sobota, 29 listopada 2008

 

 

Holenderski trener Leo Beenhakker, czasowo zatrudniony jako selekcjoner reprezentacji Polski znów w bezczelny sposób z otwartą przyłbicą i w żywe oczy drwi sobie z polskich trenerów. Po raz drugi zaproszono go na jesienną konferencję polskich trenerów, a on po raz drugi nie będzie w niej uczestniczył. Choć w już wydrukowanym programie konferencji, który trafił już do 250 licencjonowanych polskich trenerów Beenhakker widnieje jako mówca nr 2 z wykładem „Refleksje i wnioski z Euro 2008”, na spotkanie nie przyjdzie i wykładu nie wygłosi.

 

Jakim prawem Holender wykręca się od obowiązku podzielenia się tajnikami swego warsztatu z przedstawicielami „polskiej myśli szkoleniowej” (w skrócie PMS)?! Nędznym powodem jaki podaje jest to, że wyznaczona na 8 grudnia konferencja - o której zresztą nikt go wcześniej nie informował, ani że miałby na niej cokolwiek wygłaszać - koliduje z wylotem reprezentacji Polski na zgrupowanie do Turcji. Czyli zamiast dyskutować w gronie polskich specjalistów i ubogacać ich, sprytny Holender będzie w tym czasie z kadrowiczami grzał się w tureckim słońcu na tamtejszych plażach!

 

I cóż z tego, że nikt wcześniej nie skonsultował z Leo czy termin konferencji mu odpowiada? Przecież chyba każde dziecko w Polsce wie, że tradycyjna konferencja trenerów organizowana jest w pierwszy poniedziałek po zakończeniu rundy jesiennej. Już drugi rok z rzędu, więc chyba można się było przyzwyczaić! Jak wyjaśnia organizator konferencji Jerzy Engel taki był wniosek trenerów i tak też będzie tym razem. - Nie zamierzamy zmieniać terminu i dostosowywać go pod żadnego selekcjonera - oświadczył twardo.

 

 

Tak się składa, że to Jerzy Engel jako przewodniczący Wydziału Szkolenia swoim podpisem akceptuje daty zgrupowań reprezentacji. Wiedział więc i to już od kilku miesięcy, że kadra wylatuje do Turcji 8 grudnia. Dlaczego więc wyznaczył konferencję na 8 grudnia i jeszcze umieścił w programie odczyt Beenhakkera? - Bo liczyłem, że reprezentacja będzie wylatywała do Turcji wieczorem. Przed południem Leo mógłby przyjść na konferencję. Niestety, kadra leci rano - tłumaczy zafrasowany organizator.

 

No po prostu jawny kij w szprychy PZPN! Umykając przed spotkaniem z PMS do Turcji Beenhakker myśli pewnie, że wygrał i zadrwił z przedstawicieli PMS. Nie dostrzega, że największą szkodę wyrządza sobie. Nie usłyszy bowiem wystąpienia wiceprezesa PZPN do spraw szkolenia Antoniego Piechniczka pt. „Polska piłka nożna przed wielką szansą” (i nie dajmy się zwieść złośliwości „Faktu”, piszącego, że będzie to o przygotowaniach do mundialu w 1982 roku), Stefana Majewskiego o modelowym okresie przygotowawczym i analizę mistrzostw Europy w wykonaniu samego Engela.

 

 

Beenhakkerowi nie będzie też dane spaść z krzesła po usłyszeniu niespodzianki jaką wyszykował dla niego Piechniczek, noszącej roboczą nazwę „20 procent dla Leo”. Pan Antonii chce, żeby Holender przygotował zestaw ćwiczeń do treningu taktycznego, który miałby być później realizowany w klubach, co sprawi, że piłkarze z ekstraklasy będą lepiej przygotowani do gry w kadrze.. - Liczę na to, że Leo zadzwoni do Macieja Skorży czy Franka Smudy i powie im: panowie daję wam swoją wiedzę i propozycje na zagospodarowanie jednostki treningowej, a wy to wykorzystajcie. Czy to będzie dwadzieścia procent czy dwadzieścia minut to już drugorzędna sprawa. Taki mariaż wzbogaciłby polską piłkę - przekonuje Piechniczek (cytuję za „Dziennikiem”).

 

Oczywiście jak zwykle ze wsząd wyłażą malkontenci, którzy wydziwiają i na siłę biorą stronę Beenhakkera. Jak ci trenerzy klubowi, którzy nie rozumieją, że ten pomysł może im pomóc. Np. Franciszek Smuda, który głupio się pyta: - Czyli jak? Mam przerwać trening, wziąć na bok reprezentantów Polski i powiedzieć im, że teraz będziemy testować warianty pod reprezentację? Albo trener Jan Urban, wydawało się mądry człowiek, który jak dzieciak zastanawia się w jaki sposób ma realizować pomysły pożyteczne dla kadry, skoro w składzie Legii ma aż kilkunastu cudzoziemców? I wypala, że interes klubu, a interes reprezentacji to dwie różne sprawy. - Trener klubowy sam wybiera warianty taktyczne i metody najlepsze z jego punktu widzenia. Wyobraża pan sobie, że szkoleniowiec Realu Madryt podporządkowuje się wskazówkom selekcjonera reprezentacji?

 

No jak tu być działaczem PZPN skoro ci, dla których dobra działasz wkładają ci kij w szprychy i sypią piach w tryby? A jeszcze jacyś złośliwcy komentują, że całe to zamieszanie z konferencją to ciąg dalszy wojny podjazdowej PZPN z Beenhakkerem, drobnych złośliwostek, obliczonych na zniechęcenie Holendra do posady i wymuszenie rezygnacji. Dopiero co było wejście prezesa Grzegorza Laty do szatni przed meczem w Dublinie, następnymi przykrościami mają być próby zwolnienia jego najbliższego współpracownika Jana De Zeeuwa, obniżenia kontraktu i nakładania nowych obowiązków ograniczających swobodę decyzji...

 

Niestety taka jest dola działacza PZPN. Trzeba po prostu robić swoje i nie przejmować się ogarniętymi obsesją złośliwcami jak np. Jan Tomaszewski, który podsumowuje, że „cokolwiek się nie wydarzy Beenhakker i tak nie zrezygnuje, a cała ta 'Wielka trójca' - Lato, Piechniczek i Engel mogą go co najwyżej w dupę pocałować..."

 

 

 

 

 Ligi Europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus! 

10:50, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (81) »
czwartek, 27 listopada 2008

 

 

Na dwa dni przybył do Polski legendarny portugalski piłkarz Eusebio. Zdobywca Pucharu Europy z Benficą Lizbona z 1962 i trzeci piłkarz świata na mundialu w 1966 wziął udział w otwarciu kolejnego boiska „Orlika” na warszawskim Targówku i pięknie wypowiedział się na temat Euzebiusza Smolarka, który dostał imię właśnie na cześć Portugalczyka. Kurtuazyjnie stwierdził, że bardzo cieszył się kiedy Ebi strzelił dwie bramki Portugalii w eliminacjach Euro 2008 (akurat, już w to wierzymy, przecież to tak jakby Grzegorz Lato cieszył się, że Łukasz Podolski strzelił dwie bramki Polsce w Klagenfurcie...)

 

Prawdziwym powodem wizyty „Czarnej Perły” z Mozambiku w naszym kraju było wybicie monety z wizerunkiem Portugalczyka przez Mennicę Polską. Jednak to nie my, Polacy będziemy płacić w sklepach eusebiami. Monetę zamówił Centralny Bank Armenii, który postanowił wyemitować serię „Królowie Futbolu”, dedykowaną najwybitniejszym piłkarzom w historii świata.

 

Pierwsza moneta z serii o nominale 100 dram (przyznaję, że nie wiem co można w Armenii za to kupić) ukazała się w październiku i zgodnie z nazwą serii przedstawiała Pelego. Po Eusebio na kolejnych mają się znaleźć Lew Jaszyn, Franz Beckenbauer, David Beckham, Johan Cruyff, Zinedine Zidane, Bobby Charlton, Roberto Baggio, Ronaldinho, Gerd Mueller, Georghe Hagi, Pavel Nedved i Leo Messi.

 

Ormianie zapowiadają, że w serii zostanie wybity też pewien Polak. Ta informacja z początku bardzo mnie to zaniepokoiła. Wszak wygrana 1:0 z Polską w czerwcu 2007 roku to historyczny sukces Armenii. Nigdy wcześniej notowani w rankingu FIFA na 128. pozycji Ormianie (dziś już na 110) nie wygrali w meczu o punkty z tak dobrym zespołem, uczestnikiem tylu mundiali etc. Bałem się, że może będą chcieli uhonorować tamten wkład Polaków w rozwój swego futbolu, bijąc na monecie np. Artura Boruca, który wówczas nie sięgnął piłki po pamiętnym strzale Michtariana nad murem z 25 metrów. Szczęśliwie okazało się jednak, że chodzi o Zbigniewa Bońka.

 

Ale i tak numizmatyczne przedsięwzięcie Centralnego Banku Armenii uważam za skandal. A to dlatego, że w gronie „królów futbolu” pominięto Diego Maradonę. Już samo to, że pierwszy został wybity Pele, a nie Argentyńczyk zasługuje na dyskusję, ale że Diego nie zostanie wybity w ogóle? Czyżby chodziło o ekscesy po zakończeniu kariery, narkotyki, strzelanie do dziennikarzy, przyjaźń z Fidelem Castro? Chyba, że Centralny Bank Armenii planuje kolejną serię: „Bogów Futbolu”, która rozpocznie się i zakończy na tej jednej złotej monecie...

 

 

A George Best to ma już nawet swój banknot, więc nie musi żałować, że nie będzie go na ormiańskich monetach...

 Ligi Europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus! 

15:12, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (25) »
środa, 26 listopada 2008

 

Pierwsza połowa meczu Arsenal – Dynamo Kijów na Emiratem Stadium. William Gallas ma za sobą tylko Manuela Almunię. Były kapitan podaje do swego bramkarza, ale zbyt lekko. Piłkę sprytnie przejmuje Ismael Bangoura i sunie na Hiszpana. Szczęśliwie dla „Kanonierów” kąt jest ostry i reprezentant Gwinei strzela w boczną siatkę.

Początek drugiej połowy. Cały czas jest 0:0, ale oto w ogromnym zamieszaniu na polu karnym Dynama na bramkę strzela Robin van Persie. Piłka już minęła bramkarza, już zmierza do bramki. Z pustej siatki wybija ją… William Gallas. Załamany łapie się za głowę i aż przyklęka. Biedak znalazł się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu.

A ja się pytam co Gallas w ogóle robił tam na boisku?! I co z Arsene Wengera za wychowawca, który najpierw pozbawia go opaski kapitana, karze grzywną 180 tys. funtów, czyli nie w kij dmuchał, wysadza z autokaru na mecz Premier League z Manchesterem City – uznajmy, że wszystko słusznie, za karę za ujawnienie tajemnic szatni w wywiadzie i autobiografii – i w końcu wstawia go do składu na mecz z Dynamem? Obok zawodników, których Gallas oszkalował?

Jakiej gry oczekiwał od rozbitego psychicznie piłkarza? I koncentracji na jakim poziomie? Przecież Wegner zakwestionował jego przywództwo w drużynie, wziął stronę   zawodników, których ten skrytykował. Skoro uznał, że Gallas popełnił rzecz tak niedopuszczalną, czy nie powinien wykopać go z drużyny na zawsze? Jak Alex Ferguson z Jaapem Stamem po autobiografii Holendra, ujawniającej kulisy szatni Old Trafford?

Gdybym ja ujawnił tu na blogu, że najbardziej nielubianą osobą w dziale sportowym „Gazety” jest dajmy na to Radek Leniarski (a jest dokładnie odwrotnie, wszyscy kochamy naszego Radziusia i nie wyobrażamy sobie pracy bez niego), młodzi dziennikarze skarżą się na to jak ich traktuje sam młody stażem Misza Szadkowski, a Rafał Stec pobił się z Robertem Błońskim o Leo Beenhakkera, mój szef wywaliłby mnie z roboty i na pewno nie zaprosił, żebym wpadł w środę opisać kolejny wieczór Ligi Mistrzów. Nie mówiąc o tym, że nie przyszłoby mi do głowy wkroczyć jakby nigdy nic do działu i robić swoje obok ludzi, których obraziłem. A Gallas musiał wejść do szatni.

Swoją drogą mecz z Dynamem pokazał, że Gallas nie kłamał, mówiąc,  że nikt w drużynie nie lubi bezczelnego van Persiego, który naigrywa się z kolegów. Był taki moment kiedy Artem Milewski i Holender weszli w siebie wślizgiem i z bólu zwijali na boisku. Wokół zawodnika Dynama natychmiast utworzył się wianuszek współczujących kolegów. Van Persie zwijał się sam…

 

 Liga Mistrzów w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus! 

 

wtorek, 25 listopada 2008

 

… Chelsea. Od początku sezonu zawodnicy „The Blues" doznali w sumie 26 (!) większych i mniejszych urazów, eliminujących ich z gry na kilka dni, bądź miesięcy jak w przypadku Michaela Essiena czy Michaela Ballacka.

Na drugim miejscu w tej niechlubnej statystyce pośród czołowych drużyn Europy jest Real Madryt, gdzie aż 20 razy piłkarze wypadali ze składu z powodu kontuzji. Kolejne miejsca zajmują Manchesterze United - 17 urazów, Juventus - 15, Bayern Monachium - 13, Liverpool - 12, Inter Mediolan - 11. Najmniej, bo tylko sześciu piłkarzy doznało urazów w Villarreal.

Podaję to zestawienie za jedną z najlepszych stron klubowych w Polsce www.realmadrid.pl, a ona za dziennikiem „AS". Bo też właśnie na Santiago Bernabeu są bardzo zaniepokojeni tą sytuacją i łamią sobie głowę, skąd bierze się to niepokojące zjawisko. W spotkaniu ostatniej kolejki ligowej z Recreativo Huelva urazów doznało dwóch kolejnych ważnych piłkarzy kadry Bernda Schustera - Gonzalo Higuaín zwichnął lewą kostkę, a Wesley Sneijder naciągnął mięsień prawego uda. Obu zabraknie w kluczowym dla awansu do 1/8 Ligi Mistrzów meczu z BATE Borysów.

A przecież do końca sezonu wyeliminowany jest Ruud van Nistelrooy, a leczą się jeszcze Arjen Robben, Rubén de la Red, Mahamadou Diarra i Fabio Cannavaro. Dopiero co do gry wrócił zaś Pepe, a w tym sezonie kontuzje zdążyli już leczyć Sergio Ramos, Raúl, Guti, Fernando Gago, Miguel Torres, Míchel Salgado, Jordi Codina, Christoph Metzelder i Javier Saviola.

Schuster przyznaje, że „do 90 procent kontuzji dochodzi na boisku". Co ciekawe spośród 24 zawodników w kadrze Realu, tylko siedmiu z nich nie doznało w tym sezonie żadnej kontuzji. Wśród nich są obaj bramkarze: Terminator-jeśli chodzi o unikanie urazów-Iker Casillas i nasz Jerzy Dudek. Oraz Royston Drenthe, Marcelo, Javi García, Gabriel Heinze i Rafael van der Vaart, czyli ci - oprócz Heinzego - którzy najmniej grają w meczach.

- To niepokojące i koniecznie trzeba to zmienić. Niestety nie bardzo wiemy, co się dzieje i dlatego nie możemy z tym walczyć - mówi zniechęcony trener Schuster. Są podejrzenia, że jednym z powodów tak wielkiej ilości kontuzji może być murawa na Santiago Bernabéu. Piłkarze i członkowie sztabu szkoleniowego od dawna narzekają na stan trawy w niektórych strefach boiska. Toteż w ubiegłym tygodniu rozpoczęto nawet wymianę części murawy.

„Królewscy" poszli tym samym tropem co trener Interu Mediolan, Jose Mourinho, który zauważył, że tacy zawodnicy jak Christian Chivu czy Luis Antonio Jimenez często doznają kontuzji mięśni. Zlecił służbom technicznym krótsze przystrzyganie trawy na boiskach treningowych Interu.

Ale czy aby rzeczywiście cały problem tkwi w złej murawie? Gdyby tak było, czy czołówki najbardziej podatnych na kontuzje drużyn Europy nie tworzyłyby klubu z Polski?

 

 

 Liga Mistrzów w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus! 

11:46, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (31) »
niedziela, 23 listopada 2008

 

 

Twojej drużynie nie idzie ostatnio w lidze? Przegrywasz mecz za meczem, nawet z beniaminkami. Choć Twoja drużyna prowadzi już 4:2, rywale wywożą remis? Twój kapitan wyprał publicznie największe klubowe brudy, zawodnicy biją się w przerwie meczu, starzy mobbują młodych, a młodzi nie okazują szacunku starym? Generalnie morale siadło, źle to wszystko wygląda i nie wiesz jak zmotywować tę bandę? Może zainspiruje Cię pomysł trenera rezerw AFC Wimbledon (szósta liga), Marcusa Gayle?

Gayle spędził w Wimbledonie siedem lat, w czasach kiedy drużyna występowała jeszcze w Premier League. W 237 meczach strzelił 37 goli (najsłynniejszy w wygranym 1:0 meczu Pucharu Anglii z Manchesterem United w 1997 roku, który wyeliminował obrońców trofeum z rozgrywek). Najlepiej więc wie, że motywacja chłopaków to nie jest prosta sprawa. Potrzeba tricków, żeby ich przekonać, że talent is there, a oni nie są w niczym gorsi od swoich rówieśników... Jedni trenerzy każą swoim piłkarzom chodzić po tłuczonym szkle (Christoph Daum w czasach pracy w Bayerze Leverkusen) inni jak trener FC Kopenhaga pokazują im filmy pornograficzne. Gayle (łysy, ciemnoskry gentelman stojący za plecami trenera karate) każe im walić ręką w deski niczym Bruce Lee...

- Are you gonna breake the wood? - Yeees! - Are gona win the league? - Yeees! - Are you gona win the Premiership... no tu się pan trener troch zagalopował. Ale jest szansa, że młode chłopaki dzięki takiemu treningowi stworzą w przyszłości coś na wzór pamiętnego Crazy Gang z lat 90-tych, kiedy Wimbledon był postrachem ligi za sprawą Vinnie Jonesa, Dennisa Wise, Johna Fashanu i Lawrie Sancheza?

Vinnie Jones i jego crazy tricki...

 

 

 Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus! 

 

17:55, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (6) »
sobota, 22 listopada 2008

Trener Arsenalu Arsene Wegner pozbawił Williama Gallasa funkcji kapitana. I dodatkowo ukarał obrońcę reprezentacji Francji potężną grzywną w wysokości 180 tys. funtów. Za co? Pijaństwo? Wyskok do nocnego klubu dzień przed meczem, uwieczniony przez paparazzich? Pokazanie f*cka kibicom rywali? Regularne spóźnienia na treningi?

Nie, Gallas jak na kapitana przystało walnął pięścią w stół w niezgodzie serię ostatnich rozczarowań Arsenalu: przegrane z oboma beniaminkami Stoke City i Hull City (u siebie!), remis z Tottenhamem mimo prowadzenia 4:2 pięć minut przed końcem i ostatnią porażką na Emiratem Stadium z Aston Villą 0:2, która de facto po raz kolejny zakończyła marzenia Arsenalu o tytule. Już w listopadzie. Choć szansa na mistrzostwo Anglii wciąż jednak jest, podobnie jak i na inne trofea, Gallas zagrzmiał w wywiadzie, że nie z taką grą i nie z takim zaangażowaniem niektórych piłkarzy!

- Jeśli chcemy zdobyć mistrzostwo, musimy rozgrywać naprawdę wielkie mecze. Musimy walczyć do upadłego w każdej kolejce. Niestety niektórzy z nas są za mało waleczni i to jest największy problem tego klubu. Żeby wygrywać, musimy zachowywać się na boisku jak prawdziwi żołnierze, jak wojownicy. Zamiast tego niektórzy odpuszczają - powiedział.

Ujawnił też, że Theo Walcott i Robin van Persie pobili się w przerwie meczu z Tottenhamem. I że niektórzy zawodnicy Arsenalu wyzywają kolegów w czasie meczów i odnoszą się do siebie bez respektu, na co jako kapitanowi, skarżą mu się niektórzy młodzi zawodnicy. Nie podał nazwisk, ale można się domyśleć, że chodziło mu o van Perskiego i Samira Nasriego, którego określił wyjątkowo bezczelnym nastolatkiem na literę „S”.

- Kiedy będąc kapitanem kilku piłkarzy przychodzi do ciebie, żeby porozmawiać o innym zawodniku, narzekać na niego, a potem ty próbujesz to z nim omówić, a on znieważa całą drużynę, to musisz sobie postawić pytanie: jak to się może dziać - dodał.

Słowem, zrobił to co kapitan w chwili kryzysu zrobić powinien: spróbował przywrócić kolegów do pionu. Jego słowa miały wstrząsnąć szatnią. Niestety, zapłacił za to tak samo jak Roy Keane w 2005. Irlandczyk zawsze walił prawdę prosto w oczy domagając się od piłkarzy młodego pokolenia należytego szacunku dla klubowych barw (słynne pokolenie „rolex-porsche”). Po porażce Manchesteru United z Middlesbrough udzielił MUTV ostrego wywiadu, w którym wygarnął brak zaangażowania kolegom (słynne zdanie do Rio Ferdynanda: „nie myśl, że jesteś supergwiazdą tylko dlatego, że zarabiasz 120 tys. tygodniowo i zagrałeś dobre 20 minut z Tottenhamem”). Alex Ferguson najpierw wstrzymał emisję wywiadu, a potem pozbył się swego lidera z klubu.

Oczywiście teraz Keane broni Gallasa. Choć zastrzegał się, że jako menedżerowi Sunderlandu niezręcznie mu komentować wydarzenia w szatni Arsenalu, to stwierdził, że jeśli kapitan widzi, że dzieje się coś złego, ma obowiązek o tym mówić. - Problemem „Kanonierów” jest to, że w szatni zawsze potrzeba kilku kapitanów, żeby wszystko było w porządku. W MU mieliśmy w szatni kilka osób o silnej charyzmie - stwierdził.

Rozumiem argumenty potępiających Gallasa i chwalących decyzję Wengera, jak legenda „Kanonierów” Bob Wilson, który stwierdził, że Gallas nie powinien prać publicznie klubowych brudów. Musiał stracić opaskę kapitana, bo zdradzając mediom tajemnice klubowej szatni naruszył zaufanie jakim darzył go trener Wenger. A kapitan musi być przedłużeniem władzy trenera na boisku...

Ale Wegnerowi ubędzie z kadry kolejnego doświadczonego piłkarza, po trzydziestce, więc niepewnego, któremu można co najwyżej zaoferować przedłużenie kontraktu o rok. Na pewno znajdzie zdolnego młodziaka, którym wypełni lukę w defensywie. Dużym zarzutem wobec „Kanonierów” w tym sezonie jest to, że brakuje mu lidera. Tracąc Gallasa Wegner traci kolejnego zawodnika, który przynajmniej miał na lidera zadatki. I to chyba nie jest przypadek.

Co dalej z Gallasem? Już oznajmił, że w takim razie chciałby wrócić do Francji, do któregoś z mocnych klubów jak Olympique Lyon, Olympique Maryslię, Bordeaux czy Paris Saint-Germain. Na ten ostatni namawia go przyjaciel z reprezentacji, Claude Makelele, ale Gallas najchętniej przyjąłby ofertę „Żyrondystów”. - Bardzo lubię ten klub i region. Byłem fanem Jeana Tigany, gdy grał w Bordeaux - powiedział.

W miejsce Gallasa na mecz z Manchesterem City opaskę kapitana Arsenalu założył Manuel Almunia, rywal Łukasza Fabiańskiego do miejsca między słupkami. Dla Polaka to zła wiadomość, oznacza bowiem, że pozycja Hiszpana jest niezachwiana, mimo kilku spektakularnych błędów w poprzednich przegranych i zremisowanych spotkaniach. A gra Fabiana w meczu Ligi Mistrzów z Fenerbahce Stambuł i Pucharze Ligi Angielskiej nie była niestety przetarciem do wejścia do bramki „Kanonierów" na dłużej.

 

 

 

  Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus! 

 

 

14:56, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (19) »
piątek, 21 listopada 2008

 

 

Wygląda na to, że Artura Boruca nie spotkają żadne konsekwencje za niesportowy tryb prowadzenia się w trakcie rehabilitacji po zabiegu kolana i lada moment wróci on do bramki Celtiku. Być może już w sobotnim meczu z St. Miren (wznowił treningi, lekarz nie widzi przeciwwskazań). Jeśli nie to we wtorek w meczu Ligi Mistrzów z Aalborgiem o trzecie miejsce w grupie E.

 

Nie dlatego bynajmniej, że informacje o wyskoku Polaka nie doratły do Szkocji. Zdjęcia opublikowane przez jeden z polskich brukowców, przedrukowała cała szkocka prasa (przy okazji zastrzegam, że fotografii na których z kimś się całuje nie komentuję, bo to sprawa tylko i wyłacznie Artura Boruca i publikacje ich uważam za haniebną). „Kolejne błazeństwa rozwścieczają trenera Strachana” - skomentował w tytule „Daily Record”, cytując trenera Celtów, który powiedział dziennikarzom, że wysyła kontuzjowanego Polaka do ojczyzny, bo „Artur wariuje, kiedy nie może grać. Niech więc leci do Polski na kilka dni, odwiedzi rodziców, pójdzie na spacer z synem...”. - Boruc wybrał jednak inny sposób spędzania wolnego czasu - wolał imprezować - ironizuje dziennik. „Sun” złośliwie wyliczył zaś 12 największych „błazeństw” polskiego bramkarza. M.in. 50 tys. funtów grzywny za łamanie zakazu picia alkoholu podczas zgrupowania Celtów w Rotterdamie, dyskwalifikację z kadry za incydent we Lwowie, wielokrotne prowokowanie fanów Rangers i odmowę podania ręki rywalom pod derbach Glasgow.

 

Zachowanie Boruca nie spodobało się wielu kibicom Celtiku, którzy dali temu wyraz w radiowym show w stacji 102.5 Clyde. Kilku z nich wezwało władze klubu do pozbycia się Polaka. - On już dostał wiele szans i wszystkie zmarnował. Miał leczyć kontuzję, a zachował się jakby się urwał ze smyczy. Mark Brown powinien stanąć w bramce na stałe - stwierdził Stuart McEachan. - Podczas każdego wyjazdu Boruc przynosi wstyd Celtikowi. Tym razem posunął się za daleko i Strachan powinien karnie pozbawić go pozycji nr 1 - dodał Derek Mailer. A na internetowej stronie „Daily Record”, który opublikował zapis radiowej dyskusji, w sondzie aż 46 proc. internautów opowiedziało się za wyrzuceniem Boruca z Celtiku.

 

Znajomy szkocki dziennikarz powiedział mi jednak, że Boruc o swój los w Celtiku może być spokojny. Oczywiście nikt nie pochwala piłkarza, który podczas leczenia kontuzji popija i popala. Ale tak długo jak śladów tych wyskoków nie będzie widać w grze Boruca na boisku, nic nie umniejszy jego legendy. A taki status Polak zyskał na Celtic Park już dawno temu - zapewnił mnie Szkot.

 

- Nie wiem czy „kolejne błazeństwo rozwścieczyło Strachana. Jeśli tak, to nie dał po sobie poznać. Odmówił nam jakichkolwiek komentarzy, a prywatnie tylko kręcił głową, że z Artura taki „party animal”. A nie jest to cecha obca piłkarzom grającym w lidze szkockiej czy angielskiej. Z podstawowych zawodników Celtiku na palcach jednej ręki dałoby się wymienić tych, których ktoś gdzieś nie przyłapał na złym prowadzeniu się. Ot, w tym samym czasie co zdjęcia Boruca w Warszawie, na czołówki trafiła bójka pomocnika Celtiku, Aidena McGeady w nocnym klubie z trzema facetami. Nie on ją sprowokował, ale nie powinien tam być o tej porze, bo właśnie... leczy kontuzję i dlatego nie zagrał w meczu Irlandia - Polska - powiedział, zastrzegając sobie anonimowość.

 

Radiową dyskusję i sondę w „Daily Record” zbył machnięciem ręki. - Tak naprawdę nie wiadomo, kto w nich bierze udział. A może fani Rangers, dla których Artur jest wrogiem publicznym nr 1? A pozbyć się Boruca z klubu mogą radzić władzom Celtiku chyba tylko kibice Rangers. Tak naprawdę booz-up trip Polaka (alkoholowa wycieczka) zbulwersowała aż tak wielu kibiców, bo dla nich to normalna rzecz. Nie jednemu zdarzył się podobny wypad z kumplami. Tak długo jak kłopoty w życiu prywatnym będzie umiał zostawić w szatni, wychodząc na mecz, nie musi się martwić o sympatię fanów. Oni go kochają, są wdzięczni za to co już zrobił dla klubu, a fan Celtiku nie jest z tych co szybko zapominają - zapewnił.

 

 

 

 

 Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus! 

17:13, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (23) »
czwartek, 20 listopada 2008

 

 

Dawno nie widziałem takiego meczu, w którym skompromitowałoby się aż trzech bramkarzy. Zdarzały się mecze, że wpadki zaliczali golkiperzy po obu stronach, ale żeby i rezerwowy, który wszedł po przerwie? Choć to osłabieni brakiem Stevena Gerrarda czy Franka Lamparda Anglicy wygrali w Berlinie z Niemcami 2:1, trener Fabio Capello z pewnością nie popadł w euforię, ponieważ znów boleśnie musiał odczuć, że jego drużyna nie ma klasowego bramkarza.

 

To czego dokonał w 63. minucie Scott Carson nie miało prawa przydarzyć mu się nawet w meczu towarzyskim (a ten jeszcze był tak prestiżowy). Bramkarz West Bromwich Albion skopiował toczka w toczkę wpadkę Jerzego Dudka w meczu Liverpool - Manchester United na Anfield Road (niestety widziałem na żywo). W roli Diego Forlana wystąpił Patrick Helmes, który - co dodatkowo upokorzyło Anglików - zadedykował bramkę... zdechłemu niedawno psu.

 

„Scott Carson's blunder against Germany joins list of England goalkeeping howlers” (kiks Carsona powiększył listę wpadek angielskich bramkarzy) - zatytułował artykuł „Daily Telegraph”, przypomionając a to zakołnierze David Seamana w meczach z Brazylią na mundialu 2002 (Ronaldinho) czy z Macedonią w eliminacjach Euro 2004 qualifier (pamiętne 2:2), a to słynne wpadki w meczach z Chorwacją Paula Robinsona w Zagrzebiu i właśnie Carsona w rewanżu na Wembley, które skutkowały odpadnbięciem Anglii z Euro 2008.

 

Carson prawdopodobnie tylko dlatego wrócił żywy do Londynu, a nie uduszony przez Johna Terry'ego - mina obrońcy Chelsea, zastawiającego Helmesa, gdy Carson przepuszcza piłkę jest bezcenna - że kapitan Anglii strzelił w końcówce zwycięskiego gola i trochę mu przeszło. Fatalny błąd popełnił przy tym Tim Wiese, który zamiast interweniować ograniczył się do gestu, skądinąd doskonale znanego na Stadionie Olimpijskim w Berlinie. Wiese przyzwyczaił zresztą kibiców Werderu Brema do tego, że w jednym meczu potrafi przejść drogę od bohatera do zera lub odwrotnie.

Jeszcze większą wpadkę od niego zaliczył na początku meczu Rene Adler - największa nadzieja niemieckiego futbolu, mianowany następcą Olivera Kahna. Bramkarz Bayeru Leverkusen minął się z piłką po dośrodkowaniu z rogu, dzięki czemu gola na 1:0 mógł strzelić Matthew Upson. Adler nie przyznał się do błędu, zwalając winę na faul, którego rzekomo dopuścił się na nim Anglik. Kahn, komentujący mecz w studiu ZDF nazwał to tłumaczenie, „żałosnym lamentem”. - To łatwizna doszukiwać się faulu, którego nie było. Jest jedna prosta zasada, która dotyczy wszystkich bramkarzy: jeśli już wychodzisz z bramki do piłki, piłka musi być twoja. Nie ważne czy na drodze stoi ci jeden, dwóch czy trzech rywali. Masz po nią wyjść tak, żeby była twoja - stwierdził najlepszy zawodnik mundialu w 2002 roku.

Dodał, że z kolei Wiese powinien był wychodzić do piłki zamiast czekać na wydarzenia w bramce. Zapytany, kto w takim razie powinien być numerem 1 w niemieckiej bramce, Kahn wywinął się od odpowiedzi. Powiedział, że po tym meczu nie jest w stanie stwierdzić, bo das war ja Comedy   

 

 

 

 Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus! 

 

14:11, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (12) »
wtorek, 18 listopada 2008

W środę w Glasgow reprezentacja Argentyny rozegra pierwszy mecz pod wodzą Diego Maradony. Cały świat, nie tylko Argentyna czeka na debiut legendy futbolu. Ten obiecuje: - Czekajcie aż zobaczycie jaki zespół wyślę przeciwko Szkotom. To będzie zupełnie odmieniona Argentyna...

 

Ano zaczekamy, zobaczymy... Diego ponoć zażądał od swoich piłkarzy gry na sto procent. Nie tylko z okazji jego debiutu - Argentyna ma odtąd grać tak zawsze. - Nie ma dla nas meczów towarzyskich. Jesteśmy w środku drogi do mistrzostw świata i za każdym razem musimy dawać z siebie wszystko. A już szczególnie ze Szkocją. Żeby ją pokonać będziemy musieli walczyć do upadłego, od pierwszej do ostatniej minuty - oświadczył Diego.

 

Niesamowite jak ciepło Argentyńczycy zostali przyjęci w Szkocji. Choć przylecieli w niedzielę późnym wieczorem, na lotnisku czekały tłumy kibiców, wielu w biało-błękitnych koszulkach. Trenera powitały głośne owacje i transparenty „Hand of God” (Ręka Boga) w tym nawet w ojczystym języku „La Mano de Dios”. Zwycięstwo Argentyny nad znienawidzoną Anglią w ćwierćfinale mundialu w Meksyku 1986 roku, po dwóch golach Maradony - strzelonym ręką i po wspaniałym rajdzie przez pół boiska - uznawane jest w Szkocji za prawdziwe święto i wspominane z nostalgią. Toteż pamiętną akcję w kółko powtarzają wszystkie stacje telewizyjne, a szkoccy celebryci snują wspomnienia jak bardzo cieszyli się z tamtej wygranej Argentyńczyków.

 

Oba treningi argentyńskich piłkarzy na Hampden i Celtic Park obejrzały tłumy fetujących kibiców, a podczas ich ćwiczeń na telebimach wokół boiska wyświetlały się hasła na cześć zawodników i Maradony, np: „Celtic welcomes Diego Maradona and the team of Argentina to paradise". Telewizja transmitowała też jak 13-letni Adam Brown wręcza „Boskiemu” medalik ze Św. Krzysztofem, który zgubił podczas treningu Fernando Gago.

 

Diego i szkocki chłopiec, który znalazł medalik

 

Zirytowało to niezmiernie Anglików. Na łamach mediów oburzenie wyraziła większość „oszukanych” przez Argentyńczyka na Stadio Azteca reprezentantów tamtej tej drużyny. A najbardziej obrońca Terry Butcher, który stwierdził, że do końca życia nie wybaczy Maradonie tamtego zagrania.

 

- Gdybym po meczu został z nim sam na sam w pokoju na kontroli dopingowej, dostałby ode mnie cztery, pięć razy w twarz. Miał szczęście, że nie weszliśmy tam sami, bo dziś wszyscy wspominaliby nie „rękę Boga” ale „pięść Butchera” - oświadczył Butcher, który dziś jako asystent trenera reprezentacji Szkocji po raz pierwszy od 22 lat spotka się z Diego twarzą w twarz.

 

Terry Butcher zawsze walczył do krwi ostatniej

 

Co do reakcji Szkotów Butcher przypomniał, że akurat po mundialu w 1986 roku przeszedł z Ipswich do Glasgow Rangers, a tam... - na ulicach widziałem więcej ludzi w biało-niebieskich koszulkach Argentyny niż w podczas mistrzostw w Meksyku. To było jakieś wariactwo. Na ulicy ludzie na mój widok krzyczeli mi ze śmiechem w twarz: „Argentina!”...

 

I dlatego choć Butcher mówi, że nie będzie miał problemu z podaniem Maradonie ręki podczas meczu. I że to najlepszy piłkarze przeciwko któremu grał kiedykolwiek w karierze i to wspaniałe dla futbolu, że został trenerem. Ale dodaje, że nie zapomni mu upokorzenia do końca życia. I zapłaciłby wiele tysięcy funtów, żeby cofnąć czas i znaleźć się z nim w tamtym pokoju sam na sam...

 

Pięść Terry'ego Butchera, która nie przeszła do legendy...

A Rafał Stec zastanawia się na swoim blogu, co by było gdyby Diego nie strzelił wtedy Anglików tych dwóch bramek, a Argentyna nie została wówczas mistrzem świata. Czy zajmował w historii futbolu to samo miejsce co dzisiaj?

 Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus! 

 

 

16:29, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (34) »
 
1 , 2 , 3
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie