czwartek, 29 marca 2012

 

Oto ostatnia odsłona naszego konkursiku literackiego. Przepraszam za całodniowe opóźnienie, ale nie wyrobiłem się rano przed spotkaniem z Marco van Bastenem i Luisem Figo, a potem utknąłem z nimi w korkach na lotnisko w 12-metrowym Hummerze, którym ledwo dało się manewrować. Mam nadzieję, że akurat Wy to zrozumiecie. Proszę o wybaczenie, a recenzentów o podsumowanie!

 

Ciężkie jest życie bramkarza

Bartek Nowak

barteknowak.blox.pl

Mówią, że bramkarz jak saper – myli się tylko raz. Inni twierdzą, że bramkarzowi chętniej pamiętamy klopsy niż świetne interwencje. Niektórych golkiperów wręcz tylko dlatego pamiętamy. Bo ciężkie jest życie bramkarza.

Zaczyna się już na starcie. W podwórkowych meczach na bramce stają najgorsi, by.. nie przeszkadzali w grze. Sam tak zaczynałem, bo kiepski w piłkę byłem bardzo. Jednak z czasem byłem najlepszym bramkarzem na podwórku, później w klasowej drużynie, wreszcie w szkolnej. Aż trafiłem na treningi juniorów prawdziwego klubu. Kariery nie zrobiłem, ale sentyment do miejsca między słupkami pozostał. Ilu znanych nam bramkarzy w ten sposób zaczynało?

A ilu poznaliśmy dzięki jednej akcji? Tak jak Artema Golemko. Młodego Białorusina zauważyłem nie dzięki grze w młodzieżówce swojego kraju czy tego, że grał dla Lokomotiwu Moskwa. Tylko z tej jednej interwencji. Grasz, rozwijasz się i w końcu stajesz się sławny - z tym, że dzięki interwencji, o której chciałbyś zapomnieć. Bo ciężkie jest życie bramkarza.

Solidny bramkarz to większy spokój w grze obronnej, bo obrońcy wiedzą, że za sobą mają gościa, na którego mogą liczyć. Tak jak ja Richarda Zajaca z Podbeskidzia. W sezonie, gdy zespół z Bielska-Białej awansował do Ekstraklasy, Słowak został uznany za najlepszego piłkarza Podbeskidzia. Wystarczyły dwa mecze w Ekstraklasie, by był na drugim biegunie. Zawalona bramka z Jagiellonią i sześć wpuszczonych bramek w Bełchatowie sprawiły, że znaleziono winowajcę. Zajac nie zagrał w kolejnym meczu. Na nic pochwały z poprzedniego sezonu. Bo ciężkie jest życie bramkarza.

Każdy bramkarz przeżywa trudne chwile, nawet najlepsi. Wielu kibiców na całym świecie pamięta „Dudek dance” , pewnie mniej, że w tym meczu bramkarz Liverpoolu po prostu grał mecz życia. Z drugiej strony wielu zapamięta także jego fatalną interwencję z meczu z Manchesterem United.

Świetnie oddaje to jedna akcja z meczu Evertonu z Boltonem. Howard wykopuje piłkę, ta kozłuje i wpada do bramki nad bezradnym Bogdanem. Bramkarz Evertonu przez chwilę jest bohaterem spotkania, po meczu wszyscy mówią o tym golu, pomijając nawet fakt, że ostatecznie drużyna Howarda przegrała. I pomijając sytuację po drugiej stronie murawy. Adam Bogdan, węgierski bramkarz, rozgrywał dopiero swój drugi mecz w tym sezonie w barwach Boltonu. Od sezonu 2007/08 gdy pojawił się w tej drużynie rozegrał ledwie 6 spotkań. W meczu z Evertonem wystąpił tylko dlatego, że pierwszy bramkarz Jussi Jaaskelainen jest kontuzjowany. To okazja by się wykazać, pokazać przed menedżerem, kibicami i powalczyć o pierwszy skład. A tu taki klops. Bo wyszedł taki strzał rywalowi. I tak naprawdę, trudno obwiniać Bogdana za tą bramkę. Ilu bramkarzy stoi przed szesnastką, gdy piłka jest w drugim polu karnym? Wielu. Ale nie każdy dostaje takiego loba. Chyba nie trzeba dodawać, w kontekście powyższej sytuacji, za którą akcję pamiętamy Tomasza Kuszczaka.

Bo ciężkie jest życie bramkarza...

Więcej o ciężkim losie golkiperów na moim blogu

 

Nazywam się Andrij Szewczenko

Karol Cłapa 

Całe życie pragnąłem bramki w finale Ligi Mistrzów. To cel, do którego dążyłem, moja największa motywacja do gry na najwyższym poziomie. Dwa lata temu, gdy wreszcie myślałem, że mi się udało, okradli mnie sędziowie. Dopatrzyli się spalonego, którego w gruncie rzeczy należało zignorować. Potraficie sobie wyobrazić tę gorycz? Wariowaliśmy przy narożniku jak szaleńcy przez dobre pół minuty, nim ktoś zorientował się, że boczny podniósł chorągiewkę. Rozczarowanie nie do opisania, ale na całe szczęście nie wypaczyło to wyniku – nasze zwycięstwo przypieczętowałem wykorzystaniem jedenastki w serii rzutów karnych. Nieziemskie uczucie. Ale drobny niedosyt pozostał.

Dziś wieczór, kiedy raz za razem trafiali moi koledzy, cieszyłem się z nimi jak zawsze, jednak w trakcie celebracji wszystkich trzech goli czułem w brzuchu jakieś ukłucie zazdrości. Strzelaliśmy z taką łatwością, a jednak mnie jednemu nadal się nie udało. Znowu było tak blisko, ale akurat to mój strzał jako jedyny nie znalazł drogi do siatki.

Biegam jak szalony, bo do końca meczu pozostało już tak niewiele. Sto dwadzieścia minut latania za piłką w tę i z powrotem dla tej upragnionej bramki. W przerwie mieliśmy zwycięstwo w garści. Jak mogło dojść do takiej katastrofy? W tym meczu nie miało prawa być dogrywki. Mimo to, w głębi serca... nieco się cieszyłem. Dostałem dodatkowe pół godziny na zrealizowanie swojego marzenia. Być może ostatnie pół godziny w karierze.

Spojrzałem w biegu na stadionowy zegar. Zaraz miała się rozpocząć 118 minuta meczu. Zostały dwie. Cholera, tak mało czasu! Ruszyłem ze wszystkich sił w pole karne. Piłka znajdowała się gdzieś w bocznym sektorze, musiałem liczyć na jakieś dośrodkowanie, wymianę podań, cokolwiek! Wszystko co pamiętam, to że w momencie gdy wbiegłem w szesnastkę, piłka powędrowała na środek pola karnego. Minęła wszystkich obrońców. To była moja szansa! Wyskoczyłem w górę, a czas stanął w miejscu. Tylko ja i piłka. Pozycja do strzału była trudna. Ale czułem, że zostanę bohaterem.

Czas znowu ruszył. Patrzyłem jak futbolówka wędruje w stronę linii bramkowej. Już chciałem unosić ręce w geście triumfu. Ale ON tam stał, upadł na kolana i rozpaczliwie odbił ją przed siebie. Odbił, ale mogłem dobić…!

Ten dźwięk… to radość? Nie. To jęk zawodu.

Co tu się właśnie stało? Spojrzałem na bramkę, potem na bramkarza i jeszcze raz na bramkę. Piłki w niej nie było. Ale jaki cudem? Ona musiała się tam znaleźć, po prostu MUSIAŁA. Miałem metr do bramki, ten Polaczek był na kolanach! Wszystko dotarło do mnie w ułamku sekundy – złapałem się za głowę i zaniemówiłem.

To niemożliwe. Obronił? Jak on to zrobił? Czym? Rękami, nogą? Jak, pytam się, jak? Miałem metr do bramki, strzeliłem najlepiej jak tylko potrafiłem! To nie miało prawa nie wpaść! Do końca spotkania pozostała jeszcze minuta, ale ja już wiedziałem, że kolejny raz zaprzepaściłem swoją szansę. Pozostało czekać na gwizdek.

Znowu rzuty karne. Czy tym razem podołam? Ten Polak... musi być piekielnie dobry.

 

Muchas gracias, Jorge!

Damian Michalak

„Bramkarz wychodzi tylko do połowy! Przekroczysz linię środkową – jest karny!”

Pamiętacie może bardziej niedorzeczny przepis w repertuarze małoletnich, podwórkowych piłkarzy? Osiedlowe i przyszkolne boiska znają masę niepisanych reguł, ale ta przyprawiała mnie zawsze o apopleksję. Karne z trzech metrów, zakaz goli „od słupka”, kobieca definicja spalonego… Znosiłem wiele, akceptowałem, że zasady gry ustalone przez kilkulatków są bardziej elastyczne niż kręgosłup moralny polityków, ale przywiązania bramkarza do słupków na cały mecz darować sobie po prostu nie mogłem. Logiczne argumentowanie było równie konstruktywne jak dyskurs o wyższości Legii nad Polonią lub odwrotnie. Odejście od tej reguły wymagało odwołania się do autorytetów. Na szczęście było lato 1994 r., a futbol zawitał tam, gdzie dotychczas wrzucało się piłkę jedynie do kosza, albo waliło w nią drewnianą pałką biegnąc potem ile tchu dookoła boiska….

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Jorge Camposa nie byłem pewien czy oglądam mundial, czy może na boisko wtargnął szalony uciekinier z cyrku. Gdyby chcieć zdefiniować kontrast bez użycia słów, wystarczyłoby rzucić okiem na jego strój. Róż, zółć i zieleń w wersjach ‘hard’ zaciekle walczyły o prymat na korpusie Meksykanina. Rozmiar stroju wskazywał do tego na zawód przemytnika, bo pod samą bluzą ukryć można by było z 5 kg kokainy. Przy tym nawet luźna sutanna wyglądała na obcisły strój metroseksualisty. Do tego mikroskopijny wzrost i zawadiackie, prowokujące spojrzenie pasujące jak ulał do modnego w kręgach dresiarskich zwrotu: „Masz problem?!”.

Szczegóły mundialu w USA pamiętam jak przez mgłę. Postać Camposa zajmuje największą ich część. Ktoś powiedział kiedyś, że każdy lewoskrzydłowy i bramkarz musi być szalony. Campos podszedł chyba do tej maksymy z najwyższą powagą. Zamiast bronić bramki, zabawiał się w dryblingi we własnym polu karnym przyprawiając o zawał pół stadionu. Gdy zapragnął strzelenia gola, bez wahania rozpoczynał rajd na połowę przeciwnika, bo uznał, że w danej chwili pokusie się po prostu nie oprze. Zabawą stało się typowanie czy - podobnie jak w meczach ligowych - drugą połowę meczu rozpocznie w napadzie.

Wieść gminna niesie, że przed wyjazdem na mundial podpisał oświadczenie o pozostawaniu w bramce przez cały turniej. Cholernie się cieszę, że od tej umowy odstąpił. Gdyby nie jego Meksyk wciąż musiałbym na podwórku bronić karne za przejście na połowę rywala. Zadumani kumple nie raz w pozycji Rejtana lamentowali nad brakiem profesjonalizmu sędziów tolerujących wybryki Meksykanina. Ostatecznie spytali – skoro na Mundialu robi tak Campos, to może faktycznie olać ten przepis?

Mucha gracias, Jorge!

 

Home run - historia nieznana

Dawid Guszczak

W dzieciństwie nie interesowałem się bejsbolem. Pogrywałem z rzadka i gdzieniegdzie na konsoli Pegasus. Jeszcze rzadziej na ogrodzie u dziadka. W palanta. Oglądałem też na Polonii 1 kreskówkę o tym sporcie. No i jako z serca pasjonat piłki kopanej a nie kijem uderzanej, widziałem home run Petera Schmeichela. Proszę sprawdzić w jakim meczu to było... Oto jest pytanie. Może pamięta to też sam Schmeichel? Podpowiedz mu Michał, że podczas jednego z meczów rangi mistrzowskiej. W reprezentacji Danii. Interwencja przy wyjściu na przedpole. Peter wybił piłkę poza stadion. Pojawił się uśmiech na jego twarzy. Wedle komentatora telewizji polskiej uzasadniona to była radość. Trybuny bowiem wysoko zamieszczone. Pewne pytania pozostaną bez odpowiedzi. Co stało się z wykopniętą piłką? Czy jakiś szczęściarz złapał ją i wie tylko, że spadła ona z nieba? Może później dowiedział się z TV o zaistniałym incydencie?

A może ta interwencja Petera miała skutki dramatyczne? Wybiła witrynę ubogiemu sklepikarzowi albo trafiając starszą osobę w głowę zabiła ją na miejscu? A może wpadła na wagon kolejowy i wraz z kilkuset tonami węgla pojechała do innego miasta, gdzie potem syn kolejarza grał ją na pastwisku? Tę bramkarską interwencję za wartą opisania uznałem, gdyż nie znamy jej skutków. I to w niej najpiękniejsze.

Posłuchajcie...

Tomaszewski na Wembley został bohaterem Polaków i dumni synowie Albionu nie pojechali na mundial. Dudek obronił strzał Szewczenki i Liverpool pokonuje AC Milan w finale pięćdziesięciolecia. Kuszczak broni strzał w meczu z Wigan i zostaje uhonorowany tytułem interwencji roku na Wyspach Brytyjskich. Boruc dusi Naylora i obrońca Celticu bierze się poważnie za grę. Spartak zostaje wyeliminowany a Celtowie awansują do Champions League.

Inny Polak z pochodzenia robi home run i...

 

Mladen i Phil

Bartłomiej Matulewicz

Wiele już powiedziano słów i napisano tekstów na temat bramkarzy. Wyśmiano już na wszelkie możliwe sposoby błędy Boruca, Kuszczaka czy innych, którzy w obliczu całej kariery świetnych występów natknęli się na jeden zapadający w pamięć błąd. W takich momentach nie patrzy się przez pryzmat dobrych, czasami wybitnych wręcz, interwencji w całej karierze, lecz pamięta o tych małych wielkich potknięciach.

Oczywiście nie jest to regułą. Bramkarz powinien dobrze wykonywać swoją robotę i z tego jest rozliczany. Bramkarzy solidnych jednak nie pamięta się długo. Pamięta się tylko o tych wyjątkowych, którzy albo przez swoje wybitne interwencje wnieśli kluby na piedestały, albo przez niezwykłe wpadki znaleźli się pod ostrzałem mediów i kibiców. Jest jednak jeden typ bramkarzy, którzy w mojej opinii zasługują na dłuższą notkę – bramkarzy, którzy stali się nimi z przypadku i tylko na krótką chwilę, bramkarzy, wobec których użycie tego określenia może być uznane przez niektórych za poważne nadużycie, bramkarzy, którymi byli zawodnicy z pola.

Niezwykle rzadko zdarza się, aby zawodnik z pola gry musiał zastąpić bramkarza. Dzieje się tak wtedy, kiedy został już przekroczony limit zmian, a golkiper doznał kontuzji, lub złapał czerwoną kartkę. W nielicznych przypadkach do takiej zmiany dochodzi wtedy, gdy na ławce rezerwowej nie znalazł się żaden rezerwowy bramkarz, co jest praktycznie niespotykanym zjawiskiem. Większość klubów w obawie przed takim przypadkiem prowadzi podstawowe przeszkolenie bramkarskie wśród swoich zawodników z pola, tak aby w krytycznej sytuacji jeden mógł obsadzić zwolniony wakat na bramce. Historia zna kilka takich przypadków, niektórych mniej, niektórych bardziej znanych. Do najsłynniejszych należą chyba występy Phila Jagielki oraz Mladen Petrica.

Phil Jagielka stanął przed okazją pokazania swoich umiejętności bramkarskich podczas jednego ze spotkań angielskiej Ekstraklasy, kiedy to jego drużyna (wtedy było to Sheffield United) podejmowała na własnym stadionie Arsenal. Kontuzja podstawowego bramkarza drużyny wymusiła na trenerze wprowadzenie zawodnika z pola na bramkę. Padło na Phila Jagielke, który spisał się fenomenalnie. Zatrzymał rozpędzony Arsenal, który po utracie bramki w 40 minucie rzucił wszystkie siły do ataku. Jagielka popisał się fenomenalną interwencją zatrzymując Robina Van Persiego, a na sam koniec spotkania został uznany graczem meczu, co jest niezwykłym wyróżnieniem, biorąc pod uwagę, że podjął się trudnego i niewygodnego zadania bronienia dostępu do własnej bramki. W końcowym rozrachunku zwycięstwo nie miało wielkiego znaczenia, gdyż Sheffield i tak spadło z ligi, jednak Jagielka zaraz po sezonie został wykupiony przez Everton, w którym gra zresztą do dziś.

Mladen Petric w odróżnieniu od Jagielki nie miał zbyt wiele czasu aby udowodnić swojej wszechstronności, przez grę na bramce. Pod koniec jednego z meczów pucharu UEFA Mladen został zmuszony do zastąpienia bramkarza, który otrzymał czerwoną kartkę. Dodatkowym utrudnieniem dla napastnika był rzut karny, jaki przyszło mu za zadanie obronić. Petric spisał się fenomenalnie, zachowując się niczym doświadczony bramkarz. Wybronił rzut karny i uratował remis dla swojej drużyny, która zajęła ostatnie miejsce w tabeli, nieznacznie ustępując Wiśle Kraków. Po udanym sezonie Petric trafił do niemieckiej Bundesligi.

 

 

Piłka i balon

Rossi

Całe życie czekałam na swoje pięć minut. Poznaliście już jedną z moich koleżanek, więc stwierdziłam, że może to właściwy moment, by opowiedzieć moją historię o klątwie, spełnionym marzeniu i tragicznym finale. Wiecie już jak powstajemy, jakie mamy pragnienia i obawy. Ja jestem inna. W środowisku piłek, gdzie wszystkie kochają się na zabój w napastnikach, jestem egzemplarzem unikalnym. Od zawsze miałam słabość do bramkarzy.

Niektórzy całują mnie na początek znajomości, inni czule przytulają przy każdej okazji do piersi. Oni wiedzą, jak właściwie należy ze mną postępować. Do tego stopnia zawładnęli moimi emocjami, że wybaczam im nawet silne uderzenia pięściami w podbramkowych, powietrznych eskapadach. Bramkarze lubią ze mną rozmawiać, jako jedyni potrafią poświęcić kilkadziesiąt sekund na wygodne ułożenie mnie na murawie. Czasem nie podoba się to sędziom, którzy nie wiedzieć czemu karzą ich za to żółtymi kartkami.

Pewnego dnia pojechałam do Sunderlandu na mecz miejscowej drużyny z Liverpoolem. Trudno było mi w to uwierzyć, jeszcze niedawno myślałam, że nigdy nie ucieknę od mojego przeznaczenia, które zawsze stawiało mnie na drugiej, przegranej pozycji. Jako druga wyszłam z taśmociągu, potem leżałam w magazynie tuż za piłką, która wystąpiła w finale Ligi Mistrzów, wreszcie dwukrotnie chorowałam na niedobór powietrza i ominął mnie wyjazd na Copa America. Wcale nie zdziwiła mnie informacja, ze jako druga mam pojawić się na murawie.

Nareszcie jestem na boisku. Blaski fleszy lekko mnie oślepiają, ale i tak cudownie jest być w centrum uwagi. Kolejny rzut rożny dla Sunderlandu i chwila niepewności. Czy to właśnie teraz ktoś uderzy mnie głową i wyląduję w trybunach, kończąc tym samym występ? Uff, na szczęście nie. Dosyć lekki kopniak, łagodny lot i wreszcie ląduję w rękawicach Reiny. Hiszpan objął mnie dwoma rękami i delikatnie podał do swojego partnera. Przyznaję, mocno się zarumieniłam, lecz szybko na ziemię sprowadzili mnie inni piłkarze, którzy nagle zaczęli okrutną serię silnych podań w poprzek boiska.

Otrzymałam już potężną dawkę uderzeń i powoli zaczęłam marzyć o zasłużonym odpoczynku za linią boczną. Na boisku trzymała mnie jedna rzecz – chęć ponownego spotkania z Reiną. Akurat zbliżaliśmy się do jego sektora, więc moja poliuretanowa powłoka zaczęła szybciej pulsować. Nagle jeden z gospodarzy kopnął mnie wzdłuż pola karnego. Późniejsze wydarzenia odbyły się w zawrotnym tempie. Uderzona w kierunku bramki leciałam wprost na spotkanie z moim idolem. Nagle na mojej drodze pojawił się czerwony balon. My, piłki brzydzimy się balonami, dla nas to margines całego kulisto-powietrznego społeczeństwa. Krzyczałam, by uciekał, ale to nic nie pomagało. Uderzyłam w niego i tak zdezorientowałam Reinę, że zamiast w jego dłoniach zakończyłam przygodę w siatce. Do dziś pamiętam jego wzrok – bezradny, pełen wyrzutów i

niezrozumienia. Potem wszyscy mówili tylko o tym próżnym balonie. A ja musiałam się pogodzić z tym, że brzemię bycia drugą nie opuści mnie już nigdy.

 

Piłkarski Nikoś Dyzma

Bartek Woźniak

Takie dni jak tamten na długo zapadają w pamięci. Ciężki to był weekend dla naszego klubu. Kontuzje kilku graczy, przegrane derby. Ale moja broszka, to dbanie o dobrą przyszłość zespołu i wypatrywanie graczy zasługujących na uwagę. Tak, jestem Skautem.

Niedzielny, styczniowy poranek. Razem z Bossem mieliśmy zaplanowany wyjazd na mecz w celu obserwacji zawodnika. Udałem się do klubowej salki konferencyjnej.

-Martin, widziałeś może szefa? Od rana go szukam, a telefon milczy – Zapytałem w korytarzu kumpla po fachu.

-Dopiero przyjechałem, ale pewnie ogląda po raz setny wczorajszą porażkę – odpowiedział z uśmiechem na twarzy.

-Pewnie tak – przytaknąłem.

-Jedziecie dziś oglądać tego napaściora o którym wspominałeś? – dodał Mike.

-Tak, tak. Właśnie dlatego go szukam. Nie chcę się spóźnić – odpowiedziałem.

-Dobra, idę szukać dalej, bo naprawdę się spóźnimy – rzuciłem odchodząc.

Całe szczęście następna próba telefoniczna zakończyła się powodzeniem i Fergie odebrał.

Po jego głosie można było wywnioskować mały niepokój. Ale nie to było teraz ważne.

Bez zastanowienia zacząłem nawijać:

- Szefie za 20 minut mamy samolot do Wigan na mecz.

Moje kolejne zdanie Boss przerwał mi zapytaniem:

-Samolot? Nie lepiej autem? Przecież to kawałek, a samochód bezpieczniejszy i przede wszystkim tańszy - jednym ciągiem odparł Ferguson.

Ahh Ci Szkoci – pomyślałem.

-Pilot już czeka, mecz rozpoczyna się w samo południe. Lepiej się nie spóźnić – kontynuowałem poprzednią myśl.

-Dobra, dobra zaraz jestem gotowy – odpowiedział.

Po upływie pół godziny byliśmy już na pokładzie. Wszystko szło zgodnie z planem. Nagle Szef zdenerwowany do mnie:

-Gumy!- krzyknął.

-Co? Jakie gumy – zapytałem zdziwiony.

- No nie wziąłem gum do żucia. Bez nich nie dam rady oglądać meczu. – zdenerwował się Fergie.

Bogu dzięki miałem przy sobie dwie orbitki.

-Proszę, oto pańskie gumy – odparłem z uśmiechem.

-No to teraz możemy lecieć – uspokoił się Alex

Podróż nie trwała długo. Wystarczyło czasu bym opowiedział Bossowi o zawodniku, którego lecimy oglądać. Rosły, czarnoskóry napastnik. To jest to czego wtedy potrzebowaliśmy. Grali oni wtedy ze słabym WBA, więc była to dla niego idealna sytuacja, by się pokazać. Siedzieliśmy w loży Vipowskiej. Chłopak musiał wiedzieć, że będzie obserwowany, gdyż nogi plątały mu się jak nigdy dotąd.

Jego zespół przegrywał 0-1. Doliczony czas gry. Ostatnia akcja. Musi strzelić!

Alex podniósł się z miejsca. Ja za nim. Patrzymy oboje co się stanie. Niestety pudło. Albo inaczej, interwencja bramkarza. I to jaka! Obronić strzał nie do obrony. Tego nie da się opisać.

-Musimy go mieć! – rzucił Fergie.

-Dowiedz się o nim wszystkiego! – dodał.

-Mówiłem o nim już Panu w samolocie – odparłem.

-Nie o nim! O tym bramkarzu! – zachwycał się Szkot.

Poszperałem w protokole meczowym. I jest. Nazwisko Kuszczak. Kraj – Polska. Tyle o nim wiedzieliśmy.

Nie minęło wiele czasu, a stał się Czerwonym Diabłem. Jego interwencja została uznana za paradę sezonu.

Wyjazd mogliśmy uznać jako udany.

 

I jak? Kto Waszym zdaniem wygra konkurs?

 

Tagi: konkursy
21:10, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (4) »
środa, 28 marca 2012

 

Oto trzecia i przedostatnia odsłona konkursu literackiego. Choć nie będzie miało to wpływu na ostateczną ocenę jury, ale stwierdzam z dumą, że dwa z dzisiejszych opisów dane mi było obejrzeć na żywo. Ciekawe, czy zgadlibyście, które? Otóż niestety nie Dudek Dance w Stambule. Byłem wówczas w szalonym studiu TVP i pamiętam, że podczas serii jedenastek staliśmy objęci za ramiona, jak piłkarze przyglądający się z murawy karniakom - o ile dobrze pamiętam - z Agatą Passent, Józefem Młynarczykiem, Jerzym Engelem i Włodkiem Szaranowiczem. Głowy nie dam, że nie było z nami Jacka Gmocha, to było naprawdę czadowe studio! Natomiast na żywo widziałem w Paryżu Salieriego z notki pipesa_pipesa (nie spodziewałem się akurat tego meczu w tym konkursie) oraz paradę Ikera na Soccer Stadium w Johannesburgu, opisaną przez Piotrka Dygę (której akurat spodziewałem się tu jak najbardziej i to nie jednej). Bo to jedna z najbardziej dramatycznych i brzemiennych w skutkach parad ostatnich lat. Ale nie magia zdarzenia będzie decydować o zwycięstwie, ale magia opisu... I jak Wam się podobają dzisiejsze notki?

 

Futbolowe poczucie ironii

ytseman23

Powinienem poniżej opisać popisy Dudka w Stambule, bo było to naprawdę coś - jedyny raz byłem świadkiem, jak Polak jest na piłkarskim szczycie. Wziął udział w trzecim co do ważności meczu piłkarskim (po finałowych meczach MŚ i ME), walnie przyczynił się do zwycięstwa i jeszcze zrobił niezłe „show”. Ale skoro pewnie lwia część konkursowiczów będzie o tym pisać, to postanowiłem sięgnąć do innej sytuacji.

Na Mundial w 2002 roku Niemcy wysłali zespół dość przeciętny (jak na swoje standardy) - kadra była niemłoda, do tego doszły kontuzje i raczej nikt na nich specjalnie nie stawiał. I faktycznie - największy udział w dotarciu do meczu finałowego miał bramkarz Oliver Kahn, który w sześciu meczach poprzedzających finał przepuścił zaledwie jedną bramkę. Kapitalnie bronił, kapitalnie dowodził obroną, a swoją agresywną, pełną pasji postawą działał elektryzująco na kolegów z drużyny, jednocześnie deprymując przeciwników. Przydomki "Bestia" czy „Król Kahn” były jak najbardziej zasłużone.

Ich finałowi przeciwnicy - Brazylijczycy – mieli natomiast wtedy ekipę niesamowicie mocną. Myślę wręcz, że jedną z najlepszych w historii. Będący w świetnej formie Ronaldo wspomagany przez Ronaldinho, Rivaldo czy Roberto Carlosa wydawali się nie do zatrzymania. I w finałowym spotkaniu zaskoczenia nie było, gdyż zdecydowanie przeważali, a Niemcy tylko momentami próbowali się odgryźć. Kahn musiał się znów ostro napracować, ale nie zawodził.

Aż przyszła 67. minuta. Strzał Rivaldo z 18 metrów. Bardzo niewygodna dla bramkarza, opadająca piłka byłaby bardzo niebezpieczna, gdyby skozłowała przed bramką, nabierając poślizgu. Tak doświadczony goalkeeper jak Kahn znakomicie jednak zdawał sobie z tego sprawę, więc postanowił temu zapobiec. Agresywnie rzucił się w kierunku futbolówki, chcąc przeciąć jej lot zanim zetknie się z murawą. I wydawało się, że złapie ją bez większego trudu, bo był bezbłędny przy wielokrotnie trudniejszych uderzeniach. Nie tym razem. Błąd w obliczeniach. Pech. Presja. W każdym razie Kahn się pomylił. Piłka nie wpadła w jego ręce, tylko odbiła się prosto pod nogi czającego się w pobliżu Ronaldo, który bezlitośnie wpakował ją do siatki.

Ta bramka podłamała Niemców. Za chwilę wpadł drugi gol dla Brazylii i finał był rozstrzygnięty.

Parafrazując znany cytat z „Matrixa” – „Football, it seems, is not without a sense of irony”. Historia zna multum przypadków na potwierdzenie tego zdania i to jest bez wątpienia jeden z nich. W całym turnieju Kahn bronił bez zarzutu, a momentami wręcz genialnie. Grał tak znakomicie, że został wybrany - jako jedyny bramkarz w historii MŚ! – na najlepszego zawodnika turnieju (głosowania odbywają się przed finałem). Pomylił się tylko jeden, jedyny raz, ale za to w kluczowym momencie. Ronaldo natomiast w samym finale zmarnował co najmniej trzy bardzo dobre okazje, ale dwa razy trafił, został bohaterem i zapisał się w futbolowych annałach.

W głosowaniu na najlepszego piłkarza turnieju Brazylijczyk był drugi.

 

Coś z idioty

Karol Wodyński

Bramkarz w roli głównej. Całkiem prosta sprawa - wśród setek znanych bramkarzy na pewno można bez problemów wyłowić i opisać historię jednego. Tymczasem, trochę jak w głowie selekcjonera Smudy – trudno ot tak wybrać jednego, jeśli mamy tylu dobrych. 

O sobie pisać nie będę - bo choć byłem bramkarzem, to do statystyk kariery mogę sobie dopisać tylko jeden mecz juniorski i dwie wpuszczone bramki (ale koledzy strzelili ich aż sześć!).

Więc co wybrać? Wąs Grobbelaara, łysinę Bartheza, tęczowe bluzy Camposa, karate Schumachera, gole Chilaverta? Przykładów można szukać też na własnym podwórku - Tomaszewski z Anglią, Kuszczak z Kolumbią, czy Dudek-dance z Milanem. Ten ostatni był zresztą udaną kopią wyczynów wspomnianego Bruce’a ‘football clown prince’ Grobbelaara, znanego z tak wielu niekonwencjonalnych zachowań, że pewnie łatwiej napisać o nim książkę, niż krótki artykuł. Kończąc więc ten wątek przytoczę jego cytat sprzed lat: „dobry bramkarz powinien mieć coś z idioty”.

Bramkarzem, który definitywnie miał COŚ z idioty – był Kolumbijczyk Rene Higuita. Fenomenem na pewno jest fakt, iż  chyba każdy kibic futbolu zna to nazwisko – a bramkarz raczej nienależący do grona najlepszych w swoim fachu. Owszem, 68 meczów w reprezentacji (i 3 bramki!), ale w Europie tylko 15 meczów – i to jeszcze w barwach przeciętnego Valladolid. Oprócz sezonu w Hiszpanii, miał mniej lub bardziej udane epizody w Meksyku, Ekwadorze i Wenezueli – a na własnym podwórku zdobyte parę mistrzostw Kolumbii – i, co najważniejsze, Copa Libertadores 1989 w barwach Atlético Nacional.

To wszystko i tak mogło sprawić, że Higuita pozostałby raczej nieznanym zawodnikiem - gdyby nie kariera reprezentacyjna. Szerokiej publiczności pokazał się np. w 1995r. podczas meczu towarzyskiego z Anglią, wykonując tzw. ‘scorpion kick’ – interwencję bez precedensu, którą sam zainteresowany później jeszcze nieraz powtarzał. Zwykle ta sztuka mu się udawała – a nawet jeśli nie, to nie miała ona wpływu na wynik spotkania, zdobycie pucharu czy jego brak.

Inaczej miała się sprawa z meczem Mistrzostw Świata 1990 we Włoszech – Kolumbia-Kamerun. Była to już faza pucharowa – po regulaminowym czasie gry utrzymywał się bezbramkowy remis. Tuż na początku drugiej połowy dogrywki Kameruńczyków na prowadzenie wyprowadził legendarny Roger Milla. Kilka minut później podwyższył na 2:0, a bramka wyglądała tak:

Kolumbia zdołała odpowiedzieć tylko jedną bramką – i została wykopana z turnieju. Kozłem ofiarnym porażki stał się Higuita. Marzenia małego kraju zostały przekreślone przez nonszalancję bramkarza, w kluczowym przecież momencie meczu. Kolumbijczycy są znani z ‘żywiołowego’ przeżywania porażek, o czym przekonał się np. Andrés Escobar po MŚ 1994r. – na które Higuita nie pojechał, bo… siedział w więzieniu w związku z porwaniem dla okupu (córki wroga niesławnego Pablo Escobara). Później przyznał, że czas spędzony w więzieniu był najlepszym okresem jego życia. Prawdziwy „El Loco”, szaleniec.

 

Jealous Guy

pipes_pipes

Wiecie jak to jest trenować z kimś dzień w dzień, życzyć każdego dnia tej osobie jak najlepiej, cieszyć się mimo własnych łez, że trener jest obiektywny, a potem jednak liczyć na nieszczęście tej drugiej osoby? Ja wiem. Posłuchajcie mojej historii. Dosłownie jeden, jeden - JEDEN, no jeden jedyny raz miałem nadzieję, że coś się stanie. Nic poważnego, żaden groźny uraz - nic z tych rzeczy. Po prostu grając w tym klubie finał Ligi Mistrzów był czymś ponad stan, a ja tak bardzo chciałem zagrać. W końcu zasługiwałem na to! Dziesiątki godzin spędzonych na treningu i pracy w pocie czoła, a trener jakby ślepy… Zasługiwałem na jeden wieczór, jeden wieczór! Rok wcześniej taki miał Dudek z Polski, dwa lata temu spokojne zwycięstwo i upojny triumf spotkało Porto z Baią. Czy byłem gorszy od nich?

Wyszedłem z szatni jako ostatni z goryczą, która przepełniała moje serce. Cały stadion wiwatował bohaterów wchodzących na murawę, a ja jedynie pełzłem na ławkę, by schować się za trenera i tym samym skazać na banicję. Pierwszy kwadrans był nudny, ale to co nastąpiło potem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pamiętam to doskonale. Murzynek sunął na naszą bramkę, Jens wyszedł przed niego i złapał go za nogę! Jeszcze ten mały Francuzik dobił piłkę do bramki, ale… - NIE MA GOLA! Olaboga! Czerwona! Opatrzność czuwa nade mną! Nawet nic nie połamał, a wchodzę! Auf Wiedersehen, Herr Lehmann!!!”- tak wtedy myślałem o tym zdarzeniu. To była moja szansa. Potem mecz naprawdę nabrał tempa. Graliśmy w dziesięciu, ale Heniek idealnie wrzucił prosto na wypolerowaną glacę Campbella i ten ich chimeryczny kołnierz nie obronił. Gdybym to ja u nich stał…

Do przerwy było rewelacyjnie. Trener wygłosił krótką mowę. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo nie do końca go słuchałem. Wiecie jak to jest… 45 minut od zostania bohaterem, może i największym w dziejach klubu. Ot przemowa jak przemowa. Kto się nią przejmie? … Druga połowa trwała już w najlepsze gdy poszło krzyżowe podanie od tego, co grał w Porto, piłkę trącił ten ich Heniek, a gola mi strzelił Murzynek. „No ja się pytam, kto go uznał? Przecież był spalony. Do tego co robiła obrona? Sędzia widział, że na trybunach były race?! No nic. Jeden gol w plecy, ale i tak jestem najlepszy”. Z czasem spojrzałem na to inaczej, ale wtedy spłynęło to po mnie jak po kaczce.

Liczyłem na dogrywkę i cieszyłem się, że nie padł kanał, bo pewnie nie przeżyłbym takiego upokorzenia. Po jakichś sześciu minutach niechybnie mogłem to sprawdzić. Przeżyłem. Cały świat się gapił na mnie jak na cholerną łamagę! Wiadomo, że rywali stać było na świetne akcje, ale żeby tak?! Ich Heniek podaje w taki sposób, że naprawdę teraz się zastanawiam czy Eszli by to przejął, gdyby nie miał wesela na głowie… Do tego gola strzelił mi anonimowy koleś, a nie Ronaldinio i był to jego jedyny gol dla tamtej drużyny. Po meczu wrzuciłem komórkę do spłuczki i schlałem się niemiłosiernie. Nigdy więcej nie będę nikomu źle życzył. Naprawdę. Chciałem być jak Mozart, skończyłem jak Salieri.

 

60 lat tułaczki

Maciej Korpak

60 lat tułaczki w niższych ligach, ponad połowa tego czasu spędzona w drugiej (teraz pierwszej) lidze, ale dwa sezony w Ekstraklasie sprawiły, że blisko 5 tysięcy osób, które pojawiło się tego popołudnia przy Okrzei w Gliwicach nie wyobrażało sobie już powrotu do bojów z Polkowicami, czy Ruchem Radzionków. Zadanie niełatwe – trzeba wygrać z Cracovią i liczyć na porażkę walczącej o utrzymanie Arki ze spokojnym Śląskiem – ale nadzieja umiera ostatnia.

Pod górkę idzie od samego początku. Cracovia stawia twarde warunki, a przecież mieli myślami być na urlopach… Do tego około 20 minuty dochodzi informacja, że we Wrocławiu strzelił Tshibamba. Jasny gwint, wystarczyło wygrać z Arką kolejkę wcześniej i byłby spokój! Gra się dzisiaj nie klei, presja wyraźnie wiąże nogi, sytuacje niby są, ale skuteczność zerowa. Po 45 minutach Piast jedną nogą w 1. lidze.

Początek drugiej połowy wygląda podobnie. Głową o mur, a Śledzie dalej prowadzą. Aż nadchodzi 76. minuta. Ktoś na trybunie dostał informację, że Śląsk wyrównał! Nie trzeba wiele czasu, by dowiedział się cały stadion – łatwo poznać, bo wszyscy wstają. Atmosfera niezapomniana, lecz zegar tyka. Jesteśmy gol od ekstraklasy!

Dosłownie kilka chwil później Olszar wygrywa główkę na 20. metrze , wymienia podanie ze Smektałą i uruchamia Iwana na skrzydle. Ten raczej w ciemno po ziemi w pole karne, gdzie dwóch piłkarzy Piasta mija się z piłką. Akcje domyka jednak Sedlacek uprzedzając interweniującego bramkarza - sprzed linii końcowej wycofuje na 6.metr do Wilczka, który w zamieszaniu ma przed sobą praktycznie pustą bramkę. Przynajmniej tak się wydawało. Desperacki strzał, na trybunach ręce wędrują w górę… Ale gola nie ma. Interwencja może nie spektakularna, ale skuteczna. Skuteczna do bólu. Dosłownie. A wydawało się, że bramkarz został przy linii końcowej…

Do końca emocji nie brakuje, Śląsk wychodzi na prowadzenie, cały stadion włącza się w doping, ale to Cracovia strzela jedynego gola w meczu. Od przyszłego sezonu Piast będzie mógł jedynie umacniać się na szczycie tabeli wszechczasów drugiej ligi.

 

El Loco

Anita A

Rene Higuita – Kolumbijczyk, który słynnym Scorpion Kick zszokował piłkarski świat. Wszyscy pamiętają jego niesamowita interwencje podczas towarzyskiego spotkania Kolumbii z Anglią na Wembley w 1995 roku, gdy w niezwykły sposób wybronił strzał  Jamie’ego Redknappa. Ktoś pomyślałby ‘’ Jednorazowa sztuczka”- jednak nic bardziej mylnego, ponieważ Rene niejednokrotnie ratował swój zespół przed stratą gola właśnie tego typu interwencjami.

Higuita jak wielu znanych latynoskim gwiazd futbolu wychował się w biednej dzielnicy slumsów. Życie nigdy go nie rozpieszczało. Zaraz po jego narodzinach rodzinę opuścił ojciec.. Być może te niezbyt przyjemne czynniki wykształciły piłkarza, który kilka lat później wprawił w osłupienie wszystkich znajdujących się na Stadionie Marzeń.

Scorpion Kick przyniósł mu sławę jednak, Higuita jest postacią znacznie barwniejszą. Nie bez powodu przecież nadano mu przydomek „ Szaleńca”. W Rene chyba najbardziej urzekło mnie jego odbieganie od przyjętych norm. W świecie futbolu bramkarz nie może pozwolić sobie na dużo swobody, musi trzymać się ściśle określonych norm. Kiwka w polu karnym? Owszem, jeśli chcesz zebrać baty od trenera za stwarzanie niepotrzebnego zagrożenia. Wypad pod bramkę rywala? Tylko wyjątkowe sytuacje. Częste strzelanie bramek? Baaardzo rzadki przypadek u goalkeeperów. Jednak są tacy bramkarze jak na przykład Rogerio Ceni, któremu wykonywanie rzutów wolnych musi odstępować sam Luis Fabiano.

Oczywiście jest również Rene, który w trakcie swojej kariery aż 44 razy trafiał do siatki rywala. W zespołach, w których występował nie pełnił roli jedynie bramkarza. The Madman bardzo często brał na swoje barki funkcję ostatniego obrońcy. Świetnie również sprawdzał się jak rozgrywający. Myślę, że takim wprowadzaniem piłki do gry nie powstydziłby się nawet sam Xabi Alonso. Gdy Rene zauważał, że jego koledzy nie najlepiej radzą sobie w ofensywnie, nie zastanawiał się długo i w rękawicach bramkarskich szturmował bramkę rywala. Niewiarygodne jest to, jak bardzo pewny był w swoich interwencjach, nie porywał się z motyką na słońce, doskonale widział co robi. Ciężko powiedzieć co czuli napastnicy rywala, gdy Higuita zakładał im bezczelne siatki..

Rok 1989 był jednym z najlepszych w jego karierze. Wraz z drużyną Atletico Nacional sięgnął po Copa Lipertadores, stając się jednocześnie bohaterem dwu meczu półfinałowego, gdzie obronił jedenastki rywala. W reprezentacji Kolumbii Rene również radził całkiem dobrze- wystąpił w 68 meczach i zdobył 3 bramki. Jednak w 1994 roku nie pojechał na mundial w USA po ty jak został oskarżony o porwanie zorganizowane przez handlarzy narkotyków. To nie był jedyny tego typu wybryk ze strony El Loco. Nie kto inny, ale właśnie Diego Maradona jest najlepszym przyjacielem Kolumbijczyka i podobnie jak on został oskarżony o zażywanie kokainy.. Liczne zakręty w jego życiu nie zniechęcały go jednak i powracał na murawę zaliczając wzloty i upadki.

Po zakończeni kariery Szaleniec ani myślał przestać szokować. Raz po raz udowadniał, że przydomek El Loco nie został mu nadany zbyt pochopnie. Gdy odwiesił już buty na kołku postanowił wziąć udział w jednym z reality show oraz… za odpowiednią sumę pieniędzy poddał się operacji plastycznej! Po zabiegu długowłosy Kolumbijczyk nie przypominał już dobrze wszystkim znanego, długowłosego bohatera Atlético Nacional lecz jedną z gwiazd latynoskiego czerwonego dywanu..

Cieszę się, że w świcie futbolu pojawiają się właśnie takie osobowości, które odbiegają od ścisłych schematów i sprawiają, że ten sport jest jeszcze bardziej emocjonujący i nieprzewidywalny. Rene Higuita to przykład boiskowego szaleńca, który swoi wariactwem zapewniał fanom niezapomniane widowiska.

 

25 Maja 2005. Stambuł

Oskar Warcaba

Ten dzień zapadł w pamięć wszystkim kibicom piłki nożnej. Tego dnia odbywał się finał Ligi Mistrzów pomiędzy Liverpoolem a AC Milanem. W bramce angielskiej drużyny stał polski bramkarz Jerzy Dudek. Polak nie był nigdy wielką gwiazda w zespole. Niekiedy zdarzało mu się wpuścić jakaś ,,szmatę'' przez co nie był on ulubieńcem hiszpańskiego trenera angielskiego zespołu Rafaela Beniteza. Zresztą mówiło się coraz częściej o sprowadzeniu do Liverpoolu bramkarza Villarealu Jose Reinę. Cały zespół wierzył jednak w Polaka. Ale w pierwszej połowie nie miał on nic do powiedzenia, bo po niej fatalnie grający zespół z miasta Beatelsów przegrywał już 3-0,i raczej nic nie wskazywało na to że się podniesie.

Jednak cud się zdarzył i już po 15 minutach był remis. Następnie oba zespoły zaciekle atakowały, ale Polak jak i brazylijski bramkarz Milanu, Dida nie dał się pokonać. Potrzebna była dogrywka w, której błysnął polski bramkarz broniąc w sobie wiadomy tylko sposób w 118 min. strzał Szewczenki i do rozstrzygnięcia były potrzebne rzutu karne. Przed karnymi podszedł do niego kolega z drużyny J.Carragher i podpowiedział mu by skopiował on taniec z finału Ligi Mistrzów z 1984 r. gdy bramkarz Liverpoolu, Bruce Grobbelaar wytrącił z równowagi piłkarzy AS Romy .http://www.youtube.com/watch?v=A2WCKXICGd0. Tak właśnie uczynił Polak, przez co Milan nie strzelił trzech karnych i Liverpool wygrał Ligę Mistrzów ,a Polak stał się bohaterem.

Jednak mimo to nie zdobył uznania u Beniteza, który ściągnął Reinę i posadził polskiego bramkarza na ławce. Polak nie pojechał także na MŚ 2006 w Niemczech, gdyż nie bronił on często w Liverpoolu. Kibice tego klubu śpiewają w hymnie you'll never walk alone jednak nie został on tam godnie pożegnany, gdyż mimo próśb kibiców Benitez nie zgodził się na występ Polaka w ostatnim meczu. Ale polski bramkarz został godniej pożegnany w swoim koleinym klubie Realu MADRYT gdzie mimo tego,że nie odgrywał ważnej roli został pożegnany jak wielka gwiazda.

 

Czas to pojęcie względne

Piotrek Dyga

Nie, nie, nie… nie wierze, nie! Naprzód, Casillas! Robben, Casillas! Casillaaaaas! Święty Casillas! On znów świeci! Casillas zamknął drogę do bramki, Casillas zatrzymał Robbena. To nasz kapitan! Bronił już dla nas karne, a teraz ratuje nam życie w finale!

Pięć sekund. Tyle czasu minęło od momentu podania futbolówki przez Wesa Sneijdera do chwili, gdy piłka tuż obok słupka bramki opuściła pole gry. Na pięć sekund serca czterdziestu milionów Hiszpanów przestały bić, na pięć sekund cały świat zwolnił. Ta chwila trwała wieczność i tylko komentarz wielkiego Carlosa Martineza napędzał bieg zdarzeń. Gdyby nie to, wszystko by się zatrzymało. Tablica wyników wyświetlałaby 62. minutę i wynik – remis 0:0. Robben zamarłby w bezruchu na 40. metrze od bramki. Za jego plecami stałyby nieme pomniki Joana Capdevili i Gerarda Pique. Gdzieś w oddali majaczyłyby inne sylwetki. Iker Casillas podrywałby się do biegu, a jego serce przestałoby bić gdzieś między kolejnymi uderzeniami. Juanito, legendarny skrzydłowy Realu Madryt, powiedział kiedyś, że 90 minut na Bernabeu to bardzo dużo czasu. W tamten lipcowy wieczór było podobnie. Pięć sekund rozciągało się, nieuchronnie zmierzając ku wieczności.

Nerwowe zaklinania komentatora, jak w gorączce zaprzeczającego temu, co widzi, poruszyły koło czasu. Arjen Robben przez nikogo nie niepokojony zmierzał ku bramce rywala. Naprzeciwko siebie widział człowieka, z którym trenował przez dwa lata, którego prawdopodobnie pokonywał setki, może tysiące razy. Widział Ikera Casillasa i pewnie przez głowę przebiegły mu wspomnienia. Przed nim gotowy do dokonania cudu stał facet, który jako jedyny na świecie jest w stanie obronić każdy, nawet najbardziej niemożliwy strzał. Holender dobrze go pamiętał, wiedział, że on się nie boi, on nie panikuje. Każdy, ale nie on.

Hiszpan zatrzymał się dokładnie w punkcie wykonywania rzutów karnych, zgarbił się, zgiął kolana i czekał. Pół sekundy później Robben już był przy nim, już strzelał. Tak jak zawsze. Piłka z bezlitosną precyzją zmierzała do bramki. Holender widział, jak Iker odchyla się w drugą stronę, już czuł, że wszystko będzie dobrze. Już pewnie lekko się uśmiechnął. A później zamarł w niemym przerażeniu, widząc, że trącona czubkiem buta piłka mija słupek. Złapał się za głowę, usiadł na murawie i patrzył przed siebie. Nie umiał wytłumaczyć tego, co się stało. To była piłka meczowa, to było kopnięcie na wagę mistrzostwa świata – wiecznej sławy, wiecznej pamięci. To było kopnięcie na wagę wieczności.

A Casillas wstał i z niewzruszoną miną wrócił w pole bramkowe, by ustawić kolegów przy rzucie rożnym. Przybił piątkę z Carlesem Puyolem, ze złością wytłumaczył Pique, co ten zrobił źle i koniec. Po meczu David Villa łamiącym się głosem stwierdził, że to była najdłuższa chwila w jego życiu. Później to samo powtarzali inni. I tylko Iker nie rozumiał całego zamieszania. Dla niego czas płynął normalnie. Zawsze tak płynie.

I jak?

Tagi: konkursy
09:16, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 marca 2012

Oto odsłona druga naszego konkursu literackiego im. Petera Schmeichela. Niezwykle cieszę się, że nie zawiedli nas samozwańczy recenzenci. Nie mogę się doczekać jakich bramkarzy dojrzy w autorach dzisiejszych notek surowy scv78. Dziś mamy też notkę wierszowaną, których spodziewałem się po sukcesie pamiętnego trzynastozgłoskowca Quentina o Rafale Wolskim (którego ciągle nie zdążyłem zaprezentować młodemu piłkarzowi Legii, ale wciąż zamierzam)...

 

Rene Higuita’s Flying Circus

Maciej Boba

Od wielu lat skecze Monthy Python’a, w absurdalny, nieoczekiwany sposób szydzą z ogólnie przyjętych standardów oraz instytucji. Często niezrozumiały, ale skuteczny tzw. angielski czarny humor doprowadzał do łez miliony widzów na całym świecie. Anglia od wielu lat słynie z humoru – sarkastycznego i wymierzony w siebie! Jednak pewnego dnia, ktoś inny postanowił zakpić z nich samych. I to w najwspanialszym teatrze piłkarskim, przepełnionym niesamowitą historią, na Old Wembley!

Medellin - miasto na zachodzie Kolumbii. Jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie, siedziba kartelu narkotykowego, który „rozsławił” Pablo Escobar. Cóż, mieszkając w Medellin i będąc zwykłym obywatelem, trzeba odznaczać się sporą odwagą każdego dnia. Odwaga, która czasem przerasta się w szaleństwo. „Wyróżniającym zachowaniem” cechował się także najsłynniejszy bramkarz rodem z Kolumbii – Rene Higuita (któremu, notabene, znajomość z Escobarem przysporzyła wielu kłopotów w późniejszych latach). Po (pierwszym) zakończeniu kariery, dla programu reality show zgodził się na operacje plastyczną twarzy, oczywiście nie za darmo. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania.

Nie powinien zatem dziwić fakt, że nadano mu pseudonim „El Loco”- WARIAT.

Showman Higuita nie zachowywał się jak „standardowy” bramkarz, czym często irytował swoich partnerów z placu gry. „El Loco” nie tylko bronił swojej „świątyni”, ale znakomicie wykonywał rzuty karne i wolne, często też sam zapuszczał się pod bramkę rywali, gdy nie szło jego drużynie. Swoimi interwencjami powodował istną ekstazę wśród widzów, wpatrzonych w „El Loco” jak w obrazek.

Old Wembley to dla anglików prawdziwe Teatro alla Scala wśród stadionów piłkarskich. Magiczny teatr, na którym spełniają się wszelkie marzenia. Z tych marzeń i mitu Wembley postanowił zadrwić właśnie Higuita.

6 września 1995 roku, na słynnym Old Wembley, czarował interwencjami w towarzyskim meczu przeciwko Anglii. Jamie Redknapp, niegdyś całkiem przyzwoity pomocnik, oddał zupełnie niegroźny i niepozorny strzał na bramkę Higuity, który wyróżniał się burzą loków rodem z lat 80.

Kolumbijski szaleniec wykonał interwencję, która przeszła do historii futbolu. Ogromnym aplauzem cieszyłaby się zapewne w repertuarze każdego cyrku. Otóż Higuita odbił piłkę nogami (piętami) znajdującymi się nad jego głową! Niczym skorpion atakujący swoją ofiarę. Skandal! Jak on mógł tak zagrać, przecież to niezgodne z bramkarskim savoir-vivre. Cyrkowiec-Higuita zakpił z faworyzowanej reprezentacji Anglii pokazując, że potrafi obronić każdy strzał, w każdy sposób. Tego wieczoru nie puścił żadnej bramki.

Ogrom zaskoczenia widzów było porównywalnie wielkie co najwyżej z El Loco wykonując „Skorpio’s kick” uciszył publiczność. Co ciekawe, uciszył również komentatorów. Czas się zatrzymał, a wszyscy widzowie spektaklu zamarli z…wrażenia. Higuita-geniusz, bramkarski szarlatan, gwiazdor. Doskonały materiał do cyrku. Latającego cyrku.

 

 

Niemożliwe nie istnieje

Filip Jaśkiewicz

Czytając post Pana Michała, próbowałem sobie przypomnieć niesamowite, nadzwyczajne lub zmieniające bieg historii interwencje golkiperów. Szukałem niedługo. Bo cóż tu szukać, jak wystarczy pomyśleć o polskiej szkole. Idąc tym tropem, zamiast jednej spokojnie mógłbym tu umieścić kilka , albo nawet i kilkadziesiąt notek. Chciałbym opisać interwencję według mnie niedocenianą, ale jakże ważną dla kibica Liverpool’u, a także dla każdego Polaka. Domyślacie się już o czym będzie mowa? Oj, nie będzie to opis karnych. Tego fantastycznego save’a  nie znajdziecie łatwo w Internecie. Doprowadził on do sytuacji, lepiej znanej jako Dudek Dance.

25 maja ,stadion w Stambule. Pamiętam ten mecz jak dziś, siedzieliśmy z tatą w salonie. Ja, oaza spokoju na sofie, on nerwowo zmieniał co chwilę miejsce.Za oknami ciemno, mama co jakiś czas wysuwała głowę zza kołdry i pytała z litością :,,Czy ten mecz się kiedyś skończy?’’. Ta noc miała być jednak długa .A to za sprawą pewnego Pana ze Szczygłowic. Była przedostatnia minuta dogrywki. Z lewej strony dośrodkowywał Serginho. Bardzo mocno zakręcona piłka, minęła Samiego Hypie. To był moment, w którym serce mi stanęło, moment, w którym każdy Polak otworzył szeroko usta i rozszerzył gałki oczne do granic wytrzymałości. Szewczenko uderzył głową. Piłka po odbiciu od murawy, nabrała przyśpieszenia . Panu Jurkowi udało się ją jedynie odbić, ale na nic się to zdało, gdyż Andrij to przewidział. Tak przynajmniej sądzę, i ruszył od razu za strzałem. Dopadł piłkę jak lew gazelę i uderzył z całych sił. Jerzy zdołał się pozbierać, wyciągnąć rękę do góry i w niemożliwy sposób obronić poprawkę Szewczenki. Mimo, że nie jestem zawodowym bramkarzem, umiem sobie wyobrazić czym musiał wykazać się Jurek Dudek. Refleks, intuicja, szybkość, umiejętność przewidzenia.

Odbiegając na moment od tematu. Kto pamięta interwencję Krzysia Barana w meczu z Lechem, a zasadzie jej brak. Ten wie-totalne przeciwieństwo Jurka. Taki mały kontrast. Aha, wracając do bohatera mojej notki. Piłka poszybowała wysoko do góry i w efekcie końcowym spadła na górna siatkę. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie, no może z wyjątkiem kibiców Milanu. Zakończenie trochę jak z baśni, ale jak to inaczej określić. Takie mecze nie zdarzają się co dnia. W ciągu jednej akcji doznałem szoku, a zaraz miały przecież nastąpić karne. W gotowości trzymałem telefon z wybranym numerem na pogotowie, żeby móc w każdej chwili ratować ojca. ,,Ja tu chyba zawału dostanę’’- brzęczało w moich uszach przez cały wieczór. Jak już jestem przy tacie, to wspomnę, że dzięki temu meczu Liverpool zyskał nowego, wiernego fana. You’ll never walk alone.

Podsumowując. Czemu wybrałem tą akcję? Przecież takich interwencji było w historii od cholery. Czy jest między nimi jakaś różnica? Tak, jest jedna. Ta tworzy historię.

 

 

Przeklęty Jan Domarski

Mateusz Janiak

17 października 1973, stadion Wembley, Londyn, Wielka Brytania.

Dochodziła 56 minuta meczu. Długowłosy chłopak w żółtej bluzie z orzełkiem na piersi uwija się jak w ukropie, ażeby tylko uchronić swój zespół przed utratą bramki. Jego odpowiednik po przeciwległej stronie boiska, w nieomal identycznej bluzie, tyle że z trzema lwami w miejscu orła, z prawie że nie widocznym szyderczym uśmiechem na twarzy, spokojnie przygląda się wszystkiemu, co wyczynia jego przeciwnik. Szczerze gardzi nim oraz jego brudnymi, zawszonymi kolegami, którzy tak upokorzyli jego drużynę 4 miesiące wcześniej w tym biednym, śmierdzącym kraju. Ich - wielką, dumną Anglię. Tych, bez których nie byłoby futbolu. Jakby absurdalna konieczność gry w eliminacjach nie była dostatecznym upokorzeniem. Teraz jeszcze do ostatnich chwil muszą trzymać swoich kibiców w niepewności, albowiem tylko zwycięstwo w dzisiejszym meczu gwarantuję im awans do turnieju w Niemczech.

- Fucking bustards! – pomyślał i splunął z pogardą na murawę.

- Dobrze, że przynajmniej Roy przetrącił tę ich gwiazdę – Lubaskyego czy jakoś tak. – dumał z perwersyjną przyjemnością Anglik. Z rozmyślań wyrwał go błąd jego kolegi Huntera, który stracił piłkę w środkowej strefie boiska na rzecz łysiejącego blondyna. Ten z zadziwiająca szybkością pognał prawą stroną boiska, a następnie złamał akcję do środka, nie pozwalając się dogonić żadnemu z polujących na jego nogi drwali w białych koszulkach. Następnie, ściągając na siebie uwagę trzech obrońców, zagrał do wbiegającego zawodnika z numerem 10 na trykocie. Angielski bramkarz tylko na to czekał, momentalnie przesuwając się w lewą stronę swojej bramki.

- Come on, motherfucker! – syknął, podskakując z niecierpliwości, gdy polski napastnik składał się do strzału. Jednak ten trafił najgorzej jak mógł – dokładnie w to miejsce, gdzie stał Anglik. Ten, choć trwało to zaledwie ułamki sekund, uśmiechnął się w duchu, widząc jak nieporadnie uderzył jego rywal. Z kolosalnym spokojem rzucił się, aby chwycić piłkę. Wtem jednak stało się coś dziwnego. Choć poczuł jej okrągły kształt, który przecież tak dobrze znał, to trwało to nazbyt krótko. Jakoś inaczej niż zawsze. Po chwili usłyszał szelest piłki uderzającej o siatkę, zagłuszony momentalnie jękiem zawodu z trybun. Natychmiast przewrócił się na plecach w kierunku własnej bramki i zamarł w przerażaniu. Wpuścił! Nigdy w życiu nie wpuścił takiego farfocla, nawet jako 10 – latek na szkolnym boisku w Leicester! To niemożliwe!

- Fuck! God damn it Peter! – usłyszał jazgoczący głos McFarlanda. Nie wierzył, że to prawda. Tyle lat walki. Tyle pracy. Tyle męki, żeby wygryźć tego skurwiela Banksa. Najpierw w Leicester, potem w kadrze. A teraz, kiedy w końcu był na prostej, nie zagrają na mistrzostwach! Przez niego! Już widzi jego parszywą mordę, szczerzącą się w złośliwym uśmieszku. Jednak katujące go myśli zostały zagłuszone przez wszelakiej maści wyzwiska, które łączył jeden wspólny mianownik – nazwisko Shilton.

 

 

 

Brońcie Kuszczaka! Bądźcie podporą!

Paweł Zagrobelny

 

A niech to kule dudnią, dzisiaj gramy z Kolumbią

Zaczynam na ławce, ale zagram, na pewno

Kolumbia prowadzi?! Puścił Boruc, komu to wadzi?

Już moja pozycja rośnie. Zaczyna się piłkarskie przedwiośnie!

Słaby wykop kolegi, gwizdy na trybunach

Niech tyle nie pluje i tak mu się nic nie uda

Śpiewają Ole, Ole! Niech to, Boruc! To źle

Chyba jednak pojmuję, Boruc źle broni, gdy pluje!

I już gwizdek sędziego, ale na ławce dobrze, więc co mi do tego?

Wchodzę?! Już teraz?! To istny szalejasz!

Stoję niepewnie, ktoś strzela! Obok bramki! Metry bagatela!

Szczęście na de mną, szczęście w mych nogach, nie mówcie mi o przestrogach!

Grzesiu strzela! Będzie bramka?!  Bramki nie ma

I już piłka do mej nogi! Leć maleńka! Dobrej drogi!

Za daleko! Niech to szlag! Chowam głowę, to już czas?

I wybija już Martinez! Jeszcze mocniej! Może zginie!

Leci w me ręce! Leci spokojnie! Jakoś niepewnie... Zaraz ją trące!

Do rąk, nie do ziemi! Maleńka to nic nie zmieni!

I już o powierzchnię szwy swe obija! Wyleci daleko, a czas mija.

Mija me ręce, mija i bramkę! Żwawa na stadionie! Zaraz będą tańce!

Cóż to się stało? Co za nowina? Czyżby coś złego tu się zaczyna?

Obracam głowę, gwizdy nie milkną, a piłka w bramce, twarze nie znikną!

Ja chyba umrę! Ja chyba ginę! Chowam swe oczy! Świat mój już minie!

Patrzę na zegar! 60-ta minuta!  Jestem w agonii! Już pełna smuta!

Giną nadzieję! Ginie mój honor! Brońcie Kuszczaka! Bądźcie podporą!

I już się kończy ten nędzny spektakl,a ja wciąż żyję jak nędzny mentak

Już tylko Jeleń ludzi raduję, a ja się tu chyba nigdy nie odkuję

Czas goi rany i wszystko wybacza, ale źli ludzie nie mają mazacza...

 

James Barry ‘Jimmy’ Walker

Michał Grygianiec

Football Freak

Legenda. Jak podaje słownik, jest to osoba otoczona niezwykłą sławą. Gdy w sierpniu 1993 młody zawodnik, mający wówczas 20 lat, dołączył do Walsall FC, nikt się nie spodziewał, że osiągnie on taki status w klubie. W końcu w Notts County, gdzie zaczynał karierę, nie zagrał choćby jednego meczu. Zmiana pracodawcy była jednak strzałem w dziesiątkę. Trzy awanse, dwa razy nagroda dla gracza sezonu w klubie. W 1999 wywalczenie promocji do drugiej ligi było szczególne, bo pokonany został między innymi Manchester City. W podziękowaniu za postawę na boisku klub zorganizował w 2003 benefis dla zawodnika. Rok później drogi Walsall FC i naszego bohatera się rozchodzą. Po kolejnym spadku wybiera on ofertę londyńskiego West Hamu.

Kariera przez wielkie K? Prawie. Gdy wydawało się, że zdobył pozycję pierwszego bramkarza w zespole, przyszła kontuzja. W 87 minucie finału baraży, wychodząc do piłki, uszkadza więzadła krzyżowe w kolanie. Rundę honorową jednak odbył. To nic, że na plecach trenera bramkarzy. Potem operacja, długa rehabilitacja i debiut w Premier League - 18 marca 2006, prawie rok po odniesieniu kontuzji. Trzy występy w najwyższej klasie rozgrywkowej to wszystko, co udało się osiągnąć. Ciut lepiej było w pucharach, bo medal za udział w finale FA Cup jest. Wśród kibiców klubu cieszy się jednak szacunkiem, bo wiele osób pamięta ten mecz z Chelsea klik . W następnych latach konkurencja ze strony Roya Carrola, czy Roberta Greena była za duża i Walker nie łapał się do składu. Na następny mecz czekał do 2008 roku, kiedy został wypożyczony do Colchester. Gdy w czerwcu 2009 został zwolniony z West Hamu, wydawało się, że wróci na boiska w niższych ligach.

Dołączył jednak do … Tottenhamu. Nie zagrał w Spurs, ale skoro był trzecim bramkarzem, to nie miał na to większych szans. Zapisał się za to jako pomysłodawca tego wydarzenia klik . Zresztą sam sposób, w jaki załatwił sobie tę pracę, może budzić zdziwienie. Harry Redknapp udzielał wywiadu w telewizji, w którym padło stwierdzenie, że szuka doświadczonego bramkarza. Walker do niego zadzwonił i zakończyło się to podpisaniem umowy. W październiku 2010 wraca do Walsall. Początkowo do końca stycznia następnego roku, ale skoro zdrowie dopisywało, a na horyzoncie rysował się rekord, to czemu nie spróbować. Dlatego kontrakt został przedłużony. 12 kwietnia 2011 mecz z Brentford był szczególny, bo był pięćsetnym spotkaniem dla klubu rozegranym przez bramkarza. Podpisano kolejną umowę, na rok i w styczniu tego roku rekord padł. 530 meczów dla klubu wymazało z tablic historii osiągnięcie Colina Harrisona. Osiągnięcie mające 30 lat. Dlatego to jest tak wielki sukces.

Wracając jednak do naszego bohatera, jego historia pokazuje, że w życiu trzeba mieć zdrowie i szczęście. Gdy ma się obie te rzeczy, osiąga się wielkie sukcesy. Gdy ma się jedną, to mniejsze, ale zapadające w pamięć. Kariera piłkarska nie przeszkodziła w powstaniu książki o nim. Pokazuje to, jak nietuzinkową postacią jest Jimmy Walker.

 

Przez cień do ciemnicy

Krystian Gradowski

Nie wiem czy znają mnie wszyscy, ale ja ich znam na pewno. Wprawdzie bywam przekorny i mógłbym być także tym razem, ale dziś sobie odpuszczę – powiem coś o sobie, niechaj będzie.

Lubię gnieździć się w tłumie. Jestem u Mirka z Opola, na hiszpańskich językach, a na koszulce legendarny obrońca nazywał mnie „cesarzem”. Niektórzy wydają pieniądze na mojego brata bliźniaka, licząc na łut szczęścia, które oczywiście zależy ode mnie. Ciągle stawiają mnie w roli tego złego, robią ze mnie kucharza, choć zupełnie nie potrafię gotować. Raz przed szereg wyszła Zofia i wypaliła, że tym razem to nie ja a mnie i potem wszyscy to powtarzali. W porządku, męczy mnie to trochę, ale nie gniewam się, mam swoje odchyły i przyznaję - bywam złośliwy. Czasami z przekory, z czystej przewrotności, której nie można uzasadnić w żaden poważny sposób…

Historie jak ta przeważnie rozpoczynają się od „był ciepły, październikowy dzień…”, ale musicie mi wybaczyć – ja tak nie zacznę, bo nie wiem czy był ciepły, czy zimny, ale na pewno październikowy. Władka zesłałem zaraz po wojnie, a gdy już potrafił wymawiać „r”, postanowiłem dołożyć Janka. Tak w razie czego, gdyby któremuś z nich później strzeliło coś do głowy i muszę przyznać, że – tu uprzedzam fakty - był to klasyczny strzał w dziesiątkę.

Ten starszy od samego początku przejawiał większe zainteresowanie sportem. A to hokej, a to rzut dyskiem, potem piłka. Zdaje się, że wyniósł coś z każdej dyscypliny i choćby to sprawiało, że Janek dość długo pozostawał w jego cieniu. Nie ma co się dziwić, był po prostu lepszy i to jego wszędzie traktowano jako „numer jeden”. Był WŁADKIEM, podczas gdy Janek był zwykłym, najzwyklejszym Jankiem.

Oczywiście, że nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie wywinął. Chociaż bez przesady, nie można mnie o wszystko oskarżać – to, że dałem Władkowi gorącą głowę, odrobinę szaleństwa i skłonność do hulanek, nie czyni mnie odpowiedzialnym za te kolorowe przekręty. Żeby było jasne – ja mu przecież nic nie wkładałem. Te sytuacje z „zielonymi” i złotem… no cóż, tak się zdarza.

Władek sam pozwolił wyjść Jankowi ze swojego cienia. Kto by wcześniej o tym pomyślał? Chyba nikt. Przecież to on był bardziej utalentowany, bardziej ubóstwiany, z lepszymi wynikami. A jednak stało się inaczej i jak na złość do historii przeszedł nie jako wielki piłkarz, a jako wielki upadek piłkarza. Ale czy gdyby to on wyszedł w Anglii – czy ta sama legenda miałaby dziś prawo istnienia? A może byłaby jeszcze większa, bo nie puściłby nawet jednego? Albo w meczu piłki wodnej odnalazłby się jeszcze lepiej i dziś Polska byłaby mistrzem świata lub chociaż wicemistrzem?

Z drugiej strony, może przeraźliwy jazgot Anglików spaliłby go do tego stopnia, że niczym mały chłopiec ograniczyłby się do podawania piłek, tyle że z siatki? Albo w grupie broniłby ze skutecznością zawieszonego na poprzeczce ręcznika, a ówczesne pokolenie byłoby dziś kojarzone z międzynarodową klęską?

Tylko jeden z nich miał szanse zostać legendą. Scenariusz pisali sami, już beze mnie.

 

Ręce, które bronią i głowa na karku

Żuko

Banks, Dudek, Higuita czy nawet Suarez (tak, ten napastnik), a właściwie ich kończyny górne to świetni kandydaci na bohaterów konkursu bramkarskiej parady wszech czasów. Sztuka w tym jednak, by przy tej okazji wyróżnić tych, którzy mimo swojego, często jednorazowego wyczynu na linii bramkowej zostali już doszczętnie zapomniani przez futbolową społeczność. Świetnie do tych kryteriów pasuje bohater mojego tekstu. Bo choć karierę zakończył ledwie rok temu, rozegrał kilkadziesiąt meczów w rodzimej reprezentacji, zdobył wiele tytułów mistrza Francji, a do tego zaliczył nawet roczny epizod w Madrycie, to czy ktoś domyśla się kogo mam na myśli?

Mowa o Gregorym Coupecie, który nie wyróżniał się ani imponującym wzrostem (choć z porównaniami do wodza Bonaparte wciąż daleko), ani bramkarską charyzmą, w związku z czym pomimo bogatej kartoteki sportowej, niewielu już o nim pamięta. By przypomnieć sobie Francuza z jak najlepszej strony, należy cofnąć się do meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów z 10 października 2001 roku. Podczas spotkania FC Barcelona – Olympique Lyon nieradzący sobie pod bramką rywali Francuzi postanowili ucieszyć widownię efektowną akcją we własnym polu karnym.

Fatalne ustawienie względem Rivaldo obrońców próbował ratować jeden z nich, wykopując piłkę na rzut rożny. Niefortunna interwencja sprawiła jednak, że piłka zamiast nad bramkę, zmierzała wprost do niej, gdzie nie było z kolei wysuniętego do przodu Coupeta. Nie najwyższy golkiper pognał za piłką i gdy zostało mu jedynie odprowadzić futbolówkę wzrokiem do siatki, on efektownym szczupakiem wybił piłkę wprost na poprzeczkę. Zszokowani widzowie i niemniej obrońcy Lyonu całkowicie zapomnieli o Rivaldo, a Brazyliczyk pognał wprost na piłkę, która zawisła w powietrzu, na wysokości piątego metra pola karnego. Gdy Rivaldo zdołał oddać pewny strzał głową, nieprzytomny ze zmęczenia Coupet wyrwał się z pozycji leżącej i niemniej efektowną, niż sekundy wcześniej interwencją obronił uderzenie napastnika Blaugrany. Chwilę później spóźnieni obrońcy zdołali już zablokować kolejny strzał Rivaldo.

Interwencja Francuza niewiele jednak dała, ponieważ w ostatnim kwadransie meczu Barcelona zdołała strzelić dwie bramki i zainkasować trzy punkty, a drużyna z Lyonu zakończyła ostatecznie zmagania w Lidze Mistrzów na zaledwie trzecim miejscu fazy grupowej.

Choć można więc uznać, że interwencja (a w zasadzie interwencje) Gregory’ego Coupeta była pyrrusowa, to jednak powinna przejść do historii futbolu jako najbardziej efektowna parada wszech czasów. Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli interwencji Francuza, załączam link z materiałem wideo -

 

Ona leci, on się patrzy

Kacper Gawłowski

Wcale nie trzeba potrafić grać w piłkę by zostać klubową legendą. Może nie taką z pierwszych rzędów, może pierdołowatą, śmieszną i jedynie w Chociebużu, ale zawsze legendą. Mowa oczywiście o Tomislavie Piplicy, symbolu bramkarskiej nieporadności. Dziwić może, że gość, który za życiowy cel obrał pokonanie Marcina Cabaja w kategorii puszczania „cabajów”, czy ośmieszenie Sebastiana Przyrowskiego w kolekcjonowaniu „przyrosi” jest darzony szacunkiem, a nawet organizuje się mu mecz pożegnalny w iście hollywoodzkim stylu, jednak tego zawodnika po prostu nie da się nie lubić. Jego nieporadność w bramce była na swój sposób sympatyczna, taka swojsko wesoła. Niestety okowy zasad tego konkursu nie pozwalają mi w pełni oddać tej osobistości, no bo jak to tak wybrać jedną interwencję Tomislava? To trochę tak jakby oglądać jedynie zapowiedzi filmów – bezsensu. Przecież na tę tragikomiczną postać zebrały się dziesiątki farfocli, a tu mi się każe wybrać jedynie jednego, nieładnie.

Jednak jak mus to mus, niech na warsztat pójdzie akcja, która z miejsca kojarzy się z Piplicą. Sceneria – mecz z Borussia Moenchengladbach. Opis – ktoś kopnął na aferę, ktoś inny go zablokował (aspekty nie ważne), i piłka zaczęła lecieć w górę. No i leciała, Tomislav czekał, kolejne kilka sekund wypełniła sekwencja – ona leciała, on czekał (brzmi prawie jak jakiś romantyczny opis), nasz bohater aż tak zapatrzył się na okrągły przedmiot, iż ten uderzył go w głowę i wpadł do bramki, dzięki czemu wziął udział w jednym z najgłupszym samobójów w historii. Oczywiście słowa nijak nie mogą oddać tego co się tam działo, więc przekażmy głos obrazowi (na filmiku od 31 sekundy, warto jednak obejrzeć coś czego nie mogę opisać, okowy i te sprawy):

– Grają bez bramkarza – najpewniej tak wyglądałaby opinia Janusza Wójcika na temat naszego gwiazdora. Jednak to właśnie dla niego zagrał Barbarez, to dla niego przyjechał Suker, w sumie niewiadomo dlaczego. Kibice też byli raczej po jego stronie, w sumie też niewiadomo dlaczego, oczywiście pomijając ironiczne docinki, do których musiał przywyknąć. Gość notorycznie zawalał mecze, nabrał dziesiątki osób na bajkę, że jest zawodowym piłkarzem, a mimo to budził szacunek – to się nazywa prawdziwa charyzma no i potwierdzenie, iż bramkarz nie może być normalny. Jak jest normalny to jest nudny, a jak jest nudny to nikt o nim nie pamięta, za to jeśli jest świrem (niekoniecznie z numerem telefonu do Blanca) to może nawet robić za parodystę, bo i tak tłumy go pokochają. Ergo tłumy są głupie, autor jest głupi, gdyż poświęca im cenne znaki, a Piplica jest mądry, bo zarabiał krocie na czymś czego nie potrafił. Interwencja, która miała być clue, a chyba nie jest, potwierdza ostatnią tezę, o której przypomina ostatnie zdanie.

 

 



Tagi: konkursy
09:40, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 marca 2012

Zaczął się nowy tydzień, to zaczynamy konkurs literacki 'Los bramkarza' im. Petera Schmeichela. Oto pierwsze notki, zamieszczam w kolejności nadsyłania i naprawdę nie jest to zamierzone, że dwie pierwsze jakie przyszły dotyczyły dwóch parad (w drugim wypadku trzeba raczej mówić o mega wpadce) o jakich sobie pomyślałem, że na pewno zostaną opisane. Skorpionie wybicie piłki przez Rene Higuitę też przyszło i to nie raz. Sami oceńcie, przy okazji zapraszam samozwańczych recenzentów do recenzji, tradycyjnie postaram się ich docenić (jeden z nich niestety tym razem wystartował w konkursie, więc pewnie będzie powściągliwy w ocenie konkurentów).

Przypadek uczynił Cię mistrzem

Matka

„Rozpierdoliłeś mi wakacje” – mógł zaśpiewać Ukrainiec, parafrazując polskiego poetę, po tamtym wieczorze, a właściwie po tamtej, wbrew pozorom przypadkowej i nieco zapomnianej w natłoku emocji i wzruszeń sytuacji. Sytuacji kluczowej, bez której wszystko, co było potem nie miałoby miejsca. W dobiegającej już ku końcowi dogrywce, po dośrodkowaniu ze skrzydła próbował Ukrainiec głową, po obronionym przez Ciebie mój bramkarzu strzale dobijał nogą, dobijał niemożliwie do obrony, dobijając się z całym swoim zastępem do drzwi, do pokoju marzeń i pragnień. Ale tamtego wieczoru odźwiernym byłeś Ty.

Drogi bramkarzu, nie wątpię w twą klasę, nie neguję i wręcz podkreślam twój udział w tamtej pogoni za marzeniami i sukcesem. Ale akurat ta interwencja, to przypadkowe odbicie dobitki w ostatnich minutach doliczonego czasu gry uratowało nam wszystkim wieczór. Przypadkowe, bo niemożliwym jest obronienie strzału z niecałych dwóch metrów, leżąc na ziemi, będąc otoczonym przez hordę pożądających piłki atletów, atakujących i broniących się już chyba tylko siłą woli. Bo przecież po prawie 120 minutach nie gra się już z głową, gra się przypadkiem. Przypadkiem, który i Tobie mój mistrzu pomógł wprowadzić wszystkich świadków tamtego spotkania w niemały szok. Ale chyba i samego Ciebie własne umiejętności na moment zaskoczyły. Stałeś po tamtej interwencji na linii z rękoma opartymi o biodra i oblizując wargi zaczynałeś chyba wierzyć, że to może się jeszcze udać.

I udało się. W pamięci świadków tamtego wieczoru wciąż tańczysz na linii, heroiczno-komicznymi ruchami rozpraszając strzelców jedenastek, broniąc, skacząc, płacząc. W mojej pamięci mój mistrzu również. Ale nie zapominaj proszę tamtym przypadku. Bo to on uczynił Cię mistrzem.

 

To Jedno Zagranie

Janusz Pawlinka

Nie, nie, nie... To się nie mogło zdarzyć! Nic nigdy nie wymaże z pamięci Tego Jednego Zagrania. Nikt tam nie będzie pamiętał sześciu lat i ponad setki występów w tym klubie. Nikogo tam już nie będzie obchodziło, że reprezentując ich barwy udało mu się zagrać nawet w reprezentacji, co piłkarzom tego klubu zdarzało (i do dziś zdarza) się rzadko. Nic dla nich nie będzie znaczyć fakt, że gdzie indziej udowodnił swoją klasę i umiejętności zostając najbardziej utytułowanym graczem w historii swojego nowego klubu. Nie będzie miało już dla nich znaczenia, że po zakończeniu kariery zawodniczej trwającej kolejnych prawie 20 lat jeszcze inny klub będzie mu powierzał mu coraz bardziej eksponowane stanowiska (do prezesa włącznie) a regionalni działacze będą obsypywać oznaczeniami.

Nic nie wymaże z pamięci tego jednego momentu - kompletnego zaskoczenia, niedowierzania temu co się dzieje, prób wyparcia ze świadomości widoku turlającej się piłki oraz grobowej ciszy na stadionie po gwizdku sędziego wskazującego na środek boiska. Ciszy, która była zwiastunem Nieodwracalnego. Czegoś co nigdy się jeszcze nie zdarzyło i nigdy zdarzyć się w tym klubie nie miało. Czegoś, co zawsze już będzie kojarzyć się z Nim. Nieważne, że wcześniej był cały sezon meczów, dzięki którym Nieodwracalne stawało się coraz realniejsze. Nieważne, że oprócz niego na boisku grało też 10 innych piłkarzy, a poza boiskiem był sztab trenerski i działacze, którzy również swój wkład w Nieodwracalne wnieśli. To Jedno Zagranie było gwoździem do trumny – skazą na historii klubu i wyrwaniem z serca kibicom tlącej się jeszcze nadziei.

To nie tak miało wyglądać. Nie w tym klubie, nie na tym stadionie, a już szczególnie nie w takim meczu. Ale nie można wytłumaczyć niewytłumaczalnego. Tym bardziej, że i tak do końca nie uwierzyli. Nawet ten, któremu uratowało się (dosłownie) życie – zawsze już sądził, że to nie było nieumyślne zagranie. Te kilkadziesiąt pozostałych minut meczu i parę następujących po nim tygodni jeszcze spędzonych w tym klubie najlepiej byłoby skasować z życiorysu i świadomości. Ale ostracyzm działaczy i szydercze przyśpiewki kibiców w konfrontacjach z byłym klubem za każdym razem na nowo przypominały o Tym Jednym Zagraniu. Kiedyś zapewne byłoby tak, że prędzej czy później mroki zapomnienia przykryłyby ten dzień, a wiedza o Tym Jednym Zagraniu zostałaby tylko archiwistom. Teraz, w dobie YouTube’a nie ma prawdopodobnie częściej oglądanego za granicą klipu z meczu polskiej ligi piłkarskiej. Już chyba na zawsze tak zostanie – od niepamiętnych czasów tłumy przyciągał raczej widok dziwoląga niż nawet największego arcydzieła czy skończonej piękności.

28 czerwca 1987 roku, trzynasta (nomen omen) minuta meczu barażowego o utrzymanie w I lidze piłkarskiej Ruch Chorzów – Lechia Gdańsk na stadionie przy ul. Cichej w Chorzowie. Ten moment w karierze dla Niego - Janusza Jojki - był punktem zwrotnym. I nic innego potem nie było już w stanie go zmienić.

 

Gola nie było

Łukasz Kupisz

Zawodnik strzelił a bramkarz obronił. Gola nie było. Z opisu wynika że nie była to jakaś porywająca akcja. Ale pozory mylą. To był bardzo ważny mecz. Stawka była bardzo wysoka. Nie był to finał ligi mistrzów ani ligi europejskiej ani nawet jakiegoś pucharu krajowego. Stawka była znacznie wyższa, to był ostatni mecz sezonu ligowego o być albo nie być dla zadłużonego klubu który musiał wygrać. Przegrana albo remis = bankructwo i degradacja do najniższej klasy rozgrywkowej. Zwycięstwo to pewny byt ligowy oraz nowy sponsor który spłaci długi i zainwestuje w klub. Dla drużyny którą można określić mianem „za mocni na drugą ligę za słabi na pierwszą” to wielka szansa.

Presja kibiców była ogromna. Na bramce jak zwykle już od kilku sezonów stanąć miał nasz bohater. Niedawno skończył 36 lat i choć był jeszcze na siłach, to wiedział, że trzymają go tylko dlatego że jest tani, z każdym sezonem był coraz słabszy, a więc była to dla niego ostatnia szansa zapisania się złotymi zgłoskami w historii klubu. Jeśli zachowa w tym meczu czyste konto, to może jako wielki bohater dostanie jeszcze jakiś dobry kontrakt na rezerwowego. Trzeba było się spisać. Zadanie nie było takie proste, drużyna przeciwna mimo nieszczelnej obrony dysponowała fantastycznymi napastnikami i to głownie dzięki nim ciągle walczyła o udział w europejskich pucharach. Jeden z nich miał już zapewniony tytuł króla strzelców. Był to czarnoskóry chłopak który w tym sezonie strzelił już trzy hattricki. Nie był to jakiś nieopierzony amator bo wcześniej występował w kilku znanych klubach. Tak, dobrze się domyślacie to on miał napsuć naszemu bramkarzowi najwięcej krwi.

Mecz rozpoczął się od huraganowych ataków drużyny z dołu tabeli która szybko strzeliła gola. Potem mecz stał się nudny. Praca naszego bohatera sprowadzała się głównie do przechwytywania nieczęstych dośrodkowań. Można powiedzieć że przeciwnicy raczej go usypiali. Ale prawdziwy klasowy bramkarz musi zachować koncentrację do samego końca, po tym poznajemy prawdziwych mistrzów. Nasz „prawie” emeryt wiedział o tym doskonale. Natomiast jego wyżej wspomniany przeciwnik potrzebował jednej dokładnej piłki, to był zawodowiec, wałęsał się niemrawo w okolicach pola karnego czekając na zagranie. Była już 93 min. Kiedy sędzia chciał już odgwizdać koniec meczu, z lewej strony poszło dośrodkowanie. Obrońca nie zdołał sięgnąć piłki głową i ta spadała wprost pod nogi czarnoskórego snajpera. Ten huknął z woleja. Nasz bramkarz wyciągając energicznie rękę sparował piłkę końcami palców na poprzeczkę, po której ta wyszła za boisko. Gola nie było a sędzia skończył mecz i rozpoczęło się wielkie świętowanie. Nasz bramkarz został wielkim bohaterem, klub został uratowany i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

 

Coś szalonego

Daniel Olczykowski

Wybitnych bramkarzy było wielu. Fantastycznych parad również. Cudownych obron, które zmieniały losy najważniejszych spotkań każdy kibic mógłby wymienić kilka. Jednak drugiego takiego bramkarza jak Kolumbijczyk Rene Higuita świat nie widział. Nie dlatego bynajmniej, że golkiperem był dobrym. Nie dlatego, że wiele razy upadał i za każdym razem powstawał silniejszy. Nie dlatego wreszcie, że wykonał słynną interwencję, tzw. Skorpion Kick, która przyprawiła kibiców o palpitację serca. Był wyjątkowy, bowiem nigdy wcześniej, ani nigdy później, tak szalonego bramkarza piłkarskie stadiony nie oglądały. Słyszałem, że Artur Boruc jest boiskowym wariatem. Złe języki podszeptują, że wariatem niebezpiecznym.

Jednak patrząc na niego i jemu podobnych, jesteśmy w stanie zrozumieć ich zachowania, no, przynajmniej podjąć próbę zrozumienia. Jednak konia z rzędem temu (a obiecuję, że go dostarczę) kto z całą pewnością będzie w stanie stwierdzić, co działo się w głowie Rene Higuity, kiedy wychodził na boisko. O czym myślał? Jakie krainy przemierzał? Patrząc na załączony film - słynny Scorpion Kick, całkiem prawdopodobne, że były to wycieczki umysłu w stanie niekoniecznie, że tak powiem, pospolitym. Nieprzypadkowo w końcu nosił przydomek „El Loco”, czyli wariat. Drużynę Atletico Nacional Medellin, która kupiła go do swojej drużyny juniorów z regionalnego Antioquia, kosztował 10 dolarów. Parę lat później, w 1989 roku był jednym z autorów zwycięstwa w Copa Libertadores z paragwajską Olimpią Asuncion broniąc we wspaniałym stylu w finałowej serii rzutów karnych. Dwa lata później zdobył ze swoją drużyną mistrzostwo Kolumbii.

Bramkarz, który kosztował tyle, co komplet szklanek. Albo nowa pościel. W 1992 roku wyjechał do Hiszpanii, z której bardzo szybko wrócił. Prosto do więzienia, za pomoc w porwaniu zorganizowanym przez kartel narkotykowy. Od piłki odpoczywał siedem miesięcy. Ponownie został graczem Atletico Nacional, z którą znów zdobył mistrzostwo kraju oraz dotarł do finału Copa Libertadores, w półfinale ponownie popisując się w serii rzutów karnych z River Plate. Po wielu klubach przyszło się Higuicie tułać, aż w końcu w 2004 roku został zdyskwalifikowany za zażywanie kokainy. Do futbolu jednak wrócił. Porażki ponosił jednak nie tylko w zmaganiach z prawem, również na boisku. W 1990 roku wystąpił na Mistrzostwach Świata we Włoszech, z których jego drużyna odpadła w 1/8 finału po starciu z Kamerunem. Winnym porażki uznano właśnie bramkarza, co nie dziwi zważywszy na fakt, że jedną z bramek stracił nieudanie dryblując przed własnym polem karnym. Jednak i z tej porażki umiał się podnieść, w 1995 roku wraz ze swoją reprezentacją zajął trzecie miejsce w Copa America.

Cały świat usłyszał o Rene Higuicie rok później, kiedy to w towarzyskim meczu z Anglią zasłynął broniąc strzał Jamiego Redknappa słynnym kopnięciem skorpiona. Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć. Oczywiście, mecz towarzyski. Wiadomo, żadnej presji wyniku. Jednak oglądając tę interwencję, nie spodziewałem się. Najzwyczajniej w świecie, nie spodziewałem się. Kiedy brat zawołał mnie do komputera i powiedział, że pokaże mi coś szalonego, oczekiwałem czegoś innego. Czegoś normalniejszego. Czegoś, co byłem w stanie sobie wyobrazić. Jednak Rene otworzył wrota mojej percepcji na oścież, wparował do środka, narobił bałaganu i uciekł. Nie zamykając ich za sobą.

 

Gianluigi

Dawid Gromacki

Jak rozpoznać bramkarza światowego formatu? Odpowiedzi na te pytania padają różne, ale spójrzmy trzeźwo i uniwersalnie – wtedy, kiedy dokonuje rzeczy niemożliwych. Największe parady charakteryzuje jedno stwierdzenie - ,,przecież tę piłkę wszyscy widzieli już w bramce”. Dotyczy to zarówno jęków zawodu tysięcy fanów domniemanego egzekutora, jak i stan przedzawałowy kibiców cudotwórcy. Nie inaczej było w meczu Paragwaj – Włochy w 1998 r. z Gianluigim Buffonem w roli głównej. Choć mecz rangi towarzyskiej (Włosi wygrali 3:1), to parada godna finału mistrzostw (wszech)świata. Ledwie dwudziestoletni bramkarz dokonał rzeczy na tyle niezwykłej, że paragwajski snajper z numerem 7 był przekonany, że bramka padła a ta obrona to na pewno zwyczajna fatamorgana. Interwencje można dzisiaj traktować jako historyczną osłodę, bo przecież Włosi w tym samym roku pechowo odpadli po morderczym boju w ćwierćfinale mistrzostw świata w rzutach karnych (3-4) z późniejszymi mistrzami - Francuzami.

A nasz bohater niczym dobre wino po 14 latach od opisywanego wydarzenia strzeże bramki nie tylko walczącego o mistrzostwo Juventusu Turyn, ale i pierwszej reprezentacji. Bilans? Ponad 450 meczów w Seria A, 113 w dorosłej reprezentacji i tytuł najlepszego bramkarza dekady przyznany w 2009 roku. Mając 34 lata jego wartość jest szacowana fenomenalną jak na ten wiek kwotą 16 milionów euro (dla porównania 34 letni Edwin der Sar był wyceniany na ok. 5 mln euro).

Oznacza to nie mniej, nie więcej, że przedzierająca się u kogokolwiek w tym momencie myśl o piłkarskiej emeryturze dla fruwającego Włocha jest nie tylko zwyczajnym nietaktem, ale i całkowitym nieporozumieniem. Jego kariera jest niczym Niekończąca się opowieść. Wraz z paradami Buffona dorastały kolejne pokolenia i co najistotniejsze, kolejne będą dorastać. Określenia, typu wspaniały refleks, opanowanie, umiejętność kierowania obrońcami, doskonała gra nogami, to zwyczajne frazesy, które przystają do czołowych bramkarzy najlepszych lig, ale w przypadku Gianluigiego są zwyczajnym banałem. Nie ma większego sensu podejmować próby comeczowego opisu i oceny tego bramkarza, najlepszym rozwiązaniem jest umiejscowienie się wygodnie w fotelu i najzwyczajniej w świecie delektowanie się tym, co nieopisywalne. 

 

Przęsło Tower Bridge

Baltonka

- Hehe, śmialiśmy się, że na ten moment w pierwszym składzie mogą wyjść co najwyżej jego wąsy. Rozumiesz, wąsy były młodsze od całej reszty o kilkanaście lat… no chyba że już w betach bawił się w Toma Sellecka, hehe! Słit dżizas, on miał 39 lat! Ja mam dziś 43, grać przestałem 9 lat temu, a i tak czuję się jakbym przeżył o pół wieczności za dużo. Widzisz, zupełnie jakbym gdzieś w roku 2003 otworzył piwo i je sączył do dziś. Wydawało mi się, że on to piwo powinien otworzyć rok wcześniej, zaraz po tym jak Ronaldinho wrzucił mu tego liścia za kołnierz.

A wiesz, że było mi go wtedy żal? Stary mistrz, niegdyś tak wielki, a potem tak lżony – to nie był dobry czas, nawet wąsy były de mode. Każdemu się wydawało, że może rzucić kamieniem. No, poza mną i może jeszcze kilkoma innymi, którym przyszło zmierzyć się z Arsenalem w sezonie 90/91. Wiesz co czułem stając przed Dixonem, Adamsem, Winterburnem i Bouldem? Nawet nie strach, raczej głupkowatą wesołość w reakcji na niestosowny żart, zupełnie jakbym stał u podnóża jakiejś fortecy i nie mógł nawet znaleźć miejsca, w którym opuszcza się most zwodzony. Nawet jeśli jakimś cudem udawało nam się ich rozklepać, to zaraz pojawiał się on. I nagle miał 3 metry wzrostu, i nagle miał ramiona jak przęsła Tower Bridge, i nagle okazywało się, że ta bramka w tle, ta, w którą wydawało się, że można trafić, to tylko złudzenie optyczne, to tylko tatuaż na jego plecach. Widzisz, wtedy nie myślało się o nim w kategoriach „refleksu”, czy „zwinności”. On po prostu był na swoim miejscu, a nas ze akcje przerywał z uprzejmym spokojem nauczyciela tłumaczącego swoim wychowankom zasady tabliczki mnożenia. Nie zdziwiłbym się, gdyby pomiędzy strzałami zastanawiał się nad aperitifem do proszonej kolacji. Po czymś takim nigdy nie schylisz się po kamień, bez względu na to, jakiego babola by nie puścił.

No więc graliśmy w tym 2003 z Arsenalem w półfinale Pucharu Anglii i żartowaliśmy na temat wąsów, mówiłem już. W sumie to liczyliśmy po cichu na jakiś jego błąd. Myślę, że wtedy każdy trener na odprawie przed meczem z kanonierami podkreślał, że Dawid już nie jest tak pewnym punktem drużyny rywala jak niegdyś. Sam pomyśl, cztery dychy na karku! Tacy starzy jeszcze żyją? – myślałem wtedy.

No i zrobiliśmy fajną akcję; Carl mocno w pole karne, bilard na przedpolu i Paul dostawia głowę, a piłeczka pewnie zmierza do bramki. I nagle pojawia się on, i nagle znowu ma 3 metry wzrostu, a jedno z przęseł Tower Bridge chwyta piłkę. Przez ułamek sekundy piłka zastygła w ręku Dawida – i zdawało się, że pęknie, tyle w tym chwycie było pewności i mocy. Na szczęście pozwolił jej opuścić rękawice i sam możesz zobaczyć, jak chętnie od niego ucieka.

…W sumie fajnie, że tak to się skończyło, że w ostatniej migawce tło jego odejścia stworzyłem ja z kolegami, a nie wyszczerzona morda Ronaldinho, któremu udało się okpić legendę. Że litery końcowe mogły się przesuwać w rytm hymnu, a nie elegii.



 

Takich prezentów nie chcemy

Anna Hombek

Człowiek z natury jest istotą złośliwą i łatwiej zapamiętuje pomyłki innych ludzi, niż ich sukcesy. Z wpadkami bramkarzy jest podobnie. Bardziej zapadają nam w pamięć ich katastrofalne błędy, niż udane interwencje. No dobra, wcale tak nie jest. Choć ma to zastosowanie w przypadku błędów bramkarza przeciwnej drużyny. No, bo przecież, nie będziemy się zachwycać paradami golkipera, które sprawiają, że „naszym” jakoś w tym meczu nie idzie. Chyba, że ktoś jest wspaniałomyślny. Ja bynajmniej taka nie jestem (podczas oglądania meczu oczywiście). Zazwyczaj jest też tak, że konsekwencją „wpadki” piłkarza, stojącego między słupkami bramki, są spore problemy jego zespołu. Niemniej jednak pomyłka, która przydarzyła się „bohaterowi” tego tekstu, paradoksalnie zaszkodziła nie jego drużynie, ale jej największemu rywalowi. Podanie, jakim „popisał się” Victor Valdes przyniosło w rezultacie najszybszego gola w historii klasyków. W tamtej chwili, wielu sympatyków Realu pomyślało: to jest ten dzień! Ten wieczór, w którym wreszcie Los Blancos wygrają w lidze Gran Derbi. Ja wtedy chciałam tylko jednego, a mianowicie zakończenia spotkania. Wiem, niezbyt optymistyczne myślenie z mojej strony. Przed nami było jeszcze, co najmniej 89 minut meczu. Jednak w głębi serca przeczuwałam, że coś złego się jeszcze przez ten czas wydarzy….. Szybko uzyskane prowadzenie, źle podziałało na graczy Realu. Zdobyli bramkę, na którą w ogóle w tym meczu nie zasłużyli, no, bo jak mieli zasłużyć? Była przecież dopiero 21 sekunda meczu, a w tak krótkim czasie nic na boisku się jeszcze nie zdarzyło. Nic, oprócz fatalnego błędu bramkarza przyjezdnych. Zaistniała sytuacja, sprawiła, że piłkarze Mourinho poczuli, iż fortuna tego dnia im sprzyja, a skoro los wreszcie w meczach z Dumą Katalonii się do nich uśmiechnął, to tym razem rezultat będzie inny. Nic bardziej mylnego. Jak wiemy fortuna kołem się toczy i na pstrym koniu jeździ. Co pokazała szczególnie przy strzale Xaviego. Dobrze pamiętamy jak ten mecz się zakończył. Dlatego też uważam, że wszystkiemu winny był błąd Valdesa. To od niego zaczęło się całe nieszczęście piłkarzy z Santiago Bernabéu. Byli przecież w świetnym rytmie meczowym, dobrze przygotowani do starcia z ekipą Guardioli. Mieli również swój własny plan na rozegranie tego spotkania, ale „prezent”, jaki dał im bramkarz Blaugrany sprawił, że niestety uwierzyli, iż szczęście „załatwi” całą sprawę za nich. Ta wiara okazała się zgubna.

 

Tagi: konkursy
11:00, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (19) »
piątek, 23 marca 2012

Euro 2012 zbliża się wielkimi krokami. Ani się obejrzymy jak zostaną minuty do rozpoczęcia meczu otwarcia turnieju z Grecją. Meczu, który po prostu trzeba wygrać, nie ma zmiłuj. Wyobrażacie sobie ten moment? Te ostatnie chwile w szatni przed wyjściem piłkarzy na płytę Stadionu Narodowego, przed Mazurkiem Dąbrowskiego, pierwszym gwizdkiem i pierwszym atakiem na bramkę rywala? Biało-czerwoni siedzą na ławkach, przed nimi Franciszek Smuda. Jak motywuje ich w ostatnich słowach przed wysłaniem w bój, na który cała Polska czekała od przyznania turnieju, od losowania w Kijowie, na który czekali całe swoje życie?

Nie wiem czy Franz już ćwiczy, czy szuka inspiracji, czy wertuje sztukę wojny Sun Tzu, do której sięgał podczas Euro 2004 trener Portugalii, Luiz Felipe Scolari, czy planuje specjalny seans Braveheart jak trener Szkotów przed meczem z Anglią na Euro ’96, czy zmontuje jakiś filmik z dotychczasowych meczów swoich chłopaków jak Pep Guardiola przed finałem Ligi Mistrzów w Rzymie? Postanowiłem mu pomóc. Oto dwie przemowy, na które natknąłem się dzisiaj na facebooku, jednak filmowa, druga prawdziwa, obie odniosły znakomity efekt;) Zapewne znajdą się kolejne...



wtorek, 20 marca 2012

Uwaga, ogłaszam kolejny konkurs literacki! Tym razem na notkę opisującą fantastyczną paradę bramkarską, która miała niebywałe skutki dla świata, historii futbolu lub po prostu Twojej drużyny. Ewentualnie na jakąś niesamowitą bramkarską wpadkę, która zrujnowała marzenia całej nacji, wielkiego klubu, drobny, bramkarski  błąd, który przerodził się w wielką klęskę. Po prostu: bramkarz w roli głównej. Samotność golkipera, czy bramkarz musi być szalony itp. stereotypy, już sami wiecie. Aha, wideo z youtube'a ilustrujące notke mile widziane, acz nieobowiązkowe. A los bramkarza dlatego, że jestem w posiadaniu piłki Tango 12 z autografem Petera Schmeichela, legendy Manchesteru United, wg wielu najlepszego bramkarza w historii, choć jak zwykle w takich przypadkach można się spierać. Piłkę dostanie zwycięzca konkursu, za drugie miejsce zdjęcie Petera z jego autografem, za trzecie torba piłkarska Carslberga (który załatwił rozmowę z Wielkim Duńczykiem) z niespodzianką. Rozmiar: 3 000 znaków (słownie: trzy tysiące - ze s p a c j a m i !). Na mejla: proszę z nagłowkiem KONKURS, żebym wyłowił jak wpadnie do spamu. Deadline: sobota, 13.45 czy początek Derbów Londynu na Stamford Bridge.

Skoro o Chelsea mowa, poczułem blu(e)sa i napisała mi się taka bramkarska notka, poza konkursowa oczywiście, zwłaszcza, że znaków ma aż 5 tysięcy, o ulubionej postaci z przeszłości...

Beat the Goalie

Mały Jimmy przestępował z nogi na nogę, obracając w rękach skórzaną piłkę i posępnie spoglądając spode łba to na ojca to na stojącego w rozkroku kilka metrów przed nim potężnego grubasa. - No dalej, Jimmy, strzelaj! Na co czekasz? Nie chcemy chyba, żeby przepadło te 10 pensów - doktor Harris zaczynał tracić cierpliwość. Lato 1915 roku było wyjątkowo upalne, nawet wiaterek z nad English Channel nie przynosił ulgi. Czuł, że pod marynarką zaczyna spływać potem, a przecież zaraz miał wracać do pacjentów. W dodatku buty miał już pełne piachu. Wizyta na kąpielisku w Blackpool w godzinach pracy nie była najlepszym pomysłem. Ale dziś był ostatni dzień lata, Jimmy następnego dnia wracał do internatu. Mały był zapalonym piłkarzem, chciał mu zrobić przyjemność, a cholera wie czy ten facet będzie w tym samym miejscu za rok. Szczerze mówiąc nie wyglądał najlepiej, ciężko posapywał, żółta cera sugerowała kłopoty z metabolizmem. Doktor podejrzewał, że gigantycznie wypięty brzuch to wina nie tyle obżarstwa, co marskości wątroby. - Ten biedny gentelman musi mieć śledzionę powiększoną do rozmiarów koła od automobilu - pomyślał.

- No, Jimmy, przecież o tym marzyłeś! - doktor Harris był już poirytowany. - Niepraaaawda! - wybuchł nagle dzieciak. - Obiecałeś, że będę mógł strzelić gola prawdziwemu bramkarzowi! Prawdziwemu! A ten tu to jakaś podróbka, to jakiś... - zaczął kopać piach, ale urwał, ponieważ grubas z kocią zwinnością doskoczył do niego, przewrócił na piasek, chwycił za kostki i uniósł do góry. Jimmy zawisł głową w dół na wysokości dwóch metrów. - Wiesz, co robiłem z napastnikami, którzy symulowali faule, albo strzelali nieprzepisowe gole? To, co teraz z tobą. Wisieli głową w dół dopóki się nie przyznali - wycharczał . - Nie wyglądam ci na bramkarza? Na świecie cię jeszcze nie było, kiedy ja potrafiłem wypiąstkować piłkę aż pod bramkę rywali! Nikt tak nie bronił karnych jak ja, bo to brzucho wypełniało sobą całą bramkę! - zaniósł się śmiechem, który przeszedł w kaszel.

- Thats right, Jimmy! Masz zaszczyt otrzymać lekcję pokory od słynnego Williama „Fatty” Foulke’a. Widziałem na własne oczy trzy finały Pucharu Anglii, a mister Foulke wystąpił we wszystkich z nich, dwukrotnie schodząc z boiska jako zwycięzca. Zagrał też w reprezentacji Anglii. Później w 1905 roku Chelsea zapłaciła za niego Sheffield United całe 50 funtów! Ci z Londynu zawsze przepłacali, ale myślę, że takiej fury pieniędzy nikt nie da za piłkarza i przez następne 100! - rzekł doktor Harris do syna, którego Fatty postawił z powrotem na ziemi. Z twarzy małego zniknęło przerażenie. Jego oczy błyszczały z zachwytu. - To wszystko prawda? - wydukał.

- No, ba - odparł bramkarz. - Czy wiesz młody człowieku, że to o mnie powstała pierwsza przyśpiewka kibiców, jakich dziś dużo się słyszy na stadionach, ale wtedy nikt tego nie robił. Wtedy w 1894 roku zabrakło ciasteczek z mięsem, które zawsze serwowano kibicom w przerwie meczów. Rozejrzeli się wokół spostrzegli moje brzucho, a przy wzroście 198 cm ważyłem wówczas 150 kilo i nagle trybuny rozbrzmiały piosenką: „Who ate all the pies? Who ate all the pies? You fat bastard. You fat bastard. You ate all the pies!” - zanucił ze śmiechem. - Kibice Sheffield United śpiewali to z życzliwością. Zresztą ja zawsze powtarzałem, że nie ważne jak na mnie wołają, ważne, żeby nie zapomnieli zawołać mnie na obiad!

- Bardzo pana proszę, żeby uważał pan ja język! Mody człowiek nie powinien znać takich wyrazów. No, Jimmy, strzelaj, bo czas ucieka - stwierdził doktor Harris. Jimmy drżąc z przejęcia ustawił piłkę metrów od skleconej z bambusowych kijków bramki Foulke’a. Fatty rzeczywiście przesłaniał sobą całą bramkę jak wielka góra. Jimmy zrobił dwa kroki w tył, podbiegł, łypnął jeszcze na lewy słupek i strzelił tuż obok prawego. Foulke zwalił się na ziemię przy lewym. Grzmotnął tak mocno, że aż jakieś pary na molo przerwały śmiechy i przyglądały im się w milczeniu.

- Dobry strzał, naprawdę dobry strzał. Świetnie ułożona noga, mocne uderzenie. Zrobiłbyś karierę w futbolu, ale szczerze ci to odradzam - mówił Foulke gramoląc się z ziemi. - Kariera jest dobra tylko przez chwilę, ale kiedy się kończy zostajesz bez przyjaciół i pieniędzy, za to z urazami. I kończysz tak jak ja - wskazał przez ramię nagryzmolony koślawymi literami na kartonie napis „beat the goalie - 10 p” i zaniósł się kaszlem.

- Do zobaczenia za rok, panie Foulke! - rzucił Jimmy, odchodząc. - Niech no pan się do mnie zgłosi, nie podoba mi się ten kaszel. Wiatr od morza jest zdradliwy, nie dobrze gdyby okazało się, ze ma pan zapalenie płuc. A i patrząc na pana opuchniętą twarz i ręce zdecydowanie zaleciłbym odstawienie kieliszka - powiedział na odchodne doktor Harris, zaglądając Fatty’emu w oczy.

Ojciec i syn ruszyli w stronę miasteczka. Z wysuniętego w morze molo popłynęły dźwięki skocznej melodii, zagłuszając wołanie zwalistego, grubego mężczyzny, który zwinąwszy dłonie w trąbkę krzyczał na plaży: „Beat the goalie! Beat the goalie! Bronił strzały w Pucharze Anglii, teraz ty możesz pokonać go tutaj. Tylko 10 pensów. Beat the goalie! Beat the goalie!”



Tagi: konkursy
17:03, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 19 marca 2012

 

- Na mecie w Falun nie było niezadowolonych: Marit Bjoergen cieszyła się z Kryształowej Kuli, Justyna Kowalczyk z prestiżowych zwycięstw w Pucharze Świata. Dwie najlepsze biegaczki narciarskie świata sprawiedliwie podzieliły się łupami - napisał w korespondencji z ostatnich zawodów Pucharu Świata mój redakcyjny kolega Robert Błoński, cytując Polkę, która mówi, że zrealizowała wszystko, co chciała. - Z zadań, które sobie postawiłam, nie udało się tylko wygrać 30 km klasykiem w Oslo. Sezon kończę z poczuciem, że znowu potrafię wygrywać. Nie odbieram Justynie prawa do zadowolenia z zakończonego właśnie morderczego sezonu, tyle razy dawała nam bowiem powody do dumy, sam ze wzruszeniem słuchałem granego dla niej Mazurka Dąbrowskiego po zawodach w Szklarskiej Porębie, których organizacji bez jej sukcesów nigdy by nam nie przyznano. Ma prawo cieszyć się z wygrania najbardziej prestiżowej imprezy sezonu, czyli Tour de Ski i wygranych dzień po dniu zawodów w estońskiej Otepeaeae. Rok temu kiedy wygrywała Tour de Ski i trzeci raz z rzędu Kryształową Kulę, radość z sukcesu mącił niedosyt, że ze zwycięstw cieszyła się tylko wówczas, gdy na starcie nie pojawiała się Marit Bjoergen. W tym udało jej się to pięć razy, za każdym na 10 km klasykiem. Kilka razy wybiegała na trasę w żółtej koszulki liderki. Ale też rywalizację z Norweżką przypłaciła potwornym zmęczeniem, w końcówce sezonu aż czterokrotnie wywracał się na trasie i jak mówiła nogi plączą jej się nawet, podczas chodzenia po schodach.

Czwarta Kryształowa Kula z rzędu pozwoliłaby Justynie wejść do panteonu najlepszych zawodniczek w historii biegów narciarskich. Mam wrażenie, że Bjoergen, zrównując się w ilości Kul z Polką, udowodniła całym sezonem, że jest najlepszą biegaczką naszych czasów. Mimo, że nie udało jej się wciąż zatriumfować w Tour de Ski, tu ciągle lepsza była Justyna. Nie chodzi przy tym o same statystyki: że odnosząc w Falun 55. zwycięstwo w PŚ awansowała na czwarte miejsce w klasyfikacji wszech czasów w konkurencjach narciarskich, zrównując się ze szwajcarską alpejką Vreni Schneider (przed nią już tylko rodak, Ole Einar Bjoerndalen, Szwed Ingemar Stenmark i alpejka Annemarie Moser-Proell). Chodzi o to, że - jak powiedział „Gazecie Wyborczej” nasz legendarny mistrz świata, Józef Łuszczek - dawno nikt tak nie zdominował jednej dyscypliny jak Bjoergen. - Oglądam biegi już ze 40 lat i takiej dominacji, jaką zaserwowała Marit nie pamiętam. Nikt nie był aż tak mocny przez cały sezon, a przecież kiedyś rozgrywano dużo mniej biegów. Kiedy w minionych latach kolekcjonowała medale igrzysk (siedem) i mistrzostw świata (14!), rezygnując z wielu startów w PŚ. Mówiło się wówczas, że nie byłaby w stanie utrzymać najwyższej formy przez kilka miesięcy. Tym sezonem udowodniła, że jest inaczej - tylko trzy razy nie stanęła na podium!

 

Choć trzeba też przyznać, że wielkość Bjoergen urosła w tym sezonie tym bardziej, że miała taka rywalkę jak Justyna. Tak wyrównanej rywalizacji może pozazdrościć kobiecym biegom narciarskim większość dyscyplin, od tenisa, przez Formułę 1 po skoki narciarskie. Z okazji wielkiego triumfu Bjoergen zamieszam fragmenty tekstu o Norweżce, który napisałem do poprzedniego Newsweeka.

Milczenie owiec

(...) Żeby zrozumieć skąd u Bjoergen taka obsesja wygrywania, co pcha ją do katorżniczych treningów i rezygnacji z życia prywatnego, choć przecież zdobyła już wszystko i to po wielokroć, trzeba przenieść się do małej wioski Rognes nieopodal Trodnheim, w której dorastała. To tam, na wygwizdowie tak wielkim, że nawet szkołę podstawową przerobiono na bar, bo wszystkie rodziny z dziećmi uciekły do miasta, ojciec i matka wpoili jej, że najważniejszą wartością jest praca. Tej zaś na rodzinnej farmie nigdy nie brakowało. Mała Marit pomagała przy żniwach, oporządzała i wypasała owce, których stada liczyły nawet 200 sztuk, asystowała przy ich porodach. Często obarczano ją także opieką nad dwójką młodszych braci, a przecież musiała jeszcze znaleźć czas na naukę.

Bieganie na nartach nie było rozrywką czy relaksem po pracy, ale codziennością, ot, najłatwiejszym środkiem transportu jak dla dzieciaków w innych regionach świata rower, hulajnoga czy deskorolka. Dla zabawy uprawiała piłkę ręczną i... nożną. Treningi biegowe zaczęła w wieku 12 lat w lokalnym klubie wraz z grupą sześciu rówieśników. Że dyscyplinę warto potraktować poważnie poczuła po roku, gdy po raz pierwszy wyjechała za granicę. W Szwecji wygrała swoje pierwsze zawody. Jej ówcześni trenerzy opowiadają, że już była takim tytanem pracy, iż musieli ją hamować przed przeciążeniem, a przecież wciąż miała obowiązki na farmie. Te odpadły dopiero w 18. roku życia, gdy opuściła rodzinny dom, przenosząc się do internatu norweskiej kadry.

Kariera nabrała przyspieszenia. W wieku 22 lat pojechała na swoje pierwsze Igrzyska Olimpijskie do Salt Lake City w 2002 roku, gdzie wraz ze sztafetą wywalczyła srebrny medal. Na sukces indywidualny była jeszcze za słaba. Przełom nastąpił w kolejnym roku, w którym wygrała pierwsze zawody PŚ, a później pierwszy tytuł mistrzyni świata - w sprincie w Val di Fiemme. Do dziś nazbierała tyle trofeów, że nikt nie może się z nią mierzyć.

Zakochani w sportach zimowych Norwegowie regularnie nagradzają ją tytułem najlepszego sportowca w kraju (podobnie jak my Justynę Kowalczyk). Cenią ją za to, że choć jest wielką gwiazdą, pozostała skromną dziewczyną z Rognes, której zdarza się podczas odwiedzin rodziców zakasać rękawy i zabrać do roboty w polu. Po igrzyskach w Vancouver, gdzie zdobyła trzy złote medale jeden z tygodników opublikował reportaż Na jednym ze zdjęć Marit z widłami w ręku i w gumofilcach na nogach uwijała się w owczarni.

Choć jako celebrytką mogłaby wybierać z długiej listy firm, zasypującej ją ofertami współpracy, zgadza się reklamować wyłącznie zdrowe produkty. Za równowartość 4,5 miliona złotych związała się m.in. z norweskim Stowarzyszeniem Eksportowym Rybaków, promując jedzenie ryb kosztem mięsa i zdrowe przepisy kulinarne. Skrytykowała przy tym publicznie kolegę z kadry za reklamowanie napoju energetycznego, bo jej zdaniem rujnuje organizm dzieciaków. Nie szasta pieniędzmi. Jeździ takim samym samochodem jak większość Norwegów, a największy wydatek, na jaki sobie pozwoliła to apartament w ekskluzywnej dzielnicy Olso - Hollmenkollen z widokiem na trasę, na której zdobyła cztery medale mistrzostw świata.

Era astmatyków

Katorżnicze treningi w końcu dały jednak o sobie znać. Z przetrenowania przed igrzyskami w 2004 roku, chorowała w Turynie i nie przywiozła żadnego medalu. Klapą zakończyły się także MŚ w Saporro w 2007 i Libercu w 2009 roku. Kochająca wygrywać Marit nosiła się nawet z porzuceniem sportu. Ale wtedy właśnie zaczęła brać lek na astmę - Symbicort, który był wprawdzie na liście środków zakazanych przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, ale Bjoergen dostała specjalne zezwolenie na stosowanie go w formie inhalatora. I znów zaczęła wygrywać.

Oburzyła tym swe największe rywalki, Słowenkę Petrę Majdić i Kowalczyk. Kulminacja wzajemnej niechęci i oskarżeń o doping nastąpiła podczas igrzysk w Vancouver w 2010 roku i mistrzostw świata w Oslo rok później, które Bjoergen zdominowała, zdobywając pięć medali w pierwszej imprezie i cztery w drugiej. Trener Polki, Aleksander Wierietielny przekonywał, że skoro Bjoergen może brać leki na astmę, to jego zawodniczka powinna mieć zgodę na stosowanie EPO, bo ma obniżony poziom żelaza we krwi. EPO w medycynie stosuje się w drastycznych przypadkach niewydolności nerek, w sporcie wspomagają się nim nielegalnie głównie kolarze.

Justyna zaś po kolejnych porażkach pozwalała sobie na uszczypliwości i oskarżenia pod adresem Norweżki. „W erze astmatyków srebro jest złotem” - mówiła po zajęciu drugiego miejsce za Bjoergen. „Marit przygotowała się dobrze fizycznie, psychicznie i medycznie” - puszczała do nas oko po kolejnej porażce. Po mistrzostwach świata w Oslo stwierdziła, że wyjeżdża jak najszybciej, żeby „nie złapać epidemii, która w Oslo szaleje na narciarskich trasach. Epidemii astmy. W biegu na 30 km w pierwszej szóstce były aż cztery Norweżki, wszystkie chore".

Wściekła Bjoergen, że ktoś umniejsza jej osiągnięcia tłumaczyła, że naprawdę ma astmę. - Nie czuję się oszustką. Gdybym ciężko nie pracowała, żadne medykamenty by mi nie pomogły - przekonywała. Podkreśliła, że ma szacunek do Kowalczyk jako zawodniczki, ale to, co Polka o niej wygaduje jest niesprawiedliwe i krzywdzące. W obronę wzięli Norweżkę specjaliści od medycyny sportowej, także z Polski, tłumacząc, że astma wysiłkowa jest powszechna wśród zawodników uprawiających dyscypliny wytrzymałościowe w trudnych warunkach, zwłaszcza w basenie i na mrozie, wśród spalin, czyli u pływaków, biegaczy narciarskich i kolarzy. Dzięki lekom chorzy nie uzyskują cudownej przewagi, a jedynie ich oskrzela wracają do takiego normalności. Kowalczyk zerwała jednak współpracę ze swoim lekarzem, Jarosławem Krzywańskim, który także wziął w obronę astmatyków. W 2011 roku MKOl. oficjalnie zezwolił na stosowanie Symbiocortu.



Kotwica w górę

W obecnym sezonie między Kowalczyk, a Bjoergen zapanował rozejm. Polka przestała wspominać o astmie, Norweżka rozpływała się nad wielkością Justyny. Podczas zawodów w Szklarskiej Porębie powiedziała mi, że nie byłaby tak wielka w ostatnich latach, gdyby nie miała tak wielkiej rywalki jak Polka. Przez cały czas oskarżeń o doping Bjoergen czuła wsparcie norweskich mediów i kibiców, a Kowalczyk swoich, zwłaszcza anonimowych

internautów, którzy często bardzo wulgarnie atakowali w sieci jej przeciwniczkę, zupełnie jak w swoim czasie Martina Schmitta i Svena Hannawalda gdy ci rywalizowali w skokach z Adamem Małyszem. Paliwem dla anonimowych haterów stały się zdjęcia muskulatury Marit, opublikowane po igrzyskach w Vancouver przez norweską prasę, na których widać wyrzeźbione jak kaloryfer mięśnie brzucha biegaczki i bicepsy. Internet zaroił się mnóstwem niewybrednych żartów jak ten niejakiego Hardkrowego Koksu, i domysłów, że Bjoergen bierze sterydy.

Ona sama nie wstydzi się swojego ciała. Podczas ceremonii wręczenia nagrody dla Najlepszego Sportowca Norwegii 2012 roku, wystąpiła w sukience z odsłoniętymi ramionami, znów eksponując imponujące bicepsy. Furorę zrobił też jej akt, namalowany przez 88-letniego artystę, Knuta Aasheima. Że biegaczka ma dystans do zaczepek udowodniła w programie Tunge Ting, wcielając się w słynnego komiksowego siłacza Popeye, zyskującego siłę pop zjedzeniu puszki szpinaku i jak on wymachiwała wielką kotwicą.

To także element autopromocji. Wraz z narzeczonym Fredem Boerre Lundbergiem, dwukrotnym mistrzem olimpijskim w kombinacji norweskiej jest współwłaścicielką firmy Gymtimen, pomagającą klientom wrócić do dobrej formy. Jej mama, Kristin otworzyła siłownię w rodzinnym Rognes. Chętni na kaloryfer i bicepsy a’la Marit walą drzwiami i oknami.

Kryształowa Kula, którą odebrała Kowalczyk, jest jej trzecią w karierze. Status Marit w ojczyźnie jest już tak ogromny, że kilka miesięcy temu jej podobizna trafiła na znaczki pocztowe. Ale pytana niedawno o największy sukces, odpowiedziała, że... wygrany zakład z ojcem, Ole, który po zdobyciu przez nią kolejnego mistrzostwa świata po 50 latach palenia papierosów musiał zerwać z nałogiem.

12:47, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (10) »
piątek, 16 marca 2012

Patrząc na rozlosowaną dziś w Nyonie drabinkę Ligi Mistrzów widzę, że największym wygranym i losowania, a w konsekwencji całego sezonu jest Real Madryt. I nie mówię tego dlatego, że wciąż pozostaję pod urokiem spotkanych wczoraj we Frankfurcie dwóch wielkich gwiazd „królewskich”, Ikera Casillasa i Karima Benzemy. Real nie dość, że trafił w ćwierćfinale na najsłabszą drużynę w tym gronie, czyli Apoel Nikozja, który dwumecz potraktuje zapewne jako nagrodę za tak wspaniały debiut w Champions League. Ale przede wszystkim dlatego, że Real nie spotka się w dwumeczu z Barceloną. Na Katalończyków może trafić dopiero w finale. Jak wiadomo Real Jose Mourinho przegrał wszystkie dwumecze z Barcą Pepa Guardioli. Wygrał tylko pamiętny finał Pucharu Króla w Walencji. W finale wszystko zaś wydarzyć się może, np. czerwona kartka, która wpłynie na losy meczu (choć po prawdzie to prędzej spodziewam się takowej dla zawodnika Realu).

Wszelako sam występ w finale Ligi Mistrzów, a zakładam, że Bayern Monachium mimo efektownych 14 goli w dwóch ostatnich meczach (wbitych - z całym szacunkiem - Hoffenheimowi i Basel) nie zdoła się przeciwstawić madrytczykom - oznacza, że ten sezon będzie gigantycznym sukcesem Realu. Nawet, jeśli przegrają w finale z Barcą, będą mogli podkreślać, że w lidze okazali się lepsi od najlepszej drużyny świata, a to dodatkowy powód do splendoru. Tymczasem Barcy sezon uratuje tylko wygrana w finale, bo tylko dwa triumfy w Lidze Mistrzów z rzędu zdołają przykryć klęskę w La Liga. Zakłada, że i piłkarze Guardioli mimo trudniejszej drogi zajdą do finału. Rywalizację z Milanem wygrali już w grupie (choć dali sobie strzelić po dwa gole w obu meczach). Co do Chelsea (jeśli się upora z Benfiką) to mam wątpliwości czy drugi raz zdobędzie się na taki występ jak przeciwko Napoli.

Ewentualny hiszpański finał Champions League ma jeszcze inny ciekawy wątek. Casillas powiedział nam przed losowaniem, że Real jest wystarczająco silny, żeby wygrać Ligę Mistrzów, jest mu więc obojętne kiedy trafi na Barcę, bo do triumfu tak czy siak trzeba ją będzie kiedyś pokonać. Dodał jednak, że jako kapitan reprezentacji Hiszpanii wolałby uniknąć trzech pojedynków z Barca do końca sezonu, bo znając ich temperaturę nie da się wykluczyć, że dojdzie do wydarzeń, które popsują atmosferę w drużynie narodowej przed Euro 2012. Mój redakcyjny kolega Michał Szadkowski zwraca jednak uwagę, że ewentualny pojedynek w finale może mieć jeszcze gorsze skutki. Po pierwsze Hiszpanie na turnieju w Polsce i na Ukrainie będą najbardziej zmęczoną sezonem nacją ze wszystkich uczestników. A po drugie, tworzący kręgosłup kadry piłkarze Barcelony i Realu znajdą się w samolocie na grupowanie kadry godziny po tym, jak część z nich dozna druzgocącej klęski w finale, dojmującego rozczarowania, upokorzenia, którego długo nie będą mogli zapomnieć. A tu zaraz trzeba będzie walczyć o zwycięstwo ramię w ramię z tym, który dopiero co kopał cię po nogach, albo sprytnym nurknięciem wymusił dla ciebie kartkę, a dla swojej drużyny karniaczka...

Oj, nie będzie miał łatwego zadania w Gdańsku Vicente del Bosque ani jego kapitan...

Barca i Real w finale LM to złe wieści dla Hiszpanii przed Euro 2012

 



Już ogłaszam zwycięzców konkursu, tylko najpierw małe wyjaśnienie. Tajemniczą imprezą było ogłoszenie Teamu Hyundai, czyli drużyny składającej się z pięciu słynnych europejskich zawodników, prezentujących klasę międzynarodową, jak mieć modeli samochodów Hyundaia - czołowego sponsora Euro 2012. Piłkarze podczas turnieju w Polsce i na Ukrainie będą występować jako ambasadorzy marki. - Pięciu ambasadorów będzie rywalami na boisku podczas nadchodzącego UEFA EURO 2012, ale będą zjednoczeni w swojej pasji dla futbolu. Ich determinacja oraz talent widoczna jest na murawie, a każdy zawodnik Team Hyundai ma potencjał, aby odmienić mecz podczas tegorocznego turnieju - ogłosił Allan Rushforth, wiceprezes i dyrektor wykonawczy Hyundai Motor Europe.

Wówczas na scenę wjechało pięć modeli Hyundaia, z których wysiedli Iker Casillas (Hiszpania), Karim Benzema (Francja), Lukas Podolski (Niemcy), Giuseppe Rossi (Włochy) i naszemu wielkiemu zdumieniu z Michałem Kołodziejczykiem z Rzeczpospolitej... Daniel Sturridge (Anglia)! A nie, jak nam zapowiadano, Jack Wilshere z Arsenalu, do którego przygotowałem już sobie pytania, m.in. czy w ogóle wyleczy się na Euro 2012 i czy to on wysłał z niewylogowanego konta Wojtka Szczęsnego pamiętnego twitta: jestem gejem, a Jack Wilshere to najlepszy piłkarz świata? Ale była to zamiana jakże inspirująca, bo przecież przyleciał tuż po najlepszym meczu tej edycji Ligi Mistrzów z Napoli i w niesamowitych okolicznościach wyszarpanym przez Chelsea awansie do ćwierćfinału. W dodatku Sturridge zagra na Euro raczej na pewno (kto by nie został trenerem Anglii), zwłaszcza, że Wayne Rooney jest zawieszony na dwa pierwsze mecze, więc nie narzekałem.

Wpływu na rozstrzygnięcia konkursu nie ma to żadnego, za prawidłowe uznaję odpowiedź z Wilshere.

Nagrodę główną zgrania (w wyniku losowania): Paweł Gołpyś

Nagrody pocieszenia w postaci, jakże cennych dla niektórych, autografów gwiazd wygrywają: Sylwia Fiedler-Guszczak, Tomek Mileszyk i Adam Czerwiński. Serdecznie gratuluje i poproszę o mejle.

Wszystkim uczestnikom serdecznie dziękuję za zabawę. Muszę przyznać, że wolę jednak konkursy literackie i przy tej okazji od razu zajawiam, że już wkrótce na blogu konkurs na notkę poświęconą najpiękniejszej, najbardziej niesamowitej, najważniejszej paradzie bramkarskiej, ewentualnie największej bramkarskiej wpadce po której tylko się zastrzelić - patronem konkursu jest jeden z najlepszych bramkarzy w dziejach, legenda Manchesteru United, Peter Schmeichel, a do wygrania m.in. piłka Tango 12 z jego autografem! Szczegóły wkrótce...

Przy okazji Hyundai ogłosił inicjatywę charytatywną na facebooku. Poprzez wejście na aplikację na stronie www.facebook.com/Hyundaiworldwide kibice mogą polubić swojego ulubionego zawodnika Team Hyundai. Za każdego like’a Hyundai przeznaczy 1 euro na szczytny cel.

A efekty rozmów z Ikerem, Poldim i Sturridgem już wkrótce na sport.pl

Takie tam, z przyjaciółmi z Madrytu;)

 



 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie