środa, 29 czerwca 2011

Zapraszam do obejrzenia mojej rozmowy z Miszą Szadkowskim na temat ciągnącej się już trzecie okno transferowe telenoweli pt. Barca kupuje Cesca Fabregasa. Ciężko mi zrozumieć tak wielką determinację Barcelony w ściąganiu bez względu na koszty (a na razie Arsenal kręci nosem na proponowane 35 mln funtów) zawodnika, który usiądzie na ławce rezerwowych. Bo przecież nie ma powodów by któryś z trójki pomocników - Xavi, Andres Iniesta, Sergio Busquets ustąpił mu miejsca w pierwszym składzie, w reprezentacji Cesc jest ich zmiennikiem, na mundialu nie zaczął ani jednego meczu. A i Pep Guardiola nie objawił się zaś dotąd jako szczególny wielbiciel rotacji, nie w takim wymiarze co w swoim czasie w Liverpoolu Rafa Benitez. Ile więc meczów w sezonie w pierwszym składzie usatysfakcjonuje kapitana i najlepszego zawodnika Arsenalu?

Po co Barcelonie Cesc Fabregas? Przecież trafi na ławkę

Rozumiem, że Cesc wyznaje zasadę, że lepiej być drugim w Barcy niż pierwszym gdzie indziej. A Barca chce, żeby jej wychowanek i piłkarz, który ma w genach DNA Barcy wrócił do domu. Tym bardziej, że tak świetnie sprawdził się powrót Gerarda Pique. Stąd happeningi graczy Barcelony z zakładaniem siłą Fabregasowi koszulki Barcelony podczas fety po zdobyciu mistrzostwa świata, czy kradzież Cesca przed finałem Ligi Mistrzów w Londynie, kiedy to Katalończycy rezydowali w ośrodku Arsenalu. Nie wątpię, że Fabregas jest zżyty z chłopakami i świetnie będzie się z nimi rozumiał. Tylko czy przyjście do Barcy w tym momencie nie zwichnie mu kariery, biorąc pod uwagę jak bardzo omijały ostatnio kontuzje i Iniestę i Xaviego, który przecież szybko kariery nie skończy.

A zarazem, czy przyjście Cesca nie zwichnie kariery innej, młodej gwiazdki światowego futbolu, którą klub właśnie pozyskał nie dokonując transferu? Chodzi mi o Thiago Alcantarę, którego talent właśnie eksplodował podczas Mistrzostw Europy U-21. Kto oglądał mecze młodych Hiszpanów, nie tylko wspaniałego gola Thiago z 40 metrów w finale ze Szwajcarami, ten wie jak wielki potencjał drzemie w tym zawodniku.  Transfer jeszcze bardziej oddali od syna słynnego mistrza świata, Brazylijczyka Mazinho, pełnienie co raz ważniejszej roli w Barcelonie. I jeszcze bardziej go sfrustruje, a już zdążył zadeklarować, że chce odnieść sukces nie tyle w Barcelonie, co w wielkim futbolu. Za chwilę będzie zdeterminowany, żeby dokonać tego w Chelsea albo nawet Realu Madryt. I zyskując jednego wychowanka, Barca straci innego...

UWAGA: KONKURS

Juz teraz zajawiam kolejną Blogowego Pucharu Lata. Tym razem zamiawiam notki o Waszych ulubionych zawodnikach albo trenerach. Żadnych analiz stanu polskiej piłki, repry rok przed Euro 2012 etc. Czekam na fascynujące sylwetki, profile, opowieści o Waszych idolach albo zawodnikach/trenerach, którzy wyjątkowo Was irytują, wkurzają, drażnią. Do roboty, nie więcej niż 3000 (trzy tysiące!) znaków. Czekam na notki od 1 do 15 lipca. Do wygrania m.in. autobiografie Xaviego Barca Moim Zyciem.



16:17, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (49) »
poniedziałek, 27 czerwca 2011

Barca moim życiem. Nie, to nie moja deklaracja, ale Xaviego i zarazem tytuł jego autobiografii, która weszła niedawno na polski rynek. W porównaniu z Rokiem w raju, czyli biografią Andresa Iniesty i Głosem z szatni Barcelony, o których pisałem niedawno na blogu to rzecz zdecydowanie najlepsza i najciekawsza. Powiedziałbym wręcz, że to lektura zaskakująco dobra. Xavi będąc niezaprzeczalnie jednym z najlepszych piłkarzy naszych czasów, mistrzem świata i Europy, dwu(prawie trzy)krotnym triumfatorem Ligi Mistrzów, reżyserem gry jeśli nie najlepszej to grającej najbardziej ekscytujący futbol drużyny wszech czasów), nigdy nie jawił mi się jako równie dobry mówca, ktoś potrafiący ciekawie snuć narrację. Ot, barceloński geniusz, czarodziej podań, potrafiący posłać piłkę co do centymetra tam gdzie chce, momentami irytujący wręcz swoją perfekcyjnością, który żyje tylko futbolem i woli, żeby za niego mówiły czyny na boisku. Heros tak wielki, że bez duszy. A jednak Xavi ma duszę i w jak ciekawy sposób nam ją odsłania! Poznajemy dokładnie nie tylko koleje jego kariery i motywy podejmowanych różnych decyzji (np. żeby odejść z klubu w 2009 roku, a potem, żeby jednak pozostać), ale także poznajemy Xaviego - człowieka. Człowieka, który do swojej pozycji w światowym futbolu doszedł ciężką pracą, wielokrotnie miał pod górkę, nie zawsze był doceniany, a jego potencjał wykorzystywany w należyty sposób. Człowieka mającego do sukcesów swoich i ukochanego klubu dystans i szczerze potrafi opowiadać o wątpliwościach.

Ciekawe jest to, że w przeciwieństwie do podobnych biografii, opowieść Xaviego o Barcelonie wcale nie  jest polukrowana. Barca, owszem, jest jego życiem, ale wcale nie udaje, że wszystko w tym życiu mu się podoba, że zawsze było ono lekkie, łatwe i przyjemne. Może nie pierze publicznie brudów, skandali tu nie znajdziemy, ale potrafi szczerze opowiadać np o błędnej polityce transferowej, stawiającej na sprowadzanie rzeszy lepszych i gorszych cudzoziemców, zamiast promowania zdolniejszych wychowanków. Albo o złym wpływie jaki na klub miały walki o władze w zarządzie. O marnych prezesach i nieudanych trenerach.

Znajdziemy tu nie tylko laurki dla kolegów i trenerów z drużyny, choć i te są (o Inieście: dwie cechy charakteryzują piłkarza genialnego: nigdy się nie ukrywa i pokazuje charakter na boisku. Andres posiada je obie i to w postaci zmiltiplikowanej; o Pepie Guardioli: zafascynował mnie od pierwszej chwili. Jego pomysł na drużynę, bardzo klarowny i precyzyjny, wydał mi się tak interesujący, że niezaangażowanie w niego byłoby samobójstwem; czy o Leo Messim: Był tak nieśmiały, że prosił nawet o pozwolenie, gdy chciał zmienić kanał w telewizorze albo skorzystać z komputera. Ten chłopiec, który ledwie miał odwagę, by powiedzieć jedno słowo, aby nikomu nie przeszkadzać, został władcą całego świata).

Ale jest też kapitalna opowieść jak był bliski pobicia na boisku kolegi z drużyny, do czego być może by doszło, gdyby nie odciągnął go druh, Carles Puyol, a później znowu w szatni. Stracił wówczas głowę jak nigdy wcześniej ani później. Kto tak bardzo i czym zdenerwował Xaviego? Przeczytacie sami, puentą całej historii jest to, że Xavi owym pokazaniem pazurów zdobył wówczas punkty u ówczesnego trenera Barcy, Franka Rijkaarda i przestał być u niego rezerwowym. Czy roztrząsanie powodów gburowatości Edgara Davidsa, który po przyjściu do Barcy okopał się w swojej twierdzy, uważając, że wszyscy chcą go skrzywdzić.

Albo opowieść o tym jak dosiadł się do niego na trybunach (Xavi pauzował za kartki) były trener Barcy, Louis van Gaal. Zaczął wypytywać po kolei o poszczególnych piłkarzy, a na końcu zapytał, co by Xavi powiedział, gdyby on, van Gaal wrócił do prowadzenia Barcelony. Xaviemu starczyło cojones, żeby odpowiedzieć, że to nie byłoby dobre rozwiązanie ani dla klubu ani dla trenera. Van Gaal nie odezwał się do niego przez resztę meczu, a po tygodniu... objął Barcelonę! Po dwóch latach przerwy na prowadzenie reprezentacji Holandii. Czy szczerość opłaciła się Xaviemu, przeczytajcie sami. Jestem jednak pewien, że większość innym piłkarzy zwietrzyłaby pismo nosem i ściemniła coś w rodzaju, że pewnie, trenerze, super by było jakby trener wywrócił, no przecież taki piach gramy (a akurta oglądali porażkę z Realem w Lidze Mistrzów)... 

 

Mnóstwo tu ciekawych rzeczy. Choćby rozdział o piłkarskich ochroniarzach, zawodnikach, dzięki którym Xavi może tak błyszczeć, bo nie boi się podejmować ryzyka, wiedząc, że za plecami stoją „ochroniarze”, którzy naprawią ewentualny błąd. Ci, o których pisze najwięcej to Philippe Cocu, Rafael Marquez i Gerard Pique. Xavi przynaje się to do wielkiej słabości jaka ma do... Xabiego Alonso. Pisze o nim, że jest idealny we wszystkim co robi na boisku, obaj rozumieją się bez słów i jego zdaniem Alonso posiada... DNA blaugrana i idealnie sprawdziłby się w Barcy (książką została napisana jeszcze przed transferem Xabiego do Realu Madryt, ciekawe czy nie zmienił opinii po ostatnich czterech Gran Derbach).

Ciekawie dziś brzmią też jego słowa o tym, że najlepszym napastnikiem świata, bezdyskusyjnie numerem 1 na swojej pozycji jest nie Karim Benzema, David Villa, Emmanuel Adebayor ale... Samuel Eto’o. - Biorę Samu w ciemno ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Że ma trudny charakter? Tak, zgadza się, ale można go kontrolować, potrafi słuchać, jest koleżeński, ma dobre serce, a eksploduje tylko wtedy gdy widzi, że dzieje się niesprawiedliwość - pisze w pewnym miejscu. I opowiada jak jako kapitanowi z Puyolem wstawili się za Eto’o u Guardioli i dyrektora sportowego, gdy Kameruńczyka chciano wyrzucić z klubu razem z Ronaldinho. Wówczas się udało, rok później kapitanowie nie mieli już nic do gadania, szkoda, że o tym w Barca moje życie już nie przeczytamy.

UWAGA: KONKURS

Cieszę się, że poznałem bliżej Xaviego. Okazał się człowiekiem z krwi i kości, o - co zaskakujące - bardzo delikatnej skórze. Sprawdźcie rozdział Odważny krzyk, w którym pisze jak sobie radzi z krytyką, jak np. reagował gdy matka powiedziała, że ktoś w radio właśnie nazwał go rakiem toczącym Barcę. Polecam każdemu fanowi futbolu, nie tylko fanom Blaugrany. Trzech z Was, tradycyjnie dostanie książki w nagrodę. Już wkrótce szczegóły kolejnej edycji Blogowego Pucharu Lata. Tym razem w BloPuLa będą walczyć najlepsze notki o Waszych ulubionych zawodnikach albo trenerach, żądnych analiz stanu polskiej piłki, repry rok przed Euro 2012 czy fascynujących meczów. Czekam na fascynujące sylwetki, profile, opowieści o Waszych idolach albo zawodnikach/trenerach, którzy wyjątkowo Was irytują, wkurzają, drażnią. Do roboty, nie więcej niż 3000 (trzy tysiące!) znaków. Czekam na notki od 1 do 15 lipca.



18:40, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (22) »
wtorek, 21 czerwca 2011

Już pewnie tylko godziny dzielą największe trenerskie odkrycie minionego roku, Andre Villasa-Boasa od oficjalnej nominacji na nowego szkoleniowca Chelsea. Portugalczyk zwolnił się dziś z pracy w FC Porto. O rozstaniu poinformował klub faksem (swoją drogą co za staroświecki sposób - nowoczesny trener dałby znać za pomocą twittera albo wpisu na facebooku;), w którym zobowiązał do zapłacenia odstępnego w wysokości 15 mln euro. Nietrudno zgadnąć, że nie zrobi zrzutki w rodzinie, ale dostanie pieniądze na wykup od właściciela The Blues, Romana Abramowicza. Zatrudnienie AVB to doskonały ruch ze strony Chelsea. Co prawda ja bym nie zwalniał Carlo Ancelottiego, ale w momencie wakatu nie ma chyba lepszego kandydata. Byłby nim może sam Jose Mourinho, ale za chwilę dowiemy się, czy nazywany Mourinho II czy też Mini-Mou, Villas-Boas nie jest przypadkiem lepszym wcieleniem swego rodaka i mentora. Są przesłanki, żeby mieć taka nadzieję. Wszedł w wielki europejski futbol z takim impetem, że dla młodej, nowej Chelsea będzie z pewnością lepszym trenerem niż nasycony lew, Guus Hiddink, które sam już nie wie czy woli prowadzić reprezentacje czy kluby. Obserwowanie pierwszego sezonu AVB na Stamford Bridge będzie pasjonującym spektaklem medialnym, na który już ostrzę sobie zęby.

Historię pochodzącego z bogatej, arystokratycznej rodziny właścicieli winnic Villasa-Boasa poznaliśmy już przy okazji serii niesamowitych rekordów jakie pobił z FC Porto w minionym sezonie. Zakończył go bez ani jednej porażki w lidze (na 30 meczów Smoki wygrały aż 27), przebił też osiągnięcie Mourinho liczby meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach (36). Ligę Europejską wygrał jako najmłodszy trener w historii europejskich pucharów. Przebił Mourinho także pod względem liczby trofeów w pierwszym sezonie pracy na Estádio do Dragão - o jeden - zdobywając Puchar i Superpuchar Portugalii. Gdyby został na kolejny sezon przekonalibyśmy się, czy jest w stanie także powtórzyć osiągnięcie mentora w Lidze Mistrzów.

 

Co go łączy z Mourinho? Obaj nigdy nie grali profesjonalnie w piłkę. Obaj (i to wspólnie) uczyli się fachu od Bobby Robsona, dla którego rozpracowywali rywali. W początkach samodzielnej pracy obaj z powodzeniem ratowali przed spadkiem słabiutkie kluby (Mourinho - Leirię, a AVB - Académicę Coimbra), a następnie osiągali sukcesy z FC Porto. Sprawy obu prowadzi najsłynniejszy agent świata, Jorge Mendes. AVB przez sześć lat był asystentem Mourinho w Porto, Chelsea i Interze Mediolan. W tym ostatnim klubie ich drogi się rozeszły w 2009 roku, czyli przed zdobyciem „potrójnej korony”. Czy rozstali się w gniewie, czy dziś będą swoimi największymi rywalami? Tego nie wiemy, bo nie chcą komentować rozstania. Wtajemniczeni mówią, że Mourinho był mocno poirytowany, gdy usłyszał, że AVB woli walczyć o utrzymanie z Coimbrą niż grać o najwyższe cele z Interem i odejście utalentowanego ucznia odebrał jako brak wdzięczności. Czyżby rozsierdziło go, że jego żołnierz, szpieg i analityk ma jednak własne zdanie i umie na nim postawić?

Obaj są doskonałymi psychologami, nawiązującymi bardzo bliskie relacje z zawodnikami, którzy sa później gotowi iść za nimi w ogień. Piłkarze Porto opowiadają, że AVB wytworzył w drużynie takie skupienie i takiego ducha, że każdy z zawodników był gotów na największe poświęcenie. Często z nimi rozmawiał, o wielu sprawach. U każdego zasięgał opinii na temat drużyny, rywali, taktyki, rozwiązań, choć ostateczna decyzja zawsze należała do niego. Podobnie jak Mourinho okazał się wybitnym motywatorem. Bramkarz Beto opowiadał po wygranym finale Ligi Europejskiej, że po wysłuchaniu mowy trenera tuż przed wyjściem na boisko miał łzy w oczach, ale i on i wszyscy jego koledzy po prostu wiedzieli, że za chwilę pokonają Bragę.

Piłkarze Porto mówią też, że AVB potrafił wykorzystać ich umiejętności do maksimum. Że kariery niektórych z nich pchnął na zupełnie nowe tory. Np. nikt wcześniej o grze Joao Moutinho nie pisał, że to portugalski Xavi. To samo o umiejętnościach Mourinho opowiadali w 2004 ich koledzy czy Diego Milito i Samuel Eto’o w 2010. Obaj są świetnymi taktykami. Przy czym - co jest wspaniałą wiadomością dla Chelsea - Villas-Boas stawia na ofensywę. Tak było w Porto, gdzie przejmując drużynę z rąk skostniałego Jesualdo Ferreiry zachował ustawienie 4-3-3, ale nastawienie zmienił na bardziej ofensywne. Zrezygnował z dwóch defensywnych pomocników, stawiając za napastnikami kreatywnych, ofensywnych Moutinho, Fernando Belluschiego lub Fredy Guarína. Efekt: 145 goli w 58 meczach!

 

Obaj świetnie działają pod presją meczu i potrafią odwrócić losy spotkania w szatni. W drugich połowach ich zespoły zwykle grają lepiej. W półfinale LE z Villarreal na Estádio do Dragão, Porto przegrywało do przerwy 0:1. W szatni Villas-Boas nie nakazał zmiany formacji, stylu, składu. Po prostu powiedział zawodnikom, że ma do nich zaufanie, muszą tylko grać to co sobie założyli, a gole same przyjdą. Przyszły. Konkretnie pięć. Cztery z nich strzelił Falcao i Porto wygrało 5:1!

AVB podobnie jak Mourinho lubi się nienagannie ubierać. Podobnie jak on potrafi być mistrzem ciętej riposty. Angielscy dziennikarze będą zachwyceni konferencjami prasowymi. Pytanie, czy będzie umiał uniknąć błędów swego mentora czy też wybierze ciemną stronę mocy i będzie antagonizował świat przeciwko prowadzonym przez siebie drużynom? Czy nie okaże się aby bufonem, jak The Special One sam wybierając sobie równie skromny pseudonim?

Pytany o to, który z mentorów miał na niego większy wpływ i do kogo jest mu bliżej, Villas-Boas odparł, że raczej do Bobby Robson niż Mourinho. - Jak on mam angielskie korzenie (jego prababcią była Angielka, Margaret Kendall, właścicielka winnicy w Coimbrze), wielki nochal i lubię czerwone wino. I dodaje, że nie jest i nie będzie dyktatorem. - Dla mnie w futbolu ważniejsze ścisłego egzekwowania rozwiązań taktycznych jest zawierzenie i rozwijanie talentu piłkarza. Trener-dyktator nigdy nie będzie w stanie wykorzystać całego potencjału swoich zawodników. Trzeba dać im swobodę podczas meczu, zaufać ich wyborom. Jeśli będą przy tym czuli wsparcie i zaufanie trenera, dokonają więcej niż gdy każe im się ślepo realizować określone schematy - przedstawił swoją filozofię obejmując Academikę Coimbra.

Czy pójdzie w ślady mistrza także w wielkim futbolu? Czy okaże się od niego większy? A jeśłi nawet tak, czy kiedykolwiek będzie wzbudzał w kibicach, dziennikarzach, piłkarzach tak skrajne emocje jak Jose Mourinho? A może wcale mu tego nie życzyć?



16:11, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (26) »
sobota, 11 czerwca 2011

Fot. Dominik Sadowski/Agencja Gazeta

- Spryciarze jesteście, to co najlepsze zostawiliście na koniec, żeby pozostało najlepsze wrażenie. No i udało się wam - mrugał okiem dziennikarz France Football późnym wieczorem w Gdańsku. I bynajmniej nie chodziło mu o rezultat meczu Polska - Francja. Wszyscy dziennikarze z najbardziej prestiżowych mediów Europy, z którymi oglądaliśmy wszystkie miasta i stadiony Euro 2012 byli Gdańskiej wręcz zachwyceni. A przecież mieli prawo czuć rozczarowanie, a my zawstydzenie - w planach było bowiem oglądanie meczu Polska - Francja na PGE Arena. Wieczorem nikt już o tym nie pamiętał. W pamięci pozostał przylot na Lotnisko im. Lecha Wałęsy, wyjątkowa historia Wolnego Miasta Gdańsk, a później Kolebki Solidarności (30 lat temu to u wymyślono jak obalić Mur Berliński i żelazną kurtynę, a dokonał tego prosty elektryk na czele 10-milionowego ruchu - mówił prezydent Paweł Adamowicz podczas prezentacji miasta w oszałamiającym Dworze Artusa), spacer po Starówce, rzut oka na Stocznię, pobyt Hiltonie, który klasą, standardem i uroczym położeniem nad samą w uroczo położonym nad Motławą przyćmił wszystkie poprzednie (zwłaszcza niestety ukraińskie, z lat 90.). Całości zachwytu dopełniła jednak wizyta na stadionie.

- Mamma mia, wrócę z poczuciem, że we Włoszech nie mamy ani jednego choćby w połowie tak wspaniałego stadionu jakich wy będziecie mieli aż cztery! Stadion w Gdańsku jest jak Ferrari, Lamborghini! Mmmmm, czuję się tu jak w wymarzonym samochodzie, odebranym prosto z fabryki. Aż chce się wyjechać na autostradę! - wykrzykiwał egzaltowany Massimo z Tuttosport. - Przy PGE Arena nawet San Siro w Mediolanie wygląda jak cinquecento - podbiegł do brzegu stadionu przy płycie boiska i zaczął skrobać beton. - U nas wszystko się sypie, jak zrobisz tak na San Siro, w rękach zostaną ci kawałki betonu - dodał.

 

Bursztynowa kopuła stadionu, piękna z daleka, jeszcze większe wrażenie robiła od wewnątrz. Zielone, seledynowe, cytrynowe i białe krzesełka (wiele komfortowych, skórzanych) układały się w kojący, chilloutujący wzór (być  może to płynąca z głośników muzyka Massive Attack i Coldplay dopełniła wrażenia), trzypiętrowa zabudowa komercyjna z przestronnymi lożami i skyboksami. - Przypomina trochę stadion we Frankfurcie, ale choć równie funkcjonalny jest o wiele piękniejszy - chwalili dziennikarze z Niemiec. Na kolegach z Anglii największe wrażenie zrobiła zaś informacja, że pięcioletnie prawo do nazwy sprzedano firmie PGE już półtora roku temu za prawie 10 mln euro, a więc stadion zarobił na siebie na długo zanim powstał i został otwarty.

Świeżutka ławeczka rezerwowych, jeszcze nie rozpakowana

Wygląda na to, że do rozegrania tu meczu naprawdę zabrakło tygodnia, dwóch. Wokół stadionu widać było budowlany śmietnik, mnóstwo piachu, gdzieś tam jeszcze przemykała kopara. We wnętrz do wypieszczenia pozostały loże, szatnie piłkarzy i inne wnętrza. Ale to tylko kosmetyka. Osobiście już cieszę się, że tu właśnie zagramy we wrześniu z Niemcami. A i Peter z Frankfurter Allgemeine Zeitung zapewnił mnie, że jego reprezentacja na 100 procent będzie kwaterować w Gdańsku, choćby przyszło jej grać w Doniecku i Lwowie. Piłkarze Joachima Loewa będą tam latać dzień przed, ale bazę chcą mieć tylko tutaj.

Różnicę między tym co zobaczyliśmy w Polsce i na biednej Ukrainie najlepiej podsumował inny francuski kolega z L'Eqiupe. - Będę musiał pogadać z Michelem, żeby kulki na losowaniu grup 2 grudnia w Kijowie koniecznie były zimne i gorące. Dobrze byłoby gdyby Francja trafiła do grupy w Gdański i Poznaniu. Choć Wrocław i Warszawa też nie byłyby złe - zażartował.

 



12:05, francuski_lacznik , Euro 2012
Link Komentarze (25) »
piątek, 10 czerwca 2011

 

Całą naszą małą ekspedycję, dokonującą inspekcji miast Euro 2012 na rok przed turniejem zachwycił pobyt we Wrocławiu. Może dlatego, że trafiliśmy tam prosto z biednej, siermiężnej Ukrainy. Po wizycie w świeżo wybudowanym terminalu (co za piękna, szklana bryła!), otoczonym przystrzyżonymi w kwadraty drzewkami, jadąc świeżo wybudowaną obwodnicą, jeszcze nie wykończoną, otwartą   tylko dla nas), wychodząc z autokaru kolega z Niemiec pokazał mi wyprostowany kciuk, mówiąc no, czuje, że wróciliśmy do Europy. Dodał, że po raz pierwszy w naszej podróży dojrzał ścieżki rowerowe. Ale Wrocław ujął nas przede wszystkim wyjątkową atmosferą miasta, do którego inteligentny slogan Wroc-love pasuje jak ulał, a którą organizatorom naszego krótkiego pobytu doskonale udało się nam przekazać. Najpierw prezydent Rafał Dutkiewicz wprowadził nas w dobry nastrój kilkoma żartami perfekcyjną angielszczyzną, m.in. obiecując, że to ostatni siedzimy w nowym terminalu bez klimy. Wcześniej z dość zasadniczymi, sztywnymi czy też spłoszonymi merami ukraińskimi porozumiewaliśmy się za pośrednictwem tłumacza kabinowego i słuchawek na uszach, którzy głównie wyliczali nam ilość autobusów i trolejbusów jeżdżących po ich miastach. Miły nastrój wzmocniła dyrektor biura Euro 2012 we Wrocławiu, Hanna Domagała, która o reprezentowanym przez siebie mieście opowiadała z pasją i miłością zakochanej po raz pierwszy dziewczyny.

 

 

Wrocław miał tę przewagę nad innymi polskimi miastami, że zostaliśmy tam na noc. Nasi zagraniczni koledzy mogli pozachwycać się kamieniczkami na rynku i knajpkami, a wieczorem uczestniczyliśmy w niesamowitym pokazie fontann przy Hali Ludowej i koncercie wielu artystów, spośród których największe wrażenie zrobił... Gienek Loska, który zaśpiewał cover Beastie Boys You got to fight. Kiepsko co prawda, ale na wieść, że występuje przed nami zwycięzca X-factor angielski dziennikarz aż chwycił za telefon, żeby pochwalić się komuś w Londynie. Kiedy rano spotkałem kolegów z Niemiec, stwierdzili, że Wrocław to miejsce, do którego już chcą wrócić (a przecież nie zdążyliśmy im pokazać Ostrowa Tumskiego, mostów na Odrze i Auli Leopoldina, w której Brahms odbierał doktorat honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego). A że Niemcy raczej na pewno nie zagrają tu taj na Euro 2012 (jako rozstawieni trafią ewentualnie do grupy z Poznaniem i Gdańskiem), Peter z Frankfurter Allgemeine Zeitung zapowiedział, że zjawi się na wrześniowej walce Adamka z Kliczką. Tylko czy aby stadion rzeczywiście będzie gotowy na początek września? Wszyscy we Wro byli dla nas tak mili i panowała atmosfera takiej love, że zapomnieliśmy zgłosić wątpliwości.

***

W Poznaniu byliśmy tylko kilka godzin, przelotem w drodze do Gdańska. Ale na stadionie wszyscy poczuli się jak z wizytą u starego znajomego. Z Ligi Europejskiej. Gra Lecha dostała dostrzeżona w Europie. Zresztą gdyby któryś zapomniał, zapamięta po występie Massimo z Tuttosport, który w szatni Lecha wykonał taniec szamański przed szafką ze zdjęciem Arjomsa Rudnevsa, który jego ukochanemu Juventusowi strzelił cztery gole i wyeliminował z rozgrywek. Miłym zaskoczeniem były dzieciaki ze szkółki Lecha, trenujące na murawie podczas gdy my słuchaliśmy prezentacji na trybunie prasowej. Najmłodszych juniorów specjalnie dla nas zwolniono ze szkoły (była 10. rano), za co zapewne były nam bardzo wdzięczne. Ale i my byliśmy wdzięczni, że wreszcie widzimy żywy stadion, a nie łopaty wbite w przyszłe boisko i choćby tak małych zawodników, a nie robotników w kufajkach.

 

Anglicy mówili, że takiego stadionu może pozazdrościć ‘Kolejorzowi’ nawet niektóre kluby Premier League. I dopytywali prezydenta Ryszarda Grobelnego skąd wziął się poznański styl kibicowania, polegający na podskakiwaniu tyłem do boiska, który na Wyspy przenieśli kibice Manchesteru City? Prezydent nie umiał odpowiedzieć, ale bardzo chwalił kibiców za wyobraźnię i najwspanialszy doping w Polsce. Zapewnił, że dzięki umowie z kibicami z 1998 na stadionie jest bezpiecznie i spokojnie, a na mecze przychodzą całe rodziny. Oczywiście nie usłyszeliśmy ani słowa o opluciu rodziny w biało-czerwonych barwach podczas meczu reprezentacji Polski z Wybrzeżem Kości Słoniowej, ani o specjalnych względach ze strony władz miasta i klubu, którymi cieszy się szef stowarzyszenia kibiców i jego kateringowa firma. Ale też w gronie polskich dziennikarzy uznaliśmy z niewłaściwe pytać o to przy zagranicznych kolegach. O chuliganów pytali sami, okazało się że obrazki z finału Pucharu Polski na stadionie w Bydgoszczy odbiły się w całej Europie bardzo głośnym echem.

POZnan* wszyscy opuszczali w pozytywnych nastrojach. Także dlatego, że dziennikarze z czołowych mediów Europy - katalońskiego Sportu, madryckiej Marki, Guardiana, DPA, ANSA, La Gazetta dello Sport, De Telegraaf, L’Equipe czy France Football i innych po raz pierwszy i jedyny mogli z pasją pogadać o polskim zespole i jego trenerze, którego kojarzył każdy, w przeciwieństwie do selekcjonera repry, którego nazwisko skojarzył tylko dziennikarz z Grecji. Kwestie bezpieczeństwa, problemów z dojazdem na stadion z lotniska, poziomu dróg zeszły na plan dalszy. Poznańscy organizatorzy Euro 2012 mają za co dziękować Lechowi i jego piłkarzom.



czwartek, 09 czerwca 2011

To było niesamowite! Nigdy w życiu tak szybko nie przejechałem z lotniska Okęcie na Saską Kępę gdzie mieszkam (z buta dwie minuty od Stadionu Narodowego, więc można powiedzieć, że Euro 2012 odbędzie się u mnie w przedpokoju). Dwa wozy policyjne z przodu naszej kolumny, jeden z tyłu - może dlatego, że rangę naszej ekipy (dziennikarzy z Europy dokonujących inspekcji miast i stadionów na rok przed turniejem - One Year To Go), wzmocnił sekretarz generalny UEFA, Gianni Infantino. Choć i tak postaliśmy trochę w korkach na Żwirkach, przelecieliśmy na drugą stronę Wisły miiiigiem. Różnic w porównaniu z Ukrainą na każdym kroku więcej. Ale największa w otwartości i szczerości organizatorów. Oba najważniejsze i największe stadiony Euro 2012 nie są jeszcze gotowe. Ale na Olimpijskim w Kijowie usłyszeliśmy, że absolutnie zdążą, bo jak, my nie zdążymy? Już za chwilę, za trzy miesiące gramy na otwarcie z Niemcami! A na naszym Narodowym bez ściemy - oficjalnie potwierdzono, że już na pewno nie da się rozegrać tu meczu z Niemcami 6 września, spotkanie zostanie przeniesione do Gdańska. Koniec budowy najwcześniej w październiku, koszty nie wzrosną, kontrakt z wykonawcą nie zostanie zerwany. Dyrektor budowy dokładnie wyjaśnił co nie tak z feralnymi schodami, których złe wykonanie spowodowało opóźnienie.

 

No i kiedy na stadionie jest już chociaż trochę krzesełek, od razu robi to lepsze wrażenie.

 

 

Absolutnie nie chciałbym zabrzmieć jak triumfująco, w żadnym stopniu nie jest to wywyższanie się Polaka nad biednym bratem - Ukraińcem, jednak porównując obu organizatorów Euro 2012 przytoczę słowa moich cudzoziemskich kolegów: polska część turnieju odbędzie się w Europie, ukraińska - na Wschodzie. Część polska będzie współczesna, ukraińska - jakby z dawnej epoki. Choćby robotnicy na budowach (a mamy za sobą już także wizytę na stadionie we Wrocławiu i prowadzącej do niej obwodnicy) - wydaje się, że pracują inaczej. Może robota nie pali im się w rękach, ale też na Ukrainie widzieliśmy robotników wstających z miejsca dopiero na nasz widok. Wbrew oficjalnemu stanowisku wcale nie wygląda na to, żeby na Stadionie Olimpijskim w Kijowie 2000 osób pracowało non stop na trzy zmiany. No i kolosalna różnica w sprzęcie. Koledzy z Belgii, Holandi, Francji twierdzą, że w ich krajach nie można już wyleasingować koparek, spychaczy, ciężkiego sprzętu budowalnego, bo wszystko wyjechało do Polski na budowę dróg, obiektów, stadionów, terminali. A na Ukrainie mijaliśmy antyczne koparki i prehistoryczne gruzawiki zapewne pamiętające jeszcze Nikitę Chruszczowa.

Chwała też organizatorom polskiej konferencji „Rok do Euro 2012” za zaproszenie Jerzego Dudka, Zbigniewa Bońka, Włodzimierza Lubańskiego. Moi koledzy dziennikarze byli zachwyceni, mieli z kim porozmawiać i o turnieju i reprezentacji Polski. Na Ukrainie nikt na to nie wpadł, mieliśmy do dyspozycji tylko dość sztywnych merów, choć oczywiście w pokoju Mirei Lucescu czy spotkanie z prawdziwym oligarchą też miały swój niezapomniany urok.

Stadion Narodowy zrobił na moich cudzoziemcach kolegach znacznie lepsze wrażenie. Także dlatego, że ten w Kijowie został wciśniety w sam środek miasta, obudowany ze wszystkich stron biurowcami, centrami handlowymi, jak zbudują wszystkie ledwo go będzie widać. Tak jakby Stadion Narodowy stawiać obok Pałacu Kultury. Majestatyczna bryła nad brzegiem Wisły zrobiła wrażenie, nawet jeśli wielu ma wąpliwości co do biało-czeronej, koszykowej fasady. - Może nie jest to szczgólnie piękne, może się z czasem pobrudzi, ale na pewno wyjatkowe. Waszego stadionu po prostu nie da się zapomnieć. Gratulacje! - skomentował kolega z Włoch.

środa, 08 czerwca 2011

Siwowłosy, opalony mężczyzna w modnych okularkach, białej rozchełstanej koszuli i spranych dżinsach wita nas na płycie lotniska nowego lotniska w Charkowie. To jego lotnisko, wolno mu tu być. Pokazuje nam piękny, nowoczesny terminal, na który wydał 100 mln dolarów. Oprowadza nas po nim jak po swojej rezydencji, nie przejmując się, że tu taka strefa, a tu taka, tu bramki do wykrywania metalu, tu granica. Wszyscy, których mijamy albo uśmiechnięci, albo z powagą stoją na baczność. Wszyscy pracują tu dzięki niemu. Właśnie oddana do użytku buisness longe jeszcze pachnie drewnem. A tam buduje się drugi pas, dla jumbo jetów, bo dlaczego nie miałby lądować w Charkowie? No, dosyć tego dobrego, jedziemy na odnowiony stadion Metalista Charków, gdzie będą odbywać się mecze Euro 2012. Jego stadion, jego klubu. Po drodze milicja zatrzymuje ruch, dwa czarne, terenowe mercedesy z gracją blokują boczne ulicy. On z nami w autobusie. On, czyli Ołeksandr Jarosławski, oligarcha, najbogatszy człowiek w Charkowie, 16. na liście najbogatszych Ukraińców. „Focus” szacuje jego majątek na 1,4 miliarda dolarów. Gdyby nie on, mistrzostwa Europy nie zawitałyby do Charkowa.




Gdyby tak Lwów miał swojego oligarchę nie musiałby walczyć z czasem i drżeć czy zbyt sroga zima pozwoli dokończyć inwestycje. A w Charkowie już niemal wszystko gotowe, trzeba tylko jeszcze dokończyć modernizację wiodącej z lotniska na stadion Alei Gagarina (mimo asysty milicji nawet my wpadliśmy w korki!) i można grać Euro 2012. Na wszystkie inwestycje Jarosławski wydał już 260 mln dolarów. Finanse zapewnił sobie sprzedając francuskiej grupie Paribas za ponad 300 mln dol połowę udziałów w założonym przez siebie UkrSibBanku. Ale też stworzył konsorcjum Strabag Ukraina, które buduje nad Dnieprem wiele obiektów na piłkarskie mistrzostwa Europy, toteż eksperci nie mają wątpliwości, że inwestycja zwróci mu się z nawiązką. Oprócz terminala i stadionu w samym centrum na Placu Swobody kończy budowę olbrzymiego, luksusowego hotelu. Plac zaś będzie największą fan-zoną w historii mistrzostw Europy, mierzy bowiem aż 12 hektarów i jest największym placem Europy. Z góry spoglądać będzie na radujących (lub cierpiących z powodu porażki) kibiców gigantyczny posąg Włodzimierza Ilicza Lenina.

Na stadionie Metalista Charków osobiście pokazuje nam każdy zakamarek od loży prezydenckiej, przez olbrzymią salę konferencyjną po gabinety masażu zawodników. Z lubością przygląda się posadzonej dwa tygodnie temu trawie. Murawa ma być najlepsza ze wszystkich stadionów na Euro 2012, zadbać mają ci sami eksperci, którzy sadzili trawę na słynnym Wembley.

Opowiada, że piłką nożna zajął się osiem lat temu za namową najsłynniejszego ukraińskiego oligarchy Rinata Achmetowa, właściciela Szachtara Donieck, który w 2009 roku wywalczył Puchar UEFA, a w minionym sezonie zaszedł w Lidze Mistrzów aż do ćwierćfinału, ulegając dopiero samej Barcelonie. Stadion Metalista nie może się co prawda równać z Donbas Areną, ta dorównuje najwspanialszym obiektom Europy jak Emirates Stadium czy Weltins Arena w Gelsenkirchen, ale też to Achmetow jest najbogatszym człowiekiem Ukrainy. Istniejącego od 1925 roku Metalista kupił, gdy klub spadał z pierwszej ligi. Dziś charkowski klub bije się w lidze jak równy z równym iż Szachtarem i Dynamem Kijów, choć w na koniec sezonu regularnie zajmuje trzecie miejsce. Do sukcesów sportowych jeszcze daleko, ale już zaliczył udaną przygodę w Lidze Europejskiej.

- To Rinat przekonał mnie, że futbol na Ukrainie może być tak samo zyskownym biznesem jak w innych krajach Europy - mówi. Dodaje, że aspiracje ma tak samo duże jak właściciel Szachtara. - Zainwestowałem w klub przede wszystkich, bo chciałem dać mieszkańcom Charkowa kolejny powód do dumy. Z tego samego powodu walczyłem o sprowadzenie do miasta Euro 2012, a kiedy się udało, o lotnisko, terminal, porządny hotel - mówi. Ale też jego hojność ma swoje granice. Stadionowi z danych czasów pozostała lekkoatletyczna bieżnia. Od razu znaleźli się pasjonaci, którzy chcieliby sprowadzić wielką lekkoatletykę. Ale Jarosławski na to pieniędzy nie da. Zresztą przecież Sergiej Bubka pochodzi z Doniecka.

W drodze powrotnej na lotnisko zwiedzamy jeszcze ośrodek treningowy Metalista. Nie tak piękny jak Szachtara, ale budynek ładniejszy, a basen mają nawet większy. Każda reprezentacja, która wybierze to miejsce na rezydencję podczas Euro 2012 nie będzie miała na co narzekać.

Jarosławski odprowadza nas aż na płytę lotniska, na pożegnanie przy schodkach do samolotu każdemu z nas przybija „piątkę”. Szkoda, że nie możemy go zabrać ze sobą. Jutro lecimy do Polski. Pełni obaw. Czy tam dla naszej grupy też ktoś zatrzyma ruch uliczny?

W Charkowie Lenin wiecznie żywy

wtorek, 07 czerwca 2011

Ukraińscy organizatorzy Euro 2012 radzi nieba przychylić naszej delegacji dziennikarzy, która dokonuje inspekcji wszystkich miast turnieju rok przed imprezą w ramach 'One Year To Go' Media Tour. Zwłaszcza, że jest wśród nas dyrektor UEFA Euro 2012, Martin Kallen. W Doniecku nie tylko obejrzeliśmy (świetny co prawda tylko w ostatnich 10 minutach) mecz Ukraina - Francja, nie tylko oprowadzono nas po fantastycznym ośrodku treningowym Szachtara - (dziewięć boisk, w tym jedno ze sztuczną nawierzchnią, wszystkie podświetlane, trzy podgrzewane, park z fontannami, własne jezioro z czarnymi łabędziami, niezliczone budynki dla wszystkich klubowych drużyn, baseny, sauny etc). Wprowadzono nas nawet do... prywatnych pokoi zawodników niedawnego ćwierćfinalisty Ligi Mistrzów i ich trenera Mircei Lucescu. Pokoi, których używają na co dzień, pełnych kosmetyków w łazience, zdjęć bliskich na półkach, rozłożonej papierkowej roboty analitycznej... Czułem dyskomfort, przypatrując się jak intruz szczoteczce do zębów, ufnie pozostawionej przez Dmytro Chygryńskiego czy któregoś z jego kolegów...

Kolega z Madrytu, który na co dzień pisze o Realu łapał się za głowę. Tam ktoś kto by wpuścił nas do prywatnych pokoi piłkarzy z miejsca straciłby pracę! Kolega z londyńskiego Reutersa stwierdził, że paparazzi, który wdarłby się do ośrodka np. Chelsea i zdokumentował czyje zdjęcia piłkarze The Blues wieszają nad łóżkiem, miałby z czego żyć do końca życia. Ale też kolega z Madrytu przyznał, że nawet Real nie ma tak świetnego i urokliwego ośrodka jak Szachtar.

 Drużyny, które będą rozgrywać swoje mecze na Ukrainie będą miały gdzie mieszkać. Tylko nieco skromniejszy od ośrodka Szachtara jest ośrodek Metalisty Charków, który zwiedzaliśmy dzisiaj (brakuje tylko jeziora i łabędzi). Równie luksusowy ośrodek ma także Dynamo Kijów. W miastach turniejowych sporo jest bardzo dobrych hoteli, głównie dla biznesmenów. UEFA zdaje sobie sprawę, że wielkim problemem są tanie miejsca noclegowe. Zwłaszcza w mało atrakcyjnych turystycznie miastach jak Donieck (wielki ośrodek przemysłowy) czy Charków. Ukraińscy dziennikarze opowiadają, że kłopoty te uderzają rykoszetem w... studentów. Nie czekając na Euro 2012 biedacy ci są już teraz wykwaterowywani z akademików, przerabianych na hotele, nie wszystkich studentów stać zaś na wynajmowanie sobie stancji.

Licząc się z najazdem kibiców nieprzesadnie bogatych władze Doniecka postanowiły zmierzyć się z problemem. I wymyśliły... nie musicie to zobaczyć, tak jak nam to przedstawiono. Jadąc autobusami przez łąki nagle minęliśmy prowadzący przez pole... czerwony dywan!

 Co się okazało: to namiot ekspozycyjny. Od trzech do pięciu tysięcy takich namiotów gotowe są postawić na czas turnieju władze miasta wspólnie z prywatnym inwestorem na specjalnym kempingu, wyposażonym w sklepy, telebimy do oglądania meczów w innych miastach, prysznice, boiska do siatkówki plażowej. Noc w takim pomieszczeniu z łóżeczkiem albo dwoma będzie kosztować - uwaga - około 25 euro! Na Ukrainie tak straszy upał, że w pachnącej plastikiem komorze ledwo dało się wytrzymać. Któż hciałby w czymś takim spędzać turniej? Wiadomo, że kibicami kempingowymi są Holendrzy, ale oni zajeżdżają na turnieje kamperami, w których mają nie tylko kuchnie, prysznice, ale i telewizję satelitarną. W dodatku, żeby dojechać do Doniecka, musieliby wyruszyć w maju 2012. No i jak słusznie zwracali uwagę koledzy z innych krajów, zakwaterowanie na jednym kempingu niebogatych kibiców z Anglii i Niemiec albo Niemiec i Holandii, nie mówiąc o Chorwacji i Serbii, sianie wiatru. Na pewno doprowadzi do burzy, zwłaszcza po meczu obu drużyn.

- Ukraińcy to dobry i gościnny naród. Wszyscy goście będą u nas bezpieczni, zajmiemy się każdym kibicem - zapewniają nas na każdym kroku organizatorzy, w co nie sposób wątpić - co krok spotykamy się w wyrazami sympatii, machają do nas nawet ci w korkach, którym dla naszego przejazdu zatrzymuje się ruch na uliczny. Żeby tylko na przyjmowanie kibiców w domach nie trzeba było namawiać piłkarzy Szachtara. Mogą się nie zgodzić tak ochoczo jak studenci.

Ps: A na Donbas Arena kogo wkurzą piłkarze, że nie grają tak jakby chciał, może się wyżyć w piłkarzyki (jednoczesnie kontrolujący sytuację na prawdziowym boisku)



poniedziałek, 06 czerwca 2011

Z wycieczką dziennikarzy z całej Europy zwiedzamy miasta i stadiony Euro 2012 na rok przed turniejem w ramach UEFA Media Tour 'One year to go'. Zaczęliśmy od Lwowa. Jestem w tej uprzywilejowanej sytuacji, że w naszej grupie jest Stefan Szczepłek z Rzeczpospolitej, który we Lwowie zna każdy kościół, każdy zbór, każdą kamienicę i jeszcze wie kto i kiedy w niej mieszkał. Kiedy przewodniczka z dumą mówi nam, że właśnie w ich mieście 14 lipca 1894 miał miejsce pierwszy mecz piłki nożnej na ziemiach ukraińskich, pan Stefan - szeptem - dopowiada, że Sokół Lwów pokonał Sokół Kraków 1:0 w pokazowym spotkaniu, które trwało... sześć minut i po chwili piłkarzy zastąpili gimnastycy, rzecz miała bowiem miejsce podczas Zlotu Sokolego. Nie dość, że pamięta jak nazywał się strzelec jedynej bramki, ale jeszcze wie gdzie Włodzimierz Chomicki został pochowany. Zwiedzając Lwów Polak co chwilę czuje przypływ nostalgii, ale miasto zauroczyło też naszych kolegów z Anglii, Włoch, Hiszpanii. Przyznają, że nazwę „Lviv” usłyszeli dopiero, kiedy UEFA przysłała im program wycieczki. Nie mogą zrozumieć jak to możliwe, że tak wspaniałe miasto tak długo pozostawało dla nich nieodkryte? Dziennikarz La Gazetta dello Sport (a przecież kandydatura Włoch przegrała z naszą) stwierdził nawet, że choćby tylko po to trzeba było przyznać Polsce i Ukrainie Euro 2012, żeby świat mógł się dowiedzieć o Lwowie.

 

Kompletnie odmienne nastroje do tych z centrum miasta przeżyliśmy na jego obrzeżach, zwiedzając przyszłą arenę mistrzostw Europy. Stadion, który teoretycznie ma być oddany w październiku nie jest nawet w stanie surowym. To totalny plac budowy z drutami sterczącymi z betonu. Tak stadion Legii, którego budowę oglądałem niemal co dwa tygodnie, wyglądał półtora roku temu. Nie ma najmniejszych szans na uroczysty mecz otwarcia z Austrią 15 listopada. Kolega z Ukrainy przyznał, że modlą się, żeby zima była lekka, wtedy powinni się wyrobić do czerwca 2012... Dyrektor UEFA Euro 2012, Martin Kallen, który podróżuje z nami utrzymał przez całe zwiedzanie Lviv Areny zachowywał minę pokerzysty, więc możemy się tylko domyślać co czuł duchu. Głośno powiedział tylko, że przed organizatorami jest big chalenge.

- Ludzie, którzy przyjadą tu z Zachodu, odkryją Wschód, którego zupełnie nie znają. Wizyta na Ukrainie będzie nie tylko przygodą, będzie dobrą, fascynującą przygodą. W Portugalii podczas Euro 2004 też nie wszystko było doskonałe, były niedociągnięcia: kulał transport, za mało było autobusów, hoteli, lotnisko w Porto zostało otwarte dopiro rok po turnieju. Ale za to atmosfera była unikalna - dodał później. Przygotowuje Europę na to co się zdarzy?

Organizatorzy zaś, w osobie mera Lwowa, przekonują, że wszystkie terminy zostaną dotrzymane i narzekają, że UEFA traktuje ich gorzej niż polskiego partnera, dla nich, Ukraińców jest mniej cierpliwa, straszy, pogania. Jak widać na filmie, z lwowskim stadionem naprawdę nie jest dobrze i nie są to drobiazgi typu schody, jak na Stadionie Narodowym w Warszawie (na który dotrzemy w środę, równo rok przed meczem otwarcia Euro 2012). Zdecydowanie lepiej jest na Arenie Donieck, na której oglądam w tym momencie mecz Ukraina  - Francja (program wycieczki jest tak intensywny, że nie ma kiedy chwycić za laptopa, a jak się chwyci, nie ma internetu). Stadion donieckiego Szachtara jest przepiękny, wielki (50 tys. widzów) i spokojnie może się równać z takimi obiektami jak Emirates Stadium, stadionem Schalke czy Amsterdam Arena. Szkoda tylko, że w tym momencie nie jest zapełniony nawet w 1/4. Ale o Doniecku napiszę jutro (z Charkowa), bo zdarzyły się tu dwie kuriozalne sytuacje.

 



sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie