wtorek, 29 stycznia 2013

Jak dobrze, że tygodnik France Football nie ogranicza się do przyznawania dorocznej nagrody Leo Messiemu, ale zatrudnia też znakomitych dziennikarzy, którzy właśnie ogłosili efekt swego dziennikarskiego śledztwa, z którego wynika, że Katar kupił sobie organizację mistrzostw świata w 2022 roku. Z ręka na sercu: któż z nas nie podejrzewał, że Katar zapewnił sobie zwycięstwo w nie do końca czystej rywalizacji? Nikt chyba nie miał złudzeń, że FIFA wytycza nowe kierunki rozwoju futbolu (wszystkie stadiony zbuduje się od zera, a potem sprzeda) czy też nagrodziła turniejem szczególnie zasłużoną dla futbolu federację, bo Katar zapisał się dotąd w historii piłki nożnej próbą - zdławioną na szczęście - uformowania stworzenia reprezentacji z Brazylijczyków za słabych na grę w reprezentacji Brazylii (pamiętny casus Ailtona). To nie przypadek, że trzy najbliższe mundiale zorganizują petromocarstwa Brazylia, Rosja i Katar. Tak właśnie podejrzewaliśmy: wygrali nie tylko najbogatsi, ale i ci, którzy nie muszą się szczególnie przejmować przejrzystością wydatków w kampanii. Dlatego pokonane w walce USA czy Anglia nie miały najmniejszych szans, czego angielskie media dowodziły jeszcze przed werdyktem, publikując podsłuchane wywody szefa angielskiej kandydatury, lorda Davida Triesmana, który oskarżył o korupcję czołowych działaczy FIFA jak Jack Warner z Trynidadu i Tobago, Brazylijczyk Ricardo Teixeira, Worawi Makudi z Tajlandii czy Paragwajczyk Nicolas Leoz. Z kolei Sunday Times dowodził, że inni dwaj członkowie Komitetu Wykonawczego FIFA, Issa Hayatou z Kamerunu i Jacques Anouma z Wybrzeża Kości Słoniowej przyjęli w sumie po 1,5 mln dolarów za oddanie swoich głosów na Katar. FIFA po dochodzeniu zawiesiła sześciu urzędników, między innymi Amosa Adamu, nigeryjskiego członka Komitetu Wykonawczego, który został sfilmowany podczas negocjowania wartego 500 tys. funtów kontraktu w zamian za swój głos.

Szef FIFA Sepp Blatter przy okazji każdych kolejnych oskarżeń zapewnił, że światowa federacja zajmie się sprawą, ale żądał twardych dowodów. - Nigdy nie powiem, że wszyscy są aniołami albo diabłami. Musimy mieć dowody, by kogokolwiek o coś oskarżyć - grzmiał. Bardzo jestem ciekaw jak silnymi dowodami dysponują śledczy France Football, wg których w korupcję przy przyznawaniu Katarowi praw organizacji mundialu w 2022 mogli być zamieszani były prezydent Francji Nicolas Sarkozy, szef UEFA Michel Platini oraz katarscy właściciele Paris Saint Germain! Ich zdaniem mechanizm wyglądał następująco: największym lobbystą oferty Szejków we Francji był... prezydent Sarkozy. To on miał nakłonić Platiniego do oddania głosu na Katar, choć ten planował poprzeć najbardziej wiarygodną ofertę USA. Dlaczego? Książę Kataru Tami bin Hamad Al-Thani obiecał do zainwestowania milionów euro we francuski futbol, poprzez wykupienie Paris Saint Germain (przeżywającego od lat kłopoty finansowe) oraz stworzenie kanału telewizyjnego, konkurencyjnego dla Canal +. Sarkozy doprowadziłby do osłabienia pozycji nielubianej stacji, a jednocześnie zapewnił mnóstwo nowych miejsc pracy. Dzięki Szejkom do Francji miliony euro popłynęły szerokim strumieniem.

Jak poważne są to oskarżenia i czy jeśli okażą się prawdziwe czy skończy się Qatargate? Czy samo poparcie Platiniego aż tak bardzo mogło przesądzić o przyznaniu organizacji Katarowi? Platini chciał żeby Euro 2012 odbyło się we Włoszech, a nie w Polsce i na Ukrainie i przegrał. Czy obietnica zainwestowania w PSG to coś więcej niż lobbing czy to już korupcja? Katarskie fundacje inwestują w futbol nie tylko we Francji ale i na Wyspach czy Hiszpanii. Wielkim orędownikiem mundialu w Katarze był Pep Guardiola i prezes Barcelony Sandro Rosell, szef skautów Barcy Josep Colomer stworzył w katarskiej federacji akademię piłkarską Aspire Academy - w zamian Qatar Foundation w potężny sposób wsparła finansowo Barcelonę. Tylko czy w działaniach Guardioli czy Rosella było coś nagannego jeśli kierowali się dobrem swojego klubu? Zwłaszcza, że to nie oni oddawali głos w Komitecie Wykonawczym FIFA? Czekam na ewentualne śledztwo El Pais. I na mocne dowody France Football.

Po aferze wyciągniętej przez Sunday Timesa w maju 2011 Blatter nie wykluczał ponownych wyborów gospodarza mistrzostw świata w 2022. Odczytywano to jednak jako rozgrywki przed wyborami na prezydenta FIFA, w których rywalem Szwajcara był pochodzący z Kataru prezydent azjatyckiej federacji Mohamed Bin Hammam, miesiąc później dożywotnio wykluczony z FIFA przez Komitet Etyczny, karę anulowano jednak po apelacji w 2012. Czy tym razem Katar spotkają jakieś konsekwencje? Nie bardzo w to wierzę, ale zobaczymy.



11:44, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (23) »
sobota, 26 stycznia 2013


 

Cześć, jestem Przemek. Od 10 lat robię to, co kocham - komentuje dla Was mecze piłki nożnej i hokeja na lodzie. Byłem aktywny, uprawiałem amatorsko różne sporty. Kilka miesięcy temu zaczęła boleć mnie lewa noga, 30 listopada trafiłem do szpitala. Lekarze orzekli zatory wszystkich trzech tętnic poniżej kolana - przyczyna zatorów do tej pory pozostaje nieznana. W dwa tygodnie przeszedłem w sumie 7 operacji, ale z powodu komplikacji, nogi nie udało się uratować. Tydzień przed wigilią została amputowana powyżej kolana.
Bardzo chciałbym wrócić do sprawności fizycznej, w tym celu potrzebuję funduszy na rehabilitację, a przede wszystkim na protezę, która jest szalenie kosztowna.
Wkrótce zostanę po raz pierwszy ojcem. Dzięki protezie mógłbym ganiać za małym Julkiem. Dlatego proszę Was o wsparcie i przekazanie 1% podatku lub darowizny Fundacji Avalon z dopiskiem Pełka, 1949.
Bardzo dziękuję za każdą wpłatę.

Jak czytacie naszego kolegę, doskonale znanego Wam z anteny Przemka Pełkę spotkało ogromne nieszczęście. Jest twardzielem, więc wróci do tego co umie robić najlepiej i kocha najbardziej, ale wspólnie z kolegami z różnych redakcji chcemy go choć trochę wesprzeć w tej długiej i żmudnej drodze. Na początek rozkręcając akcję, która pomoże w zebraniu (wielkich niestety) pieniędzy na zakup specjalistycznej protezy i rehabilitację poprzez indywidualne wpłaty oraz darowizny i odpisy 1% podatku na rzecz założonej dla Przemka Fundacji.

Szczegóły znajdziecie poniżej, a bieżące info o akcji na facebooku tutaj. Pomyślcie, że przecież ten piorun mógł trzasnąć dosłownie w każdego z nas...

JAK PRZEKAZAĆ DAROWIZNĘ

Należy dokonać przelewu bankowego (może być przelew internetowy) lub wpłaty na poczcie:
• nazwa odbiorcy:
Fundacja Avalon - Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym, Michała Kajki 80/82 lok. 1, 04-620 Warszawa
• numery rachunków odbiorcy:
Rachunek złotowy PLN: 62 1600 1286 00030031 8642 6001
Rachunek walutowy EUR: IBAN: PL07 1600 1286 0003 0031 8642 6021
Rachunek walutowy USD: IBAN: PL77 1600 1286 0003 0031 8642 6022
• Prowadzone przez:
BNP Paribas Bank Polska SA
W tytule wpłaty proszę podać nazwisko i numer członkowski nadany przez Fundację -Pełka, 1949 (ten dopisek jest bardzo ważny).

Szczegóły dotyczące przelewów zagranicznych znajdziecie klikając tutaj

JAK PRZEKAZAĆ 1%

Wypełniając zeznanie PIT, podatnik musi obliczyć podatek należny wobec Urzędu Skarbowego.

W rubryce WNIOSEK O PRZEKAZANIE 1% PODATKU NALEŻNEGO NA RZECZ ORGANIZACJI POŻYTKU PUBLICZNEGO (OPP)
• Wpisać numer KRS: 0000270809
• Obliczyć kwotę 1%
W rubryce INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE (bardzo ważne!)
• Wpisać nazwisko oraz numer członkowski nadany przez Fundację - Pełka, 1949.



17:22, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (33) »
czwartek, 24 stycznia 2013

Eden Hazard jak najbardziej słusznie dostał czerwoną kartkę za kopnięcie chłopca do podawania piłek w meczu ze Swansea. Nawet jeśli tak naprawdę tylko wykopał piłkę spod ‘chłopca’, który przykrył ją swoim ciałem, żeby urwać dla swojej drużyny przy dobrym wyniku kilka cennych sekund, to zrobił to zbyt ostro, by nie rzec brutalnie. Oczywiście był zagotowany, liczyła się każda sekunda, musiała go wkurzyć chamówa, jaką odstawił ‘chłopiec’, ale zawodnik musi na boisku używać nie tylko mięśni ale i mózgu: nie odrzucać monety w trybuny, która stamtąd spadła - za co Jamie Carragher zarobił czerwień bodaj w 2011 roku, ani bidonu z wodą za co Artur Boruc z bramki Southampton niedawno trafił na trybuny, wyrzuceniem z boiska grozi nawet powalenie kibica, który wdarł się na murawę w trakcie meczu. Zawodnik powinien panować nad nerwami w każdej sytuacji inaczej musi ponieść karę. Ale porównywanie zachowania Hazarda z pamiętnym kopniakiem kung fu Erica Cantony i domaganie się dla Belga podobnej 8-miesięcznej dyskwalifikacji jak dla Francuza to już za daleko posunięty absurd i hipokryzja. Podobnie jak jazda z Hazardem w sieci, jak po decyzji Bartosza Bereszńskiego o przejściu z Lecha do Legii. I jeszcze South Wales Police wszczyna dochodzenie w sprawie incydentu. Hazard Horror! - atakują tytuły angielskich dzienników. Czy źle widziałem i Hazard użył przy odbieraniu piłki piły mechanicznej?

Wiadomo, że chłopcy do podawania piłek nigdy nie są bezstronni, to zawsze albo dzieciaki z klubowej akademii, albo członkowie klubu kibica. Wszyscy kierują się zasadą: swojemu piłkarzowi zawsze podajemy szybciorem, z oddaniem piłki rywalowi zwlekamy. Albo odwrotnie, jeśli wymaga tego sytuacja. Nastoletni Fabio Cannavaro nigdy nie spieszył się z oddaniem piłki Diego Maradonie czy innym zawodnikom Napoli, jeśli gospodarze prowadzili na San Paolo, wylatywała mu z rąk podczas marszu, odbijała od bandy po rzucie, za co Argentyńczyk nie raz nagrodził go mrugnięciem oka. Przypomniała mi się opowieść 11-letniego Wayne Ronney’a z jego autobiografii, którą tłumaczyłem, o debiucie w roli chłopca do podawania piłki. Everton przegrywał 0:1, by pod koniec spotkania doprowadzić do wyrównania. Tuż po tym, piłka wyleciała poza boisko w mojej strefie tuż obok bramki naszego bramkarza, Neville’a Southalla. Nie spieszyłem się z przyniesieniem mu jej, bo kombinowałem, że gramy na utrzymanie remisu. Nagle usłyszałem wrzask Neville’a: „Kurwa, chłopaku, pośpiesz się do cholery!” Mało się wówczas nie zesrałem z pośpiechu, lecąc do niego z piłką najszybciej jak mogłem.

Chłopcy do podawania mieli przykazane, żeby zawsze rzucać piłkę do zawodnika albo na boisko, zamiast podawać nogą, ale nigdy się do tego nie stosowałem. Kiedy piłka toczyła się do mnie po murawie, moją naturalną reakcją było kopnąć ją, a nie podnieć. Więc zawsze kopałem i zawsze dostawałem ochrzan po meczu. Ale podawałem z taką dokładnością, że cała operacja wychodziła szybciej niż gdybym się pochylił, podniósł piłkę i rzucił, byłem w stanie podać zawodnikowi piłkę prosto do rąk.

Widziałem w życiu wielu zwlekających z oddaniem piłki chłopców, ale czegoś takiego co wykonał koleś z Liberty Stadium jeszcze nie. Piszę ‘koleś’, bo ma już 17 lat, jest młodym mężczyzną i spokojnie mógłby grać w tym meczu, ‘chłopcy’ kończą się dla mnie jakoś tak około 14-stki. Zwłaszcza, że przyaktorzył z bólem po kopniaku czerpiąc z najlepszych piłkarskich wzorców. Widzieliście, żeby chłopiec do podawania piłki położył się na niej? Nie usprawiedliwia to czynu Hazarda, ale skoro on odbębni teraz karę zawieszenia - myślę, że trzech meczów w zupełności wystarczy - być może zapłaci i grzywnę, jakaś kara powinna spotkać także ‘chłopca’. Może nie powinien podawać piłek przez dokładnie tyle samo spotkań, ile pauzować będzie Belg? Grzywnę powinna zapłacić i Swansea, bo to członek klubowego personelu zachował się karygodnie.

 

Bo jeśli zachowanie chłopca ujdzie mu płazem - ładnie, że po wszystkim poszedł do szatni Chelsea i przeprosił za swoje zachowanie i odebrał przeprosiny od Hazarda - to za chwilę jakiś inny chłopiec do podawania piłki zdzieli idącego do niego zawodnika rywali łokciem - jak zasugerował na twitterze Rio Ferdinand. Albo złapie piłkę w ręce i bezczelnie odbiegnie. Nie dajmy się zwariować!

 

09:57, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (20) »
wtorek, 22 stycznia 2013

Dobrze się stało, że selekcjoner Waldemar Fornalik powołał na towarzyskie spotkanie z Irlandią 6 lutego w Dublinie Sebastiana Boenischa. Lewa strona obrony to wciąż bolączka. Boenisch wypadł z kadry po Euro 2012, długo szukał klubu po wygaśnięciu kontraktu z Werderem. Na początku lutego sensacyjnie przygarnął go liczący się w walce o tytuł Bayer Leverkusen. Przed przerwą zimową zdążył zagrać dwa mecze i połówkę trzeciego. W pierwszej noworocznej kolejce w miniony weekend zdobył gola w spotkaniu z Eintrachtem Frankfurt (3:1) i zagrał tak dobrze, że jedenastki kolejki „Kickera”, który grę Polaka ocenił na świetne 2,5 (średnia ocena za cztery mecze w barwach Bayeru - całkiem niezłe 3,17). Niemieccy dziennikarze z Rhenische Post skomentowali jego grę następująco, że przeciwko Eintrachtowi pokazał wszystkie swoje silne strony: dobrą grę głową, waleczność, mocny strzał i umiejętność włączania się do akcji ofensywnych.

Jeśli Fornalikowi wystarczył ten jeden mecz, żeby zachwycić się Boenischem i po raz pierwszy w swej selekcjonerskiej karierze powołać do kadry, to dziwie się, że w podobnym stopniu nie zauroczył go Artur Boruc, który w poniedziałkowym spotkaniu z Evertonem rozegrał zdecydowanie najlepszy mecz od powrotu na Wyspy. Obronił m.in. strzały Anichebe, Fellainiego, Naismitha i skazywani na spadek Święci z Southampton zachowali czyste konto z rewelacją sezonu. Boruc był bezbłędny: pewny na przedpolu, idealnie podawał, za co dostał od większości portali najlepsze noty w drużynie. Zupełnie inny zawodnik niż ten z meczu z Arsenalem 2 stycznia, pierwszym po długiej przerwie (spowodowanej incydentem bidonowym), w którym wypuszczał piłkę z rąk po dośrodkowaniach i podawał do rywali, że nawet fani Świętych na twitterze komentowali memowym go home Artur, you are drunk. Ale i tamto spotkanie Southampton udało się z jego pomocą zremisować 1:1. Widać było, że brakuje mu tylko ogrania. Podobnie jak Boenischowi, który za debiut w Bayerze zebrał najgorsze noty w zespole. W międzyczasie Święci zdołali też urwać punkty Chelsea, trenera Nigela Adkinsa zastąpił Mauricio Pochettino, ale bramkarz się nie zmienił i na zmianę się nie zanosi.

Mecz z Irlandią byłby idealną okazją do powrotu Boruca do kadry. Fornalik zdążył by sprawdzić jak funkcjonuje w grupie zanim zostanien (być może) na niego skazany przed kluczowymi meczami o punkty. Okej, Boruc wypadł z kadry nie bez powodu, swoje za uszami ma, jeśli chodzi o brak dyscypliny jest nawet recydywistą. Że u Franciszka Smudy nigdy nie zagra było dla mnie pewne i zrozumiałe, słowa o Dyzmie były po prostu nieprofesjonalne i niewybaczalne. Mimo wszystko jednak przewiny Boruca nie powinny skazywać go na banicje z kadry dożywotnio. Nie jest przecież u diabła jakimś Lance Armstrongiem! Myślę, że zwłaszcza w ostatnim roku dostał mocno od życia w kość, oglądać Euro 2012 w TV musiało być tak ambitnego faceta, bohatera dwóch poprzednich turniejach, strasznym bólem.

Fornalik udowodnił, że nie ma uprzedzeń, kieruje się w selekcji rozsądkiem, jest otwarty na każdego piłkarza, od Milika przez Wszołka po Boenischa. Dlaczego nie Boruc? Bo rywalizacja z Wojtkiem Szczęsnym o miejsce w bramce może być dla kadry destrukcyjna? Moim zdaniem jest konieczna. Mam wrażenie, że Przemek Tytoń dostał powołanie za zasługi, ale pod względem sportowym, po tak długim czasie niegrania, nie jest dla Wojtka rywalem. Polska to jednak nie Hiszpania, gdzie hierarchia bramkarzy jest ustalona od lat. Tam wszelako Iker Casillas ma znacznie większy status niż po prostu bramkarz. To KAPITAN, mistrzów świata i Europy, łączący ogień z wodą czyli piłkarzy Realu i Barcy. Żaden z naszych piłkołapów na razie taki statusu nie zasłużył. O wiele bardziej przyda nam się rywalizacja a’la Oliver Kahn - Jens Lehmann. A hierarchia zostałaby ustalona dopiero na mundial w Brazylii...;-)

Was? Ja wracam do repry, a Artur nie?!

 

poniedziałek, 21 stycznia 2013

 

Wielkie wzmożenie wywołał w środowisku piłkarskim transfer Bartosza Bereszyńskiego z Lecha Poznań do Legii Warszawa. Rzeczywiście przejście z klubu, którego jest się wychowankiem do drużyny największego, najbardziej znienawidzonego rywala to rzadka rzecz, nie tylko w Polsce. W dodatku przejście bezpośrednie, bez okresu gry w innych klubach jak np. było w przypadku byłej gwiazdy Liverpoolu, Michaela Owena do Manchesteru United, a i jego kibice The Reds wymazali ze swoich serc. Nie trzeba być wychowankiem, żeby takim ruchem wywołać wściekłość fanów. Bereszyński nie zdążył jeszcze stać się ikoną Lecha na miarę Fernando Torresa w Liverpoolu, ale zapewne gdyby jacyś kibice Kolejorza mieli koszulki z jego nazwiskiem, pewnie już dawno byłby z nich popiół, jak po odejściu El Nino do Chelsea. Na klubowej mapie Polski animozji jest mnóstwo, nienawidzą się kibice Arki Gdynia i Śląska Wrocław, ŁKS i Widzewa, Lechii Gdańsk i Cracovii, Cracovii i Wisły etc. Na szczęście wrogość kibiców Legii i Lecha nie skutkuje czyjąś śmiercią jak w przypadku krakowskich klubów przynajmniej raz do roku. Ale gdy z kolei niechęć między Widzewem a Legią wyblakła wraz z powstaniem przepaści finansowo-sportowej, to właśnie rywalizacja kibiców Kolejorza i Legii, dwóch wielkich rywali do mistrzostwa Polski stała się w ostatnich latach najbardziej spektakularna.

Reakcje kibiców Lecha są dla mnie w pełni zrozumiałe i uzasadnione. Mają wilcze prawo bluzgać i wygrażać na forum Wiary Lecha od zdrajców, dziwek, Judaszów, cweli. Przychodzi tym łatwiej, że w internecie jest się anonimowym. Okej, niech układają piosenki w rodzaju Każdy z nas to wie / Bereś Judaszem jest / Śmieciu zdradziłeś klub / Nigdy nie wrócisz tu / Weź dziwko idź w piz...u! i informować, że Bóg wybacza, my nie, z czego zawodnik pewnie doskonale zdaje sobie sprawę. Nie jeden zawodnik już podobną deklarację słyszał i spotkał się z publicznym linczem, nie tylko Ashley Cole przechodząc z Arsenalu do Chelsea, ale żeby nie daleko szukać także i jedna z największych gwiazd Lecha w historii, Mirosław Okoński, gdy zdecydował się (bynajmniej nie przymuszony ani nie porwany via wojsko wbrew własnej woli) na odejście do Legii, lżony i obrzucany jajkami, a później został przyjęty jak syn marnotrawny  - co przypomina w ciekawym wpisie na blogu mój redakcyjny kolega z Poznania i autor książki „Okoń'', Radek Nawrot

Czy dziś na forum ujawniono by jego numer telefonu, jak w przypadku Bereszyńskiego, żeby wściekłe kibolstwo mogło mu bezpośrednio nabluzgać? Oczywiście pisząc o prawie kibiców do gniewu nie miałem na myśli ataku na prywatną komórkę ani gróźb karalnych w rodzaju: Życzę ci, żeby cię ktoś zerżnął w ciemnej bramie przecwelona dziwko, zapowiedzi, że najbliższe pół roku w Poznaniu będzie dla niego piekłem, ktoś mu połamie nogi w Młodej Ekstraklasie oraz spuści wp... by w przyszłości kolejny wychowanek ze strachu nawet nie pomyślał o takim rozwiązaniu... To właśnie jest dla mnie kibolskie zwichnięcie.

Jednocześnie uważam, że Bereszyński ma prawo mieć gdzieś te wszystkie opinie (łącznie z życzliwymi 250 sms’ami, z którymi nie zamierza nic robić) i ma prawo pełne podjąć taką, jaką uzna za najlepszą dla swojej kariery i swego rozwoju. Wpisuje się on w ogólny trend. Czy nam się to podoba czy nie, futbol to taki sam zawód jak każdy inny. Przywiązanie, tradycja, herb, lokalny patriotyzm, lojalność wobec klubu i jego kibiców ważne były w przeszłości, nawet najważniejsze, ale już nie dziś. Przestały być czymś, czym klub mógł przytrzymać zawodnika, choć inni oferowali znacznie lepsze pieniądze i perspektywy odniesienia sukcesu. Przekonuje się o tym boleśnie co sezon Arsenal, przekonał się i Lech. Jeszcze parę lat temu transfer klubowej ikony i kapitana jak Robin van Persie do drużyny głównego rywala byłby nie do pomyślenia. Thierry Henry pewnie głośno by wyśmiał propozycję z Manchesteru United. RVP uznał, że jeśli chce wreszcie zdobyć jakiś tytuł, musi odejść na Old Trafford.

Lech, który stracił właśnie wychowanka i być może w podobny sposób straci kolejnych, pokazał, że mentalnie tkwi jeszcze w czasach minionych, zaludnianych przez piłkarzy jak Piotr Reiss, który nigdy by nie przyjął oferty Legii, Alessandro del Piero i Gianluigi Buffon, którzy gotowi byli grać w zdegradowanym Juventusie w Serie B, Francesco Totti, który w barwach Interu czy Juve być może miałby na koncie więcej scudetto a może i triumf w Lidze Mistrzów, Paolo Maldini, Ryan Giggs, Paul Scholes... Nie ma już tych czasów kiedy Once a blue znaczyło Always a Blue. Wayne Rooney pokazał, ze sam zaszczyt gry dla drużyny, której kibicowało się od dziecka i której jest się wychowankiem to za mało, żeby zostać w klubie na zawsze. Lech nie może liczyć, że jego zdolni wychowankowie będą się w życiu kierować wyłącznie przywiązaniem do barw. Muszą mieć jeszcze wyraźne perspektywy rozwoju, wsparte rozsądnym planem finansowym. W Legii najwyraźniej je dostał. Legia starała się o niego od dawna, Jan Urban dostrzega w nim duży potencjał i spokój w grze, Bereszyński widzi zaś jak bardzo trener legionistów stawia na młodzież.

Sam piłkarz mówi, że nie czyje się zdrajcą, ale po prostu profesjonalnym zawodnikiem i chce się dalej rozwijać. Na tym właśnie polega dziś profesjonalizm w futbolu, bez względu na to jak bardzo tęsknimy za tym, jak wyglądał kiedyś. Teraz pytanie jak ów profesjonalizm pojmują kibice Legii. Czy Bereszyński powtórzy się los Pawła Kaczorowskiego, nigdy nie zaakceptowanego na Łazienkowskiej chórzysty? Czy zostanie zaakceptowany, wyznaczając trend innym młodym polskim piłkarzom szturmującym Ekstraklasę, zmuszając wszystkie kluby do zmiany filozofii traktowania wychowanków?


11:44, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (19) »
czwartek, 17 stycznia 2013

Kompletnie nie rozumiem tej szydery z Pawła Wszołka, jaka odbywa się w sieci po jego decyzji, żeby nie przyjąć oferty Hannoveru ’96. Jadą z nim internauci - oraz wielu moich kolegów-dziennikarzy - jak z burą suką, że cienias, że spękał, przestraszył się, wyjazdu do silnej Bundesligi, obsrał piszą wręcz niektórzy. Że zachowuje się jak dziewica, która jednego dnia chce, ale drugiego już nie, potem znowu tak, żeby wreszcie spanikować. Albo jak dzieciak, który nie rozumie zasad rządzących światem dorosłych. Że obciach robi nam, Polakom w Bundeslidze. Tyle dobrego zdziałały chłopaki z Borussii Dortmund, Arek Milik na tym skorzystał, a tu przez Wszołka niemieckie kluby znów będą niepoważnie traktować polski rynek i naszych piłkarzy. Że pracy swego agenta nad transferem nie docenił i wydanych przez niego pieniędzy, a i klub bezczelnie naciął na przylot dyrektora sportowego do Warszawy, który mu biletu do Hanoweru na środę kupił, a teraz się zmarnuje. Sobie spalił karierę w Bundeslidze na pewno, a może i innym chłopakom... Kwinto, co to za szopenfeldziarz, który wybrał Cetniewo zamiast Hanoweru!

Ludzie, przecież to jest jego życie i jego kariera! Co to, cofnęliśmy się do wczesnego PRL-u i nakazów pracy? Bierz, co dają i o nic nie pytaj, w rękę jeszcze całuj, że ci załatwili? Bez żadnych negocjacji? A cóż to, ostatnie godziny okna transferowego, że tak ważny życiowy wybór ma podejmować przez noc? Paweł ma prawo przyjmując ofertę nie czuć się przy tym oszukany, a jest najwyraźniej inaczej sądząc po wywiadzie, jakiego udzielił Rzeczpospolitej

(...) nikt nie liczył się z moim zdaniem. Nikogo nie obchodziło czy ja w ogóle chce tam iść. Planowałem opuścić Polskę latem, na spokojnie. Propozycję z Niemiec dostałem nagle, o 23 wieczorem, a następnego dnia miałem podpisywać kontrakt. To było szalone, nie wiedziałem o tym wcześniej, nikt ze mną niczego nie konsultował. W weekend w Warszawie pojawił się Joerg Schmadtke, dyrektor sportowy Hannoveru i dowiedziałem się od niego, że propozycja wysłana została dużo wcześniej. W Polonii nie poinformowano mnie o tym, milczał także mój menedżer Jarosław Kołakowski, w końcu postawiono mnie przed faktem dokonanym. Miałem zmienić swoje życie z dnia na dzień. Komuś zależało, żebym podejmował decyzję bez zastanowienia.

Nie ukrywam, że przyjazd pana Schmadtke zrobił na mnie wrażenie, to był bardzo miły gest. Wcześniej byłem gotowy wsiadać w samolot i lecieć do Hanoweru negocjować kontrakt w siedzibie klubu. Tyle, że nie było czego negocjować. Nagle gotowa umowa, z ustalonymi wszystkimi szczegółami, znalazła się na biurku przede mną i miałem ją podpisywać.

Zwykle kiedy nie wiadomo o co chodzi... ale tu nie chodzi tylko o pieniądze, chociaż oczywiście i o nie też. O te, które miał zarobić zawodnik i te, które inni mieli zarobić na zawodniku. Wszołek ma szybko, szybko podpisywać, ale orientuje się, że w papierach nie ma słowa o tak zwanej signing fee, czyli kwocie jaka piłkarz dostaje za sam podpis. (...) Mam wrażenie, że byłem oszukiwany. Wieczorem dowiedziałem się o propozycji, a następnego dnia po dwóch treningach miałem jechać samochodem do Niemiec. Kiedy się nie zgodziłem, zaproponowano mi samolot kolejnego dnia rano. Gdy pojawiłem się w klubie, nagle wszyscy mnie namawiało, żebym się pakował. Ze zdziwieniem zobaczyłem, jak wszystkim zaczęło zależeć na mojej karierze (...) Okazało się, że do 31 stycznia prawa do mojej karty ma Józef Wojciechowski. Jeśli do tego czasu nie odejdę z Polonii, już na mnie nie zarobi. Jego ludzie bardzo namawiali mnie, bym zgodził się na transfer do Niemiec. Kiedy poinformowałem ich, że zostaję w Warszawie, usłyszałem, że „pan prezes będzie bardzo zły". Czułem się, jak prostytutka sprzedawana na Zachód.

Znamy więc już powód gwałtownego pośpiechu. Absolutnie nie stawiam tu tezy, że ludzie bardzo namawiali mnie, bym zgodził się na transfer do Niemiec mogli mieć w tym jakiś swój interes finansowy. Ale pomijając kto i dlaczego namawiał i parł, żeby terasz zaraz, mam pytanie do krytyków Wszołka: na jego miejscu podpisalibyście bez szemrania, byle nie robić polskim piłkarzom obciachu? Machnęlibyście ręką na swój interes, pewność dokonania właściwego wyboru, za właściwie pieniądze, byle tylko pan prezes nie był zły, a Niemcy nie marudzili na humory Polaczka?

Mnie Wszołek zaimponował charakterem i asertywnością, zwłaszcza w tym młodym wieku. Dokładnie tak samo jak zaimponował mi Ariel Borysiuk, który w kluczowym momencie potrafił wycofać się z podpisania wynegocjowanego kontraktu z FC Brugge, bez strachu, co powiedzą ludzie, czy nazwą jego wahania obciachem czy żeną, kierując się wyłącznie tym, co uważał dla siebie za najlepsze. Nie wpakował się na pięć lat w coś, do czego nie miał do końca przekonania. Inny być może uznałby, że za późno, klamka zapadła, wynegocjowane-podpisane, nie wypada robić obciachu polskim piłkarzom w Belgii. Trener Brugge, Christoph Daum choć miał prawo czuć się rozczarowany (w Brugge Ariel zarobiłby więcej niż w Kaiserslautern), powiedział mu na koniec, że musi myśleć sercem. Jeśli serce mówi nie, to nie ma sensu...

Dlatego życzę Pawłowi, żeby formą na wiosnę utrzymał zainteresowanie dobrych, europejskich klubów swoją osobą (także tych z Bundesligi), co nie będzie łatwe w osłabionej Polonii. I żeby dostał satysfakcjonującą ofertę i znalazł klub, w którym będzie się dobrze czuł. A przynajmniej nie będzie miał kaca zaraz po podpisie i poczucia, że z transferu zadowoleniu są wszyscy poza nim samym...



13:32, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (38) »
środa, 16 stycznia 2013

To była chyba najbardziej oczekiwana wiadomość w całym piłkarskim świecie: gdzie wyląduje Pep Guardiola jak już nudzi mu się urlop w Nowym Jorku. Moja pierwsza reakcja na to, że w Bayernie Monachium: mistrzostwo świata Bawarczyków! Udało im się pozyskać najbardziej ściganego i pożądanego trenera świata. Marzył o Pepie właściciel Chelsea, pożądali szejkowie z Manchesteru City i ci z PSG, wzdychali fani Manchesteru United, że byłby doskonałym następcą Sir Aleksa o mniejszych klubach nie wspomnę. A tu - łubudu! - klub Bundesligi! I to taki, który podobnie jak Barca - choć nie na taką skalę - stawia na wychowanków. O podobnym ładzie korporacyjnym jak FC Barcelonia - co zauważa w poniższej rozmowie wideo Rafał Stec. Z długofalową strategią i rozsądnie zarządzany, zgodnie z finansowym Fair Play. To także niesamowita wizerunkowa wygrana Bundesligi, która przecież pokonała niedawno ligę hiszpańską i Premier League pod względem frekwencji na meczach.

Oczywiście gwarancji sukcesu wcale nie ma, a umówmy się, że sukcesem Guardioli będzie nie obrona mistrzostwa Niemiec (pańszczyzna do odrobienia w Bayernie) ale triumf w Lidze Mistrzów. Przecież trafia na zupełnie inna szatnię niż ta w Barcelonie, pełna grzecznych chłopców, dla których był niegdyś idolem. A z niegrzecznymi chłopcami już tak dobrze Pepowi współpraca się nie układała, żeby wspomnieć krótki pobyt na Camp Nou Zlatana Ibrahimovica. Wreszcie poznamy odpowiedź na pytanie tak często stawiane przy okazji katalońskich sukcesów: czy Messi grałby tak dobrze w innym klubie, niech się sprawdzi (na to jeszcze trzeba poczekać) i czy Guardiola okaże się takim samym kozakiem poza Barceloną. Chętnie przekonam się jak Pep poradzi sobie w pracy bez Tito Vilanowy. Oczywiście, że format trenera jest zupełnie inny, ale Bayern kiedyś boleśnie przekonał się, że Juergen Klinsmann nie jest tym samym trenerem bez Joachima Loewa...

Na razie oprócz Chelsea widzę innego wielkiego przegranego decyzji Guardioli. To lokalny rywal Bayernu - TSV 1860 Monachium, który we wtorek pozyskał... Svena Görana Erikssona. I szybko znalazł się w cieniu. Myślicie, że to przypadek?;) Zobaczcie za to jak Bawaria będzie teraz trenerami stała: Guardiola w Bayernie, Eriksson w TSV, a w Regensburgu Franz Smuda! tak działa magnetyzm wielkich trenerów : )

 

 

18:44, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 14 stycznia 2013



No i mamy zwycięzcę konkursu na Notkę Roku 2012! Trochę to trwało, bo najpierw musiałem szantażem zmusić Jury do przeczytania wszystkich notek, a jak już to zrobili dyskusja (na szczęście) mejlowa okazała się bardzo burzliwa. Nie dotyczyła wszakże pierwszego miejsca, które postanowiliśmy przyznać Michałowi Zachodnemu za Kick & rush - wtorkowy wieczór w Stoke  na pisaną na blogu taktycznie.net Naszym zdaniem to notka wybitna. Michał w arcyciekawy sposób wyjaśnia jeden ze współczesnych fenomenów Premier League, jakim są sukcesy odnoszone Stoke City (obok Swansea jednej z dwóch drużyn idealnych do ukochania obok tej której się stale kibicuje). Pisze z pasją i wielkim znawstwem angielskiego futbolu, ale i świadomością jego niedoskonałości. A przy tym spina całość kapitalną klamrą, którą jest (co za pomysł!) fikcyjny mecz Stoke z Barceloną. Brawo! Śledzę twórczość Michała w miarę na bieżąco na jego własnym blogu wiedziałem, że świetnie pisze i ciekawie. Szczerze mówiąc wymuszając na nim notkę konkursową nie życzyłem zwycięstwa, bo już kiedyś wygrał konkurs na Polsporcie, a główną nagrodę zamiast z szacunkiem postawić na honorowym miejscu na półce, zasznuruje pewnie na nogach i poleci grać w piłkę (jeśli buty Sebastiana Boenischa pasują, jeśli nie - pewnie przehandluje na pasujące). Ale niech robi co chce, jego wilcze prawo, bo notka jedna z takich, dla których warto było tworzyć ten konkurs!

Podobnie jak i dla notek, które zajęły kolejne miejsca. Drugie przyznaliśmy dwóm świetnym opowieściom. Kamilowi Kaźmierczakowi za Mistrzostwa ludzi z charakterem gdzie autor bloga 90minut opowiada o facetach po amputacji, nóg lub rak, w których nie wygasła pasja do futbolu, mało tego potrafi ona połączyć w drużynie dawnych śmiertelnych (dosłownie, nie w przenośni) wrogów. Kilka typowych, smutnych afrykańskich historii. Nie sposób było wybrać, więc równorzędną drugą nagrodę przyznaliśmy też Mickowi Wachowskiemu za równie wstrząsającą opowieść Klubowy pedofil z Celtic Boys Club. Zniszczył życia i piłkarskie kariery. Przyznam, że ani ja ani nikt z anonimowego, ale obcykanego w futbolu jury nie znał tej ciemnej strony wielkiego klubu.

Przyznaliśmy też dwa trzecie miejsca. Magdalenie Gawryjołek za notkę Ajwen, grasz dalej! "Spalony" był! czyli pełną emocji recenzję książki Andrzeja Iwana. Nie wiem ile lat ma autorka bloga pdfootball ale niesamowite jak opowieść Iwana trafiła do kogoś, kto nigdy nie widział jak on grał, nazwiska opisywanych kojarzy tylko ze słyszenia, ale za to potrafi docenić dobra literaturę. Ja z kolei doceniam pasję włożoną w tę notkę. Gratulacje!

Oraz Rafałowi Hurkowskiemu za opowieść o warszawskim Bródnie, i kilku chłopakach z dzielni, którzy zrobili większą (Wojtek Kowalczyk) lub mniejszą (Piotr Rocki, Marcin Smoliński) karierę w futbolu Prawo Bródna: park, boisko, blokowiska z wielkiej płyty, którą opublikował na weszlo.com. Trochę cytatów z biografii Kowala, rozmowa z Rockim. Trochę za krótkie, trochę wyliczanka, ale z klimatem, nostalgią.

Gratulacje i poproszę o adresy na mejla.

Chciałbym też wyróżnić kilka świetnych notek, które nie załapały się na podium ale były blisko.

Roberta Wozińskiego za BBC o Polsce i Ukrainie, czyli hipokryzji szczyt osiągnięty,

Boomera za Najpiękniejszy piłkarski moment 2012 roku słodko-gorzki w sumie tekst o powrocie Thierry’ego Henry do Arsenalu (co raz skromniejszych zdarzeń znajdują sobie powody do radości fani Arsenalu),

Marcina Oltona za Fair play v2.0 bardzo fajny tekst o geście Mirosława Klose,

Przemka Nosala za Irlandzka duma bez uprzedzenia, króciutką, ale trafną rzecz o Ajryszach z okazji Euro 2012,

Maćka Jagieły za Nowy sezon zaczyna się już dziś oraz pepegt za Impossible is nothing dwa teksty po wielkich porażkach dwóch wielkich klubów, Manchesteru United i Barcelony.

Wiele innych notek też dawało radę. Za wszystkie serdecznie dziękuję. Nie wiem czy mogę zaapelować: gromadźcie już notki, które przyślecie na konkurs za rok, bo nie wiem czy będę miał odpowiednio fajne nagrody, poza tym cholernie ciężko znaleźć dziś solidne i słowne Jury >:(

Postanowiłem też przyznać nagrodę za tweet roku. Oto on, ćwierkniecie Franciszka Smódy, które dobrze oddaje ówczesny nastrój podczas Euro 2012. Jak widać społeczność TT też go doceniła, retweetów ma chyba więcej niż słynny tweet Mariusza Błaszczka...


Tagi: konkursy
20:37, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (8) »
wtorek, 08 stycznia 2013

Gala FIFA i France Football, na której Leo Messi zgarnął czwartą z rzędu Złotą Piłkę (i ciężko kontestować ten wybór, myśmy wręcz na sport.pl ustalili, że Argentyńczyk jest „skazany” na to trofeum także w 2013 roku, bez względu na okoliczności) kończy już chyba okres noworocznych plebiscytów. Do rozstrzygnięcia został jeszcze nasz plebiscyt na Notkę Roku 2012, ale nim jury przegryzie się przez stos nadesłanych tekstów, chcę odnieść się kontrowersyjnego wyboru w prestiżowym plebiscycie „Przeglądu Sportowego" i TVP na Sportowca Roku. Jak wiadomo wygrała Justyna Kowalczyk przed Tomaszem Majewskim, który wydawał się absolutnym pewniakiem do zwycięstwa. Już pierwsze reakcje na gorąco w Teatrze Polskim były jednoznaczne: stała się wielka niesprawiedliwość, przecież Tomek obronił złoto olimpijskie, Justyna w ubiegłym roku wygrała zaledwie Tour de Ski, ale przegrała z Marit Bjoergen walkę o Kryształową Kulę.

Zapewne Justynie pomógł termin plebiscytu, przypadający w zimie, kiedy akurat święci triumfy w tegorocznym Tour de Ski. Przesądziły ponoć esemesy nadsyłane w momencie, gdy stało się jasne, że Justyna wygra morderczą serię wyścigów po raz czwarty z rzędu. - Gdy plebiscyt przeprowadzano latem... - marudziło wielu komentatorów. Nie jestem jednak pewien, że to jedyny powód. Bez wątpienia Tomek Majewski okazał się największym bohaterem igrzysk w Londynie, dla przedstawiciela jego dyscypliny najważniejszych zawodów w karierze sportowca (bo już nie dla Agnieszki Radwańskiej). Można wręcz rzecz, że uratował dla nas igrzyska. Jako jedyny z Polaków uniósł ciężar faworyta, zrobił co do niego należało. Samo w sobie obronienie złotego medalu zasługuje na wielki szacunek. Ale styl w jakim Tomek to zrobił był zaprawdę mistrzowski. Pamiętacie jego kpiarski uśmiech tuż po dekoracji i słwa: „Znowu ich ograłem!" (tu złapany przeze mnie tuż przed wioska olimpijską w drodze ze stadionu). Nie umniejszając ciężaru złota Adriana Zielińskiego, było ono wielką sensacją, złoto Tomka przy klęskach tylu faworytów było dowodem wielkiego mistrzostwa.

Jednak Tomek gości w domach głosujących w plebiscycie raz na cztery lata. Justyna o wiele częściej, niemal w każde zimowe sobotnie i niedzielne przedpołudnie. Ona z kolei uratowała weekendowe obiady rodzinne, na których przez lata Polacy zbierali się na Małysza. Wielu zapewne traktują ją jak członka rodziny. Widzą jak morderczą dyscyplinę uprawia, jak wiele wysiłku wkłada w sukcesy, mają w oczach jak padała wyczerpana za metą. To bez porównania z wyluzowanym Tomkiem, który wolno podnosi się z bieżni stadionu, wchodzi w krąg i wymiata kulą jakby była zrobiona z papieru zamiast z żelaza. Myślę też, że swoje musiała zrobić kumulacja sukcesów Justyny.

Wielka szkoda, że w tym pojedynku wspaniałego kulomiota z wielką biegaczką, dwójki naszych najwybitniejszych sportsmenów obecnych czasów ktoś musiał przegrać. Żadne z nich nie zasługiwało na trę porażkę. Może gdyby wyboru dokonywałaby kapituła a nie telewidzowie i czytelnicy, mogliby wygrać oboje?



11:06, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (22) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie