środa, 27 lutego 2013

Klęska Barcelony na Camp Nou z Realem Madryt po najwyższej porażce z arcyrywalem od 50 lat (gdy w 1963 Królewscy rozbili gospodarzy 5:1), zniknięcie Leo Messiego, bezradność Xaviego i Iniesty, pomyłki filarów defensywy Gerarda Pique przy ewidentnym faulu na Cristiano Ronaldo w polu karnym oraz symboliczny rozkrok Carlesa Puyola przy stracie drugiego gola definitywnie kończy erę Guardioli w Barcelonie. Porażka z Milanem w Lidze Mistrzów, choć szokująca, bo po oddaniu jedynego celnego strzału na bramkę rywali i zaniku tiki-taki mogła być uznana za wypadek przy pracy, zwalona na kiepską murawę, koncentrację na zbliżający się mecz o Puchar Króla, brak odpowiedniego wsparcia z ławki trenerskiej. Klęska z Realem dowodzi, że to nie przypadek ale ostateczny kres pewnej pięknej epoki, która zapisze się w historii futbolu złotymi zgłoskami. Tiki-taka była czymś wyjątkowym, ale żelazna defensywa Milanu oraz bynajmniej nie autobusowa defensywa Realu pokazały, że ta formuła najwyraźniej się wyczerpała. Przypomniała mi się rozmowa z Jose Bakero kiedy był trenerem Polonii Warszawa w 2010 roku, który mówiąc mi o fenomenie Barcy przekonywał, że jest to kwestia pewnego cyklu, który kiedyś dobiegnie końca, tak jak musiał się skończyć Dream Team Johana Cruyffa, którego częścią był on sam. Bo choć La Massia produkuje kolejnych wychowanków (w zwycięskim finale mundialu w RPA zagrało ich aż siedmiu) to jednak ciężko będzie znaleźć takich, którzy z miejsca wskoczą w buty Xaviego, Iniesty, Puyola, Pique, Busquetsa i Fabregasa. Wydaje się, że za datę końca owego cyklu możemy przyjąć 26 lutego 2013 roku.

Jose Mourinho z każdym kolejnym El Clasico był co raz bliżej i ostatecznie udało mu się sprawić, że nie to co w grze Barcy było błyskotliwe, perfekcyjne, niedoścignione i nieprzewidywalne stało się przewidywalne, monotonne i łatwe do powstrzymania. A do tego Barca widząc, że przestała działać na dawnych zasadach nie zmieniła stylu ani na jotę - waląc głową w mur tak z Milanem jak i Realem. Jordi Roura nijak nie pomógł drużynie w tych meczach, nie zareagował na wydarzenia na boisku, nie odwrócił losów spotkania w szatni. Guardiola potrafił np. wystawić w ataku Dani Alvesa, żeby przechytrzyć Real Mourinho. A przecież Barca doskonale wiedziała, że na San Siro Milan cofnie się, będzie twardo bronił i wyprowadzał szybkie kontry, tak jak wiedziała, że królewscy, którzy ostatnio znów stali się Realem Usaina Bolda postawią na swą najgroźniejszą broń, czyli szybki atak szybki atak.

– Blokowanie Messiego jest fundamentalne, Barcelona jest zależna od Messiego na ostatnich trzydziestu metrach. Nasz sposób obrony wpłynął na to, że Real powstrzymał Messiego - stwierdził po meczu Emilio Butragueno. Co na to odpowiada Roura: – Nie sądzę, że Real był dużo lepszy, różnica tkwiła w małych szczegółach (...) Gdybyśmy strzelili pierwsi gola, mecz ułożyłby się inaczej (...) Rywale bardzo mocno i dokładnie kryli Messiego, wieloma zawodnikami. Drużyna to dostrzegła, że został powstrzymany (...)Oczywiście ostatnie wyniki to rozczarowanie, ale trzeba pozostać optymistą, nie ma potrzeby wytykania czegokolwiek drużynie, wyjdziemy z tego. Z tych słów bije przeraźliwa bezradność, w erze Guardioli z pewnością nigdy by nie padły. Doprawdy mecz ułożyłby się inaczej, gdyby Barca pierwsza strzeliła gola? Takie słowa mógł powiedzieć Bakero po kolejnej porażce Polonii czy Lecha, trener do niedawna najlepszej drużyny świata? Brakuje tylko stwierdzenia, że po tej porażce liga zrobi się ciekawsza...

Magiczny guzik dla kibiców Barcelony ;)

Mój redakcyjny kolega, Michał Szadkowski nie zgadza się, że mecz z Realem skończył erę Guardioli. Uważa, że dobiegła ona końca w dniu odpadnięcia z półfinału Ligi Mistrzów z Chelsea. Ciekawie mówi o koniecznych zmianach w Barcy, świeżej krwi i specjalnym obchodzeniu się z kluczowymi, ale wiekowymi piłkarzami jak Xavi czy Puyol, który jeśli rzeczywiście zamierza grać do 40. może powinien być traktowany tak jak Ryan Giggs przez Aleksa Fergusona albo Rio Ferdinand. Tylko na sadzanie Puyola na ławce i decydowanie kiedy go wypuścić - jego feralny rozkrok, który stał się dla internatów sygnałem do produkcji szyderczych memów, a mnie przeszył podobnym żalem jak nokaut Andrzeja Gołoty przez Przemka Saletę ostatniej soboty - podobnie jak na zmianę pozycji Messiemu będzie mógł sobie pozwolić trener z charyzmą i autorytetem, ktoś kto jak Guardiola był dla kapitana drużyny czy czterokrotnego zdobywcy Złotej Piłki idolem z plakatu nad łóżkiem, a nie asystent asystenta...






czwartek, 21 lutego 2013

 

Co się stało z Barceloną, która na San Siro zagrała chyba najgorszy mecz w europejskich pucharach w erze Guardioli (trwającej cały czas mimo odejścia Pepa)? Najgorszy chyba od pucharowego debiutu Guardioli, przegranego z Wisłą Kraków? Katalończykom zdarzało się oczywiście przegrywać w tym czasie w Lidze Mistrzów - boleśnie jak z Interem Mediolan czy Chelsea, czy bezboleśnie jak z Celtikiem Glasgow - ale przecież w nawet w tych przegranych meczach dominowała nad rywalami, obijając im słupki i poprzeczki, strzelając gole (uznane i nie), dostawała karne, na Celtic Park oddała gdzieś ze 24 strzały na bramkę. W środowy wieczór oddała jeden celny strzał! Oczywiście nie wolno pominąć świetnej gry Milanu, jak z nieodległych czasów Carlo Ancelottiego, z żelazną, konsekwentnie i perfekcyjnie taktycznie grającą defensywą jakby znów dowodził nią Alessandro Nesta, z twardymi w środku pola Sulley Muntarim i Kevinem Prince Boatengiem, wcielającymi się w rolę Gennaro Gattuso. Ze Stephanem El-Shaarawy’m harującym tak w ataku jak i na własnym polu karnym jak Samuel Eto’o (a nie, to już druga mediolańska drużyna z nieodległych czasów Jose Mourinho). Nie ma znaczenia czy była ręka Cristiana Zapaty przy golu Boatenga (a usilnie wpatrując się w powtórki nabieram przekonania, że odbił piłkę twarzą), Milan na tego gola i to zwycięstwo sobie zasłużył, co zresztą przyznał po meczu nawet Gerard Pique.

Z pewnością jakiś wpływ na grę Barcelony musiała mieć kiepska murawa, którą zastępujący leczącego się trenera Tito Vilanovę, Jordi Roura nazwał kartofliskiem, niegodnym gry na takim poziomie i o taką stawkę. Czy to jednak tylko stan nawierzchni odpowiada za to, że Leo Messi, który w tym sezonie średnio ma sześć sytuacji bramkowych w meczu tym razem stworzył sobie zaledwie jedną? Że cieniem samego siebie był Xavi, nie wiadomo, co na boisku robił Cesc Fabregas. Trudno zresztą wskazać Katalończyka, który grał dobrze, ch9oć nie wypada krytykować Carlesa Puyola, z poświęceniem grającego mimo krwawiącej rany na czole. Z pewnością Milan, który wyraźnie zdominował rywali fizycznie, wykorzystał tradycyjną lutową zadyszkę Barcy, do której dochodzi przecież co rok

Czy jednak najważniejszym powodem porażki i rażącej przez pełne 90 minut bezradności Barcy nie był... brak na ławce trenera? A przynajmniej trenera z prawdziwego zdarzenia? Nie tylko kogoś charyzmatycznego, kto zmotywowałby i natchnął drużynę w przerwie, ale kto umiałby dokonać sensownych zmian stylu, sposobu ataku i wykonawców, skoro na boisku wszystko zawodziło? Trudno stwierdzić, by Roura zastępujący Vilanovę, zastępującego Guardiolę zareagował w jakikolwiek sposób na złą sytuację, żeby próbował jej zaradzić. Nie mam pojęcia, czy Rourę przerósł mecz o taką stawkę, zwłaszcza gdy zobaczył jak jest źle. Wpuszczanie Alexisa Sancheza okazało się niezbyt szczęśliwym pomysłem. Kogoś, kto odważyłby się minimalnie odstąpić od wierności świętemu stylowi Barcy, skoro nie przynosi efektu, na rzecz jakiegoś planu B.

Na pewno mecz ostatecznie skompromitował tezę, że po odejściu Guardioli taką machinę jak Barca jest w stanie poprowadzić do sukcesów nawet jego teściowa. Wystarczy nie przeszkadzać Messiemu, Xaviemu, Inieście i spółce w klepaniu tiki-taki. Być może przekonanie o teściowej Guardioli, czy po prostu jakimkolwiek trenerze z przeszłością w La Masii opanowało wszystkich na Camp Nou, o czym świadczą słowa Pique, że może wcale nie jesteśmy tacy dobrzy jak nam się wydawało?

Co dalej? Czy w rewanżu Barcelona jest w stanie odrobić straty? Oczywiście jest. Wygrana 3:0 na Camp Nou to nie mission: impossible, ale będzie niezwykle trudno. Milan co prawda potrafił przegrać przed rokiem w rewanżu z Arsenalem 0:3, ale pojechał do Londynu z demotywującą zaliczką 4:0. Zakładając, że Barca w rewanżu zagra w swoim zwykłym, ofensywnym stylu, spokojnie można przyjąć, że Milan jeszcze bardziej się cofnie, zaparkuje w polu karnym słynny autobus, wypożyczony od Interu i Chelsea i będzie wysyłać groźne kontry, jak ta, po której Fernando Torres przypieczętował wyeliminowanie Barcy z półfinału Ligi Mistrzów. Statystyki Ligi Mistrzów mówią, że 81% drużyn, które wygrały swój mecz 2:0, po rewanżu awansowało dalej. Owe 19 % chyba idealnie oddaje sytuację Katalończyków, których w międzyczasie czekają dwa mecze z Realem Madryt - w Pucharze Króla i La Liga - których ani jedna ani druga drużyna nie może sobie zlekceważyć. W takich okolicznościach nieodzowny jest lider, szatni i ławki. W starciach z Interem i Chelsea nawet Guardiola nie sprostał byciu liderem, popełniając błędy, nie wiem czy na ławce będzie już mógł zasiąść Vilanova i czy sprosta wyzwaniu. Z całą pewnością wyzwaniu nie sprosta teściowa Pepa Guardioli... 


niedziela, 17 lutego 2013

 

Bogusław Leśnodorski od kiedy został prezesem Legii Warszawa, zachowuje się jak Szeryf z Nikąd na Dzikim Zachodzie, który przyjechał zaprowadzić porządek w miasteczku o zszarganej reputacji. Na dzień dobry wygnał z saloonu kilku stałych bywalców: m.in. dyrektora sportowego od zakupów i kierownika drużyny. Dogadał się ze regulatorami, żeby zaczęli traktować większość spotkań jak zwykłe mecze, a nie tzw. spotkania podwyższonego ryzyka, co pozwoli zmniejszyć koszty ochrony. Planuje dogadać się z Ultrasami i znów zapełnić Żyletę (na którą sam kiedyś chodził). Zobaczymy jakie to wszystko efekty, na razie życie w Miasteczku zaczęło funkcjonować inaczej: na ścianach klubu kazał zawiesić plakaty z drużyną, który zdobyła ostatnie mistrzostwo Polski w 2006 roku, piłkarzom rozdał biografię najbardziej utytułowanego olimpijczyka w historii, 18-krotnego złotego medalisty w pływaniu Michaela Phelpsa, w korytarzu ustawił dwie konsole Playstation, żeby pracownicy mogli odstresować się pykając w FIFĘ. Mieszkańcom mówi na powitanie dzień dobry - podobno jako pierwszy prezes w historii - nic więc dziwnego, że wszyscy są w szoku: fryzjer trzęsącą się ręką z brzytwą nie jest w stanie golić klientów (kto pamięta z którego z filmów z Clintem Eastwoodem to scena?), pianista w saloonie myli klawisze, barman po raz kolejny leje whiskey obok szklanki itp...

Na rynku transferowym prezes Legii przyjął metody innego słynnego rewolwerowca z Dzikiego Zachowu, Uli Hoenessa, wieloletniego menedżera Bayernu Monachium, obecnie jego prezesa. Zimą Legia - znaną metodą Bayernu, stosowaną przez długie lata - wzmocniła się jednocześnie osłabiając najgroźniejszych rywali do tytułu. Żadnych ryzykownych cudzoziemskich nazwisk, jak Nacho Novo czy Ismael Blanco, co do których nie ma pewności czy mimo niezaprzeczalnych umiejętności sprawdzą się w Ekstraklasie. wszyscy (z wyjątkiem Bartka Bereszyńskiego) już się doskonale w Ekstraklasie sprawdzili. Sprowadzając Władimira Dwaliszwilego Leśnodorski nie dość, że wyjął najlepszy kąsek z rozpadającej się Polonii Warszawa (i to za całkiem rozsądne pieniądze) to jeszcze zgromadził  w Legii trzech z czterech najskuteczniejszych rewolwerowców rundy jesiennej (wraz z Danielem Ljuboją i Kubą Koseckim) - Lech Poznań ma u siebie jedynie Dzikiego Billa Hickoka, czyli Bartosza Śłusarskiego (pozostali Arek The Kid Milik i Razak Traore zbiegli do Meksyku).

Oczywiście Tomasz Jodłowiec to nie Lucio, Tomasz Brzyski nie Michael Ballack, a Bereszyński nie Ze Robeto - wszyscy odebrani w swoim czasie głównemu rywalowi Bayernu w Bundeslidze - Bayerowi Leverkusen, ówczesnemu finaliście Ligi Mistrzów. Ale mechanizm by wzmocnić się kosztem konkurencji jest podobny. Transfer Bereszyńskiego wydaje mi się tu szczególnie hoenessowski - jest dla Lecha osłabieniem nie tyle sportowym (choć to się jeszcze okaże), ale na pewno psychologicznym. Pomijając fakt, że wymusza na Lechu zmianę polityki traktowania wychowanków i proponowania im porządnych kontraktów, żeby ich zatrzymać, Legia wysyła sygnał całej Ekstraklasie, że nie ma tabu, może sięgnąć po kogokolwiek. To sygnał choćby dla Mariusza Stępińskiego z Widzewa. I do własnych wychowanków: jesteście świetni, ale nie ma automatycznej promocji do pierwszej drużyny, rozglądamy się po całej Polsce i jeśli nie będziecie wystarczająco zdeterminowani, nie cofniemy się przed sprowadzeniem kogoś lepszego.

 

Sprowadzenie Jodłowca to z kolei prztyczek w nos mistrza Polski, zwłaszcza, że Śląsk Wrocław nie tylko wcale nie sprzedaje piłkarza, ale sądząc po reakcji swego rzecznika jest wręcz zaskoczony transferem. Prawami do 28-letni środkowego obrońcy cały czas dysponował Józef Wojciechowski i to on zgarnia całą pulę (ciekawe jaką? może kiedyś się dowiemy). Jako, że w przeciwnym kierunku Leśniodorskiemu udało się wysłać Marko Szulera transfer ten uznaję wręcz za makiaweliczny: nie dość, żę osłabił rywala (z którym ma porachunki i za przegraną walkę o mistrzostwo i za specyficzne świętowanie tytułu), wyciągając mu z drużyny jednego z nielicznych środkowych obrońców, jak na Ekstraklasę całkiem solidnego, to jeszcze podrzuca im kukułcze jajo. Co do Jodłowca, nie jest to może transfer, po którym kibice Legii mogliby odpalać korki szampana, krzycząc radośnie: witaj Ligi Mistrzów! Ale jestem przekonany, że Jodłowiec może grać dużo lepiej niż w dwóch ostatnich sezonach, kiedy to w ostatniej chwili nie załapał się na Euro 2012, zgadzam się z komentarzem wyczytanym na weszlo.com, że może grając u boku Michała Żewłakowa może tylko zyskać, rozwinąć się jak stało się to w przypadku Marcina Komorowskiego.

Swoją drogą to niesamowite, że w dwóch tak ważnych piłkarsko miejscach w Polsce - w Legii i PZPN - mniej więcej w tym samym czasie pojawiło się dwóch niekonwencjonalnych prezesów, którzy diametralnie zmieniając stosunki w swych firmach przywracają im normalność i prowadzą w zdecydowanie wytyczonym, sensownym kierunku. 



22:19, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (15) »
czwartek, 14 lutego 2013

Autor bloga ostrzega: w tym wpisie padną pochlebne słowa na temat Roberta Lewandowskiego i Borussii Dortmund! Uprzedzam lojalnie, bo wiem z komentarzy na blogu i z twittera jak bardzo irytuje niektórych jakiekolwiek wzmianki o napastniku BVB. Dość mają zachwytów, że strzela dużo goli (z 31 meczów w tym sezonie w aż 29 miał ten czy innych udział przy bramkach), zwłaszcza, że strzela tylko wówczas gdy ma po bokach Mario Goetze i Marco Reusa, a jak już Ludo Obraniaka, to nie. Męczą ich spekulacje, dokąd trafi, mimo, że gdzieś trafić musi, skoro nie przedłuża kontraktu, śmieszą nazwy wielkich klubów, do których jest przymierzany, mimo, że np. pierwszy o klepnięciu umowy z Bayernem Monachium doniósł Włoch, który pierwszy wyczaił, że trenerem Bawarczyków zostanie Pep Guardiola. Oj tam, że ostatni Kicker dał na okładce zdjęcie Lewego z logo Borussii i Bayernu i wielki tytuł: Poker o Lewandowskiego, wiadomo, że to polscy dziennikarze podniecają się i dmuchają balon. Wszędzie ten Lewy i Lewy, już wypada z lodówki, rzygać się chce, a przecież wkoło tyle pasjonujących futbolowych tematów. Pod poprzednią notką o meczu Real Madryt z Manchesterem United dostało mi się od kogoś, kogo zaryzykował lekturę i nieprzyjemnie się rozczarował, że i w tym tekście znalazł coś o Borussii (pech chciał, że w grupie wywalczyła z Realem cztery punkty, zacytowałem Juergen Klopp, który tłumaczył, że kluczem do powstrzymania Realu było powstrzymanie Cristiano Ronaldo, a do powstrzymania jego odcięcie od piłek Xabiego Alonso). W każdym razie z szacunku dla tych wszystkich których gra Lewego i hałas wokół niego bardziej wpieniają niż cieszą oraz w trosce o ich samopoczucie zamieszczam to ostrzeżenie niczym Minister Zdrowia na pudełku papierosów, nie czytajcie dalej, po co macie się denerwować, a potem dawać upust.

Nic na to nie poradzę, że cieszą mnie drobne przyjemności, pyszna kawa i placek ze śliwkami z rana potrafią mnie mile nastroić na cały dzień jak Agenta Dale Coopera, jakoś dobrze mi z tym, że jako dziennikarz sportowy doczekałem się, że polski piłkarz ma na koncie w Lidze Mistrzów tyle goli co czterokrotny triumfator Złotej Piłki, że jego nazwisko - jako strzelca gola w ostatniej kolejce - wymienia się jednym tchem z takim zawodnikiem jak Cristiano Ronaldo. Miła odmiana po latach ekscytowania się występami polskich bramkarzy, które oczywiście cieszyły, napawały szczerą dumą z Jurka Dudka, Artura Boruca czy Wojtka Szczęsnego, ale jednak satysfakcja, że wybił strzał..., piękną paradą powstrzymał... jest inna niż, że strzelił i przesądził...

Oczywiście nie uważam, że ta sama ilość goli co Leo Messi stawia go na równi z Argentyńczykiem, szalony nie jestem. Nie twierdzę, że Real zaraz wymieni go za Ronaldo. Ale miło mi, że zdobywa ważnego gola, po którym jego Borussia jest odrobinę bliżej awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów niż Real dzięki bramce Ronaldo. Byłem pewien, że jednym bohaterów na Santiago Bernabeu okaże się Robin van Persie, który od dwóch sezonów strzela kiedy chce, mało brakowało, ale jednak nie został. A Lewy zrobił to, czego od niego wymagano. Jeszcze w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów było na odwrót. Mój redakcyjny kolega Misza zaproponował, żeby dla zabawy wyobrazić sobie, że Lewy to niejaki Roberto Levandosević z Bałkanów, czy wówczas też tyle osób kwestionowałoby pomysł, że lider strzelców Bundesligi, skuteczny w Champions League zasługuje na miano czołowego napastnika Europy i zainteresowanie czołowych klubów Kontynentu?

Wracając do meczu Realu z MU, nie wiem czy Alex Ferguson kierował się spostrzeżeniami Kloppa, ale w dużej mierze udało mu się powstrzymać Cristiano Ronaldo. Okej, Portugalczyk zdobył wyrównującego gola, po niesamowitym uderzeniu głową, kiedy to zastygł w powietrzu minimalnie dłużej niż pozwalają prawa fizyki, jak to niegdyś potrafił Michael Jordan. Ale to efekt taktyki Sir Aleksa i napuszczeniu Wayne Rooney’a na Alosno, że zawodnikiem Realu, który stworzył sobie najwięcej sytuacji był Sami Khedira.

Broń Boże nie twierdzę, że Ronaldo zawiódł, (a już tym bardziej, że jak zwykle zawiódł w meczu z silnym rywalem). Gola strzelił (co prawda tylko jednego), był motorem napędowym, minimalnie przestrzelił z wolnego, przy którym David de Gea tylko odprowadził piłkę wzrokiem, zmieniał pozycje, harował na własnej połowie. Ale bohaterem nie został. Nie takim w każdym razie, jakim chcieli go widzieć kibice czy dziennik Marca, która zamieściła na okładce wizerunek Portugalczyka złożony ze 182 goli jakie zdobył w barwach Realu i tytułem: „To jest Twój dzień”. Raczej nie był. Może zostanie nim dopiero na Old Trafford? Bo choć United osiągnął świetny rezultat, kwestia awansu wciąż jest otwarta.

Ronaldo dotrzymał słowa i nie cieszył się z gola strzelonego dawnym kolegom, z którymi poszedł po meczu pogadać w szatni. I wyściskał się z Fergusonem, swym futbolowym mentorem, przywracając na moment wiarę w lojalność i przyjaźń w futbolu. Jaka miła odmiana - bo mi się przypomniało - po napisie R.I.P. Fergie, prezentowanym z dumą przez Carlosa Teveza...


wtorek, 12 lutego 2013

Jak to możliwe, że aż dziewięć lat musieliśmy czekać na konfrontację tych wielkich zespołów? Ten długi okres ostatecznie obala tezę niektórych, że UEFA podgrzewa (albo zamraża) kulki podczas losowania w sobie wiadomym celu, bo przecież dla jej własnego dobra Real Madryt powinien grać z Manchesterem United co najmniej co dwa sezony. Pamiętam doskonale ten dwumecz z kwietnia 2003 roku, a zwłaszcza mecz na Old Trafford zakończony wynikiem 4:3, który jednak wyeliminował gospodarzy. Galaktyczny Real Vicente del Bosque z Ronaldo w składzie (tym legendarnym, brazylijskim), który zdobył fenomenalnego hat-tricka oraz Zinedine Zidanem, Claude Makalele, Luisem Figo i Roberto Carlosem (gdzie był Raul?). United z Fabienem Barthezem w bramce, Rio Ferdinandem na obronie, Juanem Veronem, którego zmienił David Beckham (i zdobył dwa gole), Roy’em Keanem, Ryanem Giggsem, Ruudem van Nistelrooy’em i Ole Gunnarem Solskjaerem. Mimo potęgi tych nazwisk jakoś nie mam wątpliwości, że obie dzisiejsze drużyny poradziłby sobie z tamtymi, ale tego oczywiście nie da się sprawdzić.

Wielka szkoda, że tym razem zabraknie w bramce Realu Ikera Casillasa. To jeden z powodów, dla których Manchester United może wywieźć z Madrytu satysfakcjonujący wynik, mimo, że kupiony z Sevilli Diego Lopez rozumie się z drużyną zadziwiająco dobrze. Tuż po losowaniu 1/8 finału wydawało mi się, że argumentem za piłkarzami Jose Mourinho będzie to, że będą mogli skupić się wyłącznie na Champions League, wszak obrona mistrzostwa Hiszpanii już jest przegrana. Tymczasem w połowie lutego niespodziewanie i United praktycznie ma już wyjaśnioną sytuację w lidze i niemal pewność odzyskania mistrzostwa Anglii (niektórzy bukmacherzy już wypłacają wygrane tym, którzy na to postawili), 12 punktów w 12 kolejek jeszcze nikt nie roztrwonił/odrobił. I ten argument przemawia moim zdaniem za United.

Naprawdę świetna, klimatyczna zapowiedź meczu...

i jeszcze jedna...

Żeby powstrzymać dziś Real Madryt trzeba powstrzymać Cristiano Ronlado. Przy ofensywnej niemocy Karima Benzemy i Gonzalo Higuaina Portugalczyk jest w tak nieziemskiej formie, że sam rozstrzyga losy meczu. Cristianoindependiencia - jak piszą Hiszpanie. Czy w ogóle da się powstrzymać faceta, który właśnie zdobył 17. hat-tricka w La Liga (o jeden więcej niż Leo Messi), a w 179 meczach w barwach Realu 182 gole, o którym sam Alex Ferguson mówi, że jest o wiele lepszym piłkarzem niż za czasów gry w MU, a Gary Neville nazwał go potworem, którego nawet dwóm zawodnikom może być ciężko upilnować? W dodatku Portugalczyk jest chyba najbardziej zdeterminowanym zawodnikiem Realu, żeby odnieść sukces w Champions League, bo tylko to może mu wreszcie pozwolić wygrać wyścig z Messim o Złotą Piłkę. Powstrzymanie Ronaldo oczywiście jest możliwe, bo co jakiś czas się udaje. Dokonał tego np. Łukasz Piszczek w rundzie grupowej, aż Ronaldo w drugiej połowie zeszedł z lewwego skrzydła do środka. Teraz będzie musiał Rafael da Silva, który co trzeba mu przyznać rozgrywa najlepszy sezon w karierze - właśnie został wybrany Piłkarzem wygranego Meczu z Evertonem. Czy podoła? Na razie mówi, że czeka go najtrudniejsze zadanie w życiu, bo Cristiano to według niego najlepszy piłkarz świata. Jednak sam Rafael to za mało, sposób na powstrzymanie Ronaldo pokazał trener Borussia Dortmund, Jürgen Klopp, który nie tylko napuścił na Portugalczyka naszego Piszczka, ale też odciął go od piłek wyłączając z gry Xabiego Alonso, obok którego stale biegał Mario Götze, zmuszając tym samym Pepe, by to on wcielał się w rolę rozgrywającego. Borussia wygrała u siebie 2:1 (mimo gola Ronaldo) i zremisowała na Santiago Bernabéu 2:2.

Ronaldo będzie jednym z Królów tego królewskiego wieczoru. Drugiego upatruję w Robinie van Persim. Pomyślałem sobie, że przecież ten facet po to odszedł z Arsenalu, łamiąc serca kibicom Kanonierów, żeby zostać bohaterem właśnie w TAKIM meczu. To niesamowite jak szybko stał się najlepszym zawodnikiem Czerwonych diabłów. W 25 meczach Premier League zawodnik zdobył 19 bramek i zaliczył sześć asyst. Pierwszy wymarzony tytuł - mistrza Anglii - ma już prawie w kieszeni. Śpiewają o nim, że strzela kiedy chce, na Santiago Bernabeu będzie chciał wyjątkowo.

piątek, 01 lutego 2013

SuperMario ze Złotym Tapirem, satyryczną nagrodą dla obśmiewanych celebrytów

Okno transferowe zamknięte, na jakiś czas. Nigdy nie widziałem jak gra Bartosz Salamon, więc o jego transferze do AC Milan nie mogę napisać nic ponad to, że życzę mu powodzenie, na które prawdopodobnie jest skazany: jest już we Włoszech od czterech lat, aklimatyzacji nie potrzebuje, zna język, mają go za swego i wiedzą czego się (mniej więcej) po nim spodziewać, nie usiądzie w szatni jak ta lebiega. Do tego, co może najważniejsze jego agentem został przed tym transferem Mino Raiola, który na pewno nie zrobił tego z sympatii do młodego chłopaka z ojczyzny umiłowanego papieża, ale ktoś musiał mu szepnąć to i owo o potencjale Polaka. Raiola reprezentuje interesy m.in. innymi Zlatana Ibahimovića czy Mario Balotellego, a z młodych obiecujących Paula Pogby, w świecie agentów jest prawdziwym rekinem, więc choćby z tego powodu z Bartkiem będą się liczyć, a kolejny transfer z pewnością uczyni go bardzo bogatym człowiekiem.

Podsumowując okno wolę skupić się na innym kliencie Raioli, na którego temat wiem zdecydowanie więcej, oglądałem go w barwach Interu Mediolan i Manchesteru City, widziałem na żywo jego oba gole strzelone Niemcom w półfinale Euro 2012, raz napatoczyłem się też na niego poza boiskiem - był wówczas w futrze prawdopodobnie z Ewoka i miał na szyi łańcuch z wisiorem wielkości koła swego Bentleya, który z pewnością pociągnąłby go na dno, gdyby wypadł z łódki. Mario Balotellego witały tłumy nieprzebrane po jego przylocie z City do Milanu, fani z radości spowodowali taki chaos i zamieszki, że policja musiała interweniować i gaz łzawiący. I choć on sam deklaruje, że od dawna chciał grać w Milanie i przybywa przy pierwszej nadarzającej się okazji, to mam wrażenie, że przybywa na tarczy raczej niż z tarczą. Z pewnością będzie grał w klubie, który kocha, ale też odchodzi z dużo silniejszej ligi do słabszej, z klubu bogatego aż obrzydliwie, do klubu który wiąże koniec z końcem i musi sprzedawać piłkarzy, żeby kupić nowych. Odchodzi z klubu, który zjechał z ceny prawie o połowę (albo i więcej jeśli brać na poważnie 50 mln euro żądane przez City na początku negocjacji), byle pozbyć się niechcianego bagażu.

Przechodzi do ligi, która przeżywa problemy z rasizmem, do drużyny, która niedawno zeszła z boiska, bo kibice rywali rasistowski obelgami znieważyli ich kolegę Kevina-Prince Boatenga. Nie tak dawno śpiewano z trybun Podskocz, a umrze Balotelli i Czarni Włosi nie istnieją, co Mario usłyszy tym razem? Przechodzi do zespołu, którego właściciel, Silvio Berlusconi jeszcze niedawno nazywał go zgniłym jabłkiem. Włoska prasa powitała Balotellego niemal jak mistrza świata, który po latach gry w innej lidze wraca błyszczeć w ojczyźnie, ale ja do końca nie jestem pewien czy Milan na pewno go potrzebuje. Jeśli już to na pewno nie w formie z tego sezonu. Oczywiście Milan może zacierać ręce, ciesząc się, że sprowadził kolejnego świetnego piłkarza za relatywnie nieduże pieniądze (dyrektor generalny, Adriano Galliani jest mistrzem negocjacji takich przecen, by wspomnieć transfer Zlatana z Barcelony), ale przecież czołowe kluby Europy nie toczyły wojny o Włocha. Nie wiem też czy Milanowi potrzebne jest ugruntowanie miana klubu wyrzutków, piłkarzy z przeszłością takiej futbolowej taverny z wyspy Tortuga w Piratach z Karaibów.

Premier League straciła świetnego piłkarza, ale nie wybitnego i na pewno nie spełnionego. Za którym z pewnością tęsknić będą wydawcy brukowców, które nie będą mogły opisywać prawdziwych i zmyślonych szaleństw piłkarza (fajerwerki w łazience, rzucanie rzutkami w juniorów, rozdawanie kasy na ulicach Manchesteru w stroju Św. Mikołaja, wtargniecie do pubu i postawienie wszystkim kolejki, wykupienie bezdomnemu apartamentu na święta w Hiltonie, regularnie używanie taksówek jako GPS’a, nawet w drodze do Londynu, itd.) Ale czy żałować też będą kibice? Na pewno nie wszyscy, to nie casus Davida Beckhama, Thierry’ego Henry czy Cesca Fabregasa, z których odejściem Premier League traciła wielkie gwiazdy. Zapamiętam świetny występ w finale Pucharu Anglii ze Stoke, pamiętne derby Manchesteru, wygrane przez City 6:1, w których pytał nas na koszulce dlaczego zawsze on? czy jego pierwszego gola w Premier League w meczu z WBA w październiku 2010. Ale i to, że w tym samym spotkaniu wyleciał z czerwoną kartką, i że nie dostał jej od Howarda Webba za nadepnięcie na Scotta Parkera w meczu z Tottenhamem, dzięki czemu mógł zdobyć zwycięskiego gola (co kto wie czy nie przesądziło o mistrzostwie City), długie zawieszenia za brutalną grę i kłótnie z kolegami o wykonanie rzutu wolnego. Nie zapamietamy ani jednego dobrego meczu w Lidze Mistrzów, ale tu zawiodło całe City. Podejrzewam więc, że kibice The Citizens lali by znacznie większe łzy po odejściu Yaya Toure, Davida Silvy, Kuna Aguero, a nawet Edina Dżeko. Czyli piłkarzy tyleż świetnych co racjonalnych, przewidywalnych, nie toczących wojen z rywalami, kolegami z drużyny, własnym trenerem i całym światem.

Nie potrafił okiełznać SuperMario sam Jose Mourinho, wszak mistrz relacji z zawodnikami (pamiętna opowieść Portugalczyka jak całą przerwę poświecił na motywowanie Włocha, by uważał i nie dostał drugiej żółtej kartki, a ten zarobił ja już w 46. minucie). Jeszcze większej wychowawczej porażki doznał za jego sprawą Roberto Manciniego, który tyle razy podawał Mario rękę w dwóch klubach, a ten na koniec poszarpał się z nim na treningu. Jak poradzi z nim sobie w Milanie Massimilianmo Allegri, który dla Balotellego jest pewnie najmniejszym autorytetem z dotychczasowych trenerów? Czy Mario po takim przyjęciu przez kibiców w ogóle uzna jakikolwiek autorytet nad sobą i nastąpi jazda już bez jakiejkolwiek trzymanki.

Mancini powiedział niedawno, że Balotelli ma wszystko, żeby być jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. Gdyby potrafił skoncentrować się wyłącznie na futbnolu i treningach, mógłby być kimś takim jak Cristiano Ronaldo czy Leo Messi. Czy w Milanie będzie w stanie skoncentrować się tylko na piłce, skoro jak stwierdził Mancini przy innej okazji To jest Mario. On jest wariatem.



18:47, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (20) »
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie