sobota, 30 marca 2013

Z okazji świątecznego oddechu w codziennej gonitwie serdecznie polecam Waszej uwadze poruszającą książkę o kulisach dopingu w kolarstwie i mechanizmach zmuszających do niego młodych zawodników, pt. "Wyścig Tajemnic", która ukała się w tych dniach. Jej narratorem jest amerykański kolarz Tyler Hamilton, mistrz olimpijski z Aten, słynny z brawurowej jazdy (w 2003 roku wygrał jeden z etapów Tour de France ze złamanym obojczykiem), ale przede wszystkim przez jakiś czas najbardziej zaufany porucznik Lance'a Armstronga. Po zakończeniu kariery w 2008 roku, którą z hukiem domknęła druga dyskwalifikacja za doping, aż na osiem lat, Hamilton postanowił wyrzucić z siebie wszystko o dopingu, kłamstwach i latach spędzonych u boku swego idola, szefa i przyjaciela w zespole U.S. Postal. Spowiadał się dziennikarzowi Danielowi Coyle'owi aż przez 18 miesięcy. Postanowił być szczery do bólu. Wyjawienie prawdy stało się dla niego równie ważne, jak jeszcze kilka lat wcześniej wygrywanie TdF. Jego opowieść odsłoniła kulisy najbardziej skomplikowanego, profesjonalnego i dopracowanego programu dopingowego w dziejach światowego sportu. Ujawnia okoliczności, w jakich Armstrong wygrał siedem razy Tour de France, jakie zabronione środki brał, jak często i jakim cudem nigdy nie został złapany. „Władzom organizacji antydopingowych potrzeba było kilku lat i milionów dolarów, żeby opracować test wykrywający EPO w moczu i krwi. Doktor Michele Ferrari potrzebował pięciu minut, żeby wymyślić jak obejść ten test" - wyjaśnia Hamilton. - Przez długie lata byłem przekonany, że jesteśmy znacznie dalej w kwestii zwalczania dopingu. Dopiero Hamilton pokazuje, jak działał ten cały proceder. Jak bardzo był zaawansowany pod względem fizjologicznym i medycznym - powiedział, wstrząśnięty po lekturze największy specjalista w Polsce od walki z dopingiem, profesor Jerzy Smorawiński.

Mnie najbardziej poruszyły w tej książce nawet nie szokujące opisy przetaczania krwi w hotelach (pierwsza rzecz po wejściu do pokoju - sprawdzić czy działają lodówki, by włożyć woreczki z krwią), świat tajemniczych laboratoriów, zaludniony przez lekarzy, którzy znajdą się kiedyś w ósmym kręgu piekielnym dla oszustów, fałszerzy i fałszywych doradców, ale opis mechanizm¦ przeciągajączch kolarza na ciemną stronę mocy. To jak entuzjazm po wdarciu się do zawodowego peletonu, zastępuje najpierw frustracja z powodu porażek, podszyta coraz bardziej dojmujących przeczuciem, że coś jest nie tak, aż wreszcie - gdy przez lata o wiele wolniejszy kolega z zespołu regularnie odjeżdża mu na luzie - zrozumienie o co chodzi i wyczekiwanie, aż i jemu lekarz zespołu zaproponuje wymarzoną czerwoną pigułkę...

Wiedzieliście kto to paniagua? Słyszeliście o zasadzie 1000 dni? Nie, to posłuchajcie fragmentu wstrząsającej opowieści Hamiltona...

(...) Zaczęło się - pięciodniowy wyścig Ruta del Sol, po nim jednodniowy Luis Puig i na deser Tour de Valencia. W każdej z tych imprez było niezwykle ciężko - wietrznie i gorąco. Rywale szybcy, a krajobraz różnorodny. Wtedy zobaczyłem, czym są i do czego służą białe woreczki. Przynosili je nasi masażyści tuż po zakończeniu każdego etapu. Trzymali je w lodówkach, w ciężarówkach mechaników. Były malutkie, rozmiarem przypominały dziecięce torebki na drugie śniadanie. Rozdawano je tylko wybranym kolarzom. Rutynowo, bez szczególnej celebracji.

Po dwóch wyścigach zacząłem się o nie starać, ale dostawali je tylko najsilniejsi z nas - Hincapie, Jekimow, Baffi, Robin - goście, którzy nieoficjalnie tworzyli drużynę A. To pokazywało mi miejsce w szeregu, odczułem, że byłem jedynie rezerwowym, kolarzem z drużyny B.

Coraz częściej słyszałem zwrot paniagua. Czasami wyrażany w smutnym, wręcz depresyjnym tonie, przez kolarzy, którzy rozmawiali o swoich słabych startach. "Skończyłbym ten wyścig wyżej, ale byłem jadącą paniaguą". Innym razem mówiono o tym z dumą. "Dojechałem w pierwszej grupie, mimo że byłem paniaguą!". Z czasem odkryłem, co to oznacza. "Pan y agua" to z hiszpańskiego "chleb i woda". Konkluzja jest prosta: jazda w profesjonalnym peletonie bez chemicznych wspomagaczy była tak rzadka, że aż warto było to podkreślać.

Próbowałem ignorować te cholerne woreczki, ale szybko zacząłem je nienawidzić. Dużo o nich myślałem. Gdy mijał mnie kolega ze wspomnianej wyżej drużyny A, przed oczami miałem woreczki. Gdy byłem już wycieńczony jazdą, w myślach pojawiały się woreczki, gdy harowałem jak wół, a na wyścigach wciąż nie mogłem konkurować z resztą, tym bardziej o nich myślałem. Mimo że nie były dla mnie, spełniały rolę paliwa. Motywowały do cięższej pracy. Chciałem udowodnić, że jestem silniejszy, lepszy bez tych torebeczek. Przekraczałem granice własnych możliwości, czując krew w gardle. Przez jakiś czas dawałem radę, jednak z czasem zacząłem się łamać.

I tu czas na ciekawą liczbę: 1000. Tysiąc dni. To czas liczony od momentu, w którym zostałem profesjonalnym kolarzem, do chwili, w której po raz pierwszy sięgnąłem po doping. Z rozmów z innymi zawodnikami wynika, że to swego rodzaju reguła. Z tych, którzy się szprycowali, większość zaczęła w trzecim roku kariery. Pierwszy rok jest pełen nadziei i entuzjazmu, szczeniaki się cieszą, że należą do elity. W drugim sezonie zaczynasz się domyślać, co jest grane. W kolejnym musisz podjąć decyzję - tak albo nie, zostajesz albo odchodzisz. Każdy miał tysiąc dni, każdy musiał zadecydować o swojej przyszłości. Z jednej strony to smutne, ale z drugiej ludzkie. Tysiąc ranków, kiedy wstajesz z wielkimi nadziejami na sukces, i tysiąc wieczorów, kiedy leżysz pokonany i zdołowany. Tysiąc dni bycia paniaguą, walenia głową w mur, pokonywania własnych ograniczeń i szukania na to innego sposobu. Tysiąc dni, w ciągu których dochodzą do ciebie kolejne sygnały, że doping jest OK, i to od ludzi, którym ufasz i których podziwiasz, którzy w kółko powtarzają: "Wszystko będzie dobrze, przecież każdy to robi". Wreszcie tysiąc dni strachu, że jeśli nie znajdziesz jakiegoś sposobu, by jeździć szybciej, to będzie koniec twojej kariery. Siła woli może być potężna, ale nie nieskończona. Gdy raz przekroczysz linię, nie ma odwrotu.

Ruta del Sol przejechałem jako paniagua. Byłem zdeterminowany, by udowodnić swoją wartość. Może nawet za bardzo. Tempo wyścigu było wręcz ogniste, podobnie jak słońce, które dawało się we znaki. Przez pięć dni przekraczałem granice własnych możliwości, chciałem dotrzymać tempa siłaczom. Gdy czułem, że moje ciało słabnie, dawałem z siebie jeszcze więcej. W kolejnym wyścigu - Tour de Valencia - było podobnie. Pięć dni ciężkich tortur. W ciągu dwóch tygodni spędzonych w Europie pewne rzeczy stały się oczywiste. Byłem zdesperowany. Przecież zawsze podejmowałem rękawicę, zawsze potrafiłem uporać się z każdym problemem.

W tym momencie mógłbym wam opowiedzieć o tym, jak uczciwym jestem człowiekiem. Mógłbym prawić, że kiedy byłem dzieckiem i dorastałem na High Street w Marblehead, nieważne w co grałem, zawsze przestrzegałem przepisów, byłem fair. Mógłbym opowiadać o honorze dziadka, który służył w marynarce wojennej, albo o tym, jak w szkole średniej sprzedawałem fałszywe bilety na wyciąg narciarski, o karze, jaką wtedy odbyłem i nauczce wyniesionej z tej historii. Nic by to jednak nie zmieniło, bo w mojej opinii decyzja o stosowaniu dopingu nie jest kwestią honoru czy charakteru. Znam wielu wspaniałych ludzi, którzy brali. Znam też wielu o wątpliwej etyce, którzy się na to nie zdecydowali.

Dla mnie liczyło się tylko to, że przez tysiąc dni byłem oszukiwany i przez ten czas nie pojawił się choćby maleńki znak, że to się zmieni. Zrobiłem więc to co inni, i to o wiele wcześniej ode mnie - dołączyłem do bractwa. Prawdę mówiąc, to oni zgłosili się do mnie. Bezpośrednio po zakończeniu wyścigu Dookoła Walencji do mojego pokoju zapukał Pedro. Mój współlokator, Peter Meinert Nielsen, był właśnie na obiedzie, więc mogliśmy porozmawiać w cztery oczy. Doktor ubrany był w to co zwykle - kamizelkę z wieloma kieszonkami, jaką zwykli noszą wędkarze. Usiadł i zadał swoje sztandarowe pytanie: "Jak leci, Tyler?". Był dobry w zadawaniu pytań. Zawsze stwarzał pozory, że faktycznie obchodzi go twój los. Więc powiedziałem mu prawdę. Wyznałem, że jestem wycieńczony, że ledwo dochodzę do prysznica. Z początku nie zareagował. Spojrzał tylko na mnie swoimi łagodnymi, smutnymi, brązowymi oczami. Chwilę później włożył rękę do swojej rybackiej kamizelki i wyciągnął małą, brązową buteleczkę. Powoli, jakby od niechcenia pokazał mi ją, odkręcił i opukał lekko palcem. W środku była tabletka, małe czerwone jajeczko.

"To nie doping - powiedział. - To dla twojego zdrowia. Pozwoli ci się zregenerować". Skinąłem tylko głową. Nadal trzymał w ręku kapsułkę. Była wypełniona płynem. "Gdybyś startował jutro, nie podałbym ci tego. Ale nie ma nic złego w tym, byś wziął to, kiedy wyścig odbędzie się pojutrze. To bezpieczne, pomoże ci nabrać sił. Twój organizm tego potrzebuje", tłumaczył. Zdawałem sobie sprawę, o czym mówi. Gdyby następnego dnia po zażyciu tabletki przeprowadzono u mnie test antydopingowy - wynik byłby pozytywny. Obaj jednak wiedzieliśmy, że badania odbywają się podczas wyścigów, a następny miał się odbyć dopiero za dwa dni. Wyciągnąłem rękę. Pedro umieścił kapsułkę w mojej dłoni. Poczekałem, aż wyjdzie z pokoju, wtedy nalałem sobie szklankę wody i spojrzałem w lustro.

To nie doping, to dla mojego zdrowia.

Dwa dni później rozpoczął się wyścig Luis Puig. Już na początku czekał nas szalenie szybki i długi podjazd, z krętą końcówką prowadzącą na szczyt. Jechałem na końcu stawki, co nie było dla mnie zaskoczeniem. Nagle jednak stało się coś dziwnego. Gdy wjeżdżaliśmy na szczyt, spostrzegłem, że z łatwością mijam kolejnych kolarzy. Nie zrozumcie mnie źle - nie stałem się nagle supermanem. Umierałem na tej górce, dawałem z siebie absolutnie wszystko. Chodzi o to, że inni umarli o wiele szybciej. Byłem w czołówce, gdy uformowała się ucieczka. Wiedziałem, co się stało.

Czerwone jajeczko, które - jak się później okazało - było tabletką testosteronu, trafiło do mojego krwiobiegu, czyniąc wiele zbawiennych zmian. Lepiej pompowało krew do moich mięśni, leczyło drobne kontuzje, poprawiało samopoczucie. Wjeżdżałem na tę górkę ulepszony, idealnie zbalansowany. Jak by to powiedział Pedro: zdrowszy. Nie jestem dumny ze swojej decyzji. Wierzę z całego serca, że byłbym silniejszy, gdybym wrzucił czerwone jajeczko z powrotem do butelki i męczył się na końcu stawki jako "paniagua". Wierzę, że gdybym zdał sobie sprawę, jaką drogę obrałem, rzuciłbym ten sport, wrócił do Kolorado, skończył college, być może zapisał do którejś z biznesowych szkół i prowadził zupełnie inne życie. Jednak nie zrobiłem tego. Wziąłem tę tabletkę, a ona zadziałała. Jechałem o wiele szybciej, czułem się zdecydowanie lepiej. Nie tylko fizycznie. Czerwone jajeczko było dla mnie znakiem nobilitacji, dowodem na to, że Pedro i reszta grupy dostrzegają mój potencjał.

Autor "Wyścigu Tajemnic": Doping? Tu nie chodzi o konfrontację "dobro kontra zło"

No i oczywiście dzięki książce poznajemy zupełnie inną twarz Lance Armstronga niż ta, którą on sam pokazywał nam przez w swoich autobiografiach, podczas batalii z rakiem. Poznajemy człowieka, dla którego liczy się w życiu tylko wygrywanie i gotów jest maszerować do celu po trupach. Nie chodzi o sam doping, którego stał się mistrzem, a jak i mistrzem kamuflażu (dowiadujemy się m.in. że dopuścił się przekupienia dyrektora laboratorium w Lozannie, by zatuszował jego wpadkę). Ale samemu szprycując się na potęgę, nie wahał się donosić do Unii Kolarskiej na najgroźniejszych rywali, że to oni coś biorą!

Jeśli zainteresowała Was książka, przetłumaczona przez mojego redakcyjnego kolegę ze sport.pl, Konrada Mazura i chcielibyście ją kupić, to w internetowym sklepie labotiga.pl dostaniecie ją ze zniżką - przy zamówieniu w odpowiednim polu wystarczy wpisać kod POLSPORT :)



17:38, francuski_lacznik , Co się wydaje
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 marca 2013

 

Złożony niemocą mecz z San Marino oglądałem z łoża boleści zamiast z trybuny prasowej, ale nawet w telewizorze zorientowałem się, że w pewnym momencie usłyszałem doping dla gości. Byłoby to nawet ujmujące, gdyby publiczność na Stadionie Narodowym chciała docenić ambicję bankowców, urzędników skarbowych, barmana, właściciela siłowni, pracownika firmy meblarskiej etc, którzy dzielnie stawili opór niedawnemu uczestnikowi Euro 2012, mało tego mało co nie zdobyli pierwszego gola od czterech lat. Niestety doping dla San Marino był szyderą wymierzoną w reprezentantów Polski, którzy rzeczywiście – jak to ujął Kamil Glik – dali dupy z Ukrainą. Ale akurat z San Marino wykonali swoje, niewdzięczne zadanie. Obyło się bez ręki Jana Furtoka, obrony karnego przez Łukasza Fabiańskiego, zrobili co musieli, choć pewnie każdy wolałby po Ukrainie wrócić do domu.

Może i nie zasłużyli sobie na takie traktowanie jakiego zaznają od swoich kibiców polscy siatkarze, którym wybaczana jest każda porażka, którzy słyszą „Polacy, nic się nie stało” nawet jeśli prowadzili 2:0, mieli piłkę meczową, a jednak wtopili. Ale siatkarze mogą też rzucić na stół worek medali z największych imprez, dla naszych piłkarzy sukcesem jest sam awans. Ale szydera z własnych zawodników, nawet jeśli zawodzą, dają z siebie za mało jak z Ukrainą czy Czechami na Euro 2012, jest dla mnie czymś niepojętym. Darek Tuzimek nazwał to na swoim blogu wręcz wieśniactwem i przegięciem. To niezrozumienie tego po co przychodzi się na mecz. Uważam, że Waldemar Fornalik zrobił krzywdę Marcinowi Wasilewskiemu, wypuszczając go w takim meczu (a zwłaszcza po takim meczu) na kilka minut, żeby dociągną do 60. występu w kadrze i wstąpił do Klubu Wybitnego Reprezentanta (inna rzecz czy ten klub ma jeszcze sens). Słusznie stwierdził gdzieś Wojtek Kowalczyk, że Wasyl powinien zagrać w kadrze jeszcze jeden mecz – pożegnalny, wraz z Jerzym Dudkiem przeciwko Liechtensteinowi. Ale wygwizdanie Wasyla przez własnych kibiców było czymś haniebnym. Ten facet wchodził na murawę z orłem na koszulce, tym samym, którzy gwiżdżący mieli na szalikach, czapkach, flagach. Co za ironia, że w mieście akurat pojawiły się plakaty z jego wizerunkiem i tytułem filmu „Będziesz legendą”. Nie w Polsce, Wasyl.


 

Nie tylko o mecz z Ukrainą, ale o kibicowanie reprezentacji na Stadionie Narodowym w ogóle. Na Euro 2012 szaleństwa nie było, ale i wpadek. Kibice podpadli mi jeszcze z Portugalią, kiedy zamiast docenić, że gra przed nimi jeden z najlepszych piłkarzy świata, gwizdali na Cristiano Ronaldo. Sytuacja powtórzyła się podczas meczu z Portugalia – Czechy. Z Ukrainą raziło mnie już nawet nie gwizdanie na własnych, nieporadnych piłkarzy ale po prostu brak dopingu. Takiego zwykłego. Jak stwierdził dobitnie na antenie TOK FM Jan Krzysztof  Bielecki żenujące było, że 57 tys. ludzi zostało przekrzyczanych przez dwa tysiące Ukraińców. Były premier przytomnie zauważył, że byłoby to nie do pomyślenia na meczu ligowym, gdzie struktura kibiców jest zupełnie inna niż na meczach reprezentacji. - Na kadrę - jak powiedział kiedyś były irlandzki pomocnik Roy Keane - przychodzą ci, którzy jedzą kanapki z krewetkami. Na spotkaniach ligowej jest dużo młodzieży. Czasem zapiekłej, czasem przekraczającej reguły gry. Ale oni nigdy by nie wymiękli. Nie chcę wymieniać klubów, ale do głowy przychodzą mi przynajmniej trzy, których fani nigdy nie wymiękają. Nawet przy wyniku 1:3 krzyczeliby tak, jakbyśmy wygrywali. Ci z krewetkowymi kanapkami przyszli jak do teatru, a że w teatrze było słabo, to się poddali i tylko zagwizdali na koniec meczu.

A mi marzą się mecze reprezentacji (ligowe zresztą też) z kibicami nie ciągnącymi oprawę bez względu na wydarzenia na boisku. Okej, ten nieustanny doping, czy nasza drużyna prowadzi 2: czy przegrywa 0:2 i właśnie traci mistrzostwo pewnie jakoś tam pomaga zawodnikom, atmosfera jest świetna. A jednak wolałbym żeby reagowali huraganowym dopingiem, gdy nasi  prą do przodu, wzdychali całymi sektorami, gdy piłka trafi w słupek, lub minimalnie go minie. Gwizdali przeraźliwie gdy tylko rywal znalazł się przy piłce. Gdyby tak było z Ukrainą, może nasi nie zostawiliby gościom aż tyle miejsca, doskakiwali natychmiast z mordem w oczach, bo przy takich trybunach inaczej nie wypada. Ostatnio coś takiego widziałem w Podgoricy. Tam ten szaleńczy doping aż niósł piłkarzy Czarnogóry, aż przekraczali oni własne bariery, mówię o tych, mniej utalentowanych od Stevana Joventića czy Mirko Vucinića. Pewnie to pozwoliło im właśnie  znów zremisować z Anglią. Oczywiście nie ma tu na myśli petard rzucanych w Przemka Tytonia, ale atmosferę iście ze stambulskich stadionów, gdzie przyjezdni po wyjściu na murawę natychmiast chcą wracać do domu, a miejscowi zaczynają czuć krew i mogą umieć mniej od swoich rywali, ale na pewno im nie odpuszczą.

Krewetkowym skrytożercom stanowcze na trybunach mówię stanowcze „nie!” Szyderę róbcie sobie w pubach i przed telewizorem, ale jeśli ktoś idzie na reprę na trybuny niech jednak pewien kodeks zachowań obowiązuje!



poniedziałek, 25 marca 2013



Boniek musi coś zrobić z Fornalikiem – pisze na pierwszej stronie Gazeta Wyborcza. Co niby miałby zrobić prezes PZPN z selekcjonerem po porażce z Ukrainą po takiej grze? Przecież nie dać podwyżkę ani przedłużyć kontrakt. Znaczy – zwolnić. W innych mediach też spekulacje na temat końca misji selekcjonera. Na antenie TOK FM w programie Przy niedzieli o Sporcie były premier Jan Krzysztof Bielecki spekulował, że Boniek może być skłonny do zastąpienia Fornalika międzynarodowym autorytetem dla piłkarzy. – Boniek może stwierdzić, że Fornalik to stare rozdanie prezesa Laty, które się nie sprawdziło, jak wiele elementów rządów tego prezesa. Więc pod rządami Bońka będzie nowy trener, który stanie się międzynarodowym autorytetem dla piłkarzy. Więc wrócimy do historii powołania Leo Beenhakkera, ale tym razem nie będzie to Holandia, a raczej jakiś półwysep. Wydaje mi się, że do tego zmierzamy. Chcąc bawić się w politykę, można powiedzieć, że mecz z San Marino będzie ostatnim Waldemara Fornalika w roli selekcjonera. Są teorie, że jeśli danemu trenerowi nie idzie, trzeba to po prostu przeciąć. Prezes Boniek jest w bardzo komfortowej sytuacji. Zostaje mu ten ostatni ruch, by odciąć się od poprzednika. Pytanie, kiedy wyciągnie tego asa z rękawa, kiedy zagra, przekonując opinię publiczną. Może zagrać po San Marino – stwierdził były premier.

Mateusz Borek, komentator Polsatu nie przesądza, że do zmiany dojdzie tuż po wtorkowym spotkaniu, ale podkreśla, Boniek ma świadomość, że taka gra reprezentacji to psucie biznesu. - Nie zamazujmy rzeczywistości: Fornalik to trener poprzedniej ekipy, namaszczony przez Antoniego Piechniczka. Boniek od lat zna zasady zawodowego biznesu: wygrywasz - jesteś dobry, przegrywasz - arrivederci. Boniek chciał dać Fornalikowi parasol, mówiąc, że mundial nie jest celem ostatecznym. Ale też widzi, że nie ma w drużynie chemii, pomysłu, taktyki, wpływu trenera na największych gwiazdorów.

Czy to dobry moment, żeby zwalniać selekcjonera, którego dopiero co – w październiku - nosiliśmy na rękach za niezły początek eliminacji i dobry mecz z Anglią na Narodowym, przegrany właściwie pechowo? Którego chwaliliśmy za otwarcie kadry na młodych jak Arkadiusza Milika, Grzegorza Krychowiaka czy Pawła Wszołka, reagowanie na to kto jest w jakiej formie, a nie trzymanie się żelaznej czternastki bez względu na wszystko. Dziś jednak eliminacje do brazylijskiego mundialu są już praktycznie przerżnięte (oczywiście istnieje jeszcze matematyczna szanse na 2. miejsce, zakładająca m.in. wygrane na Wembley i w Kijowie). Owszem, w meczu z Ukrainą selekcjoner popełnił rażące błędy:  postawił na zawodników, którzy w obecnej formie nie mieli prawa dostać szansy jak Sebastian Boenisch czy Marcin Wasilewski. Ten pierwszy przeczłapał cały mecz i miał udział przy każdej straconej bramce – Kubie Wawrzyniakowi na jego pozycji też zdarzały się błędy, ale jednak nie da się o nim powiedzieć, że nie walczył. Boenisch odpuszczał całe 90 min. Dla grzejącego ławę w Anderlechcie Wasyla Fornalik nie znalazł alternatywy, bo nie wypróbował ani Piotra Celebana ani Artura Jędrzejczyka. Nie dał im szansy podobnie jak Franciszek Smuda nie dał przed Euro szansy Kamilowi Glikowi. Może zbawili by defensywę może nie, nie wiemy tego, nie sprawdziliśmy. Selekcjoner chyba przesadnie zaufał też formie Macieja Rybusa, który po przylocie do Warszawy na mecz mówił nam, że sam jest ciekawy w jakiej jest formie po dwóch kolejkach ligi rosyjskiej. Czy z całej ławki rezerwowych to właśnie Kuba Kosecki, w wiosennej formie z Legii był idealnym remedium na odwrócenie losów spotkania.

To błędy selekcji w jednym tylko meczu, ale Boniek niestety ma rację, że nie o jeden mecz chodzi, ale kadra z każdym kolejnym –z Urugwajem, Irlandią, Ukrainą - stawia wyraźne kroki wstecz. Fornalik tak jak poprzednik nie znalazł pomysłu na wykorzystanie potencjału trójki z Dortmundu. W piątek znów przeraźliwie samotny w ataku Robert Lewandowski wracał się po piłkę na  środek zamiast warować na piłkę w polu karnym. Gdy tylko piłkę dostawał Kuba Błaszczykowski z miejsca kopało go po kostkach trzech, a czasem nawet czterech rywali – trener Ukrainy potrafił nas doskonale przeczytać i znaleźć prosty sposób, żeby wybić na futbol z głowy. Ani w tym ani w żadnych innym spotkaniu nie zaprezentowaliśmy wyćwiczonych wariantów taktycznych, które grane na pamięć dałby dobry efekt. Nadal nie mamy pomysłu ani na rogi ani rzuty wolne. Możemy narzekać, że nie mamy wybitnych piłkarzy – choć przecież w dużej mierze dzięki trzem z nich Borussia Dortmund zagra o półfinał Ligi Mistrzów – pamiętam jednak, że Leo Beenhakker potrafił na początku wykrzesać z przeciętniaków więcej niż oni sami umieli. Zwłaszcza jeśli byli do tego odpowiednio zmotywowani. Ja w piłkarzach Fornalika nie widziałem jeszcze takiego mordu w oczach ani takiej woli zwycięstwa, jak - mimo całej swej ułomności – w piłkarzach reprezentacji Czarnogóry w Podgoricy czy Ukrainy w Warszawie.  Tak jak nie widziałem w piłkarzach Smudy przed najważniejszym meczem w ich życiach – z Czechami na EURO 2012. Wraca pytanie sprzed nominacji: czy Fornalik ma wystarczający autorytet u zawodników, zwłaszcza, że gra najbardziej zagraniczną kadrą w dziejach – mecz z Ukrainą zaczynał tylko jeden ligowiec, Daniel Łukasik żeby wymóc na nich takie podejście, siłą, strachem lub miłością i oddaniem?

Nie jestem zwolennikiem zwalniania trenerów po jednym przegranym meczu i zastępowania go kandydatem wyciągniętym z kapelusza, na szybko, w emocjach. Takie działanie upodobniłoby Bońka do byłego prezesa Polonii, Józefa Wojciechowskiego. W loży prezydenckiej padło nazwisko Marco Tardellego, kolegi Bońka z czasów Juventusu Turyn, asystenta Giovanniego Trapattoniego w reprezentacji Irlandii. Nie idźmy tą drogą. Nie mam pojęcia czy Tardelli byłby dobrym czy złym trenerem dla naszej kadry, czy umiałby z drużyny wycisnąć to co udawało się Leo w latach 2006-2008. Oczekuję po prostu nie impulsywnej i ryzykownej decyzji prezesa PZPN, ale przemyślanego wyboru, popartego przeglądem kandydatów i rozmowami z nimi o wizji. Najpierw takiej czy to właściwy moment, czy czekamy do definitywnego końca eliminacji. Boniek musi podjąć wewnętrzną decyzję czy Fornalik powinien prowadzić drużynę do Euro 2016 (dokąd awans z czwartego koszyka wcale nie będzie taką oczywistością jak nam się wydawało). Jeśli nie, to czy czekać ze zmiana do października czy robić ją teraz, żeby następca zdołał ogarnąć temat.

Nazwisko Tardellego z jednej strony pozawala żywić nadzieję, że w ewentualnym przyszłym konkursie nie zostaną wykluczeni trenerzy-cudzoziemcy, a słowa Bońka, że nie wyobraża sobie by reprezentanci Polski nie mówili po polsku, nie odnoszą się do selekcjonera. Z drugiej stronie nie chciałbym, żeby na liście życzeń prezesa PZPN widnieli sami Włosi, albo jego byli zawodnicy Juventusu (chociaż Antonio Conte... ;) Żaden polski trener nie daje najmniejszego cienia nadziei, że ułożyłby z tych zawodników lepszą kadrę niż Fornalik.


sobota, 23 marca 2013

 

- Trzeba to powiedzieć wprost: daliśmy dupy. Ukraińcy jeździli na dupach, jak szli to trawa aż fiurgała. Bardziej im zależało niż nam – powiedział mi po porażce z Ukrainą Kamil Glik. Artur Boruc – najmniej winny piątkowej klęski - zastrzegł, że wygrywają i przegrywają jako zespół, więc nie będzie nikogo wytykał palcem, ale niektórym zabrakło ambicji i charakteru. - Nie można tak grać u siebie! – mówił, a któremuś z kolegów powiedział, że honor zostawili w szatni. O braku zaangażowania przeciwko grającym jak o życie Ukraińcom mówił też Grzegorz Krychowiak. I w tym tkwi sedno tej porażki. W starciu z Ukrainą nie byliśmy bezradni z powodu niższych umiejętności, gorszej techniki i rozwiązań taktycznych jak w meczu z Hiszpanią (nota bene wczoraj w Gijon mistrzowie świata i Europy stracili punkty z Finlandią, która wyrównała w końcówce). Ukraińcy popełniali błędy tak jak i Polacy, ich bramkarz Pjatow wypuszczał piłkę z rąk, wykopywali piłkę bez pomysłu przed siebie, tracili ją.

Jak się okazało, słabi trafili na jeszcze słabszych. A raczej równie słabych, ale jeszcze mniej zaangażowanych. Bo Ukraińcom - jak to ujął Kamil – chciało się jeździć na dupach. Jak przystało na facetów walczących o wyjazd na mundial w Brazylii. Nasi zaś wyglądali tak, jak wygląda zespół, który przyjechał na niechciany mecz towarzyski w zimnej temperaturze: zagrajmy go i jak najszybciej zapomnijmy. Niestety, bolesny ślad tej klęski widnieje w tabeli naszej grupy. Na papierze o odmiennym podejściu obu drużyn do meczu świadczy dysproporcja w ilości żółtych kartek. Na boisku wystarczyło, że dużo więcej biegali i cięli naszych równo z trawą. Gdy tylko któryś z naszych dostał piłkę, ostro wchodził w niego rywal, na granicy ukarania kartką. Uderzenie w mięsień przy tak zimnej temperaturze nie jest przyjemne. Że brzydkie to, mało wyrafinowane, niesportowe. Na Anglię, Niemcy czy Szwecję może byłoby za mało. Na nas wystarczyło.

Dlatego mniej mnie zajmuje kwestia czy słusznie Radek Majewski zaczął w pierwszym składzie, czy Kuba Wawrzyniak nie dałby się tak dziecinnie ogrywać jak Sebastian Boenisch. Patrząc na grę Ludo Obraniaka w drugiej połowie nie miałem poczucia, że grając od pierwszej minuty zbawiłby kadrę (choć być może lepiej egzekwowałby stałe fragmenty).  Nie mam pretensji do Waldemara Fornalika za pięć zmian w porównaniu z meczem z Anglią, za sięgnięcie po drugoligowca z Championship, za postawienie na młodych (na pewno nie za młodych, choć mało doświadczonych), wybijających się w szarzyźnie Ekstraklasy jak Daniel Łukasik czy Kuba Kosecki. Ani za postawienie na siedzącego ostatnio głównie na trybunach Marcina Wasilewskiego - czy rezerwowy Betisu Damien Perquis zagrałby o niebo lepiej niż rezerwowy Anderlechtu? Czy zagrali kosztem pominięcia naprawdę dużo lepszych i piłkarzy, którzy daliby odrobinę większą nadzieję na sukces?

Problem w zbyt słabym zmotywowaniu piłkarzy do walki – trener sam się dziwi czemu jego zawodnicy grali aż tak czysto. Problem w chaosie taktycznym utrwaleniu klarownych schematów gry, które w trudnych chwilach dałyby szansę na sukces. Ukraińcy mieli takie schematy dwa, co przy ich determinacji i strzelili trzy gole. U nas, ostatni raz miałem takie poczucie za wczesnego Leo Beenhakkera z eliminacji do Euro 2008, że dzięki tchnięciu w naszych piłkarzy wiary i podaniu na tacy kilku rozwiązań, zagrali oni dużo lepiej niż potrafili i sami wierzyli, że umieją.

wtorek, 19 marca 2013

Przyznam, że sporo meczów widziałem w życiu, ale nie przypominam sobie takiego obrazka jak ze spotkania Podbeskidzie - Śląsk Wrocław: zawodnik zdobywa w doliczonym czasie, pięknym strzałem z woleja gola na wagę punktu, chroniąc tym samym mistrza Polski i jednego z kandydatów do tytułu przed kompromitacją w starciu ze spadkowiczem (już prawie) i zostaje kompletnie zlany przez kolegów. Z gratulacjami, poklepać strzelca po plecach biegnie tylko Eric Mouloungui. Widocznie nikt nie wytłumaczył Gabończykowi co jest grane, że tego kolesia się bojkotuje. Najwyraźniej nikt nie przewidział, że Łukasz Gikiewicz może zdobyć bramkę - to jego pierwszy gol na wiosnę i zdaje się, że dopiero trzeci w sezonie. Trudno, żeby było więcej. Zdumiewający był już sam fakt, że w ogóle zagrał, mimo jawnego wykluczenia przez resztę zespołu, w czym musiał się zorientować nawet trener-cudzoziemiec, który tę dramatyczną decyzję podjął patrząc na przeraźliwie słabego Cristiana Diaza, a z Johanem Voskampem musi być zapewne jeszcze gorzej.

Oczywiście przyczyny bojkotu Gikiewicza są wszystkim znane - zawodnicy Śląska nie akceptują go, po tym jak podkablował Patrika Mraza, który przyszedł na trening pod wpływem alkoholu, przez co ze Słowakiem natychmiast rozwiązano kontrakt. Nawet jeśli zrobił to niechcący, wkurzony indolencją kolegi na treningu, to zbyt głośno i stało się. Objął go ostracyzm. Koledzy z drużyny uznali go za donosiciela, kapusia, konfiturę - jak mawia Artur Szpilka... - Kto się wyłamuje, ten jest eliminowany - tłumaczył kapitan Śląska, Sebastian Mila. Przestali mu podawać rękę, kazali jemu i bratu przebierać się oddzielnie, próbowali wymóc na prezesie klubu transfer (Gikiewicz był bliski odejścia do GKS Bełchatów, ale sprawa upadła po odejściu Michała Probierza). Z tego, co słyszałem piłkarze sami ustalili karę grzywny za podania do Gikiewicza na treningach, nie wiem czy nadal obowiązuje, mam nadzieję, że Waldemar Sobota nie będzie musiał wyskoczyć z kilku stów za tę asystę - zdaje się, że nie mierzył do banity, ale posłał piłkę na aferę w pole karne.

Nie mam pojęcia czy piłkarze przesadzają z bojkotem czy też mają rację i święte prawo do niego, bo nigdy nie byłem częścią żadnej szatni, więc nie potrafię ocenić. Wiadomo, że są szatnie, z których na zewnątrz nie wydostaje się nic co się w nich dzieje, albo jeśli już to po wielu latach. Nie ma dla mnie znaczenia poziom sportowy Gikiewicza, ani nawet to, że wcześniej w meczu z Podbeskidziem bezczelnie przysymulował faul w polu karnym (jedenastki nie wykorzystał Mila, ponieważ jego metodę wykonywania karnego sprzedał bramkarzowi gości były piłkarz Śląska, Dariusz Pietrasiak, ale nikt nie nazywa go zdrajcą, sprzedawczykiem, bo już jest częścią innej szatni). Po prostu to niesamowicie smutny obrazek, kiedy drużyna nie cieszy się z ważnego gola, nie chce pogratulować strzelcowi. Dzieje się tak czasem, gdy gol jest honorowy, na 1:4 albo 1:6. Albo kiedy drużynie z różnych względów - ale przeważnie tych, o których myślimy - nie zależało na wygranej. Łukasz Gikiewicz musi mieć niezwykle silny charakter i wsparcie w bracie, żeby nadal grać w Śląsku i jeszcze strzelać ważne bramki. Inni straciliby motywację, a jeszcze wcześniej nerwy.

Ciekaw jestem czy ten bojkot jest dożywotni? Mila stwierdził na oficjalnej stronie klubu, że odetchnęliśmy, kiedy Łukasz zdobył gola, czy mu wybaczą czy Bóg wybacza, drużyna nigdy? Czy gdyby kiedyś np. Mila z Gikiewiczem spotkali się na zwijce w innym kiciu, to znów pierwszy kopsnąłby wianek, że tamten chleje fąfli? 



00:59, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (23) »
środa, 13 marca 2013

 

Gdybym mógł w tym momencie odsłuchać dowolne nagranie dowolnego tajnego spotkania kilku prominentnych osób w ostatnich dniach, uzyskane podstępem przy pomocy ukrytych mikrofonów, drona wielkości komara (widziałem takie cacko) czy inwigilacji rodem z Wroga Publicznego z Willem Smithem, bynajmniej nie byłby to zapis watykańskiego konklawe. Byłaby to narada w barcelońskiej restauracji Can Ferran, zwołana przez Xaviego, w której najważniejsi zawodnicy Blaugrany ustalili konieczność przeprowadzenia remontady w meczu z Milanem i debatowali jak jej dokonać (zwłaszcza, że nigdy dotąd, przynajmniej w erze Guardioli przeprowadzanie spektakularnej remontady nie było konieczne). Xavi i Carles Puyol regularnie spotykają się tam, by omawiać bieżące problemy drużyny. Tym razem uznali, że sprawa jest poważna - w przegranych meczach z Milanem i oboma z Realem Madryt wyraźnie zabrakło przywództwa trenera i dowodzenia z ławki - więc doprosili na kolację kilku kluczowych zawodników jak Andres Iniesta, Victor Valdes, Sergio Busquets i Leo Messi.

Wszyscy zgodnie przyznali, że każdy musi dać z siebie więcej, by odmienić złą passę. Że inspiracją musi być choroba Tito Vilanovy i triumf Erika Abidala nad własną. Podobno gdy doszło do debaty nad taktyką, głos zabrał milczący dotąd Messi, który wyszeptał, że chciałby, że w starciu z Milanem chciałby mieć przed sobą Davida Villę. Jak pisze na blogu Darek Wołowski, z którym co jakiś czas pisujemy wspólnie do Newsweeka, dla dziennikarzy hiszpańskich było to o tyle zaskakujące, iż kilka razy w tym sezonie donosili o nieporozumieniach obu graczy. Czterokrotny laureat Złotej Piłki doszedł jednak do wniosku, że jeśli ustawiony na środku ataku Villa ściągnie na sobie uwagę stoperów, on łatwiej znajdzie odrobinę przestrzeni.

Jak wiadomo, w klubie z Katalonii każde życzenie Messiego jest święte. Jeden z hiszpańskich dziennikarzy przekonywał mnie, że między pozycją Argentyńczyka w Barcelonie i Cristiano Ronaldo w Realu istnieje przepaść. Wymagania wobec tego pierwszego idą w parze ze spełnianiem praktycznie każdej jego zachcianki, Portugalczyk nie może liczyć na tak ślepe wsparcie ani trenera, ani prezesa, ani kolegów z drużyny...

Najwyraźniej każdy z piłkarzy wypełnił obietnice złożone w Can Ferran. Każdy z zawodników zdobył się na najlepszy występ w tym sezonie, a może nawet od czasu odejścia z drużyny Pepa Guardioli. Valdes nie popełnił błędu, Iniesta z Bisquetsem grali świetnie, Xavi - po raz pierwszy od dawien dawna - wybitnie. Jego podania, zwłaszcza to przy golu Villi były fenomenalne. Gole Messi, były arcydziełem, kolejnym przebłyskiem geniuszu. Nie potrzebował przy nim nawet pomocy Villi w odwróceniu uwagi obrońców. Miał wokół siebie pięciu rywali, ale strzelił w sposób nieprawdopodobny i załamujący dla bramkarza.

Pytanie czy to remontada permanentna i Barca znów jest starą, dobrą Barcą, czy chwilowa. jak to możliwe, że trzeba było narady w Can Ferran, żeby po meczu, w którym oddała jeden celny strzał na bramkę Milanu, w rewanżu zmiotła go z powierzchni ziemi? I czy czyni ją to automatycznie faworytem do wygrania Ligi Mistrzów, spychając z piedestału rewelacyjny Bayern i przemocny Real Madryt z Cristiano Ronaldo w formie tak świetnej, że wydawało się, iż przy takim spadku formy Barcy wreszcie odzyska upragnioną Złotą Piłkę? Mój redakcyjny kolega Misza uważa zresztą, że o ile Barca byłaby faworytem w starciu z Bayernem, to już z Realem nie.

Na koniec rozwiązanie szybkiego konkursu. Zwyciężył Kibic_Janusz, który powinien zmienić nick na Wróżbita_Janusz. Jakżeś, człowieku przewidział to czego nikt z nas nie potrafił przewidzieć? Nawet najwięksi optymiści i życzliwi Barcy stawiali na 2:0 i wygraną w karnych, ewentualnie 3:0 lub 4:1. Tiki-taka all the time. Do przerwy przewaga Barcy udokumentowana dwiema bramkami. Po przerwie szybki gol na 3-0, później napór Milanu i kontra FCB na 4-0. Do końca wynik bez zmian. Barca kontroluje przebieg meczu wykonując setki podań, Milan napiera, ale bez efektu - napisał trzy godziny przed meczem, a słowo stało się ciałem. Gratulacje! Wysyłam album Barca. Emocje jak tylko dostanę adres:)



wtorek, 12 marca 2013

 

Czy dziś na Camp Nou piłkarze Barcelony będą mieli takie powody do radości jak na obrazku powyżej? Futbol jest na tyle nieprzewidywalny, że nie da się tego definitywnie i automatycznie wykluczyć. Mimo, że tak wiele przemawia przeciwko gospodarzom: przede wszystkim forma w ostatnich meczach. I forma rywali - Milan w tym roku nie przegrał żadnego z 10 meczów. I historia, bowiem nigdy w historii Champions League jeszcze się nie zdarzyło, by zespół, który przegrał w pierwszym spotkaniu 0:2 na wyjeździe, awansował dalej. Zdarzyło się za to by drużyna odrobiła jeszcze wyższe straty i to właśnie z AC Milan, wówczas dużo, dużo silniejszym niż obecny. W 2004 roku Deportivo La Coruna uległo San Siro ulegli 1:4, by w rewanżu rozgromić rywali aż 4:0! Czy to szczęśliwy omen dla Katalończyków, że w ostatni weekend właśnie z Deportivo wygrała 2:0 w ostatniej kolejce ligowej? Jeśli Barca chce awansować na pewno nie może kierować się omenami ani historią.

Musi zapomnieć, że w ostatnich latach potrafiła rozgromić na Camp Nou Bayern Monachium 4:0, Arsenal 4:1 czy Bayer Leverkusen 7:1, bo na ławce zasiadał Pep Guardiola. Za Jordiego Roury, asystenta Tito Vilanovę Katalończycy nie są tak skuteczni. Jakąś nadzieje niesie to, że w weekend odpoczywali kluczowi piłkarze z Leo Messim na czele i, że po kontuzji wraca Xavi, Barca powinna więc mieć siły na ewentualną walkę przez 120 minut, jeśli będzie trzeba. I jeśli się uda wcześniej strzelił Milanowi dwa gole. By tak się stało, Katalończycy nie mogą stracić gola - w meczu z Deportivo nie stracili po raz pierwszy od 13 spotkań - i musi liczyć, że Milan nie będzie w stanie drugi raz zagrać równie perfekcyjnie i konsekwentnie w defensywie co na San Siro.

Mój redakcyjny kolega Rafał Stec przestrzega Barcę, że Milan to drużyna stworzona do wielkich celów. Ma w DNA przygotowanie by błyszczeć w ważnych międzynarodowych meczach jak ten. W XXI wieku zdobyła dwa Puchary Europy, przegrała jeden finał i kilka razy była w półfinale, a w tym czasie zdobyła tylko dwa mistrzostwa Włoch. Potrafi wycisnąć z siebie więcej, gdy patrzy cała Europa - mówi.

Jak będzie dowiemy się już wkrótce, tymczasem szybki konkurs, w którym do wygrania piękny album ‘Barca. Emocje’ z prologiem Xaviego, wydany właśnie przez wydawnictwo Sine Qua Non. Czy dla jakiegoś kibica stanie się pocieszeniem po dotkliwej porażce z Milanem i odpadnięciu z Ligi Mistrzów już w ćwierćfinale, co definitywnie odedrze z Barcy miano najlepszej drużyny świata? Czy przedstawione w niej emocje nie będą tylko wspomnieniem ale przygrywką do kolejnych czekających nas w ćwierćfinale, półfinale, finale...

Żeby ją wygrać, trzeba napisać w komentarzach... co się wydarzy dziś wieczór na Camp Nou. Wynik, ale i przebieg meczu. Np: pierwsza połowa bez bramek, Barca wyprowadza szaleńcze ataki, wali głową w mur, Milan mądrze się broni, w drugiej połowie tiki-taka wreszcie przynosi efekty, osłabiony naporem Milan popełnia dwa błędy, które w ciągu pięciu minut dwa razy wykorzystuje Messi. 2:0, dogrywka. Pod koniec pierwszej połowy Abbiati fauluje w polu karnym Alexisa, karnego wykorzystuje Messi... Albo: Barca atakuje, ale pod koniec pierwszej połowy po szybkiej kontrze El Shaarawy zdobywa gola dla Milanu, z Barcelony uchodzi powietrze, w 74. minucie wyrównuje po strzale Alvesa, ale na nic więcej rywale nie pozwalają...

Coś w tym stylu. Do roboty, bo czasu bardzo mało. Deadline mija wraz z pierwszym gwizdkiem;)



piątek, 08 marca 2013

Trener Waldemar Fornalik po trzech latach przerwy powołał do reprezentacji Polski na mecze z Ukrainą i San Marino w eliminacjach Radosława Majewskiego (mam nadzieję, że to nie zły omen, że akurat na mecz z Ukrainą, której - we Lwowie - Radek zachwiał swą reprezentacyjna karierą). Pomocnik Nottingham Forest zbiera świetne recenzje za grę, nastrzelał ostatnio sporo goli, w dodatku gra w lidze, w której chłopcy stają się mężczyznami, co się właśnie w jego przypadku zdarzyło. Z drugiej strony Champinship to jednak 2. liga angielska, do reprezentacji Anglia się z niej raczej nie trafia, czy dobra gra w niej powinna być przepustką do reprezentacji Polski?

Czemu nie, skoro nie mamy ani Stevenów Gerradów ani Franków Lampardów, mamy za to np. Ludovika Obraniaka, między którym a resztą drużyny wyraźnie nie ma chemii, ani na boisku ani poza nim. Czy Majewski nawet w najwyższej championshipowej formie może być alternatywą dla Ludo, zawodnika Ligue 1? Brak chemii jest problemem dla Fornalika. Obraniak od otrzymania polskiego paszportu w 2007 roku nie raczył nauczyć się języka, w kadrze jest więc wiecznym outsiderem. Mnie jako dziennikarza wkurza, że nie mam kontaktu z reprezentantem Polski, nie mogę go o nic spytać, niczego ustalić. Ja jestem nieważny, gorzej, że to samo dotyczy kolegów z drużyny.

Mój redakcyjny kolega Robert Błoński przyznaje, że Ludo nie zasymilował się z kadrą, ale też nie zgadza się z nagonką na zawodnika Bordeaux. Uważa, że na boisku Obraniak się broni: asystował na 2:2 z Czarnogórą, asystował na 1:1 z Anglią. - Może nie współpracuje z Robertem Lewandowskim jak Mario Goetze czy Marcusem Reus w Borussii, ale i tak jest przydatny kadrze. Może i jest zmanierowany, macha rękami, kopie bidon, ale to samo robi w Bordeaux - mówi. I przyznaje, że może Ludo i trochę na tę ławkę zasługuje, może posadzenie na nią odniesie dobry skutek? W Pucharze Ligi Francuskiej wściekły Obraniak wchodził z ławki i strzelał bramki, z finałem włącznie...

 

 


środa, 06 marca 2013

 

Kiedy zobaczyłem jak sędzia Cuneyt Cakira pokazuje czerwoną kartkę Naniemu, chciałem w ślad za Didier Drogbą krzyczeć o f*** disgrace. Do tego momentu Manchester United kontrolował mecz z Realem Madryt. Prowadził 1:0 po wymuszonym błędzie Sergio Ramosa, kolejne gole nie padały tylko dzięki heroicznej postawie Diego Lopeza (który przy jeden interwencji dosłownie udowodnił, że ma cojones do samej ziemi). Wszystkie kontrowersyjne decyzje Aleksa Fergusona okazały się strzałami w ‘10’: młody Danny Welbeck rzeczywiście lepiej wyłączył z gry Xabiego Alonso niż zrobiłby to posadzony na ławce Wayne Rooney (to votum nieufności dla gwiazdy reprezentacji Anglii może mieć dalsze konsekwencje aż po jego transfer latem do PSG, o czym ostatnio spekulował The Times), 39-letni Ryan Giggs udowadniał, że zasługuje na ten występ nie tylko z powodu jubileuszu 1000. meczu w karierze, nawet odkurzony z niebytu Nani dawał radę. MU był zdecydowanie lepszy.

Czerwona kartka w meczu na takim poziomie, o taką stawkę, miedzy tak wyrównanymi drużynami musiała przesądzić o losach spotkania. Wiedzieliśmy, że losy meczu może rozstrzygnąć jeden błąd którejś ze stron, wydało mi się haniebne, że ten błąd popełnił arbiter.

Ja wiem, że według nowych przepisów FIFA, wymuszonych przez samych zawodników i trenerów po koszmarnych kontuzjach każde zagranie, które niesie za sobą niebezpieczeństwo odniesienia kontuzji, powinno zostać karane czerwoną kartką. To całkiem słuszny przepis. Tylko, że Cakir zastosował go absolutnie bez wzięcia po uwagę ducha gry. Jak policjant z drogówki, dla którego nie jest ważne, że przy pięknej pogodzie i pustej trasie, już za miasteczkiem, ale jeszcze przed tablica kończącą teren zabudowany jechałeś 70 km/h tam gdzie wolno było 50 km/h. Jest przewinienie? Jest. Więc ma cię!

Wg nowych przepisów nie liczą się intencje Naniego, który nie chciał zrobić krzywdy Alvaro Arbeloi, ale skutek zagrania. Ale Portugalczyk mało, że nie chciał skrzywdzić Hiszpana, on przez cały czas nie zdawał sobie sprawy, że Arbeloa nadbiega! Oko miał cały czas oko na piłce, tylko na niej się koncentrował, wyskoczył chcąc ją kopnąć, ale trafił w pierś nabiegającego rywala. Najwyraźniej widać to na trzeciej powtórce:

- Zła decyzja. Rzut wolny owszem, ale bez jakiejkolwiek kartki. United kontrolowało mecz, byli o krok od ćwierćfinału - napisał w trakcie meczu Dietmar Hamann. - Czerwień? Nigdy... - skomentował Vincent Kompany. - Jak można dać czerwoną kartkę za coś takiego? Czy on jest poważny? - pytał Kevin Prince Boateng. - To przykre, że losy meczu o tak wielkim ciężarze gatunkowym zależały od sędziego. Nie rozumiem dlaczego wyrzucił go z boiska - dodał Michael Owen. Gary Lineker stwierdził krótko: arbiter zabił United.

Wszystko to komentarze piłkarzy, którzy pewnie nie chcieliby się znaleźć na miejscu Arbeloi, którego Nani połaskotał po żebrach. Dla przyzwoitości oddajmy, że z tego chóru wyłamał się Roy Keane, który pochwalił decyzje sędziego, ale jak wiadomo dla Roy’a czasem nie śpiewanie w chórze jest ważniejsze od tego o czym chór śpiewa...

Cakira broni rzecznik UEFA, który stwierdził., że działacze nie dopatrzyli się błędu arbitra, ale też czy UEFA kiedykolwiek skrytykowała jakiegoś arbitra? Wg UEFA sędzia był po prostu zmuszony, by podjąć taką decyzję, bo przepisy mówią, iż użycie nieproporcjonalnej siły ma miejsce wtedy, kiedy zawodnik wykonuje swój atak z siłą rażąco wykraczającą poza granice normalnej gry, narażając tym samym przeciwnika na niebezpieczeństwo odniesienia kontuzji. Zawodnik używający nieproporcjonalnej siły musi być wykluczony z gry.

Ale już polski sędzia Paweł Raczkowski przyznaje na łamach Faktu, że czerwona kartka była niezasłużona, wystarczyła żółta. - Atak Naniego był bardziej nierozważny, niż celowy i z nadmierną siłą. Turecki arbiter nie podjął decyzji sam, bo czerwień wyjął z kieszeni dopiero po trzech powtórkach telewizyjnych. To musiało oznaczać, że decyzję konsultował z asystentami. Miałem okazję poznać Cuneyta Cakira podczas szkolenia. To spokojny facet, mówi się o nim, że nie ma układu nerwowego. Wygląda jak księgowy, chodzi w obcisłym sweterku, a spodnie ma podciągnięte po pachy. Ale to bardzo dobry arbiter, ma renomę, a ten mecz mu zwyczajnie nie wyszedł.

Nie dziwię się łzom Fergusona po takiej porażce. A był tak bardzo zdruzgotany, że nie był w stanie przyjść na konferencję prasową. Musi mieć poczucie, że fatalna decyzja arbitra kosztowała United awans do ćwierćfinału, a kto wie czy nie zdobycie trofeum. Zawsze łatwiej przegrać z lepszą drużyną niż w taki sposób, w takich okolicznościach, a nawet Jose Mourinho podkreślił, że przegrała drużyna lepsza. To akurat w futbolu nic złego, zwycięstwo słabszych nad lepszymi potrafi być piękne i legendotwórcze. Ale tylko wówczas gdy dzieje się to jak w przypadku wygranej Chelsea z Barceloną w półfinale poprzedniej edycji, ale nie wtedy jednak kiedy w sprawę wmiesza się sędzia. I tylko proszę nie piszcie w komentarzach, że kiedyś tam rywal United też został przekręcony, więc... albo, że Real dwie edycje temu też odpadł po kontrowersyjnej decyzji... Naprawdę w futbolu zwłaszcza na takim poziomie chodzi o coś więcej niż, że dziś przekręcili ciebie, jutro przekręcisz ty...



 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie