poniedziałek, 30 maja 2011

Przed finałem Ligi Mistrzów wydawało się, że Manchester United to ostatni bastion w Europie, który może powstrzymać rozpędzoną Barcelonę. "Czerwone diabły" - kolektyw niezłomnych ludzi, o niespożytych siłach, których w końcówce sezonu zachowali zastanawiająco dużo. Na czele, których stoi najszczwańszy trenerski lis, Alex Ferguson, dodatkowo wsparty radą przez Jose Mourinho, którego drużyny jako jedyne w ostatnich latach potrafiły napsuć krwi Barcelonie Pepa Guardioli (nie liczę tu przypadkowych, nieznaczących porażek w lidze jak ta z Herkulesem Alicante). A jednak piłkarze, najlepsi defensywnie w całej edycji Ligi Mistrzów (tylko cztery stracone gole), na Wembley wyglądali jak banda barowych pianistów (którzy czasem potrafią zrobić niezły show) mierzących się w filharmonii z wirtuozami fortepianu. Stało się tak po części dlatego, że Ferguson tak ustawił swoją drużynę, jakby dwa lata temu nie przegrał z Barceloną finału w Rzymie. Jakby nie oglądał spotkań z Realem Madryt, zwłaszcza o Puchar Króla, w których gdzie Mourinho wytyczył jedyny sposób jakim można powstrzymać Katalończyków. Po prostu nie zaakceptował przed meczem tego, co przyznał po spotkaniu - że Barca jest najlepszym zespołem z jakim mierzył się w 25-letniej pracy na Old Trafford - i nie dostosował stylu gry do tego konkretnego meczu.

MU uległ Barcy, bo nie zaakceptował przed meczem, że jest lepsza

Ale powstaje pytanie, skoro nawet MU ani zipnęło w starciu piłkarzami Guardioli, to kto i kiedy potrzyma ich w Europie? Zwłaszcza, że Guardiola zostaje co najmniej na kolejny sezon.  I zapowiada wzmocnienia, choć ciężko sobie wyobrazić piłkarza, który mógłby wzmocnić obecny skład Katalończyków. Umówmy się, że nawet jeśli uda się w końcu pozyskać z Arsenalu Cesca Fabregasa to nawet on nie wepchnie się z miejsca do pierwszego składu. Ktoś powie: lewa strona od sezonów uznawana jest za najsłabsze ogniwo Barcy . A przecież niedawno operowany Eric Abidal zagrał w finale niemal perfekcyjnie. Grając z Realem czy MU Barca miała od nich o wiele słabszą ławkę rezerwowych. Pozornie wydawało się, że brak tam piłkarzy mogących przesądzić losy meczu (zwłaszcza jak przypomnimy sobie ławkę Realu w ligomistrzowym El Clasico na Santiago Bernabeu: Kaka, Benzema, Higuain, Adebayor). A jednak to wejście na boisko Ibrahima Affelay'a odmieniło spotkanie, a przecież Holender  dopiero uczy się barcelońskiej tiki taki, bywa, że jej nie kuma i musi zostać ochrzaniony przed Danny Alvesa. Teraz Guardiola zapowiada wzmocnienie ławki.

Barcelona będzie dominować przez lata? Jako pierwsza w LM obroni trofeum?

Czy więc ci wszyscy, którym marzy się powstrzymanie Barcy powinni całą nadzieję zainwestować w Mourinho? Czy jednak pierwsze letnie transfery Realu - Nuri Sahin i Hamit Altintop zaiste zbliżaj Królewskich do tego?  A także jak bardzo Ferguson odmieni MU, wykorzystując 100 mln funtów, przeznaczonych przez właścicieli na wzmocnienia? Czy przyjdzie Wesley Sneijder? Czy David de Gea od razu sprawdzi się w roli następcy Edwina van der Sara? Zachęcam do wysłuchania naszych spekulacji z Miszą Sadkowskim na te wszystkie tematy…

Rewolucja kadrowa w MU? Jak Ferguson wyda 100 mln na wzmocnienia?



piątek, 27 maja 2011

Sensacja we French Open! Karolina Woźniacka, numer 1 światowego rankingu, przegrała z Danielą Hantuchową i odpadła z turnieju już w III rundzie! Co prawda Dunka polskiego pochodzenia zawsze miała ogromne problemy na kortach ziemnych. Ale mam podejrzenie, że mogła nie być dostatecznie zmotywowana, żeby to spotkanie wygrać. Otóż wczoraj byłem na kortach im. Rolanda Garrosa (pierwszy raz w 1999 roku kiedy też wpadłem tam tylko na dzień, na wywiad ze Steffi Graf). Tym razem udało mi się zobaczyć w akcji Rafaela Nadala i historyczne zwycięstwo Łukasza Kubota z Argentyńczykiem Carlosem Berlocqiem (pierwszy awans Polaka do III rundy od czasów Wojciecha Fibaka, czyli 27 lat). Po meczu, który zgromadził wielu polskich kibiców natknąłem się na ojca Karoliny, Piotra Woźniackiego, byłego piłkarza Miedzi Legnica i Zagłębia Lubin, który wyznał, że ma dylemat. Mają już bowiem bilety na finał Ligi Mistrzów na Wembley. Co prawda pociągiem z Paryża do Londynu to tylko 40 minut, ale jeśli córka wygra w piątek, to pewnie będzie grała w niedzielę, a wtedy z finału nici.

Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Woźniaccy udali się na Wembley całą rodziną;) Jak myślicie, komu będą kibicować? Otóż - Barcelonie. Nie dlatego, że na co dzień kibicują Katalończykom. Pana Piotra podobnie jak Karolinę i jej brata - jak na dobrych Skandynawów przystało - najbardziej pasjonuje Premier League. Wszyscy są kibicami Liverpoolu - ze względu na etos, historię, You’ll Never Walke Alone. Niedawno Karolina wyszła nawet na rozgrzewkę przed meczem w turnieju w Katarze w koszulce Stevena Gerrarda. Wzięło się to stąd, że w 2009 roku pod choinkę dostała od klubu z Anfield Road specjalny prezent - koszulkę podpisaną przez Fernando Torresa. Po przejściu „El Nino” do Chelsea klub zareagował natychmiast i przesłał tenisistce kolejną paczkę, tym razem z ósemką na plecach i specjalną dedykacją od kapitana The Reds. Dziękując na twitterze za niespodziankę Polka z duńskim paszportem zażartowała, że teraz czeka aż w rewanżu któryś z piłkarzy Liverpoolu wyjdzie na boisko w jej stroju. - No więc jak w tej sytuacji żadną miarą nie możemy kibicować Manchesterowi United i dlatego będziemy za Barceloną, która na bank wygra ten mecz - zadeklarował pan Piotr.

Zgodził się z nim Łukasz Kubot, który na konferencji prasowej stwierdził, że także widzi faworyta w Barcelonie. Ale kibicował będzie sir Aleksowi Fergusonowi i jego MU. - Trochę wbrew sobie, bo nie ma co się oszukiwać, że to Barcelona gra dzisiaj najpiękniejszą piłkę. Andres Iniesta fantastycznie gra z przodu, no i mają w składzie Leo Messiego - najlepszego piłkarza świata - powiedział.  Kubot w tej edycji Ligi Mistrzów kibicował jednak Realowi Madryt. Na co dzień jest zwolennikiem AC Milan, ale obdarzył sympatią Realu kiedy pojawił się w nim Jose Mourinho. - Jestem jego fanem. Bardzo doceniam go, bo tam gdzie się pojawił, miał wynik - dodał.

 

Z podobnych pobudek MU będzie też kibicował Rafael Nadal. Ja widać podczas prestiżowego wielkoszlemowego turnieju myśli tenisowych gwiazd krążą wokół wydarzenia futbolowego, co niestety tenisowi wróży nie najlepiej. Rano uczestniczyłem w debacie pt. „Tennis 3.0”, gdzie eksperci zastanawiali się jakich zmian dokonac w tenisie, żeby jako widowisko telewizyjno-portalowo-społecznościowe aż tak bardzo nie przegrywał z piłką nożną. Bez szans jest na samym starcie: tam roje Messich, Cristianów Ronaldo, Wayne Rooney’ów itp, tu trzy wielkie gwiazdy - Nadal, Djoković, Roger Federer, którzy najważniejsze mecze toczą nieustannie między sobą. To tak jakby Barca grała z Realem Madryt co weekend. Znieść byliby to w stanie tylko fanatyczni fani. Poza tym mecze tenisowe trwają zbyt długo, a momentów dramatycznych jest w nich zbyt mało by ludzie mogli twittować o nich na bieżąco i wrzucać przemyślenia na fejsa. A niestety, dziś wygrywają ci, którzy porywają social network. Stąd radykalne propozycje zmian jak zgłaszane przez dyrektora turnieju w Madrycie, Gerarda Tsobaniana, by zrezygnować z gry na przewagi, co przeciąga sety w nieskończoność, z drugiego serwisu jeśli grający zespół pierwszy, powtórek po netach, a przede wszystkim skrócenie seta do czterech punktów.

Co prawda i futbol dokonał w swoim czasie radykalnych zmian jak możliwość wprowadzenia trzech rezerwowych, spalony czy zakaz podawania do swojego bramkarza, ale światowi tenisa doradziłbym daleko posuniętą ostrożność. Dziś - jak kiedyś powiedział sir Bobby Charlton, gdy go spytano o plany dalszych zmian w futbolu jak np. powiększenie bramek w celu uatrakcyjnienia widowiska - byłoby to jak powiększenie  biustu Wenus z Milo, stojącej wcale nie tak daleko od kortów Rolanda Garrosa, których oldskulowa atmosfera jest absolutnie zachwycająca i jedyna w swoim rodzaju.



18:01, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (15) »
wtorek, 24 maja 2011

...jak Walijczyk poległ, próbując zablokować internet.

(Jest to tekst, który napisałem na Sport.pl, z dużym bólem, ponieważ o podziwianym idolu, bez skazy jak się wydawało. A jednak po raz kolejny sprawdziło się, że jak Bóg chce kogoś ukarac to mu odbiera rozum...)

W dniu, w którym do Wielkiej Brytanii z wizytą przybył prezydent USA Barack Obama, a islandzki wulkan paraliżuje lotniska na Wyspach, głównym tematem na czołówkach londyńskich gazet jest sprawa Ryana Giggsa. Nie tylko pozamałżeński romans, ale przede wszystkim próba zakneblowania przez piłkarza mediów i wojna wydana internetowym serwisom społecznościowym.

12 tytułów mistrza Anglii przez 21 sezonów świetnej gry dla Manchesteru United, pobity rekord legendy "Czerwonych diabłów", sir Bobby Charltona 875 występów w barwach klubu, podziw za niewiarygodną kondycję i status najstarszego strzelca gola w historii Lidze Mistrzów. Tytuł Sportowej Osobowości Roku w Wielkiej Brytanii, nadany przez stację BBC. Wzór lojalności wobec klubu, w którym się wychował w czasach komercji, gdy piłkarze zmieniają drużyny jak rękawiczki. Do tego piłkarz-dżentelmen - w całej karierze ani razu nie dostał czerwonej kartki! Wzór oddanego męża i ojca, w kraju, w którym media co rusz obiegają zdjęcia jego kolegów z boiska popijających w nocnych klubach, uwodzących żonę kolegi z drużyny (John Terry), czy zdradzający ciężarną małżonkę z prostytutką (Wayne Rooney). Wydawało się, że Ryan Giggs jest w tym światku pod każdym względem "ostatnim Mohikaninem".

Ten wizerunek Giggsa właśnie rozpadł się w wielkim hukiem. Tym większym, że nie tylko przyłapano go na zdradzie żony, z którą ma dwójkę dzieci. Romans gwiazdy Manchesteru z uczestniczką brytyjskiej wersji Big Brothera Imogen Thomas trafiłby do tabloidów raczej, niż do poważnych gazet i telewizji BBC. Ale wszystkich wzburzyło to, że Giggs próbował zakneblować media, uzyskując sądowy zakaz rozpowszechniania informacji na temat swojego prywatnego życia nie tylko w prasie, stacjach telewizyjnych i radiowych ale także w serwisach społecznościowych jak twitter, facebook itp. Tzw. gag order pozwala w Anglii nałożyć taki knebel na media, powstrzymując je od publikowania informacji na różne tematy, np. gdy może to zaszkodzić dochodzeniu policji. O jego wydanie przez sędziego mogą się również ubiegać w uzasadnionych przypadkach osoby prywatne, które nie życzą sobie wycieku niewygodnych, prywatnych treści, najczęściej dotyczących praw intymnych.

Najbardziej publiczny sekret Wlk. Brytanii

O tym, że nieujawniony z nazwiska celebryta, prawdopodobnie znany piłkarz, właśnie uzyskał taki gag order zrobiło się głośno na Wyspach dwa tygodnie temu, ale media - pod groźbą bardzo wysokiej grzywny nie mogły odsłonić jego personaliów. Robili to jednak zwykli ludzie na mikroblogowym serwisie twitter - bardzo popularnym w Wlk. Brytanii. Wtedy Giggs poszedł na wojnę z internetem. Jego prawnicy, poprzez londyński sąd, zaczęli zmuszać przedstawicieli serwisu do podania informacji o użytkownikach, którzy powtarzali informacje o romansie Giggsa.

O walce Giggsa z twitterem angielskie gazety też musiały milczeć - sędzia zakazał publikacji również na ten temat. Doszło do sytuacji schizofrenicznej - bo miliony kibiców wiedziały o skandalu z udziałem Giggsa z twittera i internetowych forów, oraz zagranicznych serwisów internetowych (np. amerykańskich). Ale gazety i telewizje musiały udawać, że nic się nie dzieje...

W ostatnią niedzielę zareagował na to szkocki dziennik "Sunday Herald". Opublikował na całej pierwszej stronie olbrzymi portret Giggsa z wąziutkim czarnym paseczkiem na oczach z napisem "Ocenzurowane".

"Wszyscy wiedzą, kim jest piłkarz oskarżony o zasłanianie się systemem prawnym, by zatuszować swój udział w aferze seksualnej. Ale nam nie wolno było o tym powiedzieć. To chore, że zakazuje się dziennikarzom zidentyfikowania mężczyzny, skoro robią to setki osób na twitterze" - napisano w komentarzu.

W poniedziałek Sąd Najwyższy w Londynie odrzucił prośbę brukowca "The Sun" o zgodę na ujawnienie danych "celebryty". Sędzia David Eady tłumaczył w orzeczeniu, że nie ma żadnego interesu publicznego w podawaniu nazwiska. W zeznaniach przed sądem Giggs podobno ujawnił, że kochanka żądała od niego 100 tys. funtów za milczenie w sprawie ich romansu.

Tama pękła w Parlamencie

Cała sprawa wywołała jednak wielką debatę w Anglii na temat granic wolności wypowiedzi oraz wolności prasy. Poseł partii liberalno-demokratycznej John Hemming, który od dłuższego czasu prowadzi kampanię na rzecz wolności mediów, skorzystał z immunitetu i w parlamencie publicznie wymienił nazwisko piłkarza. - Skoro 75 tysięcy użytkowników twittera mówi o Ryanie Giggsie, to oczywiste jest, że niepraktycznie byłoby ich wszystkich skazać - powiedział, czym złamał nałożony przez sędziego knebel. Kilka minut później, wczesnym popołudniem w poniedziałek, wypowiedź parlamentarzysty - i upublicznione przez niego nazwisko Giggsa - podały dziesiątki serwisów internetowych, stacji radiowych i telewizyjnych. Tama pękła.

Za łamanie nakazów sądów skrytykowali Hemminga posłowie wszystkich partii. Ale on kreuje się na obrońcę wolności słowa: - Dopóki Giggs nie pozwał Twittera, nie było w interesie publicznym ujawnianie jego nazwiska. Ale w momencie kiedy prawnicy piłkarza obrali strategię "search and destroy" (znajdź i zniszcz) wobec zwykłych ludzi, którzy po prostu plotkują sobie na twitterze, tym krokiem sami zdjęli z Ryana Giggsa status anonimowego celebryty. W Birmie wtrącają ludzi do więzienia za krytykowanie króla. U nas jest gorzej. Zwykłym ludziom zabrania się krytykować piłkarza, a mediom zabrania wymieniać go z nazwiska - stwierdził Hemming.

Kilka godzin później premier Wielkiej Brytanii David Cameron obiecał prace nad zmianą przepisów kneblujących media, bo "to nie fair, że stare media nie mogą informować o tym samym, o czym huczą nowe media jak serwisy społecznościowe" .

- Największa ironia w tym całym zamieszaniu polega na tym, że gdyby Giggs po rozstaniu z panną Thomas nie wystąpił o "gag order", nikt nie dowiedziałby się o jego zdradzie. Ona sama zgłosiła się do mnie, żebym tak jej pomógł załatwić sprawę, by ich romans nie ujrzał światła dziennego - oświadczył guru PR na Wyspach, Max Clifford, który został przedstawicielem Imogen Thomas. Oświadczył oczywiście na... twitterze.

Tymczasem panna Imogen jeszcze we wtorek popołudniu mówiła mediom, że prawo wciąż zabrania jej ujawnienia nazwiska piłkarza, który zdradzał z nią żonę. Może jednak zdradzić, że ich romans trwał sześć miesięcy, a zawodnik m.in. przemycał ją do pokoju hotelowego podczas przedsezonowego tournee Manchesteru United po USA.

Walijczyk już podczas niedzielnego, ostatniego w sezonie Premier League meczu z Blackpool był obrażany z trybun przez kibiców rywali, którzy wykrzykiwali o zdradzie małżeńskiej. Nie przeszkodziło mu to wyjść po meczu na środek boiska z dwójką swoich dzieci i pozdrawiać pięknej żony Stacey.

Nie wiadomo czy to poniedziałkowe wydarzenia w parlamencie sprawiły, że Giggsa zabrakło na wtorkowym treningu Manchesteru United przed sobotnim finałem Ligi Mistrzów z Barceloną na Wembley. Do ośrodka MU w Carrington zjechało ponad 200 reporterów, wielu z pism brukowych i lifestylowych. Nie jest pewne czy trener Alex Ferguson zwolnił go z treningu, żeby zdjąć z niego presję czy po prostu dał mu dzień odpoczynku, nie trenowali bowiem i inni wiekowi zawodnicy "Czerwonych diabłów' - Paul Scholes, Edwin van der Sar oraz bułgarski napastnik Dymitar Berbatow. Na konferencji po treningu Ferguson żachnął się na dźwięk nazwiska Giggsa. Zapytany jak ważny dla drużyny jest Walijczyk, odparł, że "wszyscy moi piłkarze są ważni, każdy co do jednego".

Według angielskich mediów z powodu afery Giggs stracił szansę na otrzymanie szlachectwa z rąk Królowej Elżbiety II. Tytuł szlachecki otrzymał Alex Ferguson za wygranie Ligi Mistrzów w 1999 roku. Walijczyk zdobył od 1991 roku dokładnie wszystkie te same trofea co szkocki trener. Że Giggs może liczyć na to szczególne uznanie, niezależnie od wyniku finału z Barceloną, mówiło się na Old Trafford od jakiegoś czasu. Niedawno Wayne'owi Rooney'owi wymsknęło się w wywiadzie, że już wkrótce będą mówić do Giggsa per "Sir Ryan".

Ehhh, Ryan...

17:50, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (47) »

 

Futbol - jak głosi tytuł jednego z najlepszych polskich piłkarskich blogów - jest okrutny. Kibice mają pełno powodów do smutku. Tottenham nie zagra drugi raz z rzędu w Lidze Mistrzów, ale co np. mają powiedzieć fani Liverpoolu, który znalazł się w ogóle poza pucharami, a co dopiero kibice Blackpool, które długo dzielnie stawiało opór Manchesterowi United, ale po golu samobójczym przegrało i spada z Premier League. Mam i ja swoje żale i smutki. Będzie o trzech. Żal mi np. Carlo Ancelottiego, zwolnionego z Chelsea. Niby rozumiem decyzję Romana Abramowicza, zawiedzionego sezonem bez choćby jednego trofeum. Ale po pierwsze ile w tym było winy włoskiego trenera, czyż i tak nie osiągnął wiele ze starzejącym się, wypalonym składem, z piłkarzami, na których transfery nie miał wpływu? Moim zdaniem wycisnął z tej drużyny maksimum, a wybrykiem natury był rewelacyjny początek sezonu, a niekryzys w środku, który przyjść musiał (choć może jednak jego rozmiary były przesadnie duże). Po drugie Ancelottiemu trudno odmówić fachowości, wystarczająco dużo dowodów dał w Milanie i pierwszym sezonie na Stamford Bridge, zdobywając dla Chelsea pierwszy dublet w historii, co nie udało się nawet Jose Mourinho. Czy w imię długoletniej strategii nie lepiej było go zostawić, dać mu możliwość budowy nowej drużyny? Czy dzięki zwolnieniu Włocha Didier Drogbie, Frankowi Lampardowi czy Nicholasowi Anelce ubędzie lat, a Fernando Torres automatycznie stanie się maszynką do strzelania goli?

Być może łatwiej byłoby mi zaakceptować dymisję, gdyby następcą Ancelottiego została np. wschodząca gwiazda trenerska Europy - Andre Villa Boas, czyli nowy Mourinho, jego rodak, uczeń i wieloletni asystent, obdarzony nie gorszą wiedzą taktyczną (w pierwszym sezonie pracy z FC Porto pobił osiągnięcia mistrza nie przegrywając ani jednego ligowego spotkania), za to pozbawiony arogancji The Special One. Ale jak czytam, u buków nr 1 jest... Marco van Basten! Mój idol z dzieciństwa z najlepszej drużyny wszechczasów. Jeśli Chelsea istotnie po niego sięgnie, stanie się drugim angielskim klubem, postępującym zgodnie z hasłem let’s do Poznan. Tyle, że kibicom Manchesteru City chodziło o tańczenie na trybunach tyłem do murawy, a nie zatrudnianie byłego wielkiego piłkarza, którego talent trenerski jest wprost proporcjonalnie mniejszy do sukcesów osiąganych na boisku.

A propos Lecha - żal mi niezwykle, że nie zobaczymy go w przyszłej edycji Ligi Europejskiej. Ale tylko tego Lecha, z którego gry dumny byłem - jak chyba wszyscy Polacy, jak kiedyś z Wisły Kraków Żurawskiego, Frankowskiego, Uche i Kosowskiego - po meczach z  Juventusem Turyn i Manchesterem City. Niestety w Ekstraklasie takiego Lecha nie obejrzałem ani razu. Takiego, jakim uczynił go znany przecież jako piłkarz z porywającego, ofensywnego stylu gry, Jose Bakero, oglądać jest przykro. Takiego jak w meczu o wszystko z Wisłą w Krakowie, czy być albo nie być w pucharach z Lechią. Gdzie jest niegdysiejszy Lech? Ten ofensywny, zdobywający dużo bramek. Dyktujący warunki, narzucający rywalowi charakterystyczny styl? Mający siły na więcej niż jedna połowa meczu? Potrafiący naciskać rywala z czołowej ligi europejskiej, a nie oddający grę pierwszoligowcowi z Bielska-Białej? Oby Wisła w przyszłym pucharowym sezonie miała jeden tak udany mecz z choć jedną tak klasową drużyną...

 

I wreszcie żal mi bardzo Deportivo la Coruna, które po 20 latach spadło z Primera Division. Drużyny, która jeszcze w 2004 roku potrafiła w 1/8 finału Ligi Mistrzów wyeliminować Juventus Turyn, później w ćwierćfinale pokonać u siebie na Estadio Riazor broniący trofeum AC Milan 4:0 (odrabiając 1:4 w Mediolanie!), a w półfinale ulec jednym golem późniejszym triumfatorom, FC Porto pod wodzą Mourinho. Jedną z ostatnich, która była w stanie przełamać dominację Barcelony i Realu Madryt w lidze hiszpańskiej, zdobywając mistrzostwo w 2000 roku i zajmując drugie miejsce za Valencią rok później. A przecież to były czasy Realu galaktycznego! A jednak Deportivo nie przegrało z nim u siebie przez 18 lat, przerywając tę passę dopiero w ubiegłym sezonie.

Byłem wówczas w stanie wyrecytować całą jedenastkę, może i dziś bym umiał, jakby wytężył umysł. W bramce na pewno stał Jose Molina (któremu Marek Citko strzelił w meczu Widzew - Atletico Madryt w LM gola z połowy boiska), w obronie pamiętam Marokańczyka Naybeta i Jorge Andrade, z którym z Rafałem Stecem robiliśmy wywiad po każdym meczu reprezentacji Portugalii na Euro 2004, bo jako jedyny gadał po angielsku (Luis Figo nie zniżał się do rozmów w mix-zonie), aż gdzieś w okolicach półfinału wyraźnie spanikował na nasz widok (myśląc sobie pewnie: Boże, to znowu ci wariaci z Polski). Dalej słynny brazylijski defensywny pomocnik, mistrz świata z 1994 roku Mauro Silva, Aldo Duscher znany najbardziej z tego, że przed mundialem w 2002 roku złamał kość śródstopia Davidowi Beckhamowi. Albert Luque i Fran, inny znany Brazylijczyk Djalminha i wreszcie słynny Juan Carlos Valeron, którego nazwisko polscy komentatorzy zawsze wstydzili się wymawiać jak trzeba - Baleron - a który gra w Deportivo do dzisiaj, w wieku 37-lat i zapowiada, że nie opuści drużyny w potrzebie. W ataku szaleli Walter Pandiani i Diego Tristan, któryś z nich był w swoim czasie przymierzany do Legii albo Wisły, już nie pamiętam. Później wygryzł ich słynny Holender Roy Makaay, który w sezonie 2002-2003 zdobył Złotego Buta za 29 goli. Sam widziałem Deportivo la Coruna w akcji tylko raz - w przegranym meczu Ligi Mistrzów z Manchesterem United na Old Trafford, gdzie pojedynek holenderskich snajperów wygrał Ruud van Nistelrooy...

Ech, kawał historii futbolu. Mogę życzyć im tylko tego samego co hiszpańska prasa: Do zobaczenia Depor! Wracajcie szybko tam gdzie wasze miejsce!



00:08, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (20) »
wtorek, 17 maja 2011

Wróble na Łazienkowskiej ćwierkają, że jeśli Władimir Weiss przyjedzie i obejrzy z trybun mecz Legia - Wisła Kraków, to już nie wyjedzie. Tzn. może i wyjedzie, ale wróci i w nowym sezonie poprowadzi Legię w miejsce Macieja Skorży, którego posady nie uratuje nawet wygrana z koronowanym właśnie mistrzem Polski. Póki co Skorża dymisji jeszcze nie dostał, więc spekulowanie o Weissie jest trochę dzieleniem skóry na niedźwiedziu, ale warto się przyjrzeć sytuacji. Bo już widzę, że dla wielu kibiców i byłych piłkarzy Legii to mały (ale w miarę złych wyników może urosnąć do dużego) skandal, że Weiss przychodząc nie porzuci reprezentacji Słowacji i nie odda się Legii całym sercem i duszą. Ja nie widzę problemu, a raczej, w sytuacji w jakiej znalazła się Legia, uważam, że dla pozyskania tak świetnego fachowca warto pójść na ten kompromis czy też eksperyment.

Z punktu widzenia prestiżu Legia nic nie traci (o ile to w ogóle ma dla kogoś znaczenie), sytuacja nie jest bowiem tożsama z objęciem Feyenoordu Rotterdam przez Leo Beenhakkera (właściwie został tam dyrektorem sportowym) w czasie kiedy prowadził reprezentację Polski. To był policzek dla wszystkich kibiców i piłkarzy reprezentacji w wykonaniu człowieka zniechęconego do swojej pracy i nie wierzącego już w jej efekty. Tu jest inaczej: świetny trener czuje w sobie potencjał i energię, żeby oprócz pracy z kadrą, pracować również w klubie. Chce Legia fachowca tak obarczonego, to go bierze. Pewnie nie chciałbym, żeby Franciszek Smuda objął Zagłębie Lubin, chociaż kto wie czy codzienna praca nie wyszłaby jemu i kadrze na dobre. Ale w razie porażek i w Ekstraklasie i meczach towarzyskich dopiero dołożyłby amunicji krytykom. Ale w przypadku Weissa to już problem Słowackiej Federacji, która wszakże nie widzi problemu i daje trenerowi zielone światło. 

Czy reprezentacja Słowacji będzie dla Weissa wielkim obciążeniem? Skorża nie prowadząc niczego na boku notuje najgorszy sezon w historii klubu od 1936 roku (11 porażek, a to może nie ostatnie słowo Legionistów). Pewnie, że Weiss będzie myślał o reprezentacji, jeździł na zgrupowania i eliminacje, może nawet na mecze ligi słowackiej. Szczęśliwie dla Legii nie ma daleko. Zyskiem może być świetna znajomość rynku słowackiego i siła perswazji: który piłkarz odmówi gry w klubie selekcjonera? Jan Mucha zdaje się i tak chętnie wróci do Legii z wygnania do Evertonu, ale z Weissem świetnie się zna i rozumie. To on jako pierwszy dał mu szansę w reprezentacji. A jak nie Mucha, chętnie u Weissa zagra Robert Jeż z Górnika Zabrze. Weiss jedyny raz obejrzał Legie na żywo właśnie w meczu z Górnikiem, więc pewnie już wie, że znalezienie nowego bramkarza jest absolutnym priorytetem.

Za warsztatem Weissa przemawia historyczny awans ze Słowacją na mundial w RPA, awans z grupy (przypomnijcie kiedy Polska wyszła z jakiejś grupy na jakimś turnieju piłki nie plażowej), odpadnięcie dopiero z Holandią po niezłym meczu i wreszcie wyeliminowanie z turnieju aktualnych obrońców Pucharu Świata, Włochów, po jednym z najlepszych meczów turnieju. Oglądałem klęskę Italii 2:3 na Ellis Park w Johannesburgu na żywo. Co prawda tuż po spotkaniu przeżyłem największe dziennikarskie rozczarowanie na turnieju: Janek Mucha i jego koledzy zamiast opowiedzieć mi jakie to uczucie odesłać mistrzów świata o domu, przemaszerowali przez strefę mieszaną karnym szeregiem, nie zatrzymując się obok żądnego dziennikarza. Bojkotowali bowiem słowackie media za krytykę po dwóch pierwszych meczach. Weiss na konferencji wyzwał swoich dziennikarzy od p… ciot, a jednego złapał za klapy i obiecał, że przy z następnym spotkaniu da mu w mordę. Ten na szczęście nie podjął rękawicy, w konflikt włączyła się żona trenera, Marta, która próbowała łagodzić sytuację opowiadaniem jak łagodna osobą jest zazwyczaj małżonek, oliwy do ognia dolewali za to w mediach Vladimír Weiss senior - ojciec trenera i były piłkarz reprezentacji Czechosłowacji oraz syn trenera, Władimir Weiss junior, który grał na mundialu. Wszystko przemieniło się w iście hrabalowskie nieporozumienie, zakończone historyczną wygraną z Włochami.

Na pewno Legia ma więcej do zyskania niż do stracenia zatrudniając Weissa, który oby przybył do Warszawy razem z żoną Marta, tatą, a zwłaszcza z juniorem (szykuje się przecież wyprzedaż w Manchesterze City!)

17:17, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (23) »
niedziela, 15 maja 2011

Świat obiegają tradycyjnie o tej porze roku obrazki klubów radujących się po zdobyciu mistrzostwa kraju. Na Old Trafford fetują z przegonienia Liverpoolu w ilości zdobytych tytułów, na Camp Nou lekko zblazowana radość z trzeciego tytułu z rzędu. W Grecji już po szaleństwach spokojnie, tam Olympiacos Pireus wywalczył 38. tytuł jeszcze w połowie marca, w Porto szaleją bardziej kibice niż piłkarze, którzy tytuł zapewnili sobie co prawda pięć kolejek przed końcem, ale zwarci czekają na finał Ligi Europejskiej. Szaleją za to w Dortmundzie, wciąż nienasyceni nieoczekiwanym przez nikogo odzyskaniem Fußballmeisterschaft po dziewięciu latach. Tu w górę leci trener - o ile pozwala na to jego wiek - tam coach zostaje skąpany w piwie. Ten tańczy, inny biega po boisku z flagą swojego kraju, ktoś odsłania koszulkę z przygotowanym ta ten moment szczególnym hasłem. Nikt nie przebije jednak cieszynki Kevina Prince'a Boatenga, który podczas fety z okazji odzyskaniu tytułu przez AC Milan po siedmiu latach i przerwaniu pięcioletniej dominacji Interu objawił kompletnie nieznany talent…

 


Patrząc na jego boiskowy image zawsze wydawało mi się, że Kevin Prince hołduje raczej gangsta rapowi niż jest czułym wielbicielem talentu Króla Popu. Ale przynajmniej teraz wiemy, że w razie np. kolejnej długiej przerwy z powodu zawieszenia (czego oczywiście nie życzymy, Kevinowi, ale któż przewidzi w co jeszcze wpędzi go jego temperament?), Ghańczyk z niemieckim paszportem spokojnie zrobi karierę w „You Can Dance", czy innym „Mam Talent", od których stacje jego pryncypała na pewno aż puchną. Skoro nie pękł przy widowni porównywalnej z tą, jaką gromadził na występach Michael Jackson… I tylko jestem ciekaw czy patrząc na show swego zawodnika, Massimiliano Allegri nie zastanawiał się przypadkiem czy aby Boateng zamiast na doskonalenie umiejętności piłkarskich więcej czasu nie poświęca na szlifowanie księżycowego kroku? Bo na pewno woli oglądać w wykonaniu Kevina takie ekwilibrystyczne boiskowe układy:




10:58, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (18) »
piątek, 13 maja 2011

Po peanach na cześć Ryana Giggsa czas oddać hołd innemu Starszemu Panu, któremu należy się nie mniejsze uznanie za wierność, pasję z jaką od lat gra swego klubu i formę, w jakiej potrafił utrzymać organizm w wieku, w którym wielu innych piłkarzy od lat jest komentatorami telewizyjnymi lub próbuje odnaleźć się w trenerce. 37-letni Javier Zanetti został dziesiątym piłkarzem w historii, który rozegrał 1000 meczów w rozgrywkach klubowych. Kapitan Interu Mediolan uświetnił własny jubileusz awansem do finału Pucharu Włoch, dzięki remisowo w rewanżowym meczu z Romą. Fani Interu uhonorowali go transparentem, któremu rację przyzna chyba nawet ktoś niespecjalnie sprzyjający nerrazzurim, a kto przeanalizuje 16-letnią grę Argentyńczyka w barwach mediolańskiego klubu: tysiąc razy byliśmy z Ciebie dumni!

Z wciąż grających piłkarzy w ekskluzywnym klubie 1000 jest tylko Roberto Carlos, ale nie sposób zestawiać go z Zanettim z racji różnicy poziomu na jakim obaj grają. 38-letni Brazylijczyk występuje w dagestańskim Anży Machaczkała, Zanetti w ubiegłym sezonie wygrał w klubowym futbolu wszystko co było do wygrania: mistrzostwo i Puchar Włoch oraz Ligę Mistrzów, czytli najbardziej magiczną potrójna koronę. Pod względem ilości spotkań rozgrywanych w sezonie nie może równać się z nim nawet Giggs, Zanetti regularnie rozgrywa ich około 50, nie odpuszczając przez cztery poprzednie sezony ani jednej kolejki! A kiedy już gra to nie jako wchodzący z ławki joker, przesądzający o losach meczu dwoma sprytnymi podaniami, ale haruje od pierwszej do ostatniej minuty jak traktor (to jego boiskowy pseudonim). Tym większy szacunek budzi jego obecność w klubie, zdominowanym przez legendarnych bramkarzy, których piłkarskie życie jest przecież dłuższe niż zawodników z pola: Peter Shilton (1390 meczów), Ray Clemence (1118), Pat Jennings (1096), a tuż za nimi David Seaman (1047) i Andoni Zubizarreta (1013).

Z Giggsem na pewno łączy go dbałość o organizm i antygwiazdorstwo. Słyszał ktoś kiedyś o jakimś skandalu z udziałem Zanettiego? Jakiejś kontrowersyjnej wypowiedzi, obeldze z jego ust? Nawet czerwoną kartkę dostał w całej karierze - co brzmi wręcz nie prawdopodobnie - tylko raz, a i to ponoć niesłusznie. W przeciwieństwie do Walijczyka boiskową długowieczność nie osiągnął dzięki jodze, ale... spaniu ponad miarę, w każdych warunkach i okolicznościach. Czy to rozśpiewany, rozkrzyczany autobus, którym drużyna wraca z udanego meczu czy niewygodny fotel samolotu. Może być głośno, może trząść, może być zimno, albo upalnie - Zanetti zapada w sen tuż po zamknięciu powiek i śpi jak suseł. Aż organizm uzna, że wypoczął i wyśle sygnał do mózgu, że pora na restart. Zawsze budzi się wypoczęty.

Starsi Panowie, Starsi Panowie, Starsi Panowie dwaj. Już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj:)

Etos ciężkiej pracy wpoił sobie w dzieciństwie, pomagając w firmie mleczarskiej kuzyna Carlo w Dock Sud, dzielnicy Buenos Aires, w której dorastał. - Zrywałem się o 4. rano, żeby porozwozić mleko do supermarketów i mniejszych sklepów. Po lekcjach szybko pochłaniałem lunch i biegłem trenować do klubu Talleres. A po powrocie często pomagałem tacie, który był murarzem i budował dla nas dom - mówi. A jego dawni koledzy z podwórka wspominają, że zawsze musieli sporo się namęczyć, żeby przekonać Javiera do odłożenia murarskich narzędzi i rozegrania podwórkowego spotkania.

Pod górke miał także dlatego, że jako dzieciak cierpiał na tę samą chorobę wzrostu co Leo Messi. Independiente, klub który kochał, odrzucił go z powodu mikrego wzrostu. - Rzeczywiście byłem wtedy chudziną. Odwiedzaliśmy z rodzicami zastępy lekarzy. Wielu przekonywało, że już nie urosnę, inni, że jest nadzieja. Jeden z nich nakazał mi jeść tylko soczewicę i ziemniaki. Posiłki stały się dla mnie jedną wielką traumą. Nie byłem w stanie przełykać ani jednego ani drugiego - wspomina. Ale przełykał, popijając pół litra mleka dziennie. Dziś twierdzi, że to dieta i poranna robota u kuzyna tak go wzmocniły. Pseudonim traktor koledzy nadali mu już po pierwszym profesjonalnym sezonie.

Jak długo jeszcze będzie grał w piłkę?

Kiedy w ubiegłym sezonie podbił rekord 137 meczów z rzędu w Serie A (miedzy październikiem 2006 a marcem 2010), ówczesny trener nerazzurich, José Mourinho ogłosił, że argentyńscy urzędnicy musieli się pomylić, wystawiając Zanettiemu paszport. - On nie może mieć 36 lat. Dla mnie ma 25, góra 26! - stwierdził. A kiedy usłyszał, że Diego Maradona nie zabiera Zanettiego na mundial w RPA, bo on już nie ma tych nóg co kiedyś, nazwał ta decyzją jedną z najgłupszych w historii futbolu.

Sam Zanetti, pytany kiedy powie dość, przypomina, że kontrakt z Interem wygasa w czerwcu 2013. - Wiem, że we Włoszech nazywają mnie Maldinim Interu, albo argentyńskim Maldinim. To by znaczyło, że powinienem grać do 40. roku życia. Ale wiecie, co? Jeśli w 2013 roku będę się czuł tak jak dzisiaj, na pewno nie zawieszę butów na kołku!



15:43, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (14) »
wtorek, 10 maja 2011

Bez względu na rezultat finału Ligi Mistrzów na Wembley nie mam wątpliwości, że jednym z największych wygranych tej edycji Champions League i w ogóle całego piłkarskiego sezonu jest Ryan Giggs. 37-letni Walijczyk jest w świetnej formie i bije wszelkie rekordy. Już ma w kieszeni kolejne mistrzostwo Anglii, jest przy tym jedynym piłkarzem „Czerwonych diabłów”, który razem z sir Aleksem Fergusonem zdobył wszystkie dwanaście mistrzowskich tytułów. To jego 21 sezon w MU, co w dzisiejszych czasach niknących wartości, komercjalizacji wszystkiego, traktowania klubów jako zakładu pracy rzecz niebywała. Nie tylko wyjątkowa lojalność Giggsa jest tu fenomenem (z drugiej strony niby po co i dokąd miał odchodzić z Old Traford, skoro tu osiągnął tyle krajowych i międzynarodowych sukcesów?), ale niebywała kondycja w jakiej utrzymał organizm. Niedawno został najstarszym piłkarzem w historii, który zdobył gola w Lidze Mistrzów (miał wówczas równo 37 lat i 150 dni),. Nie sprawdzałem, ale jest być może także najstarszym asystentem rozgrywek, wątpię, żeby ktoś starszy miał więcej kluczowych podań na tym etapie rozgrywek niż te trzy podania Walijczyka, które pomogły MU w ćwierćfinale Champions League wbić trzy gole Chelsea i wyeliminować The Blues. A przecież przez te wszystkie lata jego kości, stawy, mięśnie i ścięgna musiały wytrzymać aż 612 meczów w Premier League (najwięcej w historii), 873 meczów w barwach „Czerwonych Diabłów” wliczając wszystkie rozgrywki. Nie odpuścił żadnego z 21 sezonów, od 1992 w każdym z nich zdobywał przynajmniej jednego gola.

Dlaczego w tym wieku wciąż jest w takiej formie, tak świetnie się trzyma, że wciąż potrafi być szybszy od młodszych niekiedy o 15 lat rywali? Odpowiedź, że przez te lata wszystko podporządkował futbolowi i bardzo dbał o organizm nie wyjaśnia wszystkiego. Nie wystarczy nie być wyznawcą zasady Wojciecha Kowalczyka, że im lepszy piłkarz i im lepszy klub, tym się więcej pije. Osobiście znam piłkarzy, którym wbrew temu co mówił i pisał Kowal udawało się dzień po meczu zachować trzeźwość, którzy odżywiali się według specjalnie opracowanych diet, a jednak organizm nie pozwolił im grać w nieskończoność. Niedawno Andrzej Juskowiak, który także dociągnął na boisku do 37 roku życia, opowiadał mi, że dwa ostatnie sezony to już była niemająca wiele wspólnego z pięknem walka z własnym organizmem, bólami stawów, urazami, a i tak trener Erzgebirge wpuszczał go na boisko tylko w końcówkach i kiedy drużyna grała atakowała trzema napastnikami. A przecież nie prowadził stylu życia swego partnera z olimpijskiej reprezentacji Polski, nie był może zakonnikiem, ale imprezował rzadko, nie palił, nie zarywał nocy w kasynie (choć jak opowiadał w Lizbonie mieszkał 50 metrów od największego kasyna w Europie).

A więc Giggs - modelowy profesjonalista. W dodatku ma to szczęście, że przez wszystkie te lata jego szefem jest Ferguson, który od pewnego momentu zaczął traktować swego skrzydłowego czarodzieja jak talizman. W miarę upływu lat szczególnie troszczył się o Walijczyka, dawał odpocząć przed szczególnie ważnymi meczami, pozwalał dojść do siebie po nich. Przy czym sam zawodnik pytany o sekret piłkarskiej długowieczności, odpowiada, że oprócz dbania o siebie, w tym jedzenia i picia odpowiednich rzeczy w odpowiednich ilościach, niezwykle ważna jest umiejętność wydobywania ciągłej radości z gry. Łatwo cwaniakowi mówić, skoro gra na Old Trafford obok takich piłkarzy jak Wayne Rooney czy Nemanja Vidić.

Dodaje, że trzeba też umieć słuchać własnego ciała i patrzeć, jak się zmienia z biegiem czasu. - Tu nie chodzi o kwestie dłuższego wypoczynku, kiedy jest się starszym. Mam na myśli zwrócenie uwagi na trening jakościowy. Kiedy sztab szkoleniowy da mi parę dni wolnego, to jest to naturalne. Jednak jeśli już nadejdzie dzień treningu, muszę dać z siebie 100 procent. Nie można w moim wieku trenować jednak jak 19-latek. Nie da się biegać tyle, ile oni, ale podstawą jest przygotowanie się na następny mecz. Jakość odgrywa większą rolę od ilości - mówił w wywiadzie dla FourFourTwo.

Niedawno Giggs zdradził jeszcze jedną tajemnicę wiecznej młodości: to joga, którą poznał, zaraził się i uzależnił 10 lat temu. 19 listopada 2001, podczas treningu na zimnym, zamglonym Stadionie Olimpijskim w Monachium przed meczem Ligi Mistrzów z Bayernem Giggs po raz kolejny w karierze doznał zerwania ścięgna. - Wiedziałem, że następnego dnia mam zagrać, ale nie oszczędzałem się. Było zimno, co na pewno nie pomogło. Pod koniec treningu nagle w biegu poczułem ból, i że dalej nie mogę biec. Po powrocie do hotelu wpadłem w depresję. Uświadomiłem sobie, że kłopoty ze ścięgnami kosztują mnie utratę 10-15 meczów sezonie, a zbliżam się do 30. Pomyślałem, że tak nie może być, że muszę przemyśleć całe moje życie, zastanowić się co zrobić źle. Jeszcze bardziej ograniczyć picie alkoholu, przyjrzeć diecie, łóżkom w jakich śpię, samochodom jakie prowadzę, bo przecież winą kontuzji może być złe ułożenie ciała.

MU od niedawna zatrudniał terapeutkę jogi w kompleksie Carrington. - Wiedzieliśmy tylko, że jest ktoś taki, ale brytyjscy piłkarze mieli do jogi stosunek lekceważący. Podobnie jak do strechingu, do którego nigdy specjalnie się nie przykładali. Z jej pomocy korzystał Mikaël Silvestre. Był typowym francuskim piłkarzem, świetnie rozciągniętym, o wiele bardziej elastycznym, czego im zawsze zazdrościłem. Odnalazłem ją i zwierzyłem ze swoich problemów. Przyznałem, że od 19 roku życia nigdy nie biegłem z maksymalna prędkością, bo bałem się o zerwać ścięgna. Po pierwszym zerwaniu już zawsze będziesz uważał.


Terapeutka przeżyła wstrząs, odkrywając, że zawodowy piłkarz nie umie schylić się, by bez zginania kolan dotknąć rękami stóp. Giggs szybko zakochał się w jodze, zwłaszcza, że ćwiczenia obejmowały nie tylko rozciąganie ale i kontrole oddechu i relaksację.

Najlepszy dowód, że w dawnych czasach na trening drużyny o 10.30 zjawiał się zwykle 10 minut przed i zaczynał ćwiczenia bez specjalnych wstępów. Od razu od zajęć z piłką, po małej przebieżce w ramach rozgrzewki. Po półtorej godzinie zjadał lunch i już 12.30 był w domu. Dziś przyjeżdża o 8.30 by wraz z trenerką porozciągać się. Robi to także godzinę po treningu, w domu jest o 14. Niedawno wydał DVD, na którym sam radzi, jak ćwiczyć. Na jogę dał się namówić kolega z drużyny, Patrice Evra, który choć jest Francuzem, marzy, żeby w wieku Ryana być nadal tak szybkim i sprawnym.

Oczywiście istnieje również możliwość, że cała ta joga to ściema, a Giggs  utrzymuje się tak długo w takiej formie, bo jest po prostu wybrykiem natury.

- To absolutnie fantastyczne grać z nim, dla mnie jest geniuszem. Myślę, że nie minie dużo czasu, a będziemy zwracać się do niego Sir Ryan - powiedział o nim ostatnio Rooney...

 

17:06, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 09 maja 2011

Nie sugerujcie się tytułem, to nie jest kolejny tekst o Jose Mourinho, Sergio Busquetsie, Dani Alvesu czy kto tam z Was kogo nazwałby pajacem po barcelońsko-madryckiej wojnie w zależności od klubowych sympatii;) To tylko rozwiązanie konkursu typerskiego, w którym niekwestionowanym zwycięzcą został pajac_kultury, który prawidłowo wytypował wynik ligowego Gran Derbi oraz jako jeden z nielicznych pierwszego półfinału Ligi Mistrzów w Madrycie, a także zwycięzcę (choć nie wynik meczu o Puchar Króla). Przyznam, że mój największy szacunek wzbudziły prawidłowe typy obu meczów Champions League, bo przecież wpływ na nie musiały mieć dwa pierwsze El Clasico. Ja np. gdzie jak gdzie ale w jedynym meczu na Camp Nou typowałem pewne zwycięstwo Barcy, niezależnie od tego co wydarzy się wcześniej. Po dwa trafne wyniki podali także rzym3k (meczów 2 i 4), oraz strugajacyogorki (1 i 4) i alvarrolb 2 i 4. Dlatego rzym3k umieszczam na drugim miejscu na podium, a dwóch pozostałych na trzecim. Wszyscy otrzymują albumy „Głos z szatni Barcelony” (choć po typach co poniektórych widzę, że raczej kibicują „Królewskim”;) Pajacowi Kultury jako zwycięzcy dokładam autobiografię Andresa Iniesty („Rok w raju”). Serdeczne gratulacje a todos!

 

Dla przypomnienia wyniki czterech El Clasico:

Grand Derbi: Real Madryt - FC Barcelona 1:1

Puchar Króla: FC Barcelona - Real Madryt 0:1

Liga Mistrzów 1: Real Madryt - FC Barcelona 0:2

Liga Mistrzów 2: FC Barcelona - Real Madryt 1:1

 

Niestety istnieje możliwość, że coś pokręciłem i czyichś typów nie doceniłem. Jak najbardziej można apelować! Do następnego konkursu!

Ps: zwycięzców prosze o mejle z adresem!

 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie