poniedziałek, 31 grudnia 2012

I kolejne notki - kandydatki do miana najlepszej w 2012 roku. Jeszcze ze trzy transze...

Przypominam jeszcze o co toczy się walka: o adidasy Sebastiana Boenischa adizerof50, zaprojektowane specjalnie dla niego na Euro 2012 oraz biografie Sir Aleksa Fergusona ‘Football, bloody hell’...  

 

Prawo Bródna: park, boisko, blokowiska z wielkiej płyty

Rafał Hurkowski

weszlo.com

Na Łabiszyńskiej trwa trening trampkarzy. Zgromadzeni w kręgu młodzi zawodnicy słuchają wspomnień trenera. Mówi o występach u boku Piotra Rockiego, o Okęciu Warszawa, w końcu o kontuzji i zakończeniu kariery. Każdy z nich ma nadzieję. Każdy chce być tak wielki jak legenda dzielnicy – Wojtek Kowalczyk. Niestety, przestrzeń między sukcesem a przeciętnością jest bardzo mała. Tutaj czuć ją doskonale.

Wcześniej Polonez Warszawa, dzisiaj UKS Bródno i GKP Targówek. Tu, prawa strona Warszawy produkuje piłkarzy. Bródno jest dzielnicą krzywdzoną stereotypami. Że pełno dresiarstwa, że duża przestępczość. Owszem, na każdym kroku spotkasz chłopaków w bawełnie z "wyspą" na głowie. Na blokach zobaczysz nazwiska konfidentów. Jednak w biały dzień to oaza spokoju. Odskocznia od centrum. Nocą napatoczy się kilku pijaczków, ale nic poza tym. Bródno to dzielnica dosyć hermetyczna. Inaczej niż Wola, czy Ursynów – bo mniejsza. Znakiem rozpoznawczym są blokowiska z wielkiej płyty. Współczesna historia tego miejsca nie sięga więc daleko – lat 70. XX wieku. Najważniejsza jest kwestia przynależności. Bródno to część Targówka. Ale nikt, zamieszkujący pomiędzy Trasą Toruńską a Cmentarzem Bródnowskim i Wysockiego a Głębocką, nie powie ci, że z tego Targówka jest. Jest z Bródna (...)

 

Człowiek historia - Kapitan po prostu 

mateusz1341   

viscaelbarca.pl

(...) Fenomen Carlesa jest sam w sobie rzeczą instynktowną, cechą nabytą już w wieku lat dwunastu, a teraz - wraz z czasem, dogłębnie umacnianą. Jednak i na komentarze negatywne można trafić. Że 'stary', że już nie dużo przed nim, że to już "nie to samo". Że co? Że z chłopca przez nastolatka, nagle wielka gwiazda? Naprawdę? 'Niebywałe! I cóż jeszcze? Benzyna za droga? Jajka za małe? Cracovia w końcu spada? "Trwam" nie przetrwa? Nie może być!'. No nie może. Lecz co z tym zrobić? Otóż dziś jest już końcówka roku, kolejny sezon za plecami Hiszpańskiego defensora, a ten? A on ciągle gra. I to jak! Z jednej strony - sezon za sezonem, puchar za pucharem, z drugiej zaś - lata mijają, szybkość nie ta, precyzja słabsza.. Może już pora na to czego wszyscy Cules boją się najbardziej? Tak bardzo, że ten temat ominę szerokim łukiem. Jednakże warto wspomnieć też o momentach gorszych. A takie bezsprzecznie były.

 

Patent Polaka

Konieczny Szeniawski  

out-football

Znając polską mentalność, po pierwszym sezonie rozegranym w nowym systemie, drużyna, która spadłaby pomimo kilkupunktowej przewagi nad zespołami ze strefy spadkowej po sezonie zasadniczym, podniosłaby alarm, że jej spadek był niesprawiedliwy, a system promuje drużyny słabsze. Oczywiście kontrargumentem byłaby zasada, w myśl której drużyny z wyższych miejsc po sezonie zasadniczym grają więcej meczów u siebie. Ciekawy argument, ale akurat w naszej lidze sporo drużyn ma lepszy bilans na wyjeździe, niż u siebie. Dla przykładu spójrzmy na tabelę po rundzie jesiennej obecnego sezonu: Lechia - zwycięstwa u siebie - 2, zwycięstwa na wyjeździe - 5; Lech odpowiednio 2-7. 

Dzielenie punktów po fazie zasadniczej jest tak chorym pomysłem, że aż brak mi słów. Przy takim przepisie, odnosząc się do trwającego sezonu, Podbeskidzie i Bełchatów mogłyby realnie myśleć o utrzymaniu. Co więcej, kosztem zespołów takich jak Ruch Chorzów, Wisła Kraków, czy Zagłębie Lubin (zeszłoroczny wicemistrz, drużyna dominująca w ostatnich latach w polskiej lidze i jeden z najbogatszych klubów w Polsce!!!). Patologie dotyczyłyby nie tylko grupy "B", ale też "A" (dla niezorientowanych to ta, w której drużyny walczyłyby o mistrzostwo). Zeszłoroczne "przerżnięcie" mistrzostwa przez Legię, tak spektakularne i niespotykane, stałoby się czymś powszechnym.

 

Impossible is nothing

pepegt

fcbarca.com

Żal, smutek, rozczarowanie... Do tej pory nie mogę nie uwierzyć w to, co się stało. Slogan „Impossible is nothing" chyba najlepiej oddaje półfinałową rywalizację pomiędzy Chelsea a Barceloną. Przy stanie 2:0 i świadomości, iż rywal gra w dziesiątkę, przegrana wydawała się niemożliwa. A jednak...

Wiedziałem, że to będzie cholernie ciężki mecz, że Chelsea zaparkuje swój wielki, niebieski autobus i kluczyki do stacyjki wyrzuci podczas spaceru po La Rambla. Wiedziała o tym również Barcelona, która mimo to nie potrafiła znaleźć recepty na przebicie się przez angielski mur, który znów zatrzymał piłkarskich bogów. Nie jestem zły, wiem, że Messi i spółka zrobili wszystko, by awansować do wielkiego finału. Nikt nie wmówi mi, że nie zasłużyli. Wczoraj zabrakło tylko jednego. Szczęścia. Chelsea ‘oszukała' Barceloną i przeznaczenie. W chwili, gdy z boiska za idiotyczne (które to już w swoim życiu) zachowanie wyleciał Terry, nawet fani angielskiego zespołu nie wierzyli, że cuda się zdarzają (...)

 

 

Niepewność uczuć do kadry narodowej w trudnych czasach XXI wieku

Anna Domowicz

Subiektywnie o piłce

(...) Więc jak to jest, że na najtrudniejszych rywali jest mobilizacja zarówno w piłkarskich i kibicowskich szeregach, a w teoretycznie mniej absorbujących pojedynkach grać gramy, ale trafiamy do własnej bramki, a zamiast stuprocentowego wkładu piłkarza, otrzymujemy coś na miarę meczu sparingowego? Kadra narodowa traci na wartości w porównaniu z klubem, w którym piłkarz gra na co dzień. Nie można mieć przecież o to do nikogo pretensji, bo kibicowi orzełek na piersi jest niezwykle potrzebny, piłkarzowi za to już mniej. Zwłaszcza, że obecnie gra w karze, to nie przywilej, a jedynie jeden z elementów wykonywanego zawodu.

Bo przecież  żaden piłkarz jadąc na kadrę, nie powie sobie – Kadro, miłości ty moja… Dla twego zdrowia życia bym nie skąpił, po twą spokojność do piekieł bym zstąpił, bo przecież to już nie te czasy. Choć śmiałej żądzy nie ma w sercu moim, bym był dla ciebie zdrowiem i pokojem. Prędzej sobie piłkarz pomyśli, żeby przypadkiem go jakaś poważna kontuzja nie spotkała. I znowu sobie powtarzam pytanie: czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie? A może po prostu czysta kalkulacja z czystym zyskiem? (...)

 

Robert, podbudka

Wojciech Chentkiewicz

Gol niedzielny

(...) Jesteś u szczytu sławy. Nazwisko "Lewandowski" pojawia się na ustach największych włodarzy światowego futbolu. Łączą Cię z Realem Madryt i Manchesterem City. Duma rozpiera Polaków, gdy w wiadomościach sportowych pokazują Twoje gole ligowe (chyba nie myślisz, że ci wszyscy kibice zebrani na stadionie w Gdańsku lub Warszawie oglądają co tydzień Bundesligę?). Dawno nie mieliśmy tak fantastycznego gracza. Młodego, ambitnego i poukładanego. Szkoda tylko, że nie potrafisz tego pokazać także w meczach reprezentacji, która potrzebuje Ciebie bardziej niż Borussia Dortmund. Nie mam zamiaru liczyć Ci kolejnych minut bez strzelonego dla Polski gola. Nie o to tu tylko chodzi. Bardziej rozchodzi się o walkę, zadziorność i poświęcenie, które ja akurat, mogę zobaczyć u Ciebie w Bundeslidze, ponieważ ją obserwuję. Mecz z Urugwajem utwierdził mnie w przekonaniu, że grasz na pół gwizdka. Od pamiętnego Euro nie dajesz z siebie stu procent. Nie biegasz i nie walczysz. Robisz za to pretensjonalne miny i wymachujesz rękami. W trudnej lidze niemieckiej, piłka sama szuka Cię w polu karnym. Hasasz po boisku delikatnie jak sarenka. Ledwo podniesiesz nogę, a futbolówka wpada do siatki. Nie wspomnę już nawet o meczach w Champions League. Przypadek? (...)

 

 

Nr 1

Roman

KS "Wisłoka" Nowy Żmigród

 

Znowu w Wisłoce trwa serial pod tytułem "obsada bramki". Przesądzone jest odejście młodego Mateusza Bazana do Przełęczy Dukla. Bramki w rundzie wiosennej bronił będzie Piotrek Kutrzeba, który wznowił treningi po dłuższej przerwie. Zastępcy dla Piotrka niestety nie widać. W juniorach broni Wojtek Krzyżak ale raczej nie zostanie on wcielony do drużyny seniorów jako drugi bramkarz. W razie potrzeby między słupkami stanie więc zawodnik z pola, niemal na pewno będzie to Radosław Krajciewicz. Oczywiście nie życzymy sobie takiego scenariusza ale nie można niczego wykluczyć. Dlaczego od paru już sezonów jest tak trudno o obsadę bramki w Wisłoce trudno powiedzieć. Zdolnych wychowanków jest jak na lekarstwo bądź nie ma ich w ogóle, a sprowadzenie dobrego bramkarza byłoby zapewne zbytnim obciążeniem klubowego budżetu. W ubiegłym sezonie wyjątkowo nie było problemu z bramkarzem bowiem barw Wisłoki bronił doświadczony Tomek Kowalik. Ograny w wyższych ligach zawodnik był w każdym meczu pewnym punktem drużyny. Po sezonie (spadek z okręgówki) Tomek odszedł do grającej o wyższe cele Nafty Jedlicze. Do bramki wskoczył młodziutki Bazan, który powrócił z juniorów Partyzanta Targowiska. Mateusz dobrze spisywał się w meczach, potwierdzając swój niewątpliwy talent. Młody zawodnik jednak nie potrafił zachować dyscypliny i po dwóch czerwonych kartkach (1 w seniorach i 1 w juniorach)  osłabił zespół. Szczególnie kartka "złapana" w meczu juniorów za niesportowe zachowanie, była ciosem dla Wisłoki, bijącej się o awans. Długie zawieszenie Bazana sprawiło, że do bramki trafił Radek Krajciewicz. Na całe szczęście w zimie treningi wznowił Kutrzeba, więc na wiosnę znów będziemy mogli podziwiać rajdy Krajciewicza (...) 

 

(Nie)Elitarne rozgrywki

Piotrek Baleja

blogi.goal.pl

(...) Za tym wszystkim idzie jeszcze  inny problem, który objawił by się dopiero po pewnym czasie, a mianowicie wykreowanie potęg ligowych, które zdominowałyby krajowe boiska na wiele lat jak BATE na Białorusi, Celtic w Szkocji czy Real i Barcelona w Hiszpanii. Polska liga dostałaby jedno miejsce „z automatu” w fazie grupowej i to było by dla niej zgubne. Jeżeli ta reorganizacja sięgnie już rozgrywek 2013/2014 i mistrzem została by Legia Warszawa, za występ w nowej „Lidze Mistrzów” dostanie sporą kasę co pozwoliło by jej na odskoczenie na poziomie sportowym i finansowym innym klubom. Czy wyobrażacie sobie jak Legia i ewentualnie drugi klub, który dopcha się do korytka w kwalifikacjach,  dominują krajowe rozgrywki? Wieje hiszpańską nudą! O ile teraz nasza liga na tyle niezrównoważona, że do końca nie możemy być pewni czy przypadkiem GKS Bełchatów nie zagra kapitalnej wiosny niszcząc wszystkich rywali, co da mu awans na podium, o tyle po reorganizacji Ligi Mistrzów liga stanie się nudna i przewidywalna. Kasy nie spłynie, aż tyle, że mistrz Polski zaczął by konkurować z potęgami Europy, więc faza grupowa wyglądała by dość smutnie, tęgie baty od każdego i powrót do domu aby odbić sobie europejskie porażki na krajowym podwórku. A i tak najgorsze jest to, że nie przełożyło by się to na podniesienie poziomu sportowego całej ligi tylko jednego bądź dwóch zespołów (...)


Iworyski supersnajper, holenderski antybohater, czyli triumf Międzynarodówki

Tomasz Mileszyk   

Piłka w grze

(...) Drogba to atleta, wojownik, jeden z symboli starej gwardii Mourinho. Ciężką pracą z przodu ( co chwila musiał toczyć ciężkie boje z obrońcami Bayernu) dał Chelsea wygraną. Te momenty walki dawały odetchnąć obrońcom i to rosły snajper wyrównał na 1:1 i strzelił decydującego karnego.  Drogba sam mówi, że to nie on zapewnił Chelsea zwycięstwo tylko Cole, który w Neapolu w ostatniej chwili uratował zespół przed stratą gola na 4:1.  Sam Didier wreszcie wygrał finał ważnego turnieju. Wcześniej przegrywał na Łużnikach, w 2006 i 2012 roku w finale PNA i w barwach Olympique Marseille.  To on obok Cecha był głównych architektem sukcesu, bo nie można zapomnieć o bezcennej bramce na Stamford Bridge z Barceloną i jakimś szczęściu, bo każdy spowodowany przez niego karny nie został wykorzystany. 

Po drugiej stronie jest antybohater finału, który mówi wprost " Mój karny był koszmarny. Nie wiem jak mogłem tak słabo strzelić."  Robben jeden z najlepszych skrzydłowych po raz kolejny nie utrzymał brzemienia odpowiedzialności co przełożyło się na kolejną klęskę jego zespołu. Pierw w finale z Hiszpanią zmarnował świetną sytuację, w tym sezonie pozbawił swój klub szans na zdobycie mistrzostwa, bo zmarnował karnego w decydującym meczu z Borussią, a teraz zamiast zostać bohaterem znów stał się zerem. Kluczowy moment meczu, a on marnuje karnego (...)



Tagi: konkursy
15:22, francuski_lacznik , Konkursy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 grudnia 2012

 

I kolejne notki - kandydatki do miana najlepszej w 2012 roku. Przypominam jeszcze o co toczy się walka: o adidasy Sebastiana Boenischa adizerof50, zaprojektowane specjalnie dla niego na Euro 2012 oraz biografie Sir Aleksa Fergusona ‘Football, bloody hell’... 

 

Eksterytorialna ambasada szatana

Tomasz Danelczyk

Po zielonej trawie

(...) Da się zauważyć pewną prawidłowość. We wszystkich kolekturach, które miałem przyjemność odwiedzić, za ladą siedziała pani, nigdy pan. „Gdzie diabeł nie może, tam…” Albo nie, bo zaleciało parafiańszczyzną przysłowia. Na Staromiejskiej 8/2 graczy obsługuje najczęściej 30-letnia brunetka o krągłych piersiach, oblana rumieńcem. Taki dziadek przegrywający ostatki swej renciny czy emerytury musi się przecież poczuć ekskluzywnie.

Widzę ten stół z niezaostrzonymi ołówkami, rozpiskę meczów na ten tydzień. Twarze podniecone lub szare, oczy błyszczące lub tępe, oblicza wesołe i te targane rozpaczą. O krzesło oparta kula ortopedyczna. „Dziadki” to szczególny rodzaj graczy, którzy odwiedzają „ambasadę” trochę w innym celu. Kolektura to dla nich przedłużenie młodości, azyl, odpoczynek od zrzędzącej małżonki, spoiwo. Tutaj student, który przyszedł obstawić, staje się kolegą. Dzielą się swoimi spostrzeżeniami, namiętnie kłócą, poklepują, życzą powodzenia. Nie jest to jakaś tam speluna, w której również mogliby się spotkać, spotkać bezideowo. To są „tajne komplety”, w tajemnicy przed żoną, dziewczyną, niby legalnie, ale trochę taka partyzantka. Nie raz słyszałem: „Stasiu, gdyby nie ta kolektura, to sznura i na góra”. Bo „elementy” spotykają się tam najrozmaitsze. Wspomniany student przegrywający stypendium, obok suchotnik, kaszle niemiłosiernie. Kreśli jednak namiętnie te mecze. Obok jakby złowrogi symbol, przedsiębiorca pogrzebowy, w czarnej kamizelce z płową hiszpańską bródką, zjawiający się tylko przed weekendem. Jedni przygodni, którzy płacili mniejsze lub większe frycowe i już nie wracali. Drudzy to te tzw. stare wygi. Czarna kurtka motocyklowa, stawiają duże stawki. Wychodzą co chwila na fajkę. Tak sobie pomyślałem, że w tej „ambasadzie” brakuje na ścianach portretów Georga Besta albo Erica Cantony. Do tego szklaneczka whisky, atmosfera niebanalna… Między tymi stałymi wytwarza się koleżeństwo, podobne do tego jakie wytwarza się między recydywistami w więzieniach. Braterstwo w namiętności. Żółtodziób jest na „ty” z siwowłosym starcem- koleżeństwo scementowane nierzadko wzajemnymi usługami kredytu (...)

Buty na kołku, bisu nie będzie - Alessandro Del Piero odchodzi z Juventusu

Piotr Borkowski

weszlo.com

(...) Kim był dla Juventusu? Piłkarzem? Napastnikiem? Łowcą bramek? To tylko jedne z jego funkcji. Nie był najemnikiem, który strzelanymi golami odpłacał się za górę pieniędzy, rokrocznie trafiającą na jego konto. Alex to człowiek-instytucja. Biegający po boisku biało-czarny pomnik. Zawodnik, z którym kibice Starej Damy utożsamiali się jak żadna inna drużyna z żadnym innym piłkarzem. Atmosfera na Juventus Stadium przypominała stypę po pogrzebie najbliższego członka rodziny. Del Piero to Juventus, Juventus to Del Piero. Jedność i monolit. Il Fenomeno Vero.
Wiele lat temu kibice nie mogli zdzierżyć transferu ówczesnej gwiazdy Starej Damy, Roberto Baggio. – Del Piero moim następcą? Mam taką nadzieję – rzucił na odchodne. – Porównywanie go do mnie jest dla niego obraźliwe – skontrował wówczas 19-letni Alex.

Od tamtego momentu minęło prawie dziewiętnaście lat. Zaczęło się na Foggii, skończyło Atalantą. Prawie pięćdziesiąt tysięcy minut spędzonych na boisku i tylko dwie czerwone kartki - personifikacja klasy i profesjonalizmu. Dwieście osiemdziesiąt dziewięć bramek, zdobywanych dosłownie na wszystkich możliwych frontach. Najcenniejsze? Paradoksalnie chyba te strzelane słabeuszom w drugiej lidze. Był jedną z nielicznych gwiazd, które pozostały wierne Juventusowi w najtrudniejszych chwilach jego historii (...)

 

Najpiękniejszy piłkarski moment 2012 roku

Boomer

Na okrągło

"Najtrudniej docenić coś, kiedy to mamy. Dopiero, kiedy zostaniemy czegoś pozbawieni, zdajemy sobie sprawę z tego, co straciliśmy" - jedna z najprawdziwszych i najprostszych maksym. I to taka, na którą wciąż się nabieramy. Ostatnio te słowa znów są nieprawdopodobnie aktualne, a to za sprawą jednego człowieka - Kanoniera, który opuścił Arsenal i przeszedł do Barcelony, a potem odleciał do Stanów na emeryturę.

Zawodnicy, którzy opuszczają Europę, skazani są na zapomnienie. Czasem przypominamy sobie o Beckhamie promującym futbol w Los Angeles, o Eto'o kopiącym łaciatą za grube miliony gdzieś w głębokiej Rosji i wielu, wielu innych. A kiedy już któryś z tych zawodników przyjdzie nam na myśl, to najczęściej jedynie wzdychamy, ze słowami na ustach "a pamiętasz jak...?". Tym razem jesteśmy jednak świadkami historii pięknej. Bo oto ten wielki gracz powraca do klubu, dla którego jest żywą legendą. Thierry Henry nie mógł wrócić do Londynu w lepszym momencie. Arsenal od miesięcy pogrążony jest w chaosie, stracił latem kluczowych zawodników (Fabregas, Nasri), dla wielu także w swojej filozofii wychowywania młodych zawodników i nie sprowadzania tych doświadczonych zatracił się Arsene Wenger... Największą siłą tego klubu są w tym momencie kibice, którzy nie odwrócili się od zespołu, mimo słabej gry i wyników. Popatrzcie chociażby, ilu ich jest wśród polskich fanów piłki nożnej na twitterze - przewyższają ilościowo kibiców dowolnego innego zespołu. Teraz ci fani przeżywają niesamowite chwile, bo powrót Henry'ego jest niczym historia z jakiegoś filmu, coś, co normalnie się nie zdarza. Powrót, i to w wielkim stylu, bo symbol wraca znów, by uratować swój klub. Uchwycić jego tożsamość. Tchnąć ducha wiary. Zaszczepić mentalność prawdziwego Kanoniera wśród innych zawodników. Nie ma lepszego człowieka do tego zadania (no chyba że do grania wróci Dennis Bergkamp;) (...)

 

ADIOS, JOSE…

Bartosz Marchewka   

Marchewkowe Poletko

(...) Ukułem sobie kilka, wcale nie spiskowych teorii. Gdyby Mourinho z Realem ponieśli przez zimę jeszcze kilka klęsk to wielce ryzykowne, czy wręcz beznadziejne byłoby wchodzenie w decydującą fazę LM z nim na ławce. Czy mający swoją własną definicję dumy Mourinho stawiałby ją na szali nie mając żadnej pewności czy się powiedzie? Gdyby w najbliższą sobotę Real nie grał z Atletico, a z Szachtarem, Bayernem, czy Manchesterem Utd, to przylepianie łatki faworyta Realowi skwitowałbym co najmniej zdziwieniem. A gdyby Barcelona „pozamiatała” La Liga do końca, co wiązałoby się ze szpalerem na Bernabeu ? Czy Mourinho by to przetrzymał?

Mourinho z 90 % pewnością dokończy sezon. Tu rolę główną odegra odszkodowanie (wspomniana duma nie pozwoli na rezygnację w trakcie rozgrywek) Nawet te „klęski” spisane powyżej nie usuną go z Bernabeu fizycznie. Chodzi mi raczej o fakt, że Mourinho i Real rozstają się ze sobą mentalnie. Nić porozumienia między tym co myśli The Special One, a tym, czym kieruje się ekipa Florentino Pereza (którą nomen omen Mourinho na przykładach Valdano i Zidane’a stara się zdewastować) rozciąga się coraz bardziej. Przegrana liga i potencjalne przedwczesne odpadnięcie z Ligi Mistrzów wygaszą chyba sens kontynuacji misji Mourinho w Madrycie (...)

 

Jak zostać piłkarzem? Zapraszam na spacer po linie…

Piotr Jóźwiak  

Rzut beretem

(...) Wielu w Akademii miało marzenia. Przetrwali tylko ci, którzy pracowali najciężej, ale – przede wszystkim – mieli furę szczęścia. W gruncie rzeczy, o twojej przyszłości decyduje PRZYPADEK. Zdecydowanie łatwiej jest wyjechać do zachodniego klubu jako piłkarz pierwszego zespołu Legii, niż przebrnąć przez kolejne szczeble Akademii, by w końcu trafić do jedynki. Musisz się z tym pogodzić, więc warto zatroszczyć się o plan B.

Zrobiło się smutno, co? Spoko, taka jest piłka – pod każdą szerokością geograficzną. Nikon Jevtić kilka lat temu zaliczył dublet – dał kosza Arsenalowi i Manchesterowi United. Wcześniej ochrzczono go złotym dzieckiem futbolu, na długo przed tym, zanim mógłby wejść do Makro. Podobno potrafił wszystko. Poszukajcie sami, na youtube naprawdę daje radę. Co więcej, wszędzie, gdzie grał, zabierał ze sobą brata, który zasilał sztab szkoleniowy – taki stawiał warunek. Trafił do Valencii, później z kolei miał zbawić Schalke. Nawet nazwisko zmienił na El Maestro, od razu brzmi lepiej. I co dalej? Teraz trenuje w Młodej Koronie Kielce, a w niedzielę – przy Łazienkowskiej – przyćmił go Kamil Kurowski. Pod Jevticiem pękła lina. Trudno jednak powiedzieć, czy jeszcze leci, czy już wylądował…

 

To wszystko prawda

Jose Arcadio Morales

za-co-ona-sie-obrazila

Teraz już wiem, o czym mówiła prof. Środa, gdy zapowiadała Euro 2012 jako święto męskiego szowinizmu i niezrozumiałego uganiania się tłumu samców za kawałkiem czegoś, co już „szmacianką” nazywa się wyłącznie umownie, bo wyewoluowało z rybiego pęcherza w kierunku skonstruowanej w oparciu o niewymawialne i niewytłumaczalne dla normalnego człowieka technologie idealnej sfery. Męski szowinizm zatriumfował, szmacianka jest głównym tematem rozmów na ulicach, w domach i zakładach pracy, u fryzjerów i piekarzy, na szatniach Orlików i w kolejce w mięsnym.

Najsmutniejsze jest to, że w ten samczy szał zostały wplątane też Bogu ducha winne kobiety. Otumanione najprawdopodobniej alkoholem i pigułkami gwałtu były wywożone przez bezwzględnych mężczyzn na stadiony i prowadzone do stref kibica, a dopełnieniem ich hańby było przebieranie ich w pstrokate, biało-czerwone stroje, o których przecież wszyscy wiedzą, że poważny człowiek przecież nigdy by ich nie założył. Tam też musiały znosić niebezpieczne dla zdrowia ilości decybeli, momentami sięgające natężenia dźwięku startującego odrzutowca, narażane były na zimno i deszcz oraz otarcia, kontuzje i oświadczyny ze strony upitych w sztok Irlandczyków i Hiszpanów (...)

 

 

Projekt: EURO 2012

Piotr Stokłosiński

Futbolówką do kosza

9 lat temu powstał pomysł, 5 lat temu nas wybrali, dziś odliczamy godziny. Mam nadzieję, że gdy za kolejne parę lat będę czytał ten wpis pomyślę sobie "Kurde, to były czasy..."

Szczerze? Sądze, że za mojego życia takiego wydarzenia sportowego już nie zobaczę. No dobra, Zakopane ma jakieś szanse, żeby dostać Zimowe Igrzyska Olipmijskie... Mniejsza z tym. Pomysł jest prosty, każdego dnia EURO zbierać tu wszystko co z tego turnieju najlepsze, najfajniejsze, najbardziej zapadające w pamięć. Nie spodziewajcie się formy newsowej, bo wszelkie portale informacyjne storpedują nas informacjami na temat najmniejszego detala tego, co dzieje się na boiskach, czy w obozach reprezentacji. Postaram się pokazać Mistrzostwa z trochę innej strony, jakiej? To się pewnie będzie kształtować i zmieniać w trakcie aktualizowania wpisu - zobaczymy co z tego wyjdzie. Mamy kolosalne szczęście, że możemy być świadkami tak fajnej imprezy dosłownie tuż obok, sam nie muszę nawet przekraczać rzeki, by dotrzeć na stadion, wystarczy parę przystanków tramwajem. Cieszę się na tę imprezę niebywale, zwłaszcza, ze patrzy na nas cała Europa. Zobaczymy, może kiedyś przeczyta to mój syn i oprócz przekopywania archiwów Youtube'owych będzie mógł zobaczeć EURO oczami człowieka, który widział to wszystko na własne oczy - i strasznie się ekscytował (...)

 

Czy Fernando Torres zdobędzie koronę króla strzelców?

Paweł Morawski

euro2012news

(...) Dostawał kolejne szanse, ale ich nie wykorzystywał. Jego sytuacja ani o jotę nie poprawiła się na początku obecnego sezonu. Trafił co prawda w dwóch meczach ligowych we Wrześniu, odnotował dwie bramki w wygranym z Genkiem meczu w Lidze Mistrzów, zaliczył także kilka asyst, ale później nie potrafił trafić do siatki rywali przez ponad 5 miesięcy. Sytuacja poprawiła się nieco po hat-tricku przeciwko Leicester City w Pucharze Anglii. Fernando strzelił także bramkę pieczętującą awans Chelsea do finału Champions League na Camp Nou z Barceloną. Dołożył także kilka bramek w lidze. Sezon zakończył 11 bramkami w 49 występach. Czy zatem o takim napastniku można mówić jako o faworycie do tytułu króla strzelców?

Otóż uważam, że można, a nawet trzeba. Po pierwsze dlatego, że Torres ma wiele do udowodnienia. Nie zapomniał przecież jak się strzela bramki. A jednak przez prawie dwa lata był pod formą. Będzie chciał wrócić do poczetu wybitnych w wielkim stylu. Ma 28 lat i jest w najlepszym wieku dla piłkarza. Po drugie ma znakomitych partnerów w drużynie. Xavi, Iniesta, Cesc Fabregas czy David Silva to nietuzinkowi gracze, którzy potrafią podać piłkę z zegarmistrzowską precyzją. Ponadto nie są pazerni na bramki, zależy im przede wszystkim na sukcesie drużyny. Po trzecie taktyka mu sprzyja. Hiszpanie grają zazwyczaj jednym wysuniętym napastnikiem. Większość podań kierowana będzie właśnie na niego i nikt nie będzie mu zabierał okazji do zdobycia bramek (...)



Cierpliwość

Jared

Środa-sobota

Bóg futbolu. Teistyczna teoria futbolu w tym sezonie zyska kolejnych wyznawców, bo jak tu nie wierzyć w ingerencję "Boga futbolu", kiedy pisze tak piękne historie - czyż nie sprawdzał ów Bóg cierpliwości Romana Abramowicza, kiedy John Terry poślizgnął się w Moskwie i zamiast dać Puchar Mistrzów, dał szansę United, którzy już jej nie zmarnowali? Czyż wytrwałość rosyjskiego miliardera nie została poddana próbie, gdy w kolejnych latach Chelsea nie zbliżyła się do zdobycia najcenniejszego z trofeów, a drogę do Rzymu w 2009 roku zamurował Anglikom geniusz Andresa Iniesty? Czyż testem dla Abramowicza nie był ostatni czas, gdy Chelsea straciła panowanie w Anglii na dobre, a w sezonie obecnym, po fatalnej porażce z Napoli, nadzieja na grę w Lidze Mistrzów w sezonie 2012/2013 była znikoma? Czyż nie miał on prawa zwątpić, gdy zatrudnienie, jak sądzono, zbawiciela Chelsea i jej stylu gru - Andresa Villasa-Boasa okazało się błędem, zwarciem w mocno naelektryzowanej szatni the Blues? I czy teraz, Bóg futbolu w swej mądrości nie nagrodził hiobowej postawy okropnie bogatego, choć w swej futbolowej wciąż szukającego spełnienia, Romana Abramowicza? (...)



Tagi: konkursy
11:25, francuski_lacznik , Konkursy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 grudnia 2012

Oto pierwsza garść notek, które uznaliście za swoje najlepsze w 2012 roku. Już nadeszło ich 60, a konkurs trwa nadal, ponieważ na swoją zgubę deadline wyznaczyłem aż do końca roku. Na marginesie - czy wiedzieliście, że pierwotne znaczenie tak powszechnie używanego w dziennikarstwie słowa deadline było dosłowne? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem i odkryłem to dopiero wczoraj podczas lektury kryminału Jo Nesbø Pierwszy śnieg. Podczas Wojny Secesyjnej z braku solidnych więzień zarówno Konfederaci jak i żołnierze Unii mieli w zwyczaju otaczać pojmanych jeńców linią. Do tych, którzy ją przekroczyli strzelano bez ostrzeżenia. Takie linie powstawały nawet w słynnych więzieniach jak Confederate Prison Camp Andersonville czy Union Prison Camp Douglas Chicago - 19 stóp od muru, by nikomu nie przyszło do głowy spinać się na niego albo ryć pod nim podkop. Ciekawe, prawda?

Ale wracając do naszego konkursu, nie zamieszczam tradycyjnej sondy. Notki - jak widzicie - nie są w całości, ale w wyrwanych fragmentach - po to by jeśli ktoś się zainteresuje, mógł się w notce i całym blogu zagłębić. Przypominam jeszcze o co toczy się walka: o adidasy Sebastiana Boenischa adizerof50, zaprojektowane specjalnie dla niego na Euro 2012 oraz biografie Sir Aleksa Fergusona ‘Football, bloody hell’... Niewykluczone, że jedna z nich przeznaczę dla jakiegoś kreatywnego społecznego jurora, o ile się taki znajdzie...

Żartowniś, polski Eto’o i młody ojciec

Łukasz Lubkowski

PogońSportInfo

(...) Polskim Eto’o nazwały go media po kilku spotkaniach w barwach Pogoni, ale ze świetnym napastnikiem łączy go o wiele więcej niż nam się wydaje. Obaj urodzili się w miejscowości Dualo, które jest największym miastem w Kamerunie. Piłkarskiego rzemiosła uczyli się w tej samej akademii w Kadji. Snajpera Pogoni z byłym piłkarzem między innymi Interu Mediolan łączy to, że potrafi… go parodiować! – Pamiętam taką sytuację jeszcze z poprzedniego sezonu, że siedzieliśmy na jakimś spotkaniu w szatni, kiedy Donald zaczął parodiować swojego rodaka. Potem robił to z każdym po kolei, włącznie z Marcinem Sasalem! – zdradza kapitan Portowców, Bartosz Ława.

Jajcarz, figlarz, żartowniś – tak można określić Kameruńczyka – To, że lubi pożartować w szatni wiedzą wszyscy, ale nikt się nigdy nie obraża, codziennie zaskakuję nas czymś nowymmówi z uśmiechem Edi Andradina. Dość świeżą anegdotkę związaną z napastnikiem Pogoni przedstawia nam Maksymilian Rogalski – Ostatnio zmienił trochę swój styl i ubiera się w ciuchy z różnorakimi ćwiekami. Jakiś czas temu miał śmieszne buty, z których śmiała się cała szatnia. Donald je schował do szafeczki wraz z całym ubraniem i zamknął ją na klucz, a potem ten klucz… zgubił! Zabawnie było, bo nie miał chyba w czym wrócić do domuwspomina ‘’Rogal’’. Uśmiechu kolegom z drużyny przynosi też Kameruńczyk, kiedy mówi po Polsku – Uczy się już od jakiegoś czasu naszego języka i zabawnie czasem przekręca niektóre słowa, ale jest na pewno bardzo lubiany w zespoledodaje Sławomir Rafałowicz (...)

 

BBC pokrzyżowało mi plany...

Marcin Futbolmag

Nie do wiary. Nie do wiary. Piłka nożna. Jasna cholera

(...) BBC wyemitowało materiał poważny i w taki sposób skrojony, że pokazuje w ich mniemaniu realia Polski i Ukrainy, a zapewnienia naszego MSW, że dobrze współpracujemy z Policją i Ukraińskiego, że rasizm nie istnieje, jest wymysłem dziennikarzy, a gest Siege Heil jednych kibiców, to tylko wskazywanie na drugich, zdecydowanie nie są argumentami w tej dyskusji. Problem polega nie na tym, że antysemityzm istnieje, tylko gdzie i w jaki sposób jest widoczny. Policja nie pomoże, w przypadku obrazy uczuć czy zaszczucia, bo jest to organ leczenia, nie profilaktyki. Profilaktyka tego typu przypadków, jest dużo trudniejsza niż ubieranie prezerwatywy w sytuacji stykowej, czy codzienna dawka witaminy c. Nawet nie wiem czy jest możliwa, bo w idealnym społeczeństwie, różnobarwni geje żydowskiego pochodzenia, ze swoimi Negro przyjaciółmi, mogliby swobodnie kibicować na każdym stadionie Polski, Ukrainy, Anglii, Ugandy pośród Ultrasów, bez asysty policji. A pokażcie mi taki kraj, w którym będzie to możliwe. Religia, uprzedzenia, agresja wynikająca z problemów socjologiczno-socjopatycznych, słabej sytuacji materialnej, ślepe i złe rozumienie słowa nacjonalizm, powodowane chęcią bycia kimś lepszym od innych, to są rzeczy znane po każdej stronie globu (...)

 

Kolejna klątwa Gerrarda

Oskar Szumer

You'll Never Walk Alone

(...) Dla każdego piłkarza, przeciętnego czy też wybitnego, gra w dla swojego kraju jest czymś wyjątkowym. Taką osobą jest bez wątpienia Steven Gerrard, który swój debiut w kadrze zaliczył 31 maja 2000 roku przeciwko Ukrainie. Co udało mu się osiągnąć przez okres aż 12 lat występów? Jedynym słowem, nic. Euro 2004, MŚ 2006 i 2010 oraz Euro 2012, to pasmo niepowodzeń aktualnego kapitana tejże reprezentacji, chociaż do postawy samego Gerrard nie możemy mieć wiele zastrzeżeń. Anglicy od zdobycia mistrzostwa Świata w 1966 roku wciąż czekają na powtórzenie chociażby podobnego sukcesu. Jak im to wychodzi? Ostatnim półfinałem, w którym zagrali był ten z 1996 roku, kiedy grając na własnym boisku odpadli po rzutach karnych z Niemcami. W następnych latach zapowiadano pasmo sukcesów Gerrardowi i spółce. W "złotym pokoleniu" znaleźli się tacy piłkarze, jak Beckham, Owen, Gerrard, Lampard, Terry i wielu, wielu innych, naprawdę wybitnie uzdolnionych zawodników, jednak tylko, jeśli weźmiemy pod uwagę ich grę w klubie.

Dla takich piłkarzy, brak jakiegokolwiek sukcesu z reprezentacją na pewno jest czymś przykrym, jak i też trochę przyćmiewającym wielką karierę klubową. Oczywiście, co ma powiedzieć np. taki Ryan Giggs, który zdobył niezliczoną ilość mistrzowskich tytułów, ale nigdy nie zagrał na wielkiej międzynarodowej imprezie. Różnica jest jednak taka, że od niego coś takiego nie było wymagane, zaś od Gerrarda czy też Lamparda owszem (...)

 

Nadeszła moda na piłkarskich szczeniaków

Marcin Celejewski

Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

(...) Szczęście kibiców polega na braku pieniędzy polskich klubów. Zagraniczne niewypały tak samo szybko jak podpisywały kontrakt, tak samo szybko pakowały walizki i wracały w rodzinne strony. Kontrakt podpisany, trzeba płacić, zawodnika nie ma. Zastanawiałem się czasami, ile to wszystko może trwać. Miesiąc, rok, dwa lata? Zatrudniali tak wszyscy, oprócz zespołów, których po prostu nie było na to stać. Wtedy brali oni polski szrot, często nie gorszy od zagranicznego. Sezon 2012/13 jest odrobinę lepszy od poprzednich. Z powodu braku kasy, prezesi zacisnęli pasa i przestali podpisywać spore jak na polską ligę kontrakty z zawodnikami uznanymi blisko dziesięć lat temu. Pomysłem dość przypadkowym dla niektórych na uzupełnienie kadry, ale zaskakująco trafnym, było zatrudnienie młodych polskich grajków. W naszej ojczyźnie przyjęło się, że 26-letni zawodnik jest dalej młodym, utalentowanym piłkarzem, którego nie można zbyt mocno eksploatować. Notabene 26-letni Przemysław Oziębała zagrał ostatnio w drużynie Górnika Zabrze do lat 17! Nie zagrał całego spotkania, bo musiał oszczędzać siły na Puchar Gospodarza Osiedla do lat 15. Wracając jednak do młodziaków, trzeba radować się faktem, że nareszcie szkoleniowcy pierwszej drużyny, pozwalają im na coś więcej, niż tylko na noszenie piłek po treningach (...)

 

Na razie tylko mistrz jesieni

kleban

Wspólna piłka

(...) Ktoś powiedział, że największym rywalem piłkarzy Jana Urbana są oni sami. I trudno się z tym nie zgodzić. Pod koniec ubiegłego sezonu wszyscy mistrzostwo przypisywali Legii. Mówiło się o tym tak często i tak głośno, że „Wojskowi” sami w to uwierzyli. Przegrali tytuł na własne życzenie - przez lekceważenie rywali i złe podejście do meczu. Tak samo było z Ligą Europy. Po wygranym dwumeczu z SV Ried, przyszła bolesna porażka z Rosenborgiem. Porażka u siebie Legii z Jagiellonią Białystok i negatywne opinie zaprocentowały dobrą grą i wygraną z Lechem Poznań (...)   

 

Łódź – kraina na krańcu futbolowego świata

Jakub Kacprzak

Ostro-słodkie myśli o sporcie

Dawno, dawno temu, gdy Polska nie była rozdarta pomiędzy kaczkę i donalda, a po zielonych murawach biegali tacy piłkarze jak Ronaldo (ten prawdziwy!), Mijatović, Dunga, Bergkamp i inni, Łódź była krainą pięknego futbolu. Widzew w latach 90′ zdobył dwa mistrzostwa z rzędu i dodatkowo czterokrotnie stawał na podium, a ŁKS raz cieszyło się z pierwszego miejsca w lidze, oraz raz stawał na najniższym stopniu podium. Łącznie w latach 1991-2000, do Łodzi trzykrotnie trafiał złoty medal za ligowe rozgrywki. W tamtych czasach gdy selekcjoner chciał sklecić powołania na mecz kadry, mógł po prostu przyjechać do Miasta Tuwima i wybierać spośród wielu znakomitych piłkarzy. Do polskiego Manchesteru zawitała nawet Liga Mistrzów! A kibice Widzewa nie mieli problemu z tym, by iść na mecz swej ukochanej drużyny, która w europejskich pucharach akurat musiała występować przy Al. Unii, a nie przy Al. Piłsudskiego. Każdy w swoim pokoju chciał mieć plakaty Marka Citki, Tomasza Wieszczyckiego (no może jego trochę mniej, bo zawsze był łysy) czy Marka Saganowskiego i Macieja Szczęsnego (...) 

 

Wyznanie wiary

Szymon Kurek

HUNDRED YARDS OF GRASS

(...) Zapewne wielu zaprotestuje, kiedy stwierdzę, iż istnieje całkiem spora liczba piłkarzy, którzy potrafią wszystko to, co Messi. Niemniej wielkość Argentyńczyka polega na tym, że nikt tak magicznie, efektownie, a zarazem efektywnie jak on, nie potrafi wkomponować tego niebagatelnego arsenału zagrań, podań i tricków w realia meczu. Każdego meczu; od tego z Mallorcą i Spartakiem Moskwa, po ten przeciwko Realowi Madryt czy Manchesterowi United. Rzeczonemu wyżej Ronaldo, jeszcze kiedy grał w Anglii, zarzucano słabość wobec bardziej uznanych marek, wyśmiewając fakt, że strzela garście bramek jedynie jakimś nędzarzom pokroju Portsmouth. Jednak z czasem stało się inaczej. Portugalczyk zaczął bombardować wszystko, co się rusza z piłką (w tym Barcelonę), ale ludzie dalej woleli bić pokłony Messiemu, nie rozumiejąc, albo nie chcąc rozumieć, ile z tego całego blichtru Argentyńczyka jest wynikiem pracy takich piłkarzy jak Xavi i Andres Iniesta (...)


 

Dzisiejsi rywale to nie potwory

Tomasz Sierżant

Cały ten futbol

(...) Mentalności już dawno powinniśmy nauczyć się właśnie od nich. Ostatnio na Twitterze ćwierkałem o filmie biograficznym opisującym historię legendarnego trenera Briana Clougha (oryginalny tytuł: "The Damned United"). Michael Sheen grający główną postać, czeka, w pewnym momencie filmu, jaki rywal zostanie dolosowany dla jego Derby County, który był wtedy w niższej klasie rozgrywkowej i ogólnie wszyscy go lali. Myślicie, że pragnął usłyszeć, iż przeciwnikiem jego drużyny zostanie jedenastka kopiących się po czołach flegmatyków? Otóż nie! On bardzo chciał trafić na Leeds United, które było wtedy największą potęgą w lidze angielskiej! Pragnął przeciwstawić się najsilniejszym, utrzeć nosa zadufanej potędze, przejść do historii!

Wyobrażacie sobie trenerów polskich klubów, którzy przebierają nogami przed losowaniem bo chcą wpaść na Real czy Chelsea, albo selekcjonera błagającego los o rywalizację z Hiszpanią lub Brazylią? Wolne żarty... Przecież to również futbolowe potwory, które okrutnie przetestują piłką, siatkę w naszej bramce. I to kilkakrotnie! Strach się bać, jak śpiewał "Panas" z Lady Pank (...)

 

Standard - Wisła 0-0: miejsce, gdzie nic się nie działo

Andrzej Gomołysek

Taktycznie.net

(...) W Wiśle dziwił mocno brak Kirma. W meczu z Zagłębiem bardzo dobrze odnajdował się w grze kombinacyjnej krakowian. Jak na główną broń Wisły, ograniczanie jej do duetu Garguła - Melikson nie mogło przynieść dobrych wyników. Zwłaszcza Izraelczyk miał utrudnione zadanie. Dwójka defensywnych pomocników Standardu starała się znajdować zawsze między nim a bramką, więc siłą rzeczy Melikson był wypychany daleko od pola karnego. Musiał przez to, aby rozegrać piłkę do przodu, szukać podań dłuższych. A ich skuteczność, jak pokazują dane InStat Football, była niezbyt oszałamiająca.



 

 



Tagi: konkursy
14:03, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (4) »
czwartek, 20 grudnia 2012

Ogłaszam konkurs na Notkę Roku! Pomysł jest następujący: czekam na mejle z notkami opublikowanymi w 2012 na Waszych blogach lub zaprzyjaźnionych serwisach. Koniecznie z linkami do nich! Chodzi o notki piłkarskie, ale na dowolny temat: aktualny lub historyczny, transfer, opis meczu, akcji, analiza sytuacji, bohater, antybohater, co tam chcecie. Byle ciekawie, porywająco, literacko! Notka, z której naprawdę byliście dumni! Wreszcie - bo zawsze na to narzekacie - dowolnych rozmiarów. Nie ma limitu znaków. Ja u siebie opublikuje fragment i link, kto będzie chciał, wejdzie i doczyta do końca. Dzięki temu przy okazji poznamy może kilka fajnych blogów, stron, miejsc w necie...

No i niebanalna nagrodą główna, rzekłbym kolekcjonerska. Korki adidasa adizerof50, leciutkie jak piórko, przygotowane dla Sebastiana Boenischa specjalnie na Euro 2012, sygnowane jego nazwiskiem! Wielu kwestionowało jego prawo do gry w reprezentacji Polski, że farbowany lis, inni z kolei wątpili, czy zdoła być w turniejowej formie, ale mam wrażenie, że akurat on zawiódł najmniej na mistrzostwach Europy z naszych zawodników z pola, zresztą obok Eugena Polańskiego. Fajnie, że po miesiącach bezrobocia znalazł klub i teraz stanie się przewodnikiem Arka Milika po nowym kraju i Bundeslidze, oby równie dobrym jak Kuba Błaszczykowski dla Roberta Lewandowskiego...

 

Autorzy kolejnych najlepszych notek otrzymają biografie Aleksa Fergusona ‘Futbol, cholera jasna’ pióra Patricka Barclay’a, m.in. w moim skromnym tłumaczeniu. Do dzieła, na obczajenie, która z Waszych notek była najlepsza macie czas do końca roku, czyli prawie 10 dni. Przemyślcie dobrze sprawę podczas Świąt. Aha, nie przyjmę notek napisach specjalnie na konkurs, czyli po 20 XII 2012 - wygrzebcie coś co już istnieje. Mejle koniecznie z tytułem NOTKA ROKU! Powodzeniaaaa!


 

I Twitter też!

Ważny update: Jako wielki miłośnik i propagator twittera postanowiłem rozszerzyć konkurs o sportowy tweet roku 2012! Może pamietacie swoje czy cudze szczególnie newsowe/ważne/fajne/trafiające w sedno tweety i odkładaliście je w swoich ulubionych? Ja nominuje trzy następujące:


 



update 2

nie zauważyłem, że tweet Mikołaja Wójcika z 2011. NO to w jego miejsce dwa inne:



Tagi: konkursy
20:40, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (16) »
środa, 19 grudnia 2012

Profesorom Business School na jednej z najsłynniejszych uczelni świata - Harvardzie - udało się namówić Sir Aleksa Fergusona żeby podzielił się z nimi sekretami swej 26-letniej pracy na Old Trafford i metodami pracy. 71-letni najbardziej utytułowany trener w historii angielskiego futbolu przybył do Bostonu i podczas wykładu szczegóły swojej trenerskiej filozofii, zdradził kulisy przygotowań zespołu do sezonu, kryteria przy sprowadzaniu nowych zawodników czy to dlaczego tak surowo podchodzi do kwestii dyscypliny i zasady, że ‘żaden zawodnik nie może być większy niż klub’, bezwzględnie rozstając się przez lata z tymi, którzy ‘wystąpili przed szereg’. Wyznając przy okazji, dlaczego pozbył się z klubu piłkarzy, nad którymi - jak mniemał - stracił kontrolę, Jaapa Stama i Davida Beckhama. Właśnie podejście pedagogiczne i psychologiczne do zawodników wydało mi się najciekawsze w całym wykładzie, którego streszczenie przeczytałem w Timesie i na devilpage.pl.

Zdaniem Fergusona trener nigdy nie może stracić kontroli nad szatnią. Nie, kiedy ma do czynienia z 30 profesjonalistami, którzy dodatkową są milionerami. - Jeśli zachowują się źle, karzemy ich, ale wszystko zostaje wewnątrz klubu. Jednak jeśli ktoś wymyka się spod mojej kontroli, to już po nim, nie żyje. Po prostu. Kiedy pracuję z najbardziej utalentowanymi piłkarzami, stale powtarzam im, że ciężka praca również jest talentem. Muszą pracować o wiele więcej niż pozostali gracze. Kiedy nie potrafią dostosować się do dyscypliny, której od nich wymagamy w United, nie mają tutaj czego szukać. Interesują mnie tylko zawodnicy, naprawdę zainteresowani grą dla Manchesteru United oraz ci, którzy podobnie jak ja, nie umieją przegrywać. Musisz dostosować się do reguł tej gry, bowiem inaczej wpadniesz w obsesję. Wygrana, porażka lub remis. Są trzy opcje, każda z nich może się wydarzyć, ale staramy się zawsze pokazać naszą twarz i zachować godność. Taki jest Manchester United.

Wg Fergusona, zawodnicy prowadzą dziś obecnie bardziej żywiołowy i rozrywkowy tryb życia, niż to miało miejsce 25 lat temu. Są przy tym delikatniejsi i przez co są bardziej podatni na kontuzje. - Przez te wszystkie lata byłem niezwykle agresywną osobą. Jestem pasjonatem, który chce wygrywać za wszelką cenę przez cały czas. Ostatnio jednak nieco złagodniałem, za sprawą moich lat. Dzięki temu lepiej radzę sobie z tymi delikatnymi piłkarzami - mówił.

Jak zapewne pamiętamy, przez United Fergusona przewinęło się jednak wielu mało delikatnych twardzieli i piłkarzy bardzo niepokornych. Jak radził sobie i nadal radzi z takimi, wyjaśnił na przykładzie Paula Scholesa. - (...) był wyrzucany z boiska niezliczoną ilość razy. Za każdym razem, kiedy tylko wyczuje okazje, po prostu musi coś zrobić. Nawet na treningu. Czy jestem w stanie wybić mu to z głowy? Nie. Czy chcę wybić mu to z głowy? Nie! Kiedy pozbawiłoby się go agresji, nie byłby tym samym znakomitym graczem. Trzeba po prostu to zaakceptować, że ma pewną wadę, lecz jest ona dobrze zrównoważona przez inne, niesamowite umiejętności.

Dziś Sir Alex używa suszarki już tylko w takich okolicznościach;)

- Nie można nieustannie krzyczeć i wrzeszczeć. To tak nie działa. Nikt nie lubi przecież być stale krytykowany. Jednak w szatni należy wytknąć wszystkie błędy swoim podopiecznym. Robię to zawsze od razu po meczu. Nigdy nie czekam do poniedziałku, mówię, co o spotkaniu sądzę i na tym temat się kończy. Potem skupiamy się na kolejnym pojedynku. Nie można krytykować piłkarza przez cały czas - mówił. I wyznał, że z zasady nigdy nie krytykuje piłkarzy podczas treningu. - Dla zawodnika, tak jak dla każdego człowieka, nie ma nic lepszego niż usłyszeć ‘well done’ (dobra robota). To dwa najlepsze słowa, jakie wynaleziono w świecie sportu. Nie trzeba im bardziej słodzić, te dwa słowa wystarczą.

Na koniec zapewnił jednak, że mimo złagodnienia, ogień wcale w nim nie przygasł, rozpaliła go w nim porażka w walce o mistrzostwo Anglii z Manchesterem City w ostatnich sekundach ubiegłego sezonu. - Sami ją sobie zgotowaliśmy. Kto mógł pomyśleć, że przegramy 2:3 na Old Trafford z walczącym o utrzymanie Blackburn? Albo że zremisujemy z Evertonem, choć jeszcze siedem minut przed końcem meczu prowadziliśmy 4:2? Wciąż mam w sobie poczucie gniewu za to jak wypuściliśmy z rok mistrzostwo w ubiegłym sezonie. Teraz główna motywacją, jaką zaszczepiam piłkarzom jest, że nie możemy pozwolić City pobic się dwa razy z rzędu.


UWAGA: Kto nie ma jeszcze biografii Aleksa Fergusona ‘Futbol, cholera jasna’ pióra Patricka Barclay’a, a chciałby ją wygrać, za chwilę ogłoszę konkurs na Notkę Roku 2012. Szczegóły wkrótce, teraz zdradzę, że będzie to konkurs na notkę opublikowaną w 2012 na dowolny temat piłkarski, wreszcie dowolnych rozmiarów, bez żadnego limitu znaków, ponieważ będę prosił o linki do stron, na których się ukazały. Nagrodą główną: korki pewnego reprezentanta Polski, które dostał specjalnie na Euro 2012!



15:00, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (7) »
niedziela, 16 grudnia 2012

Przepiękna grafika z weekendowego AS'a, która o niedzielnym pojedynku Barcelona - Atletico Madryt mówi wszystko. Dwóch najskuteczniejszych snajperów sezonu zmierzy się w bezpośrednim pojedynku. Leo Messi będzie pewnie chciał śrubować rekord Gerda Muellera bramek w roku kalendarzowym (nazbierał ich już 88), a w tym sezonie La Liga trafił do siatki aż 23 razy oraz Radamella Falcao, który zdobył 'tylko' 16 bramek, ale za to aż pięć w jednym meczu (z Deoportivo la Coruna), co Messiemu w lidze hiszpańskiej jeszcze się nie udało. Chciałbym, żeby to był ich mecz, choć lękam się, że zobaczymy takie samo Atletico jak w meczu z Realem na Santiago Bernabeu - bezzębne, stawiające na antyfutbol, kopiące po nogach, symulujące, jakby Diego Simeone i reszta szatni uznała, że sportowo nie dorównuje rywalom, więc lepiej już spróbować zatrzymać ich niesportowo. Szkoda. Trochę przypominało to El Clasico z okresu wczesnego Jose Mourinho, który jeszcze nie miał pomysłu jak pokonać Barcę w piłkę. Tutaj nasza rozmowa z Miszą Szadkowskim czy Atletico jest zasłużónym czy farbowanym wiceliderem tabeli La Liga i czy w meczu z Barcą nie zblednie tak jak z Realem Madryt na Santiago Bernabeu:

 
12:07, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 10 grudnia 2012

Stało się nieuniknione - Leo Messi pobił 40 letni rekord Gerda Mullera w liczbie goli zdobytych w jednym roku kalendarzowym! Jeszcze w środę zwijał się z bólu, znoszony z boiska w meczu z Benfiką, a media zastanawiały się czy to nie najkosztowniejszy remis w dziejach Barcelony, a tu pach! w meczu z Betisem potrzebował zaledwie 25 minut, żeby zdobyć dwie bramki. W końcu jest piłkarzem z innej planety albo piłkarzem z Playstation, jak mówią o nim trenerzy pokonanych drużyn. I teraz natrętnie brzęczą mi w głowie dwa pytania? Pierwsze, czy ktoś pobije rekord Messiego 86 goli w roku (ma jeszcze trzy mecze, żeby go wypróbować, patrząc na jego pazerność możemy być pewni, że to zrobi) i czy będziemy musieli czekać na to kolejne 40 lat? Wydaje mi się, że największe szanse na pobicie osiągnięcia Argentyńczyka w najbliższych latach ma... on sam. Oczywiście w naszych czasach gra wielu równie fantastycznie bramostrzelnych zawodników jak Radamell Falcao (który lada moment pewnie trafi do jeszcze silniejszej drużyny), Robin van Persie czy Criastiano Ronaldo. Ale żaden z nich tak bardzo nie podporządkował sobie drużyny jak Messi, a raczej to system w którym wyrosili i wykształcili się piłkarze Barcelony tak bardzo mu służy. I nie chodzi o to, że nikomu nikt nie dogrywa piłek z takim zrozumieniem i wyczuciem jak Xavi i Andres Iniesta Argentyńczykowi, bo gdy ich zabraknie, będą to robić ich klony. Już robią.

Drugie pytanie, to czy jeszcze jakieś rekordy zostały Messiemu do pobicia. Niewiele. Oprócz muellerowego, ma już na koncie świeży rekord goli w jednym sezonie - 72. Najwięcej goli w sezonie La Liga - 50, jeśli utrzyma obecną passę może to zrobić już w tym sezonie. Ma na koncie także najwięcej hat-tricków w sezonie La Liga - 8 i jest najskuteczniejszym strzelcem w historii Barcelony - 283 gole. Tu niedawno wyprzedził w tej klasyfikacji Césara, chyba, że będziemy liczyć mecze nieoficjalne, wówczas ma do pobicia rekord Paulino Alcántary, który zdobył aż 369 goli.

Na horyzoncie jest do pobicia rekord Raula goli w Lidze Mistrzów - 71, Leo ma 56 bramek, zrównał się niedawno z Rudem van Nistelrooy’em.

Natomiast o wiele bardziej wyśrubowany jest inny rekord Gerda Muellera - goli w karierze w barwach klubu. Niemiec nastrzelał ich w barwach Bayernu aż 509 w 563 oficjalnych meczach (Bundesliga, Puchar Niemiec, europejskie puchary). Na drugim miejscu jest Eusebio (Benfica - 473 gole w 437 meczach, na trzecim Ian Rush (Liverpool - 346/660).

Sporo ma też do zostania najlepszym strzelcem w historii La Liga. Leo ze 192 golami jest na 9. miejscu, w klasyfikacji prowadzą zawodnicy Realu - (251), Hugo Sánchez (234) i Raúl (228).

Przed nim także rekordy w barwach Argentyny i ciekaw jestem ile z tych i przyszłych goli oddałby za bramkę przesądzającą o mistrzostwie świata na mundialu w Brazylii, który co raz bliżej, co raz bliżej...

a nie byłoby ani rekordu, ani Messiego...

Na koniec ciekawostka z minionego tygodnia: mało brakowało, a ten, którego rekord właśnie pobił Messi, czyli Gerd Mueller, zwany Torpedą mógł przyczynić się do tego, że nie byłoby ani rekordu Messiego, ani ostatnich oszałamiających sukcesów Barcelony w erze Pepa Guardioli, a pewnie i Franka Rijkaarda. Jeden transfer gwiazdy reprezentacji Niemiec z lat 70. mógł zmienić całą historię futbolu. Jak podało Catalunya Radio odnalazły się dokumenty, wg których Mueller mógł zostać w sezonie 1972/73 zawodnikiem Barçy. Kataloński klub pod wrażeniem rekordu 85 goli w roku ustalił warunki transferu z Bayernem Monachium, który zgodził się sprzedać gwiazdora za 30 milionów peset i prawo do wpływów z dwóch meczów towarzyskich na Camp Nou.

Jak wyznał były dyrektor Barcy, Lluís Vilaseca, który dopinał umowę, kontrakt został podpisany i zawodnik oczekiwał na testy medyczne, ale transfer w ostatniej chwili zablokował minister finansów RFN, który osobiście interweniował. Rząd RFN nie zgodził się, żeby najlepszy zawodnik reprezentacji opuścił kraj rok przed mudialem w 1974 roku. W tej sytuacji władze Barcelony rozejrzeli się w Europie za innym napastnikiem i zdecydowali się na... Johana Cruyffa. Czy jesteśmy sobie wyobrazić jakim klubem byłaby dziś Barca bez Holendra, który przeniósł do La Masii model szkolenia Ajaksu, uformował kapitana Guardiolę, odniósł z klubem pierwszy triumf w Lidze Mistrzów itd? Czy nastoletni Messi w ogóle trafiłby wówczas z Argentyny do Barcelony, gdzie uratowano jego karierę kuracją hormonalną i gdzie w komfortowych warunkach La Masii zdołał rozwinąć się w najlepszego piłkarza naszych czasów, a może i wszech czasów?



czwartek, 06 grudnia 2012

Czy też macie takie wrażenie, że za nami najlepsza runda grupowa w historii Ligi Mistrzów? Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek byli świadkami aż tylu świetnych, ciekawych, wyrównanych meczów, co teraz. I nie piszę tego porwany patriotycznym uniesieniem z powodu tak dominującej roli trzech Polaków z Borussii Dortmund.

Tytuł drużynowego zachwytu rundy przyznaję mistrzom Niemiec, choć do ostatniej kolejki wahałem się czy nie zdecydować się na Szachtar Donieck, który długo był objawieniem, najpiękniej ofensywnie grającym zespołem Ligi Mistrzów, ale nadpsuł sobie wizerunek ostatnim meczem z Juventusem Turyn, w którym nie okazał podobnej determinacji co w Turynie i wszystkich poprzednich meczach. Trener Mircea Lucescu ostrzegał, że zwłaszcza jego brazylijscy gwiazdorzy myślami są już na Ipanemie i Copacabanie, gdzie lato w pełni i było to widać. Poza tym Szachtar obciąża także niesportowy wybryk z meczu z Nordsjaeland (choć karne zawieszenie Luiza Adriano uważam za przesadę, wystarczyło powszechne napiętnowanie).

I Szachtar i Borussia zrobiły w tej edycji niesamowity postęp w porównaniu z ubiegłym rokiem, kiedy to nie zdołały wyjść z grupy. Na oba zespoły mało kto stawiał po losowaniu, tymczasem Borussia wygrała grupę śmierci z Realem Madryt i Manchesterem City, oraz potrafiącym urywać punkty Ajaksem, Szachtar co prawda zajął w równie silnej grupie miejsce drugie, ale okazał się lepszy niż obrońcy trofeum i mógł sobie pozwolić na porażkę w ostatniej kolejce. Postęp porównywalny, gra równie zachwycająca, równie bezkompromisowa na wyjazdach. Ale za grę do końca i wygraną z (może i nie do końca zmotywowanym City) nagrodę przyznaję mistrzom Niemiec.



Trzecie miejsce w tej kategorii dla Celticu Glasgow, za awans z trudnej grupy i niesamowite zwycięstwo z Barceloną u siebie a także skuteczną grę na Camp Nou. W obu spotkaniach z katalońskimi czarodziejami futbolu Celtowie mieli w sumie piłkę przez 18 procent czasu gry i oddali trzy strzały na bramkę, ale wszystko wpadło do siatki. Brawo!

W kategorii indywidualnego zachwytu rundy ciężko było mi podjąć decyzję, bo zachwyciło mnie kilku piłkarzy na różnych pozycjach. Wydaje mi się, że największą gwiazdą, która najbardziej wywindowała swoją cenę i łapczywość wielkich klubów na siebie był najlepszy Brazylijczyk z Szachtaru, czyli Willian. Jeśli mistrzowie Ukrainy odrzucili latem za niego ofertę Chelsea w wysokości 27 mln funtów to ile jest wart po tej rundzie? Ja do tylu nie umiem liczyć... Tuż za nim ustawiłbym Roberta Lewandowskiego, który w ubiegłym sezonie kolekcjonował gole tylko w Bundeslidze, w Lidze Mistrzów zdołał wbić zaledwie jednego. Tym razem udowodnił, że jest już klasy światowej. Strzelił kluczowe gole w wygranych meczach z Ajaksem i Realem u siebie. Błyszczał na Etihad Stadium i Santiago Bernabeu. Trzecie miejsce dla Frasera Forstera - za cuda jakich dokonywał w obu meczach z Barceloną. Za chwilę Joe Hart będzie miał prawo czuć się zagrożony, zwłaszcza, że po golu Kamila Glika na Stadionie Narodowym to już nie jest ten sam bezbłędny Joe. Wierzę, że na Celtic Park mile wpsomionaja Artura Boruca, ale jeśli nie tęsknią za jego natychmiastowym powrotem to dlatego, że tak jak Polak bronił w pamiętnych meczach z Manchesterem United i AC Milan, tak teraz błyszczy Anglik.

 

JEDENASTKA RUNDY

(subiektywna, bo przecież nawet śledząc czasem cztery mecze na raz w studio nSport, nie zdołałem obejrzeć wszystkiego i wszystkich)

Fraser Forster (Celtic)

Łukasz Piszczek, Mats Hummels (obaj Borussia Dortmund), Giorgio Chielini (Juventus), Jordi Alba (Barcelona, wahałem się czy nie David Alaba z Bayernu)

Arturo Vidal (Juventus), Fernandinho, Willian (Szachtar)

Leo Messi (Barcelona), Zlatan Ibrahimović (PSG), Robert Lewandowski (Borussia).

I jak wam się podoba? Pominąłem boleśnie kogoś? No już nie miałem gdzie wcisnąć Cristiano Ronaldo, który strzelił aż sześć goli, ale jego Real zajął drugie miejsce w grupie. Na wyróżnienie na pewno zasługują Burak z Galatasaray Stambuł (też sześć goli) i młody Isco z Malagi, Oscar z Chelsea (pięć goli w tym chyba najładniejszy w całej rundzie - z Juventusem), oraz Ormianin Henrik Mkhitarian z Szachtara, na pewno kolejne z objawień.

Wiem, że Messi (pięć goli i dwie asysty) i Zlatan (dla odmiany dwa gole i aż pięć asyst, w tym cztery w jednym meczu, dzięki niemu PSG nie zawiodło jak inny na prędce sklecony za gruby hajs klub szejków - City) nie funkcjonowali w Barcy, ale nie jestem nauczycielem Guardiolą, u mnie chodziliby jak w zegarczeku, zresztą Robert by ich pogodził ;-) Zaznaczam, że Piszczek nie znalazł się w 11 z powodów patriotycznych, rozważałem go wręcz w trójce objawień LM. Nie było lepszego na prawej pomocy i stwierdzam to jak najbardziej obiektywnie. Świetny i w defensywie - potrafił być zmorą Cristiano Ronaldo - i w ofensywie (asysty przy golach m.in. Lewandowskiego z Ajaksem, ośmieszył Michaela Essiena, który znalazł się na jego skrzydle w meczu z Realem w Dortmundzie.

A kto i dlaczego zawiódł najbardziej? Oczywiście Chelsea oraz Manchester City. Tu wraz z Miszą Szadkowskim wyjaśniamy dlaczego choć The Blues to pierwszy w historii obrońca trofeum, który nie wyszedł z grupy, to jednak The Citizens skompromitowali się w większym stopniu.

 
poniedziałek, 03 grudnia 2012

W poprzedniej notce przedstawiłem niezwykle ciekawą teorię socjologów Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, Łukasza Wrzesińskiego i dr Dominika Antonowicza, którzy opierając się na paradygmacie Thomasa Luckmanna opisali kibiców jako wyznawców niewidzialnej religii. Oto niemniej ciekawa dokonana przez nich typologia kibiców.

Zbiorowość kibiców jest liczna i wewnętrznie zróżnicowana, ale przyjęcie perspektywy religijnej pozwala oderwać się od utartych schematów klasyfikacji dzielenia sportowej widowni na:) kibiców i pseudokibiców czy też ultrasów, chuliganów i pikników. Wcześniejsze ustalenia uprawniają nas do tego, aby spojrzeć na kibiców z perspektywy religijnej, a zaproponowana przez nas typologia pozwoli lepiej zrozumieć zjawisko kibicowania, wykraczając poza utarte klasyfikacje, które po pierwsze mają publicystyczny charakter, a po drugie odwołują się wyłącznie do oceny zewnętrznych przejawów zachowań. Proponujemy więc kontynuować metaforyczne ujęcie kibiców jako członków grupy religijnej i wprowadzić typologię kibiców opartą na dwóch kryteriach: poziomie zaangażowania i formie kultu.

Fundamentaliści

Wyróżnikiem kibiców fanatyków jest sposób zaangażowania w życie klubu. Nie pozostają oni bowiem jedynie biernymi obserwatorami sportowych zmagań, ale stają się ich częścią. W czasie meczów, które mają charakter liturgii, pełnią rolę liturgicznej służby ołtarza. Dotyczy to zwłaszcza kibiców zrzeszonych w grupach kierujących dopingiem, tworzących oprawę dźwiękową oraz choreograficzną, a także ochraniających flagi oraz inne święte insygnia. Zorganizowany doping, efektowna choreografia, transparenty, chóralne śpiewy powodują, że pozornie zwykłe wydarzenie – rywalizacja sportowa – nabiera iście mistycznego charakteru.

Poza zaangażowaniem w liturgiczną służbę ołtarza fundamentalistów wyróżnia (przede wszystkim) radykalizm poglądów zachowań oraz postaw. Fundamentaliści nie muszą być osobami głęboko wierzącymi, często się zdarza, że gdy przestają intensywnie angażować się w sprawy klubowe, to zupełnie odchodzą ze wspólnoty religijnej. Wydaje się, że bardziej, niż wiara w klub, do wspólnoty religijnej przyciąga ich zaangażowanie, aktywność, możliwość działania, wreszcie wyjątkowe poczucie wspólnoty.

Fundamentalistom towarzyszy głębokie przekonanie o własnej wyjątkowości, misji oraz wierność ortodoksji. Kibiców o skłonnościach fundamentalnych charakteryzuje głębokie poczucie bycia „prawdziwymi” wyznawcami i nierzadko oskarżają, a nawet odmawiają innym – mniej zaangażowanym grupom – określania siebie mianem kibiców.

Ich mentalność i sposób myślenia zawarta jest w apokaliptycznych słowach św. Jana „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący ani zimny, chcę Cię wyrzucić z moich ust (Ap. 3, 15–16). Prostą konsekwencją tego jest jawny brak akceptacji, a wręcz wrogość wobec wszelkiej inności, to jest przede wszystkim wobec kibiców innych drużyn, czyli członków innej grupy religijnej, wyznającej inne bóstwo, ale również mniej zaangażowanych członków własnej grupy religijnej, którzy często oskarżani są o niewystarczającą gorliwość w oddawaniu czci bóstwu. W kibicowskim żargonie tacy kibice określani są (nieco pogardliwie) mianem pikników, gdyż w spektaklu sportowym nie odgrywają żadnej szczególnej roli, a uczestnictwo w meczu traktują jako formę rozrywki.

Codzienne życie kibiców fundamentalistów całkowicie podporządkowane jest aktywności kibicowskiej, a różni się od życia pozostałych kibiców tym, czym według Maksa Webera różniła się wiara protestantów od katolików – ci pierwsi mieli myśleć o Bogu nieustannie, a drudzy wyłącznie odświętnie. Dla fanatyków uczestnictwo w meczach, przygotowanie do tych spektakli, jest istotnym elementem budującym tożsamość. Ich społeczne środowisko, krąg najbliższych znajomych oraz przyjaciół tworzą osoby, które są członkami tej samej grupy religijnej, kibicują temu samemu klubowi, często są to współtowarzysze, również fanatycy.

Wspólnotowe więzi tworzone w ramach grupy religijnej kibiców są często jedynymi tak silnymi więzami, jakie udaje im się zawiązać, a grupa kibiców to jedyna wspólnota, której czują się członkami. Szczególnie istotne jest tutaj również subiektywne poczucie roli, jaką klub odgrywa w ich życiu. Kibic brazylijskiego klubu Gremio Porto Alegre zapytany o to, jak ważny jest dla niego klub, odpowiada: Gremio to moja religia, moje życie, bez niego jestem nikim („Wojny na stadionach. Brazylia”).

Fundamentalni kibice potrafią się wzajemnie nienawidzić, ale równolegle łączy ich walka z religijną obojętnością, a przede wszystkim z sekularyzowanym światem zewnętrznym. Fanatycy często sceptycznie i bez szacunku odnoszą się do mniej zaangażowanych wyznawców własnej religii. Fundamentalistów łączy empatyczna więź i wzajemnie umacniane poczucie kibicowskiej awangardy. Świadczą o tym liczne przykłady solidarności pomiędzy fundamentalistami różnych grup religijnych, zarówno ultrasowych (wstrzymywanie dopingu na znak protestu przeciwko niewpuszczaniu kibiców gości na trybuny albo rekwirowaniu im materiałów pirotechnicznych), a przede wszystkim chuligańskich (wzajemna pomoc przy wymykaniu się policyjnym eskortom).

 

Ortodoksi

Są to kibice „głęboko wierzący”, silnie zaangażowani emocjonalnie w życie wspólnoty religijnej, uznający klub, jego herb oraz barwy za świętość, a stadion za pewnego rodzaju sanktuarium. Ich wiara jest silna, ale oni sami nie muszą być częścią liturgicznej służby. Natomiast gorliwość sytuuje ich w kręgu najbardziej gorliwych wyznawców, stwarzając subiektywne poczucie roli strażników świętego ognia. W przeciwieństwie do fundamentalistów nie cechuje ich tak daleki radykalizm postaw, nie przypisują sobie również mocy wykluczania ze wspólnoty religijnej innych kibiców. Zabierają głos jedynie w najważniejszych dla klubu kwestiach, zwykle pozostając w cieniu, ale gdy ortodoksja jest zagrożona, wówczas (często wspólnie z fundamentalistami) podejmują działania w celu ochrony tego co święte. Nie zmienia to faktu, że przez fundamentalistów (zwłaszcza chuliganów i ultrasów) są traktowani jako pikniki, co odnosi się do ich zewnętrznej religijności, ale emocjonalne zaangażowanie, poczucie przynależności stawia ich w gronie najbardziej gorliwych wyznawców.

Mniejszy radykalizm sprawia, że skłonni są akceptować jako współwyznawców również mniej zaangażowanych kibiców jako członków tej samej grupy religii. Nie ma więc tutaj charakterystycznego dla fundamentalistów wykluczania niezaangażowanych kibiców ze społeczności kibicowskiej, ale próba wciągnięcia jak  największej liczby osób w celu wspólnego uczestnictwa w obrzędach. W tym sensie ortodoksi są znacznie bardziej otwarci na ludzi niż fundamentaliści, których poczucie awangardowości prowadzi do swoistego autoizolacjonizmu.

Ortodoksi nie przypisują sobie prawa do bycia jedynymi prawdziwymi wyznawcami i spadkobiercami świętej tradycji. Używając języka socjologii religii można powiedzieć, że kibice głęboko wierzący traktują członkostwo w religijnej wspólnocie kibiców jako element sfery prywatnej. Oznacza to, że w znacznie mniejszym stopniu uzewnętrzniają oni swoją wiarę oraz mniej ostentacyjnie manifestują publicznie swoją przynależność do wspólnoty religijnej, co jednak nie znaczy, że muszą być kibicami słabszej wiary. Dla kibiców ortodoksów przynależność do religijnej grupy kibiców jest ogromnie istotnym, ale nie najważniejszym elementem w życiu, dla nich istnieje życie poza wspólnotą kibiców.

Uczestniczą oni w rytualnych spotkaniach i nabożeństwach, ale kibicowanie nie stanowi treści ich życia, nie jest także główną charakterystyką konstytuującą ich osobowościową tożsamość. W praktyce ich zaangażowanie przejawia się w uczestnictwie w rytualnych nabożeństwach, towarzyszeniu zespołowi zarówno podczas spotkań na własnym stadionie, jak również podczas meczów wyjazdowych. Właśnie owo podróżowanie za drużyną, obecność wszędzie tam, gdzie jest reprezentująca go drużyna, jest swoistym kibicowskim wyznaniem wiary. Taka aktywność wymaga odwagi i poświęcenia, będąc formą podróżowania i głoszenia dobrej nowiny wśród wrogo nastawionych innowierców.

Stąd u kibiców ortodoksów bierze się prometeizm, poczucie bycia strażnikiem ortodoksji. Kibiców ortodoksów charakteryzuje niski poziom tolerancji dla kibiców innych drużyn. Akceptują fakt ich istnienia, ale uznają ich bóstwa za gorsze, mniej święte. Bierze się on głównie z doświadczenia w pielgrzymowaniu za własną drużyną i konfrontacji z agresją (zarówno symboliczną, jak fizyczną) ze strony kibiców miejscowych drużyn.

 

Kibice małej wiary

Cechą ich wyróżniającą jest mniejsza gorliwość, duża tolerancja dla innowierców i biblijna „letniość”. Dla kibiców małej wiary sakralność idei klubu nie jest już tak oczywista, a prymat własnego klubu nad innymi nie jest wcale absolutny. Czują się oni wprawdzie członkami wspólnoty religijnej, ale ich stosunek do świętej tradycji klubu jest obojętny, przez co w mniejszym stopniu identyfikują się z klubowymi barwami i tradycją, a bardziej ukierunkowani są na teraźniejszość. Kibice małej wiary szybko akceptują nową (sponsorską) nazwę klubu, nie przywiązują szczególnej wagi do tradycji, a obiektem ich kultu są zwykle aktualnie występujący zawodnicy. Dzieje się tak, bo w kibicowaniu nie dostrzegają głębszej idei, a w swoim kibicowskim zachowaniu są dość pragmatyczni – gdy drużyna sromotnie przegrywa albo mecz jest transmitowany w telewizji, pozostają w domu. Jednak ich ekumenizm wyraża się przede wszystkim w stosunku do kibiców innych drużyn, niezależnie od tego komu kibicują. Prezentują oni niespotykane u innych kategorii kibiców zrozumienie dla innowierców i szacunek dla ich odmienności, w tym sensie można ich również nazwać ekumenicznymi. Gdyby ich klub nie istniał albo, gdyby występował w innej dyscyplinie, wówczas z pewnością kibicowaliby innemu.

Nie jest to regułą, ale często dystans kibiców małej wiary bierze się z tego, że są oni przede wszystkim sympatykami danej dyscypliny sportu, a w drugiej kolejności sympatykami własnego klubu. Przynależność do grupy religijnej jest jednak raczej wynikiem (rodzinnych, dzielnicowych) tradycji czy też wpływu grupy koleżeńskiej aniżeli wiary w nieprzemijającą świętość idei klubu. Można ich przyrównać do osób stojących w przedsionku kościoła, które zawsze obecne na niedzielnej mszy, rzadko kiedy jednak przekraczają próg kościelnej kruchty. Ujmując rzecz zwięźle – nie angażują się zbytnio emocjonalnie. W ich przypadku regularne uczęszczanie na niedzielne nabożeństwa bierze się z bezrefleksyjnej rutyny, presji otoczenia czy względów towarzyskich, co nie zmienia faktu, że z czasem buduje pewne poczucie więzi ze wspólnotą wierzącą. Kibice małej wiary aktywnie uczestniczą w rytualnych obrządkach meczowych zarówno u siebie, jak i (rzadziej) na wyjeździe, jednak nigdy nie zasiadają w sektorze dla kibiców przyjezdnych, gdzie obecność wymaga zaangażowania.



 

Wierzący, ale niepraktykujący

Podobnie jak ortodoksi oni również czują się częścią klubu, bardzo silnie się z nim identyfikują, ale nie uczestniczą bezpośrednio w sportowych zawodach z dwóch powodów: z wyboru albo z konieczności. Poziom wtajemniczenia wierzących, niepraktykujących może być różny. Generalnie jednak są to kibice emocjonalnie zaangażowani, nie różniący się znacząco od głęboko wierzących pod względem emocjonalnego zaangażowania. Utożsamiają się oni z klubem, czują się częścią religijnej grupy kibiców. To, co ich wyróżnia, to brak uczestnictwa w sportowych rytuałach. Część kibiców nie znosi nadmiernej obrzędowości,  stadionowej atmosfery igrzysk, festynu, wspólnych śpiewów, meksykańskiej fali, układanej z kartonów bogatej choreografii czy zapachu świec dymnych. Ludyczność sportu, rozdmuchana ceremonia ich odstrasza, zwłaszcza, że dla nich uczestnictwo w religijnych obrzędach ma charakter indywidualnego kontaktu z

sacrum bez obecności wspólnoty. Jest to swego rodzaju przejaw procesów indywidualizujących religię. Kibice tacy, choć silnie zaangażowani duchowo, to fizycznie nieobecni w obrzędach stają się ucieleśnieniem hasła Wiara tak! Kościół nie! Dla nich kibicowanie, szczególnie w trakcie meczu, jest swego rodzaju intymnym spotkaniem z sacrum , a to niezwykłe osobiste spotkanie nosi znamiona niemalże mistyczne, więc możliwe do zaistnienia poza formalnymi strukturami organizacji religijnej. Nieobecność w rytualnych nabożeństwach może być efektem zwykłej fizycznej niemożliwości uczestnictwa w widowisku sportowym ze względu na odległe miejsce pracy, zamieszkania czy kalectwo. Kibicowanie na odległość nie jest zjawiskiem ani nowym ani rzadkim, ale dzięki współczesnym zdobyczom techniki obecnie dużo powszechniejszym. Przypomina to trochę słuchanie nabożeństwa przez radio albo oglądanie go w telewizji. Przeprowadzono wiele badań na temat kibicowania „na odległość” i dzięki temu istnieje bogata literatura na ten temat (Nash 2000). W dobie globalizacji znacznie łatwiej jednoczyć się z ukochaną drużyną, nawet będąc w odległości kilku tysięcy kilometrów. Natomiast uczestnictwo w sportowych zawodach przyjmuje wówczas charakter pielgrzymki do Mekki, odbywanej sporadycznie, ale z należytą nobliwością.



Dewoci

Ich wiara przejawia się w ostentacyjnym demonstrowaniu przynależności do wspólnoty religijnej. Trzeba przy tym pamiętać, że doświadczenie religijne można rozpatrywać w dwóch wymiarach: wewnętrznym – głębszym oraz zewnętrznym – społecznie i kulturowo uwarunkowanym. O ile jednak wiara religijna dąży do  ujawnienia się na zewnątrz i w zasadzie trudno jest mówić o wierze bez religijności, o tyle znane są zjawiska religijności nieoparte na wierze. To rozróżnienie jest szczególnie ważne przy rozważaniach nad kategorią kibiców-dewotów. W zasadzie ich religijna aktywność ogranicza się do sfery zewnętrznej, bowiem w przeciwieństwie do kibiców wierzących, ale niepraktykujących, dewoci stanowią grupę praktykującą, ale nie (do końca) wierzącą. W religijnej wspólnocie kibiców wyróżniają się bogactwem wszelkiego rodzaju gadżetów, sezonowym uczestnictwem w zawodach sportowych. Dla dewotów uczestnictwo we wspólnocie religijnej ogranicza się do niedzielnego, często nieregularnego uczestnictwa w meczu i służy raczej pokazaniu się.

Dewoci nie dość, że swoją gorliwość ograniczają do nieregularnych wypraw na stadion, to członkami wspólnoty religijnej są bardziej zewnętrznie niż wewnętrznie. Nie są związani emocjonalnie z klubem, z jego nazwą i tradycją, ale jeśli zdecydują się wybrać na mecz swojej (najczęściej lokalnej) drużyny, to brak wiary starają się odkupić w sferze zewnętrznej poprzez demonstracje dewocjonaliów – koszulek, czapeczek, znaczków itd. Można skonstatować, że tylko w sferze symbolicznej stają się na chwilę członkami wspólnoty religijnej, zwłaszcza wtedy, gdy ta świętuje okres największych tryumfów. Faktycznie, ich uczestnictwo w grupie religijnej jest w gruncie rzeczy powierzchowne i sprowadza się do zewnętrznych form wyrażania kultu religijnego pozbawionego większej refleksji. Widoczne to jest szczególnie przy zmianie nazwy, znaku czy barw klubu (z tradycyjnych na sponsorskie); kibicom dewotom nie robi to zresztą szczególnie wielkiej różnicy, bowiem nie przywiązują się do „detali”. W świecie religijnym kibiców dewocjonalia pełnią bardzo istotną funkcję, a sprzedażą prawdziwych (magicznych) dewocjonaliów zajmują się specjalne instytucje – oficjalne sklepy klubowe. Analogicznie do świata religijnego, poza „oficjalnym obiegiem dewocjonaliów”, którym przypisuje się moc niemal sakralną, istnieje cały szereg „nieoficjalnych” dewocjonaliów, czyli zwykłych podróbek. Magiczna wartość dewocjonaliów wykorzystywana jest bezwzględnie przez ich producentów oraz sprzedawców w celach komercyjnych. Ceny oficjalnych pamiątek klubowych są bardzo wysokie i niewspółmiernie wysokie do ich materialnej wartości. Cena klubowej koszulki może wynosić 40 euro, choć jej materialny odpowiednik – markowa koszulka tej samej renomowanej firmy, jednak bez znaku klubowego, kosztuje nawet dziesięć razy mniej.

Kibiców dewotów nie można mylić z kibicami małej wiary. Choć na pierwszy rzut oka grupy te wydają się podobne, to jednak różnica między nimi jest dość znaczna. Kryterium zasadza się na stopniu postrzegania klubu jako sacrum . Jak już zaznaczono, kibiców małej wiary można porównać do osób, które stoją z tyłu Kościoła. Nie angażują się specjalnie w wyznawanie wiary, jednak stosunkowo systematycznie uczestniczą w obrzędach. Gdzieś podskórnie wierzą być może, że jest tam ukryty element świętości, z natury sceptyczni, stają jednak na uboczu, ażeby w razie pomyłki nie narazić się na zbyt duże rozgoryczenie. Trzymając się tej analogii, kibiców dewotów można porównać do tych, którzy w czasie liturgii chcą być postrzegani jako osoby gorliwe, siedzą możliwe najbliżej ołtarza, a po nabożeństwie pośpiesznie przepychają się pomiędzy staruszkami, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu na obiedzie. Kieruje nimi w takim kultywowaniu wiary nie przemożne przekonanie o sakralności klubu, ale pewien rodzaj mody. Gadżety mają tu służyć kreowaniu własnej tożsamości poprzez najbardziej widoczne – wizualne – elementy kultu. Jednakże po meczu szalik ląduje w koszu z brudną bielizną albo w szafce na buty. Spektakl bowiem się zakończył, a życie toczy się nadal.

 

Ateiści

Nie są oni członkami wspólnoty religijnej kibiców, ale są ważnym punktem odniesienia w analizach społecznego fenomenu kibicowania. Bez nich zrozumienie fenomenu religijnej grupy kibiców wydaje się trudne, a nawet niemożliwe. Najprościej rzecz ujmując są to kibice sportu, którzy nie identyfikują się z żadnym klubem, nie czują się absolutnie częścią jakiejkolwiek wspólnoty, ale uważają siebie za znawców kibiców i sportu. W zasadzie wszelkie poczucie wspólnotowości jest im obce, bowiem ona ich ogranicza, zakotwicza w kolektywie, zabiera wolność. Ateiści to indywidualiści, którzy nie lubią się z niczym i z nikim wiązać, są typowymi konsumentami sportu, cenią komfort, a własne zaangażowanie ograniczają do jednorazowego aktu konsumpcji określonej dawki rozrywki (za którą płacą). Patrzą oni na klubowe zaangażowanie z dystansem i parafrazując słowa niemieckiego filozofa widzą w nim swego rodzaju opium dla ludu.

Dla sportowych ateistów identyfikacja z jakimś klubem (często lokalnym), wierność barwom klubowym, kultywowanie tradycji, budowanie więzi w ramach wspólnoty kibiców jest zaprzeczeniem ponowoczesnej ideologii konsumenckiego niezaangażowania (Bauman 2007). Nie są to jednak klasyczni sportowi laicy, którzy ze sportem i kibicowaniem nie mają nic wspólnego, żyjąc niejako obok tego zjawiska. Ateiści znają się na sporcie, potrafią docenić piękno i jego nieprzewidywalność, ale nie są w stanie (nie chcą) wykształcić więzi emocjonalnych z żadnym (zwłaszcza lokalnym) klubem.

Uważają się za koneserów sportu, fascynują się rozgrywkami ligi mistrzów, siatkarską ligą światową, mistrzostwami świata w piłce ręcznej, skokami Adama Małysza oraz jazdą Roberta Kubicy. Na mecze lokalnej drużyny uczęszczają sporadycznie i przyjmują postawę zdystansowaną, czasami nawet prześmiewczą, przy okazji narzekając na słaby poziom spotkania, kiepską widoczność i brak możliwości obejrzenia powtórek. Ateiści wyrażają fundamentalne niezrozumienie dla ekscytacji kibiców oraz lokalnych dziennikarzy dokonaniami zespołu, którego sporadycznych zwycięstw nikt nigdy w telewizji nie zobaczy, bo albo występuje on w niższej lidze albo uprawia dyscyplinę niszową. Afirmacja maksymy niech wygra lepszy wskazuje na rozywkowo-estetyczne przesłanki obecności na meczach.

Z tego powodu są oni orędownikami komercjalizacji sportu, przyznawania „dzikich kart” gwarantujących uczestnictwo najbogatszym w profesjonalnych ligach oraz przenoszenia klubów z małych do większych miast, gdzie istnieje większy potencjał rozwojowy. Przywiązanie do barw klubowych, poszanowanie tradycji i lojalność są im obce, są przejawem nieracjonalności i zaściankowego oporu wobec trendów nowoczesności. Kibice ateiści patrzą na wspólnotę religijną kibiców klubowych jak na opętanych członków sekty, pozbawionych integralnych przymiotów nowoczesności: racjonalności czy elastyczności. Natomiast ateiści

jawią się członkom religijnej grupy kibiców jako klasyczny przejaw zsekularyzowanego sportu, pozbawionego wartości (innych niż komercyjne) i sprowadzonego do czystej postaci biznesu.

Punkt widzenia ateistów oddaje Piotr Kowalczuk (2007), który w artykule o wiele mówiącym tytule Igrzyska błaznów na łamach dziennika „Rzeczpospolita” tak oto podsumował zaangażowanie kibiców, których w naszej typologii zdefiniowaliśmy jako fundamentalistów: „Ideologia czy raczej religia ultrasa jest stosunkowo prosta i przypomina sposób myślenia agresywnej sekty. Wydaje im się, że są solą futbolu i depozytariuszami futbolowych wartości. Podczas meczu swemu bóstwu – drużynie i jej piłkarzom – ultrasi oddają cześć hymnami, portretami, transparentami i nierzadko przepiękną scenografią. Są ze swoją drużyną na meczach wyjazdowych i treningach. Ale gdy ich drużyna walczy na boisku z rywalami, oni prowadzą z równym zacięciem swoją wojnę” .

A teraz na koniec szczerze, jakim Ty jesteś kibicem? Sonda jest anonimowa;)

14:41, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie