poniedziałek, 31 marca 2008

Z przecieków z CBA wynika, że trener Dariusz Wdowczyk osobiście ustawił trzy mecze podczas kampanii Korony o awans do 2. ligi w 2004 roku. Jedno z Proszowianką i dwukrotnie z Pogonią Staszów. Z całym szacunkiem dla dzielnych Proszowian i dumnych Staszowian, ale co za upadek, że tak świetnie zapowiadającą się karierę trenerską - kto wie czy nie niedoszłego następcy Leo Beenhakkera - przekreśliła próba zapewnienia sobie spokojnego zwycięstwa z takimi cieniasami!

 

To on, były reprezentant Polski i trener mistrzów kraju skupił w Koronie tak słabych piłkarzy albo nie był w stanie wymyślić takiej taktyki, żeby poradzić sobie z Proszowianką i Staszowem bez podpórki? Dramat!

Na marginesie: nazwy klubów zacytowałem za Krzysztofem Stanowskim z „Dziennika”, który w tym samym krótkim felietonie dwukrotnie odnosi się do wywiadów „Gazety Wyborczej” (z prezesem Listkiewiczem po aresztowaniu Wdowczyka i sędzią Gilewskim, który wyrażając wiarę w niewinność Wita Żelazko wstrząsnął środowiskiem) ani razu nie powołując się na źródło. Zły to obyczaj, przemilczać źródło, w cywilizowanych krajach jak Anglia czy USA już niemal nieobecny. Tam cytuje się nawet portale internetowe, u nas wciąż rzecz nie do pomyślenia...  

 

Nie wiadomo dokładnie o który mecz z Proszowianką chodzi. Poszperałem w internecie: chyba prędzej ten wyjazdowy z jesieni 2003, wygrany 2:0 niż wiosenny rewanż 3:0. Szukałem, żeby znaleźć co Wdowczyk mówił po tamtych meczach. Znalazłem takie „kwiatki”: „Cieszę się z kolejnego zwycięstwa oraz czystego konta po stronie strat. Najważniejsze jest to, że z każdym zwycięstwem przybywa kibiców na trybunach. To dla nich przecież gramy i sądzę, że choć zagraliśmy trochę nieskutecznie, to kibice nie powinni narzekać, bo obejrzeli ciekawe spotkanie.” Zastanawiam się, czy oszukani wówczas na stadionie kibice nie mogliby wywalczyć przed sądem odszkodowania? Oczywiście pomysł jest populistyczny, a Polska to nie USA gdzie taki proces pewnie byłby do wygrania. Ale ktoś tych kibiców powinien przynajmniej przeprosić. Np. ładnym i mądrym piarowsko gestem ze strony władz klubu byłoby zwrócenie pieniędzy za bilet na ustawiony mecz, o ile ktoś jeszcze taki bilet/karnet posiada.

 

W ogóle jakże inaczej brzmią dziś te stare relacje z wygranych meczów Korony. Choćby taka z 2004 roku: „Dopiero rzut karny podyktowany w 95. minucie dał Kolporterowi Korona Kielce zwycięstwo w Krakowie nad rezerwami Wisły. Mimo protestów gospodarzy sędzia decyzji nie zmienił, a jedenastkę wykorzystał Przemysław Cichoń.”

 

Ale buszując po necie znalazłem też relację, która może dać odpowiedź na pytanie czemu silna idąca na awans Korona musiała korumpować piłkarzy przeróżnych Proszowianek i Sztaszowów. 21 kwietnia 2003 Korona zremisowała z Proszowianką 1:1, tracąc szanse na dogonienie Cracovii w walce o awans. Wściekły Wdowczyk tak mówił dziennikarzowi „Słowa Ludu”: „Nie zwykłem pracować z oszustami. Dziś kilku zawodników nie podjęło walki przechodząc obok meczu”. A dziennikarz opisuje, że „zaraz po meczu proszowiccy działacze z dala omijali drzwi kieleckiej szatni, w której „wrzało”, a mocno zdegustowany grą szkoleniowiec kieleckiej drużyny nie szczędził piłkarzom krytyk). Za to jednym z pierwszych, który pospieszył z gratulacjami do trenera Proszowianki Dariusza Sieklińskiego był... dyrektor Cracovii Krzysztof Szostak. Nic dziwnego, tym spotkaniem krakowianie znacznie przybliżyli się do drugoligowego awansu”. Czyżby Wdowczyk podejrzewał, że to jego piłkarze sprzedali spotkanie? nauczką na nowy sezon miało być: „jak ty nie kupisz, to ktoś sprzeda ciebie”?

 

Na koniec cytat-perełka z Wdowczyka, podsumowującego sezon po wywalczeniu awansu do II ligi. „Liczy się wynik i z upływem czasu nikt nie będzie pamiętał okoliczności zwycięstwa” - stwierdził. I tu się mylił...

 

 

14:42, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (63) »
niedziela, 30 marca 2008

- Nie macie moralnego prawa mnie oceniać. Możecie mieć swoje zdanie na to, co się działo, ale na pewno nie znacie wszystkich szczegółów - opowiedział trener Dariusz Wdowczyk na pytanie dziennikarki, czy nie wstydził się poprowadzić Polonii Warszawa w meczu z Lechią Gdańsk tuż po wyjściu z aresztu i publicznym przyznaniu się do korupcji.

 

Po wczorajszym spotkaniu z mediami uważałem, że Wdowczyk zachował się po mistrzowsku z punktu widzenia piar'owskiego. Owym szczerym "Żałuję tego, co się stało, ale się stało" wypowiedzianym z rękami skutymi kajdankami, odzyskiwał nieco sympatii, a nawet wzbudzał szacunek: żaden ze 108 zatrzymanych przez wrocławską prokuraturę przed nim, nie zdobyło się na podobne słowa, przynajmniej tak szybko, bo czasem dopiero przed sądem. Ale taki „Fryzjer” zaprzecza do dziś czemukolwiek, ot, dzwonił do znajomych sędziów, bo ich zna i lubi...

 

Decyzja Wdowczyka o poprowadzeniu spotkania z ławki trenerskiej dzień po tej publicznej spowiedzi i jeszcze deklaracje, że nikt nie ma moralnego prawa oceniać go, to postrzał we własną stopę. Jak za podszeptem najdurniejszych politycznych spin doctorów (tych, co pomagali Prezydentowi skomponowa orędzie;). Znika wszelki szacunek. Pozostaje zdumienie i zażenowanie. Jak może mieć taki tupet? I dlaczego to robi? Bo ma wolę „wypełnienia kontraktu”? Pusty śmiech, nawet jeśi wziąć pod uwag, że nie prędko dany mu będzie jakikolwiek inny kontrakt. Chociaż właściwie w tym środowisku, dlaczego nie?

 

 

A dlaczegóż to nie mamy moralnego prawa oceniać postępku Wdowczyka? Przecież nie chodzi o ostrzelanie afgańskiej wioski w ekstremalnej sytuacji zagrożenia własnego życia, ale o przekupywanie rywali, żeby przeciwko mojej drużynie zagrali słabiej, przekupywanie sędziów, żeby gwizdali na naszą korzyść. Owszem, nie znamy (jeszcze) wszystkich szczegółów. Wdowczyk byłby usprawiedliwiony tylko w jednym wypadku: gdyby do przekrętów został zmuszony jakimś perfidnym szantażem, np. gdyby ktoś groził życiu jego rodziny. Może wtedy byłbym w stanie zrozumieć. Ale przecież chodziło po prostu o co raz lepszą pozycję w tabelki, awans, jeden, drugi, czyli o co raz większe pieniądze... To, że kupował, bo taki był układ, bo gdyby nie kupił kupiliby inni i to oni awansowali nie usprawiedliwia go w niczym.

 

Po tym co wyszło na jaw to Wdowczyk nie miał moralnego prawa, żeby zasiąść na ławce Polonii. Ośmieszył tym kampanię anty-korupcyjną. A klub pozwalając na to (bo II trener nie ma uprawnień do prowadzenia drużyny w 2. lidze, a ktoś musiał poprowadzić zespół) pokazał po raz kolejny, że środowisko nie jest zdolne do samooczyszczenia się. Ani nawet - o czym świadczy piątkowy wywiad z prezesem Listkiewiczem - do autorefleksji. Mam nadzieję, że Prokuratura we Wrocławiu i CBA dopiero się rozkręcają... I - a docierają takie sygnały - to jeszcze nie była najwyższa półka, z której sprowadzono do aresztu.

 

 

20:08, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (46) »
wtorek, 25 marca 2008

 

 

Bardzo bym sobie życzył, żeby Artur Boruc trafił z prowincjonalnego Celtiku Glasgow do bawarskiego Dream Teamu. Byłby to naprawdę wielki krok w karierze naszego najlepszego bramkarza. Zostałby wreszcie doceniony. Grałby w klubie u boku mistrzów (Luca Toni, a od czerwca może jeszcze Daniele de Rossi) i wicemistrzów świata (niesamowity Franck Ribbery), u boku czołowych reprezentantów Niemiec jak Mirosław Klose, Lukas Podolski czy Bastian Schweinsteiger. Pod wodzą charyzmatycznego Juergena Klismanna. Klubem rządzą legendy futbolu: Franz Beckenbauer, Karl-Heniz Rummennige, Sepp Maier trenuje bramkarzy. Budżet z najwyższej półki. Stadion Alianz Arena - bajka!

 

Gra w Bayernie mogłaby się marzyć każdemu piłkarzowi świata. A zwłaszcza Borucowi, dla którego celem przestałaby być rywalizacja z zaledwie jedną drużyna w lidze, a w Champions League zaledwie wyjście z grupy. W dodatku miałby w Bayernie dodatkowe zadanie: zastąpić kibicom legendarnego Olivera Kahna. Wierzę, że jako jeden z niewielu bramkarzy świata Polak ze swą charyzmą miałby na to szansę. Kilka razy słyszałem na własne uszy jak w chwilach kryzysu FC Hollywood trybuny jeszcze Olimpiastdion skandowały: „oprócz Ole'go może wszyscy wyp..!.” Boruc i ze swoimi umiejętnościami, powagą z jaka traktuje swój zawód, identyfikacją z klubem (uuuch, już widzę jak odmawiałby podania ręki piłkarzom z Borussi Dortmund albo wychodził do piłki karate-kick'iem jak kiedyś Kahn w szarżującego na bramkę Heiko Herlicha czy ciagnący za ucho Andy'ego Moellera...) miałby wielką szanse wywalczyć sobie podobny status.

 

Nie będę się przechwalał, że Polsport pierwszy wpadł na pomysł, że Bayern powinien zatrudnić Boruca. Aczkolwiek już w grudniu szukając w Europie wielkiego klubu dla naszego golkipera napisałem, że właściwie wszędzie jest obsada na lata, a jeśli gdzieś będą szukać to: w AC Milan (którego także Borucowi życzę ale jakoś mało wierzę, choć pochlebnie o nim wypowiadali się i Carlo Ancelotti i Gennaro Gattuso; skończy się Marco Amelią albo Sebastianem Freyem, doskonale znanymi we Włoszech), Bayern (Kahn kończy karierę) i powinna FC Valencia (po ostatnim występie Timo Hildebranda przeciwko Realowi Madryt już zweryfikowałem ten optymistyczny pogląd).

 

Aliści kiedy na fali uniesienia zadzwoniłem do mego przyjaciela z tygodnika „Kicker” Haralda Kaisera (z takim nazwiskiem to oczywiste, że na co dzień pisze o Bayernie;) szybko przywrócił mnie do pionu, mówiąc, że następcą Kahna na 100 proc. będzie Michael Rensing, jego wieloletni zastępca, bo obiecał mu to menedżer Uli Hoeness, a u niego jak u Pawlaka z „Samych swoich” „słowo droższe pieniędzy”.

Młody Rensing jest wychowankiem klubu i oczkiem w głowie władz Bayernu, które widzą go w reprezentacji jak niegdyś Kahna. A że chłopak ma talent, niech świadczy, że Bayern z nim w składzie jeszcze nigdy nie przegrał (nawet dwukrotnie w Lidze Mistrzów z Milanem, choć to w tym meczach Niemiec debiutował). Kaiser zapewnił mnie, że Rensing dostanie od władz przynajmniej jeden sezon na potwierdzenie klasy. Obiecano mu kiedy chciał odchodzić.

Później o zainteresowaniu Bayernu Borucem napisały polskie i szkockie brukowce. Wzięło się to być może z tego, że Sepp Maier wybrał się na mecz Celtiku z Aberdeen. Jak się okazało obserwował jednak nie polskiego bramkarza ale rywala Bayernu w Pucharze UEFA, czyli Aberdeen. Wszelkie spekulacje przeciął podczas weekendu Rummennige i Hoeness, zapewniając, że sprawa jest śmieszna.

 

Pewną nadzieję zostawiała tylko zajawka wywiadu legendarnym Gerdem Muellerem, trenerem rezerw Bayernu w sobotnim „Dzienniku”. - Artur Boruc to jeden z najlepszych bramkarzy na świecie - stwierdzał Mueller i dodawał, że Klinsmann też jest zachwycony umiejętnościami Polaka. Zaintrygowany - zwłaszcza, że w międzyczasie padło już dementi władz klubu - kupiłem do pociągu (jestem w drodze na mecz Polska - USA) dzisiejsze wydanie „Dziennika”. I okazuje się, że pytanie o Boruca w ogóle nie pada! Ot, zapytany czy zna jakiegoś polskiego piłkarza Mueller odpowiada, że zna Boruca. Sam sobie stawia pytanie: 'Czy widzę go w Bayernie?” I stwierdza, że pewnie, że widzi, bo to jeden z najlepszych bramkarzy świata. Niestety zaraz dopytuje polskich dziennikarzy w jakim właściwie Boruc gra klubie? - Aaa, no Celtik, niezły klub. Słowem nie ogląda przesadnie Scotisch Premiership ani nawet Ligi Mistrzów ;-)

Niestety wielki Gerd nie jest najbardziej miarodajną osobą jeśli chodzi o wydarzenia w światowym futbolu. Przekonałem się o tym podczas ostatniego mundialu w Niemczech kiedy Mueller nie bardzo wiedział czy rekord strzelonych goli na mistrzostwach świata odbiera mu ten Ronaldo z Brayzlii czy ten Ronaldo z Portugalii, zresztą rzeczywiście jeden czort, skoro odbiera...

 

A że Boruc nie w Bayernie wielka szkoda. I to dla wszystkich stron

 

14:27, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 24 marca 2008

17 miesięcznych pensji po 70 tys. złotych wypłaci Orestowi Lenczykowi PGE GKS Bełchatów, które zwolniło go z funkcji trenera klubu. Wychodzi ponad 1 000 000 (słownie: milion) złotych. To rekordowa odprawa w historii polskiego futbolu. Nie ona jednak szokuje, ale to, że zapłaci państwowa spółka, czyli my wszyscy. I nikt nie poniesie za to odpowiedzialności.

Sama odprawa to sprawa pozytywna. Oto mamy profesjonalną ligę, w której wypłacalne klub dotrzymują kontraktów ze swoimi pracownikami: piłkarzami czy trenerami. W cywilizowanym świecie klub, który jest niezadowolony z pracy trenera ma prawo go zwolnić. Lenczyk zapewnił wprawdzie GKS historyczne wicemistrzostwo Polski w ubiegłym sezonie. Ale w tym jego drużynie kompletnie nie idzie. W rundzie wiosennej jest wręcz najgorszym zespołem w całej lidze: przegrała wszystkie pięć tracąc, 11 goli i nie strzelając żadnego. I to mimo, że budżetem znacznie przerasta większość klubów, którym uległa.

Władze klubu, w którym jeszcze grają reprezentanci Polski, miały więc prawo powiedzieć „dość” i w poszukiwaniu nowego impulsu rozstać się z trenerem. Muszą się przy tym wywiązać się z kontraktu. Skoro ten zakładał, że Lenczyk do czerwca 2009 roku będzie zarabiał 70 tys. miesięcznie bez względu na wyniki i styl gry zespołu, a zwolnić trenera można go wyłącznie dyscyplinarnie, niech klub płaci. Skoro ktoś w klubie uznał, że trener wart jest takich pieniędzy... Można to tylko wyrazić wielkie uznanie dla zdolności negocjacyjnych trenera. Dobrzy trenerzy się cenią. Jose Mourinho odchodząc z Chelsea za porozumieniem stron, zgarną 20 mln funtów odprawy. Można więc powiedzieć, że pod względem wysokości odpraw dorównaliśmy najlepszym w Europie;-)

Różnica jest taka, że kontrakt z Portugalczykiem podpisywał, a właściwie przedłużał do 2010 roku właściciel Chelsea Roman Abramowicz. Płacił więc za swój kaprys. Chciał nową zabawkę to sobie kupił. Władze PGE GKS Bełchatów zapłacą z kaprys poprzednich władz z kasy Polskiej Grupy Energetycznej S.A, czyli z naszych pieniędzy. Spokojnie myjąc przy tym  ręce: nie one przecież podpisywały kontrakt z Lenczykiem, ale poprzedni, zwolniony już prezes i zarząd. A trudno trzymać trenera bez wyników wiecznie...

Słyszałem wprawdzie plotkę podczas sobotniej kolejki ligowej, że Bełchatów rozważa czy nie pójść z byłym trenerem na podobną wojnę jak Wisła Kraków z Henrykiem Kasperczakiem. Przy tym odmową wypłaty miałby być zapis, że trener Lenczyk odpowiada za przygotowanie zespołu do sezonu pod względem taktycznym, technicznym i wydolnościowym, z czego jak pokazuje postawa drużyny, trener się nie wywiązał. Ale to tylko plotka.

Na koniec trudne zadanie matematyczne: Polska Grupa Energetyczna zatrudnia prawie 40 tys. pracowników. Roczna produkcja firmy wynosi około 52,5 TWh netto energii elektrycznej (co stanowi prawie 40% krajowej produkcji). Przy tym moc zainstalowana wynosi 11,8 tys. MW. Czy i ile z okazji odprawy trenera Lenczyka wzrośnie cena kilowatogodziny w Polskiej Grupie Energetycznej S.A?

 

fot. Małgorzata Kujawka

 

16:57, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (18) »
czwartek, 20 marca 2008

 

Dostałem informację z Krakowa, która nie potwierdziła się u źródła. Właściciel Wisły, Bogusław Cupiał miał jakoby uznać, że stadion przy ul. Reymonta to jego stadion, a nie miejski i odmówił udostępnienia PZPN oraz ekipie USA miejsc na trybunie vip-owskiej. PZPN zaoferował cztery miejsca, stronie amerykańskiej - dwa, ponieważ resztę niewielkiej loży (30 miejsc) mieli zająć jego goście. Mój informator stwierdził, że PZPN na takie dictum zagroził, że przestanie wspierać aspiracje Krakowa do goszczenia Euro 2012.

Prezes Michał Listkiewicz nie potwierdził tych rewelacji (a może po prostu zdążył już wcześniej użyć swoich talentów dyplomatycznych). Zapewnił mnie, że PZPN otrzymał tyle wejściówek ile chciał, choć mikroskopijność loży krakowskiego stadionu stanowi pewien problem.

 

Przy okazji dowiedziałem się jednak o kolejnym... hmm... dziwactwie prezesa Cupiała. Zastrzegł on, że nie chce widzieć w swojej loży żadnej kobiety. Czemu? Na to pytanie Listkiewicz nie znał odpowiedzi. Przypomniał, że wprawdzie w kadrze od czasów Kazimierza Górskiego panował przesąd, żeby „nie brać baby do autobusu na mecz, bo przynosi pecha i spotkanie na mur skończy się porażką”. Ale mit ten odczarował Leo Beenhakker: z reprezentacją wszędzie jeździ jej rzeczniczka, Marta Alf, a w cuglach awansowaliśmy do Euro 2008.

 

Nie chcę przypuszczać, by właściciel Wisły należał do tych, którzy uznają, że kobiety nie mają prawa znać się na futbolu, a więc nie warto sadzać ich na trybunie w komfortowych warunkach, bo co z tego, że będą miały najlepszy widok skoro i tak niczego nie zrozumieją. Znam wiele kobiet/dziewczyn/lasek, które - no nie powiem, że znają się na piłce lepiej ode mnie, to może nie - ale potrafią kibicować z nie gorszym oddaniem niż faceci. I to nie prawda, że pytają siedzących obok dlaczego ten w rękawiczkach łapie piłkę w ręce i w czyjej drużynie gra ten z gwizdkiem.

 

Skąd więc to uprzedzenie Cupiała? Jakieś pomysły? Jego antyfeministyczne podejście stanowiło problem o tyle, że konsulem USA w Krakowie jest... kobieta, pani Anne Hall. Na szczęście właściciel Wisły - w imię dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi (wiadomo: tarcza antyrakietowa, sojusznicy w Iraku i Afganistanie, „może wreszcie zniosą wizy”) ugiął się i pozwolił, żeby pani konsul obejrzała spotkanie z vip-loży. God bless America!

 

 

 

18:03, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (30) »
środa, 19 marca 2008

 

Zlatan Ibrahimovic to najbardziej przeceniony piłkarz Europy - napisał jeden z najwybitniejszych felietonistow naszych czasów, Martin Samuel z „Timesa”. Anglik pisze mniej więcej tak, że Szwed to oczywiście dobry zawodnik. Musi nim być skoro mało kto zarabia więcej od niego, skoro strzela tyle goli w Interze Mediolan, a jego klub ze spokojem zmierza po trzeci tytuł mistrza Włoch. To zresztą „Sunday Times” określił kiedyś styl gry Ibra jako „half-ballerina, half-gangster”. Nie znajdziesz czołowego trenera w Europie, który nie zachwycałby się stylem gry Szweda. W tym i Leo Beenhakker, który pierwszy poznał się na talencie Ibrahimovicia i wymógł ściągnięcie go do Ajaksu Amsterdam (pamiętacie ten serdeczny uścisk obu panów przed meczem Szwecja - Trynidad i Tobago na ostatnim mundialu).

 

Samuel piesze jednak, że nie może sobie przypomnieć wielkiego meczu w wykonaniu Szweda. Jako Anglik pewnie rzadko ogląda Serie A, a podczas Euro 2004 kiedy Ibrahimowic upokarzał Włochów (ten jego gol piętą, który jak się później okazało wyeliminował Azzurrich z turnieju) pewnie pisał tekst z konferencji Svena Gorana Erikssona. Dwumecz z Liverpoolem w Lidze Mistrzów, w którym Ibra zawiódł i wręcz został przyćmiony przez Fernando Torresa to jednak za mało, by odmawiać mu wielkości.

 

 

W jednym felietonista „Timesa” ma trochę racji. Do Szweda co raz trwalej przykleja się wizerunek piłkarza, który gra dobrze wtedy kiedy drużyna gra dobrze. Nie ma jednak wystarczającej charyzmy, żeby wykorzystać swoje wybitne umiejętności i jeszcze porwać za sobą kolegów, kiedy drużynie idzie źle. Jak potrafi choćby Steven Gerrard z Liverpoolu. Takim zawodnikiem Ibrahimovic nie był ani w Ajaksie, ani Juventusie. Ani reprezentacji Szwecji.

To trochę przypadek Thierry'ego Henry, który też błyszczał, kiedy błyszczała cała drużyna, ale długo nie potrafił odwracać losów meczu. Dopiero kiedy został kapitanem Arsenalu po odejściu Patricka Vieiry coś przełamało się w jego psychice. Wówczas dopiero zaczął brać na siebie odpowiedzialność, którą wcześniej odrzucał. Ten sezon 2005-06, zwieńczony finałem Ligi Mistrzów, miał naprawdę wielki, choć wcześniej potrafił zdobywać więcej goli.

 

W dyskusji czytelników „Timesa” pod tekstem dwa najczęściej pojawiające się nazwiska najbardziej przecenionych (czytaj: wcale nie aż tak dobrych jak sie powszechnie uważa) piłkarzy to Wayne Rooney i Paul Scholes. Przyznają to nawet fani Manchesteru United. Ciekawe...

 

Ktoś tam napisał również, że takim samym przypadkiem co Ibrahimović jest na Wyspach Cristano Ronaldo, który na własnym podwórku (w lidze) strzela gole na potęgę i nie ma sobie równych, ale nie zagrał jeszcze wielkiego meczu w Europie, a podczas prawdziwego testu, przeciwko Milanowi w półfinale ubiegłej edycji zawiódł haniebnie. Tu się nie zgodzę (obu panów zderzyłem ze sobą na blogu w listopadzie).

Pomijając już że zostać najlepszym na „własnym podwórku” to w przypadku Portugalczyka naprawdę coś (cztery angielskie drużyny w ćwierćfinale Ligi Mistrzów), Inter został przecież mistrzem Włoch właściwie przed rozpoczęciem rozgrywek. Gorzej, że Szwed potrafi mieć równie zbawienny co destrukcyjny wpływ na drużynę (ot choćby świeży konflikt z Hernanem Crespo), czego nie można zarzucić Ronaldo. W dodatku „wielki mecz” wciąż przed Portugalczykiem w tym sezonie, przed Ibra już nie. Chyba, że dopiero na Euro 2008.

 

PS: Do internautów, których irytuje, że muzyczka sama włącza się na blogu. Mogę Was tylko przeprosić za inconvenience ale za bardzo podoba mi się idea posiadania bloga z ilustracją muzyczną, by z niej rezygnować. Czasem udaje mi sie znaleźć utwór, który byłby komentarzem do tekstu, jak dziś kiedy Iggy Pop śpiewa 'I'm bored with being God...' - mam wrażenie, że Zlatan co raz częściej myśli podobnie;-). Czasami muza wyraża nastrój, a czasami chcę sam po prostu posłuchac czegoś co akurat przemknęło w Roxy FM czy Esce Rock. Ten blog już tak ma. Jeśli jeszcze kiedyś zajrzycie na Polsport, to już będziecie wiedzie, e tu zawsze coś (nie) gra. Oki? Wam i tym, którym muza nie przszkadza serdeczzne pozdro. mp

 

13:58, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (45) »
poniedziałek, 17 marca 2008

 

 

 

Wielki entuzjazm wzbudził na Wyspach debiut w barwach Manchesteru United Bena Fostera. Wszyscy są przekonani, że takiego talentu jak 24-letni bramkarz dawno w Anglii nie było. I choć był to mecz zaledwie przeciwko ostatniemu w tabeli Derby, Foster te nadzieje potwierdził. Z jego trzech interwencji jedna była zwykła, druga bardzo dobra, a trzecia, po strzale Kenny Millera - wybitna. Niby niewiele, a jednak większość dzienników, portali etc. uznało go za najlepszego zawodnika meczu. znalazłem nawet tytuł „Foster saves United form disgrace”.

 

Chwalił go nawet trener pokonanych. O jego wielkim potencjale mówił Ryana Giggs. I Alex Ferguson też, choć to człek wstrzemięźliwy w przesadnym chwaleniu młodzieży. Tymczasem stwierdził, że MU zawdzięcza Fosterowi trzy punkty i pozycję lidera w tej samej mierze co strzelcowi jedynego gola Cristiano Ronaldo. Czyli świetny początek, zwłaszcza jak na zawodnika, który dopiero dwa tygodnie temu zakończył ośmiomisięczną rehabilitacje po zerwanym więzadle kolana i jeszcze tydzień temu pakował się na wypożyczenie do zespołu drugiej ligi.

 

 

Anglicy uważają, Foster to odpowiedź nieba na ich wieloletnie modlitwy o bramkarza światowej klasy. Dla nas, Polaków ta angielska euforia to nic nowego. Tak się bowiem ausgerechnet składało, że co tylko w ostatnich latach na Wyspach objawiała się kolejna bramkarska nadzieja, rywalizowała o miejsce w składzie z reprezentantem Polski. Tak było z oboma rywalami Jerzego Dudka w Liverpoolu - Chrisem Kirklandem i Scottem Carsonem. Czas pokazał, że obaj są tylko dobrymi golkiperami, ale zbyt małego formatu na kadrę (Carson po występie przeciwko Chorwacji w meczu o Euro 2008 na Wembley pewnie z własnej woli prędko w kadrze nie zagra). Byliśmy jednak wówczas wyczuleni na wszelkie pochwały pod ich adresem, drżąc o los naszego, najlepszego wówczas bramkarza.

 

 

Drżąc słusznie, niestety Dudek kilka razy padał ofiarą narodowości swego rywala i przesadnych nadziei ich rodaków. Jednak Kuszczakowi podobnego losu nie wróżę. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby po zakończeniu kariery przez Edwina van der Sara (na razie Kuszczak i Foster to tylko rywale o status zmiennika Holendra) angielskie media wymusiły na Fergusonie wstawienie do bramki słabszego Fostera kosztem lepszego Polaka-Kuszczaka. A tak właśnie było z Gerrardem Houllierem w Liverpoolu, który trząsł się o swą posadę i wolał mieć media po swojej stronie. Chciały, żeby wreszcie dał szansę Kirklandowi, bo zbliżały się mistrzostwa świata w Korei/Japonii, więc to żądanie spełniał. Z tym, że nic mu to nie pomogło, a tylko stracił oddanie i szacunek Dudka.

 

Na Old Trafford takie coś nie przejdzie. Jeśli Kuszczak udowodni na treningach, że jest lepszy, to będzie grał, jestem tego pewien. Rywalizacja o miejsce w bramce w przyszłym sezonie zapowiada się fascynująco. Ale dla Kuszczaka to nic nowego.

 

 

11:13, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (31) »
niedziela, 16 marca 2008

 

Trener Wisły Kraków Maciej Skorża z ośmiu zawodników powołanych na mecz reprezentacji Polski z gwiazdami Orange Ekstraklasy, wysłał do Szczecina jednego: Mauro Cantoro, o którym wiadomo było, że nie zagra w sobotnim meczu ligowym za kartki. Resztę wymówił kontuzjami. Nie przeszkodziło im to zagrać niemal w komplecie (bez Adama Kokoszki) w meczu z Lechem Poznań. Świetnym meczu, wygranym na wyjeździe 2:1. W dodatku głównymi autorami sukcesu byli niedoszli kadrowicze: Marek Zieńczuk (gol i asysta), Paweł Brożek (gol) i Wojciech Łobodziński (asysta).

Trener Franciszek Smuda nie marudził i posłał na kadrę Rafała Murawskiego. Ten doznał kontuzji i sztab Lecha cudem reanimował go na mecz z „Białą gwiazdą”. Ale zawodnik zagrał co najmniej przeciętnie (lubię go i tylko dlatego nie napiszę, że słabiutko). Efekt: Lech przegrał pierwszy mecz w tym sezonie na własnym boisku. Oczywiście, gdyby Marcin Kikut trafił do pustej bramki... Ale nie trafił, a Lech przegrał zasłużenie.

Teraz gdybym był prezesem Wisły, dałbym Skorży premię. Za asertywność i to, że nie bojąc się zaryzykować niechęci trenera reprezentacji Polski, uznał, że musi się kierował dobrem klubu. Jego zawodnicy nie przemęczyli się wariackim wyjazdem do Szczecina w środku tygodnia. Żaden nie doznał kontuzji (jak Radosław Matusiak w meczu z Estonią) i Wisła mogła rozegrać jeden z najlepszych meczów w sezonie.

 

Gdybym zaś był prezesem Lecha, wezwałbym trenera Smudę na dywanik i zapytał czy aby na pewno płacę mu za dobre przygotowanie reprezentacji Polski do Euro 2008? A może jednak wolałbym wicemistrzostwo Polski, które było już blisko, ale znów się oddaliło. Wszak mecz kadry z gwiazdami OE nie był w terminie UEFA. PZPN wybrał kretyńsko (z klubowego punktu widzenia) nie tylko termin spotkania ale i miejsce, na krańcu Polski (bo po zabraniu Szczecinowi meczu Polska - Kolumbia przed mundialem, trzeba tam było coś rozegrać).

 

Oczywiście jako kibic kadry mógłbym potępić Skorżę za zatrzymanie piłkarzy i przypomnieć mu, że kadra jest najważniejsza. Mógłbym, gdybym był hipokrytą. Każdy poważny trener z każdej poważnej ligi Europy (już pomijam te najsilniejsze jak angielska, hiszpańska czy włoska - kolejność przypadkowa;-) zrobiłby to samo, zwłaszcza gdyby jego drużyna walczyła o tytuł, a termin nie był oficjalnym UEFA. Po coś w końcu UEFA zawarła ten kompromis z klubami, określając ilość i terminy, kiedy federacje krajowe mogą sobie ryzykować zdrowiem klubowych gwiazd w imię własnych interesów, a przy tym kompletnie za darmo. I nie przekonuje mnie, że w kraju takim jak Polska, występ piłkarza w kadrze to dla klubu nobilitacja i promocja zawodnika. Pokażcie mi kto wypromował się po meczu w Szczecinie. Prawdziwą promocją byłby dopiero udany występ w Lidze Mistrzów.

 

Ale rozumiem, że gdyby Skorża stracił po sezonie robotę za nie wywalczenie mistrzostwa Polski, udany występ reprezentacji na Euro 2008 osłodziłby mu tę gorycz...

 

 

czwartek, 13 marca 2008

 

W piątek w Nyonie wylosują pary ćwierćfinałowe Ligi Mistrzów. Po raz pierwszy w historii w najlepszej ósemce znalazły się aż cztery drużyny z jednego kraju. Tak się składa, że z Anglii. Na Polsporcie sporo było sporów o wyższość tej ligi nad tamtą. Ciekawe jestem czy wybrzydzający Premier League i ujmujący jej wielkości dziś przyznają, że zaprawdę jest ona najlepszą (czytaj najsilniejszą, bo styl futbolu każdemu może się podobać inny) ligą świata? Czy coś jeszcze musi się zdarzyć, żeby ich przekonać? Ostatnie starcie angielsko-włoskie było przecież wyjątkowo wymowne i wyjątkowo bolesne dla reprezentantów Serie A, których odpadniecie przypieczętowane zostało przekonywującymi wyjazdowymi zwycięstwami Arsenalu i Liverpoolu.

 

 

Dziś o prymacie Premier League mowi nie tylko Alex Ferguson czy Rafael Benitez, ale nawet sam Kaka na łamach „Guardiana”, który przyznaje, że to tam grają najlepsi piłkarze świata. Inna rzecz, że mało wśród nich Anglików. Policzyłem, że w rewanżowych meczach 1/8 finału w barwach Liverpoolu przeciwko Interowi wyszło w pierwszym składzie dwóch Anglików, w barwach Chelsea przeciwko Olympiakosowi Pireus i w barwach MU przeciwko Olympique Lyon - po czterech. A w barwach Arsenalu przeciwko AC Milan - już tradycyjnie - żaden. W końcówce wszedł Theo Walcott, więc powiedzmy, że dałoby się z nich złożyć drużynę, tylko kto stanąłby na bramce.

To jednak, że angielskie drużyny nie Anglikami w Lidze Mistrzów stoją nie ma nic do rzeczy. Ostatni mecz reprezentacji Polski z Gwiazdami OE pokazał jak wiele wnoszą cudzoziemcy do ligi.

 

 

Mimo jednak wielkiego uznania dla Premier League, mam nadzieję, że w ćwierćfinale Manchester United stworzy parę z Arsenalem, a Liverpool - już zgodnie z tradycją, trzeci raz w ostatnich trzech latach - z Chelsea. Uważam bowiem, że angielski półfinał, w którym znalazłyby się aż cztery angielskie drużyny byłby - no może nie żadną katastrofą - ale byłby nie zen dla Ligi Mistrzów. Od angielskich pojedynków mam Premier League. Już niedługo MU zagra z Arsenalem o tytuł. W Lidze Mistrzów chcę konfrontacji Anglików z Europą. Niech więc angielskie drużyny wytłuką się po drodze, wyłaniając tę najlepszą, która w finale w Moskwie zmierzy się z... chyba Barceloną. Chyba prędzej niż z Romą, choć obie drużyny za chwilę będą mogły już odpuścić sobie walkę o mistrzostwo w lidze i skupić się na Lidze Mistrzów. Więc jak: Arsenal - Barcelona, czyli rewanż za Paryż 2006? Tym razem Thierry Henry po drugiej stronie barykady. I znów po stronie pokonanych?;-) O takim scenariuszu marzy Cesc Fabregas, jeden z nielicznych piłkarzy Premier League, który nie ma nic przeciwko trafieniu na zespół z tej samej ligi... Wszystko jest możliwe.

 

18:21, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (38) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie