czwartek, 22 stycznia 2009

Przewidywano, że Wojciech Szczęsny, młody bramkarz Arsenalu i nadzieja reprezentacji Polski, który na treningu ze sztangą złamał oba nadgarstki będzie wyłączony z gry do końca sezonu. A jednak co młody organizm to młody organizm. Wojtek już się wylizał z ran, zakończył rehabilitację i już wznowił treningi. I jak pisze „Polska The Times" w powrocie do formy pomaga mu legendarny bramkarz Kanonierów David Seaman.

 

- Gdy David dowiedział się, że wracam do zdrowia, sam do mnie zadzwonił i zaoferował mi pomoc w treningach. Takich ofert się nie odrzuca - opowiada 18-letni Polak. - Od poniedziałku trenuję już z piłkami. Na początku nie wiedziałem, czy mogę bronić strzały uderzane z pełną mocą. Po jakimś czasie David zaczął strzelać z całej siły i okazało się, że wszystko jest w porządku. Za dwa, trzy tygodnie powinienem być w stanie grać już w meczach - dodaje.

 

To że tak wielki piłkarz, włącza się w akcję reaktywację młodego zawodnika, a przy tym jeszcze sam dzwoni do nastolatka pokazuje jak wielkie nadzieje Arsenal wiąże z Wojtkiem, jak bardzo go ceni i jak bardzo klubowi zależy na jego powrocie na właściwe tory. Wojtek i tak rwał się do treningów i nie potrzebował dodatkowej motywacji, ale klub na wszelki wypadek zaangażował w to jedną ze swoich legend. Być może uważał, że wraz z Seamanem Szczęsnemu łatwiej będzie przełamać barierę psychologiczną, jaka wyrosłaby u większości innych zawodników po złamaniu tak newralgicznych dla bramkarza części ciała jak nadgarstki. Ale na ile znam Wojtka, jestem pewien, że on tę barierę miał za sobą już następnego dnia po incydencie, bo jest niezwykle silny psychicznie. Natomiast na treningi z legendą chętnie przystał, bo uczyć trzeba się od najlepszych.

 

Z Seamanem mam ten problem, że jak zamknę oczy i próbuję przypomnieć go sobie w akcji, od razu wracają oba najsłynniejsze golu, które dał sobie strzelić za kołnierz. Ale też oba padły w wyjątkowych okolicznościach i kosztowały drużynę spektakularne porażki. W finale Pucharu Zdobywców Pucharów z Realem Saragossa w 1995 roku, Nayim pokonał Seamana sekundy przed końcem, oddając strzał rozpaczy z ponad 50 metrów. A na mundialu w 2002 roku w podobnych okolicznościach, choć z bliższej odległości przepuścił strzał Ronaldinho i Anglia przegrała w ćwierćfinale z Brazylią. Taki to już pech bramkarzy, że niektórym pamięta się spektakularne wpadki niż takie interwencje ja ta, gdzie ręke miał chyba na teleskopie:

 

 

Tymczasem Seam to jeden z najlepszych bramkarzy w historii angielskiego futbolu, za co zresztą otrzymał Order Imperium Brytyjskiego. Przez 13 lat rozegrał w barwach Arsenalu 405 spotkań, w tym mnóstwo fantastycznych, dzięki którym Kanonierzy zdobyli takie trofea jak dwa tytuły mistrza Anglii, cztery Puchary Anglii, Puchar Ligi i PZP. W reprezentacji Anglii zagrał 75 razy (lepszy jest tylko Peter Shilton), w tym na mistrzostwach świata w 1998 i 2002 roku oraz na Euro '96 i 2000. Jeśli choć tylko drobna część jego wielkiego doświadczenia spłynie na młodego Szczęsnego, to za ich wspólne treningi warto wypić szampana. Wierzę, że Wojtek wybierze sobie z nauk Seamana to co najlepsze i np. nie będzie się trzymać się aż tak daleko od bramki jak to miał w zwyczaju David...

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

15:31, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (31) »
środa, 21 stycznia 2009

 

W najnowszym Polowaniu (którego premiera dziś w Nsporcie o 18.30, a potem powtórki w tygodniu) w ramach takiego mini cyklu „Młode Wilki” rozmawiam z Radosławem Majewskim. Można się kłócić czy 22-letni Radek, którego zaledwie kilka miesięcy dzieli od np. Cesca Fabregasa wciąż jest młodym, obiecującym zawodnikiem. Na Wyspach czy w Hiszpanii pewnie by już tak o nim nie mówiono, ale w polskich warunkach ciągle jeszcze tak. Poza tym akurat w 2008 roku stał się na chwilę enfant terrible polskiego futbolu...

 

I właśnie m.in. o podsumowaniu ubiegłego roku, dość niesamowitego w karierze młodego piłkarza rozmawiamy. Z jednej strony wdarł się bowiem szturmem do kadry, a Leo Beenhakker mówił po meczu z Finlandią, że jest zachwycony jak Radek prowadzi drużynę i że to do niego należy przyszłość. Z drugiej został w tej kadrze zawieszony za incydent lwowski. Opowiada jaką nauczkę wyciągnął z tej życiowej lekcji i w takich stosunkach jest obecnie z holenderskim trenerem. Okazuje się, że w bardziej niż dobrych: na pożegnanie zgrupowania usłyszał od Leo: „I love you”. Okazuje się więc, że Holender nie ściemniał kiedy mówił mi w ostatnim wywiadzie dla „Gazety”, że traktuje piłkarzy jak rodzice dzieci: kiedy na to zasłużą, trzeba je karcić, ale przecież nie przestaje się ich kochać... I że kiedy już wyjaśni sobie jakiś problem z zawodnikiem, to koniec, nigdy do sprawy nie wraca, nie rozdrapuje.

Pytałem też Radka o słynne słowa Wernera Liczki, który stwierdził, że gdyby młody Polak miał 15 centymetrów więcej (czyli ze 185) to już byłby zawodnikiem FC Barcelona. Nie wydały mi się trafne o tyle, że akurat czołowi rozgrywający Barcy Xavi i Andres Iniesta należą do największych chucher w świecie futbolu, a brak centymetrów nie przeszkadza im na boisku wcielać się w rolę prawdziwych czarodziejów. Okazało się, że Radek już od dawna wybiera się, żeby obejrzeć na żywo w jaki sposób właśnie ci dwaj panowie rekompensują sobie słabe warunki fizyczne. Miał już nawet bilety na Gran Derby z Realem Madryt, ale kontuzja kolana zmusiła go do zmiany planów. Dodał wszakże, że nie oglądając się na mistrzów Europu zamierza wzmocnić się na siłowni.

 

I na koniec muszę mu oddać sprawiedliwość, bo w jednym z wpisów na blogu, za „Magazynem Sportowym” wypominałem mu lenistwo i niechęć do zostawania po treningach i indywidualnych ćwiczeń, np. rzutów wolnych, jak to przez tyle lat nieprzerwanie robi Alessandro del Piero. Radek zaprzeczył, by mu się nie chciało poprawiać umiejętności i zapewnił, że zostaje po treningach jak w czasach juniorskich w Zniczu Pruszków, gdzie jego nauczyciel WF Artur Kalinowski do dziś stawia go swoim uczniom za wzór i opowiada jak Radek, kończąc szkołę o 13, szedł na boczne boisko Znicza, brał kilkanaście piłek i przez trzy godziny do treningu żonglował, dośrodkowywał, strzelał... Trzymamy za słowo.

 

 

 

Skoro już zareklamowałem własny program, to jeszcze zareklamuję fajny wpis na blogu Mundialeiro, który wpadł mi ostatnio w oko (także muzycznie, muza wraca) poświęcony Tomaszowi Stolpie. Też nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, a okazuje się, że to kto wie czy nie największy globtrotter z polskich piłkarzy. Który po występach w ligach norweskiej, belgijskiej, szwedzkiej i islandzkiej przenosi się właśnie do dziesiątej drużyny ligi... azerskiej - FK Qäbäla! Przejście z islandzkiego Grundavik do leżącej pod chińską granicą Kabali wygląda mi na największy hit transferowy w historii polskiego futbolu pod względem geograficznym, bijącym na głowę przenosiny Polaków do amerykanskiej MLS a nawet Tomasza Frankowskiego do Nagoi Grampus Eight!

Właśnie mi się wyguglało, że o Stolpie pisze także z równie wielkim uznaniem zCzuba, które cytuje przy tym Paolo Coelho. Autor Mundialeiro cytował zaś Zbigniewa Herberta i już tylko za to Tomkowi Stolpie wielka cześć i chwała;-)

 

Tomek i jego nowi koledzy 

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

17:20, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (18) »
wtorek, 20 stycznia 2009

 

No i proszę, wbrew woli klubu, łasego na 120 mln euro, wbrew naciskom najbliższej rodziny, Kaka postanowił odrzucić bajeczną ofertę szejków z Manchesteru City i pozostać Milanie. Wygląda na to, że najgorzej wyszło na tym City, które straciło jedyny prestiż jaki miało: drużyny, która za pieniądze może sobie kupić kogokolwiek. I zostało nie tylko bez Kaki, ale i bez... Robinho. Brazylijski napastnik opuścił Teneryfę, gdzie wraz z kolegami przygotowywał się do dalszej części sezonu i udał się do ojczyzny. Pewnie zaraz wróci, ale pokazał przy okazji jaki ma stosunek do klubu.

 

Kaka mówi, że zostaje tam, gdzie jest jego serce co zasługuje na wielkie uznanie, choć oczywiście znalazły się niedowiarki, które uważają, że Brazylijczyk tylko się przyczaił i latem odejdzie do... Realu Madryt. Pisałem już wcześniej, że Kaka ma być główną obietnicą byłego prezesa „Królewskich” Florentino Pereza, która pozwoli mu wrócić na stanowisko. Okazuje się bowiem, że kibice Realu chętniej widzieliby Kakę niż Cristiano Ronaldo (a może jednak starczy na obu?).

 

Z tej tragicznej Odysei transferowej zapamiętam jeden świetny cytat. David Beckham, który martwiąc się, że straci tak wspaniałego kolegę napominał go publicznie, że piłkarz nie powinien kierować się w karierze wyłącznie pieniędzmi, bo w futbolu chodzi o coś więcej. Bardziej niż nawet największe pieniądze liczy się gra dla wielkiego klubu, u boku wielkich piłkarzy, możliwość zdobywania trofeów i odnoszenie sukcesów... - powiedział Beckham, który odszedł z Realu Madryt do LA Galaxy, by w amerykańskim klubie zarobić w pięć lat 250 mln dolarów! Ale może rzeczywiście on wie najlepiej jak to jest i nie chce, żeby Kaka szedł tą samą drogą...

 

 

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

15:07, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 19 stycznia 2009

 

... i słucha uważnie co trener Arsenalu ma mu do powiedzenia. To właśnie od prywatnej rozmowy z Francuzem trener Śląska Wrocław uzależniał wyjazd na krótki staż do londyńskiego klubu. Arsene Wenger poświęcił mu ponad półtorej godziny, co budzi uznanie. Pewnie aż tyle, bo mogli pogadać po francusku, a może nawet Wenger pamięta Ryszarda Tarasiewicza z czasów gdy prowadził AS Monaco, a Polak występował w Nancy. Ta wizyta niezmiernie mnie cieszy, bo uczyć się trzeba od najlepszych, polscy trenerzy zbyt rzadko patrzą najlepszym na ręce z tak bliska, nie wspominając o rozmowach. Pamietam, że kiedy do Barcelony pojechał Jacek Zieliński (ten z Legii), pozwolono mu tylko popatrzeć jak Ronaldinho, Messi, Iniesta i Deco grają w dziadka, ale zamiast z Frankiem Rijkaardem pogadał tylko z jego sekretarką.

 

Niestety wiedza z jaką trener Śląska wrócił z Londynu nie powala na kolana. - Przede wszystkim interesowało mnie na jakich zasadach Wenger funkcjonuje w klubie. Teraz wiem, że jest tam bossem pełna gębą. Decyduje o wszystkim - opowiada na wstępie rozmowy z „Przeglądem Sportowym”.

 

Interesuje go absolutnie wszystko co może mieć wpływ na postawę zawodników. Choć muszę przyznać, że metody treningowe ma podobne do polskich. We wtorek i środę Kanonierzy pracowali nad wytrzymałością i mocą. W czwartek mieli trening regeneracyjny poświęcony przede wszystkim koordynacji ruchowej, a w piątek już takie typowe przedmeczowe zajęcia jak ćwiczenie stałych fragmentów gry. Już wtedy było wiadomo kto wybiegnie w podstawowym składzie, choć Wenger nigdy nie podaje wyjściowej jedenastki dzień przed meczem. Także dietę zarządza podobną do tej, jaką ja stosuję w Śląsku. Gotowane mięso, dużo ryżu, jarzyn - opowiada Tarasiewicz.

Pytany o to, gdzie dostrzegł największe różnice między naszą ligą, a Premier League, odpowiada, że w zapleczu treningowym. - W Arsenalu mają 10 boisk, z czego jedno jest podgrzewane. Do tego do dyspozycji jest hala z pełnowymiarowym boiskiem ze sztuczną nawierzchnią. Najbardziej zaskoczyło mnie, że wszystkie grupy trenują o jednej godzinie. Masażyści informują Wengera kto jest kontuzjowany i wtedy do zajęć z pierwszym zespołem dobierani są zawodnicy z akademii. W ośrodku treningowym szatnie rozmieszczone są po jednej stronie wzdłuż bardzo długiego korytarza. Najpierw jest ta dla najmłodszych, potem trochę starszych, a na końcu dla pierwszego zespołu. To ma dla zawodników znaczenie symboliczne i jest znakomitym bodźcem do pracy nad sobą. W stołówce młodzi gracze widzą jedzących piłkarzy pierwszej drużyny, ale nie mogą z nimi siąść przy stoliku. To niby małe rzeczy ale istotne. Zawodnik widzi co jeszcze może osiągnąć i czuje się dowartościowany.

 

Zdziwiło mnie, że zawodnicy po meczu dostają aż dwa dni wolnego. Zapytałem Wengera czy jest w tym wypadku w stanie upilnować zawodników. Wyjaśnił, że jeśli chodzi o wagę, to zawodnicy sami się kontrolują i nigdy nie miał z tym problemu. Na pytanie o pozasportowe wyskoki, odpowiedział, że piłkarz jak chce to i tak cię oszuka.

Interesowało mnie jak często Wenger schodzi do szatni i czy zawodnik może z nim porozmawiać kiedy chce. Odparł, że może przyjść do niego zawsze (...) Powiedział też że sam decyduje o składzie, oczywiście po konsultacjach z asystentami, ale czasem denerwują go ludzie, którzy przychodzą z błahymi sprawami w czasie gdy on myśli już tylko o spotkaniu. Podczas naszej rozmowy miało miejsce takie zdarzenie. Przyszedł człowiek i mówił, że trzeba byłoby kupić lepszą kosiarkę.

 

(...) Wenger dodał, że najważniejsza dla niego jest ciągłość pracy i niezależność. Przez 13 lat pobytu w Arsenalu nie zdarzyło się, żeby właściciel czy prezes przyszedł do szatni. Właśnie dlatego został w tym klubie, choć miał propozycje z Barcelony czy Realu Madryt. Podoba mu się, że sam zarówno nadzoruje treningi jak i kreuje politykę transferową (...)

Przyznam, że nie wiedziałem wcześniej o tych szatniach, których ustawienie rzeczywiście jest zgrabnym pomysłem (ile szatni jeszcze mi brakuje do poziomu Thierry'ego Henry'ego?;-) To rzecz absolutnie do skopiowania, tylko czy w polskich klubach znajdą się takie długie korytarze? Wejście człowieka od kosiarki też urocze, i do tego rodzi pytanie czy przypadkiem Wenger nie bierze sobie na głowę zbyt wielu spraw i stąd niektóre błędne decyzje? Z drugiej strony skoro Jose Mourinho decyduje nawet o wysokości trawy na boiskach treningowych Interu co do milimetra... Niemniej większość pozostałych wiadomości można było wyczytać w wywiadach z Francuzem. I właśnie odnoszę wrażenie jakby Tarasiewicz zamiast obyć staż, zrobił przez te półtorej godziny kolejny, bardzo ciekawy wywiad z Wengerem. Sam bym tak chciał!

 

Ale może niepotrzebnie się czepiam. Może obaj panowie rozmawiali jednak także i o warsztacie Wengera, technicznych aspektach jego treningów i filozofii futbolowej, ale dziennikarz o to nie zapytał, więc Tarasiewicz nie opowiedział. A Śląsk wsparty kilkoma mądrymi rozwiązaniami zaskoczy nas już w pierwszym meczu na wiosnę...

 

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

sobota, 17 stycznia 2009


Wszystko wskazuje na to, że ?transfer stulecia? za chwilę zostanie domknięty. Właściciel Milanu, Silvio Berlusconi nie mówi kategorycznie ?nie?, tylko zastrzega że wszystko zależy od Kaki. Kaka niby chce się zestarzeć na San Siro i zostać kiedyś kapitanem drużyny, ale jednocześnie nie mówi kategorycznie ?nie? tylko zastrzega, że wszystko zależy od Milanu. A jednocześnie wysyła do Manchesteru swego ojca, Bosco, który stawia szejkom szejkowie konkretne warunki:

 

1. najważniejszy z szejków Mansour Bin Zayed Al Nahyan zostanie właścicielem klubu i będzie kontynuował swoje inwestycje

2. Manchester City ma dwa lata na zagwarantowanie sobie miejsca w Lidze Mistrzów

3. Robinho nie zostanie sprzedany

4. Przedstawiciele Kaki zachowają prawa do wizerunku piłkarza

 

Jeśli nawet do transferu w końcu nie dojdzie, oferta szejków z Abu Dhabi była jak najbardziej konkretna. 100 mln funtów za piłkarza dla Milanu, a dla zawodnika pensja 15 milionów funtów za sezon. I stąd pytanie: czy Kaka jest wart takich pieniędzy? Nie wiem czy może być na nie właściwa odpowiedź, bo przecież piłkarz jest wart tyle ile klub jest gotów za niego zapłacić. Kto bogatemu zabroni? Kaka na pewno jest na tyle świetnym zawodnikiem, by pobić za niego rekord transferowy, ustanowiony przez Zinedine Zidane'a. Ale czy realnie wart jest tych 100 milionów? Nie wiem czy jakiś rzeczoznawca byłby w stanie wycenić wartość Kaki, biorąc pod uwagę jego piłkarskie umiejętności na boisku i marketingowe poza nim. City z nim w składzie na pewno stanie się o wiele lepszym klubem, grającym w pucharach, może nawet Lidze Mistrzów, gdzie się zarabia poważne pieniądze. I na pewno też sprzeda mnóstwo jasnoniebieskich koszulek. Ale czy zainwestowane pieniądze kiedykolwiek się zwrócą? Wątpliwe.


Zwłaszcza, że wiodący spokojny tryb życia domatora, wiernego męża i dobrego ojca Brazylijczyk, deklarujący publicznie przywiązanie do Boga, nie będzie łakomym kąskiem dla angielskich brukowców, i nie ma mowy, by podsycał zainteresowanie swoją osobą udziałem w przeróżnych skandalach jak w swoim czasie David Beckham, a ostatnio Wayne Rooney czy Cristiano Ronaldo. A i forma sportowa Kaki będzie przecież ulegać wahaniom (zwłaszcza z dala od analityków z Milanello). Trzy sezony temu władze Chelsea chciały bić transferowe rekordy za Ronaldinho, w ubiegłym musieli się cieszyć, że nie wydali tych pieniędzy. A Wam jak się wydaje?


Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

09:22, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (18) »
piątek, 16 stycznia 2009


Prezydent Realu Madryt to wśród prezesów wszystkich klubów piłkarskich ktoś niemal jak prezydent Stanów Zjednoczonych. I niczym prezydent Richard Nixon po ujawnieniu afery Watergate, Ramón Calderón rezygnuje ze stanowiska pod wpływem lokalnych szachrajstw, które miały mu zapewnić przetrwanie. "Marca" ujawniła, że zmanipulował wyniki głosowań podczas niedawnego Walnego Zgromadzenia, dzięki czemu utrzymał się u władzy.


Spotyka go zasłużona kara i ciekaw jestem czy ktokolwiek z kibiców "królewskiego klubu" żałuje odejścia prezesa. Który wpradzie odzyskał i utrzymał dla Realu mistrzostwo Hiszpanii, ale ma też na koncie pasmo gorzkich  niepowodzeń w Lidze Mistrzów, kilka trafionych, ale i kilka nietrafionych, przepłąconych transferów, no i ostatnią wpadkę z kupieniem dwóch zawodników, z których tylko jednego da się zgłosić do Champions League.


Chwilowo jego miejsce zajmie dotychczasowy wiceprezes, Vicente Boluda. Ale do spektakularnego powrotu szykuje się... Florentino Pérez, twórca idei galacticos, która tak zachwycała nim boleśnie się wypaliła. Nie bez powodu "Marca" pisząc o planach byłego prezesa "Królewskich" zamieściła jego zdjęcia z Zinedine'em Zidane'em i Ronaldo. A plany Péreza, twierdzącego, że odniósł surowa lekcje na minionych błędach są wielkie. I jakże konkretne!

Otóż
wg "La Gazzetta dello Sport" obietnicą wyborczą prezesa w kampanii, która ma go wynieść na urząd, tak jak poprzednio zrobił to Luis Figo, ma być nie-kto-inny jak... Kaká.Tenże sam, który chciałby zestarzeć się w Milanie i zostać kiedyś jego kapitanem, ale nie przeszkadza mu to słać ojca do Manchesteru na negocjacje z szejkami City. Cena jest ustalona (czy Kaka wart jest 100 mln zastanawiam się w poprzednim wpisie) i nie wątpię, że Perez znalazłby w kasie takie pieniądze. Tylko czy oznaczać to będzie powrót do filozofii jeden galaktyczny zawodnik w roku i uzupełnienia z akademii, czy też wysupła drugie tyle na Cristiano Ronaldo. Bo ponoć Portugalczyk jest już tak pewny gry w Realu, że zarejestrował już nawet znak firmowy CR9, bo z takim numerem miałby grać na Bernabeu (z 7 gra wszak nieśmiertelny i nietykalny Raul i już David Beckham musiał sobie wykombinować nową numerację).


I co? Tak się to skończy? ;-)


Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!




09:44, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (13) »
środa, 14 stycznia 2009

Właściciel Napoli, Aurelio de Laurentis namawiał go jak mógł, stawał na głowie jakby kusił co najmniej Kakę. Tomasz Jodłowiec długo się opierał, ale w końcu uległ. Negocjacje zakończone i dziś wreszcie obrońca Polonii podpisał kontrakt z włoskimi działaczami, którzy osobiście pofatygowali się do Warszawy, a nie słali strony faksem. Wg portalu sportowefakty.pl, który pierwszy wyczaił dopięcie transferu, Napoli zapłaci Polonii za młodego obrońcę reprezentacji Polski 1,5 miliona euro.

I są bardzo zadowoleni, bo pewni, że wartość Polaka rychło wzrośnie. Zapewne po zapewnieniach Zbigniewa Bońka, który rozreklamował rodaka nad Tybrem jako kogoś kto w przyszłości może stać obrońcą na miarę Fabio Cannavaro (!), kto wie czy nie najlepszego wychowanka w historii Napoli. „La Gazzetta dello Sport" pisała, że „sprowadzenie i to jeszcze tej zimy 23-letniego Polaka jest należy do priorytetów transferowych klubu, którego aspiracje sięgają odzyskania pozycji z lat 80, gdy Napoli - wówczas z Diego Maradoną w składzie - zdobywało nawet mistrzostwo kraju”. Jodłowiec stanie się ósmym Polakiem w historii Serie A i też jest chyba w siódmym niebie. Po pierwsze tak jak chciał dołączy do nowego klubu dopiero po zakończeniu sezonu (być może z tytułem mistrza Polski na koncie). A też i jego pensja ma ponoć wzrosnąć dziesięciokrotnie.

 

Wiadomość o tym dostałem, gdy właśnie brałem się do pisania o innej propozycji dla Jodłowca, która nadeszła z Premier League, z Sunderlandu. Właśnie miałem napisać, że Premier League to właściwy wybór, do gry w niej Jodłowiec powinien aspirować, ale nie teraz. Teraz najlepszym dla niego wyborem jest właśnie Napoli. Bo uważam, że pod niebem Italii lepiej dojrzeje, stanie się lepszym piłkarzem niż na chmurnej północy Anglii. I dlatego, że to Włosi są bardziej zdeterminowani, żeby pozyskać Polaka, obserwowali go ponad roku, a i bardzo stawiają w klubie na utalentowaną młodzież. Sunderland zajmuje w tabeli wprawdzie 13. miejsce ale do końca będzie walczył o utrzymanie. Nie potrzebuje zdolnej młodzieży, ale dobrych piłkarzy, którzy mu w utrzymaniu pomogą. Natychmiast i z miejsca, a nie za kilka miesięcy. Ale szczęśliwie okazało się, że Tomek ma równie rozsądnych doradców. Arrivederci Polonia! Ciao Italia!

 

 

  Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

 

 

17:04, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (20) »
wtorek, 13 stycznia 2009

 

Fantastyczna jest nowa reklama Nike LoveHate poświecona Cristiano Ronaldo, laureata wszystkich już tytułów dla najlepszego piłkarza roku w Anglii, Europie, na świecie. Prosty pomysł, a jak kapitalnie wyszedł. Poprzednia reklamówka, w której zresztą też wziął udział, nakręcona przez Guy'a Ritchie Guy Ritchie Nike Football Next Level była o niebo bardziej wyrafinowana, pomysłowa i fajna do oglądania, ale ta nowa jest za to bardziej prawdziwa. Ciężko bowiem znaleźć dziś kogoś obojętnego wobec CR7. Skrajne postawy uwielbienia albo totalnej odmowy mu posiadania choćby krzty talentu, nazywana płaczkiem, nurkiem i maminsynkiem mogłem obserwować choćby tu na blogu. Kochacie czy nienawidzicie, ważne, że mało kto jest obojętny.

„Your love makes me strong. Your hate makes unstoppable” - odpowiada na to Portugalczyk. Dla mnie mimo kiepskiego Euro 2008 to zaprawdę był najlepszy piłkarz ubiegłego roku. Być może ten będzie należał do Leo Messiego albo Arjena Robbena, jeśli utrzyma formę z ostatnich tygodni. Albo Zlatana Ibrahimovića, stymulowanego przez Jose Mourinho. Ten należał do Ronaldo, bez którego - przyznajmy szczerze - Manchester United nie obroniłby tytułu mistrza Anglii i nie wygrał Ligi Mistrzów.

Ciekawe czy przypadkiem za rok rzesze kochających Portugalczyka nie zamienią się na pozycje z nienawidzącymi go. Przynajmniej tych wśród kibiców MU i Realu Madryt. Angielskie media donoszą (w tym tak poważne jak Sky Sports), że Portugalczyk zawarł tajny układ z mistrzami Hiszpanii i odejdzie tam w czerwcu. MU zgodzi się na to, bo władze Realu podwyższyły cenę do 105 mln funtów (poprzednia oferta wynosiła 77 mln)! Będzie zarabiał 11 mln funtow rocznie (czyli 210 tys. tygodniowo przy 120 tys. jakie zarabia obecnie). media podają nawet prowizję jego agenta, Jorge Mendesa, który za doprowadzenie do transferu skasuje 7.25 mln.

Przejdzie, nie przejdzie, rzesze miłośników (wśrod niech jest m.in. Leo Beenhakker, który w niedawnym wywiadzie przekonywał mnie, że nie ma zawodnika, który miałby większy wpływ na grę drużyny niż  Portugalczyk) i rzesze nienawistników (w tym obrażonych upokażającymi dryblingami rywali) na pewno wzrosną.

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

 

15:38, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 12 stycznia 2009



„Blues target Polish ace" - Chelsea poluje na polskiego asa! - pisały już kilka dni temu brytyjskie portale, ale od razu dodają, że finalistom Ligi Mistrzów nie będzie łatwo go zdobyć, bo „młodą polską gwiazdką (Brescia starlet) zainteresowany jest też Real Madryt”. Brzmi to fantastycznie, ale o kogo chodzi? Dzisiejszy Super Express" wyjaśnia, że o 18-letniego pomocnika drugoligowej włoskiej Brescii, Bartosza Salamona.

 

Salamon, środkowy pomocnik, mający aż 193 cm wzrostu to wychowanek Concordi Murowana Goślina, który w latach 2005-07 był juniorem Lecha Poznań, aż trafił do drugoligowej Brescii, dziś walczącej o powrót do Serie A. W pierwszym zespole zadebiutował, mając zaledwie 17 lat i 2 dni. - W tej rundzie powinien mieć już pewne miejsce w pierwszym składzie. Chłopak z rocznika 1991! Wyobrażacie sobie? Jest tak utalentowany, że jeśli nie stanie się nic złego, to za kilka lat zagra w wielkim klubie - zachwyca się szef skautingu włoskiego klubu, Leonardo Mantovani, w przeszłości odkrywca m.in. Kaki, Lassany Diarry, Stephena Appiah i Marka Hamsika. I właśnie do młodego Słowaka z Napoli przyrównują Salamona Włosi. Mam nadzieję, że nie tylko dlatego, że mieszka w ośrodku Brescii w tym samym pokoju co wcześniej Hamsik.

 

Mantovani twierdzi, że Polak przypomina mu brazylijskiego pomocnika Sokratesa. Z kolei sam zawodnik mówi „SE”, że podczas niedawnego stażu na Wyspach w słynącym z wychowanków West Hamie usłyszał, że iż stylem gry przypomina Michaela Carricka z Manchesteru United. Do WHU trafił na żądanie innego słynnego włoskiego skauta, w przeszłości współpracownika Brescii Gianluki Naniego (wynalazł m.in. Andreę Pirlo i Lukę Toniego) dziś dyrektora technicznego „Młotów”.  Jednak wg portalu clubcall.com WHU nie było stać na Polaka (ciekawe ile zażądali Włosi?) zainteresowałą się nim za to Chelsea.

Najlepszy w tym wszystkim jest spokój z jakim podchodzi do sprawy Salamon. Nie podpala się zainteresowaniem wielkich klubów. - Real? Był taki temat. Dostałem kilka telefonów od menedżerów namawiających mnie na transfer do Madrytu. Brzmi, jakby mówił to jakiś Zlatan albo Cristiano. I dobrze. Moim zdaniem Bartosz najlepiej zrobiłby zostając w Brescii, gdzie na niego chuchają i dmuchają, żeby wychować na jak najlepszego piłkarza, a wtedy jak najlepiej sprzedać. O wiele lepiej niż Hamsika, który odszedł za marne 5,5 mln euro. Zmiana klubu na wielki, wiążąca się ze zmianą ligi, języka, całej kultury, mogłaby mu tylko zaszkodzić. Zwłaszcza, że jak pokazuje przykład Realu, kiepsko się tam poznają ostatnio na młodych talentach z Castilli (jak Juan Mata, David Moreno czy Alvaro Negredo), Chelsea to nie jest zaś w tym momencie dobry klub dla młodych ludzi. A wychowankowie Brescii też potrafią dojść do czegoś w karierze...






Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!


14:14, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie