piątek, 30 listopada 2012

Na Uniwersytecie Warszawskim dobiegła końca konferencja naukowa 'Football: Politics in Global Game', poświęcona globalnemu wymiarowi najpopularniejszej dyscypliny sportowej świata, która tak wszyscy kochamy. Z tej okazji polecam dwie rozmowy, jakie przeprowadziłem w kuluarach. Po pierwsze z Dr Sewerynem Dmowskim, pomysłodawcą i współorganizatorem konferencji, który opowiada dlaczego ktoś wreszcie postawił naukowo zająć się piłką nożną. Oraz o wykładzie jednego z panelistów, profesora Richarda Giulianottiego z University of Loughborough pt. The Sociological Aspects of Global Football, który mówił o trwających procesach globalizacji i glokalizacji futbolu.

Inny uczestnik konferencji, Dr Dominik Antonowicz z Instytutu Socjologii, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu opowiedział z kolei o swoich badaniach nad kibicami w Holandii, gdzie prowadził pogłębione wywiady z ultrasami i pracownikami klubu Twente Enschede, których wnioski wydały mi się niezwykle ciekawe zwłaszcza w kontekście ostrych konfliktów w Polsce między kibicami a władzami klubów. Okazuje się, że tam relacje między obiema stronami różnią się niepomiernie. Inny jest też stosunek np. do incydentów ‘antysemisckich’, użyłem cudzysłowu właśnie z powodów kulturowych

- W Holandii przede wszystkim stawia się na dialog. Częsty, nawet w perspektywie tygodniowej. Część odpowiedzialności za to, co dzieje się na trybunach jest oddana kibicom. Dialog nie jest łatwy, ale dominuje poczucie, że to co łączy obie strony jest bardziej wartościowe niż wzajemna niechęć obie strony. I nie jest to dialog za pomocą pałki. W razie incydentu - czy to antysemickich piosenek śpiewanych o Ajaksie Amsterdam czy odpalonych rac - najpierw odbywa się rozmowa, policja wzywana jest w ostateczności, bo ona tylko zaognia sytuację - opowiada dr Antonowicz.

Wkrótce, jak tylko dostane mejla od dr Antonowicza, podzielę się z Wami dokonaną przez niego arcyciekawą klasyfikacją gatunków kibiców...

14:54, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 listopada 2012

Dziś i w piątek na Uniwersytecie Warszawskim odbędzie się konferencja naukowa poświęcona globalnemu wymiarowi najpopularniejszej dyscypliny sportowej świata, czyli piłce nożnej. W dwudniowym panelu dyskusyjnym wezmą udział naukowcy prowadzący badania nad różnymi aspektami futbolu z czołowych europejskich uniwersytetów, jak Prof. Richard Giulianotti (Uniwersytet w Loughborough), który wygłosi wykład pt. The Sociological Aspects of Global Football; Dr Richard Elliott (Southampton Solent University) - Football and International Relations: People, Places, Power czy Dr Raffaele Poli (University of Neuchâtel) - The International Migration of Football Players in Europe oraz mnóstwo innych. Podaję poniżej cały program konferencji, której Polsport jest dumnym patronem medialnym. Po angielsku, ponieważ w tym języku będzie się odbywała konferencji.

Dzień Pierwszy

(29 listopada)

13:00 - Conference Opening

Prof. Janusz Adamowski (University of Warsaw, Dean)
Prof. Marcin Pałys (University of Warsaw, Rector) - tbc
Dr Joanna Mucha (Minister of Sport and Tourism of the Republic of Poland) - tbc
Mr Jerzy Ciszewski (Ciszewski MSL)
Dr Seweryn Dmowski (University of Warsaw) and Aleksander Szałański, MA (University of Warsaw)

13:30 - Opening Keynote Speech

Prof. Richard Giulianotti (University of Loughborough) - The Sociological Aspects of Global Football

14:30 - Tea/Coffee Break

14:45 - Presentations of Football Research Programmes

Special Guest:
UEFA Research Grant Programme
Mr Thomas Junod (UEFA Education and Universities Manager)

FREE - Football Research in Enlarged Europe
Prof. Michał Buchowski (Adam Mickiewicz University/European University Viadrina) & Małgorzata Kowalska, MA (Adam Mickiewicz University/European University Viadrina)

Social Action 2012
Prof. Anna Giza-Poleszczuk (University of Warsaw) with research team

Industrial Fans and Consumer Fans. From Ideology for Working Masses to Supermarketization of Sport Spectacles
Dr Dominik Antonowicz (Nioclaus Copernicus University) & Dr Radosław Kossakowski (University of Gdańsk)

16:00 - Tea/Coffee Break

16:15 - Panel: "Football and International Relations"

Moderator: Dr Maciej Raś (University of Warsaw)
Key Speaker: Dr Richard Elliott (Southampton Solent University) - Football and International Relations: People, Places, Power

Speakers:

Dr Raffaele Poli (University of Neuchâtel) - The International Migration of Football Players in Europe

Dr Renata Włoch (University of Warsaw) - Global Sport Organizations as New Actors of Global Governance: A Case of FIFA and UEFA

Adam Traczyk, MA (University of Warsaw) - Football as a Source of Soft Power: The Case of Brazil

 

Dzień drugi

(30 listopada)

08:00 - Registration

09:00 - Panel: "Football and Politics"

Moderator: Dr Bartłomiej Zdaniuk (University of Warsaw)
Key Speaker: Dr Gyozo Molnar (University of Worcester) - Politics of Football

Speakers:

Dr David McArdle (University of Stirling) & Dr Niall Hamilton-Smith (University of Stirling) - "Scottish Judges" Attitudes to Football Offences: A Case Study of Football Banning Orders

Dr Przemysław Biskup (University of Warsaw) - State of the Union: Football and the Crisis of Britishness

Prof. Dmitry Dagaev (Higher School of Economy) - "Winning by Loosing": Incentive Incompatibility in Multiple Qualifiers

10:20 - Tea/Coffee Break

10:35 - Panel: "Football in Europe"

Moderator: Dr Seweryn Dmowski (University of Warsaw)
Key Speaker: Ms Liz Crolley (University of Liverpool) - Football and National Identities in Europe: Changing Narratives?

Speakers:

Dr Andrzej Szeptycki (University of Warsaw) - UEFA EURO 2012 and the Relations Between Poland and Ukraine

Mr Arnout Geeraert (University of Leuven) - Is the Social Dialogue Committee in Professional Football a Suited Venue for Democratic Networtk Governance?

Dr Karolina Tetłak (University of Warsaw) - Political, Economical and Social Justifications for Special Tax Treatment of Football Tournaments

11:55 - Tea/Coffee Break

12:10 - Panel: "Football and Society"

Moderator: Dr Maciej Duszczyk (University of Warsaw)
Key Speaker: Dr Gary Armstrong (Brunel University) - Soil and Sinews, Leather and Limbs: Reflections from the Home of Football

Speakers:

Dr Chris Stone (Football Unites Racism Divides) - Football: Spectacularly (in)Significant or (in)Significantly Unspectacular?

Prof. Tim Pawlowski (University of Tuebingen) - On the Relevance of Unvertainty of Outcome and Competitive Balance in European Professional Football: A Started Preference Approach

Lee Tucker, MA (Leeds Metropolitan University) - The Football Club: Spaces for Capital Accumulation

13:30 - Lunch*

14:30 - Poster Session

Presenters:

Marek Gontarczyk, MA (University of Warsaw) - Giant Flying Balotelli’s Head. Football Celebrities as Themes for Internet Memes in the Era of Participatory Culture

Dr Niall Hamilton-Smith (University of Stirling) - The Governance of Security and Risk for Mega-Events: A criminological analysis of security planning for the Glasgow Commonwealth Games (G2014)

Martin Winands, MA (University of Lüneburg/University of Bielefeld) - Interactions of Football Fans

15:00 - Panel: "Football and Media"

Moderator: Dr Łukasz Szurmiński (University of Warsaw)
Key Speaker: Prof. Garry Whannel (University of Bedfordshire) - Football, Television and Spectacle in the Digital Age

Speakers:

Dr Seweryn Dmowski (University of Warsaw) & Aleksander Szałański, MA (University of Warsaw) - New Media in Football: A Case Study of Polish Ekstraklasa

Agata Dembek, MA (University of Warsaw) - The Image of Poland in the Foreign Media in Context of UEFA EURO 2012

Dr Wojciech Lewandowski (University of Warsaw) - The Development of 20th Century British Professional Football as Portraited in "Roy of the Rovers" Comic Strip (1954-1976)



12:38, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (7) »
środa, 28 listopada 2012

Szef UEFA, Michel Platini rozważa zamknięcie rozgrywek Ligi Europejskiej i rozszerzenie Ligi Mistrzów do 64 zespołów. Plany te napawają mnie zgrozą. Trudno się nie zgodzić, że nie sprawdziła się formuła Ligi Europejskiej, która sukcesem marketingowym zdecydowanie nie jest, a czołowe drużyny jeśli się w niej znajdą, to traktują to jak karę za odpadnięcie z Ligi Mistrzów - co dobitnie sformułował w poprzednim sezonie Sir Alex Ferguson, a jego MU udowodnił na boisku. Ale LE - także w swej wcześniejszej formule, czyli jako Puchar UEFA - z definicji skazana jest na bycie rozgrywkami drugiej kategorii w stosunku do elitarnej Champions League. I nic tego nie zmieni. Zasada ‘if you can’t bit them, join them’ zepsuje za to cudowne rozgrywki, jakimi jest Liga Mistrzów, zwłaszcza w tegorocznej edycji, która wydaje się najciekawsza ze wszystkich.

Słyszę już radosne argumenty, że nowa reforma Platiniego będzie błogosławieństwem dla polskich drużyn, bo mistrz Polski wreszcie nie będzie musiał toczyć przegranych bojów w udział w tych prestiżowych rozgrywkach, ale zagra w nich 'z automatu'. Powiedzmy sobie jednak szczerze, to nie przypadek, że ostatni polski zespół zagrał w Lidze Mistrzów w 1996 roku. Jesteśmy na nią za słabi. Naprawdę chcielibyśmy, żeby aktualny mistrz Polski, Śląsk Wrocław w swej pucharowej formie jaka nam zaprezentował, dostał się do obecnej edycji ‘z automatu’? Po co? Żebyśmy co kolejka oglądali w TV relacje z meczów Śląsk - Chelsea, Śląsk - Szachtar, Śląsk - Juventus, zamiast Chelsea - Juventus, Szachtar - Chelsea czy Real Madryt - Borussia Dortmund, bo przecież mecze mistrza Polski miałyby priorytet? Bardzo łatwo skakać na pochyłe drzewo, więc żeby nie wyzłośliwiać się na nieszczęsnym Śląsku, przypomnę, że w tym roku w europejskich pucharach skompromitowały się wszystkie polskie kluby. Najmniej Legia, ale czy lider Ekstraklasy z obecną kadrą to kandydat do sprawiania takich sensacji w Lidze Mistrzów jak Szachtar czy nawet BATE Borysów, który co prawda jest bez szans na awans, ale przynajmniej pokonał u siebie Bayern Monachium?

Polskie zespoły, zwłaszcza w obecnym kryzysie, który zmusza zimą czołowe kluby do wyprzedaży czołowych piłkarzy to wciąż pochyłe drzewa, które nie nadają się do zasadzenia w cudownym zagajniku o nazwie Champions League. Ale nie chodzi tylko o polskie, zasadzenie 64 zespołów sprawi, że spacer po zagajniku z wyrafinowanej przyjemności stanie się walką o uniknięcie rosochatych konarów i zdradliwych korzeni. Mam nadzieję, że szefowie czołowych klubów nie pozwolą Platiniemu na zepsucie tak świetnie funkcjonujących rozgrywek, bo w przeciwnym wypadku Liga Mistrzów zacznie być ciekawa dopiero na wiosnę, od 1/8 finału. NIECH ELITA POZOSTANIE ELITĄ. Do której z maluczkich skutecznie przebijają się ci, którzy mają na to wieloletni pomysł i realizują go z konsekwencją, jak APOEL Nikozja, który nie zwalnia trenera co rok i nie wymienia całej drużyny z powodu niepowodzenia. Czy BATE albo Cluj, które po raz kolejny zawitały do Ligi Mistrzów. Ale nie cała banda przeciętnych drużyn z automatu. To jak z elitarnym klubem, który nagle rezygnuje z selekcji i otwiera wrota dla blachar i dresów.

To już bardziej na uatrakcyjnienie Ligi Europejskiej podoba mi się pomysł, by półfinalistów rozgrywek premiować awansem do przyszłej edycji Ligi Mistrzów, bez konieczności zwalniania miejsca przez drużyny, które w krajowej lidze zajęły pierwsze 3-4 miejsca. Gdyby ta zasada obowiązywała już teraz, w obecnej edycji Chamions League zagrałyby Atletico Madryt, Athletic Bilbao i Sporting Lizbona. Wiem, że wyjdzie teraz ze mnie brak patriotyzmu, ale naprawdę wolałbym zobaczyć w Lidze Mistrzów Radamela Falcao niż Piotra Ćwielonga. Nawet jeśli tego ostatniego nie zepsuje przygotowań do sezonu Orest Lenczyk i będzie mu starczać sił na więcej niż 70 minut (jak ostatnio wyjaśnił przyczyny, że Śląsk zremisował z Jagiellonia 3:3 mino prowadzenia 3:0).

 

wtorek, 27 listopada 2012

It was twenty years ago today... jak śpiewali Beatlesi. Dokładnie 20 lat temu Alex Ferguson kupił z Leeds Utd Erika Cantonę. Transfer ten okazał się ostatnim puzzlem w mistrzowskiej układance Fergusona, która pozwoliła Manchesterowi United zdobyć pierwszy tytuł mistrza Anglii od 26 lat i prawdopodobnie wszystkie następne. Z Francuzem w składzie - cztery w ciągu pięciu lat (może byłby i piąty, w 1995 roku, gdyby nie słynny atak kung fu na kibica Cristal Palace i dyskwalifikacja od stycznia do września). Ale kto wie czy bez jego przeogromnego wpływu jaki wywarł na cały zespół, a zwłaszcza młodych piłkarzy jak Ryan Giggs, David Becham czy Paul Scholes i samego trenera, Czerwone Diabły wygrałyby finał Ligi Mistrzów w 1999 roku (a może i ten w 2008), Ferguson otrzymałby z rąk Królowej tytuł szlachecki, obchodził właśnie 26-lecia pracy na Old Trafford, a przed stadionem właśnie odsłonięto by jego pomnik...

Jak opisuje Patrick Barclay w biografii Fergusona „Futbol cholera jasna” (którą współtłumaczyłem, więc bez końca się do niej odwołuję), gdy Cantona przychodził do MU, w klubie panował chaos. Drużyna była ósma w tabeli, wygrywając zaledwie dwa z 13 meczach ostatnich meczów, w których zdobyła zaledwie dziewięć bramek. Zdążył też odpaść właśnie z Pucharu UEFA (wyeliminowany przez Torpedo Moskwa) i Pucharu Ligi Angielskiej (Sheffield Wednesday).

A trafił na Old Trafford w wyniku szeregu szczęśliwych zbiegów okoliczności. Szukającemu napastnika Fergusonowi nie udało się namówić na transfer Alana Shearera, który wolał odejść z Southampton do prowadzonego przez Kenny Dalglisha Blackburn. Davida Hirsta nie zgodził się puścić z Sheffield Wednesday trener Trevor Francis. Ostatecznie Szkot postawił na napastnika Cambridge United, Diona Dublina, ten jednak szóstym występie w barwach MU złamał nogę. Kto wie czy Ferguson w ogóle wpadły na pomysł sprowadzenie Cantony, gdyby... nie błąd trenera VfB Stuttgart, Christopha Dauma, który w meczu rundy grupowej Ligi Mistrzów z Leeds nie wystawił nieuprawnionego zawodnika. Doprowadziło to do rozegrania dodatkowego meczu miedzy tymi drużynami w Barcelonie, w którym z kolei trener Leeds, Howard Wilkinson zdjął z boiska Cantonę, a rezerwowy, który wszedł w jego miejsce, Carl Shutt, zdobył zwycięskiego gola. Wściekły Eric prosto po zmianie poszedł do szatni zamiast usiąść z zawodnikami na ławce, co dało impuls do wybuchu konfliktu między Francuzem a trenerem. W kolejnym meczu Ligi Mistrzów z Glasgow Rangers, Wilkinson zaprosił do Leeds trenera reprezentacji Francji, Gerarda Houlliera, żeby utemperował krnąbrnego rodaka. Okazało się, że Houllier dostał na trybunie miejsce obok... Fergusona. Obaj pogadali szczerze o Cantonie, zachwycając jego talentem, a na koniec wymienili numerami telefonów. Jeszcze tego samego dnia po meczu z Ragnersami do Houlliera zadzwonił agent piłkarza, Jean-Jacques Bertrand i oznajmił, że Eric nie chce już grać w Leeds. Sam Cantona wysłał do klubu faks z żądaniem transferu, które uzasadnił w sposób następujący: „łosoś, który płynie z nurtem strumienia nigdy nie przeskoczy wodospadu”. - Jak się miało okazać, nie była to ostatnia próba komunikacji z otoczeniem poprzez metaforę ze świata ryb - skomentował Barclay w książce, przypominając najsłynniejszy cytat, z konferencji po ciosie kung fu: „Mewy podążają za kutrem tylko dlatego, bo wiedzą, że do morza będą wrzucane sardynki”. Houllier natychmiast chwycił za telefon i zadzwonił do Fergusona, ten zaś wykazał zainteresowanie, ale poprosił, żeby nikomu niczego nie mówić.

 

Jak to się stało, że dyrektor sportowy Leeds Bill Fotherby zadzwonił do prezesa MU Martina Edwardsa, żeby kupić Denisa Irwin, ale w wyniku intrygi Fergusona zamiast tego sprzedał Czerwonym Diabłom Cantonę, niech opowie Michał Szadkowski, z którym wspominamy legendarny transfer sprzed 20 lat.

Na koniec jeszcze raz Barclay o tym co zmienił transfer Cantony. MU wreszcie zaczął grać skutecznie. Jego obecność na boisku z miejsca podwoiła liczbę zdobywanych bramek przez MU. Ostatnia bariera drużyny Fergusona na drodze do wielkości została obalona. Czy też - stosując metaforę bardziej bliską Cantonie - wykopana w kosmos (...) Cantona zrobił różnicę. Napełnił drużynę pewnością olbrzymią siebie, której zawsze wyraźnie brakowało i której sam Ferguson nigdy nie miał za dużo(...) Ale nie tylko to. Podpatrując Cantonę w pierwszych dniach po transferze Ferguson był pod wrażeniem jak wiele pracy wkłada jego nowy nabytek w treningi. Francuz zadziwił go jednak prośbą, żeby po zakończeniu ćwiczeń oddelegować mu do pomocy dwóch zawodników, ponieważ ma zamiar przez godzinę poćwiczyć strzały z powietrza. Ferguson dał mu aż trzech - dwóch, którzy dośrodkowywali z obu stron piłki oraz bramkarza. Kiedy pozostali zawodnicy United usłyszeli o tych dodatkowych zajęciach, które Cantona sam sobie narzucił, po paru dniach kolejno zaczęli dobrowolnie zostawać po treningach, żeby ćwiczyć wspólnie z nim. Szybko stało się to rutyną w United.

Nigdy też wcześniej angielski futbol nie był świadkiem tak świetnej chemii między trenerem i piłkarzem. Nigdy, co trzeba oddać Fergusonowi, nie widziano menedżera tak świetnego radzącego sobie z zarządzaniem ludźmi. Wyciągnął lekcję z załamania się dobrych relacji między Wilkinsonem a Cantoną w Leeds, raz nawet zadzwonił do Houllier z prośbą, żeby przetłumaczył rodakowi pewną kwestię. Udało mu się przekonać Francuza, że jeśli zdejmuje go z boiska, to tylko po to, żeby oszczędzić jego siły na kolejny, ważniejszy mecz. Ferguson miał też w sobie odwagę i mądrość, żeby naginać dla Francuza niektóre własne zasady(...) Np. oszczędzał mu słynnego „traktowania suszarką” (kiedy zbliżał twarz do twarzy delikwenta i wrzeszczał w niebogłosy). Ale Francuz był jedynym takim wyjątkiem w drużynie. Np. kiedyś cały zespół został zaproszony na spotkanie w ratuszu w Manchesterze. Ferguson wydał dokładne instrukcje, co do wymaganego stroju. Każdy piłkarz stawił się w klubowej marynarce, spodniach w kant, nienagannie wyprasowanej koszulki i pod krawatem. Każdy, z wyjątkiem Cantony, który przyszedł w dresie i sportowych butach. Każdego innego zawodnika Ferguson natychmiast odesłałby do domu. Ale że to był Cantona, Ferguson udał, że nie widzi.

Kiedy zawieszony za kopniecie fana Cantona podadł na wygnaniu w depresję i rozważał zakończenie kariery, Ferguson poleciał do Paryża, żeby osobiście wydobyć piłkarza z kryzysu. W Paryżu adwokat Cantony podjechał pod hotel Fergusona na Harley-Davidsonie, wręczył trenerowi kask i powiózł go uliczkami na tyły restauracji, w której Szkot i Francuz pogadali sobie o futbolu jak kibice, delektując się wspomnieniami ulubionych meczów, zagrań, goli; pogawędka trwała aż do północy, scalając niezwykły związek między trenerem i zawodnikiem (...) Kiedyś zapytano Fergusona, dlaczego w rozbudowanym sztabie United, pełnym równych specjalistów nie ma psychologa. „Ponieważ tym zajmuje się osobiście” odparł. Cantona okazał się pacjentem niezwykle zadowolonym z terapii. „Dał mi mnóstwo wolności, dzięki czemu w klubie i na boisku czułem się swobodnie, a nie jak w jakimś więzieniu. Na tym polegała jego psychologia – traktował człowieka jak człowiek” podsumował później Francuz.


 

 



15:20, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (7) »
niedziela, 25 listopada 2012

Pierwsza dobra wiadomość jest taka, że objawił się nowy Milik. Czyli potencjalny następca młodego objawienia Ekstraklasy Arkadiusza Milika. Nowy Milik to 15-letni Bartosz Nowotnik, który właśnie udanie zadebiutował w Rozwoju Katowice, kuźni talentów, z której wywodzi się napastnik Górnika Zabrze. Druga dobra wiadomość jest taka, że z kolei prawdziwy Milik jest na najlepszej drodze, żeby stać się nowym Lewandowskim, czyli nie tylko napastnikiem reprezentacji Polski, bo tego już dokonał, ale również czołowym napastnikiem Bundesligi. O pozyskanie Arka bardzo stara się VfB Stuttgart, którego działacze - jak czytam rzeczywiście muszą wierzyć, że 18-letni Polak jest w stanie pójść drogą wytyczoną przez jego rodaka, Roberta Lewandowskiego, bo zabiegają niezwykle poważnie. Regularnie obserwują go w meczach Ekstraklasy skauci VfB, a dyrektor klubu, były znany zawodnik Fredi Bobić wybrał się aż do Białegostoku na meczu z Jagiellonią, co świadczy o szczególnie wielkiej determinacji;) Arka kuszą nie tylko zarobkami, które wszędzie będą nieporównywalnie większe niż w Górniku Zabrze (obecnie 8 tys. złotych). Zaprosili do Stuttgartu jego rodziców i zaprezentowali im plan rozwoju piłkarza i klubu. 

Ale Milikiem zainteresowana jest też Borussia Dortmund, w której miałby szanse stać się nowym Lewandowskim dosłownie i w przenośni. Klub raczej pogodził się z tym, że Lewy odejdzie, wciąż przecież nie przedłużył kontraktu. Moim zdaniem odejdzie raczej latem niż zimą, ponieważ wiele potencjalnie zainteresowanych klubów nadal gra w Lidze Mistrzów, Robert zaś nie mógłby w niej występować po zmianie barw. Co prawda w Stuttgarcie Milik mógłby wskoczyć do pierwszego składu niemal z miejsca, ponieważ właśnie kontuzjował im się napastnik reprezentacji Niemiec - Cacau, na co nie miałby co liczyć w Borussii. Ale czy nie przygniotłaby go presja natychmiastowych oczekiwań, zwłaszcza, że nie zdążyłby przejść aklimatyzacji? Z pewnością w Dortmundzie, zwłaszcza gdyby przeszedł już w styczniu, miałby o nią łatwiej i to nie tylko z powodu trzech kolegów z reprezentacji. Doskonale pamiętamy, że odpowiednią ilość czasu na aklimatyzację dostali na początku i Kuba Błaszczykowski i Lewy, ten ostatni właściwie cały sezon.

Choć doceniam starania VfB, a 12 miejsce w tabeli Stuttgartu i mistrzowskie aspiracje Borussii nie są dla mnie wyznacznikiem (Borussia też nie rozdawała kart w Bundeslidze, kiedy przechodzili tam kolejni Polacy) na miejscu Arka kierowałbym się przede wszystkim osobowością trenera. Bruno Labbadia miał krótkie epizody w Bayerze Leverkusen i HSV i nie dał się na razie poznać jako szczególnie błyskotliwy szkoleniowiec czy wychowawca młodzieży. Co innego Jurgen Klopp. Dwa mistrzostwa Niemiec z rzędu i awans z pierwszego miejsca grupy śmierci w Lidze Mistrzów z Realem Madryt, Manchesterem City i Ajaksem to efekt jego autorskiego projektu. Widać, że z każdym sezonem rozwija pomysł na drużynę i ją ulepsza. W przeciwieństwie np. do Roberto Manciniego z City, potrafił wyciągnąć wnioski z niepowodzenia w poprzedniej edycji Champions League. Przede wszystkim jednak widzimy jak pod jego ręką rozwinął się Lewandowski, jaką drogę przeszedł od przejścia z Ekstraklasy. Nie tylko on zresztą, bo także i młodzi Niemcy jak Mario Goetze czy Mats Hummels.

Wykazuje też przy tym trenerską mądrość i niezależność. Znamy przecież przypadki szkoleniowców, którzy czy to ławką rezerwowych czy innymi szykanami usiłowali nakłonić swoich piłkarzy do przedłużenia kontraktu. Klopp przed rewanżowym meczem z Manchesterem City ze zrozumieniem mówił o transferowych aspiracjach Lewandowskiego i podbudowywał go jeszcze, przekonując, że Polak jest dziś w piątce najlepszych napastników Europy. I podkreślił, że dopóki Lewandowski dobrze gra i strzela gole nie interesuje mnie, co się dzieje poza boiskiem. Doskonale potrafię rozdzielić pracę piłkarza od zajęć jego menedżerów.

Na miejscu Milika kierowałbym się nie tymi paru/nastoma tysiącami w tę czy tamtą stronę, ale nauczycielem. I dobrym dla (zwłaszcza młodych) Polaków klimatem w drużynie. Ma dopiero 18 lat jeszcze zdąży powybierać w klubach kierując się innymi kryteriami...

sobota, 24 listopada 2012

Pomnik Sir Aleksa Fergusona odsłonięty w piątek przed Old Trafford co raz mniej mnie zachwyca. Bez rozmachu, bez jakiegoś charakterystycznego gestu, emocji na twarzy, przede wszystkim razi brak - nie suszarki, tablicy z czasem, czy gumy, ale... okularów, w których prześledził z ławki większość meczów w swej 26-letniej karierze w MU. Można wręcz wskazać dokładną datę, kiedy ostatni raz prowadził drużynę podczas meczu bez okularów. Było to 9 kwietnia 1997 roku w półfinale Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund na Old Trafford. Dlatego właśnie wtedy, wyczaił i opisał w biografii trenera „Futbol, cholera jasna!” Patrick Barclay. Otóż obaj rozmawiali o tym, dlaczego Ferguson podczas meczu nigdy nie robi żadnych notatek, w przeciwieństwie do większości trenerów XXI wieku, jak choćby José Mourinho. „Mam wspaniałą pamięć i na niej się opieram” - wyjaśnił skromnie Sir Alex, dodając że rozmowa w przerwie jest kluczowa, potrafi odmienić losy meczu, ważne jest więc, żeby to co ma do przekazania było dokładne i precyzyjne.

W 7. minucie spotkania gola dla mistrzów Niemiec zdobył Lars Ricken, a w przerwie Ferguson obwinił o stratę bramki kiepsko interweniującego Petera Schmeichela. Duńczyk bronił się, że nie miał najmniejszych szans, ponieważ był rykoszet, czym dodatkowo rozsierdził trenera. „Nie było żadnego cholernego rykoszetu!” grzmiał Ferguson. „Był. Piłka odbiła się od mojej nogi” wtrącił się Gary Pallister

To przypomniało 55-letniemu trenerowi, że lekarz przepisał mu okulary wiele lat wcześniej, ale on nigdy ich nie nosił. Zrozumiał, że najwyższy czas zaakceptować wadę wzroku i jej zaradzić. „Trenerowi nie wolno pomylić się w ocenie w przerwie” mówi. I zdradza, że zastanawiał się nawet nad zamontowaniem w szatni ekranu telewizyjnego, żeby móc szybko przeanalizować i omówić z piłkarzami powtórki. Ale po rozmowie z ówczesnym asystentem, Carlosem Queirozem zrezygnował z tego pomysłu. „W przerwie jest tylko 15 minut na poprawę sytuacji na boisku, gdybym ten czas poświęcał na wytykanie poszczególnym zawodnikom, co zrobili źle, zaniedbałbym wszystkich pozostałych i nie pomógł im. Trener musi umieć rozmawiać ze wszystkimi na raz. Poza tym powiedzmy, że np. Gary Neville popełniłby jakiś kardynalny błąd – nie jest dobrze, żeby w przerwie wszyscy gapili się na to, ani dla niego, ani dla nich” przekonuje Ferguson.

Zaraz, zaraz, ale gdzie w takim razie miejsce na sławetną suszarkę? Czyżby dopiero po meczu?

Najwyraźniej tak, bo jak przekonuje Ferguson, przed wyruszeniem do walki, czy na mecz czy na drugą połowę, ostatniego słowa zawsze niosą pozytywne przesłanie: prośbę o danie z siebie wszystkiego, uczciwy wysiłek, pamięć o tym, że są częścią Manchesteru United. „I nigdy nie poddaję pod wątpliwość ich umiejętności. Wręcz przeciwnie, raczej przesadzam w ich podkreślaniu. Na tym poziomie nie wolno być negatywnym” mówi.

„Kiedy zmierzam z ławki na przerwę do szatni wzdłuż linii bocznej, układam w myślach pierwsze słowa do zawodników. Po siedmiu, ośmiu minutach przemowy robię przerwę i rozmowę z drużyną przejmuje mój asystent. Ja w tym czasie myślę już o ostatnich słowach do zawodników przed wyjściem z szatni. Zwykle jest to podsumowanie tego co zostało powiedziane i przypomnienie założeń na drugą połowę. Dlatego, że bez względu na wynik zawsze jest jakaś droga. A najbliższe 45 minut to ostatnia szansa, żeby dotrzeć do wytyczonego celu. To za ten okres trener i zawodnicy zostaną poddani ocenie” opowiada Sir Alex.

Co ciekawe, w kwestii powtórek wideo w przerwie zupełnie inne podejście prezentuje ktoś, kogo bez wątpienia możemy nazawać trener XXI Juergen Klopp, który po przyjściu do Borussii kazał w szatni zamontować plazmę. Podczas meczu jego człowiek nagrywa spotkanie z trybuny - nie jest to przekaz telewizyjny, bo realizatorowi może coś umknąć - a Klopp notuje minuty akcji, do których chce się odnieść. Spędziłem mecz Borussia - Bayern obok takiego człowieka. Muszę zapytać przy okazji chłopaków z Borussii jak jest na wyjazdach, gdy w szatniach nie ma plazmy. Odtwarza akcje na laptopie czy daje spokój?

No dobra, ale wracając do pomnika na Old Trafford, gdzie, u diabła, podziały się okulary sir Alexa?!

11:33, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (8) »
piątek, 23 listopada 2012

Na Old Trafford odsłonięto dziś pomnik Sir Aleksa Fergusona i jest to doskonała okazja, żeby ogłosić zwycięzcę naszego konkursu literackiego. Musze przyznać, że tak w przypadku statui jak i konkursu liczyłem na trochę więcej. Nie, że obok postaci Bossa znajdą się suszarki, tablice z doliczonym czasem, but Beckhama, sędzia Howard Webb, a ruchome szczęki będą żuły słynną gumę - sobie tego wielu mniej klub bardziej złośliwie życzyło - ale jakiegoś żywszego, bardziej charakterystycznego czy bardziej dynamicznego gestu. Muszę przyznać, że rozpieszczony poziomem notek w poprzednich konkursach (Quentinie, pomyślałem, że Twój poemat wyrecytuje przed kamerą Rafałowi Wolskiemu jak będzie wracał do gry), też liczyłem na dużo więcej, literackie fajerwerki, na miarę finału Ligi Mistrzów z 1999 roku, zwłaszcza, że bohater konkursu nie mógł być doskonalszy. Na szczęście kilka notek nie zawiodło i wraz z Piotrkiem Czernickim Sochalem, zwycięzcą pierwszego konkursu literackiego i współ-tłumacza biografii SAF „Futbol, cholera jasna!” mieliśmy twardy orzech do zgryzienia czy wybrać Koszenie Na White Hart Lane Andrzeja Kotarskiego czy 18 times and that's a fact! Błażeja Golden Guy’a Dudy. W obu pomysł literacki i wykonanie było najlepsze, i to oni otrzymują po biografii, panowie, gratuluję i proszę o adresy na mejla!

Do następnego konkursu! Nie ma nagrody za właściwą odpowiedź, ale jak myślicie, komu następnemu postawią pomnik przed stadionem?

ps: ten pomysł na pomnik Sir Aleksa podobał mi się o wiele bardziej ;-)

 



16:18, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 19 listopada 2012

I ostatnia porcja notek konkursowych w Fergie Time. Jury (które jeszcze o tym nie wie, że nim jest) zaraz uda się na naradę, ale chętnie wysłucha też Waszych opinii kto najbardziej zasługuje na zwycięstwo...

 

Jest strach, nie ma wiary

Mateusz Błaszczyk

Dwóch menedżerskich autonomów. Ich nazwiska są synonimami Premier League. Zamiennikami dla słów „klasa”, czy „przywiązanie”. Rywalizacja Arsene’a Wengera z sir Alexem Fergusonem po wielu latach bezpośredniej i wyniszczającej walki wzniosła się na inny poziom. Enigmatyczny, wymagający głębszego poznania mechanizmów rządzących dzisiejszą piłką.

Jako kibic Arsenalu staram się wyciągać te rzeczy i wpajać do własnego światopoglądu. Niemniej na najważniejszej płaszczyźnie porównań Ferguson zwycięża. Boisko boleśnie utwierdza mnie w świadomości, że United mentalnie biją Kanonierów w przedbiegach. Kompleks klubu z Old Trafford osiągnął już swoje apogeum, podczas pamiętnej rzezi w poprzednim sezonie. Szczęsny wrócił przed dziewiątą, w ogóle The Gunners niechętnie wracają do Teatru Marzeń. Mało tego, na własnym boisku też czują respekt. Cholerny respekt, paraliżujący nogi i serce. Tak jakby żołnierz z rezerwy, świetnie przeszkolony, lecz nie mający wyobrażenia o wojnie - rzucony został w wir walki z oddziałem afgańskich bojowników.

Trzeciego listopada w Manchesterze doszło do kolejnej konfrontacji. Zgodnie z przewidywaniami, wszystko poszło w zgodzie z pewnym algorytmem. Niepewny Arsenal, starający się utrzymywać przy piłce i Manchester, który z rzetelnością wzorowego ucznia, punkt po punkcie wykonywał plan pod tytułem „How to win against Wenger’s boys”, nakreślony przez sir Alexa ładnych parę lat temu. Szybka wymiana piłki w bocznych sektorach może się podobać, łatwo zakochać się w barcelońskiej grze tysiąca podań. Pieprzyć taktykę. Fergusona najbardziej ceni się za osobowość, charakter i niezłomną determinację. Niestety tak się złożyło, że owe cechy Szkockiego menedżera prezentują się najdobitniej właśnie w starciach z Kanonierami.

Cleverley, Carrick i głęboko grający Rooney, kontra Arteta, Wilshere, Cazorla i fałszywy skrzydłowy Ramsey. Jeśli zebrać do kupy umiejętności zawodników z obu zestawień, rezultat jest jasny. Pomocnicy Arsenalu znacznie przewyższają techniką ich odpowiedników z Manchesteru. Środek pola powinien należeć do graczy z Ashburton. W praktyce koncepcja Wengera całkowicie upada w starciach z Czerwonymi Diabłami. Kanonierzy z rzadka dochodzili do pola karnego, a Manchester wyprowadzał ataki, kiedy tylko czuł, że przydałoby się zagościć na połowie przeciwnika. Trzy punkty zostają na Old Trafford.

Ferguson swoją obecnością na ławce trenerskiej dodaje niesamowitego animuszu. Bez przymrużenia oka nie można porównać tych kilkunastu lat sukcesów do jakiegokolwiek innego szkoleniowca. Z prostego powodu. Jego fantastycznej, legendarnej przygody w United nie sposób powtórzyć, a jedynym konkurentem w długofalowym boju może być tylko Arsene Wenger. Z nim Szkot już się uporał, obnażając mentalne braki The Gunners raz po raz. W bezpośrednich – najważniejszych starciach, góruje Fergie. Van Persie i Evra wykonują swoją robotę, a w doliczonym czasie Cazorla strzela na otarcie łez. Mecze z Manchesterem zwykle nie wyglądają jak impreza. To jest od razu kac.

 

Magnificent  (True Story)

espoida

Był rok 1994, w którym zginął Ayrton Senna, Microsoft ogłosił koniec wspierania systemu MS DOS, a Silvio Berlusconi rozpoczynał polityczną karierę. W kinach królowały „Forrest Gump”, „Cztery wesela i pogrzeb”, i „Wywiad z wampirem”. 

W Anglii pierwsze wielkie sukcesy w Manchesterze United zaczął odnosić Alex Ferguson. W tym czasie zdobywał mistrzostwo kraju cztery razy z rzędu. Gburowaty Szkot zaczął pisać swoją historię złotymi głoskami. Jeszcze nie wiedział, że w przyszłości będzie je mógł zamienić na platynowe. Czy był prostakiem? Norman Davies twierdzi, że tak. Ale prostakiem, który wie co robi. 

Nie wiadomo, czy wiedział co robi, kiedy sprowadzał do drużyny angielskiego giganta Diona Dublina. Zawodnik jako Diabeł zaczął od wielomiesięcznej kontuzji, która kariery mu nie ułatwiała. Gdy wyzdrowiał wielkich szans na grę nie miał. Nie dlatego, że był słaby. Zwyczajnie nie wytrzymał konkurencji. W ataku szalał Cantona, będący w życiowej formie. Ich zmagania mogły przypominać nierówny bój Mozarta i Salieriego. Geniusz kontra - no właśnie. Zdolny rzemieślnik? Czy może bardziej bolesne byłoby dla niego określenie „ten drugi”? Niemniej Dublin świetnie prezentował się na treningach i wykazywał niezbędne w drużynach Fergiego: zachłanność na zwycięstwa i nienawiść do porażek. Statystyki były jednak nieubłagane - dwa sezony, dwanaście meczów, dwa gole. Dublin swoją historię na Old Trafford najwyżej wyrył scyzorykiem na korze. Potem mógł już tylko odejść. Z korzyścią dla siebie znalazł się w Coventry City, gdzie poznał początkującego trenera Gordona Strachana. 

Mentorem Strachana był Alex Ferguson. Strachan zwracał się do niego po porady, które mógł traktować jak ojcowskie. Fergie trenował Strachana, gdy ten był piłkarzem Manchesteru. Teraz na nowej drodze zawodowej młodszy Szkot korzystał ze znajomości  ze starszym Szkotem. Lepszej szkoły trenowania i zarządzania drużyną dla niego nie było. 

Kiedyś zadzwonił do mistrza, żeby porozmawiać o swoim faworycie, którego wcześniejszym trenerem był przecież sam Fergie. 

- Deon Dublin, widziałeś, co ten chłopak wyprawia? Jest świetny! Niesamowicie pracuje, umie się znaleźć na boisku. Szuka piłki, a ta przy okazji chętnie znajduje jego. No i ten strzał! Naprawdę fantastycznie, że u nas jest - zachwalał Strachan. Ferguson słuchał uważnie po czym wypalił: - Tak, wiem o nim to wszystko. Ale najważniejsze jest co innego. Widziałeś, jak wielkiego on ma kutasa? It’s magnificent!

 

Manchesterskie Szachy

Nancy

Niebieski pionek na E-4 – „W ciągu jednego lub dwóch lat możemy ich dogonić. United budowało swoją mentalność zwycięzców przez 25 lat, ale jeśli zdobędziemy mistrzostwo kraju lub zgarniemy jakiś innych puchar, to również ją w sobie wyrobimy” - R. Mancini

Czerwony na E-5 – „Czasami masz głośnego sąsiada. Nic z tym nie możesz zrobić, bo on zawsze będzie głośny. Musisz po prostu zająć się sobą i pogłośnić telewizor. Dzisiaj zawodnicy pokazali swoją wysoką dyspozycję i to jest najlepsza odpowiedź ze wszystkich” - A. Ferguson

Niebieski hetman na H5 – „Mamy dużo respektu dla United jak i Fergusona. Alex jest najlepszym trenerem na świecie, jednak prawda jest, że możemy ich teraz bez problemu pokonać”

Czerwony skoczek na C6 – „Wracając do desperacji, to przecież City zdecydowało się ostatnio wpuścić na murawę zawodnika [Carlosa Teveza], który jeszcze nie tak dawno odmówił wyjścia na boisko i menadżer zarzekał się, że już nigdy z niego nie skorzysta, wysyłając go na pięciomiesięczny urlop do Argentyny... co to jest? Czy nie mieści się to przypadkiem w opisie aktu desperacji?”

Niebieski goniec na C4 - Siedem lat zajęło Fergusonowi, aby pierwszy raz poczuć smak mistrzostwa kraju z Czerwonymi Diabłami. Dzisiejsze czasy nie przypominają tych z przed 25 lat. Teraz bardzo trudno jest utrzymać pracę, jeśli pozostajesz bez pucharów przez sześć czy siedem lat.

Czerwony goniec z C5 - Manchester City z pewnością nie zniknie z czołówki między innymi dzięki gotówce jaką dysponuje. Wspaniałą rzeczą w Manchesterze United jest z kolei wrodzona dyscyplina odnośnie tego, co jest konieczne, aby wygrać ligę.’’

Niebieski hetman na F7 „Myślę, że walka o tytuł jest już skończona. Manchester United to fantastyczny zespół i nie wydaje mi się, aby mógł on zaprzepaścić pięciopunktową przewagę. Oczywiście nie poddaje się i będę walczyć każdego dnia, a wraz ze mną mój zespół. Nie mniej jednak sądzę, że jest już po wszystkim, bowiem nam brakuje takiego ducha, jakiego ma United”.

SZACH „Przegraliśmy tytuł w okrutny sposób, jednak przez 25 lat mojego pobytu tutaj doświadczyliśmy wiele wzlotów i upadków, z czego większość ostatecznie kończyła się sukcesem. Udało nam się wygrać ligę trzy razy w ciągu ostatnich pięciu sezonów i prawie dokonaliśmy tego dziś. Manchesterowi City zajmie przynajmniej sto lat, nim osiągnie taki poziom sukcesu jak United, nim będzie posiadał tak bogatą historię jak my”.

I - Piłka nożna jest niesamowita. To dla wszystkich naszych kibiców, zasługują na to. To niesamowite, że wygraliśmy w ten sposób. Nigdy nie widziałem takiego finału - powiedział Mancini. MAT

 

Zamierzam zostać i osiągnąć sukces!

Radosław Patkowski

23 września 1989 roku. Stadion Manchesteru City. Kilka chwil po lokalnych derbach z United. Kibice Czerwonych Diabłów wygwizdują swoich piłkarzy i przede wszystkim trenera Alexa Fergusona. Mają dość, bo United polegli aż 1:5 z najbardziej znienawidzonym rywalem. Ferguson prowadzi Man. Utd. Od trzech lat i jak na razie nie zanotował żadnych sukcesów. Na trybunach stadionu The Citizens wiszą transparenty „Trzy lata wymówek: pa, pa Fergie!”.*

Po tej porażce Alex Ferguson miał swój najgorszy tydzień w życiu. „Po takim wyniku człowiek przemyka pod ścianami jak przestępca”. Media już zwolniły 48-letniego wówczas szkoleniowca ze Szkocji. Kreowały również jego następcę, którym miał zostać Howard Kendall menedżer... Manchesteru City. Kibice również chcieli, aby Ferguson podał się do dymisji. Trener Manchesteru United starał się nie załamywać. Obawiał się jedynie o swoją rodzinę. „Wiem, że jestem wystarczająco odporny psychicznie, aby poradzić sobie z nagonką” - mówił w jednym z wywiadów. Zarząd United miał w pamięci to, co dano Fergusonowi w Aberdeen, czyli zaufanie i czas. Pierwsze sukcesy ze szkockim klubem zaczął odnosić po trzech latach od rozpoczęcia pracy. Szkot często wspomina te czasy, gdyż to właśnie wtedy, ukształtował się jako zwycięzca, zawsze grający o całą pulę. „Jestem typem zwycięzcy. Całe moje życie obraca się woków wygrywania. Z Aberdeen odniosłem sukces, a na pierwszym sukcesie można budować kolejne, wykorzystując nabyte doświadczenia”. Teraz, w tym trudnym momencie w Manchesterze United oczekiwał również zaufania. Chciał iść do przodu. Przypomniał wszystkim budowanie sukcesu z Aberdeen i mówił: „Ja jednak zamierzam zostać i za trzy lata osiągnąć sukces”. Ferguson został na stanowisku. Po feralnym sezonie 1989/1990, kiedy to Manchester United zajął 13. miejsce w lidze angielskiej, klub rozpoczął pasmo sukcesów. W 1990 roku zdobył pierwszy za kadencji Fergusona Puchar Anglii. Za „panowania” Szkota pierwsze mistrzostwo United zdobyli w 1993 roku, po nim dołożyli jeszcze 11 tytułów Mistrza Anglii, a historia Fergusona w United trwa do dzisiaj...

* Cytaty pochodzą z książki „90-minutowy menedżer”, autorzy David Bolchover, Chris Brady

 

Dar

Paweł Wątorski

Historie Sir Alexa Fergusona w Manchesterze United, które można napisać mogą zająć nie tylko jedną książkę, która ukazała się w Polsce.
Chcę opisać jak Alex Ferguson opiekuje się młodym i jak zależy managerowi na młodym zawodniku, który miał być przyszłością Man Utd. Jest nim David Beckham. Nasz bohater chciał mieć wpływ na jak najlepsze stosunki nie tylko z samym młodym zawodnikiem, ale także z rodzicami. Ferguson nie musiał długo przyglądać się 16 - letniemu juniorowi jakim był Becks.
Ważne jest dla samego Fergusona zapewnienie doskonałych warunków juniorom i sprawia, że młodzi adepci w Man Utd stają się profesjonalistami w młodym wieku. Kolejnym atutem managera Manchesteru United jest dar potrafi potrząsnąć człowiekiem, nie obrażając  go ani, nie przygnębiając - powiedział Beckham. Potrafi powiedzieć i pokazać, że zależy mu na każdym młodym zawodnikowi. Nie da się zapomnieć, że Becks miał w przyszłości z trenerem kilka awantur, które skłoniły samego zawodnika do odejścia z klubu w którym nauczył się od samego mistrza, nie tylko gry na boisku, ale należy pamiętać o wychowaniu w szkółce Manchesteru. Taki trener jest ogromnym szczęściem i w przyszłości polityka stawiania na wychowanków jest znakomitą inwestycją.

 

Bitwa pod Barceloną A.D.1999

Mateusz Janiak

Ehhh… Kto nie widział tego starcia, nie ma bladego pojęcia, jak krnąbrną i humorzastą niewiastą jest futbol. 26 maja 1999 roku na zielonych barcelońskich połaciach stanęły naprzeciw siebie dwie wykute w żelaznym ogniu bitew armie, prowadzone przez najwytrawniejszych generałów kontynentu, pozostawiające za sobą śmiało sięgające niebios stosy pokonanych. Sir Ferguson już u początku walki miał nie lada problem, albowiem w jego zahartowanych szeregach brakowało jednego z najwaleczniejszych rycerzy ówczesnej Europy, którego sława pętała nogi niejednemu wojownikowi, a spojrzenia bezlitośnie odbierało kilka lat życia – Celta Roya Keane’a. Kontynuujący wieloletnią tradycję germańskich wodzów szlachetny Hitzfeld musiał się pogodzić z kłopotliwym brakiem latynoskiego frontowca, Giovane Elbera, co dla wojsk zaciężnych spod Manchesteru było zbawienne niczym garniec wody po suto zakrapianej uczcie.

Tuż po rozpoczęciu bitwy nieomal morderczy cios zadał szalony syn Neustadt, Mario Basler, prostym sposobem oszukując ostatni bastion anglosaskiej obrony. Choć przebieg batalii bezapelacyjnie należał do najprzedniejszych w swoim rodzaju, to dopiero jej zakończenie z hukiem wyważyło bramy do mitycznej krainy nieśmiertelności. Z każdą minutą rosło zdenerwowanie sir Fergusona, któremu raz po raz migały przed nosem piękne walkirię, z utęsknieniem czekające na finalny gwizdek pieczętujący klęskę potomka Williama Wallace’a, by porwać przegranego w jednokierunkową podróż do Walhalli.

Nie wiadomo, czy to ów mityczne stworzenia, czy naturalny instynkt przetrwania, czy może diabeł, po cichu wspierający swych ziemskich reprezentantów, jednak coś pchnęło Szkota do zagrywki, bezlitośnie łamiącej opór rywala. Na plac boju posłał dwóch rycerzy, których przeznaczeniem była odmiana losów bitwy. Najpierw na katalońskiej scenie futbolu pojawił się angielski dżentelmen o aparycji nad wyraz dojrzałej, a zaraz po nim wiking o twarzy dorastającego młodzieńca. Uśmiech politowania wykrzywił lica twardych bawarskich wojowników, widzących duet wyglądający niczym ojciec z synem, tylko przez nieprzyjemny przypadek zagnany naprzeciw nich, zapewne w drodze z domu do szkoły. Ich nieme lekceważenie zamieniło się w zatrważającą rozpacz, gdy nie dalej niż 120 sekund od zakończenia walki, wspomniana dwójka przechyliła szalę zwycięstwa na stronę oddziału z piekła rodem. Te dwie minuty zmieniły oblicze piłki nożnej, jako oblubieńca obierając Fergusona, zwycięzcę bitwy pod Barceloną.

 

18 times and that's a fact!

Błażej "Golden Guy" Duda

Kanty koszuli odcinają się na tle krwistoczerwonej planszy, troskliwy gest gładzi kozią bródkę. Skupieni słuchacze chłoną słowa zabarwione hiszpańskim akcentem. Życzliwie uprzedzasz, że chcesz porozmawiać o faktach. Nie jesteś słownym szermierzem, ale skrzydlatą tarczą osłaniasz prawdę. Wyciągasz kartkę i jeszcze raz przyglądasz się znajomym liniom.
I budzisz potwora. Nie musisz stawać przed lustrem, powtarzać jego imienia siedmiokrotnie; wystarczy, że otworzysz przed nim umysł. Próbujesz go zagłuszyć, zaprzeczać, swoją nerwowość przerzucić na kogo innego. Kontynuujesz swoje dyktando, fakt za faktem, dowód za dowodem. Ale twój blef, twoja tarcza, nagle staje się delikatna jak zalany atramentem papier. Jest za późno. Ten pomysł opanowuje wszystkich jak wirus.
Od czasów Paisleya potwór zdziczał ponownie. Zrzucił ze swojego grzbietu Mourinho, nie przeraził się gniewu Keegana, nawet Devon Loch z Dalglishem w siodle nie sprostał trudom pościgu. Wielu swoje próby kończyło tylko na buńczucznych zapowiedziach. Kojona szeptem bestia spoczywa tylko u jednych stóp, prychając na dłoń błądzącą w jej pobliżu.
Wszyscy widzą rzuconą rękawicę i chcą zobaczyć kiedy zostanie podniesiona. Ale on nie musi się schylać, trwa w milczeniu żując gumę i dziwiąc się, że jego przeciwnicy chcą walczyć gołymi rękami.
Uciekasz na ścieżkę, przyspieszając kroku we mgle. Mrużysz oczy oglądając się za siebie, wiedząc że tą drogą, jak każdą inną, nie idziesz sam. Choć nogi ma cięższe niż ty, jego sylwetka nabiera detali. Choć wzrok ma niewątpliwie słabszy od twojego, staruszek uśmiecha się dostrzegając coś w oddali. Ale może nie potrzebował wytężać wzroku, może ponad sapaniem złośliwej bestii, zapominając o rzucanych przez ciebie oskarżeniach, usłyszał to co najważniejsze, to
co w maju miało zostać wyśpiewane na Old Trafford: 18 times and that's a fact!



 

 

UWAGA!

dla czytelników Polsportu, którzy nie wierzą w swe szanse w konkursie: Futbol, cholera jasna! z 10% zniżką + dostawą pocztą gratis tutaj: http://www.labotiga.pl/ferguson Trzeba tylko wpisać kod rabatowy: POLSPORT





16:06, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (4) »
piątek, 16 listopada 2012

 

Przepraszam za przerwę spowodowaną wyjazdem na mecz Polska - Urugwaj oraz prowadzeniem wczoraj niezwykle ciekawej konferencji pt. „Efektywne wykorzystywanie marketingu sportowego”, podczas której Grzegorz Filipek, dyrektor marketingu marki Oknoplast opowiadał jak bardzo jego firma jest zadowolona ze sponsorowania Interu Mediolan i że dostali oferty sponsorowania m.in. od wielu klubów Premier League i... Borussii Dortmund! Już wracamy do naszego konkursu, oto kolejna - przedostatnia - odsłona.

 

KOSZENIE NA WHITE HART LANE

Andrzej Kotarski

Drogi panie, ja tu 40 lat koszę trawę na stadionie Tottenhamu. Widziałem tu wiele, ale najlepiej pamiętam jeden mecz z 2001.

Był 29 września, pamiętam dokładnie. Przyjechał do nas Manchester United, który zwykle lał nas jak chciał. Ile ja włosów przez tego Fergusona straciłem, sam tylko pan spojrzyj. Nie zapowiadało się łatwo. Remis brałbym w ciemno. A tu pierwsza połowa i gol, drugi, trzeci dla nas! Mieliśmy ich w garści, jak Boga kocham! Wtedy za Lesa Ferdinanda i Teddy'ego Sheringhama mogłem się dać pociąć.

Moja kanciapa jest dwa pokoje od szatni gości na White Hart Lane, więc co nieco do mnie dochodzi. Ale czegoś takiego jak wtedy, panie, w życiu nie słyszałem. W przerwie Ferguson darł się jak poparzony. Wyzywał ich od tchórzy i jeszcze gorzej. To była ta jego słynna szuszarka, susarka..., suszarka panie. Ciekawski jestem, więc poszedłem sprawdzić, co i jak. Gdy zobaczyłem Andy'ego Cole'a wychodzącego z szatni, chłopina drżał jak osika. Zawsze taki pewny siebie, a wtedy taki malutki! Nic dziwnego, że po takiej burze w szatni, na boisku oddałby matkę za strzelenie gola. Trafił po minucie od rozpoczęcia drugiej części.

Najgorzej było panie z tym Beckhamem. Ferguson uwziął się na niego najbardziej. Krzyczał, że interesuje się tylko tą ze Spajs Gerls, że w głowie mu tylko zakupy i samochody. Mówił, że ze ściętymi włosami zniknęła u niego cała ambicja. Dobrze, że wtedy jeszcze nie dostał tym butem od Fergusona, bo mu się należało. Po takich wrzaskach to nawet ja bym bramek nastrzelał, a nogi to mam dwie lewe. Beckham wyszedł na drugą połowę i zaczął nami rządzić, jak własnymi zabawkami. Razem z nim ten Gary Neville, co teraz do telewizji Sky Sports się pcha.

Kiedy w 58. minucie ten wysoki Francuzik Blanc wpakował nam drugą bramkę, ja już widziałem, że nie wygramy. O remis modlić się zacząłem. Każdego Arsenala i Liverpoola już byśmy mieli na widelcu, ale nie z Manchesterem. Oni tak zawsze.

Gol na 3:4 bolał najbardziej. Aż mi łzy w oczy napłynęły. Znienawidziłem Fergusona za jego chytry uśmieszek po tej bramce. Nigdy mu tego nie wybaczę. Ale trzeba skubanemu przyznać, że w tym co robi jest prawdziwy fachura. Tak jak ja z tą trawą na stadionie, mówię panu. O mnie w gazetach nic nie piszą, a na White Hart Lane murawa jak stół do bilarda. Pan tego nie napiszesz, Fergusona wolisz...

 

Taka fajna drużynka

mprzemek

Start sezonu 2011/12, Robin van Persie odbiera telefon.

-Dzień dobry, jak się masz Robin? – pada niewyraźne kilka słów.

-Przepraszam, kto mówi?

-Nie poznajesz… - w  głosie daje się wyczuć cień uśmiechu.

-Nie, i co więcej w ogóle słabo rozumiem, co Pan do mnie mówi. Widzę, że ta rozmowa do niczego nie ma prowadzić…– RVP miał się rozłączyć, nie podejrzewając nawet jak przewrotne okażą się słowa, jakie wyrzekł.

-Tu Alex Ferguson – akcent Szkota brzmiał już dla RVP wyjątkowo charakterystycznie.

- Robin, co sądzisz o moim MU? Pytam, bo wiem, że za 2 lata kończy Ci się kontrakt… - zawieszenie głosu po tych słowach zwiastowało, jak dalej może potoczyć się ta rozmowa.

Reakcja była błyskawiczna.

- Czy to aby nie nielegalne nakłaniać do transferu zbyt wcześnie? – zripostował gracz, całkiem z siebie zadowolony, że nie da się tak wodzić za nos takiej osobistości.

-Ależ czy ja Ci proponuję kontrakt? – spytał niewinnie opiekun United. – Ja tylko ciekaw jestem, co sądzisz o budowanym przeze mnie projekcie, to czysto towarzyska rozmowa. Fajną mam tą drużynkę, co?–wyraźnie ukontentowany z rozmowy, zagadnął mistrz takich gierek.

-Wybacz Sir Alexie, ale ta rozmowa z towarzyskiej szybko może stać się niestosowną. Przy całym szacunku, nie będziemy jej kontynuować. Do widzenia –pożegnał się RVP.

„Dobrze. Profesjonalista” – pomyślał menager.

Po pamiętnym 8:2 Fergie rzucił jedynie, niby zupełnie przypadkiem, w stronę schodzącego RVP: „Fajną mam tą drużynkę, co?”. RVP jeszcze nie wiedział, że te z pozoru niewinne słowa po stokroć mocniej zaczną oddziaływać po kolejnej potyczce z MU, również przegranej 1:2. Prasa już wtedy szeroko spekulowała co do losu RVP...

W trakcie posezonowych rozmów z Wengerem, przed każdym kolejnym spotkaniem Ferguson już wiedział o ofercie PSG i podbijał sumę odstępnego, zanim Francuz zdążył o niej powiedzieć. Jakiż to paradoks, że obaj menagerowie są na końcu tak zadowoleni z wyniku negocjacji. Przecież jeden z nich traci niekwestionowanego lidera, drugi płaci 9 mln € więcej niż początkowo zakładał, a mimo to obaj wiedzą, że ugrali maksimum tego, co mogli. Tak, piłkarskie szachy wykraczają dużo dalej poza murawę…

Warunki kontraktu stanęły na 200tys. tygodniówki. Tymczasem wieczorem gruchnęła wieść, że do gry weszli szejkowie z City. Zirytowany SAF chwycił za telefon i wybrał numer gracza Oranje.

- Powiem krótko – twardo rzekł Szkot. – Wiem o ofercie z City. Wiem, że proponują Ci 250 tys. United nie zamierza licytować oferty, znasz ją doskonale, masz czas na decyzję do jutra. Wiesz, że z City nie wygrasz tyle, co ze mną. Czekam na telefon. SAF wypowiedział te słowa stanowczo, ale już spokojnie, rozłączając się bez czekania na jakąkolwiek odezwę.

Nie zdążył się dobrze rozsiąść w fotelu, a telefon zadzwonił. Na wyświetlaczu:„van Persie Robin”.

-W City oferują mi 300tys, nie 250 – powiedział spokojny głos – także ma Boss nieprecyzyjne informacje.

-W takim razie muszę zwolnić informatora – odrzekł pełen opanowania Ferguson. – Ale czy usłyszałem Boss? – spytał z nutką ledwo wyczuwalnej ekscytacji w głosie.

-Tak, tak powiedziałem – RVP śmiał się po odpowiedzi 70-latka odnośnie informatora. Jest Pan niemozliwym człowiekiem Boss – kontynuował dalej rozbawiony król strzelców. – Nie przyjmę oferty City, tam nie ma takiej osobowości, a przede wszystkim – tu na chwilę zawiesił głos - nie mają takiej fajnej drużynki, co? – z zadowoleniem zakończył nowy nabytek MU.

„Profesjonalista” – uśmiechnął się w myślach Ferguson.

 

Sir Alex Ferguson, czyli historia dwumeczu z Legią

Olek Szmajda

Sezon 1990/1991 okazał się bardzo ciekawym, jeśli chodzi o rozgrywki Pucharu Zdobywców Pucharów. Manchester United, awansując po dość niełatwym dwumeczu z Montpellier prowadzonym przez Henryka Kasperczaka miał spotkać się w półfinale z Legią Warszawa.
Polska drużyna zapowiadała się na rywala, który nie ułatwi w wykonaniu zadania. Warto zaznaczyć, że te rozgrywki były okazją dla Czerwonych Diabłów do naprawienia niezbyt udanego sezonu ligowego, gdzie dopiero Manchesterowi udało się zająć szóste miejsce. Alex Ferguson, wtedy jeszcze niemający tytułu szlacheckiego miał skromny dorobek, jeśli chodzi o zdobywanie trofeów dla klubu z Old Trafford. Puchar Anglii, osiągnięty rok wcześniej, po meczu z Crystal Palace, to trochę za mało, jak na pięć lat pracy w tak wielkim klubie….
Legia miała jeszcze gorszy sezon ligowy, broniła się przed spadkiem, ale ku zdziwieniu całej Polski i Europy była w stanie wyeliminować szkockie Aberdeen i naszpikowaną gwiazdami Sampdorię Genuę. Szczególnie pokonanie poprzedniego przeciwnika nie byłoby możliwe bez młodego Wojciecha Kowalczyka, dla którego świat czekał już na podbicie…
10 kwietnia 1991 doszło, więc do pierwszego meczu półfinałowego przy Łazienkowskiej pomiędzy obydwoma zespołami. Faworyta wydawało się łatwo wytypować, choć legioniści liczyli na awans do finału. Manchester z solidną parą stoperów, taką jak Steve Bruce-Gary Pallister, czy takimi asami, jak Brian McClair, Lee Sharpe i Mark Hughes budził ogromny respekt. Niespodziewanie mecz dobrze się układał dla Legii, co bardzo niepokoiło i doprowadzało w stan nerwowości Fergusona. Udokumentowaniem takiej gry była bramka Jacka Cyzio w 36 minucie spotkania. Szok! Radość na trybunach! Niedowierzanie! Jak się okazało, trwające tylko 47 sekund… Nieupilnowany Sharpe natychmiast rozpoczął kolejną akcję i dośrodkował do McClaira, który ze spokojem zdobył bramkę wyrównującą. Legia już przed końcem pierwszej połowy grała w osłabieniu, co niczego dobrego w drugiej części meczu nie zapowiadało. Czerwone Diabły dominowały od momentu wznowienia gry, co potwierdziły bramki Hughes’a i Bruce’a, które zamknęły marzenia stołecznej drużynie o triumfie w europejskich pucharach. Cały sztab szkoleniowy Manchesteru był spokojny, rewanż na Old Trafford zdawał się być formalnością i tylko przyszło wyczekiwać na wieści o przyszłym rywalu w finale.
W Anglii zawodnikiem, który się pokazał z dobrej strony był wspomniany już Wojciech Kowalczyk, który uratował honor warszawskiej drużynie. Był on z pewnością odkryciem tamtego sezonu, ale, jak historia pokazała oczekiwań w dalszej części kariery nie spełnił…
Tymczasem Ferguson zaczął się zastanawiać, jak przechytrzyć Barcelonę w finale. Odpowiedź była bardzo prosta – wystarczyło mieć Marka Hughes’a w drużynie…

 

Mogłem zostać

Kuba Pawłowski

Cholernie dużo czasu spędziłem w tym klubie i zawsze będę pamiętał wszystkie dobre chwile z nim związane. Jednak nigdy nie zapomnę tych złych. Nie chcę wylewać żadnych żali. Mówić o tym, co było dobre, a co było złe. To nie w moim stylu. Chcę tylko, żeby każdy kibic wiedział na kim się zawiodłem i dlaczego odszedłem. Znaczyłem i będę znaczyć tutaj bardzo dużo. Nie zasłużyłem na takie odejście po tylu latach ciężkiej harówki.

Doznaliśmy kompromitującej porażki z Middlesbrough. Styl był tak fatalny, że powiedziałem kilka słów prawdy o gówniarzach, którzy są odpowiedzialni za to, co się stało. Byłem kontuzjowany, nie mogłem grać. Nienawidzę takiej sytuacji, zawsze chcę być na boisku i walczyć o zwycięstwo. Byłem wtedy kapitanem drużyny i miałem prawo powiedzieć te słowa. Chciałem, żeby zadziałały na zespół jak zimny prysznic. Dali ciała i nie można było tak tego zostawić.

Trener nic nie zrobił, żebym został. Jak odchodziłem, to nawet nie pamiętał, w którym roku dołączyłem do zespołu. Nie chcę oceniać moich występów w klubie. Nie jestem od tego. Jednak fakty są takie, że przez lata nosiłem opaskę kapitańską i zawsze byłem z klubem. Na dobre i na złe. Litry potu wylewałem na treningach i w meczach, żeby wygrywać i odnosić kolejne sukcesy. Ten klub, to mój dom i moja rodzina. Kocham go. W tej chwili, poza kibicami, nikt o tym nie pamięta. Ważniejsze jest zdanie asystenta trenera, który nigdy nie był w porządku względem mnie i nic w tym klubie nie zrobił dobrego. Na dodatek zgadza się z nim trener i mówi, że jestem nielojalny.

Brak klasy ze strony trenera i klubu. Do tego dochodzą zarzuty, których nigdy się nie spodziewałem. Nagle w klubie chcieli się mnie pozbyć i nikt nawet nie protestował. Nie jestem najmłodszy, byłem kontuzjowany, nie bałem się powiedzieć, co myślę. Nie sądzę, żeby to były wystarczające powody, żeby zakończyć współpracę. A może jednak?

W mediach usłyszałem z ust trenera, że jestem najlepszym pomocnikiem swojej generacji, jedną z najwspanialszych postaci w historii naszego klubu i kluczową postacią w odnoszeniu sukcesów. Tylko dlaczego nie docenił tego wcześniej? Dlaczego nie zachował się inaczej? Pozwolił mi odejść i nawet nie próbował zatrzymać. Wystarczyło chcieć. Ja przez całą karierę chciałem i udowodniłem to na boisku.

 

Początki Wayne’a w United

Nina Rayska   

Nie znam dobrze postaci Alexa Fergusona, ale nie dawno przeczytałam biografię Rooney w której prezentował on swoje początki gry w MU. Myślę, że dla tego konkretnie zawodnika sir Alex Fergusona był jest i będzie wielkim autorytetem i ma na niego wielki wpływ.

Rooney trafił do Manchesteru z Evertonu w 2004. Gdy podpisał kontrakt od razu pojechał do swojego nowego klubu, aby się rozejrzeć i poznać swoich kolegów. Jego pierwszym przewodnikiem po kompleksie Czerwonych Diabłów był nie kto inny, a właśnie Ferguson. Reprezentant Anglii wspomina, że na początku nie poznał Bossa, bo w telewizji wydawał się o wiele niższy. Gdy Rooney rozpoczął już treningi w MU, sir Alex bardzo go oszczędzał ponieważ nie dawno wyleczył kontuzji. Jednak Wayne chciał za wszelką cenę grać, ale trener studził jego emocje. Pierwszą szansę dał „10” w meczu Ligi mistrzów z Fenerbahçe SK. Przed meczem Ferguson wziął go na stronę i powiedział, że da mu szanse w tym spotkaniu. Trzeba przyznać, że Boss ma niezwykłe wyczucie, bo Rooney ustrzelił hat-tricka.

Po spotkaniu Wazza nie mógł się dogadać z arbitrem technicznym, aby otrzymać piłkę meczową, narzekał na to tak w szatni, że Ferguson wyszedł z pokoju i przyniósł swojemu zawodnikowi tą piłkę, która była dla niego tak ważna.

Na początku kariery Wayne’a Rooney’a w MU odbyła się również tak zwana Pizza Gate. Jak wiadomo mecze Manchesteru United i Arsenalu powoduje wielkie emocje zarówno pośród kibiców jak i zawodników. W tamtym sezonie te drużyny były bezpośrednimi rywali w na pozycji lidera w lidze angielskiej. Emocje były wielkie szczególnie dlatego, że 15 minut przed końcem spotkania Rooney został powalony w polu karnym i sędzia wyznaczył „11”. Tym sposobem Czerwone Diabły dobiły Kanonierów i ostatecznie wynik spotkania skończył się na 2:0.

Jednak prawdziwa awantura rozpoczęła się dopiero w korytarzu po spotkaniu. Sam Rooney usłyszał krzyki już w szatni, ale wyszedł by zobaczyć co się dzieje. Zobaczył szarpaninę, rzucanie wyzwiskami między zawodnikami, no i sławetną pizzę lądującą na garniturze Alexa Fergusona. Uznał, że było to okazanie kompletnego b raku szacunku w stosunku do Bossa i spróbował dorwać atakującego, jednak jego koledzy kanonierzy wepchnęli już go do szatni. To jak opisuje to Rooney możemy uznać za pompatyczne, ale pokazuje jak wielki respekt ma do swojego trenera Anglika i, że traktuje go jak członka rodziny, której nie pozwoli skrzywdzić.

Przykład Wayne Rooney pokazuje jakie oko ma sir Alex do sprowadzania zawodników. Było wiadome, że ten zawodnik miał praktycznie podpisany kontrakt z Newcastle United, jednak w ostatniej sekundzie przechwycił tego młodego zawodnika Manchester i opłacało się. Jeszcze w tym samym roku zdobył on nagrodę dla najlepszego młodego zawodnika i do tej pory gra w klubie. W tym momencie Rooney jest jego liderem. Życzę Fergusonowi by znowu znalazł taki diament, który oszlifuje i będzie taką gwiazdą jak Wazza.

 

Po czyjej stronie leży wina?

TheBellator95

Chciałbym opisać wydarzenie ,którego głównym bohaterem jest od lat niezastąpiony trener Manchesteru United - Sir Alex Ferguson.

Najpierw jednak chcę opisać sytuację, która miała miejsce przed incydentem związanym z Beckhamem. Było to 15.02.2003 r. podczas meczu na Old Trafford pomiędzy Manchesterem United a obrońcą tytułu Pucharu Anglii z 2002 roku Arsenalem Londyn. Spotkanie było o tyle ważne ,że od niego zależało ,która drużyna awansuje dalej (nie było dwumeczu). Na prowadzenie wyszli podopieczni Arsene Wengera gdy w 34 min. bramkę z rzutu wolnego zdobył Brazylijczyk Edu.

Pomimo wielu okazji Manchesteru (w tym pudło Ryana Giggsa na pustą bramkę) to Arsenal zdobył drugiego gola w 52 min., autorem bramki był Sylvain Wiltord. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie i Manchester przed własną publicznością odpadł z F.A. Cup. Sir Alex Ferguson nie ukrywał swojej złości w szatni. Największe pretensje miał właśnie do Davida Beckhama ,którego obwiniał za stratę drugiej bramki. Szkocki trener tak się wściekł, że kopnął butem prosto w Anglika rozcinając mu lewy łuk brwiowy. Beckham też stracił panowanie nad sobą i rzucił się na trenera „Czerwonych Diabłów”.Na szczęście w porę zatrzymali go koledzy z drużyny tłumacząc mu ,że Ferguson nie chciał zrobić tego specjalnie. Davidem musiał zaopiekować się sztab medyczny. Po całej akcji trener oczywiście przeprosił Anglika mówiąc, że nie chciał tego zrobić i ,że był to tylko wypadek. Niestety przeprosiny nie wystarczyły, Beckham stwierdził ,że w tak złej atmosferze nie może kontynuować swojej pracy w klubie. United opuścił 1 lipca w 2003 roku i podpisał kontrakt z Realem Madryt.

Po czyjej stronie leży wina?

Według mnie po stronie Sir Alexa, który mógł opanować swoje nerwy. David też zareagował dość ostro, ale on moim zdaniem miał powód, bo nie tak dawno Angielski pomocnik był mocno krytykowany przez Fergusona. Szkot kłócił się już na treningach a w jednym z wywiadów powiedział, że „David jest nielojalny wobec klubu”. Te słowa Anglik przyjął do siebie mocno, nerwy jednak puściły dopiero w szatni. Jak widać afera, która miała miejsce, zadecydowała o odejściu z zespołu jednego z najlepszych w tamtym czasie piłkarzy na świecie. A szkoda...

 

Historia pewnej nienawiści

Damian Dragański

Nienawiść – była tu od zawsze. Namacalna, cuchnąca, wydobywająca się z każdego zakamarku. Nie dało się jej nie wyczuć i nie dało się przejść obok niej obojętnie. Była tak mocna, że chociaż niewidzialna, to uznawana za fakt. Namacalny. Porcjowana na części i dawkowana. Nie dało się od niej uciec albo wyleczyć. Były momenty, kiedy wydawało się, że trochę przycichła, może nawet znikła albo mieszkańcy Leeds przyzwyczaili się do niej i przestali zwracać na nią uwagę. Minęło ponad 7 lat od momentu, kiedy zespół z tego miasta pożegnał się z Premier League. Na Elland Road 20 września 2011 w ramach 3. rundy Carling Cup zawitał Manchester United. Paskudne uczucie znowu dało o sobie znać ze zdwojoną mocą.

Skąd wzięła się ta zawiść? Na to już faktów brak. Było wielu, którzy dokonali aktu nienawiści w tej wojnie. Wszyscy tak samo zaangażowani i pewni swoich racji. Pewności brak natomiast w ustaleniu źródła przyczyn konfliktu. Ale jakie to ma znaczenie? Kibice byli tak mocno zainfekowani wzajemną nienawiścią, że szukanie przyczyn było w ich przypadku najmniej istotne.

Alex Ferguson zadecydował, że drużyna przybędzie do Leeds dzień przed meczem i tam poczeka na spotkanie. Nie wiedział, że przyczynił się swoją decyzją do przedmeczowego preludium. Kiedy następnego dnia autokar Czerwonych Diabłów wyjeżdżał z hotelu Malmaison na trening kibice Leeds otoczyli pojazd. Przez moment piłkarze United byli w rękach oszalałego tłumu. Autobus wpadł w pułapkę. Akcja, którą Ferguson porównał de sceny z filmu „Zulu”, kiedy grupka brytyjskich żołnierzy kolonijnych stoczyła bój z tłumem zdziczałych tubylców. Kryzysową sytuację szybko zażegnała policja. Kilka wozów pełnych funkcjonariuszy rozpędziło agresywny tłum. Zawodnicy po chwili wyruszyli już innym pojazdem na stadion, gdzie kibice, tym razem obu drużyn, dopisali kolejny rozdział w historii zażartej wojny.

Trudno natomiast cokolwiek napisać o meczu. Bez historii. Mocniejszy rywal przyjeżdża na stadion rywala z niższej ligi i dokonuje rzezi niewiniątek. 3:0 osiągnięte ze spokojem i wyrachowaniem. Różnica umiejętności i doświadczenia. Natomiast na trybunach szargano wszelkie świętości. Katastrofa lotnicza cudownych dzieci Busby’ego? Zasztyletowanie dwóch fanów Whities w Istambule przez kibiców Galatasaray? Wydarzenia, na myśl o których spuszczamy głowy, na stadionie były wyszydzane. Kpiono z nich, tak, jakby były błahymi wpadkami, które przyprawiają o pobłażliwy uśmiech, a nie ludzkimi tragediami. – Pamiętam, kiedy grałem jeszcze w Manchesterze, chłopaki w szatni przed meczem z Leeds na Elland Road mówili: wyjdźmy tam, zróbmy swoje i szybko wracajmy, bo nie jesteśmy tam mile widziani – wspomina Lee Sharpe, zawodnik Diabłów, a potem Pawii.

Póki co piłkarze Manchesteru mogą spać spokojnie. Leeds nie wygląda na zespół, który mógłby szybko awansować do Premier League, a w Carling Cup pokonać Chelsea.

 

UWAGA!

dla czytelników Polsportu, którzy nie wierzą w swe szanse w konkursie: Futbol, cholera jasna! z 10% zniżką + dostawą pocztą gratis tutaj: http://www.labotiga.pl/ferguson Trzeba tylko wpisać kod rabatowy: POLSPORT



15:16, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie