sobota, 28 stycznia 2012


Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Jeśli wszystko pójdzie dobrze i oba kluby dogadają się co do ceny, Ariel Borysiuk rozpocznie rundę wiosenna w 1.FC Kaiserslautern. Dobrze to czy źle? Na pewno źle z punktu widzenia mistrzowskich aspiracji Legii, która zgarnie wprawdzie ponad 2 mln euro, ale wątpliwe, żeby znalazła dla niego wartościowego następcę, choć przecież od dawna musiała się liczyć z odejściem piłkarza, kluby z różnych lig przymierzały się do niego od dawna. Brak Borysiuka w dwumeczu meczu ze Sportingiem Lizbona to nie aż taka katastrofa, bo umówmy się, że z Arielem czy bez, szanse legionistów wyglądają równie mizernie. Co innego, gdyby to był bój o Ligę Mistrzów, ale chyba nikt na Łazienkowskiej nie oczekuje wygrania Ligi Europejskiej. Nie o punkt widzenia klubu mi chodzi, ale zawodnika. Czy aby na pewno wybrał sobie właściwy moment i klub?

Przyłapałem się na tym, że czytając wiadomość o jego negocjacjach z Kaiserslautern zszokował mnie młody wiek Borysiuka - zaledwie 20 lat. Oczywiście wiedziałem, że jest bardzo młody. Gdy w lutym 2008 stał się drugim najmłodszym debiutantem w Ekstraklasie po Włodzimierzu Lubańskim - miał wówczas 16 lat i 209 dni - nakręciłem z nim nawet odcinek Polowania (na Młode Wilki) w nSporcie. Ale też przyzwyczaiłem się do niego w Legii, miałem wrażenie że gra w Legii od zawsze, mniej więcej jak Paweł Brożek, i że jak typowy polski młody i perspektywiczny zawodnik ma już ze 26 lat. Na szczęście on naprawdę jest młody i ma przed sobą wspaniałe perspektywy. Być może nie aż tak wspaniałe, że na końcu znajdzie się jego ukochany i wymarzony Manchester United, ale czy „Czerwone diabły” z Betzenberg to właściwy kierunek i miejsce rozwoju?

Borysiuk to nie młodszy zaledwie o rok Jakub Świerczok, który do tego samego 1.FCK trafia z 1. ligi, z pominięciem Ekstraklasy i o którym dyrektor sportowy klubu, Stefan Kunz mówi, że ma uczyć się i aklimatyzować, być może w lidze regionalnej, i nikt nie będzie od niego na początku zbyt wiele oczekiwać. Ariel zagrał prawie 100 spotkań w jej czołowym klubie i otarł się o reprezentację Polski (tylko trzy mecze, ale ani jednej porażki). Wie co to presja, wie co to gra przed wymagającą publicznością, a taką spotka na słynnym Betzenberg. Artur Płatek, członek sztabu szkoleniowego Kaiserslautern, który zapewne namówił Niemców na oba transfery, przekonuje, że traktowany jest jak poważne wzmocnienie i od razu wskoczy do pierwszego składu. Klub nie wydawałby aż tyle na rezerwowego, wie, że sprowadza zawodnika, który ma pomóc w utrzymaniu. Od dawna mu się przyglądał, wybór nie jest więc przypadkowy. Takiej „szóstki” szukali, wierzą, że Ariel może w przyszłości grać dużo lepiej. - W topowych klubach Bundesligi nie miałby możliwości gry. W Kaiserslautern będzie ją miał i sądzę, że to dla niego idealny klub. To oczywiste, że nikt mu nie da miejsca za darmo. Ale dobry przykład dał Jakub Świerczok. Jest w Kaiserslautern trzy tygodnie, a już zagrał w pierwszym składzie - mówi Płatek.

Niestety odpowiedź na pytanie czy polskiemu piłkarzowi bardziej opłaca się zostać w klubie walczącej o mistrzostwo naszej słabej lidze czy iść do słabego klubu w silnej lidze, jeszcze długo będzie boleśnie brzmiała: odchodzić, i to natychmiast! Nawet, jeśli 1.FCK nie uda się utrzymać w Bundeslidze i spadnie - odpukać - to nie aż taka katastrofa dla kariery Ariela. Pewnie, że lepiej byłoby, gdyby trafił do drużyny z aspiracjami jak Borussia Dortmund, która w momencie przybycia Roberta Lewandowskiego nie planowała nawet walki o Ligę Mistrzów, ale dzięki świetnemu trenerowi i wyselekcjonowanej grupie młodych, ambitnych zawodników zdobyła mistrzostwo. Ale 20 letni Ariel ma przed sobą jeszcze *naście lat gry. Po prostu robi kolejny krok/kroczek w rozwoju. Oby tylko jak najszybciej trafił na swej drodze kogoś takie jak Aco Vuković, który stał się jego mentorem w Legii. Nie bardzo widzę kogoś takiego w składzie Kaiserslautern. Może chociaż trener Marco Kurz, który właściwie dopiero zaczyna, okaże się nowym Juergenem Kloppem...

Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Czy w Kaiserslautern Ariel znajdzie okazje do takich fet? Oby nie z okazji... ponownego awansu do Bundesligi;)


09:15, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 23 stycznia 2012

19-letni Jakub Świerczok doskonale zadebiutował Bundeslidze. Nie dość, że od razu po transferze przebił się do pierwszego składu drużyny - ilu przed nim to się nie udało? Nawet Robert Lewandowski, mimo iż kosztował Borussię Dortmund aż 4,5 mln euro, w debiucie wszedł na boisko z ławki dopiero w 63. minucie - to jeszcze spędził na boisku pełne 90 minut i był najlepszym zawodnikiem 1.FC Kaiserslautern (goal.com wybrał go wręcz na najlepszego zawodnika meczu). Gola, co prawda nie strzelił, ale był blisko (a najbardziej w ostatniej akcji meczu, gdy piłka po jego strzale o centymetry minęła słupek). Szkoda, zwycięska bramka byłaby wisienką na torcie. Ale sam występ zdecydowanie zasługuje na miano tort, a też i niemieckie media gromko odśpiewały Świerczokowi sto lat. Tygodnik Stern dojrzał w nim nawet nowego Edina Dżeko.

Oby się spełniło! Fajnie, że nie jest pod presją, że ma natychmiast, w każdym meczu strzelać gole i bronić zespół przed spadkiem. Dyrektor sportowy 1.FCK, Stefan Kuntz, zapowiada, że klub traktuje Świerczoka jako zawodnika perspektywicznego, który ma się uczyć. Na razie nie można od niego za dużo oczekiwać, ale jeśli okaże się, że już teraz od czasu do czasu może pomóc, to tylko lepiej. Fajnie, że słowa te nie okazały się zesłaniem do rezerw i aklimatyzacji w lidze regionalnej. Trzymam kciuki, żeby Świerczok zdobył pierwszego gola w Bundeslidze już w najbliższym wyjazdowym meczu z ostatnim w tabeli Augsburgiem, a potem pomknął tą samą ścieżką rozwoju co wspomniany Dżeko czy Robert Lewandowski. Bo bez wątpienia to właśnie sukcesowi Lewego zawdzięcza w dużej mierze transfer do Kaiserslautern. Dyrektorzy sportowi niemieckich klubów wiedzą już, że warto szukać w Polsce młodych, utalentowanych piłkarzy, i stawiać na nich bez strachu, że okażą się nieodpowiedzialni.



Ciesząc się, że Świerczok trafił do ligi i klubu, które dają mu wielką szansę rozwoju i oczekując, żeby tak świetny debiut nie okaże się incydentem, zastanawiam się jak to możliwe, że nie poznał się na nim nikt w Polsce? Fakt, że do Kaiserslautern trafił z 1-logowej Polonii Bytom, z pominięciem choćby połówki sezonu w Ekstraklasie, to chyba spora kompromitacja większości czołowych polskich klubów, ich dyrektorów sportowych i agentów. Zwraca na to uwagę portal weszlo.com, opatrując tekst wymowną ilustracją niewidomego o lasce i pytając, jak to możliwe, że w kraju, którym tak bardzo brakuje piłkarskich talentów, wszyscy przepuścili taką perełkę. Co innego gdybyśmy byli Brazylią. Owszem, były podchody Wisły Kraków, ale spóźnione i ze zbyt małą determinacją. Do wyścigu nie przystąpiły za to ani Legia Warszawa (a przecież szuka napastnika i za chwilę po raz kolejny zaryzykuje z napastnikiem z Hiszpanii, który może wypalić, ale może okazać się drugim Mikelem Arrubareną), ani Lech Poznań (który następcę Atioma Rudnevsa widział w... Iljanie Micanskim, na miejsce którego Kaiserslautern sprowadziło właśnie Świerczoka). Prezesowi Polonii Warszawa, Józefowi Wojciechowskiemu nikt pewnie nie odważył się zaproponować zawodnika z lekceważonej 1. ligi...

Nie widziałem nigdy Świerczoka na żywo i trochę żałuje, że przynajmniej na wiosnę nie zobaczę na boiskach Ekstraklasy. Ale czy bym zobaczył? Czy którykolwiek klub dałby mu szansę gry w pierwszym składzie, jak Kaiserslautern, czy musiałby sobie zasłużyć na grę w Młodej Ekstraklasie? Często spieram się ze znajomymi fanami polskiej ligi, którzy zawsze ubolewają nad spadkiem poziomu, gdy z Polski odchodzi jakaś gwiazda - jak ostatnio Lewandowski czy Sławomir Peszko - choć przecież dla polskiej piłki (czytaj: reprezentacji) lepiej jest gdy odchodzą jak najszybciej, gdy jest jeszcze czas, żeby się rozwinęli (a nie jak Maciej Żurawski czy Paweł Brożek, kiedy jest już na to za późno). Zawsze mogą wrócić jak Grzegorz Sandomierski (dobrze, że nie wybrał wariantu Tomasza Kuszczaka trwania w dobrym klubie za cenę wiecznej ławy) czy (mam nadzieję Mateusz Klich).

Świerczok dobrze zaczął. Jeśli nie spuści z tonu (a na pewno pomoże mu wsparcie trenera Artura Płatka, który służy radą z ławki oraz rolą tłumacza na odprawach i w meczach), kto wie czy na żywo nie obejrzę go w meczu reprezentacji Polski. I to jeszcze przed Euro 2012, bo wciąż nie mamy solidnego zmiennika dla Lewego...



15:43, francuski_lacznik , Narodziny gwiazdy
Link Komentarze (18) »
czwartek, 19 stycznia 2012

„- No i co teraz, e?

Byłem ja, to znaczy Alex, i trzech moich kumpli, to znaczy Pete, Georgie i Jołop, a Jołop to znaczy niedlapucu ale ryjli jołop, i siedzieliśmy razem w mleczarni Corova Bar zastanawiając się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym iwning, a wieczór był chujnia mrok ziąb zima sukin kot choć suchy. W Barze Krowa dawali mleko z czymś, to była taka melina, a może wy już nie remember o braciszkowie moi, co to były za meliny, bo everything się nowodejz teraz tak szybko zmienia i wszyscy raz dwa forgetują, gazet się też wiele nie czyta. Wiec w tym pabie serwowali mleko plus coś jeszcze. Licencji na sprytozę nie mieli, ale jeszcze nie wyszło prawo, że jest forbiden tu sejl te nowe dyngs, co je miksoali do regularnego mleka, więc mogłeś sobie kazać w nim for instans domiksować welocet albo syntemesk, albo drenkrom, albo jeszcze jeden czy drugi taki drag, że miałeś rozkosz od niego i spoko na piętnaście minut sam na sam podziwiając Pana Boga i Wszystkich Jego Aniołów i Świętych w lewym bucie i do lego błyski wybuchy na cały mózg, no po prostu horror szoł! Albo mogłeś pić mleko z żyletami w środku, tak się u nas mówiło, że się człowiek od niego naostrzy i jest redy na elitił tego brudnego.
W poketach mieliśmy nieliche many, toteż jeśli chodzi o grabing forsy, nie było tak ryjli potrzeby flekować żadnego starego dziada w ciemnej uliczce i łypać jak on się maże we krwi, kiedy my liczymy urobek i dzielimy na czterech, ani też machać super kuku jakiejś starej siwej babuli w jej szopie, a potem ulatniać się rechotem i bebechami wyprutymi z kasy. Ale, jak mówią, sama forsa nie daje szczęścia (...)

O! O! O! - odezwałem się smajling bardzo szeroko i po przyjacielsku: - No kogo ja widzę, to ten zatłuszczony cap śmierdzący Billyboywe własnej żałobie! Jak się masz, ty glu glu butlo najstarszego zjełczałego oleju po czipsach? No to kam on i weź po jajach, jeśli masz w ogóle jaja, ty wałachu z galarety odlany, ty! - I zaczęło się.
Było nas czterech na ich sześciu, jak już zaznaczyłem, tylko że stary bidny Jołop, niezależnie od swego jołopstwa, był warty ich trzech co do zaciekłości w brudnej robocie. Nosił taki dość horror szoł łańcuch, owinięty dwa razy w pasie, i odwinął go i zaczął machać po ajzach. Pete i Dżordżyk mieli ostre jak trza noże, a co do mnie, to posługiwałem się starą, fajną i po prostu morderczą brzytwą, którą teraz już potrafiłem operować i migać artystycznie i wręcz horror szoł. I tak żeśmy fajtowali po ciemku, stary Księżyc z ludźmi, co go obsiedli, właśnie wschodził i gwiazdy też migały ostro jak noże, którym pilno się włączyć (...)

Poigraliśmy sobnie ciut po tak zwanym Centrum, strasząc drewniaki i babulki na przejściach, goniąc zygzakiem koty i te pe. A później szosą na west. Trafik nie był duży, więc aj did pusz girę normalnie w dechę prawie że na wylot i Durango 95 siorbał drogę jak makaron. Wykrótce były już only zimowe drzewa i mrok, braciszkowie moi, taki wiejski mrok(..)”

Anthony Burgess 'Mechaniczna Pomarańcza', w genialnym tłumaczeniu tłumaczeniu Roberta Stillera.

Prawda, że tym zdjęciem, stylizując się na Alex'a z ekranizacji Stanley'a Kubricka nie mógł dać nam Pepe lepszego komentarza do swego zachowania w ostatnim El Clasico (a i kilku poprzednich?)

No więc to ja się pytam, „Co teraz, e?” Ktoś powiedziałby, że nie zaszkodziłaby beethovenowska terapia dr. Brodskiego z Instytutu Ludovico;) Tylko, że jak uczy Burgess, zmuszenie kogoś do czynienia wyłącznie dobra jest moralne? Albowiem dobroć -bierze się z ludzkiego wnętrza. Dobroć to kwestie wyboru. Kiedy człowiek nie może wybierać, to nie jest już ludzkie. 






14:22, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (36) »
środa, 18 stycznia 2012

Wiadomości tygodnika Sport-Bild o negocjacjach Bayernu Monachium z Robertem Lewandowskim uważam za wiarygodne. Sport-Bild w przeciwieństwie do brukowego Bilda nie wciska ludziom kitu, nie podbija nakładu zmyślonymi transferami, ma za to zwykle solidne informacje dotyczące Bayernu, być może dlatego, że stałym felietonistą jest Franz Beckenbauer. W 2010 jako pierwszy napisał, że ikona Realu Madryt, Raul trafi do Schalke 04, choć początkowo informacja wyglądała na baśniową.

Ja jednak w transfer Lewego do Bayernu, zwłaszcza już teraz w styczniowym oknie transferowym, kompletnie jednak nie wierzę, bo byłby on nieopłacalny dla wszystkich trzech stron: piłkarza, jego starego klubu i nowego. Jest to rzadko spotykana sytuacja: lose/lose/lose, w której przegraliby wszyscy.

Borussia Dortmund nie ma najmniejszego interesu, że wzmacniać najgroźniejszego rywala do tytułu swoim najlepszym strzelcem, co raz bardziej charyzmatycznym, który z meczu na mecz gra lepiej. Dyrektor mistrzów Niemiec, Hans-Joachim Watzke, zarzeka się, że klub nie sprzeda Polaka za żadne pieniądze. Przypuszczam, że ugiąłby się jednak gdyby Bayern rzucił na stół naprawdę jakąś absurdalnie astronomiczną kwotę jak 35 mln euro wyłożone na Mario Gomeza w 2009 roku. Nie możliwe, żeby Barwaczycy, którzy owszem, poszukują napastnika, mówi się o Dymitarze Berbatowie czy Claudio Pizarro - mieli tyle zapłacić za piłkarza rezerwowego. Lewandowski, owszem, zdołał wygryźć z pierwszego składu Lucasa Barriosa, którego gole zapewniły Borussii tytuł w minionym sezonie, dlaczego nie miałby zrobić tego samego z Gomezem? Pamiętajmy jednak, że Lewemu pomogła kontuzja Paragwajczyka. Bayern nie posadzi przecież na ławce lidera strzelców Bundesligi, który jeszcze mierzy w rekord goli w sezonie Gerda Muellera. Zwłaszcza, że doszłyby naciski ze strony Joachima Loewa i Niemieckiej Federacji Piłkarskiej przerażonych, że maszyna do strzelania goli na Euro 2012 zaciera się na ławce rezerwowych.

Co prawda ostatnio Lewego niezwykle chwalił publicznie gwiazdor Bayernu, Franck Ribery, przekonując, że jest bardziej wartościowy dla Borussii niż Mario Goetze. - Gdy patrzę na Dortmund, to właśnie polski napastnik przykuwa moją uwagę. To znakomity snajper. Goetze jest piłkarzem środka pola. Lewandowski potrafi grać bardziej szeroko. Spełnia wszelkie kryteria, by trafić do Bayernu - stwierdził Francuz, a po wygranym przez Borussię meczu na Allianz Arena niemiecka prasa kazała Gomzowi uczyć się od Polaka wszechstronności. To jednak za mało, żeby mieć przełożenie na transfer i ewentualną rolę Lewego w klubie. Pamiętajmy też, że nie mógłby on wspomóc Bayernu w Lidze Mistrzów, bo występował już w niej jesienią - dodajmy, że z kiepskim skutkiem - w barwach Borussii. Kupno Polaka za wielkie pieniądze (a tanio nie będzie), nawet, jeśli osłabiłby rywala w walce o tytuł, byłby zbyt wielką ekstrawagancją, a na tę władze Bayernu pozwalają sobie niezwykle rzadko.

Z kolei dla Roberta nonsensem była by utrata statusu gwiazdy Westfalenstadion, wspieranej przez trenera, wielbionej przez kibiców i mającej zaufanie kolegów na rzecz niepewnej przyszłości w porównywalnie wielkim klubie. Dlaczego Bayern miałby się okazać dla Polaka lepszym pracodawcą? Być może przebiłby Borussię wysokością pensji, ale Lewy w dotychczasowej karierze nie kierował się pieniędzmi, dokonując wyborów, ale rozwojem sportowym. Czy w Bayernie miałby szanse na większy sukces? Być może w Lidze Mistrzów, bo w Niemczech przecież zdobył już tytuł z Borussią. Grając u boku takich zawodników jak Franck Ribery czy Arjen Robben być może zyskałby więcej doświadczenia i umiejętności niż u wschodzącej gwiazdy jak Mario Goetze. Ale straciłby też fantastyczną atmosferę w szatni i opuścił wspólnotę, z która dokonał czegoś niesamowitego. Krokiem w przód byłby dla niego transfer do silnego klubu Premier League lub któregoś z gigantów ligi hiszpańskiej. Transfer do Bayernu byłby dla niego krokiem w... bok. Wiele by zyskał, ale i wiele stracił. A jeśli by rundę wiosenną spędziłby sporadycznie wchodząc z ławki rezerwowych, w efekcie zwiększyłby szanse na kiepski występ podczas Euro 2012, a przecież jest niemal naszą jedyną nadzieją na unikniecie kompromitacji na turnieju we własnym kraju, czyli na wyjście z grupy...

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Skoro już połowa stycznia to czas na pierwsze w tym roku Gran Derbi. W poprzednim roku chłopaki z Realu Madryt i Barcelony zagrały ze sobą osiem siedem razy. Trudno wierzyć w dzisiejszych, skomercjalizowanych czasach, że to zupełny przypadek - żaden inny mecz stanowi większej maszynki do zarabiania pieniędzy, chyba tylko finał Ligi Mistrzów. Dlatego przypuszczam i w tym roku zobaczymy osiem spotkań i coś czuję, że los sprawi, iż obie hiszpańskie drużyny nie zajdą do finału Champions League w Monachium, ale trafią na siebie wcześniej. I, że tym razem uda się uniknąć kumulacji czterech El Clasico w ciągu miesiąca, co wywołało pewien przesyt nawet u najbardziej nienasyconych wielkiego futbolu.

Czymże styczniowe Gran Derbi na Santiago Bernabeu będzie się różnić od grudniowego, wyjazdowego zwycięstwa Barcelony 3:1? Zapewne tym, że Victor Valdes Jose Pinto będzie się starał koncentrować już od pierwszych minuty. Poza tym Barca zagra zapewne tak samo jak i we wszystkich spotkaniach z Realem. Pytanie, jak tym razem zagra Real? Czy Jose Mourinho odpuszcza rywalizacje w Pucharze Króla, który już zdobył i koncentruje się tylko na tytule mistrza Hiszpanii, wygranej w każdym meczu, za wszelką cenę, licząc, że Barcelona pogubi punkty, do czego o mało co nie doszło chociażby w niedzielę z Betisem. Nie wierzę, żeby nie zagrał na Bernabeu o zwycięstwo, jak więc tym ustawi drużynę? W grudniu przegrał taktyczna bitwę z Pepem Guardiolą. Może znów sięgnie po wariant z Pepe w pomocy (nie trenował w poniedziałek, ale jestem spokojny, że środę zagra nawet z urwaną nogą), co dało niezły efekt w finale Pucharu Króla? Pomocnicy Barcelony byli wówczas momentami bezradni, a przecież kluczem do jej powstrzymania jest właśnie ograniczenie jej dominacji w środku pola.

Mnie prawdopodobny wydaje mi się pomysł, który sufluje Realowi zaprzyjaźniony dziennik Marca, wg którego Królewscy mogliby zatrzymać Katalończyków w środku pola grą systemem 3-3-3-1. Za defensywę odpowiadaliby Pepe, Raul Albiol i Sergio Ramos, przed nimi zagraliby wspierający defensywę Lass Diarra, Xabi Alonso i Marcelo, dalej Angel di Maria, Mesut Özil i Cristiano Ronaldo, a na szpicy Karim Benzema. Aż 10 możliwych wariantów gry Realu znalazłem na portalu realmadrid.pl, z których ciekawie wyglądają propozycje dwóch dziennikarzy Roberto Palomara i Miguela Serrano. Obaj posadziliby na ławce... Cristiano Ronaldo! Pierwszy sugeruje, żeby z powodu wątpliwej formy Portugalczyka i jego słabości w starciach z Barceloną, w których - jak napisał w felietonie - nie jest w stanie dać z siebie tyle drużynie ile daje Leo Messi, należałoby posadzić go na ławce i wpuścić później. Wg niego, wyjściowa 11 powinna wyglądać następująco: Casillas - Lass, Pepe, Ramos, Coentrão - Di María, Özil, Alonso, Marcelo - Higuaín i Benzema. Serrano postuluje gre systemem 3-4-3 bez Kaki i CR7. Szybcy obrońcy, przed nimi Alonso współpracujący z Lassem i Marcelo. Na bokach Benzema i Fideo. Z przodu Higuaín jako czysta "9". Oto jego 11: Casillas - Coentrão, Pepe, Ramos - Lass, Xabi, Marcelo, Özil - Di María, Benzema i Higuaín.

To prawda, że Cristiano Ronaldo gaśnie w meczach z Barceloną. Czy to kwestia psychiki, że najskuteczniejszy strzelec Królewskich marnuje w dziecinny sposób tak świetne okazje jak w grudniowym meczu, które w meczach z Malagami, Osasunami czy Betisami wykorzystałby z zamkniętymi oczami? Kompletnie nie wychodzą mu nawet dopracowane do perfekcji rzuty wolne. Prawdą jest też, że właśnie po grudniowej porażce z Barcą stracił uznanie własnych fanów. W kilku ostatnich, mało udanych występach, w których Portugalczyk wykazywał się nieskutecznością i dawno niewidzianym egoizmem (zwłaszcza przy wykonywaniu wolnych, licząc zapewne, że dzięki nim poprawi skuteczność) potraktowali go gwiazdami i okrzykami wyraźnego niezadowolenia. Pojawiły się nawet spekulacje, że Real Madryt gotów jest się go pozbyć. Wg Alfonso Azuara, dziennikarza radia Onda Cer Królewscy byliby gotowi oddać CR7 do Manchesteru City w zamian za... Sergio Aguero i Davida Silvę. Dlaczego zmierzające po tytuł w swoich ligach kluby miałby się pozbywać swoich najlepszych zawodników - kretynizm nie warty komentowania. Ale doszło do tego, że Rolaldo wziął publicznie w obronę kapitan Realu, Iker Casillas, mimo iż wiadomo, że w szatni nie darzą się szczególną przyjaźnią. - Cristiano to wspaniały zawodnik. Jest piłkarzem kompletnym i wiem, że nasi kibice bardzo go cenią. Na treningach i podczas meczów zawsze daje z siebie wszystko. Ludzie wymagają od niego jednak rzeczy niemożliwych - stwierdził.

Mourinho też go bronił po gwiazdach własnych kibiców. - Pokażcie mi statystyki napastników innych drużyn, czy to hiszpańskich, czy zagranicznych. Jestem przekonany, że w ciągu pięciu lat nie zrobili tego, co Cristiano. Mówimy o zdobywcy Złotego Buta. Jest tylko jeden piłkarz, który w tym sezonie strzelił więcej goli od niego. Gra gdzieś Afganistanie albo Kazachstanie – mówił. Nie chce mi się więc wierzyć, żeby miał nie wystawić Ronaldo w Gran Derbi od pierwszej minuty. Owszem, publicznie skrytykował go na początku stycznia, zarzucając Cristiano i Kace brak profesjonalizmu (czytaj sylwestrowe obżarstwo i opilstwo). Nie wysłaniem rodaka na ławkę w takim meczu upokorzyłby go i w żaden sposób nie pomógł mu odzyskać formy. To byłoby nie w stylu Mou, który zawsze wspiera swoich piłkarzy i jest wobec nich lojalny do tego stopnia, że Ronaldo nazywa go swoim przyjacielem. Pytanie, czy składając na barki CR7 po raz kolejny ciężar odniesienia sukcesu przeciwko Barcelonie nie wyrządza mu większej krzywdy?

piątek, 13 stycznia 2012

Na fali zachwytu, że polski trener będzie szkolił młodzież Manchesteru United wybrałem się do Pruszkowa, żeby osobiście poznać Radosław Mozyrko nim odleci na Wyspy. Po rozmowie jestem w jeszcze większym zachwycie. Oczywiście peany z poprzedniej notki, nazywanie całej sprawy transferem roku, a samego Radka wychowawcą przyszłych Giggsów, były żartobliwie przesadzone (zwłaszcza, że jak się okazało, wolałby wyprodukować piłkarza w typie Roy’a Keane, bo zawodnicy o charakterze i sercu do walki Irlandczyka są w klubie bardziej potrzebni niż gwiazdy). Niemniej słuchając, jaki pomysł ma na życie ten 24-letni zaledwie człowiek, z jaką konsekwencją i determinacją go realizuje, jak dokształcał się w futbolowym fachu w Irlandii, Anglii i USA, i jednocześnie zarabiał na siebie, podejmując prac, jakimi wielu by pogardziło, jestem przekonany, że jeszcze o nim usłyszymy. Nie chcę za dużo zdradzać, ponieważ w poniedziałkowej Gazecie Sport opublikujemy bardzo ciekawy, duży wywiad. Na razie tylko mały teaser wideo, w którym pokrótce opowiada, jaką drogą przebył i co musiał zrobić, żeby dostać się do jednego z najlepszych klubów świata (dokładny przebieg czterech etapów kwalifikacji jest tajny, zdradził nam jedynie, że pokonał 750 innych trenerów), na czym będą polegały jego obowiązki i co musi zrobić, żeby zasłużyć na przedłużenie rocznego kontraktu z Czerwonymi diabłami.

Polski trener Man Utd: bez układów łatwiej zrobić karierę zagranicą, niż w Polsce


Na początku będzie pracował w Development Center, do którego trafiają młodzi zawodnicy w wieku od 8 do 14 roku życia, wypatrzeni przez skatów MU. Zadaniem Mozyrki będzie trenowanie tych chłopców i wydawanie opinii, czy nadają się do Akademii Młodzieżowej Manchesteru United. Podobną rolę spełniał przez rok w New York Red Bull, gdzie miał okazje współpracować z trenerem pierwszej drużyny i podglądać jej treningi. Czy podobnie będzie w MU, tego jeszcze nie wie. Opowiada, które nowojorskie doświadczenia przeniósł do Akademii Młodzieżowej Znicza Pruszków (którą stworzył i której szefuje do poniedziałku). - Wszystkie 18 drużyny młodzieżowe Znicza grał w tym samym systemie, ustawieniu i wg tej samej filozofii: uczymy grania od tyłu, krótkimi podaniami, szybkim pressingiem i ładnie dla oka. Nowe w Polsce, a normalne na świecie było też to, że trenerzy mają specjalizację wiekową - nie idą z jedną drużyną od 8 do 18 roku życia, ale pracują np. od U-8 do U-10. Zawodnik, który przejdzie przez kilku trenerów jest lepiej ukształtowany, bo od każdego coś weźmie, nawet, jeśli zgodnie z tą sama filozofią - opowiada.
 
Wbrew obawom, wyrażonym pod poprzednia notką m.in. przez gusztav_sebes’a, nie oddajemy MU zdolnego trenera za darmo i nie tracimy go na wieku dla polskiego futbolu (istotnie fachowca traci Znicz, ale jego Akademia nie zostanie zamknięta, idea nie ginie wraz z odejściem stwórcy). W dodatku wiąże swoja przyszłość z Polską. Marzy mu się praca z juniorskimi reprezentacjami Polski, choć przyznaje, że bez układów będzie to bardzo ciężkie. - Łatwiej zrobić karierę zagranicą, niż w Polsce bez układów, a ja takich nie mam - rzuca gorzko. A jego największym marzeniem jest być kiedyś odpowiedzialnym za to, za co odpowiada obecnie Jerzy Engel. Czyli za system szkolenia w Polsce, którego wypaczenia Mozyrko poddaje konstruktywnej krytyce w Gazecie Sport...



17:42, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (7) »
czwartek, 12 stycznia 2012


Radosław Mozyrko, menedżer akademii piłkarskiej Znicza Pruszków został zatrudniony przez jeden z najlepszych klubów świata – Manchester United - taką informację podesłał za portalem wpr24.pl jeden z czytelników. 16 stycznia pan Radek kończy pracę w Pruszkowie i rozpoczyna przygodę z jednym z największych klubów piłkarskich, w którym będzie się zajmował... selekcją nowych talentów do tamtejszej akademii piłkarskiej! Polak? W Manchesterze United? Nie Holender, nie Hiszpan, nie Francuz, albo nawet Czech? Nasz rodak ma dbać o wychowanie przyszłych Ryanów Giggsów, Paulów Scholesów i Davidów Beckhamów? Jakże to możliwe? Kto wpadł na taki pomysł? Czyżby sir Alex z wiekiem tracił rozeznanie, gdzie jak się szkoli piłkarzy?

A jednak w tej informacji nie ma żadnej ściemy, a w MU najwyraźniej wiedzą, co robią. Jak podaje wpr24.pl, Mozyrko menedżerem akademii piłkarskiej Znicza został w maju 2011, wcześniej szkolił się w USA, Anglii oraz Irlandii. Jako pierwszy Polak pracował w najbardziej prestiżowej akademii piłkarskiej w Stanach Zjednoczonych – New York Red Bulls. Odbył również staż w Malahide United, który jest partnerskim klubem czerwonych diabłów. - W Zniczu Pruszków stworzył specjalny system szkolenia młodzieży, który okazał się bardzo skuteczny. W krótkim czasie pod okiem Mozyrki w pierwszym zespole zdążyło zadebiutować, aż trzech wychowanków: Karol Wolniewicz, Karol Gudelski, Damian Skirski.

Całe szczęście w Zniczu Pruszków, gdzie Mozyrko zarządzał 14 grupami młodzieżowymi w liczącej 380 zawodników akademii, nikt nie sprzeciwił się temu transferowi, mało tego, wiceprezes klubu Michał Kozak, stwierdził, że władze są z niego dumne. - To bardzo nobilitujące, że jeden z najlepszych klubów na świecie dostrzega wysiłek, jaki wkładamy w pracę z młodzieżą - stwierdził. Czyli wszystko zupełnie nie po polsku!

Panie Radku, wielkie gratulacje! Dla mnie pański transfer przyćmiewa przejście Ludovica Obraniaka z Lille do Bordeaux. Co ja mówię, to jest kandydat na Polski Transfer Roku! Życzę Panu, żeby roczny kontrakt z Manchesterem United przedłużał Pan w nieskończoność. A może uda mu się Panu zabrać ze sobą któregoś z naszych chłopaków? Przede wszystkich jednak, żeby doczekał się Pan takich wychowanków:

;-)





13:44, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (18) »
wtorek, 10 stycznia 2012

Oglądamy dwa wielkie powroty Starych Wiarusów do Premier League - Paula Scholesa i Thierry’ego Henry. Anglik wrócił z emerytury (krótkiej wprawdzie - od jego poprzedniego meczu w barwach Czerwonych Diabłów minęło zaledwie 225 dni), żeby pomóc w kryzysie ukochanej drużynie. Możemy się oczywiście spierać czy raptem przegrane z rzędu w lidze - owszem, po rażących błędach i braku koncentracji jak u siebie z Blackburn czy bez podjęcia walki jak z Newcastle - to aż kryzys, ale patrząc na cały sezon trzeba przyznać, że jest on w wykonaniu Manchesteru United - szalony. United odpadł z Ligi Mistrzów, poniósł też największą klęskę za czasów rządów Aleksa Fergusona (jak stwierdził on sam) przegrywając na Old Trafford 1:6 z City. Ponieważ jednym z głównych zarzutów, jakie spadły na Sir Aleksa był ten, że nie zadbał o klasowego następcę Scholesa i MU przegrywa tak wiele bitew właśnie w środku pola, z powodu braku klasowego rozgrywającego (ciężko widzieć go w Darrenie Fletcherze, obiecująco zapowiadał się Tom Cleverley leczy przewlekłą kontuzję, a Anderson zgubił gdzieś formę), z pomocą pośpieszył trenerowi sam Scholes, oddając mu się do dyspozycji nim SAF namówi na grę na Old Trafford Wesley’a Snejidera, Lukę Modricia lub kogoś tej klasy.

Abstrahuję w tym momencie od desperacji, jaka każe Fergusonowi sięgać po emeryta zamiast kupić klasowego pomocnika (dlaczego SAF mówi „nie” zimowym transferom? To kwestia zasad, pustek na klubowym koncie czy brak kandydata, który gwarantowałby poziom?). Pół godziny, jakie Rudzielec spędził na murawie Etihad Stadium w meczu z City nie wyglądały może spektakularnie - United przegrał wszak drugą połowę 0:2 grając z przewagą zawodnika. Do tego to po jego stracie gospodarze strzelili kontaktowego gola na 2:3. Statystyki Performa Sports (które przytaczam tu za devilapage.pl http://www.devilpage.pl/index/news/komentarze/29126/powrot-scholesa-wg-statystykow-performa/) pokazują jednak, że było to jedno z dwóch niecelnych podań na 69 oddanych, co daje w sumie 97% skuteczność - najlepszą w drużynie. Znów każda akcja przechodziła przez niego - w ciągu trzydziestu minut zdołał zagrać ją więcej razy niż którykolwiek z kolegów przez 90 minut. Czyli tak jakby nigdzie nie odchodził...

Ciężko jednak uwierzyć mi, by powrót Scholesa miał się okazać wystarczającym impulsem, który drużynie w takich kłopotach pozwoli jej stoczyć bój o mistrzostwo Anglii. Czasy, kiedy Xavi nazywał Scholesy’ego najlepszym piłkarzem na świecie, może nawet wszech czasów, minęły. Wiem za to, kto najbardziej ucieszył się z jego powrotu, zwłaszcza na treningi pierwszej drużyny - jego przyjaciel, Ryan Giggs. Nie tylko, dlatego, że przestał być jedynym dinozaurem w drużynie. W przetłumaczonej przeze mnie - jak już się chwaliłem - autobiografii Moje życie. Moja historia, Walijczyk nie tylko nie wahał się nazwać Scholesa ulubionym zawodnikiem i najlepszym piłkarzem, obok jakiego grał przez ponad 20 lat w barwach Czerwonych Diabłów. Pisał, że w ostatnich sezonach gry Scholesy’ego rozumieli się na boisku niemal telepatycznie. Jego niezwykłe wyczucie i przewidywanie sprawiały, że potrafił dogrywać wspaniałe podania. Ale był też prawdziwym mistrzem gry z podniesioną głową. Zamiast zdawać się na przypadek, po prostu zawsze wybierał najlepszą opcję. Miałem wielkie szczęście, że dane mi było grać obok kogoś takiego przez tak długie lata.

No i obaj z Giggsem byli mistrzami gry w dziada na treningach MU. Chodziło o to, żebyśmy mogli trochę sobie pożartować zanim zacznie się poważny trening. Przy grze w dziada zawsze jest kupa śmiechu, bo zawodnicy często podają do siebie zbyt mocno, w panice, wykonując przedziwne wygibasy. Nie było bardziej sprytnego i diabelsko sprawnego w tej grze niż Scholesy. Przeciwnicy musieli wykazywać się nie lada inteligencją, żeby odebrać mu piłkę. Gierkom zawsze towarzyszyło mnóstwo kłótni, sporów, które niekiedy z zabawy przemieniały się w ostre spięcia. Wyobraźcie sobie czuli się ośmieszani przez złośliwego małego rudziecla tacy piłkarze jak Sparky (Mark Hughes), Incey (Paul Ince) czy Robbo (Bryan Robson). Albo Keaney (Roy Keane)! Który z nich był najlepszy w dziada? Łatwiej wskazać, kto był najgorszy - oczywiście Nev (Gary Neville). Wielu radziło sobie znakomicie, ale gdybym miał wskazać tego jednego, który ich wszystkich przewyższał byłby to Scholesy.

 

Theirry Henry rozstał się z Arsenalem na o wiele na dłużej niż Scholes z MU, który nie tylko nie ruszył się z miasta, ale i został w klubie trenerem. Aż na pięć lat. W międzyczasie doczekał się własnego pomnika przed Emirates Stadium. Nie tylko z tego powodu jego powrót okazał się o wiele bardziej spektakularny i efektowny - gol Francuza dał Kanonierom zwycięstwo z Leeds i awans do IV rundy Pucharu Anglii. Z drugiej strony, pewnie, że łatwiej wrócić i zostać bohaterem w meczu z drużyną z Championship, nawet tak dobra jak Leeds, która przed rokiem zremisowała na Emirates 1:1, a przed dwoma wyeliminowała z Pucharu Ligi Man United, niż z liderem Premier League. Poza tym w przeciwieństwie do Scholesa wrócił nie z emerytury, ale - raczej - z wakacji w USA (także w dosłownym znaczeniu, jeszcze 15 dni temu byczył się na plaży). Zobaczymy jak Król Henryk wypadnie w ligowym starciu w Swansea, która dopiero co pokonała na wyjeździe Aston Villę. Jak bardzo wyśrubuje rekord goli. Ale i tak trudno nie zgodzić się z Arsene Wengerem, że to jedna z tych historii, jakie opowiadasz małym dzieciom które chcą usłyszeć jakąś opowieść o piłce nożnej. Na szczęście takie rzeczy nie zdarzają się zbyt często, inaczej straciłyby swoją niesamowitość.


Czy któryś z nich z dwóch wielkich mistrzów po powrocie znów zostanie mistrzem? Jak Michael Jordan, który w 1993 roku rzucił koszykówkę dla baseballa, by pod dwóch latach wrócić i odzyskać status mistrza NBA i najlepszego zawodnika świata? Na pewno większe szanse ma na to Scholes, pod względem kadrowym MU bardziej przypomina Chicago Bulls z 1995 roku, zajmuje tez lepsza pozycję w lidze, a poza tym Henry zawitał do Premier League tylko na dwa miesiące. Czy też będziemy patrzeć na nich z politowaniem, jak na byłych wielkich sportowców, którzy nie umieli powiedzieć dość, jak inny Michael, mistrz Formuły 1, który jest cieniem dawnego dominatora torów czy fiński skoczek Jane Ahonen, który pluł sobie w brodę, że bezsensowym powrotem zniszczył własną legendę?

Na razie cieszę się bardzo z obu powrotów. Czy będą następne? Aż boję, że Jack Wilshere nie żartował twittując dziś: Super, super Robert Pires is training today........return of another king?!? How amazing would that be! Jeśli to prawda to żądam powrotu Denisa Bergkampa!



16:52, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 02 stycznia 2012

To maniera szefa Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego słodzić organizatorom na zakończenie każdych kolejnych igrzysk, że były najwspanialsze w historii, mimo że można było mieć co do tego wątpliwości. Ponieważ to ja jestem organizatorem Gwiazdkowego Konkursu Literackiego to sam sobie posłodzę: nie mam najmniejszych wątpliwości, że edycja ‘2011 była zdecydowanie najlepszą z dotychczasowych! Mało tego, dumny jestem, że sprowokowałem Was do napisania tylu wspaniałych notek, które pewnie w większości nigdy by nie powstały. Wierzę, że przyszłe pokolenia to docenią! Poziom i oryginalność notek był tak wysoki, jakby na jednym turnieju zestawiono Włochy z 2006 roku, Francję z 1998, Brazylię z 1970, Hiszpanię z 2008 i Argentynę z 1986, a na dokładkę AC Milan z 1989 i Real Madryt z czasów Alfredo di Stefano. Tak jak i tamte drużyny ciężko ze sobą porównać, tak i jury ciężko było wybrać spośród notek o tak różnym charakterze jak 13-zgłoskowy poemat na temat bramki Rafała Wolskiego, notki wcieleniowe z własnych meczów albo własnych przeżyć podczas oglądania TEJ AKCJI, świetnie literacko opisanych akcji z dalszej lub bliższej przeszłości. Dodatkowo członkom jury (których wiek rozciągał się od 18 do 50 roku życia), jasność umysłu przy ustalaniu werdyktu mącił emocjonalny stosunek do opisywanych akcji, bo niektórzy widzieli niektóre z tych akcji z trybun, albo przynajmniej na żywo w telewizorze. Ale zanim ogłoszę nasz ostateczny werdykt, zapoznajcie się proszę z opinią samozwańczego recenzenta wszystkich odsłon tegorocznej edycji, Pipesa_Pipesa, który nadesłał ją w formie mejla, a ja przytaczam w dużych fragmentach, albowiem targały nim dokładnie te same wątpliwości:

„Hej Michale,

(...) W notce "Akcja: Konkurs! Konkurs: Akcja!" podałeś pewne kryteria, które wziąłem pod uwagę przy ocenie prac, którymi nie kierowałem się aż tak dotychczas. Zawarłeś tam, by chodziło o akcję, nie o cały mecz. Miała to być największa futbolowa akcja, ze wstępem przed i po opisie oraz przede wszystkim napisana z pomysłem. Na podstawie własnych odczuć wstępnie wyłoniłem 16 notek, które w jakiś sposób mnie ujęły, poruszyły czułe struny serca, zaskoczyły albo rozśmieszyły, by skutecznie ten szeroki wachlarz zmniejszyć do sześciu. Nie oceniałem jednak jako wielki służbista, po prostu zależało mi abym odnalazł tę notkę, która faktycznie zasługuje na zwycięstwo i która moim zdaniem jest najbardziej kompletna. Wymagało to samozaparcia, by znowu przeczytać te najbardziej docenione notki i jakoś porównać je ze sobą, co wcale takie łatwe nie było. Musiałem ocenić je w kontekście całego konkursu, a przyznać muszę (co cieszy), że naprawdę poziom jest wysoki. Niektóre notki dawniej mogłyby iść śmiało na podium, a teraz gdzieś odpadną w przedbiegach.

Trudno jest rozstrzygnąć konkurs, który jest na tak wyrównanym poziomie. GwiaKoLi nie jest na wzór Premier League, w którym jest kilku faworytów i kilka dołujących klubów, raz za razem prześcigających się przed nieuchronnym spadkiem. Jest raczej na wzór znanej i kochanej Ligi Mistrzów-  faza grupowa, a po niej ogromne emocje w fazie pucharowej, w której przegrany dwumeczu odpada. W przypadku plebiscytu zawsze pojawiała się jakaś notka, która stanowiła dla drugiej swoisty punkt odniesienia. Lepsza - mająca bardziej intrygujący wstęp, ciekawsze zakończenie, puentę, poczucie humoru itp. - przechodziła dalej. W taki sposób doszedłem do sześciu najlepszych notek.

Z ciężkim sercem pominąłem notkę o Mourinho i super szybkiej akcji Realu, bezwiednie porzuciłem historię Gianniniego, Matkę Naturę z większym trudem, Schody do Nieba z westchnieniem i nostalgią, by przejść do tych najlepszych, najbardziej przemyślanych, najzabawniejszych, najmniej przewidywalnych etc.

Miejsca 4- 6 jak dla mnie zajęły notki "Ten", "Okienko" i "Wewnętrzna Walka". Nie chcę żadnego z ich autorów krzywdzić, ani też krzywdzić samego siebie wyrokowaniem która z nich jest lepsza. Każda zawierała coś pięknego i bliskiego memu sercu. "Ten" jest nader dopracowany, "Okienko" to opis własnych przeżyć połączony z zachwycającym golem ( powiew świeżości), a "Wewnętrzna Walka" opowiada tak rzadko wspominaną dzisiaj historię, która uczłowiecza sport, przypomina o przyziemnych problemach, choć jest napisana z klasą, ale nie buńczuczny.

Miejsce trzecie w konkursie- aż trzecie, ale i tylko trzecie przyznałem "Wolskiemu". Przyznać trzeba, że napisanie trzynastozgłoskowca wymagało ogromnej pracy, ale mimo wszystko jest to praca jednowymiarowa. Po jej przeczytaniu czuję tylko podziw, żadnych emocji (bo te były strasznie wyolbrzymione), pomysł objawia się po ujrzeniu samej budowy notki, humoru nie ma. Patos, choćby nie wiem jak był wspaniały to jednak za mało, przynajmniej dla mnie. Oczywiście Quentinowi może należeć się jakaś zupełnie osobna nagroda, bo to co zrobił trudno objąć w klamry tego plebiscytu i wrzucić do jednego wora z pozostałymi notkami.

Miejsce drugie to "Ułamek Sekundy, w którym latawce mogły czuć się bezpiecznie". Czyta się to znakomicie, mimo drobnych niedociągnięć. Opis wręcz kipi humorem, a po przeczytaniu go nie tylko nie kryję podziwu dla autora, ale też maluje mi się banan na twarzy od ucha do ucha. Poza tym na sercu jakoś cieplej, że takie momenty zdarzają się w historii polskiego futbolu, którego sytuacja raczej jest groteskowa niż śmieszna. Tak czy inaczej jest to niezwykła notka, obok której nie można przejść obojętnie i w której kryje się cała paleta uczuć.

(Fanfary, dyplom dla najlepszej notki itp. , oprawa muzyczna czyli "We are the champions" i "This is the moment" z Jekylla i Hyde'a, sypiące się confetti jak śnieg na Alasce i werdykt odczytywany na Stadionie Narodowym przy pełnej widowni) Oczywiście dodatkowa chwila oczekiwania... Granie na czas przez prowadzącego...Głośne bicie serca, które podchodzi do gardła... Jakiś banalny wstęp... Były różne notki - jedne bawiły, drugie denerwowały, inne jeszcze dane nam było podziwiać z niekłamaną goryczą i cieniem zawiści w sercu, że ktoś mógł coś tak napisać. Najcenniejsza jednak jest ta, która nie tyle bawi, co wzrusza. Nie denerwuje, a skłania do refleksji, nie skłania do zawiści, a do współradowania się z jej autorem i z tego, co mógł kiedyś, kiedyś obejrzeć, by teraz to w taki sposób opisać. Zwycięzcą w rankingu Pipesa jest "Historia pewnej piłki" za niezwykły pomysł, ale i subtelność dzięki której czytało się tę notkę z radością. Przez chwilę faktycznie chciało się wierzyć, że trochę poliuretanu powstającego w wielkim koncernie i/lub zszywanego w Pakistanie ma swoje uczucia, swoje radości i smutki i tak jak my jest uczestnikiem albo widzem meczu piłki nożnej i tak jak my czerpie z niego wiele niezapomnianych wrażeń. W to kłamstwo chce się wierzyć, tak samo tę notkę chce się czytać. Jeszcze raz brawa dla autora.

Poziom plebiscytu był bardzo wysoki. Naprawdę wiele notek zostanie bez jakiegokolwiek wspomnienia czy nagrody, więc warto za rok przed następną odsłoną konkursu zapoznać się z nimi, nie powielić ich błędów jak i nie skopiować pomysłów.

Autorom zwycięskich notek życzyć wypada tylko "Miłego czytania". Sam dziękuję za docenienie moich grafomańskich komentarzy. Oczywiście nikogo nie chciałem nimi urazić. Bywam złośliwy, bywam ironiczny, nie zawsze należy brać mnie na serio Przyjemnie było stać po drugiej stronie barykady i oceniać tych, którzy w mozole, pocie i bólu napisali swoją twórczość. Mam nadzieję, że się nie zrażą, ale popracują nad swoim warsztatem, by za rok, może dwa czy trzy, osiągnąć wcześniej wyznaczony cel.

Tyle ode mnie”

Tyle od Pipesa, którego opinii jury nie wzięło pod uwagę, bo raz, że był recenzentem ludowym, dwa kompletnie się z nim nie zgadzaliśmy;) a po prawdzie to werdykt podjęliśmy już wcześniej. Nieco odmienny. Do jego laudacji dodamy, że podobały nam się kontrowersyjne pomysły na ‘akcję’ i ich potraktowanie w wykonaniu Baltonki (34 minuta) i pavlocebo (Ostatnia akcja). Z drugiej strony ujęła nas też bardzo lekkość stylu notki Bartka Woźniaka (Pośpiech, Wareczka, Rooney, gol) - bardzo podobał nam się tytuł, może gdyby nie to, że dał go juror a nie autor, byłoby podium;)

Zanim przejdę do ogłoszenia podium, chciałbym przyznać nagrodę w kategorii, której nie planowałem wcześniej, ale sama mi się narzuciła, a mianowicie za najlepszą notkę o golu Andresa Iniesty, który dał Barcelonie awans do finału Ligi Mistrzów w Rzymie. Mam wrażenie, że kolejnych notek o meczu Barcy z Chelsea recenzenci nie traktowali poważnie, reagując na nie ‘no nie, znów Iniesta’, ile można... etc. Tymczasem jedyną winą sześciu (!) autorów, było to, że właśnie okoliczności taj bramki tak bardzo zapadły im w pamięć. Uznałem, że to Przemysław Mamczak najlepiej oddał własne emocje i wyjaśnił dlaczego bramka ta była dla niego (i zapewne pozostałych autorów) czymś w notce Więcej niż gol (w notce pod tym właśnie tytułem). W nagrodę dostanie... autobiografię Iniesty ‘Rok w Raju’ o tymże właśnie sezonie w Lidze Mistrzów. Chyba, że już ją masz, wtedy daj znać wykombinujemy coś innego...

Spośród członków jury swojego zwycięzcę zgodził się ujawnić Piotr Czernicki-Sochal, jak może pamiętacie zwycięzca pierwszego konkursu literackiego na Polsporcie - BloPuLa - który właśnie założył blog o lidze angielskiej The Game, przy okazji zachęcam). Zdaniem Piotrka wygrała Historia pewnej piłki - Rossiego-4 tuż poematem Quentina o golu Wolskiego. U kolejnych jurorów, którzy z niezrozumiałych dla mnie względów postanowili pozostać anonimowi, a ja uszanuję ich wolę, będą mi jeszcze potrzebni, także typowali Quentina i Rossiego, ale obaj przyznali im ex equo miejsce pierwsze. Na kolejnych stopniach podium umieszczając (ale obaj na odwrotnych miejscach): Ten... - Michała Treli i Ułamek sekundy, w którym latawce mogły czuć się bezpiecznie - Jarka Barcica (wrzask jednego z jurorów: ‘podaj! tylko k... nie strzeeee... gooool! - do dziś dźwięczy mi w uszach).

Ostateczny werdykt brzmi: pierwsze miejsce ex equo Historia pewnej piłki - Rossiego-4  i Natenczas Wolski - Quentina.

Obie notki są nie tylko najlepsze, są wyjątkowe, wybitne, wzbudzają mój niekłamany podziw nad pomysłowością i (w przypadku Q) włożona w nie pracą. A przy tym tak odmienne jak poezja i proza, nie jestem w stanie wybrać. Panowie, chapeau bas! Rossi-4 jako nagrodę dodatkową przyznaję ‘Nazywam się Czerwień’ noblisty Orhana Pamuka, której ducha odnalazłem w jego notce.

Miejsce drugie, również ex equo: Ten... - Michała Treli i Ułamek sekundy - Jarka Barcica

Miejsce trzecie: koniecznie chciałem uhonorować autorów notek wcieleniowych, z których najbardziej podobały mi się „Okieno” Haszyszaka, przypominające moje własne szkolne mecze na boisku IV LO im A. Mickiewicza, Młody Giannini - Gianniniego i jakże pomysłową, ujmującą braterską dwunotkę Tomka i Karola Cłapów - już sam pomysł z wyborem na akcję otwarcia przez Michela Platiniego słynnej koperty zasługiwał na nagrodę. jako, że nie umiałem wybrać jednej, postanowiłem przyznać trzecie miejsce wszystkim trzem (proszę o mejle z adresem).

Na podium widziałbym też „Niech nienawidzą, byleby się bali” Tomka Merchuta, Wewnętrzną walkę - Przemka Kubiaka i Matkę naturę i Calori - Laziale83 - ale że nie mam już miejsca, muszę prosić o przyjęcie honorowego wyróżnienia.

A do wszystkich mówię: wow! Tak wyśrubowaliście poziom, czy inaczej mówiąc, tak wysoko zawiesiliście poprzeczkę, że już nie mogę doczekać się Blogowego Pucharu Lata, które w tym roku zrobimy chyba tuż po Euro 2012 i chyba tylko o Euro 2012, bylebyśmy zdążyli przed igrzyskami w Londynie, na wybieram się w roli korespondenta... Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wspólną zabawę! A nagrodzonych proszę o mejle z adresami.

 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie