Kijowie z Ukrainą, która właśnie wygrała na wyjeździe 3:0 z Czarnogórą (paradoksalnie Polska remisując z Mołdawią odrobiła punkt straty do liderów - Czarnogórców) i z Anglią na Wembley. Na czym opierać wiarę w zwycięstwa skoro właśnie straciliśmy punkty z drużyną zajmującą 134. miejsce w rankingu FIFA, w której nie ma ani jednego rozpoznawalnego piłkarza (poza pamiętanym przez kibiców Cracovii Suworowem i od teraz Sidorenką, który będzie nam się śnił jak Łotysz Laizans)? Wygrana z taką drużyną to nie żadne mocarstwowe ambicje, ale zwykła konieczność, obowiązek każdego trenera.

Ma rację Fornalik i nie ma. To nie jego wina, że w dobrej pierwszej połowie jego piłkarze nie potrafili wykorzystać szans, które sobie stworzyli. Czy miał za Polańskiego dograć piłkę Lewandowskiemu zamiast strzelać? Czy miał za Rybusa przerzucić piłkę nad bramkarzem zamiast strzelać prosto w niego? Biało-czerwoni stworzyli wystarczająco dużo okazji by zabić mecz i schodzić na przerwę z prowadzeniem 3:0. Cóż więcej mógł zrobić trener? Lepiej zestawić obronę, która popełniała rażące błędy? Nie wystawić Komorowskiego? Wydawało się, że stawiając na pozostającego poza rytmem meczowym Salamona popełnia szaleństwo, tymczasem zawodnik Milanu okazał się jednym z najlepszych Polaków. Z drugiej strony to co stało się po przerwie obciąża trenera bardzo. W drugiej połowie na boisko wyszły dwie równorzędne drużyny. Składająca się z noname’ów Mołdawia w niczym nie odbiegała od reprezentacji Polski, w której grało dwóch uczestników finału Ligi Mistrzów, w tym napastnik z 10 gola w prestiżowych rozgrywkach i szansą na Złotą Piłkę (może nie jesteśmy potęgą na miarę Anglii, ale jej piłkarzy zabrakło już w półfinale). Po przerwie z boiska zniknęli i Lewandowski i Kuba. Wróciło stare, najgorsza niemoc Polaków z Lewym rozgrywającym i walczącym o piłkę zamiast wykańczającym podania. Pomysłu na grę nie było nawet krzty.

Jeszcze przed końcem meczu twitter rozgrzał się żądaniami dymisji Fornalika i marzeń na temat jego następcy, co raz bardziej szalonych. Jeden proponował, żeby zawrócić z emerytury Juppa Heynckesa, inny wskazywał, że szczęśliwie bez pracy jest Marcelo Bielsa. Spekulacje szybko przeciął najpierw Fornalik, deklarując, że do dymisji podawać się nie zamierza, a potem prezes PZPN, który zapewnił, że selekcjoner pozostanie na stanowisku aż do końca eliminacji, tym bardziej, że wciąż nie sa one przegrane.

Nie ma wątpliwości, że jeśli Fornalik rzeczywiście zostanie do końca eliminacji to ani dnia dłużej. Do walki o Euro 2016 we Francji musi nas poprowadzić silny, charyzmatyczny, trenerski autorytet z zagranicy, ktoś jak wczesny Leo Beenhakker z czasów meczów z Portugalią i Belgią, który olśnił naszych piłkarzy i wykrzesał z nich więcej niż im się wydawało, że mają. W przeciwnym razie nie ma co marzyć o awansie na mistrzostwa Europy najprawdopodobniej  z czwartego koszyka. I jestem pewien, że Boniek kogoś takiego znajdzie, kierując się dobrem reprezentacji i swoim własnym, bo jako prezes chciałby mieć na koncie i reprezentacyjny sukces. A już na pewno nie kolejną kompromitację, jaką byłby brak awansu do rozszerzonego do 24 drużyn turnieju.

Dlaczego więc czekać z dymisją aż do października? Czy to nie marnotrawstwo czasu, który nowy szkoleniowiec mógłby wykorzystać na poznanie piłkarzy i budowę drużyny? Zwłaszcza, że sezon właśnie się skończył, zapewne łatwiej teraz o namówienie trenera niż późną jesienią. Wówczas staniemy przed wyborem wśród kilku akurat dostępnych w tym momencie. Teraz jest sporo czasu na rozejrzenie się i właściwy wybór. Wbrew słowom selekcjonera o budowie nowej drużyny po Euro 2012 nie ma poczucia, że jest lepiej choćby o centymetr niż w meczu z Czechami, Grecją czy Rosją. Cały czas mamy tylko przebłyski i siły tylko na 30 minut dobrej gry. Co z tego, że trener nie waha się wprowadzać młodych zawodników, skoro przelatują oni przez kadrę jak meteory (Milik czy Wszołek) lub nie odgrywają w niej wielkiej roli (Zieliński i Bereszyński). Nie mam poczucia, że gra z meczu na mecz staje się lepsza, bardziej zgrana i rozumna. Wręcz przeciwnie. Czekam na twarde decyzje Bońka, zwłaszcza, że będzie miał przy nich mocne wsparcie kibiców, dziennikarzy i (co wynika z prywatnych rozmów) również samych piłkarzy, choć w ich przypadku najlepiej byłoby gdyby siedzieli cicho...


czwartek, 06 czerwca 2013

Dziś na blogu Bayern News;) Mam dwie świetne wiadomości dla kibiców Bawarczyków, których liczba - nie wątpię - rośnie wraz z sukcesami sportowymi klubu i rychłym (przesądzonym) transferem Roberta Lewandowskiego do mistrza Niemiec i triumfatora Ligi Mistrzów. Pierwsza dla tych którzy sami mają 14-16 lat albo dzieci/braci/siostry/kuzynów w tym wieku. Jest szansa przeżyć krótką (bo zaledwie pięciodniową) ale za to intensywną futbolową przygodę w piłkarskiej akademii Bayernu w ramach obozu piłkarskiego Allianz Junior Football Camp. Potrenować pod okiem oficjalnych trenerów młodzieżowych Bayernu na boiskach treningowych klubu, spotkać się z gwiazdami Bawarczyków, obejrzeć ich w grze na Allianz Arena, rywalizując przy tym z młodzieżą z całego świata. Szczegóły i zapisy tutaj. Niestety późno się dowiedziałem, więc kto chce musi działać natychmiast.

Tym, którzy są za starzy żeby wziąć udział w juniorskiej zabawie przekazuje info od znajomych z fcbayern.pl o I ogólnopolskim zlocie kibiców Bawarczyków w Sulejowie w dniach 27.07-28.07. Wśród atrakcji znalazły się m.in. ognisko integracyjne (jak rozumiem z bawarskimi wurstami i piwem), turniej szóstek konkurs wiedzy na temat Bayernu oraz wybory Miss zlotu, no i przede wszystkim burza mózgów jak nie zepsuć tego co tak świetnie funkcjonuje, czy Pep Guardiola to właściwy człowiek na właściwym miejscu, kogo pozbędzie się z mistrzowskiej drużyny, żeby nadać jej własne oblicze, jak w komponuje w zespół nowe twarze, kogo jeszcze przyciągnie etc. Szczegóły tutaj. Po prostu nie będzie kiedy wykąpać się w Pilicy;)

 

 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie