środa, 29 lutego 2012

Aż łezka się zakręciła... Tyle lat czekaliśmy na taki Stadion, przez duże „S”! Niesamowite uczucie usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego z 58 tysięcy gardeł (na Euro 2012 tylko polskich kibiców nie wejdzie). I nawet słynna piosenka o PZPN zabrzmiała tylko raz, przez maleńką chwilę i szybko zgasła. Prawdziwe święto! I jeszcze taki klasowy rywal... O! Wojtek właśnie ładnie wypiąstkował strzał Cristiano Ronaldo!

Sorry za jakość filmiku, ręka drżała, a też ściśnięci siedzimy jak śledzie.

20:55, francuski_lacznik , Euro 2012
Link Komentarze (38) »
wtorek, 28 lutego 2012

Pamiętam to bardzo dobrze, bo zdarzało się wielokrotnie przed meczami Realu. Cristiano i kilku innych zawodników, najczęściej Marcelo i Pepe, rozgrywali ciekawą gierkę, dość swobodną odmianę siatkonogi: wykonywali jakąś skomplikowaną sztuczkę techniczną i podawali do kolegi, który miał tę sztuczkę powtórzyć tak, żeby piłka nie dotknęła ziemi. Patrzyłem na te zawody i często nie mogłem wyjść z wrażenia, co też ci ludzie potrafią - szatnia na Bernabeu pełna jest wybitnych piłkarzy, gwiazd i specjalistów w swoim fachu. Ale tego, co z piłką wyrabiał Ronaldo, nie potrafił powtórzyć nikt - pisze Jerzy Dudek we wstępie do wydanej właśnie na polskim rynku biografii CR7 „Ronaldo - obsesja doskonałości”. Zwabiony tym opisem wybrałem się w poniedziałek na trening reprezentacji Portugalii z nadzieją obejrzenia tej magii z bliska. Zawidołem się, bo choć Cristiano grał w ‘dziada’ z Pepe, Fabio Coentrao i Nanim, z zimna piłka nie kleiła mu się do nogi, nie był w stanie dryblować, pierwszy skończył trening, podbiegł na ławkę i okutał się kurtką, rozdał parę autografów i zbiegł do szatni, podczas gdy koledzy jeszcze trenowali dobre 10 minut. Winne są temu oczywiście okoliczności przyrody - temperatura, a też i obiekt przy Konwiktorskiej nieco odbiega od tego, gdzie CR7 trenuje na co dzień. Nie pamiętam jednak, żebym widział w Polsce podobne tłumy na treningu jakiegoś obcego klubu czy reprezentacji.

Bez dwóch zdań gościmy w Polsce najlepszego piłkarza naszych czasów obok Leo Messiego. Nie waham się użyć tego stwierdzenia, choć wiem, że wielu się z nim nie zgadza, wyliczając ile trofeów więcej zdobył Argentyńczyk, czy zarzucając Portugalczykowi, że gaśnie w meczach z Barceloną i meczach z wielkimi rywalami, choć ciężko obronić tę teorię. Pod względem umiejętności, techniki, sprawności, bramkostrzelności, znaczenia dla zespołu, a także ciężaru marketingowego są siebie warci i sobie równi.

Z tej okazji mały konkurs. Tym razem nie literacki, bo nie ma czasu. Do wygrania mam trzy biografie „Ronaldo - obsesja doskonałości”, w dodatku na jednej z nich być może uda mi się zdobyć podpis jej bohatera (ale nie obiecuje, bo jak Portugalia dostanie 0:3, to CR7 może nie być w odpowiednim nastroju;). Kto chce o nie powalczyć, tego proszę o odpowiedz w komentarzach: Cristiano Ronaldo czy Leo Messi? Którego z nich kupiłbyś do swojej drużyny, gdybyś był Szejkiem z Emiratów albo Mark Zuckrberg zapisał ci w spadku Facebooka? I dlaczego? Co ci się podoba u jednego, a co nie podoba u drugiego? Czy był taki mecz, po którym pokazałeś palcem na ekran i powiedziałeś/aś: ten facet to cholerny geniusz! (uwaga: liczą się komentarze tylko z kont po zalogowaniu, tym razem proszę żadnych mejli. Czas: do pierwszego gwizdka meczu Polska - Portugalia, nie decyduje kolejność komci, więc nie ma pośpiechu, take your time, przemyślcie sprawę i... piszcie!)

 

Słów kilka o samej książce, która moim zdaniem udała się Luce Caiolemu lepiej niż biografia Messiego. Powinna być lekturą obowiązkową nie tylko dla fanów Realu Madryt, ale wszystkich, którzy chcieliby zrozumieć fenomen Ronaldo, prześledzić jak doszedł do miejsca, w którym jest, czyli statusu najdroższego piłkarza świata, za którego klub nie wahał się zapłacić niemal 100 mln euro, zawodnika bardzo często nie do zatrzymania. Już na wstępie próbuje nam w tym pomóc Dudek w swym świetnie napisanym wstępie, a warto posłuchać opinii kogoś kogo się zna i wie, że czerpie z własnych, uważnych obserwacji, a jednocześnie nie jest już zawodnikiem Realu i nie ma obowiązku wypisywania laurki? Nasz bramkarz opisuje m.in. jak wiele czasu CR7 poświęca doskonaleniu swych wybitnych umiejętności na treningach i dzieli się teorią na temat perfekcyjnych rzutów wolnych Cristiano.

- (...) Ronaldo, tak jak każdy zawodnik, ma swoje rytuały – zawsze dzień przed meczem, po treningu, prosił mnie lub innego z bramkarzy, i ćwiczyliśmy rzuty wolne. Jeśli był to mecz pucharowy - dodatkowo rzuty karne. Zawsze schodziliśmy z przedmeczowych treningów jako ostatni i teraz, kiedy poznałem jego umiejętności niejako od kuchni, mam na ten temat swoją teorię - pisze Dudek. - Znałem wielu zawodników, którzy świetnie wykonywali stałe fragmenty gry, ale żaden nie robił tego tak mocno i tak precyzyjnie. Pewnie wynika to z jego budowy ciała – ma niesłychanie silne nogi, a przy wzroście 188 cm, nosi buty o rozmiarze zaledwie 41. Kręciłem z nim niedawno reklamowkę dla firmy Castrol, gdzie mierzono możliwości Cristiano, często znacznie przekraczające przyjęte limity. Kiedy on uderza prostym podbiciem, tą swoją małą stopką, z tak ogromną siłą, to piłka wyczynia dziwne rzeczy. Naturalnie szuka jak najmniejszej linii oporu i leci jak balon – nie jest w stanie utrzymać tej samej linii lotu. Świetnie widać to potem w telewizji, kiedy bramkarz porusza się zgodnie z początkowym kierunkiem strzału, ale potem musi korygować swoją pozycję. A sekundy później – wyjmować piłkę z siatki(...)

Fajnie jest prześledzić z Cristiano jego najsłynniejsze mecze w barwach Manchesteru United w drodze po triumf w Lidze Mistrzów czy reprezentacji Portugalii na Euro 2004 we własnym kraju czy na mundialu w Niemczech, choć wszyscy doskonale je pamiętamy. Dlatego jak zwykle w podobnych (auto)biografiach najciekawsze są dla mnie pierwsze rozdziały o dzieciństwie przyszłego gwiazdora, dorastaniu, rodzinie, środowisku, pierwszych kontaktach z piłką. Widzę tu wiele podobieństw do historii Wayne Rooney’a, którego autobiografię przetłumaczyłem niedawno - premiera zdaje się 7 marca). Mały Cristiano wyrwał w wielki świat z wyspy na końcu świata, na środku Atlantyku, Rooney z wyspy biedy i przestępczości w środku Liverpoolu - Croxteth. Obaj już jako maluchy obdarzeni byli wielką ambicją - 10-letni Cristiano potrafił rozpłakać się na boisku, bo kolega nie podał mu piłki (ale pseudonim ‘Płaczek” szybko zresztą zastąpiła ‘Pszczółka’). I chudy, niedożywiony Cristiano i mający nieco lepsze warunki Rooney niemal od początku musieli grać z dużo starszymi i silniejszymi od siebie dziećmi, bo byli zbyt dobrzy dla rówieśników. Miałoto olbrzymi wpływ nie tylko na ich charakter ale i umiejętności dryblingu (musieli nieźle się uwijać, żeby nie zostać skopanym). U obu trwało to niezwykle długo nim zrozumieli, że futbol to sport drużynowy. Cristiano miał o tyle trudniej, że wieku 12 lat odłączono go od rodziny (Wayne miał cały czas potężne wsparcie zwariowanego klanu Rooney’ów) i wysłano na Kontynent do internatu Sportingu Lizbona (pierwszy raz w życiu leciał wtedy samolotem). Z Rooney’a nikt w szkole nie odważył się śmiać (jak trzeba było potrafił dać w zęby starszym od siebie), Cristiano musiał cierpieć szyderę ze swego wyspiarskiego, madreskiego akcentu. Ale obaj mają problemy dyscyplinarne. Szybko zdają sobie sprawę ze swego talentu i przeginają, np. kwestionując zdanie trenerów, odmawiają wykonania poleceń ‘niegodnych ich osoby - sprzątania szatni (CR7) czy szlifowania gry w defensywie (Roo). Obaj nie kończą szkół, bo futbol staje się zbyt ważny... Można by mnożyć ale nie chce streszczać wam książki, sięgnijcie po nią sami. A najlepiej... wygrajcie w konkursie!

 

Ps: to dopiero początek serii konkursów na Polsporcie z niesamowitymi nagrodami! Przed Euro 2012 planuję ich jeszcze kilka. Np. dziś, za chwil parę wskakuje w samolot do Kopenhagi na wywiad z (yes!) Peterem Schmeichelem, legendą Manchesteru United, mistrzem Europy z 1992 roku i ambasadorem Carlsberga, który załatwił rozmowę. Zabieram ze sobą Tango 12 i zamierzam poprosić go autograf, by oddać go w konkursie facebookowym (szczegóły wkrótce). Więc zaglądajcie tu, bo będzie się działo... :)

 



środa, 22 lutego 2012

Po latach siedzenia na ławce Manchesteru United i gry w rezerwach Tomasz Kuszczak wreszcie zmienił klub. Wreszcie zrzucił kajdany - można by rzecz, bo przecież sam siebie nazwał niewolnikiem klubu z Old Trafford, co tez i nie odbiegała bardzo od prawdy - wcześniej sir Alex ani nie dawał mu grać, ani nie zgadzał się na wypożyczenie, choć Polaka chciało np. Leeds - ale mówienie tego publicznie na pewno nie poprawiło jego sytuacji. Po za tym sam sobie nałożył kajdanki, dwukrotnie przedłużając kontrakt. Moim zdaniem zbyt później zdecydował się na ten krok. Owszem, wyobrażam sobie, że musiało mu być bardzo ciężko zrobić krok wstecz, czyli odejść z takiego klubu jak Manchester United. Gdyby jednak zrobił to  dwa, trzy lata temu, wierzę, że dziś broniłby w którymś z porządnych klubów Premier League, albo w którejś z silnych lig, jak jego niedawny rywal - Edwin van der Sar, który wolał odejść z Juventusu Turyn do przeciętnego Fulham (rezygnując sporo z gaży), niż być na ławce zmiennikiem Gianluigi Buffona. Ale z owego Fulham trafił do MU i zagrał w trzech finałach Ligi Mistrzów, z których jeden wygrał.

Szkoda, że Kuszczak nie poszedł jego drogą. Dziś liczy, że dzięki grze w słabym, drugoligowym (czyli chapionshipowym) Watford zdobędzie uznanie Franciszka Smudy i powołanie do kadry na Euro 2012. Moim zdaniem może mu się udać. Championship poziomem przewyższa Ekstraklasę, do której wrócił Grzegorz Sandomierski, rywalizacja w niej jest bardzo intensywna, meczów mnóstwo, Watford tak słabe, że Kuszczak na pewno nie będzie się nudził. Tymczasem obecny nr 2 w kadrze Smudy i swego Arsenalu, Łukasz Fabiański raczej nie pogra już sobie do końca sezonu, bo jego Kanonierzy odpadli ze wszystkich pucharowych rozgrywek (no chyba, że Arsene Wenger wystawi go w rewanżu z AC Milan, w końcu Arsenal). Po za tym, jak zauważa w zamieszczonej rozmowie Michał Szadkowski, nawet gra w Championship może dać odpowiedź w jakiej formie i na co gotowy jest Kuszczak, bo przecież po występach Wojtka Szczęsnego w trzecioligowym Brentford dowiedzieliśmy, że jest już dorosłym bramkarzem, i na Premier League i na reprezentację Polski. Tak więc, szkoda panie Tomku, że tak późno, ale lepiej późno niż wcale. Nawet jeśli ciężko będzie w najbliższym czasie o takie obrazki jak ten na górze notki...

Kuszczak: reaktywacja! Przebije się z Watfordu do kadry na Euro 2012?
16:48, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (12) »
wtorek, 21 lutego 2012

Na wstępie wyjaśnienie: potępiam postawę Patryka Małeckiego wypinającego się na własny klub, uważam, że zachowuje się głupio, nieprofesjonalnie, swoim zachowaniem szkodzi przede wszystkim samemu sobie, rujnuje własną karierę, odleciał, odwaliło mu itp. Co powiedziawszy stwierdzam, że żal mi go. A to dlatego, że wszystkie jego wybryki wynikają z jego wielkiej ambicji i woli gry dla swego ukochanego klubu, czego brakuje ta wielu piłkarzom Ekstraklasy i nie tylko. Oczywiście ambicja Małeckiego jest chorobliwa, bo to prosty człowiek, który szybciej mówi i działa niż myśli. Pisałem już kiedyś, że przypomina mi i to nie tylko z fryzury Kmicica z czasów warcholskich nim stanął się Babiniczem. Pisałem wówczas, a było to po bramce, dzięki której Wisła znalazła się tak blisko awansu do Ligi Mistrzów, że zdecydowanie jest kimś, kto byłby w stanie rzucić się samotrzeć na oddział Szwedów w obronie Króla, co być może się ziści, jeśli na Euro 2012 trafimy do grupy z drużyną Zlatana i jego kumpli (dziś wiemy, że szanse na to, że Małecki zagra na turnieju są równie niewielkie jak to, że przyjdzie nam zagrać ze Szwedami, bo byłoby to możliwe dopiero w finale).

Ale wszystkie te jego wyskoki jak odmowa gry w sparingu za czasów Henryka Kasperczaka, obrażanie pikników, którzy gwiżdżą na własną drużynę, zamiast ją wspierać do końca, czy ostatnia odmowa podania ręki trenerowi Kazimierzowi Moskalowi, który ściąga go z boiska (po naprawdę kiepskiej grze, z czego piłkarz musiał zdawać sobie sprawę) wynikały z frustracji, że mu nie idzie, że w niego nie wierzą, że nie dają szansy, a on tak bardzo by chciał. Nie były to gierki pazernego na kasę grajka, inspirowanego przez równie pazernego menedżera. Choć rozumiem, że dodatkową frustracją musiała być dla niego świadomość, że on, który w każdym meczu zostawia na murawie serducho i płuca, który z miłości do Wisły wytatuował sobie portret ikony klubu, Henryka Reymana, zarabia o wiele mniej niż cudzoziemscy najemnicy, których wartościowi dla drużyny jest znacznie mniejsza, jak choćby Kew Jaliens czy Michael Lamey.

Wiem, że to nieco karkołomna analogia, ale Małecki w tym locie ćmy ku świecy przypomina mi Carlosa Teveza, który w podobny sposób i z podobnych pobudek psujących sobie karierę. Dopiero co żałowałem tu, że Argentyńczyk stacza się w piłkarski niebyt, bo szanuję takich pasjonatów jak on, a przy tym Tevez łączy w sobie oba znaczenia tego słowa - jest człowiekiem mającym wielką pasję do czegoś, bezgranicznie czemuś oddany i jednocześnie osobą gwałtowną, niecierpliwą, łatwo wybuchającą gniewem - za SJP). Rozumiałem go, kiedy się awanturował o to, że za mało gra w Manchesterze United, bo czuł, że może dać temu klubowi dużo więcej. A potem rozumiałem frustrację, że tak długo nie dostaje stałego kontraktu (wypożyczenie wygasało, Sir Alex zwlekał z wykupieniem, padały sugestie, że klub się z nim pożegna). Podobnie było z Małecki, który do dziś nie doczekał się nowego kontraktu.

Tytuł zdobyty z Robertem Maskaantem Wisła w dużej mierze zawdzięczała postawie Małeckiego na wiosnę. Może nie był najlepszym strzelcem drużyny jak Tevez, który zakończył pierwszy sezon w Manchesterze City z 26 golami we wszystkich rozgrywkach i tytułem Najlepszego Piłkarza w plebiscycie i kolegów-piłkarzy i kibiców), ale miał prawo czuć się filarem drużyny i z podobnym zdumieniem jak Argentyńczyk, odnalazł się na ławce rezerwowych, albo zmieniany niewiele po przerwie, co ostatecznie pchnęło Teveza do bunty, odmowy wyjścia z ławki na mecz z Bayernem Monachium i pójścia na klasyczny AWOL (Absent WithOut Leave, po naszemu NBU czyli Nieobecny Bez Usprawiedliwienia), co kosztowało go już ponad 10 mln funtów straconych pensji i premie. Małecki podobnie lekceważy sobie pieniądze i grzywny, których zapłacił już tyle, że właściwie nie jest do końca pewne, czy w ogóle zarobił coś w klubie.

Dobrze, że Patryk ochłonął szybciej niż Tevez, który wolał grać w golfa w Argentynie niż wrócić do Manchesteru. Oświadczenie jakie Małecki rozesłał do mediów oświadczenie, w którym przeprasza właściciela klubu, trenera i kolegów za zachowanie i deklaruje przyjęcie każdej nałożonej kary. To dobry ruch, wreszcie ktoś mu coś dobrze doradził. To dobrze, że ktoś próbuje uchronić go przed autodestrukcją. Może ktoś będzie umiał wykorzystać jego chorobliwą ambicję na boisku i jednocześnie skanalizować wszelkie frustracje. Co by nie powiedzieć o Małeckim, nie wolno stawiać na nim kreski.



11:30, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (14) »
niedziela, 19 lutego 2012

 

Mam wątpliwości jak powinno się potraktować Łukasza Piszczka, który jak się okazuje bezczelnie oszukał nas wszystkich i to dwukrotnie. Najpierw biorąc udział w kupieniu meczu i po raz drugi, gdy pozował w mediach na ofiarę korupcji niż sprawcę, młodego, wchodzącego dopiero w futbol nastolatka, którego do haniebnego procederu starsi koledzy zmusili niemal szantażem: „albo się dorzucasz, albo z nami nie grasz”. A tu proszę, był współorganizatorem przekrętu i jeszcze sam namówił do złego Grzegorza Bartczaka. Choć sam zaliczam się do naiwniaków, który uwierzyli w „wymuszony błąd młodości”, to jednak w przeciwieństwie do mego redakcyjnego kolegi Rafała Steca, który na facebooku zadeklarował, że przestaję mieć wątpliwości - nie powinien grać na Euro 2012 i w ogóle w reprezentacji. Był łapówkarzem, zdradził kibiców, a potem jeszcze kłamał, gdy opowiadał, jak było, ja takie wątpliwości mam.

Piszczek kłamał w mediach, mówiąc nie zastanawiał się na co przeznaczone są pieniądze i czy popełnia przestępstwo. Nie miałem takich myśli, nie próbowałem tego nazywać, nie czułem potrzeby. To był jednostkowy przypadek, o którym chciałem jak najszybciej zapomnieć. No bo co innego mogłem zrobić? Wyłamać się z grupy i ogłosić, że piłkarze Zagłębia zrobili składkę na łapówkę? Ja chciałem grać, funkcjonować w zespole, byłem u progu kariery, którą udaje mi się jakoś rozwijać. I jeszcze: ktoś może się dziwić, dlaczego się na to zgodziłem. Ale proszę spróbować mnie zrozumieć. Byłem młodym zawodnikiem, zależało mi, by mieć miejsce w drużynie, by funkcjonować w grupie. Nie życzę żadnemu młodemu piłkarzowi, żeby kiedykolwiek znalazł się w takiej sytuacji jak ja wtedy. Starzy wydają polecenie, a młody ma wybór: albo gram z nimi, albo przeciwko nim - mówił rok temu w Przeglądzie Sportowym.

Czy nie zdawał sobie sprawy, że wyjdzie na kompletnego durnia, gdy pewnego dnia wypłynął jego zeznania w prokuraturze? A tej zeznał, czego dowiadujemy się za sprawą bloga Korupcja w polskim futbolu Kilka dni przed meczem skontaktował się ze mną Darek J. i poprosił żebym przyszedł do niego do mieszkania (...) Na tym spotkaniu J. i Sz. poinformowali, że oni mogą załatwić remis w najbliższym meczu z Cracovią. Z zeznań wynika, że z Bartczakiem Piszczek spotkał się sam. - Powiedziałem mu, że jest propozycja remisu ze strony Cracovii i trzeba wyłożyć na ten cel pieniądze dla zawodników tej drużyny(...) etc, szukajcie sami.

No więc kłamał - nam, dziennikarzom, kibicom. Prawdę wyznał prokuraturze, która czerwcu 2011 roku skazała go rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata i grzywnę 100 tys. zł (najwięcej ze pozostałych zamieszanych, bo miał pecha, że z nich wszystkich zrobił największą karierę). Jak tamci oddał też 48,1 tys. zł niesłusznie przyznanej premii. Czy teraz jeszcze karać go wyrzuceniem z reprezentacji? Na ile? Z udziału w Euro 2012 czy dożywotnio, jak chcą niektórzy radykalni kibice, z którymi dyskutowałem o tym na twitterze. Wklejam twitty najbardziej radykalnego z nich, ale i inni pisali, że nie chcą, żeby na tak ważnym i prestiżowym turnieju reprezentował ich oszust:

Inni brali Piszczka w obronę, żądając jak  by ten, kto jest bez winy pierwszy rzucił kamieniem, albo przekonując jak , że klamstwo we wlasnej obronie nie jest karane. Nie byl zobowiazany zeby publicznie mowic prawde. Te opowiedzial prokuratorom

Zauważmy jednak, że formalnie jakakolwiek nowa dyskwalifikacja byłaby karą drugi raz za to samo. Czy nie surowszą karą jest potępienie moralne z jakim się teraz spotka i utrata tych kibiców, którzy trzymali jego stron i sprzeciwiali się zawieszeniu, a teraz z poczuciem nabicia w butelkę odwrócą się od niego? Będzie dla nich oszustem bez jaj, żeby to wyznać. Nie wyobrażam sobie, żebym w tłumie fanów, ciągnących na Stadion Narodowy na mecz z Grecją dojrzał jakąś koszulkę z nazwiskiem Piszczka na plecach. Wątpię też, żebyśmy przed turniejem obejrzeli go w reklamie maszynek do golenia czy napojów albo sieci fastfooda jak koledzy. Dla sponsorów jest spalony. Nie zaryzykują kontraktu, by przekonać się, iż słowa „w zrzutce uczestniczyłem ten jeden jedyny raz” też były kłamstwem. Ale wykluczanie z Euro 2012? Powtarzam, że mam wątpliwości, bo poniósł karę za korupcję, tymczasem do kadry innych krajów wracają oszuści, hazardziści, dopingowicze, a uwodziciele żon kolegi z drużyny odzyskują nawet kapitańskie opaski...

Ps: Uprzedzając ewentualne zarzuty: fakt, że Piszczek jest aż tak ważny dla kadry nie ma tu nic do rzeczy. Trener Borussii Dortmund, Juergen Klopp w tych dniach stwierdził, że reprezentuje on co najmniej klasę międzynarodową, jeśli nie światową i lepszy jest nawet niż Dani Alves z Barcelony, bo spisuje się w ataku równie dobrze co Brazylijczyk, ale przy tym o wiele lepiej w defensywie. Gdyby jednak sprawa dotyczyła powiedzmy Macieja Iwańskiego, a Franciszek Smuda upierałby się, żeby go zaciągnąć do kadry na turniej, pisałbym dokładnie to samo. Każdy, kto odbył karę, ma szansę na drugą szansę i kontynuowanie kariery...



sobota, 18 lutego 2012

Patrząc na męczarnie Lecha Poznań z Bełchatowem i zasłużoną porażę na własnym stadionie, nie mogłem wierzyć, że jeszcze rok temu to Kolejorz jako jedyny przedstawiciel Ekstraklasy w Lidze Europejskiej toczył równy bój o 1/8 finału z Bragą, późniejszym finalistą i nawet zdołał wygrać pierwsze spotkanie u siebie, co jak pamiętamy nie udało się w czwartek ani Legii ani Wiśle Kraków. Niebywałe jak szybko z najlepszego klubu w Polsce udało się zrobić przeciętniaka, od patrzenia na grę którego aż bolą zęby. Z klubu bijącego rekordy frekwencji na trybunach, z wielkimi perspektywami i niezłym budżetem, potrafiącego sprzedać czołowego snajpera za prawie 5 mln euro i znaleźć jeszcze skuteczniejszego, którego transfer może przebić tamten. Dziś ten klub doznaje szóstej porażki w sezonie, z Bełchatowem, który ostatni raz wygrał na wyjeździe we wrześniu 2010 roku, po kompromitująco beznadziejnej grze, bez stylu, chęci zwycięstwa, gryzienia trawy. Mecz miał być testem, czy Lech jest w stanie włączyć się w walkę o tytuł. Z taką grą przed własną publicznością Kolejorz jest na najlepszej drodze, żeby powtórzyć katastrofę z poprzedniego sezonu, jaką było nie zakwalifikowanie się do europejskich pucharów, co skutkowało kłopotami z dopięciem budżetu i brakiem inwestycji w drużynę. Skład wzmocnili jedynie wychowankowie, a to nawet w przypadku czerpania z La Masii nie koniecznie przynosi automatyczne efekty, co obserwujemy w Barcelonie. Tymczasem Lech swoją La Masię dopiero buduje.

Zrzucenie całej winy za tak spektakularny zjazd ze szczytu w dół wyłącznie na trenera było by wielkim nadużyciem. Oczywiście nie jest winą Jose Bakero, że Lech nie zaszalał na rynku transferowym. To nie Hiszpan odpowiada za podpisanie gwiazdorskiego kontraktu z Manuelem Arboledą, co miało fatalny wpływ na szatnię, a i zepsuło samego Kolumbijczyka, przewracając mu w głowie. Nie on zrezygnował z usług Andrzeja Czyżniewskiego, który sprowadził tylu zdolnych piłkarzy. Ale Bakero wyraźnie sobie nie radzi. Jego Lech gra źle, zawodzi, on nie umie mu pomóc. Nie ma wpływu na piłkarzy, oni nie rozumieją czego trener chce. Piszę to z przykrością, bo prywatnie bardzo Baska lubię, jest wdzięcznym rozmówcą, był moim piłkarskim idolem, mam wspaniałe wspomnienia gdy on, wielki gwiazdor Dream Teamu zechciał udzielić wywiadu dziennikarzowi-żółtodziobowi z Polski i jeszcze zawołał Jordi Cruyffa, żeby pomógł w tłumaczeniu. Szczerze życzyłem mu sukcesu w Polsce, niestety moje życzenia się nie spełniły. Wielki piłkarz nie okazał się nawet przyzwoitym trenerem.

Nie mogę sobie jednak przypomnieć ani jednego dobrego manewru taktycznego Bakero, ani jednego rozwalenia szatni, po którym po przerwie w drużynę wstąpiłby nowy duch i pozwolił odmienić losy meczu. Nie widzę narzucenia drużynie stylu, ani nawet jego przyszłej wizji. Nie widzę konsekwencji w rotowaniu składem i sensu przypisywania zawodnikom nowych pozycji. Doceniam pamiętne zwycięstwo na dzień dobry z Manchesterem City, ale sam Hiszpan dedykował je zwolnioonemu chwilę wcześniej trenerowi Zielińskiemu. Ale z jego pracy na Bułgarskiej zapamiętam głównie tajemnicze błędy taktyczne jak wystawienie w rewanżu w Bradze Arjoma Rudniewa na lewym skrzydle, zamiast w ataku, gdzie zastąpił go... rozgrywający i czołowy asystent Semir Stilić. Wiele razy nie rozumiałem czemu to Łotysz, to Bośniak ląduje na ławce. Ot, żeby nie szukać daleko, piątkowy mecz z Bełchatowem Stilić znów zaczął w rezerwie...

Kilka razy rozmawiałem z nim po porażkach, ostatnio na Konwiktorskiej z Polonią, pytając o rozwiązania taktyczne. Zawsze słyszałem mniej więcej to samo, co po piątkowej porażce z Bełchatowem: Podobnie jak kibice, ja też jestem zawiedziony. Wiedzieliśmy, że będzie to ciężki mecz, ale chcieliśmy go wygrać. Na drugą połowę powinniśmy wyjść na boisko bardziej zdeterminowani, pewni siebie - tego nam dziś zabrakło. Ale dlaczego zabrakło? Dlaczego ten zaczął na ławce, a ten na prawej, a tego pan nie wpuścił itd? Niezmiennie padała ta sama odpowiedź: zagrał najlepszy skład jaki mogłem wystawić, ja też bardzo chciałem ten mecz wygrać. Aha i jeszcze zawsze: biorę na siebie pełną odpowiedzialność za tą porażkę.

Obawiam się, że dalsze utrzymywanie Bakero w Lechu jest ze strony właściciela, Jacka Rutkowskiego działaniem na szkodę klubu, zwłaszcza, że kibice od bardzo dawna dają wyraz braku akceptacji osoby i metod Hiszpana, a oni głosują portfelem, co ma przełożenie na budżet (w obecnej sytuacji 10 tys. widzów na 40-tysioęcznym stadionie to i tak powód do zadowolenia). Jeśli Lechowi zależy na uratowaniu sezonu, powinien zatrudnić nową, charyzmatyczną miotłę, która wymyśli dla tych naprawdę przecież niezłych piłkarzy styl i natchnie ich do gry, a jak będzie trzeba to i chwyci za gardło i przywróci do pionu przepłacone gwiazdki. Czy ktoś takim okazałby się Michał Probierz, który pozostaje bez pracy, choć znalazłby ją bez problemu, jakby właśnie czekając na ruch Lecha? Jeśli jednak właściciel przyzwyczaił sił do barwnych opowieści przy dobrym winku cudzoziemca o wielkim nazwsisku, to i takiego dałoby się znaleźć. Sky is the limit: Guus Hiddink co prawda właśnie został trenerem Anżi Machaczkała, ale do wzięcia jest np. Fabio Capello. A wracając na ziemię: eksperyment z Hiszpanem nie wypalił. Nie powtórzę tu wulgarnego zawołania z trybun Lecha, ale przyznać muszę, że na Bułgarskiej bardzo przydałby się w tej chwili trener. Bakero out, Probierz in?


Ps: a może się mylę? W poprzednim sezonie, gdy Legia doznawała 11 porażek z rzędu w Ekstraklasie nie umiałem zrozumieć skąd władze klubu biorą cierpliwość do i wiarę w Macieja Skorżę. Byłem przekonany, że nawet zwycięstwem w Pucharze Polski nie zasłużył sobie na pozostanie na Łazienkowskiej. Tymczasem w tym sezonie liczy się w walce o tytuł, Legia kilka razy zachwyciła w Lidze Europejskiej i wciąż ma szanse na awans, a młodzi zawodnicy, którym dał szanse w pierwszej drużynie są chlubą i nadzieją klubu. Różnica jest taka, że Skorża w przeciwieństwie do Bakero miał nawet w dobie najgorszych klęsk, wielkie poparcie kibiców. Ale nasza Ekstraklasa jest tak nieprzewidywalna, że cholera wie, czy za rok w identycznej sytuacji będzie Bakero? Ale - mówiąc Wiechem - przypuszczam, że wątpię...


10:51, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (30) »
wtorek, 14 lutego 2012

Skąd wziął się ten wyraźny kryzys Barcelony? Po porażce z Osasuną Pampeluna Katalończycy tracą w lidze aż 10 pkt. do Realu Madryt i bezpowrotnie szanse na obronę tytułu. Najwyraźniej Johan Cruyff pozostanie więc jedynym trenerem Barcy, który poprowadził ją do mistrzostwa Hiszpanii cztery razy z rzędu.

Czy to kwestia przemęczenia czołowych gwiazd? Gry niemal, co trzy dni i to z silnymi drużynami jak choćby Valencia w Pucharze Króla? Może dają o sobie znać skutki jakim był wypad na Klubowe Mistrzostwa Świata i nie chodzi wyłącznie o kontuzje Davida Villi. Gerard Pique i Carles Puyol popełniają katastrofalne błędy, Xaviego i Andresa Iniestę Pep Guardiola trzyma na ławce i nie posyła w bój nawet gdy Barca przegrywa. W Pampelunie mecz rozpoczęli młodzi wychowankowie Thiago i Sergi Roberto, w drugiej połowie na ratunek weszli równie młodzi Isaac Cuenca i Christiano Tello oraz Cesc Fabregas. Może wychodzi Barcy bokiem błąd Guardioli, który nie uznał potrzebny wzmocnień w zimie w sytuacji gdy Villa leczy kontuzje, a Pedro utracił formę?  Może nie zbyt pochopnie puścił Bojana Krkića do Romy?

A może to nie przemęczanie, ale wypalenie, wielkich nasyconych sukcesami na wszystkich frontach wymienionych gwiazd? W końcu po tylu latach na szczycie musiała się to być może skończyć niemocą gry na maxa przeciwko Osasunom, Getafom czy Villarrealom. Tymczasem Cuenca, Thiago, Sergi, Tello oraz Alexis czy Fabregas niczego jeszcze z Barca nie wygrali, jest w nich ten głód sukcesu jakiego brakuje tamtym. Dlatego Guardiola stawia na nich tak uporczywie (Leo Messi jest wyjątkiem od reguły tej nasyconych lwów). - Wybieram tych graczy, którzy według mnie są w danej chwili najlepsi - tłumaczy sam Guardiola.

Choć to typowe słowa trenera, trudno uwierzyć, żeby ściemniał, a tak naprawdę oszczędzał gwiazdy na wtorkowe spotkanie w Leverkusen z niemieckim średniakiem, który w Bundeslidze stracił szanse na tytuł, a do ligomistrzowskiego czwartego miejsca traci aż 10 pkt. Być może uznał, że mistrzostwo Hiszpanii jest już przegrane. Sfrustrowany niewiarygodną skutecznością Realu w lidze (od września stracił punkty tylko z Barceloną), niewiarygodną koncentracją piłkarzy Jose Mourinho na odebraniu Barcy mistrzostwa i determinacji, która każe Cristiano Ronaldo seryjnie zdobywać hat-tricki. Mimo, że ma jeszcze trudne wyjazdy przed sobą i 16. kolejek do końca, ciężko wyobrazić sobie, żeby nagle ni stąd ni zowąd przegrał cztery mecze.

Może niechęć do zwycięstwa w Pampelunie za wszelką cenę, to gest rzucenia białego ręcznika w lidze hiszpańskiej i koniec pewnego cyklu. Ma mnóstwo zdolnych wychowanków, którzy za sezon, dwa mogą zdominować świat jak ich wielcy, starsi koledzy, ale potrzebują ogrania, doświadczenia, w tym i niepowodzeń jak z Pampleuną, a może i Passeo del Campeon, w którym na cześć Realu musiał kiedyś stanąć Messi? Dzieciaki sir Aleksa (Giggs, Scholes, Beckham, bracia Neville’owie, Butt) też nie od razu odpaliły i nie wszyscy na raz, ale kiedy już, skończyło się serią tytułów w Anglii i wygraniem Ligi Mistrzów.

Wkrótce przekonamy się czy Barcy nie spowszedniała i Liga Mistrzów. Czy Champions League okaże się słodkim lekarstwem na ligowe niepowodzenia? Ewentualna obrona trofeum, czego nie udało się nikomu wcześniej, na pewno wynagrodziłaby oddanie pola Realowi w lidze i pewnie w jakiś sposób przyćmiła sukces królewskich. - Wydaje się, że jeśli nie wygramy Ligi Mistrzów, nasz udział w turnieju będzie można uznać za klęskę - przyznaje sam Guardiola.

Liga Mistrzów. Nasycona sukcesami Barca poległa z Osasuną. Polegnie i z Bayerem?



poniedziałek, 13 lutego 2012



Chciałoby się powiedzieć, że władze Legii robią wszystko, żeby osłabić drużynę przed występem w 1/16 finału Ligi Europejskiej, ale złośliwy los co rusz wyrównuje, cholera, szanse. Sprzedaje Legia Ariela Borysiuka - piłkarza, który trener Maciej Skorża nazywał najważniejszym w udanej jesiennej kampanii, to Sporting notuje fatalną passę w lidze, od października wygrywając tylko jeden mecz na wyjeździe i praktycznie przestaje się liczyć w walce o tytuł. Sprzedaje Legia Macieja Rybusa, najlepszego asystenta Ekstraklasy, który nawet jeśli zagra w czwartek przeciwko Portugalczykom, to myślami będzie już z nowymi kolegami z Tereka Grozny, to Sporting szybko odpowiada zwolnieniem trenera Domingosa Paciencii, który akurat zdążył się poznać na polskim futbolu i warunkach gry w mroźnej aurze gdy wyeliminował z Bragą Lecha Poznań, zastępuje go dotychczasowy trener drużyny młodzieżowej, co jak wiemy z historii dobrze sprawdziło się tylko w przypadku Pepa Guardioli, ale on miał La Masię. Podejrzewam, że gdyby Legii udało się jeszcze przed czwartkiem sprzedać np. Rafała Wolskiego, najlepiej w pakiecie z Michałem Żyro, targany kryzysem finansowym Sporting ostatecznie by zbankrutował i wycofał z rozgrywek.

Oczywiście może się okazać, że zrobiona w pośpiechu zmiana trenera wyjdzie Sportingowi, a Ricardo Sa Pinto okaże się niezwykle charyzmatyczną nową miotłą, która doda piłkarzom inspiracji i jak ruszą w bój na Łazienkowskij to zatrzymają się dopiero na Etihad Stadium. Prawda jest jednak taka, że Legia ma przy swej polityce sprzedawania bez wzmocnień, niezwykłego farta. Ale co jej przyjdzie z awansu do 1/8 finału Ligi Europejskiej poza prestiżowym występem przeciwko Manchesterowi City skoro tą polityką pozbawia się szans pościg ze Śląskiem w Ekstraklasie i odpieranie pozostałych goniących, czyli Polonii Warszawa, Lecha i Wisły Kraków? Rundę jesienną ze świetnym Rybusem, poprawnie grającym Borysiukiem i zdrowym Miro Radoviciem zakończyła z czterema punktami straty do lidera i porażką ze Śląskiem u siebie. Dlaczego bez nich miałoby być łatwiej. Zwłaszcza, że w tych ostatnich 13. kolejkach sezonu przesądzi najprawdopodobniej przygotowanie fizyczne i długość ławki. Co los da w Lidze Europejskiej, może odebrać w Ekstraklasie i w nowym sezonie nie będzie ani Ligi Mistrzów, ani nawet pucharu pocieszenia...


20:16, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (20) »
czwartek, 09 lutego 2012

Z olbrzymim szacunkiem przyjmuję decyzję Fabio Capello o rezygnacji z prowadzenia reprezentacji Anglii zaledwie cztery miesiące przed wielkim turniejem, na którym miałby szanse odkuć się za nieudany mundial. 65-letni Włoch odchodzi ze stanowiska, unosząc się honorem, bo Angielska Federacja Piłkarska odebrała Johnowi Terry'emu opaskę kapitana. Obrazili mnie i zniszczyli mój autorytet. Tym, co najbardziej mnie uderzyło i zmusiło do podjęcia takiej decyzji było osławione anglosaskie poczucie sprawiedliwości, które nakazuje uważać człowieka za niewinnego, dopóki nie skaże go sąd. W przypadku Terry'ego, oni poważnie mnie obrazili i zniszczyli mój autorytet jako trenera Anglii. Stworzyli problem dla drużyny. Nigdy nie tolerowałem takiego przekraczania granic. Dlatego podjęcie decyzji o odejściu było dla mnie oczywiste - wyjaśnił swój gest. Iluż selekcjonerów zdecydowałoby się na podobny krok w imię zasad?

Inna rzecz, że jak to w ogóle możliwe, żeby federacja decydowała kto jest kapitanem drużyny? Komentuję na gorąco, nie zdążyłem tego sprawdzić ani w przepisach angielskich ani polskich, ale już wyobrażam sobie, co by było gdyby Grzegorz Lato próbował odebrać opaskę kapitańską Biało-czerwonych Kubie Błaszczykowskiemu, bo ten np. mało gra w klubie i przekazać ją, powiedzmy, Robertowi Lewandowskiemu, bo tyle goli w Bundeslidze nastrzelał. Kapitana powinien wybierać trener, bo jest on jego człowiekiem na boisku, łącznikiem z drużyną, sędziami, rywalami. Niektórzy trenerzy pozwalają wybrać kapitana drużynie i mają do tego prawo. Ale federacja? A może premier albo królowa też powinni mieć tu coś do powiedzenia?

Ale jeszcze inna rzecz, że na paradoks zakrawa fakt, że Capello umiera właśnie za Terry’ego, faceta, który od dawna nie zasługuje na zaszczyt noszenia opaski kapitana. Za aferę z uwiedzeniem żony kumpla z drużyny, z którą zdradzał własną za jego plecami i której nawet zapłacił za aborcję. Po wyjściu na jaw afery Capello sam przecież pozbawił Terry’ego pozycji kapitana, przekazując ją Rio Ferdinandowi. Mało tego, przecież na mundialu w RPA, po dwóch rozczarowujących remisach Anglii z USA i Algierią, Capello musiał stłumić bunt Terry’ego, który skrytykował w obecności dziennikarzy taktykę i selekcję, ale chciał to powtórzyć na spotkaniu drużyny i wymóc zmiany, koledzy nie wsparli jego rewolty. Pomijam drobną aferkę z oprowadzaniem po ośrodku Chelsea biznesmenów za pieniądze, bo to tylko zwykły wstyd...



Kiedy z powodu poważnej kontuzji Rio w marcu 2011, Capello oddał opaskę Terry’emu, rozumiałem, że nie bardzo ma komu, nie ma bowiem w drużynie równie charyzmatycznych piłkarzy - Wayne Rooney z powodu swej nieprzewidywalności opaski nie nosi nawet w United, a skandali obyczajowych ma na koncie nie mniej, Frank Lampard i Steven Gerrard grają co raz rzadziej, a świetny Joe Hart to jeszcze młodziak bez autorytetu. Kiedy jednak Terry wyzwał od „p... czarnuchów” Antona Ferdinanda z QPR, co wyłapały kamery, byłem pewien, że Capello sam znów zmieni kapitana. Ale oczywiste jest dla mnie, że po interwencji Angielskiej Federacji rezygnuje nie ze względu na Terry’ego, ale w imię zasad.

Na koniec twitt jakim żegna Capello Rooney, życząc sobie jako jego następcy koniecznie Anglika, czyli Harry Redknappa. Podzielając wiarę Wayne’a, że Harry na pewno świetnie się spisze, pragnę jednak przypomnieć mu, że w autobiografii, którą niedawno skończyłem tłumaczyć, z podobną radością i entuzjazmem witał Steve McClarena... „(...) Ale trenerem był świetnym. Chodził zawsze uśmiechnięty. Cieszyliśmy się z pozostałymi chłopakami, że to on przejmie kadrę z rąk Svena Gorana Erikssona. Uważaliśmy, że nie ma lepszego Anglika do tej roli (...) Gratulując mu objęcia stanowiska, zapytałem go czy skoro teraz będzie naszym szefem, to wreszcie przestanie nas oszukiwać?”

W czym oszukiwał reprezentantów Anglii McClaren to już się dowiecie z lektury książki. Teraz mówię: Rispetto, signor Capello!





00:50, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie