czwartek, 30 kwietnia 2009


 

Oba pierwsze półfinały Ligi Mistrzów mnie rozczarowały, zwłaszcza, że apetyt urósł mi w miarę oglądania ostatnich występów angielskich drużyn w Premier Premier League: Man Utd - Tottenham 5:2, Liverpool - Arsenal 4:4 etc. Oba były triumfem gry defensywnej i destrukcyjnej nad piękną i ofensywną. Znamienne, że najlepszymi piłkarzami na boisku okazali się destruktorzy - Jose Bosingwa we wtorek, który na Camp Nou kompletnie zgasił na prawej stronie i Leo Messiego i Daniego Alvesa. W środę Manuel Almunia, który był w niewiarygodnej formie. Trudno mieć o to zresztą pretensje do trenerów, stawka była zbyt wielka, by stawiać na otwartą grę. Totalna destrukcja okazała się jedynym sposobem na powstrzymanie Barcelony, która po raz pierwszy w sezonie nie zdobyła u siebie gola. Arsenal zaś zostawił całą swą kreatywność i pęd do ataku w Londynie. A i Ferguson nie przesadził z ilością graczy kreatywnych w środku pola, absolutnie satysfakcjonując się prowadzeniem 1:0.

 

Wspaniała postawa Almunii w bramce Arsenalu uświadomiła mi jak jednak daleko od pierwszego składu "Kanonierów" jest nasz Łukasz Fabiański, mimo całej mojej wielkiej sympatii i rehabilitującego występu z Liverpoolem. I nie chodzi mi tylko o znakomity refleks i obronę strzałów z metra w krótki róg, czy perfekcyjnie dalekie wyjścia do napastnika za pole karne - bo choć Fabian akurat właśnie w tych elementach zawiódł w półfinale Pucharu Anglii z Chelsea, to wiem, że to potrafi równie dobrze jak Hiszpan. Ale jak ten Almunia żył w bramce, jak wrzeszczał, jak ustawiał swoich obrońców, jak nimi dyrygował, jak motywował, kiedy któryś popełnił błąd jak młody Kieran Gibbs czy Mikael Silvestre. Mimo to żałowałem, że w bramce nie ma Fabiana. Choć jego mecze z Chelsea czy Liverpoolem kosztowały mnie mnóstwo nerwów, jakże inaczej smakowałoby to spotkanie z Manchesterem United.

 

Mam jednak wrażenie, że rewanże będą wyglądały inaczej i padnie w nich więcej goli. Barca jak zwykle zaatakuje, pamiętamy jak to się ostatnio skończyło na Stamford Bridge, a przecież na ławce nie siedział wówczas Guus Hiddink, który jak chyba nikt nie potrafi dostosować taktyki do rywala. Dlatego Barcy, która przyjdzie do Londynu wymęczona Gran Derby (i wcale nie wiadomo czy zwycięska) i bez swoich czołowych obrońców (Rafael Marquez, Charles Puyol, Gabriel Milito) daję mniejsze szanse na awans do finału, niż Arsenalowi mimo porażki i nędznej gry…

 





Puchar UEFA w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!


00:01, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (42) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Legenda futbolu, walijski skrzydłowy Manchesteru United Ryan Giggs został wybrany Piłkarzem Roku w plebiscycie Professional Footballers Association. 35-letni Giggs został uhonorowany w ten sposób po raz pierwszy w karierze (i zapewne po raz ostatni), choć dalibóg, zasługiwał na nie w co drugim z 19. sezonów jakie spędził na Old Trafford. Choć osobiście jestem wielbicielem talentu Giggsa i jego rzadko spotykanej w dzisiejszych lojalności do klubu, w którym się wychował - dałem tego wyraz w wywiadzie z „Walijskim Czarodziejem”, który z radością przypominam - to jednak dołączam do chóru zdumionych tegorocznym laureatem.

Oczywiście pamiętam, że od 1990 roku rozegrał w barwach „Czerwonych diabłów” ponad 800 spotkań, zdobywając m.in. 10 tytułów mistrza Anglii i dwa razy triumfując w Lidze Mistrzów, itd., itp. Jednak w tym sezonie jest już tylko, niestety, rezerwowym. Wspaniałym rezerwowym, ale jednak. Wystąpił w zaledwie 12. meczach Premier League (zdobywając jednego gola). Dlatego myślę sobie, że śladem Akademii Filmowej przyznałbym mu odpowiednik Oskara za całokształt kariery, a Oskar za 'najlepszą produkcję roku' oddał w inne ręce.

Pytanie, czyje? Wcale nie jestem pewien czy z pokonanych w głównym konkursie kolegów z MU (Nemanja Vidic, Rio Ferdinand, Cristiano Ronaldo i Edwin van der Sar) oraz Steven Gerrard z Liverpoolu, w ślad za domagającym się tego na łamach „Guardiana” Iana Rusha (Piłkarz Roku '1984) wskazałbym na kapitana The Reds. Zdaniem Rusha, Gerrard gra w tym sezonie wyśmienicie i to głównie dzięki jego postawie drużyna ta ma ciągle szanse na tytuł mistrza Anglii... Ale, drogi Ianie (pozwalam sobie na tę formę, bo rozmawialiśmy dwa razy), w przeciwieństwie do paczki z MU nie liczy się już w Lidze Mistrzów, a i na tytuł ma już szanse mocno iluzoryczne. Ja bym chyba wybrał van der Sara, bo jest parę lat starszy od Giggsa, a wciąż gra na niedościgłym poziomie i pobił w tym sezonie rekord 1302 minut bez straty gola.

Ponieważ jednak jest to plebiscyt samych piłkarzy, być może uznali oni, że w sezonie, w którym żaden z nich nie zdominował tak rozgrywek jak np. Cristiano Ronaldo w ubiegłym sezonie, warto przyznać nagrodę komuś takiemu jak Giggs, nim ostatecznie zawiesi oba buty na kołku...

 Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

16:11, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (22) »
niedziela, 26 kwietnia 2009


 

 

Ten sezon dobitnie pokazał, że Liverpool potrzebuje drugiego napastnika do pary dla Fernando Torresa. Kto wie czy największym błędem Rafy Beniteza, który przesądzi o klęsce w walce o wymarzone mistrzostwo Anglii nie było pozbycie się Robbie Keane'a i zesłanie Andrija Voronina do Berlina. Kiedy Torres miał gorsze momenty, kiedy zmęczony walką z obrońcami, słabł w końcówkach, nie miał go kto zastąpić. Toteż nie dziwią plany Beniteza, by wykorzystując sytuację i kruczki prawne, sprowadzić na Anfield tak wielkiego piłkarza jak Carlos Tévez...

 

Jest oczywistą oczywistością, że Argentyńczyk, mówiąc językiem FM'a „byłby wielką gwiazdą każdej drużyny Premier League'. A już jeśli chodzi o Liverpool, to moim zdaniem byłby ostatnim puzzelkiem, dopełniającym mistrzowską układankę Beniteza. Trio Torres, Tevez, Gerrard, brrrrr…. ciarki przechodzą. Tymczasem Alex Ferguson tylko od czasu do czasu potrafi wykorzystać ów wielki potencjał i entuzjazm Carlita, skazując go na grę w cieniu Wayne Rooney'a, Cristiano Ronaldo oraz - co dla niego gorsze i niezrozumiałe - Dymitara Berbatowa.

 

 

 

Problem w tym, że wyciągnięcie przez Beniteza Argentyńczyka z Old Trafford byłoby niezwykle mocnym prztyczkiem w nos swego co raz większego wroga - Fergusona. Nigdy jeszcze w historii między tymi dwoma nie iskrzyło tak jak w tym sezonie - zupełnie jak za czasów niechęci na linii MU - Arsenal (patrz 'bitwa bufetowa'). Czyżby ktoś doradził Rafie budowanie atmosfery na konflikcie, bo to on inicjuje te wzajemne połajanki?

 

Dlatego choć - mówiąc patetycznie: for the good of the game - lepiej byłoby, żeby Tevez został w Premier League, boję się, że pożegna się z nią śladem swego rodaka Gabriela Heinze (strata o wiele mniejsza), który też był bliski przejścia na Anfield, ale Ferguson nie mógł dopuścić do wzmocnienia rywala. A przecież teraz Liverpool stał się dla MU wręcz arcyrywalem.

 

Dlatego Tevez pewnie wyląduje w Interze Mediolan, gdzie udanie wypełni lukę po Adriano i stworzy niesamowity duet ze Zlatanem Ibrahimovicem, tyle, że będzie musiał zapomnieć o europejskich trofeach. Liverpool w sumie wyjdzie nna tym lepiej, bo rywala osłabi, Benitez zaś - jak przekonywał mnie wielki fan 'The Reds', mecenas Michał Tomczak, na którego natknąłem się w parku podczas joggingu - sięgnie po piłkarzy z półki na której leżą David Silva czy Samuel Eto'o. Przede wszystkim wobec nadciągającej burzy związanej z wprowadzeniem zasady '6+5' uzupełni skład zdolnymi Anglikami, na początek wreszcie wyłuskując z Aston Villi Garetha Barry

 

 

 



 Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!


11:14, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (44) »
czwartek, 23 kwietnia 2009

 

Niestety jestem już w tym wieku, że moi boiskowi/parkietowi idole, z którymi wzrastałem, których kariera sportowa rozwijała się wraz z moją - by tak rzecz - karierą dziennikarską właśnie kończą ze sportem. Przechodzą na emeryturę, i co tu kryć - emeryturę zasłużoną. Oto dołączył do nich wielki - w dosłownym i przenośnym znaczeniu - kongijski koszykarz Dikembe Mutombo Mpolondo Mukamba Jean Jacque Wamutombo. Jedna z ikon NBA. Lat 43.

 

Był najstarszym zawodnikiem w NBA i kiedyś koniec musiał go dopaść. Szkoda, że w takich okolicznościach: we wtorek doznał poważnej kontuzji kolana w przegranym przez jego Rockets 103:107 meczu 1. rundy play off z Portland Trail Blazers. - Koszykówka się dla mnie skończyła. Nie spodziewałem się, że trzeba będzie mnie znieść w ostatnim meczu na noszach - jak rannego żołnierza... Mam jednak za sobą 18 lat gry, więc niczego nie żałuję - powiedział nie kryjąc łez.

 

Osiem razy wybierany do Meczu Gwiazd, cztery razy otrzymał tytuł Defensywnego Gracza Roku (jako pierwszy w historii), a jego 3 289 bloków to drugi wynik w historii (wyprzedził samego Kareema Abdula-Jabbara). Pod tym względem lepsza od niego była tylko inna gwiazda Rockets - Hakeem „The Dream” Olajuwon.

 

Wielki jednak nie tylko z tego powodu i z racji wzrostu 218 cm. Przez całą karierę angażował się w działalność charytatywną, szczególnie dla Afryki. Wybudował w swojej ojczyźnie szpital - pierwszy, jaki powstał w Kongo od 40 lat! Adoptował też wraz z żoną czwórkę kongijskich dzieci. Jego liczne akcje docenił nawet były prezydent USA, George W. Bush, który zaprosił koszykarza na doroczne przemówienie o stanie państwa i wymienił go z nazwiska, podkreślając wielkie zasługi dla Kongo.

 

W 2003 roku miałem okazję zapytać go o to. Gdy do N.Y. Knicks, w którym grał Dikembe trafił Maciej Lampe, a ja, nieco przypadkowo, za nim. Rozmawialiśmy w Tarrytown, gdzie trenują Knicksi, a Mutombo potwornie zlany potem, ze zmęczenia opierając się o ścianę wróżył, że Lampe „ma szanse stać się kimś w NBA, o ile będzie harował, ze dwa, trzy lata. Bo dzieciak ma talent, a musi mieć jeszcze i cierpliwość...”

 

O tym, dlaczego mimo iż jest gwiazdorem NBA i milionerem, nie zapomniał o ojczyźnie i stara się pomagać, odparł: - Radzenie sobie z milionami na koncie i sławą nie ma nic wspólnego z byciem zawodnikiem NBA. Możesz być, kim chcesz - biznesmenem, artystą - wszystko jest kwestią wyborów, jakich dokonujesz w życiu i za które jesteś odpowiedzialny. Jeśli wybierasz bycie dupkiem, zamykasz się ze swoimi milionami w czterech ścianach, to twoja sprawa. Ja postanowiłem pomagać ludziom, ponieważ i mnie bardzo wiele osób pomogło stać się tym, kim jestem. Przez całą karierę mam poczucie, że muszę te długi spłacać. Jest takie afrykańskie przysłowie: "Skoro wjechałeś windą na górę, poślij ją teraz na dół. Tam czekają ludzie, którzy też chcą wjechać na górę". Szpital w Kinszasie po prostu był koniecznością. Stał się moją windą, takiego dokonałem wyboru.

 

Będzie mi brakować Dikembe na parkietach, na które znów zacząłem zaglądać za sprawą Marcina Gortata, który też „posyła windę na dół” prowadząc m.in. camp z dzieciakami w Łodzi...

 Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

16:54, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (18) »
wtorek, 21 kwietnia 2009
Chinyama z 'kąta zero' czy precyzyjna główka Marcelo?

Omawiając w naszym internetowym Magazynie Ekstraklasy świetną bramkę Takesure Chinyamy w meczu z Piastem i nadając jej miano bramki 24. kolejki, powiedziałem, że dawno nie widziałem na europejskich boiskach gola zdobytego z tak ostrego kąta. Przypomniała mi się niesamowita bramka Franka Lamparda w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Barceloną na Stamford Bridge, choć z golem Chinyamy łączy ją tylko bliskość linii końcowej. Napastnik Zimbabwe uderzył w pełnym biegu. Anglik zrobił wszystko na zimno, uderzył perfekcyjnie technicznie, choć też zaspali obrońcy Barcy, którzy domagali się spalonego i źle ustawiony Victor Valdes. Był to gol nieziemski, niespotykany na tym poziomie rozgrywek, gdzie po boisku biega tylu profesjonalitów...

Ten gol już przeszedł do historii Ligi Mistrzów, bramka Chinyamy raczej do historii nie przejdzie, kto dopiero na koniec sezonu dowiemy się na miarę czego była ta bramka. Napisał jednak do mnie Radek Orzeł (miło wiedzieć, że ktoś nasz magazyn ogląda), przypominając bramke, o której nie wolno mi było zapomnieć, zdobytą przez „Srebrego Lisa” Fabricio Ravanellego - którego zawsze bardzo lubiłem, a nawet miałem przyjemność zrobić z nim wywiad przed meczem Włochy - Polska w Neapolu - bramkę z meczu o stawce najwyższej ze wszystkich wspomnianych, bo z finału Ligi Mistrzów z 1996 roku Juventus Turyn - Ajax Amsterdam. Swoją drogą fajnie sobie czasem przypomnieć taki zamierzchły finał. Ale paczkę miały wtedy obie drużyny. Edwin Van der Sar nic się nie zmienił, Alessandro del Piero nadal gra w Juventusie. A po boisku biegają Edgar Davids (jeszcze w Ajaksie), Jari Litmanen, Didier Deschampes, Gianluca Vialli, dinozaur Petro Vierchowod, Finidi George, Nwankwo Kanu, bracia de Boerowie, Patrick Kluivert zaczynał mecz na ławce. No i pojedynek wielkich strategów Marcello Lippi kontra Louis van Gaal...

 Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

14:23, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009

 

A jednak mission quintiple okazała się mission impossible. Nie będzie historycznego zdobycia pięciu trofeów w sezonie. I tak wielka chwała dla Manchesteru United, że w półfinale Pucharu Anglii dał się pokonać Evertonowi dopiero po rzutach karnych, a przecież w ich składzie zabrakło takich piłkarzy jak Edwin van der Sar, Cristiano Ronaldo, Ryan Giggs i Wayne Rooney czy nawet Michael Carrick i Darren Fletcher. W ich miejsce zagrały nieopierzone żółtodzioby jak Federico Macheda (lat 17), Danny Welbeck (19), Fabio da Silva (19) czy Darron Gibson (wprawdzie lat już aż 21, ale kiedy grał o taką stawkę?).

Średnia wieku całej drużyny wyniosła tylko 22 lata! Gdyby wygrali, byłby to ich pierwszy krok ku wielkości... Zabrakło naprawdę niewiele. Zawalili akurat nie oni, tylko jeśli już ktoś (karne to przecież zawsze loteria) Dymitar Berbatow i Rio Ferdinand, których pierwsze jedenastki obronił Tim Howard (jego mała zemsta na Aleksie Fergusonie). Ten ostatni uznał jednak, że priorytetem jest obrona obu trofeów - mistrzostwa Anglii i Ligi Mistrzów. I trudno mu się dziwić, skoro Man United kolejny ważny mecz gra już w środę z Portmouth...

Ale cztery trofea w sezonie to też będzie nie w kij dmuchał, choć na moje łatwiej będzie obronić to mistrzostwo Anglii...

 

 Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

16:09, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (19) »
sobota, 18 kwietnia 2009

 

Dziś Łukasz Fabiański kończy 24 lata. W urodzinowym party weźmie udział 90 tysięcy widzów na Wembley, choć oczywiście nie wszyscy (pewnie połowa) będzie mu dobrze życzyć. Już sam występ w półfinale Pucharu Anglii na tak legendarnym stadionie przeciwko tak wielkiemu przeciwnikowi jak Chelsea to spełnienie marzeń, a nawet nie spełnienie, bo któż z nas mógłby pomarzyć o takim prezencie. W ogóle Fabiana czeka prawdziwy Wielki Tydzień, brzemienny dla całej jego kariery, dla całej przyszłości. Już we wtorek zagra w Premier League Arsenal z Liverpoolem, rozpędzonym, desperacko walczącym o tytuł mistrza Anglii. Fabian zapowiada, że choć Arsenal nie ma już szans na tytuł, to nie odpuści. Chociaż już za chwilę półfinałowe mecze Ligi Mistrzów z Manchesterem United...

Fabiański dla Sport.pl: Wygrać na Wembley z Chelsea to byłby urodzinowy prezent!
 

Te mecze dla młodego Polaka bardzo głęboka woda. Ale przecież sam tego chciał, nie mógł się już doczekać, zapewniał, że jest gotowy. Od kiedy wszedł do bramki Arsenalu w miejsce kontuzjowanego Hiszpana w ćwierćfinałowym meczu z Villarreal trzyma się świetnie. W Lidze Mistrzów zachowuje czyste konto już od 245 minut (wliczając grupowy mecz z Fenerbahce Stambuł). Ale dopiero teraz przejdzie prawdziwy chrzest bojowy. Przeciwko Villarreal doskonale bronił na linii, z czego słynie, ale w ogóle nie musiał wychodzić do dośrodkowań, a te będzie miał przeciwko MU, Chelsea i Liverpoolowi co akcja. Kiedy wyobrażę go sobie przepychającego na polu karnym z Didierem Drogbą, Johnem Terrym, Fernando Torresem, Nemanją Vidićem czy Rio Ferdinandem, dostaję drgawek. Już w obu meczach z Villarreal drżałem przy każdej interwencji...

 

Swoją droga co za szczęście/pech/wynaturzenie, że od prawie 10 lat skazani jesteśmy w wielkim światowym futbolu właśnie na takie specyficzne emocje. Nie czy nasz człowiek strzeli gola, przesądzi o zwycięstwie, ale czy obroni, czy powstrzyma, czy nie puści: Adam Matysek (jeszcze w Bayerze Leverkusen), Jerzy Dudek, Artur Boruc, Tomasz Kuszczak, teraz Fabiański.

 

Wracając do Fabian, nikt bardziej od niego nie zasłużył sobie na taki prezent. Wielkim profesjonalizmem, który my poznaliśmy w trakcie jego walki o reprezentację Polski. Kiedy ważyły się losy obsady bramki w meczach eliminacji z Czechami i Słowacją, spokojnie czekał na decyzję Leo Beenhakkera. Żadnych przecieków do prasy, że „nie wyobraża sobie posadzenia na ławce”, że „nie wie jak by wówczas zareagował”, żadnych ostrzeżeń o gniewie, buncie itp. A przecież po „incydencie lwowskim” i dobrej grze z San Marino i Słowenią miał prawo uważać, że wygra rywalizację z Borucem. Bolesny werdykt też zniósł z milczeniu i pokorze, żadnych uniesień, żadnych skarg do mediów, które tylko czekały, żeby rozpętać konflikt w kadrze, znaleć kolejnego rozczarowanego, które oleje Leo. Nic z tych rzeczy. Pełen profesjonalizm, jakże rzadka rzecz u polskich piłkarzy...

Los już mu odpłacił: miejsce w kadrze ma pewne przynajmniej do końca eliminacji. Teraz los dał mu szansę w Arsenalu. Wszystko w jego rękach. Trzymam kciuki w poczuciu, że naprawdę warto!

 

 

 Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

12:04, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (46) »
czwartek, 16 kwietnia 2009


 

No, na razie jeszcze nie w TEJ Lidze Mistrzów, tylko w studio Ligi Mistrzów w nSporcie z nami na ćwierćfinale FC Porto - Manchester United. Ale kto wie, w nowym sezonie mistrz Polski będzie miał łatwo o awans jak w czasach kiedy grali tylko mistrzowie kraju. A że Franz to ostatni polski trener, który prowadził zespół w Champions League… jeśli tylko Lech Poznań zostanie mistrzem... a Smuda nadal będzie w nim pracował (negocjacje w sprawie nowego kontraktu ruszają... dzisiaj!).

 

Zawsze to wielka przyjemność oglądać wielki futbol z wielkim trenerem. A przy tym gdybym mógł Wam zdradzić co Franz mówił off the record, np. jakich piłkarzy z polskiej ligi chętnie ściągnąłby do Lecha (uuu… się zdziwilibyście!), albo kto z Lecha na pewno odejdzie… Ale nie mogę... Co najwyżej że gdyby mógł natychmiast ściągnąłby z Udinese tego Chilijczyka Islę i że może zrobi użytek z listy kolumbijskich piłkarzy, którą dostał Manuela Arboledy (a myślałem, że to tylko ja w FM 2008 proszę moich piłkarzy o rekomendację;-).

 

Komentując występy w Lidze Mistrzów Man Utd, Liverpoolu i Chelsea, Franz po raz kolejny zadeklarował to, za co go kochamy. Że woli zremisować po tak pięknej grze jak Chelsea niż wygrać po wyrachowanej, ale brzydkiej jak Czerwone diabły". Że często wraca do domu na kacu" po brzydkiej, wymęczonej wygranej. Hej, czy to nie kogoś o takiej filozofii futbolu szukają bez powodzenia od kilku sezonów w Realu Madryt, potykając się o Capello, Schustera, Ramosa (ten ostatni to autor błyskotliwego stwierdzenia z weekendu, że nie sztuka wygrywać po dobrej grze jak Barcelona, sztuka wygrywać po złej i brzydkiej jak Real"). No i dodał też, że w odwiecznym sporze kto lepszy" wybiera Cristiano Ronaldo, jako bardziej kompletnego piłkarza, choć przyznaje, że obecnie w lepszej formie jest Leo Messi.



No i co, redattore Pol, znów we mnie nie wierzyłeś, amigo? I łyso, co?

 

Co do mnie: gol CR7 strzelony Porto to przebłysk geniuszu Portugalczyka, który jest nim bez wątpienia - ale tak rzadko go okazywał w tym sezonie zwłaszcza w Lidze Mistrzów (trafia do siatki dopiero od rundy pucharowej, oddając przy tym najwięcej niecelnych strzałów ze wszystkich ćwierćfinalistów), że co tu dużo mówić: po prostu zrobił swoje, ale chwała mu za to.

 

Status quo zachowane: znów trzy angielskie drużyny w półfinale + FC Barcelona. Jedyna różnica to fakt, że tym razem Londyn (miasto w Anglii) umieścił w półfinale aż dwie swoje drużyny. I nie jest bez szans, by spotkały się w rzymskim finale, czego w historii Ligi Mistrzów jeszcze nie mieliśmy. Bo moim zdaniem w półfinale nie ma faworytów i wszystko jest możliwe. MU słabnie ale jest wielkie i doświadczone, Arsenal jest na fali (pięć zwycięstw z rzędu w Premier League i brak obciążenia walką o mistrzostwo Anglii), ale oprócz Adebayora i Fabregasa gra tam wielu młodziaków bez doświadczenia (choćby Fabiański czy Gibbs). Kadry Barcelony i Chelsea równie wielkie. The Blues" nie mają może takiego tercetu jak Barca (Messi, Eto'o, Henry - 76 goli w sezonie), ale na ławce mają genialnego Guusa Hiddinka, Pep Guardiola jeszcze na to miano  nie zasłużył, choć jest na dobrej drodze...

 

A więc możliwe finały:

 

1. Barcelona - Manchester United

2. Chelsea - Arsenal

3. Manchester United - Chelsea

4. Arsenal - Barcelona

 

Wybierajcie co komu pasuje, co kto woli…


I zdjęcie wieczoru:


Puśśś, Wayne... szyja...



 Liga Mistrzów i Puchar UEFA w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!


środa, 15 kwietnia 2009

 



Kto nie widział, niech żałuje jak ci młodzi, którzy w filmie "Pociąg" przespali całe zamieszanie. Powiedzieć, że w tym meczu było wszystko co ma najlepszego do zaoferowania współczesny futbol, to nic nie powiedzieć. Geniusz Rafy Beniteza, który mimo beznadziejnej sytuacji, zdołał zmotywować i ustawić drużynę, bez swego największego gwiazdora, że ta cudownie zaczęła spotkanie i rozegrała świetne 45. minut, wlewając w serca fanów nadzieję. Przez owe pierwsze 45. minut nad Liverpoolem unosił się duch Stambułu…

 

Geniusz Guusa Hiddinka, który potrafił znakomicie zareagować na to co dzieje się na boisku (a i on musiał radzić sobie bez swego najbardziej charyzmatycznego zawodnika i kapitana). Cudowne parady bramkarzy i ich potworne błędy. Ten Petra Cecha przy pierwszym golu, gdzie źle ustawił jednoosobowy mur i odsłonił Fabio Aurelio cały bok bramki - bez konsekwencji, jak i te po których uratowali mu skórę koledzy. Ten Pele Reiny przy golu wyrównującym Didiera Drogby (czy na pewno można mu go zapisać) - brzemienny jak samobój Johna Arnie Riise w półfinale Ligi Mistrzów z Chelsea przed rokiem. Było 2:0 dla The Reds, kto wie, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby Reina nie wtoczył piłki do własnej siatki.

 

Cudowny gol Alexa z wolnego, atomowy strzał jakie rzadko oglądamy od kiedy Roberto Carlos przestał być galaktycznym piłkarzem...



A poza tym walkę od pierwszej do ostatniej sekundy. O każdą piłkę, każdy skrawek boiska. Najbieglejszy PR'owiec nie stworzyłby lepszej reklamy Premier League.

I tak z piekła do nieba, z nieba do piekła. Marzenia tak bliskie spełnienia, marzenia odebrane. A symbolem tej walki było wybicie piłki z pustej bramki przez Michaela Essiena w końcówce. Już nie pamiętam kto strzelał, ale zrobił to potężnie. Cech znów nie był na swoim miejscu. W pierwszej chwili byłem pewien, że Essien wybił piłkę ręką, bo inaczej to niemożliwe. A jednak nie, ale dotąd nie wiem jak zdążył paść na ziemię tak szybko, co za refleks…




Teraz Chelsea - Barcelona. Jak dobrze, że ktoś wymyślił futbol…



 Liga Mistrzów i Puchar UEFA w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

00:33, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (28) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie