poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Dziwna to sytuacja - Derby Manchesteru obejrzę w domu w telewizji, za to we wtorek bladym świtem wskakuję w samolot do Manchetseru i lecę na spotkanie z kilkoma głównymi bohaterami meczu, który prawdopodobnie rozstrzygnie losy mistrzostwa Anglii. Czy będzie 20 tytuł w historii dla Czerwonych diabłów, czy pierwszy od 44 lat dla Citizens? Niby City w razie wygranej musi jeszcze pokonać na wyjeździe Newcastle Utd i broniące się pazurami przed spadkiem QPR, co nie będzie wcale proste, podczas gdy United ma dwa łatwe i przyjemne mecze ze Swansea i Sunderlandem, ale nie chce mi się wierzyć, że piłkarze Roberto Manciniego mogli po zwycięstwie w Derbach wypuścić z rąk tak długo wyczekiwaną okazje. Zresztą skoro Sir Alex Ferguson mówi, że kto wygra Derby, ten zdobędzie tytuł, to trzeba uznać, że Roma lucta, causa finita. Nie jestem w stanie wskazać faworyta tego spotkania, ani stwierdzić czy bohaterem znów okaże się ściągnięty z emerytury Paul Scholes, czy decydującego o tytule gola strzeli ten, który miał już nigdy nie zagrać w tym klubie, czyli Carlos Tevez, czy na wyżyny wespnie się David de Gea, którego talent jedni chwalą, drudzy zaś obwiniają o to, że MU jeszcze nie zapewnił sobie tytułu? Jeśli czegoś jestem pewien, to tylko tego, że nie będzie 6:1 jak na jesieni. W żadną stronę. Ten sezon jest szalony, i na Wyspach i w Europie, padło już tyle sprzecznych z logiką wyników (8:2 i 1:6 i 4:4 na Old Trafford, 3:5 na Stamford Bridge, 2:2 na Camp Nou, by wymienić najbardziej szokujące), ale gdzieś są jakieś granice.

Czy lepiej byłoby obejrzeć mecz na żywo z Etihad Stadium, ale za to nie spotkać się na wywiad z Nanim, Ednem Dżeko, Tomem Cleverley’em, może Samirem Nasrim i kto tam jeszcze zjawi się na prezentacji nowego Predatora firmy adidas, bo z tej okazji jadę, sam nie wiem? Postanowiłem wszelako zrobić szybki konkurs. Wymyślcie pytanie do Naniego (z potencjalnych rozmówców to on wydaje mi się najciekawszą postacią), na temat MU albo reprezentacji Portugalii, tego sezonu Premier League albo Euro 2012, jego obecnego kumpla z klubu Wayne Rooney’a albo byłego, Cristiano Ronaldo. Do wyboru, do koloru. Wybiorę najciekawsze, zadam piłkarzowi, a jego autor otrzyma w nagrodę piłkę Euro 2012 - Tango 12 z autografem Naniego. Bawicie się? To poproszę pytania w komentarzach, uwaga, każdy tylko JEDNO! Czeka do jutra do godziny 12. GMT...

 

Czy bohater naszego konkursu znajdzie się dziś wieczór w takiej ekstazie, czy wręcz przeciwnie, będzie wśród zdesperowanych...?

15:15, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (84) »
piątek, 27 kwietnia 2012

Stało się! Pep Guardiola jednak ogłosił, że po sezonie odchodzi z Barcelony, z którą przez cztery lata wygrał 13 na 17 możliwych trofeów, w tym dwa razy Ligę Mistrzów. Odchodzi z wielką klasą, nie do końca na tarczy, ale i nie z tarczą. Gdyby chociaż Barca obroniła mistrzostwo Hiszpanii... Ale w jego działaniu widzę przede wszystkim troskę o drużynę, o klub, który jest dla Guardioli Czymś Więcej niż Klub. W przeciwnym razie nie podpisywałby tylko rocznych kontraktów, gotów w każdej chwili usunąć się, jeśli poczuje wypalenie, brak motywacji i nie będzie umiał należycie motywować piłkarzy do walki o kolejne sukcesy. Nie czuje się w stanie pomóc im wygrywać jak w poprzednich sezonach. W Barcy dorastał, z dziecka stał się chłopcem, a później mężczyzną, z juniora piłkarzem pierwszej drużyny, utytułowanym kapitanem, i jeszcze bardziej utytułowanym trenerem, aż stał się guru dla zawodników, którzy kiedyś wieszali sobie jego plakaty nad łóżkiem, a on jako trener wyniósł ich na absolutny szczyt. Widzę w tym analogię do decyzji Bogdana Wentę, który był podobnym guru i kumplem dla swoich piłkarzy ręcznych, bo kiedyś był jednym z nich, a później uczynił ich niezapomnianymi bohaterami. Ale gdy po serii sukcesów przyszły niepowodzenia, doszedł do wniosku, że potrzebny jest ktoś nowy, nie wypalony, głodny sukcesów, kto będzie potrafił ich zmotywować. Obaj odeszli kierując się dobrem drużyny.

Wbrew temu co mi się wydawało, nie na maścił na następcę swego mentora, znakomitego i doświadczonego Marcelo Bielsy, ale swego asystenta, Tito Vilanovę. To nowa sytuacja w Barcy, żeby drużynę przejmował asystent. Czasami daje to znakomite efekty, co obserwujemy w Chelsea czy... Lechu Poznań (ukłony dla Mariusza Rumaka). Są tacy, którzy twierdzą, że i tak to Vilanowa wykonywał całą taktyczną, strategiczną robotę na Camp Nou, a Guardiola dawał tylko twarz. Gdyby tak było miałby szansę wyjść teraz z cienia jak mało znany komu Joachim Loew po odejściu Juergena Klinsmanna z reprezentacji Niemiec. Nie chce mi się jednak wierzyć, by tak rzeczywiście było, nie wynika to z żadnej książki, jaka przeczytałem o Barcy, z żadnego wywiadu z którym kolwiek z piłkarzy. Czy np. mogło być pomysłem Vilanovy pozbycie się z klubu Ronaldinho, Deco i Samuela Eto’o, a jeśli nawet trzeba mieć było ogromną charyzmę, żeby to przeprowadzić.

Vilanova - komu Mourinho włożył palec w oko, temu wielki futbol nie straszny

Chwaląc z jednej strony kontynuację - trenerem zostaje człowiek przesiąknięty na wskroś filozofia i etosem klubu, świetnie znający piłkarzy i to co przestało funkcjonować. W dodatku obejmuje zespół już teraz, a nie od nowego sezonu, zdarzy więc przejść chrzest bojowy w meczach o stawkę, w tym w finale Pucharu Króla. Zobaczymy jak piłkarze Barcy zagrają dla niego. Moich wątpliwości nie budzi brak doświadczenia, bo przecież Guardiola obejmując Barcę miał jeszcze mniejsze. Vilanova zdążył już zaś nawet poczuć w oczodole palec Jose Mourimho (jak rozwinie się ta relacja teraz, gdyby obaj sa trenerami, czy El Clasico nabierze nowych wymiarów?). Ale Vilanova w przeciwieństwie do Pepa nie był charyzmatycznym kapitanem drużyny, którego plakat obecni piłkarze wieszali sobie nad łóżkiem, nie przebił się nawet z drużyny B do pierwszej. Czy będzie miał wystarczający autorytet do pracy z mistrzami świata, Europy i najlepszym piłkarzem globu? Przykład Andre Villasa-Boasa, który wrócił do Chelsea, w której przebywał jako adiutant Mourinho i świetnie znał najważniejszych piłkarzy pokazuje, że różnie z tym bywa., Ale tu szatnia jest inna, priotytety inne i inni piłkarze, a Vilanova jest jednym z nich, więc zobaczymy...

 



18:35, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (13) »

Dziś o 12. konferencja Pepa Guardioli, na której ogłosi czy zostaje w Barcelonie. Sky Sports twierdzi, że poinformował już władze Barcelony, że odchodzi z końcem sezonu, bo nie jest w stanie w tym momencie dać nic więcej drużynie, może ktoś nowy lepiej zmotywuje po wielokroć nasyconych piłkarzy. Co prawda piłkarze Barcy, jak Gerard Pique, deklarowali, że włożyliby rękę w ogień, żeby tylko został, ale na boisku nie do końca było to widać. Jeśli rzeczywiście podjął taka decyzję, byłaby to wielka szkoda, że odchodzi na tarczy, po stracie mistrzostwa Hiszpanii i odpadnięciu z Ligi Mistrzów w tak kuriozalnych okolicznościach. Ale jeśli sam czuje, że z innym trenerem Barca wypadłaby lepiej, że już do piłkarzy nie trafia? Zawsze, i jako kapitan i jako trener robił to, co dla drużyny najlepsze...

Hiszpańskie media kipią już od nazwisk prawdopodobnych następców. Nie bez powodu na pierwszym miejscu wymieniany jest Marcelo Bielsa, mentor Guardioli, który właśnie awansował z Athletic Bilbao do finału Ligi Europejskiej, a jeszcze czeka go finał Pucharu Króla przeciwko Barcy. W grze jego drużyny widać owe osławione DNA Barcy, można wręcz powiedzieć, że Baskowie strącili Katalończyków z tronu najpiękniej i najbardziej ofensywie grającej drużyny w Europie (niezapomniane mecze z MU czy Schalke 04, ale i z Barcą w La Liga).

Ciekawe są pozostałe kandydatury: na Andre Villasie-Boasia ciąży świeża klęska z Chelsea, która bez niego awansowała do finału Ligi Mistrzów, gromiąc pokonując po drodze wbrew logice Barcę. Ciężko to sobie wyobrazić z Portugalczykiem na ławce. Ale w Barcy nie będzie miał szefów szatni przeciwko sobie, bo takich nie ma, a też nikt nie będzie wymagał od niego rewolucji pokoleniowej. W Porto pokazał, że jest naprawdę świetnym trenerem i motywatorem nie gorszym niż Jose Mourinho, którego zna na wylot, co być może jest też jakimś argumentem ‘za’ dla władz Barcy. W każdym razie z nim El Clasico nabrałoby dodatkowego wymiaru.

Laurent Blanc pod którego wodzą Francję odżyła po kompromitacji na mundialu w RPA i jest cichym faworytem Euro 2012. Jego Bordeaux grało świetnie, w dodatku jest byłym zawodnikiem Barcy, co pewnie nie jest bez znaczenia. Niby doświadczenie pracy w klubie ma krótkie, ale i tak dłuższe i lepsze niż Guardiola w chwili obejmowania Barcy. Luis Enrique - średnio mu idzie w Romie, ale to człowiek Barcy jak Guardiola, ten sam etos, gwarancja tej samej filozofii, promowałby chłopaków z La Masii. Joachim Loew - ciekawa kandydatura, choć wielce prawdopodobne, że będzie prowadził Niemcy do mundialu w 2014. Nie dziwię się jednak, że trafił na listę - Niemcy pod jego wodzą grają pięknie jak nigdy, a skutecznie jak zawsze, kto wie czy na Euro 2012 nie zdetronizują Hiszpanii, ale to bez znaczenia. Władzom Barcy dorzuciłbym pewnie pod rozwagę jeszcze Juergena Kloppa, choć obciążać go może brak znajomości hiszpańskiego - przy dzisiejszej Barcy trudno mi sobie wyobrazić trenera w typie Luisa van Gala, kompletnie z zewnątrz - ale najbardziej prawdopodobnym następcą jest wg mnie Bielsa.

Chyba, że o 12 usłyszymy warunki, na jakich Pep Guardiola zdecydował się zostać na jeszcze jeden sezon...

07:50, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (48) »
czwartek, 26 kwietnia 2012

Byłem pewien, że ten półfinał nie przebije emocjami meczu Barcelony z Chelsea, a jednak! Pierwsza połowa świetna z obu stron, od pierwszego gwiazdka drugiej obie drużyny jakby umówiły się, że rozstrzygną spotkanie w karnych: nuda i pilnowanie się, żeby nie popełnić błędu, wszystkie gwiazdy zbladły. Ale za to jakie emocje w karnych! - Jest mi żal piłkarzy. Zabrakło nam naprawdę niewiele. To był bardzo taktyczny mecz, niesłychanie emocjonujący. Na końcu oni się cieszą, a my smucimy. Dwa lata temu to ja skakałem z radości po tym boisku, a płakał Bayern - stwierdził po meczu Jose Mourinho, którego obraz jak klęczy podczas jedenastek, cały na czarno, niczym pogodzony z losem samuraj (dobrze, że nie miał przy sobie katany, ani niczego innego ostrego), bo nic nie może już zrobić, bo posłał w bój wszystkich najlepszych ludzi, zapamiętam na długo.

Podobnie jak obraz Cristiano Ronaldo z rękami twarzą ukrytą w dłoniach po zmarnowanym karnym, tak kluczowym dla losów awansu. Dla obu Portugalczyków to mógł być najwspanialszy wieczór w karierze. Kilka dni temu obaj wystąpili w głównych rolach wygranej z Barceloną na Camp Nou, którą przypieczętowali mistrzostwo Hiszpanii. Mourinho pierwszy raz w karierze wygrał w jaskini lwa, Cristiano strzelił tam zwycięskiego gola, przyćmił wreszcie Leo Messiego i pozwolił sobie na gest uciszenia trybun. W pierwszej połowie rewanżu z Bayernem wydawało się, że Mourinho spełni kolejne marzenie, zagra w finale przeciwko swojej Chelsea, Chelsea wykartkowanej, osłabionej brakiem kapitana i z nieopierzonym trenerem na ławce, co tym łatwiej pozwoli mu zdobyć trzeci Puchar Europy z trzecią drużyną. Wszystko ku temu zmierzało, bo Cristiano znów idealnie spełniał rolę lidera. Najpierw pokazał Messiemu jak się wykonuje karne (była to jego 23. wykorzystana jedenastka z rzędu!), a potem wyprowadził Real cudownym golem po jeszcze lepszym podaniu Mesuta Oezila na kurs do awansu. Zatwittowałem wówczas, że prawdopodobnie oglądamy tego, który zdetronizuje Messiego w plebiscycie o Złotą Piłkę. Z tytułem mistrza Hiszpanii, triumfem w Lidze Mistrzów i takim gradem goli - dlaczego by nie?

W drugiej połowie zgasł, pamiętam tylko niecelne rzuty wolne. Wreszcie jako pierwszy stanął do wykonywania jedenastek i... katastrofa! To niesamowite, że Manuel Neuer obronił strzały obu pierwszych egzekutorów Realu i zarazem dwóch najdroższych piłkarzy świata - Ronaldo i Kaki. Niemiecki bramkarz nie był w całym meczu az tak dominującą postacią jak Petr Cech w meczu z Chelsea. Na wielkie uznanie zasługuje także Iker Casillas, który przy stanie 0:2 dla rywali nie załamał się, uratował drużynę, broniąc dwa rzuty karne. Konkurs zaczął się niemal od nowa. Ale do piłki podszedł Sergio Ramos... I Real prosto z nieba zleciał do piekła. W którym od paru dni tkwi Barcelona.

Gdybym miał porównać obie klęski hiszpańskich drużyn to widzę taką różnicę, że Barca odpadła z drużyną, od której była zdecydowanie lepsza, ale nie potrafiła tego wykorzystać, ani gry w przewadze przez prawie 70 minut, ani karnego. Tymczasem Real przegrał z drużyną minimalnie lepszą. A momentami dominującą, jak gdy w drugiej połowie królewscy bronili się na własnej połowie całą drużyną i wyprowadzali tylko szybkie kontry jak Chelsea na Camp Nou. Teraz to Bayern jest w niebie. Po raz pierwszy w finale Ligi Mistrzów wystąpi gospodarz meczu. I będzie w nim faworytem!

 

 



środa, 25 kwietnia 2012

 

Nie zawsze w futbolu jest tak, że wygrywa lepszy - mówił przed rewanżem z Barceloną napastnik Chelsea, Fernando Torres. Wyrwany do odpowiedzi zapewne tylko z racji tego, że przez lata grał w lidze hiszpańskiej, strzelił nawet Barcy aż siedem goli, ale ostatniego, hen, w 2005 roku. Pewnie sam nie spodziewał się, że zagra w tym meczu, w pierwszym na Stamford Bridge szansy nie dostał i pewnie nie miał nawet o to pretensji. Stawał się powoli karykaturą, przedmiotem internetowych dowcipów (z których najbardziej rozbawił mnie taki, w który wszyscy widzą bramkę normalnie, a Torres widzi w niej... Gandalfa z kosturem i mieczem, krzyczącego: you shell not pass!). I to właśnie jemu, częściej ostatnio obśmiewanemu niż podziwianemu przypadł w udziale zaszczyt przypieczętowania historycznego, heroicznego triumfu Chelsea! Grać na Camp Nou przeciwko Barcelonie, do niedawna jeszcze najlepszej drużynie świata, ba, wszech czasów (to już chyba nieaktualne określenie, choć nie wieszczę jeszcze końca ery Guardioli), naszpikowanej mistrzami świata i największym geniuszem od czasu Pelego, Maradony, Zidane’a, grać w dziesięciu od 35. minuty, bez swego kapitana i obu środkowych obrońców, przegrywać już 0:2, a jednak wywieźć remis i awansować do wyśnionego finału Champions League! Tak się tworzy historię futbolu!

Oczywiście to nie Torres jest głównym bohaterem tego spotkania. To wielki triumf całej drużyny, choć ja najbardziej wyróżniłbym Ramireza i Petra Cecha (musiał się drań, cholera, znaleźć w życiowej formie akurat przed naszym meczem we Wrocławiu?) i jej tymczasowego trenera Roberto di Matteo (co jeszcze musi zrobić, żeby załatwić sobie stały kontrakt, jeśli wyeliminowanie Barcy to za mało?). Chelsea oparła się Barcy grając z determinacją, mądrze, heroicznie i co robi tym większe wrażenie, czysto, bez zabijania futbolu. Choć trener Jan Urban stwierdził w studio, że futbol dzisiaj przegrał, nie do końca się z nim zgadzam - przeciwko Barcy w dziesiątkę można był zagrać tak jak Inter Mediolan w 2010, a można było tak jak The Blues tego wieczoru: bez perfidnego polowania na nogi największych gwiazd rywali (to nie londyńczycy wysłali do szpitala Gerarda Pique - oby szybko wrócił do siebie!) i bez korzystania z błędów sędziego. Turecki sędzia nikogo nie skrzywdził - czerwona kartka dla Johna Terry’ego była ewidentna, karny za faul Drogby na Fabregasie - również, ale arbiter wychwycił też spalonego przy golu Alexisa.

 

Jedynie idiotyczne zachowanie Terry’ego kładzie się cieniem na zwycięstwie Chelsea. Jak on, stary koń i tak doświadczony kapitan mógł wykręcić coś tak głupiego. Faul od tyłu, bez piłki, w takiej chwili? Po co? Zrozumiałby, gdyby powstrzymywał pędzącego na bramkę Messiego, dostał drugą żółtą kartkę po walce, ale w ten sposób osłabić drużynę? Ale Terry też sam skazał się na najsurowszą karę - ogień piekielnej bezsilności, który będzie przypiekał go podczas finału oglądanego z wysokości trybun Allianz Arena. Finału, w którym miałby szanse odebrać od losu to, co ten zabrał mu w Moskwie w 2008 roku, gdy kazał mu się poślizgnąć podczas kluczowego karnego. Mówi, że wcale nie chciał, ale zobaczcie sami:

Taka Barca, która nie potrafiła wykorzystać przewagi własnego boiska, przewagi liczebnej i karnego w kluczowym momencie, nie zasłużyła na finał i walkę o historyczną obronę tytułu. Czy po finale hiszpańskim (Real Madryt - Valencia), włoskim (AC Milan - Juventus Turyn) i angielskim (Manchester United - Chelsea), czeka nas finał mourinhowski, czyli starcie dwóch jego drużyn? Jose Mourinho jeszcze przed meczem wysłał do kilku swoich piłkarzy The Blues, Cecha, Ashley’a Cole’a, Franka Lamparda, Drogby sms o treści: do zobaczenia w Monachium. Chłopaki meldują wykonanie swojej części zadania, dziś ich szef musi wykonać swoje.

Co dalej z Barcą, która właśnie przerżnęła sezon? Stawiam na to, że Guardiola zostanie, nie zostawi drużyny w takim momencie, a wręcz znajdzie motywację, żeby po deszczu trofeów znów rozpocząć marsz po kolejne. Czy znajdzie pomysł, żeby Messi nie grał sam, ale żeby ktoś wspierał go na boisku, żeby Xavi znów zaczął rozdawać asysty (od 10 spotkań ani jednej), Pedro znów był tym skutecznym piłkarzem z 2010 roku itd., a wprowadzani do drużyny wychowankowie La Masii wspinali się na poziom utytułowanych kolegów, do czego daleko? Doskonała motywacja do pracy. A może zdecyduje się na rewolucję? Niesamowity mecz, niesamowite rozstrzygnięcie i mnóstwo pytań przed nami...

wtorek, 24 kwietnia 2012

 

Ależ to był trudny werdykt do podjęcia! Kandydatów na podium było naprawdę wielu. Znów postanowiłem przyznać dwie pierwsze nagrody i już wyjaśniam, dlaczego. O sukcesie, zupełnie jak w dzisiejszym futbolu, zadecydowały drobne detale. Pamiętajcie, że nasz konkurs to konkurs LITERACKI, jury oceniało więc nie tylko spektakularność upadku i wielkość upadłego idola, ale i warsztat, pomysł na opis. Pod względem literackim wymiótł Michał Zachodny, który idealnie oddał nam stan umysłu Patryka Małeckiego, sprawa świeża, wszyscy mamy ją w pamięci. A jednak miałem opory z przyznaniem mu bezwzględnego pierwszego miejsca, bo umówmy się, że ciężko Małeckiego nazwać idolem. Owszem, jeszcze ubiegłej wiosny, jeszcze jesienią do rewanżu z Apoelem Nikozja wydawał się ważną, charyzmatyczną postacią Wisły, ale określenie idol w stosunku do niego, zgrzytało. Dlatego pierwsze miejsce postanowiłem przyznać także innej, równie świetnie napisanej notce i z bardzo ciekawym pomysłem. Jej autorem jest Baltonka, a na werdykt nie miał wpływu fakt, że obok opisanego przez nią idola siedziałem wczoraj podczas wieczoru autorskiego Andrzeja Iwana, który zaprezentował nam swą wstrząsającą biografię „Spalony” i słuchając jego żartów i opowieści, miałem notkę w pamięci. Jak zobaczycie w zamieszczonym poniżej werdykcie triumfatora poprzedniego konkursu, Piotrka Dygi, on także najwyżej ocenił właśnie te notki, a i z ezopowych fraz scv78 (gruchnięcie z samolotu po awarii spadochronu i Gonzo z Muppetów wystrzelony z armaty, przebija kopułę cyrku) wnioskuję, że i on wysoko je ceni:). Zwycięscy autorzy zamiast autobiografii Wayne Rooney’a jak planowałem otrzymują Spalonego z autografem jej bohatera (chyba, że wolą inaczej, wówczas proszę o mejla, ale wierzcie, że to odrobinę lepsza książka:), a w dodatku jeszcze jej nie ma w księgarniach).

Dwa drugie miejsca (i autobiografie Rooney'a z autografem tłumacza) postanowiłem przyznać za notki o spektakularnie zmarnowanych rzutach karnych przez dwóch wieeeelkich piłkarzy. Obie świetnie napisane, nie umiałem wybrać lepszej, choć może ytseman23 w Rysie o Roberto Baggio miał ciekawszy pomysł, odliczając kroki Włocha do feralnej jedenastki. Z drugiej strony karny zmarnowany przez Kazimierza Deynę na mundialu w 1978 roku, opisany przez Mateusza Janiaka w notce Jubileusz to najsłynniejsze pudło z 11 metrów w historii polskiego futbolu. I żeby było ciekawie rozmawiałem o nim wczoraj ze Zbigniewem Bońkiem na wspomnianym wieczorze Iwana, który odegrał pewną rolę w upadku Deyny, ale nie zgadza się interpretacją zaprezentowaną przez bohatera Spalonego. A jego zdaniem słowa 22-letniego Bońka do 31-letniego Deyny, rozgrywającego 100 mecz w kadrze Kaziu, jak się boisz strzelać, to ja uderzę... mogły być zemstą za bolesne razy podczas chrztu, zgotowanego młodemu, butnemu chłopakowi przez Orły Górskiego. (...) Nie wiem czy chciał Kazka wyprowadzić z równowagi, czy faktycznie - z dobrego serca - zaofiarował pomoc i sądził, że uderzy lepiej, ale raczej zdawał sobie sprawę, że takich słów na boisku się nie wypowiada. Jeśli istnieją jakieś niepisane zasady, to jedną z nich jest: nie wywołuj niepewności u zawodnika, który szykuje się do wykonania jedenastki. Jeśli dodatkowo jesteś „kotem”, nie waż się w ten sposób odezwać do starego. 22-letni Boniek, wbijając szpilę 31-letniemu Deynie, te reguły ostentacyjnie złamał. Tak samo jak reguły życia w zespole złamał Deyna, spuszczając Bońkowi bezlitosne lanie w czasie chrztu. Nie byliśmy drużyną - pisze Iwan, dając jednocześnie odpowiedź dlaczego biało-czerwoni mimo iż mieli silniejszy skład niż w 1974 roku ponieśli klęskę.

Trzecie miejsce dla Adama Kisiołka za Nagiego Króla i opis chyba największego i najbardziej bolesnego dla nas upadku.

Postanowiłem też przyznać prywatne wyróżnienie Quentinowi za błyskotliwy Plan doskonały, którego jednym z bohaterów okazał się... nasz konkurs! Otóż ja też ma swój plan doskonały: od lat czytuję oba świetne blogi Quentina, piłkarski i filmowy, jego poemat o Wolskim cytowałem w Newsweeku, a nigdy go nie poznałem osobiście. Quentin wygrywa srebrną piłkę Hugo Bossa z autografem polskiej twarzy tej renomowanej firmy - Kuby Błaszczykowskiego, którą nie dalej jak wczoraj wydębiłem od kapitana naszej kadry podczas spotkania w warszawskiej Arkadii. Warunek jest taki, że Quentin musi odebrać ją osobiście w redakcji Sport.pl na Czerskiej! :p

I to by było na tyle. Raz jeszcze dziękuję za wszystkie notki, dziękuję recenzentom pavlocebo i scv78, do których także wysyłam książki jak tylko dostanę mejlem adresy. A teraz kilka słów od jednego z jurorów, Piotra Dygi:

Sporo było niezłych artykułów. Co najmniej trzy zasługiwały na zwycięstwo, moim zdaniem wygrywa ten, który najlepiej wpasował się w szczelinę oddzielającą efekciarstwo od efektowności. Nie sztuką jest napisać dobry tekst. Sztuką jest napisać tekst wartościowy. Notka Baltonki ma tę wielką zaletę, że nawet ktoś, kto nie zna historii bohatera, jest w stanie bez problemu zrozumieć, o co chodzi.

8,5/10
Bez trudu (Baltonka)
– na początku sądziłem, że ta pierwszoosobowość zniweczy trud autora, ale nie. Tekst jest taki, jaki powinien być. Brawa za utrzymanie tego w ryzach. Widać, że autor panuje nad tym, co pisze.

8/10
Małecki (Michał Zachodny)
– napisane świetnie, wciągające i ogólnie bardzo przyjemne, ale mam delikatne wrażenie, że gdzieś w połowie drogi troszkę zgubił się sens i koncept.

Plan doskonały (Quentin) – ot, zagwozdka. Tekst świetny, zaskakujący, zabawny i tak dalej, ale… Ale ciut przekombinowany. Z inaczej rozłożonym ciężarem byłoby troszkę lepiej.

7,5/10
Jubileusz (Matusz Janiak)
– kawał naprawdę dobrego tekstu. Ciekawe, obrazowe i tylko sporadycznie przesadzone opisy.

Upadam, wciąż upadam (Damian Szot) – dobre. Dobre nawet nie tyle warsztatowo, co bardziej merytorycznie. Celna analiza. Trafne wnioski podane w znośnej formie.


Jeśli miałbym wytypować trzy najlepsze, to na drugim miejscu byłby tekst o Małeckim, a dopiero potem ten o Peszce.

Ocenę reszty tekstów wrzucę w komentarzach. Wciągnąłem się w to sprawdzanie i skomentowałem każdą notkę



09:50, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Często zdarza nam się mówić, że piłkarze jakiejś drużyny po przegranym meczu znaleźli się w piekle. Niedaleko szukając, sam tak pisałem o zawodnikach Barcelony po porażce na Camp Nou z Realem Madryt. Jeśli jednak chcecie poznać historię piłkarza, nie piłkarza - człowieka - który naprawdę zstąpił do piekła, i to nie raz, który ucina sobie pogawędkę z samym diabłem, musicie przeczytać autobiografię Andrzeja Iwana Spalony. Żadna książka tak mną nie wstrząsnęła od czasu lektury reportaży Swietłany Aleksiejewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Tam oglądaliśmy piekło II Wojny Światowej oczami radzieckich żołnierek, snajperek, sanitariuszek, partyzantek, tu bohater oprowadza nas po piekle, jakie sam sobie urządził na ziemi. Wojnę wydał samemu sobie. On, wybitny zawodnik, któremu talentu mogłoby pozazdrościć większość polskich piłkarzy, wielokrotny mistrz Polski, którego nazwisko, gdyby nie koszmarna kontuzja na mundialu w 1982 roku (zawiniona, jak twierdzi, przez Antoniego Piechniczka) być może wymienialibyśmy dziś jednym tchem z Włodzimierzem Lubańskim, Kazimierzem Deyną i Zbigniewem Bońkiem, który zresztą jako nastolatek w półtora roku z amatorskiej Wandy Kraków znalazł się w jednej szatni z dwoma ostatnimi, a trener Jacek Gmoch zabierał go na mundial w 1978 roku jako swą tajną broń, szczerze do bólu opowiada o uzależnieniu od alkoholu, które zawiodło go aż na oddział zamknięty i uzależnieniu od hazardu, przez które stracił wszystko, co w futbolu zarobił, zawodzie jaki sprawił najbliższym, co ostatecznie pchnęło go do prób samobójczych. On, człowiek, który w pewnym momencie zarabiał tyle, że pieniądze nie mieściły mu się w kredensie i nie miał sposobu wydać ich inaczej jak w kasynie, witał powrót do życia po odratowaniu słowami kurwa, znów się nie udało...

Jego historia jest nie tylko wstrząsająca, ale i kapitalnie napisana! Wielka w tym zasługa współautora, Krzysztofa Stanowskiego, niegdyś dziennikarza m.in. w Przeglądu Sportowego, dziś piszącego na weszlo.com, autora innej słynnej biografii Kowal - prawdziwa historia. Jakże wiele je różni! Spalony zaczyna się od trzęsienia ziemi, czyli opisu pobytu w szpitalu dla psychicznie chorych w podkrakowskim Kobierzynie, gdzie po zaliczeniu kolejnego upadku, Iwan zdecydował się leczyć z alkoholizmu. I jest to niezwykle trafny i ważny zabieg. Ponieważ następujące w dalszej części niezliczone anegdoty alkoholowych wybryków w czasach Wielkiej Wisły Kmiecika, Szymanowskiego, Musiała, Nawałki i Budk, zgrupowań reprezentacji Polski czy w czasach Górnika Zabrzei, knajpianych awantur, jazdy po pijanemu do Warszawy, wyrżnięcia w sklep, z którego wyszedł Murzyn itd. czytamy zupełnie inaczej niż w Kowalu (który nota bene do dziś naśmiewa się z niepijących ciap i twierdzi, że dobry piłkarz pije, bo jest pewny siebie). Czytamy je nie tylko jak śmieszne do łez historie, od których poziom promili we krwi wzrasta samoistnie (to też), ale jako kolejne kroki na drodze do upadku. Upadku w czeluść piekielną, której oddział zamknięty psychiatryka bynajmniej nie jest najstraszliwszym kręgiem...

Narracja jest świetna. Dramatyczna i bez zbędnych słów i dygresji. Zapadł mi szczególnie w pamięć opis jak u trenera Wisły, Romana Durnioka po raz pierwszy dał o sobie znać guz mózgu (o czym nikt wówczas jeszcze nie wiedział, a na który nieszczęśnik zmarł w 1993 roku). Zacytuję, żebyście zrozumieli co mam na myśli mówiąc o świetnej narracji:

W czasie spotkania z Widzewem nasz trener odwrócił się do ławki rezerwowych i zapytał siedzących tam chłopaków:

- A wiecie, że w Bieszczadach pojawiły się wilki?

Nie wiedzieli.

To idiotyczne pytanie miało - jak się wkrótce okazało - wielką wagę. Gdy skończyliśmy mecz, chłopaki z ławki mówili nam o nietypowym zachowaniu trenera. Koncepcje były różne - zgrywał się, coś mu się nagle skojarzyło albo... Albo faktycznie w Bieszczadach pojawiły się wilki i jest to informacja nie cierpiąca zwłoki.

Od tego momentu coraz częściej z Durniokiem bywało śmiesznie, ale w końcu zrobiło się niezwykle dziwnie i krępująco (...) W Łodzi to nie Durniok przemówił. To guz: 

- A wiecie, że w Bieszczadach pojawiły się wilki?

Potrafił powiedzieć coś absolutnie bez sensu, co wzbudzało czasami śmiech, ale częściej zmieszanie. W czasie jednej z odpraw meczowych sprawiał wrażenie zafrasowanego. W końcu Wreszcie wyznał, co mu leży na sercu:

- Całą noc nie spałem. Nie spałem. Obserwowałem samoloty. Widzicie? Zaczęło się. Samoloty lecą. Co minutę kolejny samolot. Zaczęło się.

- Trenerze, ale gdzie one lecą?

- Do Libii. Do Libii lecą. Co minutę. Do Libii. Zaczęło się.

Durniok stał przy oknie i patrzył w niebo, wypatrując samolotów zmierzających do Libii. My siedzieliśmy przerażeni, zdając sobie sprawę, że nasz trener wariuje. I przysiągłbym, że w tej ciszy słyszeliśmy silniki nieistniejących samolotów...

Spalony to oczywiście także kawał historii polskiego futbolu. Iwan był uczestnikiem dwóch mundiali, a gdyby nie kontuzja pojechałby i do Meksyku w 1986. Znajdziecie tu i prawdziwe kulisy najsłynniejszej futbolowej afery PRL, czyli afery na Okęciu, po której wyrzucono z kadry Józefa Młynarczyka, Zbigniewa Bońka, Władysława Żmudę i Stanisława Terleckiego, a potem przywrócono (niestety tylko trzech pierwszych), kosztem trenera Ryszarda Kuleszy, którego zastąpił Antonii Piechniczek. I ciekawą teorię na temat najsłynniejszego niewykorzystanego karnego w historii polskiej piłki, Deyny na mundialu w 1978 (ciekawe co na ten temat będzie miał do powiedzenia Boniek). I wstrząsającą opowieść, tak niesamowita, że aż trudno uwierzyć, o tym jak... Orest Lenczyk namawiał Iwana i jego przyszłą żonę do aborcji... Nie mniej wstrząsający jest ciąg dalszy, jak córka Andrzeja, która kiedy po latach poznała prawdę, wybrała się do trenera... na 'wywiad'.

By znów dać próbkę jak świetnie, z jaką dramaturgią jest to opisane, przytoczę nieznaną historię z mundialu w 1982 roku, jak Józef Młynarczyk wdał się z kontuzjowanym Iwanem w nieustającą partię pokera, przestając trenować przed kluczowym i pamiętnym meczem z ZSRR (fragment ten był już w Fakcie, więc nie mam poczucia, że spalam Spalonego)

(...) Józek nie brał pod uwagę zakończenia partii, dopóki się nie odkuje. Ale z każdym rozdaniem oddalał się od celu. Kiedy następnego dnia znowu nie pojawił się na treningu, przyszedł do naszego pokoju zaniepokojony Piechniczek.

– Józek… – zagadał nieśmiało do swojego pupilka.

– Spierdalaj stąd!!! – wydarł się na całe gardło „Młynarz”, jednoznacznie dając do zrozumienia, że priorytety się trochę zmieniły: poker ważniejszy od piłki nożnej.

Piechniczek uszanował prośbę i spierdolił. Bezszelestnie.

(...) Jeśli piłkarz bez usprawiedliwienia opuszcza jedną jednostkę treningową – dochodzi do skandalu, często zakończonego usunięciem z zespołu. W czasie tak wielkich turniejów podobne sytuacje nie mieszczą się w głowie. Przed zbliżającym się meczem ze Związkiem Radzieckim Młynarczyk nie trenował już dwa dni i miał dość kiepskie alibi. Na pytanie, co robił, mógł odpowiedzieć tylko w jeden sposób: „Razem z «Groźnym» graliśmy w karty, piliśmy alkohol i paliliśmy papierosy…”. W przypływie szczerości powinien też dodać: „Spaliśmy tylko wtedy, kiedy zmorzyła nas szkocka”.

1 lipca – na trzy dni przed spotkaniem ze Związkiem Radzieckim – zrozumiałem, że żarty się skończyły. Popielniczka, w której pety przestawały się mieścić, stanowiła dowód, jak długo już gramy.

Młynarczyk od dwóch dni nie trenował, prawie nie spał, tylko grał.

Czasami strzelił krótką drzemkę, ale wystarczył drobny szmer, by zerwał się na równe nogi. Wtedy otwierał zmęczone, zaczerwienione oczy i warczał: „Potasuj!”. Kiedy ja już prosiłem o przerwę, nie chciał słuchać: „Rozdajemy!”. Nie będę udawał – pasowało mi to. Nie mogłem grać w piłkę, to chociaż pograłem w karty. Czas mijał szybciej i noga bolała jakby troszeczkę mniej.

W czasie jednego z posiłków trener poprosił mnie: – Powiedz, żeby przestał.

Odparłem: – Pana nie słucha, a mnie posłucha?

Próbowałem jednak wpłynąć na kolegę z pokoju.

– Józek, wiesz przecież, że masz mecz.

– Pierdolę to, nie gram. A teraz rozdawaj! (...)

Jak Iwan wybrnął z tej sytuacji, do jakiego wybiegu się uciekł, że Młynarczyk ostatecznie zagrał z ZSRR i do tego, jak pamiętacie, nie puścił bramki, musicie doczytać sami. Im bliżej końca książki tym robi się mniej śmiesznie, tym robi się dramatycznie, tym bardziej ciary zaczynają chodzić po plecach. Może mnie tym bardziej, bo od pewnego czasu mam przyjemność wspólnie komentować z Andrzejem futbolową rzeczywistość w Orange Sport. Okazuje się, że o człowieku siedzącym po drugiej stronie szklanego stołu nie wiedziałem nic. Tzn. oczywiście znałem jego piłkarską przeszłość, ale raczej z lektury niż własnych wspomnień, kojarzyłem go bardziej z dzisiejszych bezkompromisowych komentarzy, często zresztą dzwoniliśmy do niego ze Sport.pl, bo nigdy nie owijał w bawełnę. Ale nie wiedziałem co mu w duszy gra, nie wiedziałem jak wiele przeszedł, ile razy upadł, ile razy zdołał się podnieść, i jaką wewnętrzną walkę toczy...

Na koniec mogę powiedzieć jedno. Spalony? Dla mnie dyskusyjny. A nawet jeśli, to przecież spalone się zdarzają. Nawet jeśli zepsuł cudowną akcję, to mecz nadal trwa. Jeszcze sporo do końca. I jeszcze sporo do wygrania!

 

10:07, francuski_lacznik , Co się wydaje
Link Komentarze (5) »
niedziela, 22 kwietnia 2012

Rafał Stec nablogował o siedmiu niebach, w jakich znalazł się Real Madryt po wygranej w El Clasico na Camp Nou. Uznając, że oddał królewskim co cesarskie, dopieścił Jose Mourinho, który w kolejnej lidze osiągnął kolejny wielki sukces w swym drugim roku pracy do tego przypieczętował go na stadionie arcy-rywala gdzie nie wygrał nigdy wcześniej, dopieścił Cristiano Ronaldo, który ostatecznie skompromitował teorię, że gole potrafi strzelać tylko słabiakom, a odwrotnie niż Zbigniew Boniek, nazwany przez szefa Juventusu Turyn Pięknością nocy, gaśnie w światłach jupiterów meczów o wielką stawkę, postanowiłem zstąpić do piekła, w którym znalazła się drużyna przegranych, do niedawna przecież nie bez przyczyny uznawana nie tylko za najlepszą drużynę naszych czasów, ale i wszech czasów...

Trzymać piłkę niemal bez przerwy, a jednak nie wygrać, to scenariusz w futbolu stosunkowo rzadki, ale już powszechnie rozpoznawany i przyjmowany bez zdumienia. Dzisiejsze El Clasico było jednak unikatem jeszcze osobliwiej unikalnym - otóż trzymająca piłkę niemal bez przerwy Barcelona nie miała nawet przewagi. Aż do gola strzelonego na czworakach przez Aleksisa Sancheza nie trafiła w światło bramki, przeszło godzinę pracowała na swój inauguracyjny rzut rożny, w ogóle nawet przez chwilę nie zasugerowała, że to ona decyduje, jak wygląda gra - pisze Rafał i jest to przedsionek piekła Barcy.

Stracić ostatecznie szanse na mistrzostwo Hiszpanii - po długiej i skutecznej pogoni za Realem, zmniejszając po serii bezdyskusyjnych zwycięstw dystans do czterech punktów, jednego w razie oczywistej i wkalkulowanej wydawało się wygranej na Camp Nou - po porażce, w którym było się tak bezradnym, do tego jeszcze przed własną publicznością to tortura. To prawie jak szpaler uczyniony znienawidzonym zwycięzcom. To pierwszy krąg piekła.

A do tego jeszcze rywale akurat właśnie tego, piekielnego wieczoru musieli jeszcze ustanowić rekord wszech czasów w ilości goli strzelonych w La Liga - 109 goli, czego nie dokonała nawet najlepsza drużyna wszech czasów - to szepczą diabły do ucha nieszczęśnikom w kręgu drugim.

Krąg trzeci to świadomość, że Jose Mourinho wcale nie musiał znów zabijać futobolu, żeby powstrzymać najlepiej i najpiękniej grającą drużynę świata, jak zrobił to w 2010 roku z Interem. Cały świat (poza połową Mediolanu i hejterami Barcy), miał wówczas poczucie, że zatriumfowały brutalność i antyfutbol, a w finale brakuje drużyny lepszej. Dziś Realowi do zwycięstwa nie była potrzebna wojna, wymyślanie trivote, kopanie po nogach artystów futbolu. Wygrał, bo był lepszy. Nie pomógł mu sędzia, którzy tolerował zbytnią agresję jak w finale Pucharu Króla (ten sam sędzia zresztą). Wystarczyło zagrać w piłkę. Ta świadomość bardzo, bardzo piecze.

O wiele ciężej niż siły fizyczne przed wtorkowym rewanżowym meczem z Chelsea. Mało czasu na regenerację (Real dostał dzień więcej - Chelsea wystawiła zmienników w ligowym meczu z Arsenalem), będzie odzyskać pewność siebie i wiarę we własne możliwości. I w geniusz Pepa Guardioli. Co gorsze nawet w przypadku awansu do finału Barca nie miałaby prawa myśleć o kolejnym El Clasico w Monachium z nadzieją i optymizmem. Czy jej piłkarze obijali słupki i poprzeczkę bramki Ikera Casillasa, czyżby bramkarz reprezentacji Hiszpanii cudem parował strzały Leo Messiego i kolegów? Raczej nie tak to wyglądało. Niedawna przepaść jaka dzieliła Katalończyków od królewskich została definitywnie zasypana, dziś rośnie fosa między Realem a Barcą. Perspektywa nieuchronnej klęski to zatruwa umysły w piekielnym kręgu czwartym.

Krąg piąty to wielki triumf na Camp Nou Cristiano Ronaldo. Na telebimach (piekło uwielbia nowinki technologiczne), nieustannie przypomina wszystkim gest Portugalczyka po bramce, który można odczytać następująco: tak, tak, Alexis strzelił, ale porzućcie wszelkie nadzieje i uspokójcie się, usiądźcie na na powrót na krzesełkach, bo ja, JA jestem na boisku i zobaczcie co zrobiłem z waszym wyrównaniem...  Czwartym golem w pięciu ostatnich El Clasico CR7 ostatecznie zanegował teorii, że blednie w meczach o stawkę. W dodatku znów objął prowadzenie w pojedynku z Messim na najskuteczniejszego strzelca La Liga (42:41). Że we wszystkich rozgrywkach Argentyńczyk ma ich aż 63? Ale na cóż mu one, jeśli Barca nie zdobędzie żadnego trofeum (albo tylko Puchar Króla jak Real przed rokiem)? Ronaldo jest na najlepszej drodze, żeby zdetronizować Messiego jako najlepszego piłkarza świata. Jeśli nie w umysłach większości ludzi na świecie, to przynajmniej w plebiscycie FIFA.

W kręgu szóstym na telebimach przewijają się akcje Messiego. On nie zawiódł w tym meczu, nie został zgaszony. Akcje które widzimy - zwłaszcza perfekcyjne podanie do Xaviego, którym wywiódł w pole wszystkich obrońców Realu i niecelny strzał na bramkę Hiszpana - uświadamiają wszystkim jak wielka jest dysproporcja w Barcy między jej najlepszym piłkarzem, a resztą chłopaków, którzy są cieniem wielkich jeszcze niedawno piłkarzy. Xavi, Andres Iniesta, Cesc Fabregas, którego nie było, Carles Puyol, który zawalił pierwszego gola, Javier Masecherano nie dogonił Ronaldo przy drugim. Messi nie może podawać do Messiego, sam przeciwko tak dobremu Realowi nie mógł wygrać. W dodatku nie ma realnego wsparcia ze strony tak chwalonej La Masii. Albo wychowankowie jak Cristiano Tello, Thiago Alcantara, Isaac Cuenca nie są jeszcze gotowi na futbol na tak wysokim poziomie, alebo wcale nie sa tacy dobrzy jak wszyscy sądziliśmy. Przypomniała mi się rozmowa z Jose Bakero przed drugim finałem Ligi Mistrzów z udziałem drużyny Guardioli. Mówiąc o sukcesach obecnej Barcy, wynosząc ją o wiele wyżej ponad Dream Team, którego był częścią, przekonywał, że to tylko cykl. Dominacja niedługosię skończy i przez kilka lat znów będzie dominował Real - mówi. Ale jak to - protestowałem - jest La Masia, są genialni wychowankowie, trzon reprezentacji Hiszpanii wyszkoleni wg tych samych metod co Guradiola, Xavi, Iniesta, Messi, Pedro i wyznający te same wartości, Pep już ich wprowadza do drużyny, nabiorą doświadczenia przy utytułowanych kolegach? - Ciclos, ciclos, ciclos - odpowiadał niewzruszony Bakero...

I wreszcie w kręgu siódmym barcelońskiego piekła - czeluści, nie wahajmy nazwać się go po imieniu - jest triumf Jose Mourinho. Jego pierwsze w karierze zwycięstwo na Camp Nou, którego efekty są tak przeogromne. Tego tłumacza, jak go pogardliwie określa barcelońska publiczność, prowokatora i insynuatora, który od czasów Chelsea obrażał Barcelonę (pamiętacie jak na konfie ogłosił kiedyś skład Barcy zamiast Franka Rijkaarda i ironizował, że kataloński klub wygrał Ligę Mistrzów w 100-letniej historii tyle razy co on w trzy lata?). Ten który wymyślał kolejne teorie spiskowe na temat sukcesów Barcy, wplatając w nie FIFA, UEFA i... UNICEF, który kazał się Guardioli wstydzić za wygranie Ligi Mistrzów w 2009 roku (Stamford Bridge) i 2011 (dwumecz z Realem). Mourinho, który o mało co nie został następcą Rijkaarda zamiast Guardioli w 2007 roku, ale władze klubu go odrzuciły (o kulisach dowiecie się już wkrótce z książki Grahama Huntera, którą przetłumaczyłem), Moyrinho, którego UEFA nazwała wrogiem futbolu, który w szale wkładał palec w oko asystentowi Pepa, Tito Villanovie, ten oto Mourinho na Camp Nou pieczętuje czwarte mistrzostwo kraju, w czwartej kolejnej lidze.

Dobrze, że Barca schodząc po meczu do szatni, wiedziała, że tak naprawdę zstępuje do piekła i nie włączyła zraszaczy jak po triumfie Interu w 2010 roku. Na pocieszenie Barcy jedna wiadomość: prom Charona kursuje w obie strony. Stary przewoźnik dopiero co odprawiał na ziemski brzeg długich bywalców piekła, piłkarzy i kibiców Realu Madryt...

 



09:26, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (52) »
czwartek, 19 kwietnia 2012

Ostatnie notki konkursu na idola upadłego ukazują się w chwili, kiedy byliśmy świadkami, jak dawny, wielki idol, nie upadły, ale postarzały, zakurzony, wypychany z klubu właśnie zebrał się do kupy i przypomniał lata dawnej świetności. Didier Drogba, słaniający się, padający z grymasem bólu na murawę częściej niż jego Chelsea wymieniała podań dał The Blues sensacyjne zwycięstwo z TĄ Barceloną. Najgorzej grającym The Blues w erze Romana Abramowicza, którzy w Neapolu wyglądali jakby ktoś zaprosił ich nie do tych rozgrywek co trzeba, drżących o udział w przyszłej Lidze Mistrzów! Drogba niczym stary bokserski mistrz, którego historię już tyle razy widzieliśmy w filmach, obrywa, słania się, opiera o liny, ale zadaje ten jeden jedyny, decydujący cios! Brawo Drogba i koledzy, brawo tymczasowy trener Roberto di Matteo - jak widać w Chelsea im bardziej tymczasowo tym lepiej w Lidze Mistrzów (vide Avram Grant i Guus Hiddink). Tym niemniej faworytem do gry w finale pozostaje dla mnie Barca. Oddała 24 strzały (przy czterech, w tym dwóch celnych gospodarzy), Leo Messi strzelał, dryblował podawał, zabrakło jej wyłącznie skuteczności. Jeśli na Camp Nou przyjdzie, Barca przejedzie się po Chelsea jak po Arsenalu w 1/8 finału ubiegłej edycji (po porażce na Emirates 1:2). Tyle tytułem wstępu, a teraz już czas na notki, recenzenci proszeni są o recenzje (dobrze byłby jakby scv78 podesłał jakąś skalę, którą mierzyć jego oceny, bo ciężko się w nich połapać;). Jury udaje się na obrady. Werdykt w poniedziałek, bo szykuje nam się pasjonujący weekend: Legia - Lech, Arsenal - Chelsea, Barcelona - Real Madryt i świętowanie Majstra przez chłopaków z Borussii Dortmund (panowie, uważajcie na paparazzich, bo będzie bieda!).

 

Rysa
ytseman23


Piłka jest ustawiana na jedenastym metrze dokładnie, powoli, z pietyzmem. Nie ma tu miejsca na najmniejszy błąd. Następnie zawodnik powoli odmierza rozbieg. Z każdym krokiem przez jego głowę przelatują migawki wspomnień.

Krok pierwszy, drugi...
4 lata wcześniej. Gol z Czechosłowacją zdobyty po pełnym elegancji, 40-metrowym rajdzie z piłką. Jedna z najpiękniejszych bramek w historii MŚ. I gol z Anglią. Piłka “wykradziona” Shiltonowi. Stojąc trzy metry od bramki i mając wokół czterech obrońców, zachowuje stoicki spokój. Zwód na lewą nogę i bezlitosny strzał pod poprzeczkę.

Krok trzeci, czwarty...
Rok wcześniej. Zostaje wybrany Piłkarzem Roku FIFA. Zdobywa Złotą Piłkę.
Krok piąty, szósty...
12 dni wcześniej. Pierwszy mecz fazy pucharowej MŚ. W 88 min. zdobywa gola dającego dogrywkę. Perfekcyjnie wymierzony strzał z 16. metrów i piłka ląduje tuż przy prawym słupku bramki rywala. W dogrywce dobija przeciwników z rzutu karnego – także to uderzenie jest nie do obrony.

Krok siódmy...
8 dni wcześniej. Mecz ćwierćfinałowy z Hiszpanią. Do 87 min. jest remis 1-1. Wtedy następuje znakomite wyjście na wolne pole, spokojne minięcie bramkarza i celny strzał z ostrego kąta.
Krok ósmy, dziewiąty...
4 dni wcześniej. Półfinał z Bułgarią. Dwa gole w pięć minut. Uwolnienie się spod opieki jednego obrońcy, minięcie drugiego i uderzenie z 17. metrów. Piłka zatacza delikatny łuk i wpada do bramki. Za moment idealne wyjście na wolną pozycję i strzał z półobrotu. Futbolówka ląduje w siatce tuż obok prawego słupka.
Krok dziesiąty, jedenasty.
Zawodnik staje w miejscu. Rzuca okiem na sędziego i na bramkarza. Rusza w kierunku piłki. Dobrze wie, co chce zrobić. Bramkarz nie będzie miał szans. Wystarczy uderzyć równie precyzyjnie jak robił to w ostatnich dniach. Tylko tyle.

Strzał.
Wszystko jest tak, jak miało być. Bramkarz rzuca się w swoją lewą stronę, ale w ułamku sekundy orientuje się, że piłka jest poza jego zasięgiem. Uderzona mocno i dokładnie, pewnie zmierza pod poprzeczkę.

Na ułamek sekundy cały stadion zamiera.
Nie. Wszystko jest nie tak, jak miało być. Bramkarz wprawdzie pada na murawę, ale zaraz podrywa się z gestem triumfu. Piłka, uderzona mocno, ale niedokładnie, przelatuje nad bramką.

Następuje wybuch radości Brazylijczyków.
Oszołomiony Roberto Baggio tego nie słyszy. Nieważne staje się to, że niemal samodzielnie doprowadził Włochów do finału strzelając 5 z 6 goli zespołu w fazie pucharowej. Nieważne staje się to, że nawet gdyby trafił, to Brazylia miała w zanadrzu jeszcze jeden rzut karny. Nieważne są wszystkie strzelone bramki, nagrody i statystyczne sukcesy.

Zawiódł w kluczowym momencie. I tylko to się liczyło.
Na kolejnym Mundialu, po bramce strzelonej Chile z karnego powie: "I killed the Ghost of 1994 when I scored that penalty", ale nie wierzę w to. Wiem, że koszmarne wspomnienie “jedenastki” przestrzelonej na Rose Bowl siedzi w nim do dzisiaj. Że ta rysa na jego karierze czasami go prześladuje i dręczy. Wiem, bo dręczy mnie, a byłem przecież tylko kibicem.

 

Miałem kiedyś bohatera...

grmli

Pewna brytyjska piosenkarka z walijskiego miasteczka, rozsławionego także dzięki lokalnym bohaterom, których gra dostarcza obecnie mnóstwo frajdy kibicom „najciekawszej ligi na świecie”, wylansowała swego czasu pewien przebój, którego refren zawiera swanne : „I NEED A HERO!”. Rozpaczliwe wyznanie   jest zarazem zwerbalizowaniem pragnienia, które nosi w sobie każdy z nas. Bo któż z nas, nie ma swojego ulubionego bohatera? Chyba każdy ma taką osobą, którą posądza o nadludzkie wręcz możliwości, która jest dla nas wzorem, kogoś kim chcielibyśmy być ,gdy akurat znudzi nam się, na chwilę bycie sobą. I nie ważne czy tym kimś jest ktoś kto roznosi w proch bandę złoczyńców, nasz nauczyciel, nasza mama, czy facet który pół życia ugania się za skórzanym balonem.

A teraz wyobraźcie sobie Leonidasa, przystającego na propozycję Kserksesa. Wyobraźcie sobie Maximusa, który zgadza się by służyć zabójcy swojego ukochanego cesarza. Wyobraźcie sobie  Goku, który podstępnie zabija Vegetę; Papę Smerfa, który zdradza Gargamelowi drogę do wioski lub Batmana, który wraz z Jokerem zabija niewinnych ludzi albo Robin Hood’a, który okrada biednych płacąc za protekcję bogaczom…

To dla dzieci… z tym, że w każdym z nas jest trochę tego dziecka, nieprawdaż? A my, futbolowi pasjonaci, czyż nie mamy swoich bohaterów? Tych najsilniejszych, tych najszybszych, tych najtwardszych, tych najlepszych? Tych, dla których, gdy wybija „godzina zero”, rzucamy wszystko i siadamy przed ekranem by raz jeszcze podziwiać, czekając, aż znów zrobią coś co sprawi, że świat nabierze kolorów i jakoś tak łatwiej będzie wierzyć, że my też mamy dość siły by zrealizować swoje cele?

Ja miałem swojego bohatera. Człowieka, który wymykał się wszystkim ramom, człowieka ,który zdawał się czasem samotnie prowadzić swój zespół do zwycięstwa. Człowieka, który wielokrotnie dawał z siebie wszystko, gdy inni już opadali z sił, człowieka który nie poddawał się gdy inni już godzili się z porażką. Człowieka, który zdawał się bywać magiem. Człowieka, który czasem wydawał się nie być człowiekiem. Człowieka, który pewnej nocy dobitnie pokazał, że jest „tylko” człowiekiem. Zaczęło się jak zawsze. Znów wyprawiał niesamowite rzeczy, znów był ponad wszystkimi. Wydawało się, że wszystko skończy się tak jak sobie to zaplanował. Wydawało się, że nic go nie powstrzyma, że wielki mistrz postanowił zejść ze sceny w glorii chwały i świat raz jeszcze będzie musiał mu się pokłonić. Niewiarygodny karny, bodaj najcudowniejszy w historii, świetny mecz, zwody, podania, serce na boisku. Wielki wódz prowadzi swoich ludzi po zwycięstwo w szalenie trudnej wyprawie. 113 minuta. Strzał, który kończy wszystko 2-1, mistrzostwo świata i spełnienie marzeń, nieprzemijająca sława i miejsce w panteonie tych najlepszych… Ale bramka nie padła.

A teraz wyobraźcie sobie, Zidane’a dającego ponieść się emocjom, uderzającego głową Materazzi’ego . Wyobraźcie sobie kapitana zostawiającego swoją drużynę, gdy ta potrzebowała go najbardziej... Smutne prawda?

 

 

Ta piąta kolejka

Ryan

Na imię mi John, mam 31 lat. Jestem piłkarzem. Kilkanaście lat kariery już za mną, mam nadzieję, że jeszcze kilka przed. Do tej pory bywało różnie, jak to w życiu i piłce. Nie narzekam, bo kilka cennych trofeów zdobi moje zbiory. Brakuje nieco sukcesów z kadrą, ale niebawem Euro, więc będzie szansa to zmienić. Jako kapitan Chelsea wzniosłem ponad głowę kilka pucharów, ale tu też jest co poprawiać. Zarówno w mojej, jak i klubowej galerii jest jedna bardzo znaczna luka. Luka, której po tym sezonie może nie być, ale tak naprawdę nie powinno jej być już od kilku lat. I chyba nikt nie wie o tym tak dobrze jak ja.

Sędzia zakończył dogrywkę. Karne. Jako kapitan miałem kończyć regulaminową kolejkę. Oczywiście nie było wiadomo czy to właśnie mój strzał będzie decydujący. Ba! Nie było wiadomo czy w ogóle będę miał okazję strzelać!

Ale stało się. Nadeszła piąta seria i moja kolej. Gol oznaczał nasze zwycięstwo. "Nie mogło ułożyć się lepiej" - pomyślałem.

Niedługa przecież droga z koła środkowego pod pole karne dłużyła się niesamowicie. Towarzyszyło mi buczenie kibiców United, siedzących za bramką, na którą miałem uderzać. Bramka była jakaś mała - ramiona przemokniętego Edwina zasłaniały ją niemal całkowicie - ale nie czułem strachu.  Niejednokrotnie wykonywałem jedenastki na treningach, a przez ostatnie kilkanaście minut intensywnie egzekwowałem je w myślach i dobrze wiedziałem gdzie chcę strzelić. Ustawiłem piłkę, wziąłem nieduży rozbieg. W uszach rozbrzmiał mi gwizdek. Podbiegłem, wziąłem zamach i.poczułem jak tracę równowagę. Van der Sar pofrunął w lewo, futbolówka w prawo, ale na niewiele się to zdało. Nie zatrzepotała w siatce, a mnie nie otoczyli rozradowani koledzy. Nie wierzyłem.

Wstałem z murawy i ciężkim krokiem wróciłem na środek boiska. Nie wszystko było stracone, ale czułem, że moje pudło to silny cios dla drużyny i pozytywny bodziec dla rywali. Obawiałem się najgorszego i niestety tym razem nie pomyliłem się.

Tego wieczoru płakałem jak dziecko, a ze mną płakało moskiewskie niebo...

 

Feralne kolano

Łukasz Godlewski

Nie jest łatwo patrzeć z bliska na dramat najbliższej osoby, na której szczęściu zależy Ci najbardziej. Nikomu, nawet najgorszemu wrogowi nie życzę nabycia takich doświadczeń. Mimo iż miałem aż ośmiu braci, najbardziej zżyty byłem z Shabanim. Jako jedyni pasjonowaliśmy się futbolem, rozmawialiśmy o nim godzinami. To ja zawsze uchodziłem za tego mniej utalentowanego. Pogodziłem się z myślą, iż nigdy nie zostanę profesjonalnym piłkarzem. Może przez to skupiłem się na pomocy mojemu bratu, by ten trafił kiedyś na piłkarskie salony, niedostępne dla śmiertelników mojego pokroju. Do pewnego sierpniowego wieczora wszystko toczyło się według skrupulatnie wytyczonej ścieżki.

Sezon 2003/04 miał być przełomowy, jednak skończył się, zanim na dobre się rozpoczął. Z wysokości trybun nie zdałem sobie powagi sytuacji, gdy Shabani Nonda został zaatakowany przez rywala. Ot, kolejne starcie na 30. metrze od bramki rywala jakich wiele. Po meczu miałem zwrócić uwagę mojemu bratu, by nie dawał się przepychać tak łatwo. Dopiero po kilku sekundach zauważyłem miotającego się po murawie Shabaniego oraz nerwowe reakcje piłkarzy i sędziego. Stadion zamarł wobec krzyków rozpaczy mojego brata, a me serce przetransportowało się w okolice gardła, wszystkie inne przestały bić w jednym momencie. Nie z własnej winy poniósł klęskę.

Shabani jeszcze tego samego dnia przeszedł operację kontuzjowanego kolana. Nikt nie mówił o terminie jego powrotu na boisko. Nawet to, czy będzie mógł chodzić o własnych siłach nie było pewne. „Nowy Weah” zawsze radził sobie z przeciwnościami losu, tak jak wtedy gdy we dwójkę wyemigrowaliśmy z kraju tracąc kontakt z resztą rodziny. Łatwo nie było, jednak mój brat sam na wszystko zapracował, przebijając się od ligi tanzańskiej do Ligue 1. Gdy po ośmiu miesiącach ciężkiej, żmudnej rehabilitacji podczas której nieraz tracił nadzieję, dostał zielone światło od lekarzy na powrót na boisko zareagował jak kierowca Formuły 1 – jak najszybciej chciał znaleźć się na zielonej murawie Stade Louis II. Podczas jego leczenia sam miałem wiele wątpliwości, jednak nie mogłem ich pokazać po sobie, musiałem go wspierać.

Wrócił w najważniejszym momencie. Jego koledzy walczyli o historyczny finał Ligi Mistrzów. Potrzebowali pomocy, gdy w półfinale zmierzyli się z nową potęgą – londyńską Chelsea. Wszedł na boisko siedem minut przed końcem pierwszego meczu. Fani Monaco powitali swego idola z pompą godną króla, jednak nikt nie mógł się spodziewać takiego wejścia. Shabani ledwo zdążył wbiec w pole karne i już strzelił bramkę. Przy pierwszym kontakcie z piłką. Pewnych umiejętności się nie zapomina. Tą bramką zaprowadził swoich kolegów do Gelsenkirchen.

Shabani wykorzystał swoje pięć minut odchodząc do AS Romy, jednak kontuzjowane kolano nie dawało mu spokoju. Nigdy nie powrócił do najlepszej dyspozycji sprzed urazu, miewając jedynie przebłyski formy. Karierę skończył prawie dwa lata temu po tym, jak nie mógł znaleźć sobie nowego klubu. Dla mnie na zawsze pozostanie idolem.

 

Fatdriano

Karol Cłapa

- Goooool! – krzyknął z ekstazą w głosie młody osobnik, opluwając monitor nie przeżutymi dotąd resztkami pochłanianych masowo chipsów. Następnie wybiegł szaleńczo ze swojego pokoju i odtańczywszy na dywanie rytualny taniec zwycięstwa do przypadkowej piosenki z radia, wrócił zdyszany na obrotowe krzesło. Wszystko za sprawą jednej, malutkiej kuleczki – ale ileż zabawy i radości przyniosła ona siedzącemu przed ekranem, zapalonemu fanowi serii Championship Manager.

Mała, idealnie okrągła kuleczka z numerem 11 i podpisem „Adriano” nie była bowiem zwykłą kulką -  należała do jednej z tych rzadkich, które za każdym razem, gdy na ich orbicie pojawiła się żółta kropka, sunęły z płynnością i gracją po zielonej płycie, kompletnie ignorując pozostałe dwadzieścia jeden kulek i strzelając gola za golem. To był rok 2005. Czasy, gdy gra komputerowa taka jak CM dopiero oswajała graczy z widokiem meczu w trybie 2D. Prostokątna plansza z mieszaniną kolorowych kropek całkowicie wystarczała do rozbudzenia wyobraźni graczy, którzy nawet nie marzyli o tym, że już cztery lata później będą oglądać swoje wirtualne drużyny w 3D.

I tu zachodzi paradoks, bo w 2005 roku forma kulki obrażała Adriano. Dziś to Adriano obraża swojego trójwymiarowego odpowiednika. Stał się kulką.

Był bogiem zarówno na boiskach realnych, jak również wirtualnych. W komputerze zachwycał obłędnymi atrybutami liczbowymi, których dziś pozazdrościć mogliby mu nawet Cristiano Ronaldo i Leo Messi. W rzeczywistości nie było inaczej – Adriano Leite Ribeiro miał wszelkie predyspozycje by być dzisiaj nazywanym jednym z najwybitniejszych zawodników w historii futbolu: 190 centymetrów wzrostu, 88 kilo wagi i uderzenie z lewej nogi mogące burzyć mury. Łączył w sobie, wydawałoby się niemożliwe do połączenia, sylwetkę greckiego wojownika oraz najwyższej klasy wyszkolenie techniczne. Strzelanie bramek na boiskach Serie A przychodziło mu z taką samą lekkością, jak wirtualnej kropce z jego przydomkiem posyłanie żółtego punktu w biały prostokącik. Lekkość odeszła jednak w zapomnienie, a w zamian oglądać możemy 107-kilogramowego kolosa.

13 marca Adriano rozwiązał swój kontrakt z Corinthians Sao Paulo i nie wygląda na to, by jakikolwiek klub zdecydował się go jeszcze zatrudnić. Nawet w Championship Managerze.

 

 

Bez trudu

Baltonka

Wiele osiągnąłem. W sporcie, w życiu. Kiedy zdobywaliśmy tytuły wicemistrza Europy młodzieżowców wydawało się, że właśnie wyważamy z zawiasów bramy świata – i faktycznie tak było. Kiedy najmocniej czułem się królem życia? Może wtedy gdy Widzew wykupywał mnie za rekordowe pieniądze z Gwardii? A może wtedy, gdy pan Zaorski kazał właśnie mnie wykonywać karnego w „Piłkarskim Pokerze”? A może w chwili, gdy odbierałem nagrodę dla króla strzelców? Kurcze, mieliśmy wówczas w Legii taką pakę, że wszyscy dziwili się, czemu nie zdobywamy taśmowo tytułów mistrzowskich, ale Górnik przecież też miał niezłą ekipę. Mówiono, że warszawskie powietrze nie służy chłopakom ściągniętym w widmowe kamasze z różnych zakątków kraju, ale ja tam nie zauważyłem, aby wieczory w stolicy różniły się od tych łódzkich. Ba, po Warszawie kursuje więcej nocnych tramwajów, dlatego trudniej tłumaczyć trenerowi, że się spóźniło na trening, gdyż się zasiedziało w barze i przegapiło autobus do domu. …hehe, żartuję, nigdy nie wracałem tramwajami ani żadnymi autobusami. Wie pani, człowiek powinien się szanować.

Przeprowadzka do Glasgow była wielkim zaskoczeniem – wielu oczyma wyobraźni widziało mnie w lepszej ekipie. Mówiło się o lidze włoskiej, albo przynajmniej o niemieckiej, ale przecież Celtic to zawsze była uznana firma, nie? Gadano, że nie grałem na miarę swoich możliwości, ale gdyby pani zapytała starszych kibiców, to usłyszałaby pani, kto dwadzieścia lat temu był księciem Glasgow, hehe… Poza tym Szkocja miała być tylko przystankiem w drodze na wyższe szczyty. I była: Bristol może nie był jakimś mocarzem na skalę europejską, ale umówmy się – liga angielska, heloł!

Potem wróciłem do Legii i w końcu zdobyliśmy tytuł mistrzowski. Pewnie, łatwo znajdzie pani zawodowych malkontentów, którzy będą sarkać, że wiele się nie nagrałem, ale miałem już przecież 30 lat i piękną karierę w nogach. Byłem tam nie tylko od strzelania bramek, ale także od dawania przykładu młodszym. Pamięta pani Wojtka Kowalczyka? Gość patrzył we mnie jak w obrazek. Dużo rozmawialiśmy, pytał mnie o wszystko. A potem poszedł w świat i dał sobie radę. Mówię o rzeczach, jakich nie da się zmierzyć liczbą minut spędzonych na boisku i liczbą przebiegniętych kilometrów.

Śmieszy mnie, gdy słyszę, że zmarnowałem talent. Jeśli tak, to skąd wzięłoby się tych 20 bramek w reprezentacji? Czy Beenhakker zaproponowałby posadę asystenta byle cieciowi? Gdyby hierarchia futbolu była 10-piętrową piramidą, gdzie na pierwszym piętrze staliby przeciętni ligowcy, a na dziesiątym staliby Ronaldo i Messi, ta w mojej opinii ja doszedłem w okolice szóstej kondygnacji. I to bez najmniejszego wysiłku! Co pani na to? …może da się pani zaprosić na kawę?

 



Tagi: konkursy
00:28, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie