niedziela, 26 maja 2013

Wciąż nie znamy oficjalnie przyszłości Roberta Lewandowskiego, ale ze słów jego agenta, Cezarego Kucharskiego, z którym zderzyłem się po finale na Wembley w studio nSportu wynika, że to jednak będzie Bayern. Borussia ogłosiła dziś, że żadnej oferty w sprawie transferu Polaka nie dostała, ale Czarek wyjaśnia, że przed finałem panowało napięcie między oboma klubami i nie był to właściwy moment na negocjacje. Spekuluję, że Roberta od dawna chce Pep Guardiola, że widzi dla niego miejsce w swoim projekcie, że Lewy zna i język i ligę, trochę goli już Bayerowi nastrzelał, więc miałby #szacun na wejściu, poza tym zapowiada się, że Bawarczycy z nowym trenerem zdominują europejski futbol jak Barcelona w ostatnich latach...

Mam jednak wątpliwości czy to rozsądne iść do drużyny, która właśnie pokonała twoją w najważniejszym meczu w karierze? Która właśnie rozgrywa historycznie udany sezon? Co innego wejść do szatni jako zwycięzca, jak stwierdził Juergen Klopp z tym pieprzonym pucharem, a co innej spotkać w niej nasyconych, spełnionych piłkarzy, którzy właśnie cię pokonali. Przypomniało mi się jak Thierry Henry był o krok od odejścia do Barcelony w 2006 roku, Frank Rijkaard z Henkiem Ten Cate już mieli strategię pozwalającą go zmieścić w ataku. Barca dawała 50 mln funtów, ale po porażce w finale Ligi Mistrzów w Paryżu Francuz uznał, że to nieodpowiedni moment na transfer. Jako zwycięzca, który powiódł Arsenal do wygranej z Barcą, przyszedłby do niej z radością, żeby uczynić ją silniejszą. Ale w tamtej sytuacji nie chciał i jak pamiętacie odwlókł odejście do Katalonii o rok.

Czy dziś z ręką na sercu możemy stwierdzić, że Bayern absolutnie i niezbędnie potrzebuje Lewandowskiego? Dlaczego miałby wygryźć z ataku Mario Mandżukića, którego gol dał mistrzom Niemiec triumf w finale Ligi Mistrzów? Mamy pewność, że stałby się dla Bawarczyków wielkim wzmocnieniem? Takim jakim zdecydowanie stałby się w Realu Madryt, Chelsea, Manchesterze United czy nawet Barcelonie (gdyby ta już nie zaklepała sobie Neymara), gdzie kibice witaliby go może nie jak zbawcę, ale z wielkimi nadziejami, jako strzelca historycznych czterech goli z Realem. Kogo w Monachium obchodzą tamte cztery gole, skoro Bayern siedmioma rozgromił Barcelonę? Podejrzewam, że Lewy stałby się w Bayernie tylko uzupełnieniem wielkiego składu. Bardzo mocnym, wysyłającym w kosmos Mario Gomeza i Claudio Pizarro, ale jednak uzupełnieniem. Dlatego ja bym jeszcze na miejscu Roberta mocno jeszcze przemyślałbym swoją przyszłość, przy czym z Dortmundu raczej bym uciekał - z powodów, które wymieniłem tutaj - mimo, że Klopp zapowiada za dwa lata w finale Ligi Mistrzów w Berlinie będzie powtórka pojedynku z Wembley, on już nad tym zaczyna pracować.

Kilka vlogów o finale Ligi Mistrzów

Ostatni finał Ligi Mistrzów na żywo, nie ze studia tv, oglądałem na Stade France, gdy Barcelona Rijkaarda pokonała Arsenal. Cieszę się, że mogłem być świadkiem historycznego, wewnątrzniemieckiego finału z udziałem trzech Polaków, czego pewnie nieprędko doczekamy. Nowe Wembley to zaiste katedra futbolu. Majestatyczne ze świetnym widokiem z trybun, a bawarscy i westfalscy kibice stworzyli kapitalną atmosferę. Tak jak na boisku akcja przenosiła się z jednego pola karnego na drugie, tak i na trybunach trwał wspaniały pojedynek czerwonych sektorów z żólto-czarnymi, co starałem się uchwycić kamerką.

Najpierw jednak o drodze na Wembley, ale nie obu drużyn przez rozgrywki grupowe, a potem pucharowe, ale od drodze ze stacji Wembley Park na stadion...

Race kibiców Bayernu

Radość kibiców Bayernu po golu Mandżukića na 1:0 i świetna reakcja fanów Borussii...

Ostatni gwizdek na Wembley. Koniec meczu! Bayern wygrywa Ligę Mistrzów! Odkupienie Robbena!

sobota, 25 maja 2013

  Zdjęcie zrobione HTC One X +

Kto wygra ten dzisiejszy wewnątrzniemiecki finał Ligi Mistrzów? Gdyby w futbolu 2+2 zawsze = 4, wówczas jeszcze przed meczem moglibyśmy wręcz Puchar Europy Bayernowi. Zdają się przemawiać za nim wszystkie argumenty. Od siły i rozmiarów kadry, dającej Bawarczykom przewagę właściwie na każdej pozycji (albo co najwyżej równowagę, jeśli chodzi np. o bramkę czy atak gdzie Roman Weidenfeler spokojnie mógłby rywalizować o miejsce w reprezentacji Niemiec, gdyby nie obraził kiedyś Joachima Loewa, a Robert Lewandowski w niczym nie ustępuje Mario Mandżukićowi czy Mario Gomezowi, co już wkrótce będzie miał okazję udowadniać im na każdym treningu). Po styl w jakim drugi rok z rzędu awansowali do finału: nie było tu nawet grama przypadku, ani szczęścia jak w ostatnich minutach ćwierćfinałowego rewanżu Borussii Dortmund z Malagą. W rewanżu z Barceloną na Camp Nou Bawarczycy nie musieli drżeć do ostatnich sekund o awans jak Borussia z Realem w Madrycie, gromiąc najlepszą drużynę świata na ich stadionie 3:0 (7:0 w dwumeczu) przejęli symbolicznie z jej ręki ten status. Bayern góruje też nad swoim niemieckim rywalem pucharowym doświadczeniem. Cały obecny sezon, z tym samym trenerem, z którym w poprzednim przegrali wszystko co było do przegrania, stając się najbardziej przegraną drużyną na świecie, udowadnia, że tamta trauma (a zwłaszcza ta finałowa z Chelsea na własnym Allianz Arena) podziała na piłkarzy i cały klub wyłącznie pozytywnie i motywująco. Żaden z Bawarczyków nie będzie chciał przeżyć tego jeszcze raz.

Koniec z (FC) Hollywood

Widać to nie tylko po wynikach w Lidze Mistrzów i przepaści w Bundeslidze jaka oddzieliła Bayern od reszty. Chyba ani razu w sezonie nikt z drużyny nie dał powodu, żeby nazwać Bawarczyków starym, złośliwym, ale jakże celnym określeniem FC Hollywood. Choć Bayern każdy sezon zaczynał jako absolutny faworyt Bundesligi, często na drodze do sukcesu stawała buta jego największych gwiazdorów (co dotyczy także prezesów i menedżera, Uli Hoenessa), ich arogancja i pewność siebie, którzy częściej niż na treningach i w meczach brylowali w telewizji i brukowcach, które opisywały ich pozaboiskowe skandale czy wizyty w nocnych klubach. Hollywoodem zaczęto ich nazywać w czasach drużynę prowadził Giovanni Trapattoni, a gwiazdy takie jak Lothar Matthaus i Stefan Effenberg prześcigały się w skandalach. Pierwszy zmieniał żony jak rękawiczki, wychwalał publicznie męskość kolegi z drużyny, w wydanych pamiętnikach opisał tajemnice szatni, przez co stracił opaskę kapitana, a po otwartym konflikcie z Juergenem Klinsmannem trener Berti Vogts nie zabrał go (wygrane) Euro‘96.

Drugi wsławił się pokazaniem środkowego palca kibicom na mundialu w USA w 1994 roku, a w telewizji z butą chwalił się, że zarabia rocznie niebotyczną wówczas kwotę 5,5 miliona marek za sezon. Z kolei znakomity bramkarz reprezentacji Niemiec, Oliver Kahn zbulwersował całe Niemcy w 2003 roku, porzucając ciężarną żonę na rzecz 21-letniej hostessy z dyskoteki. Gdy tabloidy opisały ze szczegółami wyznania nowej partnerki Kahna, Hoeness skomentował, że po ich lekturze chciało mu się rzygać.

Określenie FC Hoolywood pasowało i do współczesnego Bayernu, tego Luisa van Gaala, który zagrał w finale Ligi Misrzów w 2010 roku i tego Juppa Heynckesa jeszcze z ubiegłego roku. Kapitanowi, liderowi i jednemu z najlepszych pomocników świata, Bastianowi Schweinsteigerowi zdarzyło się po wyjściu z nocnego klubu z dziewczyną, przemycić ją do budynków klubu, gdzie o 2. nad ranem ochrona przyłapała ich w jacuzzi. Franck Ribéry miał we Francji proces sądowy o seks z nieletnią prostytutką, przez który o mało co nie ominął go mundial w RPA, brazylijski obrońca Breno został aresztowany za podpalenie własnego domu, i nawet kapitan Philipp Lahm trafił na czołówki po skrytykowaniu w obcesowych sposób w autobiografii byłego trenera, Jürgena Klinsmanna.

Van Gaal nie odstawał od swoich zawodników. Podczas jednej z tyrad zarzucił im, że mają go za faceta bez jaj i natychmiast im udowodnił, że jest inaczej ścigając do kolan spodnie eleganckiego garnituru przed przerażoną gromadą. Heynckes też nie od razu udało się utemperować hollywodzkie charaktery. Jeszcze w ubiegłym sezonie dwaj skrzydłowi i najwięksi gwiazdorzy klubu, Arjen Robben i Ribery pobili w szatni w przerwie półfinału Champions League z Realem Madryt. Holender wyszedł na drugą połowę z podbitym okiem za to, że wykonał rzut wolny, który miał egzekwować Francuz.

Dziś wszyscy harują we wspólnym celu aż miło, egoiści Robben i Ribery nie tylko podają częściej niż kiedykolwiek ale i zasuwają w defensywie jak Samuel Eto’o w Interze gdy Inter sięgał po potrójną koronę. A Schweinsteiger opowiada, że często gierki na treningu bywają bardziej wyrównane niż niektóre ligowe mecze.

Taktyka, głupcze!

Ale - jak stwierdził Leo Beenhakker - futbolu 2+2 bardzo rzadko = 4. Najlepszy dowód do zwycięstwo Chelsea w Lidze Mistrzów w ubiegłym sezonie, nie tylko w finale ze znacznie lepszym Bayernem, ale i w półfinale ze wciąż wielką jeszcze Barceloną. Nota bene także ostatni finał Ligi Europejskiej Chelsea wygrała będąc przez większą część spotkania drużyn gorszą od Benfiki. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę trener Juergen Klopp, który stwierdził, że jeśli Borussia pokona Bayern nie będzie to oznaczać, że stanie się najlepszą drużyną świata, ale że pokona najlepszą drużynę świata. W świetnym wywiadzie dla „Guardiana” Klopp opowiedział jak będąc trenerem drugoligowego Mainz obejrzał pięćset razy (!) nudne jak flaki z olejem wideo treningu AC Milan, na którym Arrigo Sacchi prowadził ćwiczenia taktyczne (bez piłki!) ustawiając swoich piłkarzy jak pionki na szachownicy i przesuwając nimi po boisku. Od tamtego czasu 2. ligowe Mainz jako pierwsza niemiecka drużyna zaczęła grać ustawieniem 4-4-2 bez libero. A Klopp pojął, że w futbolu wcale nie trzeba mieć silniejszej drużyny, żeby wygrywać. - Wcześniej z góry zakładaliśmy porażkę jeśli rywale mieli silniejszy skład i godziliśmy się z tym. Ale zrozumiałem, że w futbolu wszystko jest możliwe – możn wygrywać z lepszymi jeśli dobierze się właściwą taktykę - stwierdził.

Jaką strategię wymyśli na Bayern, z którym potrafił wygrywać w Monachium 3:1 czy 5:2 w finale Pucharu Niemiec? Najbardziej ciekawi mnie jak załata dziurę po stracie Mario Goetze, czy w swoim stylu będzie umiał przekuć to na dobre, czy na przykład przesunie ze środka do ofensywy Ilkaya Gundogana za plecy Roberta Lewandowskiego? Klopp jest mistrzem motywacji, wchodzącym w głębokie relacje ze swoimi piłkarzami podobnie jak Jose Mourinho i tulącym ich po golach i zwycięzcach niczym ojciec swoje dzieciaki. O morale piłkarzy Borussii jestem więc spokojny: każdy będzie gotów umrzeć w tym jednym jedynym mecz za klub, trenera i kibiców.

To jeden mecz! I wszystko może się zdarzyć, nie tylko jedno genialne zagranie, strzał, zachowanie piłkarza, ale i jedna decyzja sędziego może odmienić losy spotkania jak w meczu Manchesteru United z Realem Madryt czy Borussii z Malagą, gdzie arbiter nie dojrzał trzech spalonych. Zobaczymy po 90. minutach (lub 120), kto jest lepszy z futbolowej matematyki, Bawarczycy czy Dortmundzycy. Jedno jest pewne, dziś spełni się klątwa Gary Linekera, na końcu muszą wygrać Niemcy.



Na koniec moja playlista spotify na finał. Pierwszy utwór do autobusu w drodze na stadion, potem szatnia, wyjście na mecz, pierwsza połowa, przerwa, druga, radość, rozpacz, dekoracja. Dlaczego taka wyjaśniałem tutaj

czwartek, 23 maja 2013

Z Sergiuszem Ryczelem, Dariuszem Tuzimkiem i Grzegorzem Mielcarskim zapowiadamy Finał. Przed nami but Franka Lamparda (zdjęcie zrobione HTC One X+)

Finał Ligi Mistrzów co raz bliżej. Dziś po raz pierwszy znalazłem się na Stadionie Wembley. To znaczy pierwszy raz na nowym Wembley. Na tzm starym, z dwiema wieżami  byłem wiele razy, pierwszy - na meczu otwarcia Euro ’96, bodajże Anglia - Szwajcaria, potem na wszystkich kolejnych meczach Anglików - ze Szkocją, Hiszpanią, Holandią aż do przegranego półfinału z Niemcami. Widziałem złoty gol Oliviera Bierhoffa z Czechami i trzy bramki Paula Scholesa (w tym jedną ręką) strzelone Polakom, gole Jurka Brzęczka i Marka Citki. Czy w sobotę obejrzę kolejnego gola Polaka? Tego nie wie nikt. Tymczasem więc wrzucam vloga z wnętrza Wembley, w których naprawdę można się zgubić. Chyba z pół godziny zajęło mi dojście spod pomnika Bobby'ego Moore'a do studia nSportu, w którym zapowiadaliśmy sobotni finał. Ledwo zdąrzyłem, wszyscy właśnie się podpinali. Po dotarciu na miejsce czułem się jak maratończyk na mecie, a ile lóż, już zastawionych i gotowych na przyjęcie gości zwiedziłem po drodze. A przy okazji obejrzałem z bliska słynny but Franka Lamparda, który ten wrzucił do studia po dekoracji na Amsterdam ArenA po wygraniu Ligi Europejskiej...

23:29, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (12) »

 

Zdjęcie zrobione HTC One X+

Jak widać na zdjęciu Londyn już gotowy na przyjęcie głównych aktorów sobotniego finału Ligi Mistrzów. Zafrasowany Bobby Moore zastanawia się pewnie jak to możliwe, że Fussball is coming home na jego Wembley. Bayern można uznać za stałego bywalca finałów, w końcu to jego trzecia wizyta w ciągu ostatnich czterech lat. Borussia Dortmund to gość dość niespodziewany, acz witany z radością. I jedno i drugie zawdzięcza w ogromnej mierze swemu trenerowi, Juergenowi Kloppowi. Myślę, że nawet jego zaskoczyło jak wspaniałe plony i jak szybko zbiera jego autorski projekt. Jeśli coś sprawia, że nawet strata na finał takiego zawodnika jak Mario Goetze nie sprawia, że z góry skreślamy szanse Borussii to właśnie osobowość, zdolności taktyczne jej trenera. Choć Bayern uciekł w tym sezonie całej Europie i całej Bundeslidze, zostawiając za sobą przepaść, drużyna Kloppa zdołała zremisować z nim w lidze 1:1, a w ćwierćfinale Pucharu Niemiec ulec zaledwie 0:1, tych meczach owej przepaści widać nie było. Faworytem w finale nie jest (i być nie chce, Klopp chętnie spycha tę presję na Bawarczyków - moje ulubione zdanie jakie wypowiedział to, że wygrywając Ligę Mistrzów Borussia nie stanie się najlepszą drużyną świata, ale pokona najlepszą drużynę świata), ale nie była i we wszystkich czterech starciach z Realem Madryt (grupowych i półfinałowych), ani w meczach z Manchesterem City, a awansowała z grupy pierwszego miejsca.

Z tej wyjątkowej okazji, by przybliżyć postać trenera Borussii wklejam fragment jego portretu jaki wraz z Darkiem Wołowskim napisaliśmy do Newsweeka sprzed kilku tygodni, pt. Czarodziej z Dortmundu. Naszym zdaniem nie ma wiele przesady w tym tytule, zaczerpniętym z wydanej niedawno biografii trenera Borussii. Ze średniaka Bundesligi w krótkim czasie uczynił dwukrotnego z rzędu mistrza Niemiec. Mało znani zawodnicy pod jego ręką stali się gwiazdami swoich reprezentacji. Wszyscy trzej Polacy - Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek zgodnie przyznają, że dzięki Kloppowi są lepszymi piłkarzami. - Uważam, że bardzo się rozwinąłem pracując z nim. Najpierw potrafił dostrzec we mnie potencjał, bez tego nie ściągnąłby mnie do klubu, a potem sprawił, że niektóre aspekty mojej gry wręcz eksplodowały. Ma świetne oko, stojąc widzi co muszę poprawić, żeby lepiej wykorzystywać moje możliwości i pomaga mi w tym. To samo może właściwie powiedzieć każdy z kolegów z klubu - powiedział nam Lewandowski.

Nerwus z telewizji

Kariera Kloppa „od pucybuta do milionera”, trenera z przypadku, który dostał na próbę jeden mecz i perfekcyjnie wykorzystał szansę wzbudza u rodaków wielki szacunek, ale on sam - skrajne emocje. Podziwiany za pracowitość, perfekcjonizm, dbałość o detale, relacje z piłkarzami, którzy po golach lecą wyściskać go jak ojca, i obsesyjną nienawiść do przegrywania. Elokwencją i brylowaniem w mediach jednych zachwyca, innych irytuje. Legenda niemieckiego futbolu, Franz Beckenbauer, związany całe życie z Bayernem Monachium nazwał go złośliwie „TV Bundes-trainer” (Telewizyjny trener reprezentacji) i zapowiedział w stacji ZDF, żeby nie zapraszać go do tych samych programów co tego „błazna”. Ale widzowie zachwycali się erudycją Kloppa - za umiejętność przystępnego klarowania im, co się dzieje na boisku podczas mundialu w 2006 roku i Euro 2008 otrzymał dwie nagrody dla telewizyjnej osobowości roku.

Klopp przed meczem i w trakcie to Dr Jeckyll i Mr Hyde. Na treningach zawsze w dresie, zawsze wśród zawodników, często się z nimi wygłupia, żartobliwie fauluje, wskakuje im na barana, tarza się wręcz ze śmiechu, gdy Lewandowski pudłuje stojąc tuż przed bramką, po zwycięskich sezonach wspólnie oblewa się z chłopakami piwem. Podczas gry zmienia się jednak w wulkan, małe dziecko z ADHD i niebezpiecznego psychopatę w jednym - co sam przyznał kiedyś w studio TV, gdy odtworzono mu jego własne zachowanie. Nie usiedzi w miejscu, biega wzdłuż linii, robi miny, wrzeszczy, wymachuje rękami. Potrafił podbiec do sędziego technicznego i w ostatniej chwili powstrzymać pod uderzeniem go głową: trafił arbitra w czoło brzegiem baseballowej czapeczki, a później sam siebie nazwał za to „idiotą”. Z pokorą płaci kolejne kary nakładane przez władze Bundesligi (DFL), zebrało się tego dobre kilkanaście tysięcy euro. Po dramatycznej wygranej z FC Koeln w ubiegłym sezonie wykonał szalony rajd triumfalny po krzesełkach, kolejną grzywną DFL. Podczas innej radosnej szarży po boisku zerwał mięsień. Żona Ulla nieustannie błaga go przed meczami, żeby nie narobił wstydu. Bez skutku. W szale emocji zdaje się nie panować nad sobą.

 

Prymus

Zawsze był prymusem. Nawet gdy nauka nie szła mu bez kłopotów, został przewodniczącym samorządu. Na sport został skazany przez ojca, który po narodzinach dwóch córek tak bardzo chciał mieć syna, że kiedy ten się wreszcie pojawił, umyślił sobie, iż Juergen koniecznie musi odnieść sukces. Mama trenera opowiada w biografii syna jak ojciec opróżnił z mebli sypialnię, postawił w niej bramkę i kazał 3-letni Jurgenowi ćwiczyć strzały! - Synu, tylko strzelaj na bramkę, nie do szyb! - miał mu powiedzieć. Chłopak potrafił jednego dnia startować w zawodach narciarskich i tenisowych, a wieczorem odbyć jeszcze trening piłkarski.

Jako piłkarz kariery jednak nie zrobił, grał w przeciętnych drugoligowych klubach zwiedzając wszystkie pozycje na boisku oprócz bramkarza. Wszędzie zostawał jednak kapitanem drużyny. Trenerzy mieli do niego największe zaufanie, czuli, że jest ich prawą ręką na boisku. - Dobrze grałem głową, ale od szyi w dół było już dużo gorzej - wspomina. Jego trener z Mainz, Wolfgang Frank mówi, że Klopp wybiegał na boisku mając w głowie tysiące pomysłów, ale brakowało mu umiejętności, aby je zrealizować.

28 lutego 2001 roku, trzy dni po rozegraniu ostatniego ze 325 meczów w barwach Mainz został jego trenerem. Poprzednika i przyjaciela, Eckharda Krautzuna, z którym godzinami rozmawiał o taktyce, zwolniono, bo klub stanął przed groźbą spadku do trzeciej ligi. Podczas konferencji prasowej dziennikarze przyjęli nominację Kloppa jako żart. Miał prowadzić drużynę tylko w jednym spotkaniu, do znalezienia następcy z prawdziwego zdarzenia, ale wygrał. Kolejne spotkanie również i następnych pięć z sześciu. Mainz utrzymało się, a po dwóch sezonach awansowało do Bundesligi. Gdy w 2008 roku Klopp odchodził do Borussii Dortmund na pożegnalnej imprezie na Placu Gutenberga dziękowało mu ponad 15 tysięcy kibiców. Ojciec nie dożył sukcesu syna, zmarł na raka siedem lat wcześniej.

Z Borussią nie tylko zdobył dwa mistrzostwa Niemiec i awansowął do półfinału Ligi Mistrzów. Drużyna to jego autorski projekt, stworzony za niewielkie pieniądze. Ze składu, który obejmował zostało tylko trzech piłkarzy, w tym Błaszczykowski, wszystkich pozostałych wyszukał sam, jak Lewandowksiego, którego przez ponad rok obserwował się meczach polskiej Ekstraklasy nim kupił za 4,5 miliona euro. Shinji Kagawę wypatrzył w lidze japońskiej i sprowadził za 350 tys. euro, by po dwóch latach sprzedać Manchesterowi Utd za 16 milionów.

Guardiola i Mourinho w jednym

Wielu ekspertów uważa, że dzięki sukcesom Klopp zhardział. Były mistrz świata z 1974, dziś komentator Günter Netzer stwierdził, że trener Borussii łączy w sobie cechy dwóch najlepszych obecnie trenerów świata. - Jest jak Pep Guardiola i Jose Mourinho w jednym. Tak jak Katalończyk chce by jego drużyna grała ofensywnie i pięknie, ale stosuje prowokacje w stylu trenera Realu, by odciążyć zawodników od presji i wziąć ją na siebie - zauważył Netzer.

Gdy dziennikarze zarzucili Kloppowi, że tuż po losowaniu par półfinału Ligi Mistrzów trener Realu pojawił się na trybunach podczas ligowego meczu Borussii, za to on nie wybrał się do Madrytu, wybuchnął śmiechem. - To czego się dowiedział o nas Mourinho, mogłem mu opowiedzieć przez telefon. Wraca do domu z informacjami bez znaczenia. Ja nie muszę jeździć na Santiago Bernabeu, by wiedzieć jak gra Real – wyjaśnił ironicznie. Odniósł się też do drugiego półfinału, czyli starcia Bayernu Monachium gra z Barceloną. Uwielbia drażnić Bawarczyków, najpotężniejszy klub Bundesligi, który od nowego sezonu poprowadzi Guardiola. - Stawiam swój tyłek, że przed starciem z Katalończykami szefowie Bayernu zadzwonią jednak po radę do Pepa – stwierdził Klopp. Wściekły wiceprezes Bawarczyków Karl-Heinz Rummenigge odpowiedział: - Niech Klopp uważa, by jego tyłek nie wylądował w muzeum Bayernu, a zastawiać powinien raczej swoją przeszczepioną fryzurę – dodał robiąc aluzję do dbałości trenera Borussii o wizerunek (został wybrany najlepiej ubraną osobistością sportową Niemiec).

Atakując najbogatszy, najpotężniejszy klub w Niemczech, Klopp pokazuje swoim piłkarzom, że Borussia nie musi pochylać głowy wobec kolosa, ani czuć wobec niego kompleksów. W czwórce półfinalistów Ligi Mistrzów Borussia to Kopciuszek. Jej trener musi pokazywać, że nikogo się nie boi, by tchnąć wiarę w swoich zawodników. Tak zawsze robił Mourinho.

Z Guardiolą łączy go filozofia gry: ofensywnej, bezkompromisowej, umiłowanie ataku. I przekonanie, że „futbol to nie tylko produkt, ale przede wszystkim kultura”, a Borussia jak Barcelona jest własnością kibiców. Dlatego wiele razy otwarcie popierał protesty kibiców wobec zbyt wysokich cen biletów na mecze. - Jeśli ludzie opuszczą stadiony, to będzie koniec piłki - mówi.

Tak jak Mourinho, Klopp lubi mieć wszystko pod kontrolą, od wysokości trawy na boiskach treningowych po to, kto z kim nocuje w pokojach podczas wyjazdów. Wprowadził zasadę losowania. Jako trener XXI wieku nie waha się stawiać na nowe technologie czy zajęcia „Life-Kinetik” z wykorzystaniem urządzenia o nazwie Footbonaut, czyli klatki, do której wchodzi zawodnik musząc najpierw przyjąć wystrzeliwane w różnym tempie piłki, a potem zagrać je w jeden z 72 paneli.

Nie dla idiotów

Pytamy Lewandowskiego czy tak szybki sukces jakim były dwa mistrzostwa Niemiec po krótkim okresie prasy zmieniły Kloppa. - Jako człowiek nic się nie zmienił, za to na pewno stał się lepszym trenerem, umie wykorzystywać zebrane doświadczenie. Zawsze potrafił wyciągać wnioski, robi to nawet po meczach, które zagraliśmy rewelacyjnie. On i tak znajdzie coś, co nam wypomni, pokaże co mogliśmy zrobić lepiej - mówi napastnik reprezentacji Polski.

I dodaje, że Klopp wciąż ma te same relacje z zawodnikami. - Atmosfera w drużynie jest tak samo dobra, jak przed naszym pierwszym mistrzowskim sezonem. Nadal potrafi z nami o wszystkim rozmawiać. Wie, kiedy można sobie pozwolić na żarty, wspólne wygłupy, śmiech na treningu. Ale kiedy trzeba potrafi zagonić nas do ciężkiej pracy i wymóc pełną koncentrację. Wtedy nie ma zmiłuj, u niego nikt nie może sobie pozwolić na fochy gwiazdy - mówi Lewandowski. Klopp potwierdził to ostatnie w jednym z wywiadów, mówiąc: „nie wiem jak dobrym piłkarzem musiałby być ktoś, żebym zniósł, że jest dupkiem. Jeszcze nie miałem takiej sytuacji. Nie sprowadzam do drużyny idiotów, bo spędzamy razem zbyt wiele czasu”.

Wyjątkowe relacje trenera z zawodnikami podkreślają wszyscy, którzy z nim pracują lub pracowali. Jego krytyka jest zawsze rzeczowa. Zdarza się, że czasem rezerwowi nie wytrzymują swojej roli i jak Ivan Perisić, odchodzą z klubu. O odejściu otwarcie mówił też Błaszczykowski, która stracił miejsce w składzie przed Euro 2012. Klopp potrafił go jednak zmotywować do pracy nad sobą i walki o powrót do składu. Po paru miesiącach Kuba znów zdobywał ważne gole, teraz rozgrywa najlepszy sezon w karierze.

Piszczek pod ręką Kloppa stał się czołowym prawym obrońcą Europy dwukrotnie wybieranym do jedenastki sezonu Bundesligi. Klopp żartuje, że Piszczek to jedyny zawodnik do którego nie musi zdzierać gardła. - Czasami wkurza mnie, że ta polska banda w Borussii nie chce rozmawiać ze sobą po niemiecku. Ale kiedy coś do nich mam, mówię po polsku. Nauczyłem się nawet zwrotu: „rusz dupę!” i wydaje mi się, że więcej polskich słów nie muszę znać - żartował w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.

Zawsze lojalny wobec swoich piłkarzy. Choć Lewandowski nie przedłuża kontraktu z Borussią, a media spekulują do jakich klubów odejdzie, Klopp nieustannie wspiera Polaka. Podkreśla, że Lewy to jeden z pięciu najlepszych napastników Europy i rozumie jego chęć szukania wyzwań, a jednocześnie ceni za profesjonalizm i to, że nie pozwala by spekulacje przełożyły się na jego skuteczność.

W Niemczech mówi się, że jest kwestią czasu kiedy obejmie reprezentację. Na razie odrzuca lukratywne oferty najbogatszych klubów Europy jak Chelsea. Chce wypełnić kontrakt z Borussią, który wygasa w 2016 roku. Trzy lata temu podczas wyborów samorządowych o mało - mimo woli - nie został burmistrzem w miasteczka Hornberg. Niemieckie prawo pozwala głosować na osobę, której się ufa, nawet jeśli jej nazwiska nie ma na oficjalnej karcie. Wielu mieszkańców Hornberga uznało, że najbardziej ufa Kloppowi. On sam zastrzega jednak, że polityka kompletnie go nie interesuje. Żyje futbolem i tylko dla futbolu...

Zdjęcie zrobione HTC One X+

 



wtorek, 21 maja 2013

W tygodniu finału Ligi Mistrzów chciałem zajmować się tylko Bayernem i Borussią, Kloppem i Heynckesem, Lewandowskim i Robbenem etc, ale nie mogę przejść obojętnie wobec zakończenia misji Jose Mourinho w Realu Madryt. Czy odchodzi na tarczy, czy poniósł spektakularną klęskę? W ostatnim sezonie - swym pierwszym od 10 lat bez żadnego trofeum - na pewno tak, sam to zresztą przyznał. Nieudany sezon zakończyła nie tylko pierwsza od 14 lat porażka w derbach Madrytu, ale i wyrzucenie na trybunę. Co miało znaczenie niemal symboliczne, porównując z pożegnaniem jakie miał w Mediolanie, czy tymi jakie zgotowano Sir Alexowi Fergusonowi czy Pepowi Guardioli przed rokiem. Co pewnie najbardziej go boli, po raz pierwszy piłkarze, których opuszcza nie płaczą rzęsistymi łzami, świadomi, że na lepszego trenera już w karierze nie trafią. Nie grożą buntem, nie żądają wystawienia na listę transferową. Wręcz przeciwnie, bunt wznieciliby dopiero gdyby został. Po raz pierwszy ma niemal całą szatnię przeciwko sobie. Czy dlatego, że przekalkulował, zawsze szukając wroga, bo scementować zespół, tym razem błędnie zdiagnozował go we własnej szatni? Czy myślał, że pozytywnie nią wstrząśnie i podporządkuje sobie, zamachując się na klubową ikonę, piłkarza wielkiego niemal jak klub, Ikera Casillasa? Czy u zarania ich konfliktu leżał brak akceptacji kapitana mistrzów świata i Europy, człowieka, które największe sukcesy w futbolu klubowym i reprezentacyjnym odniósł z innym trenerem (podobnie jak Sergio Ramos czy Xabi Alonso) dla kontrowersyjnych metod Portugalczyka? Który obrażał ich barcelońskich przyjaciół z reprezentacji, jątrzył przeciwko nim, prowokował Guardiolę i włożył palec w oko jego asystenta?

Blogerka Asia Sruubka Wiśniowska przytacza słowa wiceprezydenta Barcelony, że Mourinho wytwarzał negatywny klimat i był zakałą hiszpańskiego futbolu. I pyta czy trener, który wprowadził tak wiele niechęci, nienawiści, może być szanowany? Ale sięgając po Portugalczyka można go wziąć z jego wszystkimi wadami i zaletami, albo wcale. Wojny psychologiczne z innymi trenerami, z sędziami, z zawodnikami innych drużyn dały świetne skutki w Chelsea i Interze Mediolan, w którym Portugalczyk trafiał na trybuny nie mniej często co w Realu. Wątpię by jakikolwiek inny trener osiągnął przez te trzy sezony w Madrycie więcej od Mourinho. Nim trafił na Santiago Bernabeu, Real przez sześć sezonów z rzędu nie potrafił przejść 1/8 finału Ligi Mistrzów. Z nim trzykrotnie zagrał w półfinale, dwukrotnie odpadając pechowo - po karnych z Bayernem przed rokiem (pamiętny obrazek klęczącego trenera w trakcie jedenastek) i minimalnie z Borussią, gdy w rewanżu zabrakło jednej bramki. Poza tym po raz pierwszy od 18 lat odzyskał dla Realu Puchar Króla (ich króla - jak stwierdził Gerard Pique).

Okej, być może Mourinho zagalopował się w swych wojnach, rozpętując je na zbyt wielu frontach. Ale czy jego przeciwnicy zawsze grali wyłącznie fair, w tym sam Casillas (co przyznaję, choć wielbię go i jako sportowca i człowieka), którego dziewczyna bezczelnie zdradzała w mediach tajemnice szatni? O podgryzaniu przez zwolnionego przez niego dyrektora sportowego Jorge Valdano czy byłego prezesa Ramona Calderona nie wspominając.

Przede wszystkim Mourinho udało się już w drugim sezonie przełamać dominację Barcelony, Tej Wielkiej Barcelony, Barcelony Guardioli, nazywanej - całkiem słusznie - najlepszą drużyną świata, a nawet wszech czasów. I to pokonał na boisku, grając w piłkę, bez narzucania swoim piłkarzom antyfutbolu. Trzeba było dopiero trenerskiej zawieruchy, choroby Tito Vilanowy i spadku formy kluczowych zawodników, by z Barcą w kolejnym sezonie potrafił wygrywać Milan, prawie PSG, Bayern, czy wcześniej znów Real Mourinho. Czy ktoś ma cień nadziei, że w pierwszym sezonie pod wodzą Carlo Ancelottiego (lub kogokolwiek z trenerskiego rynku) Real znów będzie prowadził na Camp Nou z bezradną Barcą 3:0 i zajdzie aż do półfinału Champions League? Szczerze wątpię.

Sruubka i wielu innych cieszy się, że Mou odchodzisz z ligi hiszpańskiej. Moim zdaniem La Liga dopiero zrozumie jak kolejną wielką osobowość straciła po odejściu Guardioli. Że nie do końca rozumiała jego filozofię (że nie pochwalała niektórych metod działania jestem w stanie zrozumieć), a krytyka z jaką się spotykał była totalna. Powody do radości mogą mieć jedynie kibice Chelsea, do której Portugalczyk wróci po przejściach, z których bez wątpienia wyciągnie wnioski. Patrząc na posiwiałego, wypalonego człowieka, niechętnie mamroczącego coś tam, coś tam na konferencjach prasowych Ligi Mistrzów, zgasłego na ławce, rzadko cieszącego się przy linii bocznej jak po pamiętnym golu FC Porto na Old Trafford, zastanawiałem się czy i jemu nie przydałaby się roczna przerwa w Nowym Jorku (albo gdziekolwiek). Czuję jednak, że w Premier League odżyje niczym tytan Antajos, z którym walczył Herakles, a którego nie można było pokonać, bo po dotknięciu Matki Ziemi odzyskiwał siły. Tam - jak sam mówi - będzie otoczony ludźmi, którzy go kochają, a wrogowie doceniają. Dla ligi angielskiej, która straciła tak potężna osobowość jak Alex Ferguson, Mourinho spada jej z nieba...



niedziela, 19 maja 2013

 

Spotify porosiło mnie, żebym ułożył playlistę na sobotni finał Ligi Mistrzów na Wembley. Uznałem to za fantastyczny pomysł! Któż z nas nie lubi trafić na youtube na kompilację goli z fajną, pasującą muzą. Ponieważ dostałem pełną wolność postanowiłem po pierwsze nie szukać wyłącznie kawałków motywujących do walki, a po drugie nie skupiać się wyłącznie na tym konkretnym finale - czyli żadnych bawarskich czy westfalskich hitów, ani nawet Rammsteinu - ale opracować ścieżkę pasującą ogólnie najważniejszego piłkarskiego wydarzenia sezonu. Myślę, że wyszedł całkiem fajny mix rockowych kawałków, evergreenów, rapu i muzyki filmowej. Playlista jest dostępna tutaj, ale postanowiłem dopisać na blogu uzasadnienie.

Ciekaw jestem jakie Wy mielibyście propozycje na poszczególne okoliczności i miejsca? Jaka muza w szatni przed wyjściem na mecz, jaka do tunelu, co na tuż przed i tuż po pierwszym gwizdku, z czym na karku najlepiej schodzić do szatni na przerwę, przy jakiej muzie powinien motywować trener? Wreszcie co puścilibyście zwycięzcom, a co przegranym?  

Zaczyna się spokojnie, ale z małym dreszczykiem.

W AUTOBUSIE NA STADION puściłbym niezwykle inspirujące „Now we Are Free” z końcowych scen Gladiatora, z cudownym głosem Lisy Gerrard. To pod tę muzykę Pep Guardiola skompilował motywujące DVD z akcjami swojej Barcelony przed finałem Ligi Mistrzów w Rzymie z Manchesterem United. Nawet rezerwowi zawodnicy mówili, że niesamowicie ich naładował, Gabriel Milito stwierdził później, że całe szczęście, że nie grał z powodu kontuzji, bo chyba przy pierwszej interwencji dostałby czerwoną kartkę. tak był nagrzany.

Tymczasem NA TRYBUNCH

kibice odśpiewaliby „You’ll Never Walke Alone” z repertuaru Gerry’ego and the Pacemakers. Wiem, że to hymn fanów Liverpoolu i Celticu Glasgow (wątpliwe, żeby szybko spotkały się w finale Ligi Mistrzów;) ale nie ma bardziej podniosłego i lepiej nastrajającego hitu przed wielkim meczem. Ciarki przechodzą po plecach i wszystkie włoski stają dęba, gdy zaintonują je całe trybuny...

Tuż PRZED WYJŚCIEM Z SZATNI pasowałby mi energetyczne „Let's Get It Started” w wykonaniu Black Eyed Peas. Z oczywistych względów .

Na intensywną atmosferę W TUNELU, gdzie rywale stoją ramię w ramię przed wyjściem na murawę i ewentualną PRZEPYCHANKĘ w sam raz byłoby „Move Bitch”, Ludacrisa. W końcu futbol to nie jest zabawa dla grzecznych chłopców ;) Zdaje się, że któryś z wielkich bokserów albo zawodników MMA wchodzi przy tym na ring. Pasuje.

Nie znam lepszej muzyki do WBIEGNIĘCIA DRUŻYN na murawę niż „Sirius” Alan Parsons Project, która od lat towarzyszy wyjściu na parkiet Chicago Bulls. Gasną światła, jeden mocny reflektor kierunkowy aaaaaaand noooow starting line up of your Woooorld Champions, Chicago Buuulls! At forward from Central Arkansas, 6 foot 7 Scotty Pippen... potem Horace Grant, Bill Carthwrigt, BJ Armstrong, aż wreszcie at guard from North Carolina, 6.6 Michael Jordaaaan (ha, z pamięci recytuję ten skład, potem doszli Luc Longley, Dennis Rodman i Ron Harper). Po takim entre cała hala i zawodnicy i kibice byli maksymalnie napompowani, a goście o tacy malutcy...

Wyobrażam sobie, że tuż PRZED PIERWSZYM GWIZDKIEM, gdy zawodnicy zajmują swoje pozycje, a bramkarz sprawdza siatki i rzuca do bramki ręcznik, w ich głowach dudni coś w rodzaju muzyki Tylera Bates’a z filmu „300”, a konkretnie kawałek „Fever Dream”...



Mecz się zaczyna i na boisku tylko WALKA, WALKA, WALKA...

Najpierw w miarę spokojnie od „Enter Sandman” Metalliki, ale zaraz potem „Thunderstruck” AC/DC i „Trooper” Iron Maiden (You'll take my life, but I'll take yours too/ You'll fire your musket, but I'll run you through/ So when you're waiting for the next attack/ You'd better stand, there's no turning back...)

Dwa utwory chciałem zadedykować BOCZNYM OBROŃCOM. Akurat na Wembley będą śmigać chyba najlepsi obecnie na świecie: Philip Lahm, David Alaba, Łukasz Piszczek i Marcel Schmelzer. W pierwszym „Bleed it Out” Linkin Park pobrzmiewa mi ich szybkość, niezmordowane ataki wzdłuż linii i harówka w obronie. W „Down with the Sickness” (jakże wymowny tytuł na finał) Disturbed słyszę rytm ich serca. You też feel that?

PRZERWA. SZATNIA. W szatni motywująca przemowa trenera koniecznie przy dźwiękach „L'arena" Ennio Morricone z włoskiego spagettiwesternu „Il Mercenario”, którą Quentin Tarantino wykorzystał w Kill Bill 2, w tej scenie gdy Uma Thurman przypomina sobie szkolenie Pai Mei i wydostaje się z samotnego grobu Pauli Schutz...

WYJŚCIE z tunelu NA DRUGA POŁOWĘ przy dźwiękach „Ladies and Gentlemen” Salivy. (Ladies and gentlemen, good evening/ You've seen that seeing is believing/ Your ears and your eyes will be bleeding/ Please check to see if you're still breathing/ Hold tight cause the show it not over/ If you will please move in closer...)

WALKĘ W DRUGIEJ POŁOWIE najlepiej powinna ilustrować „Riot” Three Days Grace oraz „Whiskey In The Jar” Metalliki, przy którym gra od razu staje się bardziej kreatywna i pełna polotu.

 

Aż dochodzimy do momentu, w którym TERAZ ALBO NIGDY.

Do któregoś z kluczowych zawodników docierają słowa Eminema ze wstępu do „Lose Yourself”: Look, if you had one shot or one opportunity... This is everything you ever wanted. One moment... Would you capture it? Or just let it slip?

On jest od tego, żeby przesądzać w takich chwilach. To do niego ten refren: You only get one shot, do not miss your chance to blow/ This opportunity comes once in a lifetime, yo!

Gdy w końcówce pada zwycięski gol (jak w środkowym finale Ligi Europejskiej), wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie. Gdy rozbrzmiewa OSTATNI GWIZDEK, przegrani padną na kolana, czując w tym momencie dokładnie to samo co Frodo, który patrzył jak Gandalf spada z Mostu Khazad Dum. A w ich uszach brzmi lament samotnego elfa ze ścieżki dźwiękowej Władcy Pierścieni (to ostatni fragment dłuższego kawałka The Bridge of Khazad Dum - nasz smętny ale piękny fragment zaczyna się w 4:35).

 

KONIEC! Na dekorację czekamy przy chilloutowych dźwiękach „Fire” Kasabian, przy których zawsze lecą pomeczowe statystyki w NC+ ;)

PRZEGRANI maszerują po srebrne medale pocieszenia, które żadnym pocieszeniem nie są przy dźwiękach „Hymn of the Fallen” z Szeregowca Ryana.

Natomiast ZWYCIĘZCY ZMIERZAJĄ PO ODBIÓR wyśnionego PUCHARU z rąk Michela Platini przy - wcale nie „We’re the Champions” Queenu, zbyt mainstreame, ileż można? - ale przy „Remember the Name” w wykonaniu Fort Minor”, słuchając słów: „This is ten percent luck, twenty percent skill/ Fifteen percent concentrated power of will/ Five percent pleasure, fifty percent pain/ And a hundred percent reason to remember the name!”

Po którym zaraz z głośników leci „All I Do Is Win” DJ Khaleda dla bezczelnych zwycięzców.

STADION OPUSZCZAMY słuchając D'yer Maker” Led Zeppelin, bo... to po prostu fantastyczny utwór i fanie, żeby dźwięczał nam w uszach na koniec...

15:01, francuski_lacznik , Liga Mistrzów
Link Komentarze (16) »
piątek, 17 maja 2013

Zdjęcie i vlog zrobione HTC One X +

Nie ma gorszej męczarni dla blogera-twitteristy niż być na fajnej imprezie i nie móc z niej blogować i twittować, co spotkało mnie niestety podczas finału Ligi Europejskiej na Arenie w Amsterdamie. Nawet jednego twiccika, amsterdamski internet odmówił współpracy, dane nie chciały się załadować w telefonie, mogłem robić tylko zdjęcia. Jak to z lizbońskimi diabłami i Jezusem (jak trener Benfiki, Jesus Jorge), którzy byli tak pewni siebie przed rozpoczęciem spotkania. Wyższa instancje jednak Portugalczykom nie pomogła, przeważyło pucharowe doświadczenie Chelsea i boiskowe cwaniactwo jej piłkarzy, którzy wygrali drugi europejski puchar z rzędu. Nie ten, co prawda, który marzył się Romanowi Abramowiczowi i fanom The Blues, puchar przegranych, zwany też pucharem pocieszenia, ale nie wiele jest drużyn, które były aktualnym obrońcą obu trofeów na raz. Anglicy wygrali mimo, że to Benfica przez większą część meczu grała i ładniej i lepiej, ale to rywale grali do końca i jak celnie zauważył w tytule komentarza mój kolega z Rzeczpospolitej, Paweł Wilkowicz, Jesus został Hiobem, przypominając, że Benfika przegrała siódmy finał europejskiego pucharu z rzędu, a w minioną sobotę w prestiżowym meczu z Porto mistrzostwo Portugalii, mimo, że była liderem przez większość sezonu.

Trafnie to przewidziałem w przedmeczowym vlogu z przed Areny, przyznając się, że będę w tym spotkaniu kibicował przedstawicielowi ulubionej ligi i ulubionemu piłkarzowi, zwłaszcza po sezonie, który był dla niego tyleż świetny (stał się z 203 golami najskuteczniejszym piłkarzem w historii Chelsea), co przeklęty, gdy władze klubu dwa razy podkreślały, że nie przedłużą z nim kontraktu, chcą żeby odszedł. Frank Lampard to jeden z tych piłkarzy, do których nie sposób nie czuć sympatii i szacunku, bez względu na to jakiej drużynie się kibicuje, z tej samej gliny co Ryan Giggs, Andres Iniesta czy Alessandro del Piero. Którzy, gdy kończą karierę, cały piłkarski świat odczuwa bolesne ukłucie. Na pewno macie jeszcze jakieś swoje podobne typy. Jak tamci dzięki bardzo profesjonalnemu podejściu tak długo na topie. Rozmawiałem z nim w 2006 roku, tuż po tym jak pobił rekord Premier League, rozgrywając nieprzerwanie 164 mecze z rzędu (!), bijąc tym osiągnięcie byłego bramkarza Liverpoolu, Davida Jamesa (159). Poprosiłem go wówczas, żeby zdradził tajemnicę swej żywtności. - Nie jestem terminatorem. Liczy się zdrowy tryb życia, przygotowanie fizyczne, szczęście, ale także spryt. Unikam niepotrzebnych wślizgów bez szans na powodzenie, nie atakuję także bezmyślnie nóg przeciwnika - odparł. Pamiętam, że bardzo mu kibicowałem, gdy w 2005 przegrał z Ronaldinho walkę o tytuł Najlepszego Piłkarza Świata FIFA. Wielu twierdziło wówczas, że jego wpływ na sukcesy drużyny jest większy niż Brazylijczyka. Legenda Chelsea, kochana przez kibiców podobnie jak John Terry, ale nie wywołujący pozaboiskowych skandali jak obrońca The Blues, który w Amsterdamie w kolejnym swoim finale musiał gorączkowo zamieniać po meczu garnitur na koszulkę, żeby nie wyglądać głupio podczas wznoszenia pucharu.

 

Słabo znając Jesusa Jorge’a trzymałem też kciuki za Rafę Beniteza, miesiącami lżonego przez kibiców Chelsea, nie będących w stanie zapomnieć mu słów z czasów gdy prowadził Liverpool, którego angielska prasa wciąż bez litośnie nazywa trenerem tymczasowym. Widocznie taka już karma Chelsea, że największe pucharowe sukcesy osiąga nie tymi trenerami, których najchętniej widzieliby by tym miejscu kibice i właściciel, a może i sami piłkarze (jak Roberto di Matteo, z którym CFC wygrała Ligę Mistrzów, czy Avram Grant, który zawiódł ją aż do finału w Moskwie), a także wówczas gdy Terry nie może wystąpić.

Na koniec przyznam się do nitki triumfalizmu, jaki przemknął mi przez głowę, gdy wszedłem na trybuny Amsterdam ArenY. Wciąż zachwycającej, ale już nie tak jak podczas Euro 2000, gdy byłem tu po raz pierwszy (ostatnim meczem jaki widziałem był wstrząsający półfinał Holandia - Włochy). gdy na ciężkawych telebimach wyświetlił się napis, że na trybunach zasiadł komplet 46 tysięcy widzów (z małym haczykiem), pomyślałem sobie: hej, u nas na Narodowym byłaby dycha więcej! Ciasne kuluary też już tak nie porażały. Arena to jednak stadion z końca lat 90. ubiegłego wieku, nasz zdecydowanie to obiekt XXI wieku. Zdecydowanie bardziej zasługuje na finał!

PS:



Kto ma ochotę pogadać o futbolu, wielkim, dużym i całkiem małym, o piłkarskich idolach i ich autobiografiach, zapraszam w sobotę na Targi Książki w Warszawie do sali o - jakże wiele mówiącej nazwie - "Barcelona" na spotkanie ze... mną "niezwykłą osobistością świata sportu i mediów" jak uroczo pisze organizator Wydawnictwo Sine Qua Non:)

W trakcie panelu będzie szansa na wygranie zestawu WSZYSTKICH naszych książek sportowych!

Będę od 12:00 na stoisku SQN (sektor D18, stoisko 177) przez godzinę, bo potem hicior Legia - Lech. A 16. w tym samym miejscu spotkanie z prawdziwą "niezwykłą osobistością świata sportu" trenerem siatkarskiej reprezentacji Polski, Andreą Anastasim!


czwartek, 09 maja 2013

David Moyes jako następca sir Alexa Fergusona nie daje gwarancji, że Manchester United już w pierwszym sezonie będzie walczył o mistrzostwo Anglii i triumf w Lidze Mistrzów, jak zapewne byłoby gdyby na Old Trafford przychodził Jose Mourinho. 50-letniemu Szkotowi (to, że jest rodakiem ustępującego Bossa nie miało chyba szczególnego znaczenia) brakuje doświadczenia w Champions League, co nie raz okazywało się kluczowe na tym poziomie. Nigdy też nie musiał radzić sobie w szatni z tak wielkimi gwiazdami, z tak olbrzymim ego jakie spotka na Old Trafford. Wątpliwe, żeby z miejsca stał się autorytetem dla piłkarzy klasy Robina van Persie, Rio Ferdinanda czy Patrice Evry (o Wayne Rooney’u, którego jako 16-latka wprowadzał w świat dorosłego futbolu w Evertonie nie wspominam, bo napastnik reprezentacji Anglii właśnie wykasował z profilu na Twitterze opis: zawodnik Manchesteru United). Acz nie wierzę też, że ktokolwiek będzie otarcie kwestionował jego pozycje, bo wówczas spotkanie się z dyrektorską suszarką Fergusona, która może być jeszcze bardziej dotkliwa niż trenerska.

Wracając do gwiazd, MU może być teraz trudniej pozyskać kolejne, bo z Ferguson chciał współpracować prawie każdy piłkarz świata, a z Moyes’em niekoniecznie. Kto wie, czy dziś jak przed rokiem równie łatwo udałoby się namówić kapitana Arsenalu do transferu na Old Trafford?

Moyes świetnie zna za to zna Premier League, a jego świetnie zna Ferguson, który zapewne widzi w nim siebie młodszego o 20 lat. Wiadomo, że wyznają podobną filozofię, choć co innego stosować ją w Evertonie, a co innego w czołowym klubie świata. W każdym razie nazwisko następcy Fergusona gwarantuje dobrą współpracę obu panów, której chce Sir Alex, nie znika bowiem z klubu, ale najwyraźniej co najmniej będzie dzielił się radą, a jeśli trzeba pewnie i sterował z tylnego siedzenia. Z przyjacielem Mourinho ta współpraca nie musiałaby wyglądać już tak różowo. Osobowości są zbyt wielkie, a Portugalczyk nie znosi konkurencji, o czym przekonał się w Realu Madryt Jorge Valdano.

Zastanawiam się czy nie lepsza byłaby dla MU opcja ‘manchesterskiego Guardioli’, czyli legendarnego zawodnika z autorytetem jak Ole Gunnar Solskjer czy Ryan Giggs, idoli dla wielu graczy United, piłkarzy z charyzmą i autorytetem, których Ferguson wspierałby doświadczeniem, tak jak w pierwszym roku pracy Pepa Guardioli po zastąpieniu Franka Rijkaarda wspierała legenda Barcelony, Johan Cruyff. Ale tego się nie dowiemy. W sumie Moyes to najlepszy możliwy trener dla MU, skoro tak przesądził Ferguson. Ciekawe czy stanie się jednym z najlepszych transferów Szkota w karierze na miarę Erica Cantony, Roy’a Keane’a, Ruuda van Nistelrooy’a czy Wayne Rooney’a?

wtorek, 07 maja 2013

 

Ale jestem z siebie zadowolony, że znów spontanicznie udało mi się stworzyć mały, fajny konkurs i powyciągać z Was cudowne wspomnienia dzieciństwa, które łączą nas wszystkich ze sobą, w tym z Alexem, Pepem, dla którego bramką były zaciągnięte sklepowe żaluzje w Santpedor, Wayne’m, który szalał z kumplami za piłką na ulicy w Croxteth, Zlatanem, któremu w przejściu podziemnym w Malmoe nikt nie potrafił odebrać piłki, Ronaldo de Assísem Moreirą, który kiedy już wszystkie chłopaki poszły do domu, kiwał się ze swoim psem i musiał robić to dobrze, żeby zwierz nie przegryzł mu piłki. Cieszę się, bo i wróciły moje wspomnienia, meczów na betonie gdzie bramkami były ławki, do trzech korków karny, a piłkę na podwórku między blokami na Międzynarodowej miał tylko jeden chłopak, bardzo chory na serce, z rozdętą klatką piersiową, który wybierał nierówne drużyny, oczywiście biorąc do swoje najlepszych. fajnie, że ktoś z Was przypomniał żelazną zasadę, żeby nie siadać na piłce, bo robi się jajo, a inny, że kto wykopał ten leci po gałę. Tak było z nami wszystkimi, tylko nazwiska na koszulkach się zmieniały. Ja kiedy stałem na bramce zawsze byłem Jean Marie Pfaffem (staaaaare dzieje, ktoś go w ogóle kojarzy?), z racji bujnej jeszcze wtedy fryzury i uwielbienia wygłupów (np. udawania przepuszczenia piłki pod brzuchem, żeby w ostatniej chwili rzutem nie dać jej wpaść do bramki, raz na Turnieju Dzikich Drużyn, ponieważ akcja prawie cały czas toczyła się po bramka przeciwników, opuściłem z nudów własną i schowałem się do otwartego kanału tuż za moja bramką, wywołując konsternację obu ekip, gdzie nagle wcięło bramkarza). A kiedy stałem na obronie, bo na szkolnym boisku zmienialiśmy się co pięć minut, albo co bramka zmiana, zawsze byłem Franco Baresim;) Niestety, przyznaję ze skrucha, to o takich jak ja pisze wyróżniona favola03, bo wraz z resztą chłopaków nie chciałem grać z dziewczynami, choć pamiętam, że co jakiś czas pojawiały się chętne, demonstrując, że przynajmniej żonglować umieją lepiej niż my...

Dzięki Wam za te wspomnienia. Ciężko było wybrać najlepsze, bo przecież wszystkie są równie ważne i wyjątkowe. Wspólnie z tłumaczem książki del Piero ‘Gramy dalej’, Marcinem Nowomiejskim musieliśmy jednak rozdać pięć nagród, postanowiliśmy więc wybrać najbardziej ujmujących. O to autorzy i ich notki (pierwszym miejscem - symboliczne, bo nagroda taka sama dla wszystkich - postanowiliśmy wyróżnić leskoo0, reszta zajmuje drugie miejsce na podium, a kolejność alfabetyczna). Poproszę o adresy na mejla!

 

leskoo0

Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy to najdrobniejsze szczegóły nie miały znaczenia. Oryginalna koszulka, czy ta podrabiana z rynku? Markowe buty? A może szmaciaki pozostałe po starszym bracie? To nie miało znaczenia. Ważna była P-I-Ł-K-A. Kilka szybkich ruchów otwarcie szafy i stawałeś się kimś innym. Nagle biało-czarne pasy, czy napis O2 na stroju, zmieniały Twoje oblicze. Del Piero, Henry, Giuly - nie wiedziałeś praktycznie nic na ich temat? Pamiętasz? Henry mija jednego, drugiego. HENRY! krzyczałeś kiwając chłopaków. Nikt nie śmiał się, nie patrzył na Ciebie przez pryzmat tego, czy Twój tato jest biznesmanem czy alkoholikiem. To było piękne. Jednak gdy tylko nie trafiłeś na pustą bramkę, każdy wiedział jak zareagować. Język futbolu działał samowolnie. 
Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy to po wykopaniu piłki na podwórko sąsiada, nie było odważnego. Ty wykopałeś, więc idziesz... Złota zasada. Najczęściej słowa te wypowiadał ten, którego gała była własnością. U mnie zawsze kończyło się kłótnią. Kolega zaczął wyzywać nazwisko z Twojej koszulki. Miałeś ją na sobie, więc musiałeś jej bronić! Następny dzień i nikt nie pamiętał o konflikcie. Nawet jeśli, to pokrzywdzeni pokazywali swoją złość w grze. Upokorzenie przez kolegę, który założył Ci sito między nogami bolało bardziej niż siniak pod okiem. Nagle przychodzili starsi. Owłosione nogi, opalone sylwetki. Marzyłem i odliczałem czas, aby zająć ich miejsce. Stało się to szybciej, aniżeli mógłbym kiedykolwiek przypuszczać. 
Upłynęło sporo lat. Patrz - piękne jak piłka nożna wychowuje. Współczuję tym, którzy nie kochają futbolu. Ten sport, zaszczepiony podczas genialnych popołudni, stał się pasją, celem na przyszłość. Po prostu życiem :)

 

favola03

Pamiętam te genialne popołudnia siedzę na schodach przed wejściem do domu. Jeszcze opóźniam wejście do środka. Wdycham ciepłe, majowe powietrze, smakuję słone łzy dziecięcego odrzucenia i masuję posiniaczoną buzię. Cześć, mam na imię Agnieszka, mogę z wami zagrać?- wspominam swoje pytanie i bolesną odpowiedź: Nie, jesteś dziewczyną. I ten moment, gdy z małymi, zaciśniętymi mocno piąstkami rzucam się na chłopca, by pokazać mu siłę, w którą nie uwierzył. W kręgu dziecięcych marzeń, gdzie rysą na honorze jest wyłączenie ze wspólnej zabawy, czas się zatrzymał. Kurz, krew, pot. Już zabrzmią w tłumie słowa, że jesteś dziewczyną. Ciosy padają bez znieczulenia. I czyjeś kroki i mgła przed oczami i stłumione krzyki. Ktoś nagle szarpie cię za podarty rękaw i prowadzi do domu. Nie zagrałaś z nimi. Nie dostałaś szansy na boisku. I nikt się już nie dowie ile kosztują pierwsze porażki, które zapadły bez twojego czynnego udziału. Dziś oni rozgrywają międzynarodowe mecze w wirtualnym świecie gier komputerowych. Ty spieszysz się na ligowy mecz, w koszulce nr 10 biegniesz przez miasto, by nie spóźnić się na pierwszy gwizdek

 

iekarski

Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy wracał do domu i był już tylko mój. Te genialne popołudnia, gdy bawiliśmy się razem. Wtedy liczyło się tylko to, zabawa, czas bez żadnych zmartwień tylko On i ja. Te genialne, letnie popołudnia gdy kopaliśmy piłkę do zachodu słońca a potem piliśmy oranżadę pod sklepem. Często kupował mi lody czekoladowe i gumy Turbo. To on wszczepił we mnie kibica piłkarskiego. Był moim pierwszym przyjacielem. Mój dziadek. Dzisiaj już go nie ma, a sam nie jestem już dzieckiem ale dzięki tym wspomnieniom nigdy mnie nie opuści. I będę pamiętał te słowa, że w każdej sytuacji dam radę.

 

keloy

Pamiętam te genialne popołudnia, kiedy chciałem, żeby nigdy nie zachodziło słońce. Żeby mama rzuciła jeszcze 2 złote z balkonu, bo chciało mi się pić po grze w piłkę. Kiedy baliśmy się z kolegami, gdy przychodzili starsi i zajmowali nam boisko. Gdy wszyscy bali się siadać na piłkę, bo zrobi się jajo. Mimo wszystko, tak młodzi, z tak wielkimi marzeniami. Nieważne, czy się wygrywało, czy nie, czy było ciemno, czy padał deszcz, czy padały ładne bramki... Ja z ręką na sercu każdego popołudnia krzyczałem "ja jestem Rivaldo!"... byłem swoim własnym Rivaldo na własnym osiedlu. I tych wspomnień nikt mi nie zabierze!

 

TyphooN

Pamiętam te genialne popołudnia jedno osiedlowe boisko przy szkole wielu chętnych. Starszyzna miała pierwszeństwo A my obok boiska, kawałek asfaltu, narysowane mini boisko. Bramki z klocków (nie Lego) z siatką z bandaża, a w worku kilka drużyn z kapsli. Nie byle jakich. Najlepsze były te po markowych napojach, wypełnione stopioną świecą lub plasteliną. Każda drużyna z pieczołowicie zrobionymi koszulkami w barwach narodowych, nazwiska, numery, wszystko pieczołowicie chronione taśmą samoprzylepną tak, aby nic się nie uszkodziło Kiedy kulka z łożyska wpadała do bramki było nas słychać bardziej niż tych szczęśliwców obok Del Piero był na kapslu po Coca-Coli to było coś te ślizgały się najlepiej. 
Później to my byliśmy starszyzną ;) 


 

 



Tagi: konkursy
14:12, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie