piątek, 27 lutego 2009

 

Franciszek Smuda i Pasquale Marino

Zawsze niezmiernie to przykre, kiedy się okazuje, że zwycięzca nie umie wygrywać. Z drugiej strony irytuje, kiedy trener wygranych zbytnio kadzi przegranym, sadząc kurtuazyjne banały. Po trenerze Udinese Pasquale Marino nie oczekiwałem zachwytów, że Polacy, ho, ho, nie tylko poradziliby sobie w Serie A, ale wręcz bili o mistrzostwo, ale kilku słów uznania dla drużyny z dalekiego piłkarsko kraju, w którym nie rozpoczęła się nawet jeszcze liga. Jakiejś realnej oceny sytuacji i odrobiny szczerości.

Tymczasem czytam, że trener Marino nie tylko nie widział, że Simone Pepe bramkę na 1:1 strzelił Lechowi ręką, ale dodaje, że nie miało to żadnego znaczenia, bo nawet gdyby i gol został zdobyty nieprawidłowo, to przypominam, że strzeliliśmy też drugiego gola, więc nie ma o czym mówić. A przecież di Natale mógł wykorzystać błąd Lechitów i zdobyć gola w 90. minucie z kontry właśnie dlatego, że wcześniej swego gola zdobył Pepe. Tamta bramka zmieniła wszystko. Włosi mogli bronić wyniku i czekać na błąd, którego w końcu się doczekali.

- Lech nas nie wystraszył, to raczej nasze występy w lidze i ostatni mecz z Torino wywoływały u nas stres, nie prowadzenie Lecha. W przerwie powiedziałem moim graczom, co mają robić aby wygrać. Bez nerwowości, spokojnie omówiliśmy taktykę na druga połowę - zapewnia szczerze Marino. Zapewne będzie wiedział też co powiedzieć swoim graczom, żeby bez nerwowości, spokojnie wygrali ćwierćfinałowy mecz Pucharu UEFA z Zenitem St. Petersburg. Życzę szczęścia, acz odstąpię tym razem od zasady, by w dalszych rozgrywkach trzymać stronę drużyny, która wyeliminowała nasza drużynę, by doszła do finału i zdobyła Puchar, bo zawsze miła jest świadomość, że się odpadło z triumfatorem. A prawdę o tym meczu najlepiej wyrażają nie słowa Marino (nie widziałem, żeby po meczu uścisnął rękę Smudy, ale może zrobił to poza widokiem kamer) ale gest di Natale, który po ostatnim gwizdku padła na kolana i ze szczęścia aż zanurzył twarz w murawie.

Antonio di Natale

 

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

 

16:48, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (11) »
czwartek, 26 lutego 2009

 

Neo

- Temat Feyenoordu Rotterdam nie istnieje! Trener Leo Beenhakker wszystkie swoje siły poświęci tylko i wyłącznie dla reprezentacji Polski - oświadczył prezes PZPN Grzegorz Lato, który w czwartek odbył męską rozmowę z Holendrem.

Jak dobrze, że mamy takiego silnego prezesa, który potrafi przywołać do porządku niezdyscyplinowanego pracownika, który do niedawna twierdził, że pracę z kadrą zamierza łączyć - oczywiście w czasie wolnym - z pomaganiem ukochanej, holenderskiej drużynie. Wprawdzie bez kontraktu, pieniędzy i oficjalnej funkcji, ale jednak zamierza doradzać Feyenoordowi, m.in w sprawie transferów, nadzorując pracę klubowych skautów. Spotkał się nawet z całą kadra Feyenoordu, zajmującego zawstydzające 11 miejsce w Eredivisie, by przemówić piłkarzom do ambicji, przypomnieć priorytety i obiecać pomoc w powrocie na należne miejsce. Okazuje się, że tylko namieszał im w głowach, bo żadnej pomocy nie będzie, żadnych spotkań z przyszłym trenerem Mario Beenem etc, bo wszak temat Feyenoordu nie istnieje!

Jak wiadomo z Matrixa, łyżka też nie istnieje. I całe szczęście, bo gdyby istniała, to na tę stanowczą pewność siebie prezesa PZPN, że Leo będzie pracował tylko ale to tylko dla Polski, zakrzyknęłaby bez wątpienia: „niemożliwe!”

Co nie oznacza, że mam do prezesa Laty pretensje o brak stanowczości. Usłyszał to co usłyszał: że oficjalnie Leo nic dla Feyenoordu nie robi, a co porabia w czasie wolnym to jego sprawa. Bowiem rację ma prezes przypominając na konferencji prasowej, że do meczów eliminacji mistrzostw świata z Irlandią Północną (28 marca w Belfaście) i San Marino (1 kwietnia w Kielcach) pozostało 30 dni i tylko to liczy się dla polskiej reprezentacji. Eskalacja konfliktu to takiej chwili, jakieś nerwowe rozwiązania, a zwłaszcza zwalnianie trenera to ostatnia rzecz jakiej potrzebujemy...

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

18:08, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (27) »

 

W czasach pracy na Stamford Bridge Jose Mourinho pogardzał warsztatem Arsene Wengera, wielokrotnie okazując mu lekceważenie, a momentami jawnie obrażając np. kiedy nazwał Francuza vouyerystą, owładniętym obsesją Chelsea. A jednak jak się okazuje przejął od trenera Arsenalu przynajmniej jedną piłkarską dewizę, której wcześniej nie wyznawał: „if you are good enough, you are old enough”.

Jeśli po latach będziemy wspominać pierwsze mecze 1/8 finału Ligi Mistrzów to zapewne wyłącznie z trzech powodów: zdemolowania Sportingu Lizbona przez Bayern Monachium (5:0 - nigdy jeszcze w historii LM żadna drużyna nie wygrała tyle na wyjeździe), który jako pierwszy zapewnił sobie awans do ćwierćfinału. Drugi powód to przepiękny gol Juninho, wrzucony za kołnierz Victora Valdesa, który wykazał się tu dobrą szkołą angielskich bramkarzy. Patriotyczni masochiści będą też wspominać debiut Kuby Wawrzyniaka w Lidze Mistrzów i jego niesławny faul, który kosztował Panathinaikos zwycięstwo. Moim zdaniem jednak 24 lutego będziemy pamiętać jako debiut w Lidze Mistrzów 18-letniego (urodziny obchodził zaledwie 2 stycznia) Davide Santona, jedynego zawodnika Interu Mediolan, który po meczu z Manchesterem United miał prawo schodzić z murawy San Siro z podniesioną głową (no może jeszcze i Julio Cesar).

Mourinho okazał mu nie lada zaufanie, wystawiając młodego lewego obrońcę w jego debiucie w najbardziej prestiżowych rozgrywkach świata przeciwko najlepszemu zawodnikowi ubiegłego sezonu w wszystkich plebiscytach, Cristiano Ronaldo. A choć Portugalczyk stwarzał największe zagrożenie z piłkarzy MU, to jednak głównie ze stałych fragmentów, Santon idealnie wyłączył go z gry. Grał z pewnością siebie starego, doświadczonego Javiera Zanettiego, a przecież w pierwszym zespole występuje nieco od ponad miesiąca. Już samo zgłoszenie młokosa Interu do składu na fazę grupową Ligi Mistrzów było sensacją. Mourinhoi, który zachwycił się nim, obserwując w jego występy w rozgrywkach Primavery pozwolił mu zadebiutować w pierwszym składzie w Interze zaledwie 21 stycznia 2009 w meczu Pucharu Włoch z Romą (2:1). Cztery dni później zadebiutował w Serie A, 7 lutego zaliczył pierwszą asystę (przeciwko Lecce przy golu Luisa Figo), a 15 lutego wystąpił w prestiżowych Derbach Mediolanu.

Santon to po (Super)Mario Balotellim kolejny 18-latek na którego stawia Mourinho. Jednak Balotelli, który strzelając gola Anorthosis Famagusta stał się najmłodszym strzelcem Interu w historii Champions League, zadebiutował on w drużynie jeszcze za czasów Roberto Manciniego. Santon to wynalazek Portugalczyka.

- Dlaczego na niego postawiłem? Bo zobaczyłem, że nie jest już wielkim talentem, ale już jest wielkim piłkarzem. Dlaczego trener nie miałby stawiać na 18-letniego pilkarza, jeśli ten jest już dorosłym mężczyzną - mówi o Stantonie Mourinho. Nie gorszą rekomendację wydał chłopakowi trenera reprezentacji Włoch, Marcello Lippi, który stwierdził, że Davide przypomina mu młodego Paolo Maldiniego. Więc pewnie wkrótce przeniesie go z U-20 do dorosłej kadry. Mourinho wróży mu światową karierę także ze względu na świetny charakter i profesjonalne podejście do zawodu. W przeciwieństwie do Balotelliego, który publicznie wyrażał niezadowolenie, że gra za mało i którego Mourinho musiał dyscyplinować. - On miewa trzy fazy zachowania: nie robi tego czego od niego chcę, robi to, bo tak mu każę, robi to z własnej woli. Teraz znajduje się na tym drugim etapie i jestem już w miarę zadowolony. On jest świetny. Może grać na kilku pozycjach. Musi się jednak nauczyć odpowiedzialności na boisku - mówił niedawno. Dla Santona ma na razie same pochwały. - Ten chłopak ma nie tylko talent, ale umie też słuchać rad i perfekcyjnie wcielać je w życie na boisku. Jego kariera rozwija się znakomicie. Będzie niesamowitym piłkarzem - dodaje o koledze z drużyny Zanetti.

I oto historia zatacza koło, bowiem niedawno „Daily Mirror” pisał, że wieści o talencie Santona doszły i do Arsene Wengera, który wysłał swojego najbardziej zaufanego skauta na Derby della Madonnina, żeby przyjrzał się jak młody Włoch wypadnie w tak trudnym i ważnym spotkaniu jak Inter - Milan. Nie wątpię, że wysłannik wrócił pełen entuzjazmu. Ale Mourinho na pewno z dziką rozkoszą odmówi wydania dawnemu rywalowi swej wschodzącej gwiazdki...

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

 

16:07, francuski_lacznik , Narodziny gwiazdy
Link Komentarze (9) »
wtorek, 24 lutego 2009
 

Mecz Interu Mediolan i Manchesterem United słusznie wzbudza największe emocje pierwszego wieczoru Ligi Mistrzów, nawet u kibiców innych drużyn. Na San Siro dojdzie nie tylko do pojedynku mistrza Włoch z mistrzem Anglii, którzy i w tym sezonie z dużą przewagą prowadzą w swoich ligach. Ale przede wszystkim będzie to starcie największych piłkarskich osobowości świata: Jose Mourinho z sir Aleksem Fergusonem, i ich padawanów - Zlatana Ibrahimovića z Cristiano Ronaldo.

Ten pierwszy pojedynek spycha w cień ten drugi (i będzie spychał przynajmniej do pierwszego gwizdka), za sprawą gierek psychologicznych Mourinho. Special One pytany o plan, odpowiada, że całe jego zadanie to przekazać drużynie swój entuzjazm i radość. - Reszta to taktyka, czyli żaden problem. Wyeliminowanie MU nie oznacza dla mnie niczego szczególnego. Liczy się tylko awans do następnej rundy. Rywale nie tworzą lepszej drużyny od nas, dlatego nie obawiamy się ich. Wierzę, że za kilka miesięcy zagramy w finale - stwierdził. I znów usłyszeliśmy starego, dobrego Jose, który za czasów prowadzenia Chelsea prowokował w ten sposób rywali, doprowadzając do gniewu, a jednocześnie tchną pewność siebie w swoich zawodników?

Ferguson niczym prezes PiS ostatnio (nie sądziłem, że użyję kiedykolwiek takie porównania, to tylko ten jeden raz) na zaczepki i prowokacje odpowiedział „polityka miłości”: - Mój stary przyjaciel... Już go widzę, jak mówi na konferencji prasowej, że ma dobrą statystykę w rywalizacji z Manchesterem (bo ma - z 12 konfrontacji z MU jego dryżyny, Porto i Chelsea wygrały sześć, przegrywając tylko jeden raz - red.). Niektórzy go nie lubią, bo jest impertynencki, zbyt pewny siebie. Co do mnie, ja go uwielbiam. Jest dobry w tym, co robi - stwierdził sir Alex.

Jeszcze bardziej ekscytujący będzie pojedynek jednych z najlepszych piłkarzy naszych czasów - Ibrahimovića i CR7. Piszę o nich jako o uczniach swoich trenerów, choć to Ferguson miał więcej czasu i okazji do uformowania z Ronaldo zawodnika jakim jest on dzisiaj. Miał na niego wpływ przez cały okres gdy Cristiano przeistaczał się z chłopca w mężczyznę i z szybkiego grajka w wielkiego piłkarza. Nie bez powodu już trzy lata temu Ruud van Nistelrooy odsyłając Portugalczyka na skargę do trenera MU, mówił „idź do tatusia”...

Ale Zlatan właśnie stwierdził w jednym z wywiadów na temat Mourinho, że „od niego nauczyłem się więcej niż przez ostatnie pięć lat Ajaksie, Juventusie i Interze od Ronalda Koemana, Fabio Capello i Roberto Manciniego razem wziętych. To najbardziej kompetentny trener z jakim miałem do czynienia w karierze. Wie wszystko, na każdy temat, nauczył mnie nawet rozmawiac z mediami…” (cytat za „Guardianem”).

Mourinho, który wie wszystko, twierdzi, że Ibrahimović to najlepszy piłkarz świata. Ferguson nie musi nic mówić na wsparcie CR7. Za Ronaldo przemawiają wszystkie trofea, jakie zdobył za ubiegły sezon, od „Złotej Piłki” po Najlepszego Piłkarza Roku FIFA. Jak dotąd do jedynej bezpośredniej konfrontacji między nimi doszło w październikowym meczu eliminacji MŚ 2010 Szwecja - Portugalia w Sztokholmie. Obaj przeraźliwie zawiedli. Zamiast joga bonito widzowie obejrzeli jedną! groźną akcję Ibrahimovića i kilka aktorskich prób wymuszania wolnego przez Ronaldo, marnych zresztą. Schodzących do szatni pożegnały gwizdy. O wiele lepiej wypaadli wspólnie w słynnej reklamówce Nike'a, w której Cristiano czarował dryblingiem, a Ibra strzałem z powietrza z kilkunastu metrów strącał pachołek z głowy kolegi. „Który lepszy? Ja tego nie wiem” - stwierdzał na koniec reklamówki Eric Cantona. My będziemy odrobinę mądrzejsi już dziś, późnym wieczorem...

 

A Waszym zdaniem...

 

 

 

 

 

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

sobota, 21 lutego 2009




Guus Hiddink nie mógł sobie wymarzyć lepszego debiutu w Premier League jako manager Chelsea. Co prawda Holender w ogóle nie marzył o tej posadzie, wcale jej sobie nie życzył, ani jej sobie nie wychodził. Ale skoro już papa Abramowicz powierzył mu tę funkcję, nie mógł wypaść lepiej. Dokonał rzeczy, której nie zdołał zrobić nawet Jose Mourinho, a przecież to w czasach Portugalczyka Chelsea była najbardziej perfekcyjnie funkcjonującym organizmem, zdobywając dwa tytuły mistrza Anglii. „The Blues" pod wodzą Hiddinka zdobyli trzy punkty na Villa Park, co ostatni raz udało się londyńczykom hen w 1999 roku, kiedy drużynę prowadził jeszcze Gianluca Vialli...

 

Nie tylko przełamali swą historyczną niemoc, ale przerwali Aston Villi passę 13 meczów bez porażki i co ważniejsze, wyprzedzili ją w tabeli, awansując na trzecie miejsce. Tego meczu Chelsea nie wolno było przegrać, tu udało im się wygrać.

 

Hiddink zapowiedział, że do pierwszego meczu zmieni w zespole tylko drobne detale. Jednym z nich było wystawienie w ataku Nicolas Anelki (to on zdobył jedynego gola) i Didiera Drogby, którzy jak się okazało mogą grać razem. Ale największe dotknięcie Holendra widać był w grze całego zespołu, gwiazd które pod wodzą Luiza Felipe Scolariego wyraźnie niedomagały, grając duuuużo poniżej swego poziomu. Tym razem jak za najlepszych lat - Frank Lampart został piłkarzem meczu, John Terry jak prawdziwy kapitan, Michael Ballack, Deco, a przede wszystkim Petr Cech, który dawno nie obronił tak ważnych strzałów. A po meczu wszyscy wyściskali się jak po zdobyciu mistrzostwa…

 

 

Czyżby to było tak, że przyszedł Holender i przeprowadził wszystkich na jasną stronę księżyca? To co będzie dalej? Szczęśliwie dla nas: mecz z Juventusem! Będzie się działo…

 


  


Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

17:28, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (19) »
piątek, 20 lutego 2009

 

Według najnowszych doniesień prasowych pozyskaniem Pawła Brożka zainteresowany jest West Ham United. "Przegląd Sportowy" napisał wręcz, że „Młoty” są „pierwsze w kolejce po najlepszego strzelca polskiej ligi” i gotowe są wyłożyć za niego 5 mln euro. Skauci West Hamu obserwują Brożka już od jakiegoś czasu i uznali, że mógłby zastąpić na Upton Park Craiga Bellamy'ego, który odszedł do Manchesteru City.

 

Prezes Wisły Kraków, Marek Wilczek zapewnia, że po sezonie nie będzie na siłę zatrzymywać Brożka w klubie i żądać za niego Bóg wie jakich pieniędzy. - Zrobił dla naszego klubu już bardzo wiele. Taki transfer mógłby być nagrodą za jego dotychczasowe przywiązanie do naszych barw - powiedział.

 

Czy aby na pewno West Ham byłby dla Brożka nagrodą? Czy aby na pewno Premier League to właściwy kierunek dla napastnika reprezentacji Polski, skoro tylu niezłych jego kolegów odbiło się od niej lądując w Championship, bądź na zesłaniu. Premier League to najsilniejsza, najlepiej płacąca ale i najbardziej wymagająca liga świata. Ebi'emu Smolarkowi, ogranemu przecież i w Bundeslidze, lidze holenderskiej i hiszpańskiej nie udało się przebić do pierwszego składu w Boltonie czy choćby zdobyć jednego gola w lidze. Grzegorzowi Rasiakowi przy drugiej próbie w Premier League nie pomogło nawet ogranie i grad goli w Championship.

 

Okej, Brożek to lepszy napastnik niż Rasiak (choć tego ostatniego bynajmniej nie mam za drewniaka - w Derby naprawdę potrafił strzelać gole na zawołanie i stał się lokalnym idolem), a Smolarka dopadł akurat największy zjazd formy w karierze (niestety dla nas, dopadł już podczas Euro 2008). Ale obawiam się, że wyrwany z komfortowej, zacisznej i mało wymagającej polskiej Ekstraklasy i rzucony na baaaardzo głęboką wodę z okrzykiem: „idź, walcz z Nemanjami Vidićami, Johnami Terry, Joleonami Lescottami, Jamie Carragherami, Titusami Bramblmi czy Williamami Gallasami, zdobywaj gole i ratuj nas przed spadkiem!” naprawdę mógłby sobie nie poradzić. Zwłaszcza, że nie dostałby nawet miesiąca na adaptację. Nie ta liga i nie ten wiek zawodnika. To nie przypadek Borussii Dortmund, której działacze dojrzali w 21-letnik Kubie Błaszczykowskim przyszłą gwiazdę i powoli, bez presji wprowadzała go do drużyny. To raczej przypadek Radosława Matusiaka w Palermo, czyli wyjdź na boisko i zdobywaj gole natychmiast, bo jest czterech konkurentów na twoje miejsce...

Nie jestem też pewien czy to właściwa liga dla kogoś, kto w swoim czasie odmówił odejścia do Nancy, bo na tym etapie kariery nie czuł się jeszcze gotowy do wyjazdu do tak mocnej drużyny w tak silnej lidze. A po jesiennym meczu w Pucharze UEFA z Tottenhamem w Londynie stwierdził: - Czułem się tak, jakbym rozegrał trzy spotkania w polskiej lidze. Ledley King i Jonathan Woodgate mocno dali mi się we znaki. W dwumeczu miałem asystę, strzeliłem gola. Ale jak pomyślę, że musiałbym tam grać co trzy dni takie mecze... Chyba musiałbym przytyć z 10 kg...

Moim zdaniem Brożek powinien celować raczej w Bundesligę, ligę grecką, holenderską, może francuską gdzie miałby szansę stać się królem strzelców, kochanym przez kibiców, ważnym zawodnikiem jak Artur Wichniarek w Arminii, z tym, że w klubie występującym z powodzeniem w Lidze Mistrzów. Premier League, acz prestiżowa, to zbyt wielkie ryzyko i narażanie na szwank tak dobrze wciąż się zapowiadającej kariery. Lepiej być królem (np. Arturem) w mniej prestiżowej lidze niż grzać ławę, a momentami trybuny i wyrzekać na trenera, który jest uprzedzony do Polaków na Wyspach...

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

17:32, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (29) »
wtorek, 17 lutego 2009



 

- Jeśli uważacie, że moje zachowanie jest niesubordynacją, to lepiej będzie, jak odejdę - powiedział w 'Sportowej niedzieli' w TVP Leo Beenhakker, który w weekend prężnie rozpoczął swoją pracę doradcy w Feyenoordzie Rotterdam od wizyty w Nijmegen na meczu NEC - Heerenveen i rozmowy (zapewne na kawie) z prowadzącym NEC Mario Beenem, który od lipca zostanie trenerem Feyenoordu.

Słowa Beenhakkera stawiają pod niewiarygodną presją prezesa PZPN Grzegorza Latę. Przecież zachowanie Holendra to modelowy przykład niesubordynacji. Prezes nie dał mu zgody wszak na oficjalne doradzanie Feyenoordowi, co najwyżej na udzielanie jakichś rad przy przysłowiowej już kawie. Na pewno nie miał na myśli udziału w oficjalnych konferencjach prasowych Feyenoordu, spotkań z zawodnikami, wizyt na boiskach przyszłych rywali, organizacji pracy skautów, rozmów z przyszłym podwładnym, trenerem  Beenem… Zwłaszcza, że akurat w miniony weekend odbywał się tak ważny z punktu widzenia reprezentacji Polski mecz jak Auxerre - Lille, w którym znów błysnął odsunięty Jeleń, znów nie wystąpił powoływany Dudka i pokazał się Ludovic Obraniak

Wypowiedź Beenhakkera rozumiem tak, że wystarczyłoby jedno słowo prezesa: tak, to niesubordynacja, a Holender złoży dymisję (mówi bowiem: odejdę, a nie: to mnie zwolnijcie!). Na to słowo prezesa czeka pewnie teraz cały Wydział Szkolenia PZPN i wszyscy od lat nieprzychylni Holendrowi, który nie mogą uwierzyć, że Leo sam im się tak wystawił. Czekają i naciskają Latę: No! Na co czekasz! Jak możesz pozwalać traktować tak cały polski futbol! Co za policzek dla całego środowiska! Przecież on nas jawnie lekceważy! Traktuje arogancko, jak mieszkańców drewnianych chatek (autentyczne cytaty działaczy PZPN, a skoro mówili to mnie, to pewnie mówią i Lacie…)

Lato jest od wielką presją. Przecież dymisja Beenhakkera to byłaby największa, najważniejsza decyzja całej jego kadencji. W dodatku jakże tak zwalniać skoro za minutę kluczowy mecz eliminacji mundialu z Irlandią Północną? Co zrobią reprezentanci Polski, którzy na zgrupowaniu w Portugalii murem stanęli za trenerem kadry? Dlatego Lato słusznie miota się i pyta: - Ja mam teraz głośno powiedzieć, czy Leo Beenhakker wykazał się niesubordynacją, decydując się na współpracę w Feyenoordem? To jest tak, jakbym do rozpalonego ognia dolał benzyny.

Beenhakker to wytrawny gracz z 40-letnim trenerskim stażem. Wie, że ma słabsze karty w tej rozgrywce, że ryzykuje ale właśnie rzucił PZPN-owi: sprawdzam!". Myślę, że choć Lato ma nas ręku fulla, wie, że lepiej dla wszystkich, a zwłaszcza dla reprezentacji będzie jeśli go nie użyje. Jeśli powie:pas" i się wycofa. I jestem pewien, że tak właśnie zrobi. Następne rozdanie po meczu z Irlandczykami…





Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

10:36, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 16 lutego 2009

 

Leo Beenhakker lubi nas zaskakiwać. Najpierw wbrew woli PZPN i całej rzeszy polskich kibiców zgodził się zostać doradcą technicznym Feyenoordu Rotterdam. Nie wybrzmiała jeszcze burza po tym akcie... miłości do klubu (albo jak kto woli, nielojalności wobec reprezentacji Polski), a już jak bomba spadła na nas wiadomość, że Holender jest gotów powołać do kadry Artura Wichniarka! Mało tego, wybiera się do Bielefield, żeby obejrzeć na własne oczy Polaka, który w tym sezonie Bundesligi strzelił już 12 bramek.

 

Dla tych, którzy pamietają tłumaczenia Leo, dlaczego nie zabrał Wichniarka na Euro 2008 i powody dla których po nieudanym turnieju postanowił konsekwentnie go nie powoływać, wiadomość budzi szok. Mając poczucie rzeczywistości zachwiane przeróżnymi akcjami medialnymi polityków, lubiących przykrywać własne wpadki czymś co odciągnie naszą uwagę - głośnymi aresztowaniami (minione czasy), albo kolejnym wybrykiem dyżurnej małpy z brzytwą (czasy niestety współczesne), w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że reaktywacja Wichniarka to efekt jakiegoś podobnego zabiegu, doradzonego trenerowi przez jakichś sportowych spin doktorów. Żebyśmy na tym skupili uwagę zamiast nadal wałkować rozdarcie Leo między kadrę a klub...

 

Nie podejrzewam jednak o to tak wybitnego trenera, który może po prostu potrafi przyznać się do błędu albo raczej zweryfikować swoją koncepcję, do której Wichniarek w pewnym momencie nie pasował jak w swoim czasie Paweł Brożek. Skoro jednak zawodnik Wisły mógł po wakacjach stać się dla Beenhakkera kluczowym napastnikiem eliminacji MS 2010, to mógł nabrać wagi dla kadry i Wichniarek, choć i jeden i drugi nie zmienili ani stylu gry, ani liczby goli. Wichniarek regularnie zdobywa w Bundeslidze ponad 10 goli, a kluczowym piłkarzem i liderem Arminii jest już od dobrych kilku lat. W sumie najważniejsze jest to, żeby ktokolwiek zagra w ataku, zapewnił nam kluczową wygraną z Irlandią Pn. Widocznie sparing z Walią sprawił, że Leo nabrał wątpliwości czy Brożek z Robertem Lewandowskim podołają zadaniu.

 

I dla dobra kadry Beenhakker gotów jest nawet udać się do Canossy, czyli na stadion Arminii Bielefeld. Choć w przeciwieństwie do cesarza Henryka IV, Leo stawia warunki, żądając od Wichniarka listu do PZPN, że chce grać w kadrze. - On cały czas jest na mojej liście. Ale teraz to on musi wykonać krok. Przecież tak samo nie powołuję Sobolewskiego, nawet gdybym chciał, czy Jacka Bąka. Oni zadeklarowali, że ich czas w kadrze już minął, więc nie ma tematu. To samo na razie z Wichniarkiem, ale mam nadzieję, że się to zmieni - mówi Leo.

 

Jeśli rzeczywiści powoła do kadry piłkarza, o którego upominało się tak wielu kibiców i dziennikarzy, a ten jeszcze zapewni nam cenne punkty w eliminacjach, nie tylko przybliży się do awansu do mundialu, ale na pewno odzyska też chociaż część tej sympatii, którą utracił przyjmując ofertę Feyenoordu. I wzmocni pozycję w rozgrywce z PZPN, który wciąż jeszcze nie wie czy wykorzystać pretekst do zerwania kontraktu, czy jednak wywoła to gniew ludu...

 

 

 

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

14:03, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (20) »
sobota, 14 lutego 2009



Sir Walter Raleigh

 

… jak każdy skazaniec wierzę, że jednak do niej nie dojdzie. Że w ostatniej chwili jakiś prezydent, gubernator czy inny naczelnik jednak ułaskawi, odwoła, albo że wszystko okaże snem. Zdarzały się przecież takie przypadki, a najsłynniejszy z nich to Fiodor Dostojewski, który stał już z zasłoniętymi oczami przywiązany do słupa…

 

Liczę, że w niedzielnej edycji News of the Word" nie będzie TEGO zdjęcia i TEGO story. TYCH, o których niestety wszyscy już mówią, że będzie. Huczy o nich i w polskich mediach, które dawały krocie, żeby kupić te fotki i w szkockich. Że to wszystko okaże się ściemą. Plotkami obliczonymi na zdekoncentrowanie najlepszego zawodnika Celtiku przed słynnymi derbami Glasgow. Który wiadomo jak bardzo zalazł Rangersom za skórę…

 

Skutki tej publikacji mogą być opłakane dla naszego bramkarza. Ratunek dla Artura jest ponoć jeden - władze klubu musiałyby słono zapłacić, by powstrzymać gazetę przed wydrukowaniem fotografii..." - napisał sobotni Fakt", który sam będąc brukowcem, chyba dobrze wiedzie, jak to w świecie brukowców bywa (choć nie dopuszczam nawet takiej myśli, żeby i w Fakcie" można było zablokować dowolny, nieprzychylny artykuł słono za to płacąc).

 

Skutki tej publikacji mogą być opłakane dla naszego bramkarza - to mało powiedziane. One byłyby ka-ta-stro-fa-lne. I dla kariery naszego bramkarza i dla całej naszej reprezentacji (która w dodatku dopiero co prawie straciła trenera). I dlatego właśnie nie chce mi się wierzyć w rewelacje, którymi ma nas powalić News of the Word". Artur Boruc to nie jest głupi facet. Wiedziałby, że taki numer nie przejdzie. Że właśnie prędzej lub szybciej wyjdzie, i na sucho nie ujdzie. Bo niestety różnym, innym piłkarzom w przeszłości nie uchodził…

 

Mimo co raz większej ilości informacji, płynących różnymi kanałami ze Szkocji, w tym od dobrze poinformowanych od kibiców Celtiku, mam nadzieję, że w poniedziałek będziemy komentować tylko parady Boruca w kolejnym boju z Rangersami. Albo już nawet i wpadki…

 






Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!
21:45, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (37) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie