wtorek, 29 kwietnia 2008

No i będziemy mieli angielski finał! Z punktu widzenia Man United lepszym przeciwnikiem w finale byłby zapewne Liverpool. Odmiennego zdania jest angielska policja. Szef Greater Manchester Police z przerażeniem stwierdził, że nie beda w stanie zabezpieczyć meczu dwóch odwiecznych rywali, których kibice spuszczeni ze smyczy zagranicą będą nieprzewidywalni. Rosyjska milicja słynie zaś z twardości i braku poczucia humoru, więc... lepiej byłoby przenieść angielski finał na Wembley. Cwaniacy:)

Pierwsze wrażenie miałem takie, że za oba półfinałowe mecze z Barceloną,
MU sobie na ten finał Ligi Mistrzów nie zasłużył. Ale już za całokształt - jak najbardziej. Zresztą jak na obecny zjazd formy i wykrwawienie długim sezonem (kontuzje Rooney'a, Vidića, teraz Evry) i tak "Czerwone diabły" zagrały genialnie, a raczej nadzwyczaj mądrze. Cristiano Ronaldo nie będę się czepiał. Nie błysnął geniuszem, nie przesądził o wyniku, ale zagrał bardzo solidnie i dla drużyny.

No i wielki szacunek dla Paula Scholesa. Wiem, że rudzielec nie ma raczej swego fanklubu w Polsce, zwłaszcza po słynnych trzech bramkach strzelonych nam na Wembley, w tym tej jednej - ręką. Ale trzeba mu oddać to co jego. Momentami w tym sezonie grał tak słabo, że wydawało się, iż Alex Ferguson wpuszcza go na boisko tylko przez sentyment i wzgląd na dawne zasługi. Zastrzegł przecież, że jeśli MU zagra w finale Ligi Mistrzów, da w nim wystąpić Scholesowi bez względu na formę. Bo w tamten niezapomniany finał w Barcelonie w 1999 roku musiał oglądać z trybun Camp Nou, bo był zawieszony za kartki.

No i szczwany rudzielec sam sobie załatwił bilet do Moskwy. Strzelił perfekcyjnie, nie do obrony. No i zdołał nie dostać czerwonej kartki. Wydaje się, że Ferguson ściągnął go w ostatnim momencie, kiedy zmeczony Scholes zaczął już desperacko faulować. I na pewno zagra w finale. Że też Roy Keane, który też wtedy siedział na trybunach, nie dostał takiej szansy...

A Barcelona? W studiu Nsportu Piotrek Salak zapytał mnie, czy jak w filmie
'Czy leci z nami pilot' pasażerom już włączyła się sygnalizacja: 'Okej, teraz możecie panikować!' Wydaje mi się, że sygnał migał od września, a teraz jest juz po katastrofie. Żadnego tytułu. Pilota z nimi chyba w tym meczu nie było (Thierry Henry chyba powinien był grać od poczatku, a Eidur Gudjonsen wejść o wiele wcześniej). Tak czy siak teraz trzeba poszukać nowego pilota na nowy sezon. I przyjrzeć sie kto przetrwał katastrofę: na pewno Leo Messi, Bojan, Victor Valdes, oczywiście Puyol, choć nie zachwyca. Ale kto jeszcze? I czy na pewno warto stawiać zaporową cene za Ronaldinho?

23:32, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (38) »
piątek, 25 kwietnia 2008

 

Mirosław Klose nie zachwycił w meczu z Zenitem St. Petersburg. Podobnie jak jego partner z ataku reprezentacji Niemiec, Lukas Podolski (raczej na Euro 2008 w ataku u boku Klose będzie grał albo Kevin Kuranyi albo Mario Gomez, a Poldi w kadrze często wychodzi z ławki na lewe skrzydło). Słabszy występ Klose jest jednak usprawiedliwiony. Nie wyleczył jeszcze kontuzji, a zagrał, bo musiał - za kartki w pucharze UEFA pauzowała maszyna-do-strzelania-goli Bayernu czyli Luca Toni.

 

Jakby jego frustracji z powodu własnej słabości było mało, w końcówce meczu z twardymi Rosjanami Klose doznał złamania nosa w trzech miejscach. Do nas, dziennikarzy wyszedł na Allianz Arena ostatni, z workiem lodu, przyłożonym do twarzy. Zwykle nie jest specjalnie rozmowny, a teraz chciał szybko przemknąć do samochodu i coś tam tylko szeptał pod złamanym nosem.

 

Ale niemieccy dziennikarze nie odpuścili. Któryś przypomniał, że dwa tygodnie temu nos złamał najlepszy kumpel Klose w Bayernie, czyli Mark van Bommel. Czyżby Miro wraz z Markiem utworzyli coś w rodzaju fight clubu? A jeśli tak, to który zawodnik Bawarczyków będzie następny? I jakie są ich fight club rules? (pamiętacie z filmu: pierwsza to, „you do not talk about fight club”, druga to „you do not talk about fight club”...

 

No i Klose rzeczywiście nie chciał mówić. Najpierw spojrzał na pytającego, takim wzrokiem jakby bardzo szybko miał zamiar uczynić z niego nowego członka klubu (a pamiętacie, że kto jest w klubie pierwszy raz, musi walczyć). Ale potem poczucie humoru wzięło w nim górę i stwierdził, że najwyraźniej stracił strzelecki węch pod bramką i dlatego nie zdobył gola. No po prostu nie miał w tym meczu nosa do strzelania bramek.

 

Co do przeciętnej formy obu „polskich” Niemców, obrońca Zenitu, Ivica Kriżanac (dawniej Groclin) powiedział mi, że Niemcy wcale nie muszą okazać się faworytem naszej grupy na Euro 2008. I kto wie, czy mecz Polska - Chorwacja nie będzie przypominał tego Dania - Szwecja na Euro 2004, w którym ten jakże przypadkowy remis dał obu drużynom awans, pozostawiając za burta Włochy. Niestety, Chorwat po pierwsze nie ma informacji na temat formy naszych napastników. A po drugie zapomniał, że Niemcy to drużyna turniejowa. Boje się, że nie pomoże nam nawet to, że gramy z nimi od razu na samym początku, zanim się rozkręcą...

 

A swoją drogą, czy Toni utrzyma swoją formę do czerwca (8 goli w ostatnich czterech meczach). Dziś jest w formie zwierzęcej. To co wyprawiał na treningu z Martinem Demichelisem... Bestia! I z nosem do goli u niej w porządku.

 

17:26, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (12) »
środa, 23 kwietnia 2008

Nigdy się nie dowiemy co by było, gdyby Cristiano Ronaldo wykorzystał tego karnego? Czy Manchesteru United broniłby się przez cały mecz dokładnie tak samo jak po przestrzelonej 'jedenastce'? Czy 'pojechał' ze zdruzgotana Barcą?

Czy to zmarnowana okazja tak roztroiła Portugalczyka, że przez resztę 88 minut ani razu nie błysnął? (swoją drogą Ronaldo czy przestrzelił,
bo chciał nie tylko zdobyć gola ale i upokorzyć Victora Valdesa, posłać go w jedna stronę, a piłkę nonszalancko w drugą?) Czy po prostu Portugalczyk potwierdził spiskowa teorie na swój temat, że nie umie grać dobrze w meczach, w których drużynie idzie źle. czyli przeciwko wielkim drużynom.

Stały komentator tego bloga - Kamil232mu - co i rusz wyśmiewa tę teorię, prosząc, by już wreszcie zapomnieć Ronaldo tamten feralny mecz z AC Milan z półfinału Ligi Mistrzów w ubiegłym sezonie, bo od niego rozegrał mnóstwo świetnych spotkań. Ale jak tu zapomnieć, skoro mecz z Barceloną w jego wykonaniu tylko tym róznił się od tego sprzed roku na San Siro, że na Camp Nou nikt (czytaj Leo Messii) nie przyćmił go jak wówczas Kaka. Kamilu, skomentuj!

Z drugiej strony może niepotrzebnie czepiamy sie i jego i MU? Wszak 0:0 na Camp Nou, nawet w tak kiepskim sezonie dla Barcy jak ten,
żadna drużyna nie uznałaby chyba za rozczarowanie. Alex Ferguson ma to co chciał: wszystko rozstrzygnie się na JEGO Old Trafford.

NIe tylko Ronaldo nie będzie wspominał najlepiej tego meczu i pewnie już jest myślami przy rewanżu (a przecież w sobotę trzeba jeszcze przynajmniej nie przegrać z Chelsea na Stamford Bridge w walce o mistrzostwo Anglii). Myślę, że fatalnie musi sie też czuc Thierry Henry. Co z tego, że Francuz oddał najgroźniejszy w całym meczu strzał na bramke Edwina van der Sara
(Samuel Eto'o miał może lepszą sytuację, ale trafił w boczną siatkę). Jednak to, że wszedł na boisko dopiero w 75. minucie i to spory kawałek czasu po 18-letnim Bojanie Krkiću musiało być dla niego policzkiem. Dla niego, 'Króla Henry'ego' do niedawna rywalizujacego o tytuył najlepszego piłkarza świata z Ronaldinho, strzelca 45 goli w Lidze Mistrzów i 9 w karierze przeciwko MU, który na Camp Nou ma status napastnika zaledwie nr 4... Jestem pewnien, że i on myśli z pewną nadzieją o rewanżu na Old Trafford...

wtorek, 22 kwietnia 2008

Pamiętacie ten kij do golfa, który Craig Bellamy próbował połamać na nogach Johna Arne Riise podczas zgrupowania Liverpoolu w portugalskim kurorcie przed meczem z Barceloną w ubiegłym roku?
Zastanawiam się ilu zawodników 'The Reds' pomyślało sobie we wtorek wieczorem: "i na cholerę żeśmy wówczas postrzymali krewkiego Walijczyka?!" A co mu powie Rafa Benitez, trener nie stosujący suszarki, a'la Alex Ferguson?

Nie pamiętam bardziej dramatycznego samobójczego gola jak ten, który sprawił Riise w 95. (!) minucie wygranego juz meczu z Chelsea. Bardziej niweczacego dokonania zespołu. I w aż tak ostatnich sekundach. Przeciez to była ostatnia akcja meczu. Ten gol bez wątpienia przejdzie do historii, choć kibice Liverpoolu (John, you'll never walk alone) na pewno będą mu pamietać i te jego cudowne rajdy i gole, jak choćby ten z meczu o Tarczę Wspólnoty z Chelsea, w którym jak taki podwórkowy gwiazdorek, jak chwycił piłkę na własnym polu karnym, to nie podał nikomu, ale przedryblował cały zespół rywali i na końcu zdobył gola:

Albo ten w finale Pucharu Ligi Angielskiej z 2005 roku:

Przypominam je, bo szczerze mi żal Norwega. Samobóje zdarzają się każdemu, ale na Boga, nie w takich okolicznościach! John, czemuś tam pchał głowę? Czemuś nie użył tego co masz najlepsze, swojej atomowej LEWEJ nogi?! Czy Twoja bramka jest dla Chelsea rekompensatą za gola-ducha? I co poczniesz, jeśli Twoja bramka dowiedzie ostatecznej wyższości Avrama Granta nad Jose Mourinho?! 

PS: te fantastyczne zdjęcia (popatrzcie na minę Drogby - wyraża coś w rodzaju: 'ouć!') daję za 'Guardianem'.

23:36, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 21 kwietnia 2008

 

Właśnie na antenie NSportu rozmawiałem z Jerzym Dudkiem. Trochę o jego nadziejach, że jak Real Madryt zapewni sobie w ciągu dwóch tygodni mistrzowski tytuł, to Bernd Schuster  pozwoli mu dograć sezon do końca. Bo chce dać odpocząć zawodnikom, którzy wybierają się na Euro 2008, a więc i Ikerowi Casillasowi. To oznacza, że Dudek zagrałby przeciwko Barcelonie na Santiago Bernabeu 7 maja. Polak w takim meczu! To coś więcej niż mecze Liverpoolu z Man Utd. Prawie porównywalne z finałem Ligi Mistrzów.

Nie sposób było nie spytać Dudka o wtorkowy mecz Liverpoolu z Chelsea. W końcu dwa razy był po stronie wygranych w półfinale Ligi Mistrzów: w 2005 w bramce, przed rokiem tylko z ławki. Sytuacja była identyczna – Chelsea wciąż walczyła o tytuł, Liverpool już się nie liczył, a jednak Rafa Benitez potrafił przechytrzyć Jose Mourinho (nie bez pomocy arbitra, który uznał gola-ducha Luisa Garcii w meczu na Anfield).

Dudek pokonany przez Didiera Drogbę w finale Pucharu Ligi Angielskiej (fot. BBC)

 

Komu Dudek daje większe szanse tym razem. Będzie za Liverpoolem (a nie musiałby, zważywszy jak go tam potraktowano po zwycięskim finale Ligi Mistrzów). Zwraca jednak uwagę, że może przesądzić syndrom Anfield Road. W obu przypadkach tamtych zwycięskich konfrontacji Liverpool grał rewanże u siebie. A jak mówi Dudek, magia Anfield sprawiała, że piłkarze wspinali się na wyżyny, dawali z siebie więcej niż mieli. Atmosfera stwarzana przez fanów zmuszała ich do niebotycznego poświęcenia. Tym razem tego zabraknie. Interpretuje te słowa tak: pierwszy mecz to nie to samo, co rewanż, w którym masz poczucie, że wszystko rozstrzyga się i jest 'albo oni nas albo my ich'. A w pierwszym meczu, nawet przed własną superpubliką, piłkarz ma jednak świadomość, że czeka wszystko jeszcze będzie można odrobić w rewanżu. To może być ten detal, który przesądzi.

Dudek już po losowaniu stwierdził, że jego typem na finał w Moskwie jest: Chelsea – Barcelona

Ja faworyta tego meczu nie widzę. Chelsea ma wprawdzie bez wątpienia lepszych piłkarzy na każdej pozycji (oprócz Stevena Gerrarda i Fernando Torresa) ale za to Liverpool ma na ławce o niebo lepszego trenera. Trenera, który w dodatku ma farta. Jego półfinałowy rywal podobnie jak ćwierćfinałowy Arsenal wciąż walczy o tytuł mistrza Anglii. I jak Arsenal, który między meczami w Lidze Mistrzów grał w weekend arcyważne i arcyciężkie spotkanie w lidze (właśnie z Liverpoolem). A Chelsea gra w przyszłą sobotę mecz o wszystko z ManUnited…

23:32, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (19) »
niedziela, 20 kwietnia 2008

 

Gratulując Wiśle Kraków mistrzostwa Polski, zastanawiam się kogo powinna kupić, żeby wreszcie zagrać w Lidze Mistrzów? Bo to właśnie Champions League jest od lat celem i marzeniem krakowskiego klubu, a zwłaszcza jego właściciela Bogusława Cupiała, który ładuje i ładuje w drużynę i stadion pieniądze i ciągle nic z tego nie ma. „Nic” w znaczeniu, że dla klubu, który grał jak równy z równym z Lazio Rzym i eliminował efektownie Schalke 04, mistrzostwo Polski to tylko formalność.

 

W porównaniu z tamtą Wisłą Henryka Kasperczaka, a nawet tą Jerzego Engela, która przez kilkanaście minut była już w Lidze Mistrzów, ta obecna jest dużo słabsza, przegrywa właściwie na każdej pozycji, może tylko po za ławką trenerską (przecież Maciej Skorża zdobywa mistrzostwo niemal z tym samym składem, który tak zawiódł w ubiegłym sezonie). Transfery są konieczne. Pytanie, jakie.

 

Mój redakcyjny kolega Darek Wołowski radzi Wiśle na swoim blogu przeproszenie się z Kamilem Kosowskim. Zgoda, w rundzie jesiennej Kosowski i tak był największą osobowością tej drużyny. Po pierwsze jednak mam przekonanie graniczące z pewnością, że uniósłby się honorem i nie zgodził na powrót do Krakowa (przynajmniej za obecnego dyrektora sportowego). Po drugie jakże on miałby dopełnić ligo-mistrzowskiej formuły, skoro nie był w stanie zrobić tego obok niego biegali po boisku Maciej Żurawski, Kalu Uche czy Tomasz Frankowski?

 

Moim zdaniem Wisła i Cupiał powinni zrobić naprawdę wielki krok w rozwoju (swego klubu i całej polskiej ekstraklasy) i namówić na grę jednego, dwóch piłkarzy DUŻEGO FORMATU. Formatu przerastającego naszą ligę, oczywiście, nie mam tu na myśli gwiazdy światowego futbolu, szalony nie jestem. Chodzi mi o kogoś kończącego średnią europejską karierę, kto niekoniecznie chce wypełnić swoje ostanie dni w Katarze, Arabii Saudyjskiej czy Dalekiej Azji. Może (jeszcze) nie Luisa Figo. Ale może jakiś niezły ligowiec z Niemiec, może Holandii, polecony przez Leo Beenhakkera? Ktoś, kto nigdy nie otarł się o Ligę Mistrzów i chciałby spróbować, nawet z polskim klubem.

 

Pewnie jeszcze nie Roy Makaay... Ale mam na myśli np. takich piłkarzy jacy w 2003 walnie przyczynili się do wyeliminowania Wisły z Ligi Mistrzów w barwach Anderlechtu Bruksela. Obaj to obecni lub byli reprezentanci Szwecji Christian Wilhelmsson i Per Zetterberg. Pierwszy ma 31-lat i zdaje się wciąż jest zawodnikiem 2.ligowego Nantes na wiecznym wypożyczeniu (Roma, Bolton, Deportivo). Patrząc na rangę klubów, w sam raz dla Wisły. Drugi ma już 38 lat i już skończył karierę, kiedy grał przeciwko Wiśle miał lat 33 i grał jak profesor. Tak sobie wtedy myślałem, że gdyby grał w Wiśle, to nasi wywalczyliby awans. Nie mógł mieć bajońskiego kontraktu. Podaję ich nazwiska nie jako aktualne propozycje tylko trop. Kogo szukać.

 

Zwłaszcza, że odłogiem totalnym leży skauting Wisły w kluczowych futbolowo regionach świata: Afryce (czemu by nie wypatrzyć sobie kogoś jak Chinyama, Emmanuel Olisadebe) czy Ameryce Południowej (Roger czy Arboleda)?

 

Zdaję sobie sprawę z ryzyka, które być może powstrzymuje Cupiała przed takim radykalnym krokiem. Żaden najdroższy transfer nie da mu gwarancji awansu do Ligi Mistrzów w razie wylosowania powiedzmy Arsenalu, Liverpoolu, Juventusu, Fiorentiny czy Atletico Madryt a na każdy z tych klubów Wisła może trafić. Sam nie wiem jakie w tej sytuacji zdecydowałby się zaryzykować pieniądze. Ale skoro co roku udaje się takim farciarzom jak Slavoa Praga (wyeliminowali Ajax) czy FC Kopenhaga (też Ajax) czy Levski Sofia (Chievo) nie mówiąc o przysłowiowej już Artmedii Petżałce...

 

 

19:14, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (26) »
piątek, 18 kwietnia 2008

 

Konferencję Avrama Granta po czwartkowym meczu Chelsea z Evertonem na Goodison Park angielskie mediaokreśiły mianem najbardziej monosylabicznej w historii Premier League. Od dawna wiedzielismy, że Jose Mourinho to Grant nie jest, pod każdym względem. No ale ju teraz przesadził. A przecież ta wygrana pozwoliła The Blues zachować szanse na doścignięcie Manchesteru United. I całe szczęście, inaczej ich mecz na Stamford Bridge byłby o nic. Co tak wkurzyło staruszka, że ograniczył się niemal do yes/no? Przesunięcie spotkanmia na czwartek? (Daję zapis po angielsku za 'Guardianem', bo przecież wszyscy znają ten język) 

Reporter: A deserved win, Avram?

Grant: "Yes."

What particularly pleased you about the performance?

"I'm pleased."

What in particular pleased you?

After a delay: "I don't know."

Is it a relief to win here?

"Yes."

You seem lost for words. Are you more satisfied with the performance or the win?

"Both."

You seem distracted. Do you have a problem?

"No problem."

Is there an issue? "

No. I'm ok. I have nothing to say."

Do you have a message for the Chelsea fans?

"You represent the Chelsea fans?"

They must believe you are still in the title race, do you have a message for them?

"No message."

Does this result mean you are back in it now?

"I don't know."

You seem less voluble than usual. Is it because of Sky TV moving the game to a Thursday?

"Maybe it's because of you. I don't know. I am OK."

You are saying that you don't know if you are still in the title race?

"No."

Is it easier to say nothing, Avram?

"I don't what to answer. It is a good question. I don't know what to answer."

Is this because Sky?

"No. Sky is OK. I enjoy watching them."

Is it a protest against newspapers?

"No. Why?"

Why else would you come in and refuse to answer our questions?

"I answer every question."

You are two points behind Manchester United and you don't know if you are still in the title race?

"No."

Have you told the players that you don't know if you are back in the title race?

"What I tell the players is something else. You want me to tell you what I say to the players?"

We just want you to answer the question. Are you in the title race?

"I don't know."

Would you not like to gain some positive publicity for the result rather than this bizarre silence?

"I'm sorry. You can write whatever you want and I can answer what I want."

Have you ever played the yes/no game, Avram?

No answer.

 

Ja słusznie zauważyli chłopaki w Canalu + kiedy pokazywano kamienne oblicze Granta, futbol to pasja, radoć, szaleństwo, ekscytacja... Naprawdę ciężko sie domyśłić co temu facetowi daje radość i satysfakcję w tej robocie.

Avram Grant i jego brat bliźniak, Gomez Alonzo Addams z rodziny Addamsów

13:41, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (7) »
środa, 16 kwietnia 2008

 

Lista szczęśliwców nominowanych do magicznej 31. Leo Beenhakkera specjalnie mną nie wstrząsnęła. W końcu doskonale znana jest wszystkim nikłość zasobów z jakich może czerpać selekcjoner. Ciekawsze było to co Holender powiedział przed ogłoszeniem nominacji. Po pierwsze ten pean na cześć Michała Listkiewicza, ale powiedzmy, że Leo ma sentyment do swego pracodawcy, który nie zważając na niechęć polskiej myśli szkoleniowej powierzył reprezentację Polski cudzoziemcowi. To jeszcze mogę zrozumieć, w końcu Holender nie musi wiedzieć czego prezes PZPN dokonał (a właściwie czego nie dokonał, a na co przyzwolił) przez lata swoich rządów).

Ciekawsze są jednak słowa Leo, że chciałby wypełnić kontrakt i wprowadzić Polskę do mistrzostw świata w 2010 roku, ale swoją przyszłość uzależnia od współpracy z przyszym prezesem PZPN. Dokładnie zabrzmiao to tak: - Chcę wypełnić kontrakt, ale moja przyszłość jest niepewna. Zależy od tego, co będzie się działo po wyborach w PZPN. Wybory we wrześniu o ile Listkiewicz dotrzyma słowa i zrezygnuje, a potem nie będzie kandydował (a co jeśli delegaci uprą się i nie dadzą mu odejść?!)

 

Najwyraźniej do Beenhakkera dotarło, że murowanym kandydatem tzw. terenu i polskiej myśli szkoleniowej jest Grzegorz Lato. Ten sam, który nigdy nie krył się ze swą niechęcią do Holendra. I tuż po wyborze, dając wyraz niechęci PZPN-owskiego „betonu” jak jeszcze jesienią, kiedy to radził Listkiewiczowi, żeby „pokazał Beenhakkerowi drzwi, kiedy ten poprosi o przedłużenie kontraktu i podwyżkę”.

 

Zaiste szorstka, męska przyjaźń połączyłaby trenera kadry i prezesa PZPN, który jeszcze niedawno w ten sposób oburzał się na dziennikarzy, - zrobiliście z Leo cudotwórcę, a on na razie tak naprawdę nic nie osiągnął. Reprezentacja gra w kratkę, ma dobre jak z Portugalią, ale i słabe mecze, choćby z Armenią na wyjeździe czy oba z Finlandią albo ostatnią szczęśliwą wygraną z Kazachstanem. Paweł Janas przy Beenhakkerze to był gość! Listkiewicz po awansie do mundialu chciał od razu przedłużyć z nim umowę, a "Janosik" spokojnie zasugerował, by poczekać z tym do finałów. Na miejscu Michała, gdy Leo domaga się teraz przedłużenia kontraktu czy podwyżki, powiedziałbym mu wprost: "Tam są drzwi!". Naprawdę damy sobie radę bez niego..."

 

Podobno Grzegorz Lato już jakiś czas temu wynajął firmę, która ma przed walką o fotel prezesa PZPN zadbać o jego wizerunkiem. Pytanie tylko, o wizerunek u kogo? Tamte słowa musiały być muzyką dla na uszu PZPN-owskiego „betonu”. „No wreszcie ktoś temu nieudacznikowi wygarnął!”, „A co to my swoich trenerów nie mamy, żeby taką kasę płacić cudzoziemcom?” 

 

Myślę, że w Beenhakkerze tkwi wielka, że po jego nominacji najgoręcej protestowali legendarni polscy piłkarze. Ci z którymi wiążą się największe sukcesy polskiej piłki, do jakich Leo chciałby wrócić, bo uważa, że mamy niewykorzystany potencjał. To miała być jego misja. Nie podejrzewał, że zamiast na współpracę ze strony tamtych największych będzie mógł liczyć tylko na zawiść i pogardę. Po prostu nie znał jeszcze wówczas naszych sarmackich obyczajów. Najwyraźniej już dostatecznie poznał. A i my poznaliśmy go na tyle, żeby widzieć, że nie będzie walczył z oporem działaczy. Odszedłby pewnie gdyby nie czuł wsparcia prezesa PZPN, a co dopiero gdy będzie czuł jego niechęć. Może dlatego znalazł tyle ciepłych słów dla Listkiewicza.

 

15:40, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (46) »
wtorek, 15 kwietnia 2008
 

 

No dobrze, powiedzmy, że wiemy mniej więcej dlaczego Milan chce Ronaldinho. Mogli sobie Silvio Berlusconi z Adriano Gallianim powiedzieć: chłopak ma dopiero 28 lat, geniusz mu przecież nie wyparował, u nas on jeszcze zagra, ho, ho, jak za dawnych lat! A nawet jak nie to transfer i tak zwróci nam się po roku w samych koszulkach i to tych sprzedanych tylko w Chinach Kontynentalnych (czyli bez Hong Kongu).

  

Dobrze, rozumiem. Ale jakie racjonalne argumenty przemawiają za przytuleniem syna marnotrawnego Andrija Szewczenki? Po za argumentami mistycznymi: okazując miłosierdzie i przebaczając Ukraińcowi, Berlusconi we własnym mniemaniu zapewne zmywa z siebie jakieś grzechy kolejnej kampanii wyborczej czy coś takiego. Szewa w Milanie był półbogiem, wielbionym zasłużenie, ale wziął, plunął na to wszystko, miłość kibiców i prezesa, który go miał za syna i nie wiedzieć po co poszedł szukać szczęścia gdzie indziej. Tam jak w przypowieści trafił na złych ludzi, którzy go okradli z całego bogactwa (talentu). Wrócił niemal na golasa (patrz zdjęcie poniżej) ale oto dom ojca stoi dla niego otworem...

 

 

W przeciwieństwie do Ronaldinho Szewa ma już 31 lat i za sobą dwa sezony w Chelsea nieporównanie gorsze niż Brazylijczyk w Barcelonie. Okej, nie on sam jest temu winien: przyplątała się kontuzja, w szatni „The Blues” niezasłużenie przylgnęła do niego łatka przyjaciela-a-więc-szpicla-Romana-Abramowicza, a w ogóle wszystko przez żonę, która zażyczyła sobie, że nauczył się angielskiego. Jego pojawienie się na boisku zrujnowało Jose Mourinho perfekcyjną taktykę 4-3-3- z wysuniętym Didier Drogbą w ataku i dwoma wbiegającymi z boków. Czy teraz powrót ukraińskiej zachodzącej gwiazdy o wielkiej pozycji w klubie nie przyćmi tej wschodzącej, czyli 18-letniego Alexadre Pato?

 

 

Swoją drogą ciekawa jest ta włoska polityka sprowadzania wielkich gwiazd, mających szczyt kariery za sobą i reaktywowania ich, by ten szczyt osiągnęli ponownie. Tak miało być z Ronaldo i może jeszcze będzie. Tak Inter Mediolan uczynił z Luisem Figo, a nawet Patrickiem Vieira, o którego odejściu z Arsenalu mówiono na Wyspach, że Arsene Wenger wybrał najbardziej idealny moment z możliwych.

 

W Anglii za to panuje polityka zupełnie odmienna. Tam kupują zawodników młodych, mających potencjał ale i całe lata do osiągnięcia szczytu (na co nie ma przecież gwarancji). Najbardziej sztandarowymi przykładami są tu Cristiano Ronaldo, Cesc Fabregas czy Fernando Torres. Takimi byli w swoim czasie Thierry Henry, Ruud van Nistelrooy czy Arjen Robben. A za chwilę zobaczymy następnych jak Carlos Vela, Fran Merida i... Wojtek Szczęsny. Wydawało się, że Milan sprowadzając Pato, a wcześniej Kakę chce iść podobną drogą. Najwyraźniej jednak już z niej zawrócił.

 

Szczęsliwa Familia znów w komplecie?

17:21, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie