czwartek, 24 listopada 2011

 

O tym, że świetną formę Roberta Lewandowskiego w Bundeslidze i reprezentacji Polski dostrzeżono w Premier League informował jakiś czas temu agent napastnika, Cezary Kucharski, zdradzając, że pod obserwację wzięły go  takie kluby jak Liverpool i Chelsea. Mecz z Arsenalem na Emirates Stadium był więc doskonałą okazją, żeby Lewy potwierdził dobrą opinie o sobie, żeby wrył się w pamięć angielskich menedżerów, trenerów, kibiców i dziennikarzy jak w swoim czasie Dymitar Berbatow, odwiedzający Wyspy w ramach Ligi Mistrzów z Bayerem Leverkusen (kluczowe gole w ćwierćfinale z Liverpoolem, wyeliminowanie w półfinale 2002 Manchesteru United), Edin Dżeko z Wolfsburgiem (gol na Old Trafford) i wielu innych choćby Rafael van der Vaart w barwach Ajaksu i HSV czy Tomas Rosicky w barwach Borussii.

W środowym meczu Lewandowski był chyba najlepszym zawodnikiem Borussii na boisku. Pracował jak wół dla drużyny, rozpychał, umiejętnie zastawiał, kilkakrotnie świetnie dogrywał do Shinji Kagawy, szkoda, że Japończyk był w stanie wykorzystać to tylko raz i to kiedy już właściwe było po meczu. Mimo jednak, że Lewy był najjaśniejszym punktem mocno wyblakłych na Emirates żółto-czarnych, zgadzam się z Michałem Szadkowskim, że za dwa tygodnie, a może szybciej, nikt na Wyspach nie będzie w stanie wymienić nazwisk żadnego z piłkarzy Borussii, którzy zagrali przeciwko Kanonierom, no może oprócz Mario Goetze, ale nie z powodu gry, ale plotek o transferze za wielkie pieniądze, o którym huczą tabloidy. Obawiam się, że gdyby zapytać kibiców Arsenalu o potencjalnego następcę Robina van Persie, który goli nastrzelał w roku kalendarzowym więcej niż Leo Messi, ale czy przedłuży wygasający kontrakt wciąż nie wiadomo - to nazwisko Lewandowski mogłoby nie pojawić się w pierwszej dziesiątce na liście życzeń. Holender pokazał czego powinno się oczekiwać od środkowego napastnika: był we właściwym czasie we właściwym miejscu i wystąpił w roli bezwzględnego egzekutora.

Robert rozwija się w błyskawicznym tempie. W porównaniu z poprzednim sezonem jest o klasę lepszy, nikt w Borussii nie płacze za Lucasem Barriosem, po spotkaniu z Bayernem niemieckie media samego Mario Gomeza wysyłały po naukę wszechstronności do młodego Polaka. Niech się może jednak nie spieszy aż tak bardzo z przenosinami do Premier League. Czekam na jego pierwszy wielki występ i gole przeciwko wielkiemu rywalowi - jak Bayern Monachium, Arsenal czy choćby nawet i Olympique Marsylia (będzie świetna okazja w ostatniej kolejce Ligi Mistrzów - BVB musi wygrać 4:0, żeby awansować z grupy), gole, które obiegną światowe serwisy i wreszcie pierwszą bramkę w sezonie, zdobytą gdzieś poza Westfalenstadion. Patrząc na prędkość jego postępów na miejscu Roberta obstawiałbym współpracę z trenerem Juergenem Kloppem najdłużej jak się da.

* Młodsi czytelnicy Polsportu tego nie pamiętają, ale kiedyś, żeby wjechać na Wyspy Brytyjskie trzeba było mieć w paszporcie wizę. Żeby ją dostać trzeba było przejść procedurę, niuekiedy mocno upokarzającą, w Ambasadzie w warszawskiej Alei Róż. Ileż to ja się nasłuchałem stojąc przez lata w kolejkach, jak odrzucano delikwentów przede mną, udających się np. na kurs angielskiego (piszę kursywą, bo wiadomo, że do roboty). - W Polsce też są przecież świetne szkoły angielskiego - mówił immigration officer i z wizy nici. Otóż myslę, że środowym występem Lewy nie przekonałby urzędnika. Usłyszałby zaproszenie za jakiś czas z bardziej wiarygodnymi papierami...

A w takim stroju Lewy nie wjechałby w dawnych czasach na Wyspy nawet z wizą w paszporcie. Pamiętam dramat kolesia z naszego autobusu, odesłanego z Harwich albo Dover do Polski, bo był ubrany we flanelową koszulę i miał ich kilka w bagażu. Znaczy - jechał do roboooty!;)

sobota, 19 listopada 2011

Kuba Błaszczykowski ma dość roli zmiennika w Borussii Dortmund i zimą może zostać wypożyczony. Do Wisły Kraków - informuje „Bild”. Można by się absurdalnym newsem niemieckiego brukowca w ogóle nie zajmować, ale jako, że Kuba jest kapitanem reprezentacji Polski i 8 czerwca na pewno powiedzie kolegów do boju w meczu otwarcia Euro 2012, warto się przyjrzeć jego sytuacji. Pewnie, że jest sfrustrowany brakiem występów w Borussii. Właśnie nie załapał się do kadry na mecz z Bayernem Monachium na Allianz Arena, nie mógł otrzymać od Juergena Kloppa większego dowodu braku wiary i zaufania i nie zmienią tego żadne wywiady i podkreślenia jak bardzo Kuba jest ważny etc... Jego frustracja Polaka jest tym większa - dawał jej upust podczas ostatniego grupowania - bo ma poczucie, że jest w najlepszej formie w karierze, ale udowadniać ma to okazję tylko w meczach reprezentacji. A przecież nasi kadrowicze z Borussii z różnych przyczyn nie wykorzystują w reprezentacji całego swego potencjału, jak w Bundeslidze (nie ten trener, trochę gorsi koledzy), czego najlepszym przykładem jest Łukasz Piszczek - w kadrze gra 60 proc. tego co w BVB.

Wierzę, że jeśli ta sytuacja potrwa do końca roku, to w styczniu byłby gotów zmienić klub, idąc na wypożyczenie czy permanentnie, byle tylko grać i być w formie na Euro 2012. Pewnie nawet na dużo gorszy, walczący raczej o utrzymanie w Bundeslidze niż Ligę Mistrzów, być może za nieco gorsze pieniądze (choć akurat Borussia w skali Bundesligi wcale nie rozpieszcza pod tym względem swoich zawodników). Może i na gorszą ligę, czytaj: francuską albo holenderską (w tej ostatniej byłby wzmocnieniem właściwie każdego klubu). Nie biorę jednak na poważnie możliwości powrotu do Wisły, nawet jeśli zachował do niej ogromny sentyment. Po prostu nie ma takiej możliwości, żeby 26-letni zawodnik z Bundesligi, wart wg transfermarkt.de 5 mln euro został wypożyczony do polskiego klubu. Nie pójdzie na to ani Borussia, która przecież docelowo będzie chciała zarobić na Polaku jakieś pieniądze, a jeśli sam zawodnik jest na tyle nierozsądny, żeby przeć ku takiemu rozwiązaniu, wybije mu je z głowy jego agent.

Czy ktoś ma złudzenia wobec Ekstraklasy? Arsene Wenger wolał oddać Wojtka Szczęsnego do 3. ligowego Brentfordu niż do Legii Warszawa, choć władze klubu z Łazienkowskiej bardzo się o to starały. Nici wyszły nawet z wypożyczenia 32-letniego Jacka Krzynówka do Wisły przed Euro 2008, kiedy pomocnik reprezentacji Polski grzał ławę, a często i miejsce na trybunie w Wolfsburgu. Napisałem wówczas apel-żart do Bogusława Cupiała, żeby w imię aspiracji kadry Leo Beenhakkera na Euro 2008 kupił Krzynówka, który mimo wieku i tak stałby się największa gwiazdą ligi, a jego doświadczenie przydałoby się w walce o wymarzoną Ligę Mistrzów. VfL chciał za niego 1,5 mln euro - ale była to cena zaporowa, którą dla Herthy Berlin postawił trener Felix Magath, nie mający interesu we wzmacnianiu rywala. Wisła mogła go mieć za 700-800 tys.

Znamienne są ówczesne słowa Krzynówka. - Bardzo nie chciałbym popełnić błędu z czasów gry w Leverkusen. Dwa lata temu niepotrzebnie zostałem na rundę wiosenną w Bayerze. Wchodziłem tylko w ostatnich minutach i na mistrzostwa świata w Niemczech byłem przygotowany źle. Brakowało mi pewności, to było widać na boisku. Dlatego teraz chcę albo odejść, albo grać. Nie odszedł, nie grał i skończyło się jeszcze gorzej niż na mundialu w 2006. Bardzo nie chciałbym, żeby podobny los spotkał Kubę. Nie chciałbym też, żeby okazało się, że jego los zależy od wyniku losowania Euro 2012 2 grudnia w Kijowie: jeśli szczęśliwie nie trafimy na Niemców, to go puszczą. Życzę mu więc, żeby znalazł klub, w którym dostanie to co dla piłkarza najważniejsze - zaufanie trenera i rolę na miarę swego potencjału. Ale, na Boga, nie tutaj, jeszcze w sam środek długiej przerwy zimowej, do klubu, którego nie wiadomo kto będzie wówczas trenerem i jaki będzie miał pomysł na cokolwiek. Nie żebym miał coś do Wisły, Kuba jest już po prostu za wielki na każdy polski klub ...

wtorek, 15 listopada 2011

Tak dramatycznie pustych trybun na meczu reprezentacji Polski jeszcze w swojej kilkunastoletniej dziennikarskiej karierze nie widziałem. Na pewno nie na meczu w Polsce, nawet we Wronkach na meczu z Estonią przy -10C było więcej ludzi albo na meczu reprezentacja - cudzoziemskie gwiazdy Ekstraklasy w Szczecinie. Czy to efekt kiepskiego rywala - Węgier, wystawienia przez Franciszka Smudę rezerw, cen biletów (120 pln?!) czy bojkotu 'drużyny PZPN' jak nazywają kadrę kibice po usunięciu godła z orłem z koszulek? Jak stwierdzili koledzy z Poznania, na pierwszoligową Wartę przychodzi tu więcej luda. A mamy 207 dni do Euro 2012...

Ale nawet ta niewielka garstka kibiców wykrzyczała pytanie obecne już we Wrocławiu: 'gdzie jest orzeł?' i odśpiewała działaczom PZPN, odpowiedzialnemu za jego zniknięcie z koszulek... tradycyjną pieśń o PZPN.

Smutne, gdy na tak wielki, fajny obiekt, na mecz reprezentacji przychodzi tak mało kibiców, że słuchać co drugie kopnięcie piłki i pokrzykiwania zawodników. Powiedziałbym, że to 'plaża', gdyby nie para z ust i zgrabiałe palce...

pS:

I odpowiedź zawodników tuż po meczu. Robert Lewandowski i Marcin Wasilewski przyznają, że boli ich taka niska frekwencja i brak dopingu. Mają poczucie, że obrywają za PZPN. I stwierdzają, że bez wsparcia trybun nie ma mowy o wyjściu z grupy na Euro 2012...



20:46, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 14 listopada 2011

 

 

Dawid Angamoss Kosmalski za kipiacą emocjami i (zasłużonym) triumfalizmem, świetnie napisaną notkę ‘Błękitny Hefajstos’ o derbach Manchesteru, Laziale83 za kipiacą emocjami i (zasłużonym) triumfalizmem notkę ‘Rzym znów błękitny’ o derbach Wiecznego Miasta, albiceleste10 za notkę (i tytuł!) ‘Zwycięzca konkursu’ cholera wie o jakim meczu, ale świetnie się czytało, Władysław George za nick i notkę ‘Mecz Korona-Bednarska’ o meczu Korony z Bednarską, małą literacką perełkę, pełną stecyzmów, co doceniamy w Sport.pl (dałoby się z nich utworzyć spory aneks do Słownika Piłkarskiej Polszczyzny), wreszcie ogqozo za najlepsze i z najciekawszej perspektywy opisanie Derbów Londynu - z wielu jakie nadeszły na konkurs - w notce ‘Cech się starzeje?’ - oto finaliści konkursu literackiego Mowa Trawa, inspirowanego książką Marcina Rosłonia. Jury, po długich naradach, trzykrotnym zrywaniu obrad, padaniu w drzwiach gabinetu Rejtanem, groźbach, że już nigdy nie będą recenzować żadnych konkursów na Polsporcie, ostatecznie ustaliło podium w sposób następujący:

 

1. Dawid Angamoss Kosmalski

2. albiceleste10

3. Władysław George

 

wyróżnienia:

4. Laziale83

5. ogqozo

 

Wszystkim gratuluję, proszę o przesłanie adresów pod które zwycięzcom wyślę książki z autografem Marcina, a wyróżnionym - jeszcze nie wiem co, ale coś na pewno.

 

Wszystkie notki nadesłane na konkurs z szacunku dla pracy autorów publikuję TUTAJ i TUTAJ_2. Nawet te za dłuuuugie (umowa była na 3 tys. znaków, dopuszczałem mały haczyk, ale nie taki na 5 tys!). Także po to, żebyście mogli ocenić czy zwycięzcy zasłużenie zgarnęli nagrody... Przypominam, że konkurs był literacki, na relację z meczu, z użyciem zwrotów, powiedzonek i starych prawd,  wyhaczonych przez Marcina Rosłonia na boiskach i szatniach i zebranych w jego Słowniku Piłkarskiej Polszczyzny. Jedni starali się upchnąć ich jak najwięcej, inni poprzestali na jednym zaledwie. Wygrały notki najbardziej kipiące emocjami, z najlepszym pomysłem, no i napisane najlepszą (niepiłkarską) polszczyzną. Aha, i na przyszłość: notka musi mieć tytuł! Inaczej nie jest notką... Wszystkim raz jeszcze dziękuję. A skoro o przyszłości mowa: już wkrótce kolejny konkurs, związany z wydaną właśnie autobiografią Ryana Giggsa, którą przetłumaczyłem...

 

 

 

Błękitny Hefajstos

Dawid Angamoss Kosmalski

Twórcy najwspanialszych drużyn piłkarskich na świecie są niczym kowale. Przez lata szlifują swój fach, ćwiczą z każdym dostępnym materiałem, dążą do perfekcji we wszystkich aspektach swojego zawodu, aby w chwilach próby pokazać światu wyrób doskonały, gotowy przełamać produkty warsztatów rywali. Roberto Mancini w futbolowej kuźni na Eastlands pracuje niespełna dwa lata. Dostał najdroższe narzędzia, a wraz z nimi nakaz wykucia nowej potęgi w Anglii i Europie. Wielu szydziło z Manchesteru City, wielu życzyło szybkiego upadku. Włoch jednak spokojnie pracował i powtarzał: „I’m here to win, always to win”. I słowa zaczął dotrzymywać. He comes from Italy, to manage Man City!

23 października 2011 stanął naprzeciw kowala jedynego w swoim rodzaju – Sir Aleksa Fergusona, pracującego w United 25 lat, mistrza dobierania składników do broni niezłomnych, zawsze pewnych zwycięstwa, o czym Mancini nieraz się przekonał. Spotkali się w Derbach Manchesteru w roli liderów ligi. Ofensywny zwrot taktyczny Włocha zapowiadał, iż tym razem derby, choć rządzą się swoimi prawami, nie będą emocjonujące tylko dla kibiców obu ekip. Tak też było. Emocje rozsadzały czaszkę od pierwszej do finałowej minuty. Od przewagi Czerwonych Diabłów z początku, przez gola Balotellego, jego stoickiego Why always me?, przez zimny strach, który wskoczył mi na plecy jak nieustępliwy obrońca-plaster, tuż po trafieniu Fletchera, do końcowych trzech minut, kiedy kilkadziesiąt tysięcy ludzi na Old Trafford zwiesiło nosy na kwintę i klnąc we wszystkich językach świata, opuściło stadion. We can see you, we can see you sneaking out!

Sześć jeden, sześć jeden. Czy mogłem prosić o coś więcej? Czy moje „zniszczcie ich, bo druga taka okazja nieprędko się nadarzy” w okolicach 3:0 nie zostało wysłuchane? Czyż Błękitny Hefajstos nie udowodnił, iż zna się na swoim rzemiośle? Stworzył drużynę z materiałów topornie poddających się obróbce, pozornie niepasujących do siebie. Zmusił do kolektywnej gry zawodników oskarżanych o nurkowanie w pieniądzach zarobionych na Etihad, nakazał harować dla błękitu takim charakterom jak niesforny Mario. Nie ugiął się pod presją krytyki i układał zespół tylko i wyłącznie według własnych kryteriów. Słusznie - koncepcja Roberto broni się nie gorzej niż catenaccio, od początku sezonu aż po wiktorię na Old Trafford. Powiecie, że czerwona kartka ustawiła derby. I zgodzę się, ale The Citizens udało się osiągnąć coś więcej niż trzy punkty i pięć bramek in plus. Wreszcie udało się nie dopuścić, aby niewykorzystane sytuacje się zemściły. Mnóstwo ekip przed City miało okazję pokonać United, a po końcowym gwizdku to chłopcy ze Stretford zgarniali pełną pulę. A tamtego dnia zostali rozbici, zniszczeni na własnym, niezdobytym od miesięcy Teatrze Marzeń. Silny strach przed porażką w sercach kibiców City wreszcie ustąpił na rzecz wiary, iż teraz wszystko jest możliwe. Nawet mistrzostwo na Eastlands zdobyte po wygranej w rewanżowych derbach. This is how it feels to be City!

 

Rzym znów błękitny

Laziale83

Kiedy w kwietniu ubiegłego roku, uziemiony jak pół Europy wybuchem islandzkiego wulkanu, zmierzałem na rzymskie Stadio Olimpico zobaczyć po raz pierwszy na żywo Derby della Capitale, czułem że jestem właśnie uczestnikiem czegoś wyjątkowego. Patrząc z okna miejskiego autobusu na wywieszone w oknach flagi, słysząc ryk skuterów tifosich przeplatający się z ich okrzykami czułem, że za chwilę obejrzę widowisko, którego nazwanie tylko „meczem” byłoby nieporozumieniem. O sportowych gustach się nie dyskutuje, ale święta rzymska wojna to najwspanialsze derby świata nie tylko w opinii wielu kibiców, ale również graczy, którzy mieli przyjemność brać udział chociażby w słynnym El Classico.

Tego wieczoru emocji było aż nadto. Świetny początek Lazio, a później przestrzelony karny i porażka 1:2. Niewykorzystane sytuacje się mszczą. Mijając po meczu wiwatujące w imię Romy Circus Maximus marzyłem tylko o sportowej zemście. Marzyłem o meczu, który będzie spektaklem i który na dobre uciszy stadionową Curvę Sud. Mając przed oczami skierowane w dół kciuki Francesco Tottiego, marzyłem by zobaczyć jak ze spuszczona głową schodzi do szatni. Marzyłem tak za każdym razem gdy zasiadałem przed telewizorem przed kolejnymi derbami. Od tego czasu przełknąłem gorycz porażki jeszcze 4 razy. 16-go października 2011 zasiadłem po raz piąty. Chciałem tylko remisu. Miałem już dość nieustannej chłosty od rywala zza miedzy.

Nie minęło 10 minut, a Pablo Osvaldo zadał pierwszy cios. „Vi ho purgato ancora” – „I ja wam do...m”. Napis na koszulce zabolał o wiele bardziej niż sam gol. Zabolał bardziej niż wtedy, gdy klika lat temu po raz pierwszy odsłonił go Totti. W przerwie chciałem wyłączyć transmisję. Ale derby rządzą się swoimi prawami. Początek drugiej połowy, faul na Brocchim i karny dla Lazio. W chwili gdy Hernanes doprowadzał do remisu trzymałem kciuki w pokoju obok. Nie mogłem na to patrzeć. Gdy usłyszałem, że trafił, poczułem, że to jest TEN dzień.

To, co działo się później nie pozwoliło mi usiąść ani na sekundę. Frontalne ataki biancocelestich, poprzeczka Klose, słupek Cisse i robinsonady Stekelenburga. Ale piłka wciąż nie chciała wpaść do siatki. Ostatnia minuta doliczonego czasu gry. Do dziś widzę tę akcję w każdym szczególe. Hernanes oddycha już rękawami i szuka ostatniego podania. Dostrzega Matuzalema. Ten niesygnalizowanie zagrywa do Klose, a Niemiec przy asyście 3 obrońców pakuje piłkę do siatki. Szaleństwo na Curva Nord. Nokautujący cios tuż przed końcem! Szalejący trener Reja, który pomimo 66 lat na karku, Romy nie pobił wcześniej nigdy. Symbol Lazio – orzeł Olimpia - rwący się do lotu z ręki swego opiekuna. I melodia ‘Non mollare mai’ – ‘Nigdy się nie poddawaj”.

Lazio kibicuję od kilkunastu lat, ale tyle wzruszenia nie dało mi nawet zdobyte w 2000 r. scudetto. I tylko Tottiego zabrakło tej cudownej niedzieli. Co czuł po ostatnim gwizdku? Gdzie tym razem skierował kciuki? Tego nie wiem. Ale wiem jedno – Rzym znów jest błękitny. Forza biancocelesti!

 

Zwycięzca konkursu

albiceleste10

Uwaga! Jakkolwiek tekst opisuje autentyczne wydarzenia, narracja osobowa użyta została wyłącznie celem ich udramatyzowania. Narratora absolutnie nie należy utożsamiać z autorem.

Podobno aby film dobrze się sprzedał, na początku musi być trup. Albo seks. A najlepiej i jedno, i drugie. Jednak jako że ani nie jest to film, ani nie zamierzam go nikomu sprzedawać, będzie tylko mordobicie i nieudolny strip-tease.

* * *

Od początku powinienem był się domyślić, że ta cisza nie wróży niczego dobrego. Żadnego serialu z telepudła, żadnej Rijany, ani Bijonse z odtwarzacza, żadnej paplaniny z psiapsiółkami na Skajpie. Nic. Wyszedłem z łazienki do taktu tupotu własnych stóp. Wyszedłem i zamarłem w pół kroku.

Moja małżonka stała w korytarzu odziana jedynie w przykusy kostiumik, który parę lat temu kupiłem jej dla hecy podczas wyjazdu do Berlina. Wtedy strasznie się wściekła, wywrzeszczała coś o braku szacunku, trzepnęła mnie w pysk i uciekła na tydzień do mamy. A teraz, ni z gruchy, ni z pietruchy, wyciągnęła to cholerstwo z dna szafy i tak kusząco się wygina… Wiem, że jeśli nie wykorzystam tej okazji, ona się na mnie zemści. Żona, nie okazja. Mimo to, zamykam oczy, odliczam w myślach do dziesięciu i…

- złotko, ale ja za pół godziny mam mecz…

* * *

- ale ty jesteś leszcz, Elflako – zadrwił kołcz, patrząc na moje limo, które właśnie zdążyło przybrać kolor dojrzałej węgierki – nawet w czoło się kopać nie potrafisz.

- to jakaś nowa technika motywacji, trenerze?

- a nie, nie. Zresztą, ciebie to akurat motywować dziś nie muszę. Ława.

No tak. Żona już się zdążyła zemścić (choć wiedziałem, że ten cios to tylko przygrywka). Teraz zaczynała mścić się okazja. Mogłem się w tym momencie z rozkoszą oddawać działaniom prorodzinnym. Zamiast tego, spędzę najbliższą przyszłość śledząc z wysokości ławki rezerwowych rozgrywane w ramach powiatowej ekstra byznes klasy derby branży budowlanej. A właśnie, derby – podobno rządzą się swoimi prawami. Jedyne, za to żelazne prawo naszych derbów jest takie, że zawsze zbieramy w pędzel.

* * *

Nie inaczej jest i tym razem. Do przerwy 0:4, a i to tylko dlatego, że tamci z F.-K. już po półgodzinie, pewni sukcesu, zaczęli odstawiać manianę. Tuż przed gwizdkiem, który odesłał moich oddychających rękawami kolegów do szatni, jeden z rywali przymierzył z jakichś trzydziestu metrów nożycami. Oczywiście spudłował, ale i tak wywołało to dziki pisk u biuściastej sekretarki i tlenionej blondie z marketingu.

Czy znam zapach szatni? Znam. Nasza szatnia pachnie tanim deo z Lidla, potem i desperacją. Przedtem zresztą też tak pachniała.

Moją nadzieję na zostanie bohatejro gasi spojrzenie kołcza odsyłające mnie znów na ławę. Szkoda. Mecz jest przegrany, to wiadomo. Aby go jakoś uatrakcyjnić, prezes F.-K. ogłasza konkurs na najładniejszą bramkę spotkania. Ciekawe, czy w nagrodę można dostać numer telefonu do tej blondie.

Gra się tak, jak przeciwnik pozwala. A my przecież nie chamy i rywalom pozwalamy na wszystko. Sędzia też. Na pięć minut przed końcem jeden z ich napastników pada w naszym polu karnym w kontakcie z wyjątkowo silnym frontem atmosferycznym. „Nurek! Nurek!” – drę się z ławki, ale sędzia (F.-K. stawiali mu dom) wskazuje na wapno. Strzelec robi Panenkę, a nasz bramkarz jak panienka wstydzi się piłki. To już 0:7.

* * *

I wtedy słyszę „Elflako, grzej się!”. Wchodzę na ostatnie sekundy. Pierwszą piłkę dostaję na zapalenie płuc. I to takie z solidnymi powikłaniami. Ledwie ją doganiam przed linią boczną. Próbuję odegrać z powrotem do bramkarza, ale ten właśnie bawi się w obserwatora ONZ.

Przegrałem na sucho z żoną i z trenerem. Przegrałem derby. Ale wygrałem konkurs. Piłka zdjęła pajęczynę z okienka naszej bramki.

Numeru do blondie nie dostałem. Może to i dobrze.

 

Mecz Korona-Bednarska

Władysław George

Najweselszy mecz miesiąca rozegrano 6 listopada w Bundeslidze, a chodzi tu – o zgrozo! – o znaną i lubianą B-klasę. Na stadionie Gwardii doszło do derbowego starcia, jakiego dotąd nie było i może już nie być. Faworytem była Korona Warszawa odkurzona po 90 latach niebytu, usiłująca nawiązać do tradycji najstarszego klubu stolicy. Jak dotąd koroniarze wykopali aż 15 punktów i wciąż bili się o przodek tabeli. Na teoretycznie straconej pozycji stała drużyna gości, kultowa w mariensztackich kręgach KS Bednarska, szalone idée fixe dyrektora szkoły złożone z absolwentów i przyjaciół. Trzeci sezon okazał się dla nas, Dumy Mariensztatu, równie trudny jak drugi rok polskiego kopacza na obczyźnie: koszmarne wyniki i 0 punktów. Stawką było opuszczenie grona NKwP (Najgorszych Klubów w Polsce).

Sukces przyszedł już przed pierwszym gwizdkiem – nasz potrafiący wstrząsnąć drużyną kapitan tym razem wstrząsnął monetą i wygrał losowanie. Czyżby zwiastun sukcesu? Uwierzyło w to przynajmniej dwóch bednarczyków na lewej flance. W drugiej akcji boczny obrońca katapultował piłkę z autu, po sprytnej zastawce playmakera w dobrej sytuacji znalazł się chyży lewoskrzydłowy i po roku posuchy skorzystał z techniki, jaką obdarzyła go Matka Natura i Ojciec Prać. Wyborny lob oszwabił piłkołapa; padł gol, co zdumiało obrońcę, który rękami zaliczył asystę, nie dotknąwszy piłki nogą. W następnych minutach dotknął nieraz i stąd pewnie kres dobrych akcji, pociechę za to niósł utyskujący prawoskrzydłowy, któremu po nocy nad pracą doktorską nie doskwierał brak paliwa w baku. Przed przerwą zaliczyłby trzy asysty, lecz napastnicy nie skorzystali z kilku patelni, co dziwi zważywszy, że w składzie zaiwania trzech kucharzy. Do przerwy jednak napadziory pichciły kibicom same zakalce.

Tuż po przerwie prowadzenie autsajderów urosło. Doskonała wymiana szybkich podań przywodziła na myśl Barcelonę – jeśli nie tę Guardioli, to chociaż tę ekwadorską z Quito – a kolejna wyśmienita wystawka nie pozostawiła snajperowi wyboru. Co prawda dziubnął haniebnie słabo, lecz zobaczywszy to, bramkarz solidarnie zrobił równie okrutny kiks, a piłeczka ospale przeturlała się przez linię. Po tym farfoclu goście zagrali z kontry, wykorzystując serducho do biegania bocznych obrońców. Tak nowoczesny styl gry z pewnością przyniósłby grad goli, gdyby obok wielkiego serca znalazło się miejsce na knykieć umiejętności i z pół łokcia celnego dośrodkowania. Niewykorzystane sytuacje się mszczą, a w końcówce Korona zwietrzyła szansę na odegranie roli mścicieli; Bednarską ratowała poprzeczka, nochal bramkarza i kryjąca na radar defensywa. W niemal ostatniej akcji nasz filigranowy napastnik wyskoczył do górnej piłki i z gracją baletnicy przegłówkował golkipera, wbijając gwóźdź do trumny Korony (nad szansami tego zespołu na awans powoli też można zapalić świeczkę). Lepsze nastroje zapanowały wśród wojów Bednarskiej, którzy zasłużenie wybiegali i wypocili pierwszy triumf. Boć klub ten to krwawica nasza i nasz to safandułowaty szkrab!

Pretensje do moich rodziców!

Michał Trela

"Pamiętam te święte słowa - nigdy nie zejdę na psy". Kończącą frazę hymnu Cracovii zawsze uważałem za kontrowersyjną. Zresztą nadal uważam, bo jest prowokacyjna. Tak, jakby Cacau wyśpiewywał "Deutschland Deutschland ueber alles", a nasze orły bez orłów - "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz". Niemniej, po derbach Krakowa, cieszę się, że Maleńczuk te słowa w hymnie umieścił.

To były moje pierwsze prawdziwe derby. Fakt, dziewicze zaliczałem w Żywcu na meczu okręgówki pomiędzy Koszarawą a Góralem. Potyczka to owszem krwawa, ale z całym szacunkiem dla żywczan, nieporównywalna z derbami Krakowa. Na pewno jednak bardziej niż inne derby, które odwiedzałem, bo sparingowy mecz Rekordu z Podbeskidziem w porównaniu do świętej wojny, musi wywoływać tylko pusty śmiech. Pozostałe mecze, na których byłem to maksymalnie "derbiki", jak starcie Podbeskidzia z Górnikiem Zabrze.

Na stadionie może mnie irytować milion błahych rzeczy, ale przede wszystkim nie cierpię zorganizowanego bluzgu i skupiania się tylko na przeciwniku. Ale, cóż, wstyd przyznać, tego po derbach oczekiwałem, bo one rządzą się swoimi prawami. Nie wyobrażałem sobie czystej gry i wymyślania kolejnych dobrotliwych gestów, które do historii piłki przejdą jako "gest Boljevicia". Miało być ostro i było. Już ten hymn wywoływał mrowienie na plecach. Odśpiewywany przez tłumy pasiastych kibiców. A gdy doszło do słów: "Nigdy nie zejdę na psy". Cały stadion lekko się wychylił, skierował pięści w stronę sektora gości i wywrzeszczał im w twarze powyższe zdanie. Na co goście odparli: "To my, to my, wściekłe psy!". A ja już wiedziałem, że będzie mi się podobało.

Fanom Cracovii lepiej udało się trafić do piłkarzy. Może stało się to z powodów prozaicznych, wszak w szatni Pasieki dominuje mowa bałkańska, jakoś spokrewniona z tutejszą. Wiślackim graczom trudniej było zrozumieć kibicowski zaśpiew podczas meczu z Podbeskidziem "Każdy piłkarz niech pamięta, wygrać derby to rzecz święta". Poza tym, trudno cokolwiek przekazywać w czasie gry, bo przecież zawodnicy harują wtedy w pocie czoła.

Kibice "Pasów" przyszli na trening, a głosy wsparli graficznie, aby ułatwić zrozumienie i wywiesili transparent: "Walczyć, pracować, Cracovia musi panować". No i na boisku było widać, że tego listopadowego wieczoru van der Biezen dałby się pokrajać za wygraną, co zaowocowało zwycięskim golem, po zagraniu mu piłki na nos przez Saidiego, a losowo wybrana przykładowa ofiara – Jaliens grał na tym samym poziomie, co zawsze, czyli kopał się w czoło, spacerował i podglądał, czy dobrze widać Błonia z wysokości murawy.

Po ciekawym meczu i naprawdę piorunującej atmosferze na trybunach, którą ciężko będzie mi zapomnieć i przyrównać do jakiegokolwiek innego starcia, Cracovia wygrała u siebie z Wisłą po raz pierwszy od 28 lat. Wszyscy już wiedzą, czego im było trzeba do zwycięstwa? Sorry, że tak długo, ale wcześniej nie mogłem przyjść. Najpierw mnie na świecie nie było, a potem zawsze coś mi wypadało...

 

Inter – Juventus

czyli 45 minut po których długo byłem w szoku

Pivkasylvek

W październiku, tak jak pan już wspominał odbyło się mnóstwo pięknych, szokujących i oszałamiających spotkań.  Sensacyjne 1-6 na Old Trafford, niesamowite 3-5 na Stamford Bridge oraz wspaniałe mecze Barcelony i Realu Madryt. Jednak ja najbardziej zapamiętałem mecz na San Siro pomiędzy Interem Mediolan, a Juventusem Turyn. Kilka lat temu tenże mecz decydowałby o Scudetto, teraz derby Włoch po aferze korupcyjnej straciły na swojej atrakcyjności, jednak ten mecz przypomniał mi jak w piłkę powinno się grać.

Obie ekipy do tego spotkania przystąpiły w najmocniejszych składach i z jak najbardziej odpowiednią motywacją, ponieważ już od pierwszej minuty każda z ekip mocno zdeterminowana, starała przedrzeć się pod pole karne rywala. Już w przeciągu pierwszych pięciu minut Nerazzurri doszli do trzech bardzo dogodnych sytuacji podbramkowych. Najgroźniejszą z nich był strzał z dystansu Maicona, kiedy to lot piłki sprytnym zagraniem piętą chciał zmienić Pazzini.

Dobra gra w ataku Interu, nie przełożyła się na dobrą postawę w defensywie. Po naporze Interu do głosu doszła ekipa Conte. I w 12 minucie lepsza gra gościu przyniosła efekty. Matri przerzucając na prawą flankę zainicjował bardzo groźną akcję. Na prawym skrzydle piłkę na klatkę piersiową „skleił”  Lichtsteiner, po chwili zagrał futbolówkę w pole karne do wbiegającego Matriego.  Strzał Włocha obronił Castelazzi lecz piłka sparowana przez bramkarza Interu trafiła do Vucinicia, a ten ze stoickim spokojem wpakował piłkę do siatki.

Inter wyraźnie podrażniony stratą gola, rozpoczął jeszcze większy napór. Jednak wyraźna nieskuteczność gospodarzy aż raziła w oczy. Ale w końcu ta sztuka się udała. Maicon otrzymał wspaniałe podanie od Sneijdera, ze skraju pola karneego uderzył „ ile fabryka dała”, a futbolówka odbita jeszcze od nogi obrońcy zaskoczyła Buffona i zatrzepotała  w siatce.

Mediolańczycy wyraźnie uradowaniu po strzeleniu gola nie zachowali odpowiedniej koncentracji, co wykorzystał były zespół Zbigniewa Bońska. Bianconeri skonstruowali  piękną akcje. Piłka przed polem karnym trafiła do Marchisio, który na małej przestrzeni wymienił dwa szybkie podania z Matrim. Futbolówka jak po sznurku powędrowała pomiędzy dwoma obrońcami i dzięki temu Principino z szesnastu metrów mógł uderzyć na bramkę co też uczynił bez chwili namysłu. Choć w piłkę uderzył nieczysto to jednak znalazła się w siatce wpadając do bramki tuż obok słupka.

Z kolejną minutą mecz nabierał rumieńców jednak pierwsza, także wspaniała połowa zakończyła się wynikiem 2-1.

Tenże wynik utrzymał się do końca spotkania, choć podopieczni Ranierego starali się z całych sił. To jednak Juventus w tym starciu był lepszy.”Stara Dama” potrafiła świetnie bronić, czego owocem były piękne robinsonady Buffona. Grali również bardzo ekonomicznie, a w odpowiednim momencie niemalże wkręcali rywala w ziemię. Kilku piłkarzy Interu mogli się czuć jak Tarzany.

 

MUTD – ARS 8:2

Dawid Guszczak

- Dziadku, opowiedz mi o tym legendarnym meczu, kiedy to Diabły rozbiły Kanonierów 7:2, proszę.

- Wnusiu. Po pierwsze: nie Diabły, lecz Czerwone Diabły. Diabły są w Kaiserslautern. Po drugie, wnusiu, nie 7:2 lecz 8:2… no dobrze – opowiem – lecz za wiele to ja nie pamiętam…

- Powiedz dziadku choć tyle ile pamiętasz, mimo dwóch siekier na karku.

- Dobrze – rzekł dziadek Dawid – Mecz odbył się w niedzielę, weekend przed weselem Twojego dziadostwa. Pamiętam, że Twój wujek Marcin chciał zorganizować wieczór kawalerski u kolegi z Irlandii, ale moja narzeczona była zazdrosna i nie chciała mnie kryć na radar. Dlatego imprezę przeniesiono do mojego pokoju. Twój wujek Marcin, a brat mój jedyny, zgubił telefon komórkowy (trochę rozbudowaną formę telegrafu). Pojechaliśmy na komisariat zgłosić zaginięcie, później była gitara, wódka i śpiew, pizza, znowu wódka, coraz słabszy śpiew (już bez gitary), rzyganie, picie, znowu rzyganie (gra się tak jak przeciwnik pozwala, a kumple miały mocną głowę), znowu picie. Wszystko oczywiście u mnie w pokoju, nie na komisariacie. Rano cztery piwa na kaca po sześciuset gramach czystego opłatka w płynie. Przespałem całą niedzielę. Obudziwszy się ze śliną na brodzie i kawałkami pizzy między zębami, poszedłem do Geparda na mecz. Nie sam – z bólem głowy. Hat-trick zaliczył Wayne Rooney. Arsenal został przed sezonem osłabiony, sprzedał trzech kluczowych graczy. Manchester zaś wzmocnił się, przez co zagrał z Arsenalem w dziadka, kiedy to londyńczycy kopali się po czole. W bramce bronił Szczęsny, jeśli dobrze sobie przypominam, to miał na imię Maciej. Ten, który bronił potem na Euro w 2012 roku. Przed laty jego ojciec również bronił w bramce w koszulce z orzełkiem na piersi. Bo kiedyś to jeszcze był orzełek, ale tę erę to już nawet taki dinozaur jak Twój dziadek słabo pamięta…

- Dziadku! Ale powiedz mi jeszcze coś o tym wspaniałym meczu! Jak padały gole, kto asystował, jak to się stało, że przewaga Diabłów była tak druzgocąca?!

- Wnusiu. Powiedziałem Ci, że mało pamiętam, bo mecz ten rozegrany został sześć dni przed moim weselem…

- Toż to bardzo dawno temu dziadku, właśnie wczoraj był trzeci września; bawiliśmy się na babci i dziadka złotych godach

- Mówiłem Ci Miłoszku – to było tak dawno temu, że niewiele pamiętam. Tylko ten wynik. Ale popatrz ile dziadek ma lat, a ile jeszcze w głowie mu pozostało. Tobie wnusiu, podczas tej kilkuminutowej rozmowy, wyleciało z głowy, iż na Manchester United nie mówi się Diabły tylko Czerwone Diabły.

- Oj tam dziadku, czepiasz się – zasmucił się wnuk, po czym nagle pojawił się nieśmiały uśmiech na jego twarzy, jak tylko usłyszał od dziadka, że jeszcze mu się coś przypomniało. – Dziadku! Może chociaż nazwisko jednego z trenerów?

- Nie wnusiu. Mnie się właściwie przypomniało, że w zasadzie to w tym meczu 8:2 bronił Wojciech, a Maciej był jego ojcem grającym z orzełkiem na piersi pokolenie wcześniej. Tak – Wojciech był tym z blamażu Kanonierów i tym chwalącym koszulki bez orła przed EURO…

 

Derby Londynu na Stamford Bridge

Rossi-4

Derby Londynu na Stamford Bridge były wyjątkowym spektaklem. Nieprzewidziane zwroty wydarzeń, cudowne bramki, dramaty zawodników i wyklarowanie niespodziewanego zwycięzcy – tak, ten mecz będzie sztandarowym przykładem, jak ponadprzeciętne emocje przynosi ze sobą każdy sezon Premier League.

Wszystko zaczęło się doskonale planowo. Prezentujący nierówną formę Arsenal stał w opozycji do bardzo regularnej Chelsea. Nawet słynne „derby rządzą się swoimi prawami”, głoszone przez futbolowych racjonalistów, rozbijało się o werbalną nawałnicę wróżącą Kanonierom dotkliwą klęskę. Początkowe 15 minut to klasyczna wymiana ciosów, ale snajperski nos zawodził kolejno Torresa, Gervinho i van Persiego. Bramka otwarcia dla The Blues autorstwa „super-diesla”, czyli Franka Lamparda stanowiła tylko preludium do późniejszych wydarzeń i przy okazji świadczyła o zasadności tezy o zemście i niewykorzystanych sytuacjach.

Do remisu doprowadził duch starego, dobrego Arsenalu, który z duża pielęgnacją poprowadził piłkę kolejno przez nogi Artety, Ramsey'a, Gervinho i wreszcie kapitana Robina. W rolę obserwatorów ONZ-u wcieliła się cała obrona Chelsea, która tylko przyglądała się superszybkiej wymianie podań. Ciekawą pierwszą połowę bramką zakończył John Terry, który wcześniej wygrał walkę o pozycję z rosłym Mertesackerem. Na początku drugiej połowy Kanonierzy postanowili ostrzelać bazę przeciwnika prawdziwie artyleryjskim atakiem. Po czterech minutach intensywnego szturmu Alex Song doskonale wypatrzył po lewej stronie boiska Andre Santosa.

Dla wielu piłkarzy byłoby to podanie z cyklu „na zapalenie płuc”, ale nie dla szybkiego Brazylijczyka, który chwilę później płaskim strzałem posłał piłkę obok

dłoni Petra Cecha. Kolejnym wymiernym efektem szturmu ekipy z północnego Londynu była efektowna bramka Theo Walcotta. Szybki jak wicher reprezentant Anglii po imponującej szarży huknął w kierunku bliższego słupka bramki. Piłka, pomimo efektownej robinsonady golkipera Niebieskich, po raz trzeci zatrzepotała w siatce. Uzyskane prowadzenie lekko ostudziło piłkarzy Arsenalu, którzy wycofali się w kierunku swoich okopów i czekali na okazję do kontrataków.

Trener Villas-Boas zdecydował się na wprowadzenie najcięższego działa - Romelu Lukaku. W 81minucie potężny Belg schował do kieszeni Andre Santosa, a piłkę przed polem karnym przejął Mata i mimo ofiarnej interwencji Songa uderzył na bramkę. Delikatny rykoszet utrudnił interwencję Szczęsnemu i dał kolejną porcję nadziei graczom Chelsea na zwycięstwo w tym jakże prestiżowym meczu.

Nikt wtedy nie przypuszczał, że za chwilę ma odbyć się koronacja króla Londynu w postaci dwóch wspaniałych goli Captaina Van-tastic. Najpierw, po wielbłądzie Maloudy, znalazł się sam przez Cechem, wytarzał go i kopnął piłkę do pustej bramki. Kilka chwil później oddychający rękawami The Blues nie zatrzymali decydującej kontry. Finalnym jej efektem było podanie Artety do van Persiego, który tym razem okrutnym rogalem przypieczętował wielki triumf Arsenalu.

 

Cech się starzeje?

ogqozo

W piłce nożnej (czy nie wszędzie?) czas leci szybko. Jednego dnia Petr Cech jest jednym z najlepszych bramkarzy świata, a następnego ktoś mówi: „pamiętasz, że Petr Cech był kiedyś jednym z najlepszych bramkarzy świata?”. Będący na bieżąco młodzieńcy są ci w stanie wymienić co najmniej dziesięciu lepszych bramkarzy Premier League. Będą cię przekonywać, że lepiej gra w tym sezonie nawet wypożyczony do Atletico Thibaut Courtois, który jest młodszy od twoich dzieci (rocznik 1992). I, co gorsza, będą mieć rację.

Nie wmówicie mi, że derby rządzą się swoimi prawami i spotkanie z Arsenalem to był jeden, specyficzny mecz. Że wyraźnych błędów Cech wiele nie popełnił, więc sprawy nie ma. Jest, bo w dzisiejszych czasach wymaga się pomyłek w liczbie zero. To jedyna dopuszczalna liczba. Stanie na bramce w dobrym klubie – Realu, Barcelonie, Bayernie – polega na nudzeniu się przez 89 minut, by podczas tej jednej akcji rywali stanąć na wysokości zadania. A jak się sprawił Cech w starciu z United? Trzy okazje rywali, trzy gole. QPR? Jedna okazja, jeden gol. Spotkanie z Arsenalem to więc tylko wisienka na torcie. Po wielu średnich meczach – mecz słabiutki.

Jeśli twój klub ma walczyć o mistrzostwo Anglii, to nie chcesz mieć na bramce człowieka, który daje się wykiwać Theo Walcottowi, wpuszcza niegroźny strzał Andre Santosa, wbija do bramki lekkie uderzenie Robina Van Persie'ego. Jeśli masz być najlepszy, musisz mieć na każdej pozycji piłkarza z czołówki. Cech obecnie takim nie jest. W tym jakże ciekawym sezonie Premiership co tydzień inny golkiper wyczynia istne robinsonady: Al-Habsi, Begović, Ruddy, Krul, Kenny, ostatnio Vorm i Friedel... nigdy bramkarz Chelsea. Wydawało się, że to rywale z United będą mieć problem z bramką, zawierzywszy młodziutkiemu Davidowi De Gei – a proszę, po paru początkowych błędach Hiszpan łapie jak natchniony. Choć w dwóch spotkaniach pauzował, ma najwięcej obronionych strzałów w lidze (49). Cech ma ich 16, co daje mu ostatnie miejsce (wyłączając rezerwowych). I to nie tak, że nie ma czego bronić – pod względem straconych bramek Chelsea jest nisko, w połowie ligowej stawki. Między słupki Joe Harta poleciało siedem piłek więcej – Anglik po prostu mniej ich wpuścił. W starciu z Arsenalem Cech mógł sobie nieco statystykę obron poprawić. Jak wyszło, widzieliśmy.

Oczywiście, jak wszędzie, tak i w piłce nożnej, wszystko mogło się skończyć inaczej. Szczęsny mógł dostać czerwoną kartkę i on wtedy byłby antybohaterem. Osłabiony Arsenal może nie stworzyłby tych kolejnych okazji, które poniżyły Cecha. Mata mógł jeszcze raz „rąbnąć” w okienko, bo obrona Arsenalu dawała mu wiele miejsca. Chelsea mogła wygrać. Jak zwykle Lampard, Terry czy Cole uratowaliby sytuację. Ale nie zmieniłoby to faktu, że The Blues opierają się obecnie na pewnym paradoksie. Oto klub, który teoretycznie może mieć w składzie każdego piłkarza, jakiego zechce - a wystawia regularnie środkowego napastnika, który nie strzela, i bramkarza, który nie broni.

18:14, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (19) »

A to druga część notek nadesłanych na konkurs 'Mowa Trawa', które niestety nie wygrały ale z szacunku dla pracy autorów publikuje je wszystkie. Nawet te za dłuuuugie (umowa była na 3 tys. znaków, dopuszczałem mały haczyk, ale nie taki na 5 tys!). Także po to, żebyście mogli ocenić czy zwycięzcy zasłużenie zgarnęli nagrody... Przypominam, że konkurs był literacki, na relację z meczu, z użyciem zwrotów, powiedzonek i starych prawd,  wyhaczonych przez Marcina Rosłonia na boiskach i szatniach i zebranych w jego Słowniku Piłkarskiej Polszczyzny. Jedni starali się upchnąć ich jak najwięcej, inni poprzestali na jednym zaledwie. Wygrały notki najbardziej kipiące emocjami, z najlepszym pomysłem, no i napisane najlepszą (niepiłkarską) polszczyzną. Wszystkim dziękuję, zwycięzcom jeszcze pogratuluję...

Korona - ŁKS 0:2

Baltonka

Biegną na mnie we trzech. W sumie to mogliby biec pojedynczo, ostatnio na jedno wychodzi. Gdy graliśmy z Wisłą, to Lamey spojrzał na mnie koso, powiedział „To Wielka Rafa Koralowa! Nie, to Rafa Benitez! …nie to tylko uzdolniony bramkarz drużyny przeciwnej. A może jednak rafa koralowa? Avanti!”. I zanurkował, pudłując piłkę haniebnie o dobre pół metra, ale mnie trafił w punkt. A sędzia Małek co? A sędziemu Małkowi się spodobało.

Następnym razem wniosę do ligi, żeby nasze mecze prowadziła sędzia Anna Maria Wesołowska - ona nie ma oporów, żeby swoje decyzje jakoś uzasadnić, a i apetyczna z niej kobieta. …nie ujmując nic zwierzęcemu magnetyzmowi sędziego Małka oczywiście. Gol i co? I znowu cztery punkty na minusie w Fantasy Lidze – a coś mi podpowiadało, żeby nie wstawiać siebie, tylko żeby zainwestować w Pareikę.

Tamci wciąż biegną we trzech. Moi chyba złożyli papiery do filmówki na wydział operatorski i właśnie uzupełniają swoje portfolia o kręconą z ręki scenę nieudanego pościgu. A później to mnie ludzie na ulicy pytają „Ile wpuściłeś?”, choć znacznie uczciwiej byłoby klepnąć obrońców w ramię z pytaniem „Jak tam na grzybach było?”, lub „Bierze ryba? Czym nęcisz?”.

Gdybym był prezesem drużyn przeciwnych, to kazałbym w ramach oprawy meczowej przygotować jakąś fajną, dramatyczną muzyczkę na okoliczność szybkich kontrataków raz po raz sunących na naszą bramkę, jakiś motyw z „Czarnych chmur” albo z reklamy proszku, gdy pani widzi koszulkę zabrudzoną sosem z gulaszu. A tak – biegną we trzech od dobrych trzydziestu metrów i cisza. A w ciszy ściga ich jedynie stłumione „**l** mać” asystenta naszego trenera, zmagającego się od lat z wadą wymowy.

Wbiegają w pole karne. Moja natura stoika nakazuje mi stać twardo jak skała i chybotać się jak wiązka trzciny, zgodnie z radami Marka Aureliusza. Są w życiu człowieka chwile, gdy marzy, aby wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady. A jesień mamy taką piękną! W całym tym splendorze czerwieni i złota, irytuje mnie tylko żółć, która zalewa mi wątrobę gdy… SPALONY!! Haha, jesień to moja ulubiona pora roku!

Dwie bramki, które później wbijamy zdezorientowanej Koronie, są słuszne i dobre. Najpierw Sagan przyłożył się i trafił, potem zaś Kłus też się przyłożył i też trafił. O szczegółach wolę nie dyskutować, akurat ja mam najgorszą pozycję do wnikania w szczegóły poczynań naszych snajperów. Z mojej perspektywy spotkanie wyglądało jak próba ukształtowania chaosu w … może jeszcze niekoniecznie w mecz piłkarski, może w coś łatwiejszego, bo ja wiem? W ustawienie zastępu harcerzy w dwuszereg, albo w przechodzenie parami przez skrzyżowanie grupy „Truskawki” z pobliskiego przedszkola. Próba nieudana, ale właśnie na taką okazję bóg dziennikarzy stworzył określenie „mecz o panowanie w środku pola”.

Cieszyć się – cieszymy, ale ja tam wolę pozostać przy swoim stoicyzmie i nie podpalam się nadto. Uważam, że dopóki bronię bramki ŁKS-u Łódź, to jest to postawa słuszna.



 

Piast Gliwice - Wisła Płock 2:1

Maciej Korpak

To był wielki dzień. Wielki nie tylko dla kibiców gliwickiego Piasta, lecz dla całej śląskiej piłki dla której otwarcie nowej areny w Gliwicach może być w pewnym sensie momentem przełomowym jeśli chodzi o budowę stadionów, albowiem wszyscy wiemy jak z tym na Śląsku krucho.

Mecz rozpoczął się od naporu graczy Piasta - i nic w tym dziwnego. Jednak golkiper z Płocka swoimi robinsonadami odbierał gliwiczanom ochotę do gry. To musiało się tak skończyć... ale co? Po raz kolejny swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości miało stare, wszystkim bardzo dobrze znane porzekadło mowiące że niewykorzystane sytuacje się mszczą. Wynik utrzymał się już do przerwy, a  kibice Piasta bawili się w najlepsze w wyśmienitych do oglądania meczu warunkach. Wraz z upływem czasu, wynik nie ulegał zmianie, może dlatego, że supersnajperowi z Gliwic, Wojtkowi Kędziorze został przylepiony plaster w postaci jednego z obrońców, co zupełnie wyłączyło go z gry, zaowocowało to zmianą ponieważ Wojtek sobie nie radził i zdawał się już oddychać rękawami. Wprowadzeni piłkarze wnieśli sporo świeżości w grę Piasta, a gracze którzy opuścili boisko zdawali się oddychać rękawami - co podobało sie kibicom, ponieważ wynikało to z zaangażowania i chęci do gry. Minuty mijały a dziennikarze już pisali swoje artykuły tytułując je formułkami podobnymi do: Blamaż na otwarcie stadionu w Gliwicach. Musieli się rozczarować ponieważ Marcin Brosz zagrał na nosie wszystkim tym, którzy zdecydowali się opuścić swoje miejsce przed końcowym gwizdkiem, oraz tym, którzy w Piasta nie wierzyli. 89 minuta... akcja prawą stroną boiska, dośrodkowanie, 10000 ludzi wstaje z miejsc, w zamieszaniu najlepiej odnajduje się kapitan Piasta - Tomasz Podgórski - i strzałem po rykoszecie umieszcza piłkę w siatce! W tym momencie ten najnowocześniejszy stadion na świecie zamienił się w piekło dla piłkarzy z Płocka, ponieważ wszyscy zgromadzeni fajni na stadionie z szalami w górze, fetowali zdobytą bramkę i oczekiwali następnej. Czy jest równie pięknego jak gol strzelony w 90 minucie, na otwarcie stadionu, przez wychowanka, kapitana, ulubieńca kibiców? Wydawałoby się że nie, ale to co zobaczyli kibice przy Okrzei przerosło ich oczekiwania. 95 minuta, a na zegarze wynik 2:1 dla Piasta! Adrian Klepczyński, wykorzystując zamieszanie w polu karnym dosłownie wpycha piłkę do siatki! Nie znam słów by opisać to, co stało sie w tym momencie w Gliwicach. Łzy w moich oczach mogą chyba być wskaźnikiem tego, jak ten gol był dla wszystkich kibiców ważny. Gwizdek sędziego i wielka feta na sadionie! Wspólne śpiewy z głównymi aktorami tego widowiska sprawiały że ciarki przechodziły po plechach. Nikt nie chciał opuszczać tego dnia Stadionu Miejskiego. Piast zasłużenie, lecz szczęśliwie, zgarnął 3 punkty. Kibice wracali w szampańskich nastrojach do domów i dało się słyszeć zapytania o czas i miejsce zakupu wejściówek na następny mecz. Jeśli więc ktoś maczał w tym wyniku palce... to można stwierdzić że zasługuje na miano boga marketingu.

 

Pożegnanie z Maaskantem

Dymion9

Zrelacjonować wielkie derby Manchesteru i pogrom drużyny Sir Alexa Fergusona? Czy poświęcić notkę Wojtkowi Szczęsnemu i jego kapitalnym robinsonadom, zdobiącym starcie niebieskiej z czerwoną częścią Londynu? A może by tak napisać tekst oddający hołd Leo Messiemu, za wpakowanie hat-tricka bramkarzowi Mallorci. Wybór ogromny, ale niestety te mecze widziałem jedynie za pośrednictwem Canal+, siedząc wygodnie przy barze i popijając zimne piwo. Zadaję więc sobie pytanie, czy pisanie o spotkaniu piłkarskim z takiej perspektywy, nie będąc na trybunach, ma sens? Przytoczę tu hasło z oprawy kibiców Legii Warszawa „To trzeba przeżyć, żeby to zrozumieć, żeby w to uwierzyć”, zgadzam się z tym w całości. Taka właśnie będzie moja relacja, widziana nie z ciepłego domowego fotela, a z brudnego stadionowego krzesełka. 29 października do Krakowa zawitała drużyna Podbeskidzia B-B. Prawdę mówiąc, kibice z Bielska nie zaliczają się do czołówki sceny ultras w Polsce. Nie był to więc mecz ciekawy, ani pod względem kibicowskim, ani tym bardziej sportowym. Jak to zwykle bywa ubrałem czerwoną koszulkę, założyłem szalik i ruszyłem na stadion Wisły. Drobiazgowa kontrola na bramkach, spacerkiem po schodach i jestem na miejscu. Zazwyczaj siadam, a raczej stoję na trybunie za bramką, gdzie znajdują się najbardziej fanatyczni kibice. Nie wnikam tam w niuanse taktyczne, tylko przez 90 minut zdzieram gardło i skaczę ze wszystkimi. Spotkanie ku naszemu zdziwieniu, rozpoczęło się od ataków gości. Szczególnie dobrze prezentował się Sylwester Patejuk- gość do nie dawna zajmujący się wymianą żarówek (zawód wyuczony elektryk), tak kręcił Jaliensem, że ten kilka dni nie mógł dojść do siebie. Podbeskidzie atakowało raz za razem, niestety w tym przypadku powiedzenie, że niewykorzystane sytuację się mszczą nie miało prawa bytu. W 27 minucie Dragan Palijic, przewrócił wyżej wspomnianego Patejuka na skraju pola karnego. Poszkodowany wrzucił piłkę w szesnastkę, tam do strzału złożył się Juraj Dancik i nie dał szans Siergiejowi Pareice. Mimo straty bramki doping nie ucichł ani na moment, a mam wrażenie, że zrobił się jeszcze bardziej żywiołowy. Później wiślacy nieco się ożywili, pełniący zwykle role plastra Cezary Wilk, zdobył nawet gola, ale arbiter słusznie bramki nie uznał. W przerwie z kolegami przedyskutowaliśmy przyszłość Maaskanta i jego holenderskich kompanów. Konkluzja tej rozmowy była jednoznaczna, oprócz dyrektora sportowego Valxca, reszta Holendrów delikatnie mówiąc, mogła sobie pójść do krainy wiatraków i tulipanów. W drugiej części meczu, niosło się po trybunach długo i głośno- „więcej ambicji, Wisełko więcej ambicji!”. Zawodnicy tego nie zrozumieli, bo i zrozumieć nie mogli, ilu z nich mówi po polsku, policzyć to można na palcach jednej ręki. Jeszcze w 90 minucie oko w oko z bramkarzem Podbeskidzia stanął Diaz, przez głowę przeszło mu jednak milion myśli i spudłował. Po zwycięstwie 1-0, kibice z Bielska mieli swoje pięć minut radości, zaś my fani Wisły, po raz ostatni widzieliśmy na ławce trenerskiej, przy ulicy Reymonta 22 Roberta Maaskanta. Jak się później okazało, ostatni mecz w Krakowie, Maaskant rozegrał po drugiej stronie Błoń.

 

Dawid Bartodziej

Czwartek. Zaczynam myśleć o meczu. Zgodnie z tendencją czuję raczej optymizm, większość spotkań z niżej notowanymi rywalami w zasadzie od zawsze traktuję w kategorii „wstydem będzie nie wygrać”. Oczywiście doświadczenie niczego mnie nie nauczyło. Tak czy inaczej – nie mogę się doczekać. Kobiety lubią złośliwie mówić, że mężczyźni myślą o seksie średnio raz na siedem sekund. Nieprawda – myślą wtedy o meczu w najbliższy weekend. Czwartek jest dniem krytycznym, od niego aż do pierwszego gwizdka nawiedza mnie wizja piłki wpadającej w okienko bramki po precyzyjnej bombie lewą nogą sprzed pola karnego. Pół dnia na uczelni idealnie temu sprzyja.

Piątek. Wolny piątek – marzenie. Dobrze wykorzystać go na pięć z hakiem godzin w ciasnym przedziale pociągu Polskich Kolei Państwowych. Większość czasu śpię, resztę spędzam na oszukiwaniu własnego sumienia. Tak, tak, zabiorę się za realizację zaciągniętych zobowiązań, nie muszę teraz. Póki co zaplanuję sobie czas. Zatem zasypiam. I tak w kółko. Myśli o meczu przychodzą coraz częściej. W tę sobotę będą pewne trzy punkty, nie ma innej opcji. Właściwie to kalkuluję już, jak będzie wyglądała tabela w niedzielę wieczorem. Analizuję cały zestaw potyczek – kto może stracić punkty? Potencjał kolejki jest taki sobie, ale przy obecnej formie poszczególnych drużyn... Na pewno jacyś frajerzy zremisują, klaruje się w mojej głowie lista głównych kandydatów. Następnie zasypiam. I tak w kółko.

Sobota. To już dziś. Przygotowania do rodzinnej imprezy i skręcanie szafy absorbują uwagę na tyle, że zabijanie czasu grą w fifę jest potrzebne tylko na małą skalę. Tymczasem w plecaku leży sterta papierków czekających na pozałatwianie, oczywiście nieruszona. W końcu przychodzi upragniona 16:00. Ze względu na okoliczności mecz odpalam jednak z dziesięciominutowym opóźnieniem – jak się później okazało, straciłem najlepszą okazję bramkową. Do przerwy nie dzieje się nic ciekawego. Po niej zresztą też nie. Zaczyna rosnąć stres, zaraz za nim idzie frustracja. Siedemdziesiąta minuta – rozgrywający oddycha rękawami, niedobra to wróżba. Osiemdziesiąta – ciągle nic. Ostatnie dziesięć to już desperackie ataki, które przekładają się na kilka groźnych strzałów. Niestety nie można było tak grać od pierwszej minuty. Nigdy nie można. Bo nie. W końcu wydaje się, że bramka padnie... Nic z tego, bramkarz gra mecz życia, robinsonada za robinsonadą. Zatem ostatni gwizdek. Znów frustracja, znów dwa dni przeżywania tej straty punktów.

Niedziela. Wbrew oczekiwaniom wszyscy faworyci wygrali swoje mecze. Wszyscy? No, jedni frajerzy zremisowali...

 

Polonia Warszawa – Lech Poznań

Damian Dragański

Mecze Polonii Warszawa z Lechem Poznań są jak derby – rządzą się swoimi prawami. Dodatkowym smaczkiem są trenerzy; Jacek Zieliński i Jose Bakero dobrze poznali zapach szatni (zapach skarpetek zapewne też) obu drużyn.

Poloniści w meczach z Widzewem czy Cracovią w tym sezonie zasłużyli na opinię obserwatorów ONZ. Lech natomiast przypomina rozpędzoną lokomotywę, napędzaną szuflami z golami Artomsja Rudniewa. Niestety lokomotywa goli zazwyczaj rywali, którzy kopią się w czoło niż zespoły z czołówki.

Właśnie łotewski Hefajstos oddał strzał w piątej minucie meczu. Nie trafił jednak w bramkę. Michał Gliwa mógł odetchnąć z ulgą. Bramkarz potrafi popisać się niezła robinsonadą, ale zdarza mu się puścić prawdziwą flądrę. Taśtasie strzelali mu już gracze Cracovi (gol nieuznany) i Arki Gdynia.

W pierwszej części meczu przewagę wypracowali sobie poloniści. Nie było jednak mowy o sytuacjach, które mogłyby się zemścić. Warszawiacy składali jedynie kurtuazyjne wizyty na polu karnym lechitów.

Podczas drugiej odsłony meczu żadna z drużyn nie pozwoliła sobie na oddanie inicjatywy. Rudniew sprzedał Cotrze Łokietka, za co zarobił żółtko. Kilka minut później na boisko wszedł Edgar Cani, nazywany pieszczotliwie drewienkiem. Nie jest on dieslem i sprawiał wrażenie, jakby cały czas oddychał rękawami.

W 90 minucie Cotra, swego czasu uznawany za szrot, pociągnął z piłką lewą stroną. Uruchomił podaniem Wszołka, który wybiegł za pleców obrońców, by potem wrzucić piłkę w pole karnę. Tam uderzał Sultes, Burić popisał się robinsonadą, a piłkę dobił... Cani! Z reguły groźny Lech zagrał na tyle, ile pozwolił przeciwnik – w pierwszej połowie niewiele zdziałał. W drugiej gra się wyrównała, ale poza jednym celny strzałem Kolejorza, piłki leciały Panu Bogu w okno. Zasłużone zwycięstwo Polonii.

 

Mateusz Ołdak

Była zwykła, leniwa niedziela. Aż tu nagle dostałem sms-a "Dawaj na boisko!". Te sms-y dostawałem często, zawsze budziły u mnie radość na twarzy. Po przybyciu na boisko naliczyłem, że jest nas [piłkarzy] dziewięciu. Brakowało nam jednego, więc trzeba było kogoś skombinować. Jak zwykle nieoceniony został któryś z "młodych", czyli jeden z naszych młodszych braci. W końcu zebraliśmy się, rozdzieliliśmy i gramy! Mecz rozpoczął się, drużyna Młodego: Młody (c), Gutek, Maniek, Grzesiek i Tomek (Gk) kontra drużyna Matiego (czyli moja): Ja (c), Tominho, Andrzej, Stępień (Gk) i Alves. Na początku drużyna Młodego musiała grać tak jak jej przeciwnik pozwalał i zostali zepchnięci do defensywy. Jednak po jednym z taśtasi Gutka bramkarzowi naszej drużyny wpadła flądra do siatki. Nagle leniwy mecz niedzielny stał się meczem o honor, meczem walki. Po długim okresie twardej gry w środku pola, tuż przed przerwą padła bramka wyrównująca mojego autorstwa po nożycach wpadających w samo okienko. Krótka przerwa na uzupełnienie płynów i zmiana połów. Druga połowa zaczęła się od rzutu karnego dla mojej drużyny, niestety niewykorzystany. Słupki tego dnia nie były naszymi sprzymierzeńcami. No, ale niestety według starej piłkarskiej prawdy niewykorzystane sytuacje się mszczą i zanim się zdążyliśmy otrząsnąć po niewykorzystanym karnym, poszła szybka kontra i Młody już strzelał na 2:1. Nasi przeciwnicy poczuli się pewnie i po strzale Mańka tylko kapitalna robinsonada Stępienia uratowała nas przed klęską. To nas obudziło. Poczuliśmy się jak dzikie zwierzęta wypuszczone z klatki. Szliśmy za każdą, nawet beznadziejną piłką. I tak zaraz po strzale Tominho doprowadziliśmy do remisu. Dwoiliśmy się i troiliśmy, ale nie udało się strzelić zwycięskiego gola w regulaminowych 60 minutach. Po krótkiej rozmowie stwierdziliśmy, że nie mamy już siły na dogrywkę, a dodatkowo obiady u niektórych już czekają, więc rozegramy karne. Nie pamiętam już dokładnego przebiegu turnieju tzw. jedenastek, ale przedstawiały się mniej więcej w ten sposób:

mój team: ja - trafiony - 1:0

team młodego: gutek - trafiony - 1:1

mój team: andrzej - trafiony (w samo okienko) - 2:1

team młodego: maniek - słupek, czyli nie trafiony. - nadal 2:1

mój team: tominho - trafiony - 3:1

team młodego: młody - przestrzelony - 3:1

i przedostatnia kolejka. bramkarze w głównej roli. do piłki podchodzi stępień i... gol! stępień, nomen omen, wie jak strzelać 

czyli: drużyna matiego 2:2 drużyna młodego

karne 4:1.

 

Przysłowiowe derby

Karol Cłapa

Nie odkryje Ameryki ten, kto powie, że derby rządzą się swoimi prawami. Zwłaszcza, jeżeli mamy na myśli krakowianina. Ubrany na czerwono zapewne doda, że niewykorzystane sytuacji lubią się mścić, z kolei ten w pasy, iż gra się tak, jak przeciwnik pozwala. W obu tych piłkarskich porzekadłach jest sporo racji, jednak nie ulega wątpliwości, że tak naprawdę od kilku kolejek obie drużyny grają piach. W samych derbach mistrzowie Polski posyłali piłki Panu Bogu w okno, a gdy już futbolówka faktycznie zmierzała w okienko, Wojciech Kaczmarek rozciągał się jak struna, nie stroniąc od ekwilibrystycznych robinsonad. Szczególnie upodobali sobie Wiślacy wrzutki na aferę z prawego skrzydła – napastnicy wyskakiwali do piłki w najbardziej wymyślnych pozach, ale zamiast skorpionów, nożyc i innych przewrotek wychodziły im co najwyżej półwoleje i główki. Tymczasem strzeleckim nosem wykazał się Koen van der Biezen. Nie była to bramka „stadiony świata”, ale najważniejsze, że ściągany do parteru snajper umieścił spadający balon w siatce. Stosując słownik komentatorów z piłkarskich gier komputerowych, po tym jak Holender odpalił strzał, kibice przestali zachowywać się niczym stado gwiżdżących czajników, a para przeniosła się z widzów na zawodników. Niestety, zagotowali się oni do tego stopnia, że zamiast zaprezentować „international level”, zaczęli masowo oglądać sędziowskiego suchara. Będąca pod ostrzałem Cracovia zaparkowała więc w polu karnym klubowy autobus i grała na czas. Biała Gwiazda zamiast kopać piłkę w światło bramki wolała kopać się po czołach i mało brakowało, a Visnakovs wbiłby gwóźdź do jej trumny. Na niewiele zdało się to trenerowi Maaskantowi, który tak czy owak po spotkaniu wylądował na dywaniku, by koniec końców zostać wykopanym na bruk. Może gdyby jego obrońcy nie oddychali rękawami po połowie spotkania, nadal czułby nosem zapach krakowskich szatni? Niestety, dopóki Wiślacy będą mieć nogi jak z waty, ich najbliższe mecze zapowiadają się hokejowymi wynikami.

 

Bartosz Śliwicki

23 października odbył się mecz: Manchester City-Manchester United padł, wtedy chyba najbardziej niespodziewany wynik w 2011 roku. O, ile wygraną Citizens można było wziąć w rachubę ,o tyle zmiażdżenia rywala chyba nikt nie przewidywał, może najbardziej fanatyczni kibice niebieskich. Ale ,cóż derby rządzą się swoimi prawami. Szczerze mówiąc nie darzę żądnego z klubów angielskich wyraźną sympatią, staram się być bardzo obiektywny. Manchester City to twór, kupują wszystkich ,niczym kobieta ubrania podczas wyprzedaży, szczególnie zaraz po wypłacie. Natomiast ich sąsiad to klub z wielkimi tradycjami, jeden trener prowadzi ich już 25 lat.

Czerwone Diabły maja wielkie rzesze wychowanków, którzy czarowali, czarują i będą czarować na światowych boiskach. A City mają garstkę wychowanków, którzy osiągnęli nawet malutki sukces. Zatem kluby są swoim przeciwieństwem, maja inną politykę klubową ,inne poglądy. Pieniądze to nie wszystko, tytuł komedii Juliusza Machulskiego, mówi nam ,że to nie dobra materialne się liczą ,że przez pieniądze nie da się wszystko załatwić. Jednak wyjątek potwierdza regułę ,pieniądze pokonały tradycje i historię. Lecz przejdźmy do samego meczu.

Na początku meczu City zepchnięte do defensywy, United odważnie atakował, lecz nic nie wskórał. Posiad anie piłki jakie miały czerwony diabły powinno przynieść gola ,a tu niewykorzystane sytuacje się zemściły i gol dla Citizens. Ballotelli (Czemu znowu on?) strzelił ładnego gola, po pięknym rajdzie lewym skrzydle Millnera. United troszkę się przestraszyło, ale znowu utrzymywali się przy piłce ,ale znowu nic z tego nie wyszło. Po przerwie nadal twierdziłem, iż to United są bliżej zwycięstwa. Później swój kunszt pokazał Silva i po jego akcji gola strzelił niesforny Mario. Trzeci cios był chyba najprościej wyprowadzony, Richards bez problemu przedarł się prawą stroną, a piłkę do bramki wpakował Aguero. Przed golem Fletchera wspaniałą robinsonadą popisał się De Gea, broniąc strzał Dżeko.

Gol Fletchera to prawdziwy majstersztyk, przepiękne okienko w wykonaniu Szkota. Ale ta bramka był bardzo zwodnicza, zaraz po niej chłopcy Manciniego rozpoczęli kanonadę na Old Traforrd, dwie bramki Dżeko i jedna Silvy ,który zrobił z obrony United pośmiechowisko. Mecz zakończył się wynikiem 1-6,o zgrozo. Według mnie jeden z najlepszych meczów Premier League jakie widziałem, znakomite bramki, eksplozja talentu Silvy, pewność Balloteliego, snajperski nos Dżeko, wreszcie Manchester City urósł do wielkiego grania, detronizując odwiecznego wroga.

Część pierwsza notek konkursowych

Tagi: konkursy
17:43, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (1) »

Oto pierwsza część notek nadesłanych na konkurs 'Mowa Trawa', które niestety nie wygrały ale z szacunku dla pracy autorów publikuje je wszystkie. Nawet te za dłuuuugie (umowa była na 3 tys. znaków, dopuszczałem mały haczyk, ale nie taki na 5 tys!). Także po to, żebyście mogli ocenić czy zwycięzcy zasłużenie zgarnęli nagrody... Przypominam, że konkurs był literacki, na relację z meczu, z użyciem zwrotów, powiedzonek i starych prawd,  wyhaczonych przez Marcina Rosłonia na boiskach i szatniach i zebranych w jego Słowniku Piłkarskiej Polszczyzny. Jedni starali się upchnąć ich jak najwięcej, inni poprzestali na jednym zaledwie. Wygrały notki najbardziej kipiące emocjami, z najlepszym pomysłem, no i napisane najlepszą (niepiłkarską) polszczyzną. Wszystkim dziękuję, zwycięzcom jeszcze pogratuluję... 

 

Tomek Mądry

Piękny mecz oglądaliśmy w sobotę na Stamford Bridge. Derby Londynu – Chelsea podejmowała Arsenal. Nie pamiętam, żebym w tym roku oglądał tak emocjonujące spotkanie. Przebija wszystko, łącznie z finałem Ligi Mistrzów, a nawet każdymi Grand Derby. Naprawdę, w tym meczu było wszystko. Dramaturgia, piękne gole, katastrofalne błędy, kapitalne zagrania i walka. Mnóstwo walki.

Mało było rzeczy, które w tym meczu mi się nie podobały. Przede wszystkim wynik, bo spotkanie zakończyło się porażką Chelsea 3:5 (!). Niestety niedobrze jest również z naszym bramkarzem – Petrem Cechem. W sezonie 2011/2012 tylko raz zachował czyste konto, a w tym meczu zawalił kilka bramek i nie popisał się jakąś kapitalną robinsonadą. Nie najlepiej zachował się również Jose Bosingwa, którego nie mogę pochwalić za ten mecz. Ogólnie cała obrona nie wyglądała zbyt dobrze. W pierwszej połowie świetnie zagrał Terry, popisując się kilka razy fenomenalnymi podaniami do kolegów z napadu i zdobywając ważne trafienie, ale w drugiej połowie się posypał. Atak zagrał lepiej, nie podobał mi się tylko Torres. Hiszpan w tym meczu przypominał tego Nando, którego nie chcielibyśmy pamiętać, z wiosny poprzedniego sezonu. Znowu dobre spotkanie zagrał Mata, na dobre wprowadzony do tego zespołu. Nie wyobrażam sobie aktualnie The Blues bez byłego gracza Valencii na skrzydle. Nasza pomoc wygląda z meczu na mecz coraz lepiej, nie zaszkodziła jej zmiana Raula Meirelesa na Ramiresa. Z kolei Frank Lampard udowadnia, że opinie krytyków o wyrzuceniu go z kadry nie mają podstaw, a chcący go zastąpić Josh McEachran będzie musiał jeszcze trochę poczekać.

Nie rozumiem fali krytyki, która spadła na Johna Terrego po tym meczu. Poza jednym błędem, fatalnym poślizgnięciem się w 85. minucie, kapitan The Blues zagrał przyzwoite spotkanie, szczególnie w pierwszej połowie. Przy stracie bramki większy błąd popełnił Florent Malouda, całkowicie bezproduktywny w tym spotkaniu. Źle wybrał. Nie powinien zagrywać do Anglika. Właśnie na taki błąd czyhał najlepszy snajper Arsenalu – Robin Van Persie. A więc gdy Malouda podał do JT za plecy, ten musiał odwrócić się i gonić piłkę. Na swoje nieszczęście poślizgnął się, a więc z podania Francuza wyszło idealne zagranie do RVP, który bez problemu minął Petra Cecha na linii 16. metra i trafił do pustej bramki.

Aktualnie nie ma Arsenalu bez Holendra. Jedynym strzelającym w zespole Arsena Wengera jest właśnie on. W 2011 roku strzelił dla swojego zespołu 35 goli we wszystkich rozgrywkach! Oprócz niego nie strzela praktycznie nikt. Drugi w liczbie trafień po Holendrze jest Theo Walcott, który ustrzelił dla Arsenalu... 8 bramek w 2011 roku. To pokazuje, jak uzależniony jest londyński zespół od RVP. W meczu z Chelsea też ustrzelił. Hat-tricka. Nie ma dzisiaj człowieka, który twierdziłby że Arsene Wenger źle postąpił powierzając mu opaskę kapitańską. Kiedyś egoista – dzisiaj człowiek, który dzieli się szampanem (nagrodą za najlepszego gracza meczu) z piłkarzem dla Kanonierów przyszłościowym – Aaronem Ramseyem. Jest prawdziwym liderem zespołu. Ostatnio Arsenal ratował Wojtek Szczęsny, ale akurat w tym spotkaniu nie wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności. Przy golach nie miał nic do powiedzenia, zawiniła bardziej defensywa, szczególnie Mertezacker. Zastanawiam się tylko, czemu nie wyleciał z boiska za sytuację w 50. minucie. Przy stanie 2:2, Polak wyszedł z bramki, by powstrzymać szarżującego Cole'a. Agnlik bez problemu przerzucił piłkę nad interweniującym Szczęsnym, a ten sfaulował go. Sędzia mógł pokazać za to zagranie czerwoną kartkę, jednak tym razem zawodnika Arsenalu chronił los. Obejrzał tylko kartonik koloru żółtego.

No, ale koniec już rozmyśleń na temat Kanonierów. Wróćmy do tematu Chelsea. The Blues nie rozgrywali złego spotkania. Grali bardzo dobrze. Wbili Szczęsnemu trzy gole. Grali składnie, dobrze, podania dochodziły do siebie, wychodziły dalekie przerzuty, piłkarze myśleli na boisku. Jednak na bezlitośnie wykorzystujący błędy zespołu AVB Arsenal to nie wystarczyło. Ostatnie trzy bramki padły właśnie po złych decyzjach. Gol Walcotta to konsternacja w szeregach Chelsea. Nie można zostawić piłki na ziemi przy nogach tak szybkiego zawodnika i jej nie wybić albo chociaż nie podejmując prób jej wybicia. Ostatni gol to przykład klasycznej kontry. Tutaj zawinił Cech, chociaż nie wiem, czy jest na świecie golkiper, który obroniłby bombę Van Persiego jedną ręką. W dodatku tak mierzoną – idealnie w okienko. To spotkanie zapamiętam jako dziwne przede wszystkim dlatego, że trzy bramki strzelone na swoim boisku powinny dawać zwycięstwo zawsze. To jest jednak futbol, a za coś go przecież kochamy, min. właśnie za nieprzewidywalność. W ramach ciekawostki przypomnę, że ostatni raz bramkarz Chelsea wyjmował 5 razy piłkę z siatki na Stamford Bridge w 1989 r., kiedy The Blues przegrali z Liverpoolem 2:5. Wynika z tego, że przez 22 lata nie straciliśmy na SB pięciu goli.

Ogólnie możemy się z cieszyć z gry Chelsea oraz zgrania zawodników. Nie odpowiada mi oczywiście wynik. Zawiodłem się przede wszystkim na Cechu. Sporo było indywidualnych błędów, mam nadzieję, że zostaną one poprawione. Chyba mogę stwierdzić, że The Blues byli w tym meczu lepsi. Nie ma to jednak zbyt dużego znaczenia, ponieważ derby rządzą się własnymi prawami.

 

Strzelanina na Stamford Bridge

Maciej Gołka

Jeżeli ktoś przed tym meczem prognozował wysoki wynik to pod uwagę brał tylko wysoką porażkę Kanonierów.  Odwrotny wariant za sprawą sytuacji w Arsenalu i  po zawirowaniach w tym klubie był … a właściwie nie był brany pod uwagę.  Ale to są Derby a jak wiadomo „Derby rządzą się swoimi prawami”. Chelsea od początku chciała pokazać kto rządzi i ustala zasady.  Lampard głową zadał pierwszy cios i wydawało się że na tym się nie skończy, sytuacja na boisku wieszczyła porażkę Arsenalu z kretesem. Nic bardziej mylnego swój popis na Stamford rozpoczął Robin van Persie strzelając do pustej bramki i doprowadzając do remisu. W doliczonym czasie pierwszej połowy po rzucie rożnym Terry ustawił sobie Mertesackera i strzelił Kanonierom bramkę która do urodziwym nie należała. Do przerwy prowadzenie dla The Blues. Znając teraz przebieg drugiej połowy wiem, że żadna z drużyn traktatu pokojowego nie podpisała bo strzelanina po przerwie zaczęła się na dobre. Arsenal z impetem ruszył i wynikiem tego była bramka Santosa który udowodnił, że ma ogromne możliwości w ofensywie. Akcja szkoleniowa jak boczny obrońca powinien się podłączać do ataku.

 Jednak to Theo Walcott wyprowadził potężny cios, przeprowadził akcję iście epicką. Nie ważne ile razy upadasz, ważne jak się podnosisz. Theo świetnie rozumie takie słowa, przewrócił się przez własne nogi, wstał, włączył swoje przyspieszenie rakietowe, zamienił obrońców Chelsea w tyczki i strzałem w krótki róg pokonał Cecha. Po tym ciosie The Blues byli jak bokser liczeni, ale zamierzali odpuszczać. W międzyczasie Wojciech Szczęsny skasował Ashley’a Cola przed polem karnym co spotkało się z wrzawą na stadionie  kibiców Chelsea, z kolei aplauzem fanów The Gunners  wszak Cole jest przez nich delikatnie mówiąc nielubiany.

Wszyscy byli pewni, że to koniec Wojtka w tym meczu. Sędzia podjął kontrowersyjną decyzję i zostawił młodego Polaka na boisku z żółtym kartonikiem. Jednak przy strzale Maty już takiego farta Szczęsny nie miał, Hiszpan świetnie wprowadził się do drużyny i jest jej czołową postacią, strzelił przepięknego gola z 25 metrów i kolejny raz był remis. Wydawało się, że nie ma innej możliwości, Chelsea uskrzydlona dorwie Arsenal. Los płata figle, a bardziej Malouda płata figle. Jego kiepskie podanie do Terrego okazało się świetnym prostopadłym podaniem dla van Persiego który wyszedł sam na sam z Cechem, najpierw zadbał o to żeby czeski bramkarz był tarzanem i minął golkipera zostawiając go na czterech literach na murawie i spokojnie posłał piłkę do pustej bramki. Takiej szansy w końcówce meczu Holender nie zwykł marnować, Kanonierzy znowu prowadzili na Stamford.

Chelsea rzuciła wszystkie siły do przodu, a Arsenal rzucił The Blues na łopatki wyprowadzając zabójcza kontrę w doliczonym czasie gry. Arteta zagrał do Robina Van Persiego a ten skompletował hat-tricka. To już był koniec, kapitan Arsenalu porozstawiał graczy Chelsea po kątach. Widok cieszących się graczy Arsenalu pokazał  tylko jak ciężko pracowali na taki mecz, ile ich to psychicznie kosztowało. Pokazali charakter, czyli to czego im zawsze brakowało w takich momentach. Powoli Arsenal wraca na swoje miejsce, transfery zaczynają się spłacać. Mikel Arteta błędnie stawiany w roli następcy Fabregasa, daje spokój w środku pola, w każdym meczu jest zawodnikiem który przebiega najwięcej metrów, typowy Diesel. Gervinho coraz lepiej rozumie angielski futbol. Czy to powrót wielkiego Arsenalu ? Nie wiem, ale takie mecze rodzą wielkie drużyny.

 

Manchester United-Manchester City 1:6

Filip Jaśkiewicz

Perspektywa sir Alexa Fergusona

Przed meczem

Ok, kolejny mecz z City .Czy powinienem się obawiać? Te cwane szejki z Izraela, no patrz nawet nie wiem skąd oni są ,władowali niezłą kasę w ten zespół. Balotelli, Silva, bracia Toure, Dzeko, Milner, będzie trzeba coś z tym fantem zrobić. Jak będą za bardzo hasać to im najwyżej plaster założymy. Aaa jeszcze Aguero został , zapomniałem .Tu może być większy problem. Ustawimy strefę nie do przejścia, zagramy wysoko, gorzej tylko, że Vidic nie jest do gry. A co tam, na szczęście mam zawodników na ławce , którzy mnie nie zawiodą. Wierzę, że mój trenerski nos nie zawiedzie.

Panowie, zwycięskiego składu się nie zmienia więc city gra w tym samym ustawieniu. Dotknęła nas plaga kontuzji, więc musimy eksperymentować.Za Nemanje gra Johnny , w środku zacznie Anderson. Od początku gramy swoje, nie dajemy im wejść na naszą połowę, wysoki pressing.(Na stronie do Rooneya) Słuchaj zagoń tam z przodu Welbecka, aby zaczął gryźć trawę, bo jak wejdą na nasza połowę to nie będzie miło. Wiesz o co mi chodzi. (Patrzy krzywo na Evansa.) Aaaa zapomniałbym, Daren masz plaster na Aguero.

- Ale trenerze on nie gra w pierwszym.

Masz ze sobą problem Fletcher?. Ma czuć twój oddech na karku nawet jeśli będzie grzał ławę. Chcesz żebym ci zrobił suszarkę. Dobra skończ już. Gdzie moja guma? Chicharito dzisiaj ty mnie zaopatrujesz.

- Sorry boss zapomniałem.

Ok, nie grasz w podstawowym.(w mysli : Na szczęście mam zapasową)

No chłopcy złapmy się za jaja i pokażmy, że w Manchesterze jest tylko United.

Mecz (zawodnicy wychodzą na boisko)

Do asystenta: Patrz jednak Aguero zaczyna. Już ja temu Szkotowi pokaże w szatni. Będzie mi mówił kto gra, a kto nie. Niech lepiej się zajmie swoim zadaniem.

(Patrząc na zawodników)

Zawodnicy wylaszczeni , cwaniaczki, nowe dresiki, płacą im te Araby a jeszcze na boisko wychodzić nie chcą(myśli o Tevezie), zagrałby ,który ze mną to by se płuca wypruł.

(Początek meczu)

Ok, wszystko po mojej myśli, prowadzimy grę, są sytuacje będą i bramki.

 (22 minuta meczu)

O nie, wybijcie to, wybijcie to!!!!!!! O ku$#. Widzisz tak to jest kontrolujesz grę, a tu nagle taki babol z niczego. Zobacz co on tam ma na koszulce? Dlaczego zawsze ja. Powinien to sobie lepiej na twarzy wypisać

Czy mógłby mi ktoś wytłumaczyć dlaczego David tego nie obronił?

- Nie miał szans, boss.

Jak to nie miał. Po prostu mamy ręcznik ,a nie bramkarza.

(koniec pierwszej połowy wynik 0:1)

Przerwa

Jak wiecie derby rządzą się swoimi prawami. Powiedzcie mi czemu te prawa ustalało City w tym meczu. Zacznijmy od Davida . Powiedz mi mój chłoptasiu , piłka turla się, masz 192cm, a nie możesz jej dosięgnąć.

-Trenerze nie chciałem się ubrudzić. Upadłem, tak, ale nie będę w tym szorował po murawie. W Madrycie nie mieliśmy takich fajnych bluz, szkoda prania.

Dobra, nie mam więcej pytań. Kolejna rzecz, napastnicy co jest z wami, czemu nie strzelacie. Podpisaliście jakieś zobowiązanie. Napastnik jest rozliczany z bramek. Wayne co na to powiesz, a ty Anderson, proszę jak już masz strzelać to nie wal panu Bogu w okno.

-Trenerze nie stwarzamy dogodnych sytuacji, co ja na to poradzę , to pomocnicy powinni mi dogrywać.

(Fletcher w myślach: Ja ci jeszcze pokaże jak się strzela.)

Ludzie, kibice czekają na bramki, na rzeźnię, niech ktoś przejedzie im po deskach, to zaczną grać asekuracyjnie. Evra zacznij się włączać do gry , bo na razie to ja tam obserwatora ONZ widziałem , a nie lewego obrońcę.

-Dobrze bossie.

Kazałem ci się odzywać?(Gwizdek) Dobra wychodzimy, tylko z werwą panowie. Pokażcie na co was stać.

(Początek 2 połowy. Evans fauluje i dostaje czerwoną kartkę.)

Co za matoł. Chociaż z drugiej strony widać przynajmniej, że uważał na odprawie.

(60 minuta. Gol dla city. )

Super . David znów stoi w miejscu. Może mu ten zarost przeszkadza, wrzyna mu się w twarz i spowalnia myślenie, ja nie wiem. Dwójka w plecy, już gorzej być nie może. Wiem, że teraz wszystkie kamery skierowane są na mnie, ale zachowam spokój. I znów Balotelli, ten chłopak ma jednak coś w tym łbie. Javier, szykuj się.

(69 minuta. Gol dla city.)

Cooo, kto to strzelił ? co Aguero, gdzie był Darren, oj tak w ataku mu się zachciało biegać, a tego Argentyńczyka kto pokryje. ( w myśli :Jeśli się komuś wydaje, że wierzyłem , iż Smalling to przetnie, to się mylił). Lepiej niech to jak najszybciej naprawi.

(81 minuta. Gol dla united.)

Brawo. Widać, że szkocka krew. Tak się powinno strzelać spod nogi. (Z lekkim uśmieszkiem). Widać kto go szkolił. Piękne okienko. Teraz brać się do roboty i odrabiać, a jak nie to wam wszystkim nogi powyrywam z…. no wiadomo z czego.

(minuty od 89 do 93, 3 bramki dla city Koniec meczu 1:6 )

(W szatni)

Boże, czemu tacy doświadczeni zawodnicy jak Ferdinand, Evra lecą do przodu jak hieny, które wyczuły padlinę? Przecież dostajemy w plecy 1:3, wiadomo że nie będzie dobrze, więc po co oni grają żeby było jeszcze gorzej. Pewnie szejkowie wam zapłacili. Boże, o czym ja myślę. Po prostu obrona rozpłynęła się w powietrzu. Gra się tak jak przeciwnik pozwala, city pozwoliło nam na dużo, niestety my im pozwoliliśmy na więcej. (Kopie w śmietnik, następnie zbija lustro). Evans , czy ta kartka była konieczna?( Evans kiwa przecząco) Niestety muszę stwierdzić że ona nas zabiła. Za karę do domu wracacie na nogach.

-Ale trenerze przecież jesteśmy w Manchesterze.

No właśnie. (Po cichu do asystenta) .Czy aby wszyscy są ubezpieczeni??

 

Maciej Borowski

Każdy to powie, że Bielsko rządzi w Krakowie

Kolejny cudowny wieczór dla fanów Podbeskidzia i znowu na Reymonta! Po zeszłorocznym upokorzeniu Wiślaków w Pucharze Polski i wygranej na Łazienkowskiej „Górale” postanowili pójść za ciosem i sprawić następną niespodziankę.

 Początek meczu był raczej spokojny, Biała Gwiazda nie rzuciła się do ataku, bo i czym oni mieli postraszyć TSP? Bez Małeckiego i Meliksona potencjał ofensywny tej drużyny jest najwyżej przeciętny. Kibice też niespecjalnie wspomogli swych pupili, kolejny raz notując bardzo przeciętną – jak na ich możliwości – frekwencję. Drużyna z Bielska – Białej kilka razy groźnie zaatakowała, aż w końcu po dobrze wykonanym rzucie wolnym przez Patejuka kryty na radar Dancik strzelił głową nie dając szans Pareice. Euforia kibiców przyjezdnych (których było niemało, bo ponad 300) mogła trwać jednak krótko, ponieważ, po chwili, po katastrofalnym błędzie Łatki (dostał w tym meczu zółtko, które wykluczyło go z konfrontacji przeciwko Górnikowi Zabrze) piłkę do siatki wepchnął Biton, ale sędzia odgwizdał faul z kapelusza. Jedno ostrzeżenie wystarczyło podopiecznym Roberta Kasperczyka i do końca meczu grali spokojnie, mądrze kontrując rywali. Kilka z tych akcji mogło zakończyć się podwyższeniem prowadzenia, ale kilka znakomitych robinsonad zanotował estoński bramkarz Wisły ratując tym samym zespół przed stratą drugiej bramki. Najlepiej zachował się, gdy najlepszy zawodnik Podbeskidzia – Sylwester Patejuk oddał słaby strzał w mur, ale po chwili poprawił się i pięknym wolejem posłał piłkę w stronę bramki Pareiki. Z każdą minutą dało się wyczuć coraz większe napięcie w szeregach krakowskiej drużyny, ale nie miała ona argumentów przeciwko bardzo zdyscyplinowanym przeciwnikom. Trenerskim nosem popisał się zresztą opiekun piłkarzy spod Klimczoka wystawiając do gry m. in. Mariusza Sachę, byłego piłkarza Cracovii. Po meczu argumentował, że liczył na dodatkową motywację swojego podopiecznego, co chyba się sprawdziło, ponieważ rzadko wystawiany prawy pomocnik grał nieźle. Wisła właściwie miała jedną dogodną sytuację, w ostatniej minucie meczu, ale przestrzelił – o irionio! – najlepszy w jej szeregach Cezary Wilk. Warto też podkreślić, jak bardzo nielubiani są aktualnie w Krakowie Kew Jaliens i Michel Lamey. Gdy ten drugi schodził z boiska, cały stadion gwizdał. Mecz okazał się też początkiem końca dla Roberta Maaskanta…

 Po zawodnikach mistrza Polski widać było, że oddychają rękawami, co nie wróżyło najlepiej w perspektywie spotkań z Fulham i Cracovią. Okazało się, że w następnych meczach krakowianie znowu kopali się po czole przegrywając oba mecze dotkliwie. Co do Podbeskidzia: po zwycięstwie w tej rundzie z Cracovią i wywiezieniu trzech punktów ze stadionu przy ul. Reymonta fani mogą spokojnie śpiewać: „Każdy to powie, że Bielsko rządzi w Krakowie”, a piłkarze wyczekiwać kolejnych spotkań z krakusami.

 

Polskie derby przy Bułgarskiej

Karol Bulski

elvis-84@o2.pl

Niezwykle interesująco zapowiadał się mecz dwóch czołowych drużyn ekstraklasy. Legia niesiona sukcesami w Lidze Europejskiej mierzyła się z Lechem, w zeszłym sezonie także robiącym furorę w Europie, a obecnie chcącym odzyskać prymat w lidze. Spotkanie od początku toczyło się pod dyktando gospodarzy, którzy długo utrzymywali się przy piłce, głównie za sprawą kreatywnych i rutynowanych pomocników: Stilicia, Murawskiego, Kriwca i Djurdjevicia. Drugą linię ekipy z Wielkopolski uzupełniał dynamiczny Aleksandar Tonew, który urywał się obrońcom i wykańczał akcje strzałami, oraz dośrodkowaniami. Gra się tak, jak przeciwnik pozwala, zatem w konfrontacji ze świetnie dysponowanym Lechem Legia zadowalała się sporadycznym wyprowadzaniem kontrataków. Jedną z takich akcji warszawian mógł wszakże zakończyć Gol, który znalazł się sam na sam z bramkarzem po tym, jak w pole karne przytomnie dograł mu Ljuboja. Równie nieskuteczny, co piłkarz Legii okazał się Rudniew, w tym sezonie wydający się nie do zatrzymania. Snajper Kolejorza przegrał pojedynek z coraz lepiej broniącym golkiperem Legii. Doskonałą okazję miał w samej końcówce pierwszej połowy Stilić - na wprost bramki z piłką na swojej lepszej, lewej nodze. Usiłował strzelić po ziemi tuż przy słupku, ale futbolówka minimalnie chybiła celu. Po przerwie Lech dominował jeszcze wyraźniej, ale tak jak w pierwszej połowie, tak i tym razem najlepszą okazję na strzelenie bramki mieli warszawianie . Kiedy w osiemdziesiątej ósmej minucie Żyro rozpędził się na lewym skrzydle, widać było, że gotów jest wyprzedzić Wołąkiewicza, który niechybnie urodził się dieslem. Młody piłkarz Legii popisał się dryblingiem i po ziemi zagrał w pole karne. Vrdoljak dostał piłkę trzy metry przed pustą bramką, ale widać tego dnia wszyscy próbujący zdobyć gola kopali się w czoło. Serbski pomocnik miał dwustuprocentową sytuację, ale i tak przeniósł piłkę nad poprzeczką. Znamienne, że choć był to grany w szybkim tempie mecz polskiej ekstraklasy, do samego końca piłkarze nie oddychali rękawami. Lechici, po tym, jak o mały włos nie stracili bramki, zerwali się do tym bardziej energicznych ataków. Piłkarze i kibice Legii mieli powody by obawiać się, że zemszczą się na nich niewykorzystane sytuacje, kiedy to już w doliczonym czasie gry Stilić sprytnym, miękkim zagraniem uruchomił Henriqueza. Panamczyk podciął piłkę nad interweniującym Duszanem Kuciakiem, ale tym razem futbolówkę zdołał wybić Wawrzyniak, który zderzył się przy tym ze słupkiem i odniósł groźnie wyglądającą kontuzję. Kolejną sytuację stworzył sobie Lech w ostatniej minucie. Murawski przechwycił piłkę w środkowej strefie, po czy ruszył z dynamiczną kontrą i błyskotliwie dryblował. Dojrzał w polu karnym Artjoma Rudniewa i zagrał do niego miękkim lobem. Jako rasowy napastnik, Rosjanin strzelał nożycami tuż przy słupku, ale kolejna robinsonada Kuciaka ocaliła Legię. W derbach Polski przy Bułgarskiej 0:0. 

 

Mecz: Lecce-AC Milan 3:4 

Maciej Boba

Jak mawiał Alfred Hitchcock- pionier suspensu i thrillera psychologicznego, dobry film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. Śmiało można stwierdzić, że gdyby brytyjski reżyser żył i oglądał pojedynek US Lecce-AC Milan, to byłby usatysfakcjonowany, a scenariusz meczu nadawałby się na porządnej klasy dreszczowiec.

Spotkanie poprzedziła minuta ciszy ku pamięci tragicznie zmarłego w wypadku na torze Marco Simoncelliego - wielkiego fana drużyny z Mediolanu.

Mecz rozpoczął się od prawdziwego trzęsienia ziemi, bo już w 4. minucie spotkania Giacomazzi sprytnie wykorzystał dośrodkowanie z rzutu wolnego i dał prowadzenie gospodarzom. Gracze Milanu przypominali obserwatorów ONZ- byli całkowicie bezsilni wobec ataków piłkarzy Giallorossich, którzy chwilę później mieli dwie znakomite sytuacje na zdobycie gola. W jednej z nich bramkarz gości- Christian Abbiati popisał się fantastyczną robinsonadą.

W 29. minucie spotkania sędzia podyktował rzut karny dla miejscowych, który pewnym strzałem wykorzystał były gracz Milanu Massimo Oddo. Jakby tego było mało już w 37. minucie ponownie pogubiła się obrona gości, dzięki czemu piłka trafiła pod nogi Grossmullera, a ten mając przed sobą jedynie Abbiatiego dopełnił formalności i zdobył trzecią bramkę dla Lecce. Zanosiło się na wielką sensację.

Lecce bez skrupułów zmiażdżyło mistrzów Włoch w pierwszej połowie. Pierwsza część gry zakończyła się wynikiem 3:0.

W przerwie, trener Rossonerich- Massimiliano Allegri wprowadził na boisko dwóch rezerwowych. Jeden z nich – Kevin Prince Boateng – już po 13 sekundach od wznowienia oddał pierwszy groźny strzał. Drugi w jego wykonaniu miał miejsce po kolejnych dwóch minutach, ale także nieznacznie minął celu. Za trzecim zawodnik ten jednak nie pomylił się i piłka zatrzepotała w siatce po silnym uderzeniu z kilku metrów.

W 55. minucie Boateng oddał kolejny precyzyjny strzał i mieliśmy już tylko 3:2 dla gospodarzy. Tym razem piłkę swojemu koledze klubowemu wyłożył Cassano, a Ghańczyk uderzył z linii pola karnego w samo okienko bramki.

To, co stało się w 63 minucie było niewiarygodne. Po rzucie wolnym uderzał Abate, piłka odbiła się od jednego z obrońców Lecce i trafiła wprost pod nogi Boatenga, który doprowadził do wyrównania. Hat-trick Ghańczyka w przeciągu niecałych 14 minut. Rossoneri powrócili z dalekiej podróży. Boateng show? Na pewno.

Niesamowity pościg Milanu efekt końcowy osiągnął w końcówce meczu, a dokładnie w 83. minucie gdy doskonałą piłkę „na nos” Yepesa dograł Cassano, a defensor z bliska wbił głową futbolówkę do siatki. W tym momencie Milan prowadził już 4:3! Co ciekawe, aktualni mistrzowie Włoch przełamali 10-letnią passę bez zwycięstwa na Stadio Via del Mare.

Parafrazując Hitchcocka- mecz jest zły wtedy, jeśli ktokolwiek z publiczności chociaż na chwilę może odwrócić oczy od boiska. W tym meczu oczy widzów z pewnością nie odwróciły się nawet na sekundę.

Tagi: konkursy
17:40, francuski_lacznik , Konkursy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 listopada 2011

Jako puentę do dwóch filmików z meczu Polska - Włochy, oddających nastrój trybun umieszczam wypowiedź Wojtka Szczęsnego, który po spotkaniu wyjaśnia jak walkę kibiców z PZPN o Orzełka odbierali sami zawodnicy. Chwilę wcześniej wziął na siebie winę za utratę pierwszej bramki, przyznając, że dał się oszukać Mario Balotellemu - długo oglądał jego grę na wideo i dotąd w identycznych sytuacjach Włoch strzelał w długi prawy róg, więc zrobił krok w tamtą stronę. Dodał też, że po takim meczu uświadomił sobie jak dużo jeszcze musi nad sobą pracować, żeby być pewnym numerem 1 na Euro 2012. Absolutnie nie zwalał więc winy za porażkę na kogkowiek i nie szukał usprawiedliwienia. Kiedy zapytałem go czy brak im było wsparcia trybun z powodu jazdy z PZPN, odpowiedział, że bardzo, bo wsparcie, zwłaszcza w trudnych chwilach potrafi zrobić wielką różnicę...

Szczęsny: trybuny walczyły z PZPN, a nam brakowało wsparcia

Na początku atmosfera była fajna, potem kiedy gra nie szła kibice się od nas odwrócili. To boli, bo obwinia się nas za coś na co nie mamy wpływu. Zła ocena PZPN nie powinna się odbijać na zawodnikach. Gra przy dopingu kibiców jest nam bardzo potrzebne, naprawdę robi różnicę - mówi.

Czy Waszym zdaniem na słuszne pretensje? Z mejlów, twittera, forów internetowych wiem, że wielu oczekiwało stanowczego protestu ze strony reprezentantów Polski i jest zawiedziona, że nie postawili sprawy na ostrzu noża. Nie wierzę, żeby interesowały ich tylko kontrakty ze sponsorem reprezentacji - Nike moim zdaniem jest tu ofiarą - przecież zrobili taką koszulkę jakiej zażyczył sobie PZPN. Gdyby zażądano od nich wzoru z logo związku po prawej i godłem po lewej, co akceptuje FIFA - jaki problem z wykonaniem (wierzę, że taką właśnie koszulkę ostatecznie obejrzymy na Euro 2012). Natomiast nie jestem pewien czy to właściwy moment, żeby reprezentacja wdawała się w wojnę ze związkiem, bo największą ofiarą była ona sama. Jak słuchać, zawodnicy już czują się ofiarami...

Ps: załatwianie przez kibiców swoich wojen - choćby najbardziej słusznych, acz różnie z tym bywa - kosztem wsparcia własnej drużyny to nie jest wyłącznie sprawa reprezentacji. Nie byłem w stanie zrozumieć ostatniej ciszy na trybunach w Poznaniu, bojkotu, który zamiast w rząd uderzał wyłącznie w piłkarzy. Od meczu z Legią znów jest tam głośno, a kibice znów są 12 zawodnikiem, o co tak błagali w pewnym momencie zawodnicy i pikniki. Podobnie destrukcyjny efekt miała w swoim czasie wojna kibiców Legii z władzami klubu. 

09:13, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (42) »
piątek, 11 listopada 2011

Live from Stadion Miejski we Wrocławiu, gdzie Polska gra z Włochami, a już wkrótce zawita... Euro 2012!

Gdzie jest Orzeł?! Gdzie jest Orzeł?! - skandowali kibice tuż przed pierwszym gwizdkiem spotkania Polska - Włochy we Wrocławiu. Ale natychmiast sprytnie zagłuszył ich spiker, opowiadając o barażach. trybuny odpowiedziały znaną piosenką o PZPN i znów musiał reagować spiker. I tak za każdym razem podczas spotkania kiedy tylko fani upominali się o Orzełka na koszulkach reprezentacji, spiker informował o sytuacji w meczu Turcja - Chorwacja, bo przecież jedna z tych drużyn może przyjechać na turniej do Polski... Tymczasem nic tak nie uciszało pretensji publiki jak groźna akcja Polaków czy Włochów.

Na szczęście nie było zapowiadanego bojkotu hymnu Polski przed meczem w ramach walki o odzyskanie Orła. Brawo kibice!



środa, 09 listopada 2011

Tradycja zobowiązuje - nowym strojom nikt nie kibicuje - taki transparent wywiesili kibice Śląska Wrocław, którzy przybyli na środowy, wieczorny trening reprezentacji Polski na stadionie przy Oporowskiej. Trzeba przyznać, że to protest niezwykle łagodny w porównaniu z reakcjami fanów w internecie aż kipiącymi od obelg pod adresem działaczy PZPN i samej, nieszczęsnej koszulki (że szmata). I ja bym wolał, żeby orzełek nie znikał ze strojów, w których kadrowicze wezmą udział w najważniejszym turnieju w historii polskiego futbolu i ich własnym. Potrafili Niemcy przed mundialem w 2006 zaprojektować stroje odwołujące się do największego powojennego sukcesu swej reprezentacji, czyli cudu w Bernie, liczyłem na coś podobne. Może repliki strojów w jakich grała legendarna drużyna Kazimierza Górskiego? Tymczasem my spektakularnie odcięliśmy się od tradycji. Nowym koszulkom brakuje nie tylko godła ale i charakteru. Składające się ni to orła ni pumy ni węża logo jest wg mnie mdłe. Ale to kwestia gustu. 70 procent badanym przez PZPN się spodobało (ciekawe czy w ankiecie padło pytanie o zastąpienie starego godła nowym logo).

Oto koszulki na Euro 2012! A gdzie orzełek?

Rozumiem doskonale frustrację kibiców. Podejrzewam, że gdyby PZPN przeprowadził operację kilka lat temu, może reakcja była by o wiele spokojniejsza. Tymczasem w miarę zapełniania się reprezentacji cudzoziemcami, wybierającymi Polskę, bo nie chciano ich gdzie indziej, kibice zaczęli tracić poczucie identyfikacji z kadrą. Plany naturalizacji Manuela Arboledy czy Maora Meliksona tę frustrację podgrzewały. A teraz coś takiego!

Zdumiewają mnie jednak reakcje – zasłyszane na Oporowskiej, przeczytane w necie - że kadrze grającej w takich koszulkach kibicować się nie da i w tej sytuacji jeden czy drugi kibic kompletnie traci zainteresowanie Euro. Bez przesady! Komu nie podoba się nowa koszulka – niech jej nie kupuje! Wiadomo, że zmiana godła na logo nastąpiła z powodów komercyjnych: godła zastrzec się nie da, na gadżetach i strojach z nowym logo da się za to zarabiać aż miło. Takie mamy czasy (przyznaje, że podłe), że wszystko na sprzedaż. Nawet Barcelonę (wiem, że to nie reprezentacja, ale też i coś więcej niż klub) przestało być stać na oddawanie miejsca na koszulce UNICEF. Większość reprezentacji gra z logo federacji na koszulkach, choć są i chlubne wyjątki. Żałuje, że przestała być nim Polska, ale na Boga – bojkot reprezentacji z tego powodu?! Grupy oporu na facebooku, żądające przywrócenia orzełka – proszę bardzo. Ale choćbyśmy jeszcze sto razy zakrzyknęli: skandal! , nic nie przemówi do PZPN lepiej niż bojkot koszulek z nowym logo, po którym zawartość kasy nie będzie się zgadzać. Najlepszy dowód to ostatnia akcja Dnia Zamykania Kont w Bank of America, którą  najpotężniejszy bank w USA zmuszono do wycofania się z wprowadzenia miesięcznej opłaty  za korzystanie z kart debetowych w wysokości 5 dolarów.  A czym przy Bank of America jest PZPN?

Lewandowski o koszulkach: dobrze, że zostały biało-czerwone barwy
18:51, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (52) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie