poniedziałek, 25 lutego 2008

 

Koszmarna kontuzja Eduardo, który do gry wróci mniej więcej za rok, wywołała dyskusje jak karać boiskowych brutali, w tym przypadku Martina Taylora. Trener Arsenalu Arene Wenger na szczęście wycofał się już z nieszczęśliwego żądania wypowiedzianego w chwili emocji, by obrońca Birmingham „nigdy już nie zagrał w piłkę”, bo pomijając już rozmiar kary, niby jak i z jakiego paragrafu? Przeprosił też za porównanie do mordercy, stąd w tytule cudzysłów.

 

Mój redakcyjny kolega Rafał Stec przypomniał swą dawną koncepcję, by sprawców podobnych kontuzji zawieszać na tak długo aż ich ofiary wrócą na boisko. Nie foruje jej jednak, bo jak zauważa „niezwykle istotne w ocenie takich zdarzeń są intencje, a te nie zawsze łatwo odczytać i udowodnić (...) Nie sposób rozstrzygnąć, w jakim stopniu do tragedii doszło z powodu faulu, a w jakim stopniu poszkodowanego dopadł pech.

Jeden z moich ulubionych komentatorów, albiceleste10 zauważył przytomnie do jakich nadużyć mógłby doprowadzić podobny przepis: „Wyobraź sobie taką sytuację: 5. kolejka nowego sezonu Premier League. 65 minuta meczu Chelsea vs. Man U. Faulujący Cristiano Ronaldo. Faulowany hmmm... Steve Sidwell. Z pozoru uraz niegroźny, ale Sidwell schodzi z boiska, a pomeczowe badania wykazują poważną kontuzję i konieczność wielomiesięcznej rehabilitacji...”

Wyobrażam już sobie te rozmowę z nieszczęsnym Sidewellem: „wicie, rozumicie, Steve, walczymy z MU o tytuł. Wynagrodzimy ci jeszcze tych kilka miesięcy >>rehabilitacji<<... Science fiction? Na szczęście!

 

Spodziewam się, że władze ligi zawieszą Taylora na 5-8 meczów. Facet zapewnia, że nie miał intencji zaszkodzenia Eduardo, doszło do nieszczęśliwego wypadku. Za chwilę napiszę, dlaczego to żadne tłumaczenie. Jednak dlaczego Premier League miałaby karać go dotkliwiej niż Roy'a Keane'a, który publicznie wyznał w autobiografii, że złośliwie i z diabelską intencją złamał nogę Alfowi Inge Halandowi? Irlandczyk - wprawdzie po kilku latach - dostał zaledwie 5 meczów zawieszenia i 150 tys. funtów grzywny.

 Zapewnienia Taylora, że „nie chciał” zupełnie mnie nie przekonują. Kierowcy, którzy powodują wypadki jadąc z nadmierną prędkością też nigdy nie chcą. Ale cisnąc gaz do dechy na śliskiej nawierzchni (ostatnio na Pomorzu ktoś wypadł z drogi przy 200 km/h zabijając dwie autostopowiczki, które wiózł) musi się liczyć z konsekwencjami swej nieodpowiedzialności. Tak jak zawodnik, który wchodzi w rywala przy pełnej prędkości wyprostowaną nogą. Ta analogia wydaje mi się trafniejsza, niż ta Rafała o ojcu, „którego niewybaczalne gapiostwo malutka córeczka utopiła się w wannie”. Ojca mogę żałować i współczuć mu, ale wariata drogowego, który przez swą brawurę mógł zabić mnie, gdybym mu się trafił tam na drodze? A facet też tylko przesadził, podobnie jak Taylor. 

Nie wiem jednak jaka kara dla Taylora byłaby adekwatna? Przecież nie wiezienie. Może powinien zrekompensować Eduardo zarobki (premie za wygrane mecze, także w reprezentacji, startowe etc) których ten nie zarobi w okresie rehabilitacji? Mocne walniecie po kieszeni zawsze jest bolesne. Czy jednak wszystko powinno rozbijać się o pieniądze? Czy Arsenal mógłby pozwać Taylora albo Birmingham, gdyby nie wywalczył mistrzostwa Anglii (drużyna nie dość, że straciła napastnika to jeszcze cała jest w szoku)? Idąc tym tropem zabrniemy w ślepą uliczkę. Nie widzę rozsądnego rozwiazania. Może Wy widzicie?

11:59, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (111) »
niedziela, 24 lutego 2008

 

Biedny, biedny Eduardo da Silva! Czuję uścisk w żołądku oglądając zdjęcia tuż po tym feralnym wślizgu Martina Taylora. Jego stopa wygląda jakby wisiała na samej skarpetce... Straszne. Specjalnie ich tu nie daję (jak ktoś ma ochotę niech zajrzy na 'News of the Word' Wolę dać Eduardo uśmiechniętego, szczęśliwego, jak po wygranym meczu z Anglikami w Zagrzebiu, gdzie strzelił gola w debiucie w barwach Chorwacji, czy w koszulce wielkiego klubu o jakim marzył jako dzieciak jeszcze w Rio de Janeiro. Więcej o samej tragedii i reakcjach na nią piszemy na sport.pl

 

Nie umiem się cieszyć z tego, że Eduardo nie wybiegnie przeciwko Polsce 16 czerwca w Klagenfurcie. Choć przechodziły mnie ciarki, gdy patrzyłem na jego bramki dla Arsenalu, zwłaszcza te z Evertonem, Sunderlandem z ten Manchesterem City, strzelony przewrotką. Po prostu wielka szkoda, że takiego piłkarza za braknie na Euro 2008 (kto będzie strzelał gole Niemcom?), to strata dla całej imprezy.

 

Jest w tym jednak pewien dylemat kibica: cieszyć się z osłabienia naszego największego rywala czy nie cieszyć? (o czym pisze u siebie także Rafał Stec) Oczywiście nie wierzę, żeby ktokolwiek życzył Eduardo takiej tragedii. Ale skoro już się stało, czy powinniśmy się cieszyć? Faktem bowiem jest, że szanse Polski w konfrontacji z Chorwacją rosną. Oczywiście mogłoby się okazać, że Eduardo dostałby lekcję futbolu np. od Michała Żewłakowa (a dlaczego nie, skoro Żewłak potrafił w Lidze Mistrzów powstrzymać van Nistelrooya z Raulem, a ostatnio Drogbę z Anelką?). Ale jego brak na mistrzostwach Europy byłby tym czym dla Polski byłby brak Ebi'ego Smolarka (Eduardo - 10 goli w eliminacjach, Ebi - 9).

 

Chociaż... My na pewno nie milibyśmy kim zastąpić Ebiego. Robert Prosinecki twierdzi, że pomijając osobistą tragedię piłkarza, któremu współczuje cała Chorwacja, tragedii na Euro nie będzie. Mają bowiem obecnie wielu wybitnych napastników. Choćby Mladena Petrića, napastnika Borussii Dormund (11 goli w tym sezonie), Ivicę Olića (9 goli dla HSV i ważne bramki w reprezentacji, choćby te które wyeliminowały z Euro Anglię), czy 20-letnia wielka nadzieja Chorwacji, Nikola Kalinić (13 goli w sezonie dla Hajduka Split).

 

Niesamowite są te emocjonalnej reakcje kolegów i przyjaciół Eduardo na wieść o jego tragedii. Slaven Bilić: „mogę stwierdzić tylko, że kocham tego chłopaka, jest dla nie jak syn, Euro nieważne, ważne jego zdrowie”, Vedran Corluka, obrońca Man City: „płakałem patrząc w telewizor, bo Eduardo to mój przyjaciel, nie zasłużył na coś takiego”, były trener kadry Mirosław Blażewicz opowiada, że musiał wziąć pigułki na serce pod wypływem emocji, a kapitan reprezentacji Nico Kovac opowiada, że wszyscy kadrowicze od razu zdzwonili się ze sobą, dopytując o szczegóły, snując plany wspólnego wypadu do szpitala). Sądząc po tych reakcjach i znając chorwacką mentalność, można być pewnym, że jeśli piłkarze Bilicia pojadą na Euro bez Eduardo, zagrają tam DLA Eduardo. I będą przez to dwa razy groźniejsi.

Gole Eduardo, chorwackiego „Kanoniera”:

 

 

16:06, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (32) »
środa, 20 lutego 2008

Wiem, Artur Boruc wpuścił trzy bramki. Nie zdołał powstrzymał 'Wielkiej Czwórki': Leo Messi wbił mu dwie bramki, Thierry Henry jedną, Ronaldinho miał dwie asysty, Samuel Eto'o jedną.

Ale przy żadnej z nich nie zawinił. Nawet przy strzale Henry'ego, choc można mieć wątpliwości czy może się źle się nie ustawił, za bardzo wychodząc do przodu. Krzysztof Dowhań, najlepszy polski trener bramkarzy, z którym oglądałem spotkanie autorytarnie stwierdził, że bramkarz Celniku był bez szans. Trudno mieć do niego pretensje, że założył, iż Francuz będzie raczej mijał obrońcę niż strzelał. A strzelił zza obrońcy. Zmierzyliśmy w Nsporcie: piłka leciała z prędkością 89 km/h. Nie leciała w światło bramki, skręciła w ostatniej chwili i wpadła do siatki odbita od słupka.

Szkoda, że nie powstrzymał Barcy. Ale nie można mieć do niego grama pretensji, w przeciwieństwie do Victora Valdesa, który dał sobie wrzucić piłkę za kołnierz. I to komu? Noname’owi z Celticu! Barry’emu Robsonowi, o którym nikt w Barcelonie nie słyszał! Ani nawet w Glasgow, dopóki w ostatnich sekundach okna transferowego nie kupił go Gordon Strachan. K.O.M.P.R.O.M.I.T.A.C.J.A. Gol za kołnierz, w którym zresztą Valdes grał. Co to za nowa ściema, lansik taki jak kiedyś plastry na nos czy zimno im?)

Tym meczem Valdes po raz kolejny przekonał mnie, że jest bramkarzem zbyt małego formatu dla Barcelony. Tym razem miał szczęście, koledzy uratowali mu tyłek. Ale w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów z Liverpoolem, kiedy zawalił sprawę, skończyło się fatalnie! Niech Barca trafi w ćwierćfinale na godnego siebie rywala (choćby znów Liverpool) a historia się powtórzy. Ile jeszcze takich wpadek Barca zniesie nim uświadomi sobie, że ich wychowanek nigdy nie będzie drugim Ikerem Casillasem?

Od jakiegoś czasu zastanawiamy się jaki wielki klub wykupi Boruca z Celticu (zanim Polak ostatecznie trafi do więzienia za uduszenie Gary Caldwella). Zastanawiamy się, czy bardziej Boruca potrzebowałby Milan (pewnie, że tak, co dziś widać najlepiej!), Bayern, Valencia, a może jednak Arsenal? A ja mówię Barco, kupuj Boruca, najwyższy czas na golkipera z najwyższej półki!

23:36, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (168) »
wtorek, 19 lutego 2008

 

 

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie mam nawet pojęcia czy przejdzie Liverpool. Jeśli chodzi o europejskie puchary, Inter to dla mnie najbardziej nieprzewidywalna drużyna ze wszystkich. Na papierze - jeden z najsilniejszych składów świata. Zdominował Serie A najlepiej ze wszystkich włoskich klubów wychodząc na aferze Calciopoli (choćby w ten sposób, że ze zdegradowanego Juventusu Turyn wyłuskał dwa najlepsze kąski: Zlatana Ibrahomovica i Patricka Vieirę. Aż strach pomyśleć co by było gdyby jeszcze udało mu się namówić na przejście Gigi Bufffona...). Właściwe obronę mistrzowskiego tytułu zapewnił sobie w ostatniej kolejce, ponieważ znów wygrał, przegrała za to Roma, grzebiąc praktycznie szanse na dogonienie „Nerazzurrich”, bo ma już do nich 11 pkt straty.

 

Pomijając ostatnie sukcesy na własnym podwórku (pytanie, czy Inter by je osiągnął gdyby nie degradacje największych rywali?), w Europie Interowi sezon za sezonem idzie jak po grudzie. Ostatni triumf (nie licząc Pucharu UEFA, czyli pucharu przegranych) zdobył 42 lata temu! Choć przez lata zatrudniał najwspanialszych piłkarzy świata. Swoją drogą warto by prześledzić zastępy wielkich piłkarzy, którzy nie potrafili zrealizować się w Interze, musząc odejść, żeby osiągnąć największe sukcesy: nazwiska Ronaldo i Clarence Seedorfa nasuwają się jako pierwsze ale także Dennis Bergkamp, Juergen Klinsmann, Karl-Heinz Rummenige...

 

 

Nieco światło na to, czemu tak się działo rzuca w wywiadzie dla „Timesa” były dwukrotny trener mistrza Włoch, Roy Hodgson (mógł być teraz w Mediolanie dyrektorem sportowym, ale wolał powrót do Premier League w roli trenera Fulham). - Dziś Inter to zupełnie inna drużyna niż w latach 90. Kiedy drugi raz przychodziłem do klubu (w 1999 - mp) byłem czwartym szkoleniowcem zatrudnionym w ciągu roku. Panował totalny chaos, piłkarze nie zdążali się przyzwyczaić do żadnej koncepcji, zresztą wśród nich też była wielka rotacja. Ciężko było o identyfikację z klubem - opowiada.

 

- Dziś sytuacja w Interze jest stabilna jak nigdy. Klub ma wreszcie trenera pracującego w komforcie przez kolejny sezon (od 2004 roku - mp) i szeroką kadrę świetnych piłkarzy, już bardzo ze sobą zgranych, którzy mogą zapewnić sukcesy na wielu frontach, nie tylko lokalnych. Świetnie sprawdza się stawianie na zawodników z jednego kraju, w tym przypadku Argentyny: będący w życiowej formie Esteban Cambiasso, Javier Zanetti, Hernan Crespo i Julio Cruz. - Ten ostatni jest najbardziej niedocenionym napastnikiem w Europie. A w obecnej formie przewyższa samego Ibrahimovica. Jeśli Benitez chce powstrzymać Inter nie może skupić się tylko na powstrzymaniu Szweda, bo to nie wystarczy - mówi Hodgson.

 

Mam własną teorię na temat niemocy Interu w Lidze Mistrzów w ostatnich latach, tłumaczącą choćby niechlubne odpadnięcie z poprzedniej edycji, zakończonej bójką z zawodnikami Valencii. Mój redakcyjny kolega Rafał Stec stwierdził wprawdzie, że nie mam żadnych podstaw, żeby tak twierdzić, ale i tak ją tu przedstawię: wydaje mi się, że łatwość z jaką Inter poczyna sobie w Serie A jest przyczyną jego zguby w Lidze Mistrzów. W Serie A Inter nie natrafia niemal na żaden opór - w tym sezonie nie przegrał żadnego z 23 spotkań. Co tu dużo mówić: rządzi i wciąga wszystkich nosem. Rozpuszczony tą dominacją i nienawykły do presji, kiedy w Europie natrafia na opór - drużynę co najmniej równą sobie, dobrze ułożoną taktycznie przez trenera (w przypadku Valencii Quique Sancheza Floresa), gubi się, traci nerwy, pęka psychicznie. Staje się nieodpowiedzialny. Piłkarze głupio faulują, zapominają o taktyce trenera, który nie jest w stanie nad nimi zapanować.

 

To właśnie zbyt wielka dysproporcja między Interem a jego ligowymi rywalami zabija jego europejskie aspiracje. Inaczej jest z którymkolwiek przedstawicielem Premier League, którzy muszą się nawalczyć w każdym spotkaniu ligowym (a jak pokazują występy Liverpoolu w Pucharze Anglii nawet w meczach z drugoligowcami - Barnsley, a nawet 7-ligowcem! - Waterlooville). Inaczej europejskiej niemocy Interu nie umiem sobie wytłumaczyć. Nie wiem jak Wy?

 

PS:

Na koniec ciekawostka: fani Interu organizują się na wyjazd do Liverpoolu pod hasłem… „w odwiedziny do przyjaciół”. Dlaczego? Sympatii nabrali po pamiętnym finale LM w Stambule w 2005 roku, w ktorym „The Reds” upokorzyli AC Milan. Potem w sektorach Interu na Giuseppe Meazza cczęsto powiewał transparent z napisam „Grazie Liverpool!”, a hitem w mediolańskich dyskotekach stał się na chwilę „Dudek Dance”…

14:41, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (20) »
niedziela, 17 lutego 2008

 

Wczoraj na łamach Polsportu zamarzyłem sobie, że Wisła Kraków wykupuje Jacka Krzynówka z VfL Wolfsburg, gdzie nie dają mu grać bez względu na formę. Że nie bacząc na cenę (1,5 milionów euro) nieadekwatną do wieku piłkarza (32 lata) prezes Bogusław Cupiał w imię naszych interesów narodowych (zbliżające się Euro 2008) sprawia taki prezent wszystkim kibicom. Jestem zdania, że i sobie sprawiłby tym prezent. Krzynówek to jeden z najlepszych polskich piłkarzy, ma niezbędne dla Wisły doświadczenie w Lidze Mistrzów, o której tak marzą w Krakowie. Nie ma żadnych przeszkód, żeby na lewej stronie hasał choćby do 37 roku życia jak Serginho w AC Milan). Nie byłyby to pieniądze wyrzucone w błoto, może jedynie tylko trochę przepłacone.

 

Argumentowałem, że siedząc na ławce rezerwowych „Wilków” do czerwca, Krzynówek nie przygotuje się do Euro 2008. I skończy sie to jak w analogicznej sytuacji dwa lata temu, kiedy okres przed mundialem przesiedział na ławie w Bayerze Leverkusen. Potem na MŚ brakowało mu pewności, szybkości, siły, wszystkiego...

Nie twierdziłem przy tym, że to spisek Felixa Magatha wymierzony w potencjał Polaków na Euro. Bo jednak trenera Wolfsburga rozliczą za utrzymanie w Bundeslidze a nie wynik meczu w Klagenfurcie.

 

I oto internauci donieśli mi, że jest reakcja Wisły Karków! (okej, nie upieram się, że na apel Polsportu, ale na dramatyczną sytuację skrzydłowego reprezentacji Polski). Na stronie internetowej klubu wisla.krakow.pl pojawił się komunikat, że w poniedziałek Wisła siada do ostatecznych rozmów w sprawie pozyskania Krzynówka.

 

- W poniedziałek o godz. 10. mam spotkanie z agentem Jacka Krzynówka. Mamy coraz mniej czasu, ale nie poddajemy się. Jeżeli nie uda się przeprowadzić definitywnego transferu, to może uda sie transfer czasowy - stwierdził dyrektor sportowy Wisły, Jacek Bednarz.

Dyrektor sportowy podkreślił, że bardzo ważne będzie poniedziałkowe spotkanie z agentem zawodnika. W jego trakcie okaże się, czy jest sens szukać nowych rozwiązań". - Bez tej wiedzy nie będę zwracał się do Niemców, bo na razie nie ma o czym rozmawiać. Jeśli nasze spotkanie zakończy się sukcesem, będę rozmawiał z Wolfsburgiem - powiedział Bednarz.

 

Odczytuję to tak, że Wisła zapyta Krzynówka czy zgada się na drastyczne obniżenie pensji w imię gry w OE do końca sezonu. Z niemieckich mediów wnoszę z kolei, że cena skrzydłowego wahałaby się w okolicach 1,2 mln euro (podobno tyle Wolfsburg opuścił Herthcie Berlin, ale da upierała się na 800 tys. euro więc rozmowy zerwano, bo„Wilki” nie chciały słyszeć o wypożyczeniu.

 

A więc wciąż jest nadzieja (a dla Krzynówka Wisła jest ostatnią nadzieją), że będziemy mieli na Euro 2008 takie lewe skrzydło o jakim marzymy. Zwłaszcza, że mamy też problem ze skrzydłem prawym - Kuba Błaszczykowski po kontuzji jeszcze nie wrócił do gry w Borussii Dortmund. A jak już się wyleczy, grozi mu, że wróci na prawą obronę. To już jakaś mania w Bundeslidze: czytam, że Łukasz Piszczek w Herthcie także został przesunięty na prawą obronę. Czyżby Niemcom marzyło się, że Klagenfurcie wybiegnie przeciwko nim 11 prawych obrońców? Dobrze, że Artur Boruc gra w Celtiku Glasgow...)

 

 

10:28, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (48) »
sobota, 16 lutego 2008

Co z tym Krzynówkiem?

Odpowiedź jest krótka: źle, niestety.

W piątek, w kolejnym meczu rundy wiosennej Bundesligi skrzydłowy reprezentacji Polski nie wszedł na boisko choćby na chwilę, choćby na ostatnie minuty. Co gorsza VfL Wolfsburg bez Krzynówka po raz kolejny świetnie sobie poradził. Znów wygrał, tym razem sensacyjnie pokonując kandydata do mistrzostwa Niemiec Schalke 04 i to na boisku rywala, w Gelsenkirchen. To samo Schalke, które w miniony weekend wygrało z mistrzem Niemiec, VfB Stuttgart 4:1...

 

To piąte zwycięstwo „Wilków” z rzędu! Niestety wszystkie bez udziału Krzynówka, który ostatni raz wystąpił w Bundeslidze 24 listopada przeciwko Bayernowi Monachium. Później 30 stycznia zagrał jeszcze 21. minut w wygranym w karnych meczu Pucharu Niemiec z Schalke, dostając od Kickera” słabiutką notę - 4,5. W całym sezonie wystąpił tylko w dziesięciu meczach (tylko w dwóch z nich przez pełne 90 minut), a jego srenia nota to 3,90 (w niemieckiej skali 1 to klasa światowa, 5 - tragiczna).

Obawiam się, że trener Felix Magath może nabrać ostatecznego przekonania, że Polak nie jest mu do niczego potrzebny. Oby tak nie było, wszak klub postawił zaporową cenę 1,5 mln euro, przez którą Krzynówek nie odszedł do Herthy Berlin, choć bardzo chciał.

 

Kiedy w poprzedniej kolejce Krzynówek nie tylko nie zagrał z MSV Duisburg („Wilki” wygrały 2:1) ale nie znalazł się nawet na ławce rezerwowych, on sam uspokajał, że to wina stłuczonego mięśnia w towarzyskim meczu z Czechami na Cyprze, który zgłosił trenerowi. - Ale na kolejny mecz z Schalke będę już przygotowany w stu procentach. Jeśli trener i wtedy nie uwzględni mnie w kadrze, to rzeczywiście będę miał powody do niepokoju - mówił w środku tygodnia „Super Expressowi”.

No więc wszyscy mamy powody do niepokoju. Krzynówek jako jedyny z pewniaków w kadrze Leo Beenhakkera na Euro 2008 nie gra i nie wiele wskazuje, żeby jego sytuacja do czerwca miała się zmienić. Jako jedynemu z pewniaków nie udało mi się zmienić klubu. Nawet na gorszy i z gorszą pensją, jak Maciej Żurawski czy Radosław Matusiak byle tylko grać i być w formie na mistrzostwa Europy. Krzynówek jest świadomy jakie będą konsekwencje tej sytuacji, bo ma doświadczenie z sezonu przed ostatnim mundialem:

 

- Bardzo nie chciałbym popełnić błędu z czasów gry w Leverkusen. Dwa lata temu niepotrzebnie zostałem na rundę wiosenną w Bayerze. Wchodziłem tylko w ostatnich minutach i na mistrzostwa świata w Niemczech byłem przygotowany źle. Brakowało mi pewności, to było widać na boisku. Dlatego teraz chcę albo odejść, albo grać - stwierdził niedawno Krzynówek.

 

Jedyny ratunek widzę w Wiśle Kraków, która przymierzała się do pozyskania Krzynówka i może jeszcze nie zrezygnowała z tego pomysłu. Marzyć można, bo okno transferowe szczęśliwie wciąż u nas otwarte. Może polscy kibice i media powinny wystosować apel do właściciela „Białej gwiazdy” Bogusława Cupiała z prośbą o kupno Krzynówka w imię szeroko pojętego interesu narodowego? O wykupienie go z „niemieckich rąk” w imię naszych aspiracji na Euro 2008, nawet jeśli 1,5 mln euro to zbyt wiele za 32-letniego zawodnika. Gdyby Cupiał zdobył się na taki gest, może w rewanżu do końca sezonu wszyscy w kraju staliby się kibicami Wisły. I pomyślmy jaki wymiar miałaby wówczas zwycięska bramka Krzynówka w meczu z Niemcami w Klagenfurcie, w stylu tej z Estadio da Luz w Lizbonie.

Eh, marzenia...

 

 

12:45, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (55) »
czwartek, 14 lutego 2008

 

Legia Warszawa wypożyczyła Kamila Grosickiego do FC Sion. Z opcją pierwokupu. Jeśli 31 grudnia 2008 Szwajcarzy stwierdzą, że chcą młodego Polaka na zawsze, zapłacą 750 tys. euro. Nie do końca rozumiem sens tego transferu. I z punktu widzenia sportowego i poza sportowego. Po pierwsze Grosicki jest wielkim talentem. Gdyby tak nie było Leo Beenhakker nie traktowałby go z tak szczególną atencją. A wycofał klątwę, że nigdy nie powoła do kadry tych zawodników młodzieżowej reprezentacji Polski, którzy odmówili wyjazdu na turniej do Jordanii. Grosicki odmówił, ale nie miną rok, a w kadrze gra. Mało tego, Leo wyróżnił go na Cyprze, nie odsyłając do Polski po meczu z Finami.

 

Wiele wskazuje, że może go zabrać na Euro 2008. Nawet jeśli tylko kilka razy wejdzie tam z ławki rezerwowych, jego cena i tak bardzo wzrośnie. Jaki sens ma wypożyczać go teraz i wiązać sobie ręce zbyt niską sumą. Żelazna zasada: nigdy nie sprzedawać nikogo przed wielkim turniejem, bo jest szansa, że straci się spore pieniądze. Jak choćby Lech Poznań, sprzedając Andrzeja Juskowiaka do Sportingu Lizbona przed igrzyskami w Barcelonie. Za króla strzelców olimpijskiego turnieju na pewno wzięli by dużo więcej. Nie mówiąc o tym, że „Jusko” mógłby trafić do dużo lepszego klubu. Czy nie lepiej byłoby Legii zaczekać ze sprzedażą 20-letniego piłkarza jeszcze z rok (przecież nie musi wyprzedawać zawodników na siłę), dać mu się wypromować jak Dawidowi Janczykowie na mistrzostwach świata do lat 20 i sprzedać jak tamtego za 3 miliony euro do CSKA Moskwa?

 

Jest i inny aspekt tego transferu. Grosicki to „piłkarz specjalnej troski”. Jego uzależnienie od hazardu było powszechnie znane. Klub zachował się świetnie, starając się opiekować zawodnikiem jak długo się dało, współpracując z rodzicami, którym w pewnym momencie przelewało jego pensję. Wreszcie Legia wysłała go na przymusowy pobyt w zamkniętym ośrodku pod Ełkiem. Ponoć terapia bardzo pomogła. Jednak żadnego uzależnienia nie da się jednak wyleczyć do końca, na amen. Człowiek przez całe życie będzie walczyć z pokusami.

 

Tu w Polsce, Warszawie Grosicki był pod lupą. O każdym jego wypadzie do kasyna cala warszawka wiedziała by natychmiast. W Sionie rozpłynie się w tłumie. Boję się, że samotny, nie znający języka, nie mający żadnych przyjaciół czy choćby kolegów w klubie, nie wytrzyma w czterech ścianach apartamentu z widokiem na Alpy. I będzie miał co raz większe pokusy, a nie będzie nikogo, kto mógłby go przed nimi powstrzymać. I... (odpukuję w niemalowane drzewo).

 

Czy więc Legia, po pierwsze nie pozbywa się problemu przy pierwszej nadarzającej się okazji, umywając ręce? Z drugiej strony Legia to klub piłkarski, a nie zakład wychowawczy. A Futbol to biznes jak każdy inny. Grosicki nie musi okazać się przecież okazać taką gwiazdą, za którą ktoś zapłaciłby w przyszłości grube miliony. Klub ma prawo uważać, że dalsze cackanie się z niepewnym piłkarzem to zbyt ryzykowny interes. Gdyby jednak jego kariera w Sionie uległa przyhamowaniu z wiadomych powodów jak to miało miejsce w Warszawie, czy aby Szwajcarzy będą go chcieli wykupywać w grudniu za to 750 tysiecy?

 

Mam tylko nadzieję, że on sam nie przeczyta tego wpisu. Ze wszystkich stron płynie taka troska o Grosickiego i radość, że już nie gra, że aż przypomniało mi się to opowiadanie Marka Hłaski „Pętla”. Nie chciałbym być jak jeden z tych „życzliwych” przyjaciół Kuby-alkoholika, którzy tak namolnie gratulowali mu decyzji o zerwaniu z nałogiem, dając przy tym do zrozumienia, że to się z pewnością nie uda, że go w końcu wpędzili w kolejny ciąg.

 

 

 

18:17, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (50) »
środa, 13 lutego 2008

 

Jak Wam się wydaje, o czym jeszcze może marzyć człowiek tak spełniony jak bramkarz Juventusu Turyn, Gianluigi Buffon?

 

Jest najlepszym bramkarzem świata. Wymienianym wprawdzie jednym tchem wraz z Ikerem Casillasem i Petrem Cechem. Ale z tej trójki tylko on ma tytuł mistrza świata. W sporcie bardziej już się spełnić nie może, chyba, żeby jak w swoim czasie Michael Jordan zmienił dyscyplinę np. na siatkówkę.

 

 

Nie może już grać w lepszym klubie (według własnego mniemania). Został w nim przecież, choć po degradacji Juve mógł odejść do dowolnej drużyny świata.

 

Nie musi już marzyć o sławie. Ani o bogactwie. Może sobie kupić dowolny samochód świata albo jacht albo willę w dowolnym miejscu, cokolwiek. Nie musi też już marzyć o tym, by posiąść jedną z najpiękniejszych kobiet świata, bo jego narzeczoną jest słynna czeska modelka Alena Seredova, która dała mu syna.

 

 

No i przy tym nie zadziera nosa, ma dystans do siebie i  ma poczucie humoru, czego dał dowód zgadzając się na kampanie reklamowa Pumy, w której każdy mógł strzelić gola Buffonowi (już nie można, widocznie miał dosyć, sam strzeliłem mu 8/10).

 

O czym więc może marzyć Gianluigi Buffon?

Zdradził to po ostatnim meczu ligowym z Udinese (2:1), w którym jak zwykle powyciągał strzały nie do wyciągnięcia dla wszystkich innych bramkarzy i po raz niezliczony został wybrany najlepszym zawodnikiem spotkania.

 

- Moim marzeniem - powiedział Buffon - jest zdobyć kiedyś gola. Prawdziwego, nie udawanego w meczu charytatywnym czy pokazowym. Ważnego gola w ważnym meczu o punkty - wyjaśnił.

 

Dodał, że wolałby tego wymarzonego gola zdobyć w europejskich pucharach, bo zbyt szanuje swoich kolegów z Serie A. - Chciałbym móc pójść do przodu przy jakimś rzucie rożnym. Wyskoczyć i strzelić gola, jak to się udało w ubiegłym roku Amelii - stwierdził. Gol rezerwowego bramkarza reprezentacji Włoch, Marco Amelii dał Livorno remis w meczu Pucharu UEFA z Partizanem Belgrad.

 

Ja dobrze być Gianluigi Buffonem...

 

 

 
13:07, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (8) »
wtorek, 12 lutego 2008

 

Z kuluarowych rozmów podczas obozu kadry na Cyprze moi redakcyjni koledzy Robert Błoński i Michał Szadkowski przywieźli „przekonanie graniczące z pewnością”, że Tomasz Kuszczak nie pojedzie na Euro 2008. Choć z polskich bramkarzy gra (GRA, a nie zaledwie „jest zawodnikiem” ale gra - zwracam uwagę na to rozróżnienie) w najlepszym klubie ze wszystkich kadrowiczów.

 Wprawdzie Leo Beenhakker niczego wprost nie przesądził - całkiem mądrze, gdyby nagle w ostatniej chwili w czerwcu okazało się, że na Kuszczaka jest skazany - ale wysłał kilka czytelnych sygnałów. Np. wymieniając bramkarza MU na samym końcu za Łukaszem Fabiańskim, Wojciechem Kowalewskim i Jerzym Dudkiem, gdy spytano go o plan B w razie kontuzji Artura Boruca.

 

Dlaczego? Bo (argumenty z tekstu):

- jest za ambitny i nie umie pogodzić się z rolą rezerwowego.

- daje odczuć otoczeniu, że czuje się niedoceniony, swoją frustrację przenosi na drużynę.

- Ma kiepskie poczucie humoru. „Czasem nie chwyta żartów i obraża się, a jak już odpowie, to jego dowcip jest ciężki” - ujawnia jeden z doświadczonych kadrowiczów.

 

Argumenty te byłyby śmieszne, gdyby nie niepokojący fakt, że koledzy z kadry tak obgadują Kuszczak za plecami. To w jakimś stopniu przemawia przeciwko bramkarzowi MU. Oznacza, że sami zawodnicy go nie akceptują. Czy jednak to oni powinni decydować o składzie kadry na Euro 2008, niczym mistrzowie świata z 1998 roku o składzie reprezentacji Francji na ostatnim mundialu? Co innego chyba jeśli to Zinedine Zidane decyduje, że ma grać Fabien Barthez, a nie Gregory Coupet, niż kiedy decyduje... - nie mogę zdradzić informatora kolegów - którykolwiek z naszych kadrowiczów.

 

Na szczęście o składzie na Euro zadecyduje Beenhakker. Wyznaje on wprawdzie zasadę, że „11 najlepszych piłkarzy nie stworzy najlepszej jedenastki”. Zgoda. Kierując się podobną filozofią Otto Rehhagel wygrał mistrzostwo Europy z Grekami, nie zabierając kilku niepokornych gwiazdorów do Portugalii. Ale czy Kuszczak naprawdę jest tym niepokornym, tym troublemakerem? Argumenty przeciwko niemu zupełnie do mnie nie trafiają.

Przecież nie zrobił żadnej burdy, nie postawił żadnego ultimatum, nie obraził się ani razu. Nie sprowokował np. bójki na treningu, żeby wykazać swojej wyższości, nie zachował się nie fair w żadnym z wywiadów. Zatem karze się go za to, że jest ambitny? Że stwierdził, iż czuje się numerem 1? Ale przecież w tym samym wywiadzie dla „Gazety” stwierdził, że choć jestem rozczarowany, bo czuje się w piłkarskim gazie, ale im więcej i lepiej gra w klubie, tym bardziej oddala się dla od niego reprezentacja, „jest profesjonalistą i akceptuje decyzje trenera”. Gdzie tu „iskrzenie”, gdzie kwasy, gdzie jakiekolwiek wywieranie presji na trenera i resztę drużyny?

 

Zgadzam się, że numerem 1 w reprezentacji jest obecnie Boruc. Nie ma co do tego dwóch zdań. I powinien nim być i podczas Euro 2008. Co jednak jeśli przyplątałaby mu się przed czerwcem jakaś kontuzja (odpukać, odpukać!)? Albo podczas samego turnieju (po stokroć odpukać!)?

 

Dlatego uważam, że Kuszczak jest zbyt dobrym bramkarzem, by z niego rezygnować. Beenhakker jest wielkim trenerem, ale chyba można uznać, że Alex Ferguson nie jest gorszym. A wystawia Kuszczaka o wiele częściej niż wymuszają to kontuzje Edwina van der Sara. Poznał presję jaką jest granie przed pełnym Old Trafford w Lidze Mistrzów. Grał przeciwko Francesco Tottiemu i innym gwiazdom AS Roma w Lidze Mistrzów. Nabrał doświadczenia, którego póki co nie złapał jeszcze Fabiański grą w Pucharze Ligi Angielskiej.

 

Jeszcze jeden agrument: wbrew temu co mówi w dzisiejszym wywiadzie dla „Gazety” Jerzy Dudek rywalizacja między bramkarzami może być dla reprezentacji zbawienna, co pokazuje przykład Jensa Lehmanna i Olivera Kahna podczas ostatniego mundialu. Wcześniej obaj obrażali się na łamach prasy, nie rozmawiali ze sobą, krytykowali nawet styl życia rywala (Lehmann o zdradzie ciężarnej żony przez Kahna i jego związku z dziewczyną z dyskoteki). Ale Juergen Klinsmann zabrał na mundial obu. Bo byli najlepsi w Niemczech. Nie przejmował się atmosferą. A przecież tej niemieckiej rywalizacji o bramkę nie sposób prównać z naszą.

 

Dlatego uważam, że na Euro 2008 powinien współtworzyć żelazną „trójkę bramkarską” razem z Borucem i Fabiańskim! Po prostu powinien tam być!

 

12:14, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (57) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie