czwartek, 31 stycznia 2008

 

Ponowne zaproszenie Grzegorza Rasiaka do Premier League to trochę jak kolejna szansa Andrzeja Gołoty walki o mistrzostwo świata. Oto na zawodnika, w którego umiejętności, łagodnie mówiąc, wierzymy średnio (już nawet nie wspominam o rzeszach dla których obaj panowie stanowią jedynie przedmiot drwin i mniej lub bardziej wyrafinowanych dowcipów) ktoś jednak stawia. Ktoś wierzy w niego, jego umiejętności i daje mu kolejną wielką szansę. Tym kimś jak zwykle są cudzoziemscy fachowcy. A nam z powodu naszej małej wiary - łyso.

 

Na Rasiaka dwukrotnie stawiał George Burley (dziś trener Szkocji) najpierw w Derby, a potem Southampton i się nie zawiódł. Wprawdzie kluby nie wywalczyły awansu do Premier League ale Polak zdobył seriami gole (dla Świętych w dwa sezony 33 gole!). Teraz stawia wcale nie gorszy fachowiec, Gary Megson, który mówi, że Polak to dokładnie taki zawodnik jakiego szukał. - To wysoki, silny napastnik, który wie jak się ustawić w polu karnym. Dzięki niemu będziemy mieli szerszy skład i więcej opcji w ataku - scharakteryzował Rasiak. Wykazuje przy tym realizm: nie rozpływa się nad techniką czy dryblingiem Polaka. Ani nie spala go, oczekując, że zastąpi w Boltonie Nicholasa Anelkę, który odszedł do Chelsea.

 

 

No tak, ale Rasiak musi jeszcze tę szansę wykorzystać. 15 lat minęło odkąd ostatni Polak (Robert Warzycha, nie dziwię się, że młodsi czytelnicy są kompletnie „bez filmu”) strzelił gola w Premier League. Rasiak musi natychmiast przełamać to fatum. I nie tylko dla nas, których zżera zazdrość, że w lidze angielskiej gole strzelają piłkarze z nawet najbardziej egzotycznych piłkarsko nacji, tylko nie nasi rodacy. Musi to zrobić jak najszybciej przede wszystkim dla siebie, żeby jego kariera w Premiership nie okazała się podobnym meteorem jak pobyt w Tottenhamie (8 meczu, ani jednego gola i ponowne „zesłanie” do drugiej ligi).

 

Kto wie jak skończyłaby przygoda Rasiaka z Tottenhamem gdyby w debiucie z Liverpoolem sędzia uznał mu gola, z tego co pamiętam strzelonego jak najbardziej prawidłowo. Być może to tamta krzywda w jakiś sposób zblokowała Rasiaka. Teraz jest niepowtarzalna okazja. Anelka odszedł, El Hadji Diouf jest na Pucharze Narodów Afryki (tylko jak długo jeszcze?). Zresztą Senegalczyk ma na koncie tylko 4 gole, podobnie jak inny najlepszy strzelec „Kłusaków” Kevin Nolan.

 

Jeśli Rasiak chce przebić się do składu na stałe, musi ich przeskoczyć. Nie jest mission:impissible. Najlepiej jakby zaczął od sobotniego debiutu przeciwko Reading na Madejski Stadium. Wierze, że może mu się udać. Szanse ma większe niż w Tottenhamie, który walczył o Ligę Mistrzów, a Rasiak musiał rywalizować z Robbie Keanem, Jermainem Defoe i Hassanem Mido (który wrócił z Pucharu Narodów Afryki w glorii zwycięzcy).

 

- Życzę Southampton awansu do Premiership. Ja na razie zostałem wypożyczony. Jeśli jednak będę grał dobrze i strzelał gole, to kto wie, co stanie się wiosną - komentuje sam Rasiak. No właśnie, żeby tylko przypadkiem wiosną nie okazało się, że jego zespoły zamieniły się ligami. Southampton awans raczej nie grozi. Ale Bolton tuż, tuż przed strefą spadkową.

 

Powodzenia panie Grzegorzu! A wy, dowcipnisie, niedowiarki, łyso wam, że wcale nie zmienił klubu na Nottingham Forest!;-)

 

 

 

22:00, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (37) »
środa, 30 stycznia 2008

Podczas pierwszej odprawy na zgrupowaniu na Cyprze Leo Beenhakker udzielił naszym ligowcom cudownej lekcji futbolu. Zwrócił się do nich w pełnym pasji i mocnych słów monologu, jakby za chwilę miał się rozpocząć finał mistrzostw świata (cytuję za „Przeglądem Sportowym”): - Myślicie, że inni są lepsi? Nie, po prostu lepiej robią pewne rzeczy. Wiedzą, kiedy zagrać krótką piłkę, kiedy długą. Kiedy mocniej, kiedy lżej. Kiedy górą, kiedy dołem. Te elementy, wszystkie razem, to dążenie do perfekcji. Miejmy nadzieję, że któregoś dnia w waszych głowach będzie to coś, co zbliży was do perfekcji - tu Leo wzniósł ręce do nieba.

- W futbolu nie chodzi o te wszystkie głupie rzeczy poza boiskiem, to całe bla bla bla. Jeśli ktoś tak myśli, może zabrać swoje rzeczy i wsiadać z powrotem do samolotu. Futbol jest tutaj - Beenhakker pokazał na murawę. - Futbol to wygrywanie. Grajcie, żeby zwyciężyć. Kiedy popełniacie na boisku błąd, wyciągajcie z niego wnioski. Dojście do tego jest dużym krokiem do przodu - przemawiał podniesionym głosem z surową miną.

Zapanowała cisza. Piłkarze w skupieniu patrzyli na selekcjonera. Ten, żeby rozładować nieco atmosferę, po przyjacielsku objął ramieniem Radosława Majewskiego, uśmiechnął się i powiedział: - Wystarczy już, kończymy.

Oto magia Beenhakkera. Po takim wstępie, jeśli któryś z ligowców cierpiał na kompleksy wobec kolegów z lepszych, zagranicznych klubów, Holender je uleczył. Jeśli nie wierzył w siebie i zastanawiał, co właściwie tu robi, teraz na każdym treningu, sparingu da z siebie wszystko. Nie wiem ilu z nich trafi na stałe do kadry, ale jestem pewien, że każdy z tych zawodników zacznie teraz inaczej patrzeć na swoją karierę, własne umiejętności i możliwości. Jaka szkoda, że Beenhakkera mamy w Polsce tylko jednego a nie ze czterdziestu.

I nie miłe zderzenie z „polską myślą szkoleniową”, choć może to niewłaściwie stwierdzenie, bo Henryk Kasperczak trenersko wykształcił się przecież we Francji. Złożył dymisję z funkcji trenera Senegalu w środku Pucharu Narodów Afryk. Porzucił drużynę przed decydującym starciem o wyjście za grupy, z własnej i nieprzymuszonej woli, bo jak zapewnia w wywiadach, w przegranym meczu z Angolą (1:3) jego piłkarze grali tak źle, że „nie mogłem już na to patrzeć. Najchętniej zapadłbym się pod ziemię ze wstydu. Przyjechałem tu po medal, a teraz możemy nie wyjść z grupy” - powiedział w wywiadzie dla „Życia Warszawy”. - Ale jeszcze możecie wyjść z grupy, jeszcze możecie nawet wygrać cały turniej! - chciałoby się krzyknąć Kasperczakowi, gdyby nie informacja o posadzie, czekającej na niego w St. Etienne.

Po przegranym meczu Kasperczak oświadczył swoim piłkarzom: „Panowie, zawiedliście mnie, to koniec. Po prostu już nie chcę z wami pracować" - relacjonuje sam trener. Teraz wyobraźmy sobie, że identycznie postępuje Beenhakker po przegranym 1:3 meczu z Finalndią. Przecież i jego zawodnicy potwornie wtedy zawiedli, czemu więc nie ogłosić, że „przyjechałem tu po awans, a teraz możemy nie wyjść z grupy” i zabrać z piaskownicy zabawki. Ale zamiast rzucić piłkarzom „nie chce mi się z wami gadać” w stylu Lindy, choć miał tylko trzy dni do kolejnego meczu z Serbią, wolał ich zmotywować, bo przecież na nic innego nie było czasu. I ani słowem nie skrytykował swoich zawodników, tak jak teraz robi Kasperczak.

Bardzo spodobało mi się ostatnio stwierdzenie Andrzeja Wajdy na wieść o nominacji do Oskara iż: „nie jest wykluczone, że jednak umiem robić filmy”. Zastawiam się, czy przypadkiem nie jest wykluczone, że Henryk Kasperczak jednak nie jest dobrym trenerem? Nabrałem podejrzeń kiedy wywiadzie przed rozpoczęciem Pucharu Narodów Afryki zapewniał mnie, że poziom drużyn tak bardzo się wyrównał, że większość meczów będzie się kończyć wynikiem 1:0. Okazało się tymczasem, że pada rekordowa liczba goli (średnio 3,2 na mecz).

Czytałem, że w Senegalu za współwinnych porażki z Angolą kibice uznali swoich czarowników. Bo nie umieli załatwić sprawy. Uradzili wprawdzie, że będzie 3:1, ale wynik był w przeciwną stronę. A mi się wydaje, że zabrakło im takiego maga na ławce trenerskiej, jakiego szczęsliwie ma reprezentacja Polski...

14:30, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008

Właśnie ruszył Torneo di Viareggio zwany też Coppa Carnevale, czyli Pucharem Karnawałowym, bo już od 60 lat rozpoczyna się w poniedziałek po Karnawałowej Niedzieli i trwa trzy tygodnie do 11 lutego. To jeden z najstarszych (rozgrywany od 1948 roku) i najbardziej prestiżowych turniejów młodzieżowych świata. Dla zawodników, którzy nie skończyli 21 roku życia (w tym roku dla urodzonych między 1 stycznia 1988 roku a 31 grudnia 1992 roku plus dwaj piłkarze urodzeni w 1987 roku), choć pamiętam, że w swoim czasie gole na Stadio Pini Torquato Bresciani zdobyła zaledwie 15-letni Stefano Okaka Chuka.

 

 

Turniej we Viareggio odkrył dla futbolu takie gwiazdy jak m.in. Sandro Mazzola, Roberto Bettega, Franco Baresi, Alessandro Del Piero, Gabriel Batistuta, Andrea Pirlo czy Francesco Totti.

 

W Toskanii zagra 48 drużyn młodzieżowych. Oprócz czołowych włoskich klubów jak Inter Mediolan, Juventus Turyn, Lazio, AC Milan, Parma czy Fiorentina do rozgrywek zaproszono aż 19 zespołów z innych krajów. Są i uznane europejskie firmy, od lat słynące z akademii piłkarskich jak Anderlecht Bruksela, Tottenham, Sparta Praga czy argentyński River Plate. Są mający hopla na punkcie szkolenia młodzieży Amerykanie (New York/New Jersey Metro Stars). Są i nuworysze jak Szachtar Donieck i Spartak Moskwa, którzy mimo oligarchicznych pieniędzy w lot pojęli jak ważne jest szkolenie młodzieży.

 

Senegal 

 

Ale jest i węgierski Ujpest, Belasica Strumica (Macedonia), Interblock Lubjana (Słowenia), A.S. De Camberene (Senegal), International Allies (Ghana), Club Guarani (Paragwaj), a nawet tak egzotyczne jak Leichardt Tigers (Australia), Malaysian Indian (Malezja) i Pachtakor (Uzbekistan).

 

A Polska? Finalista Euro 2008? Naszego klubu tam nie ma. Czy z braku odpowiednich kontaktów (z regulaminu wynika, że do wzięcia udziału w turnieju wystarczy przesłanie Włoskiej Federacji Piłkarskiej (FIGC) zgody  od władz własnej ligi), czy z braku drużyn na odpowiednim poziomie. Nie wiem, ale wielka szkoda.

Polska ma za to Młodą Ekstraklasę. I Leo Beenhakkera, który od czasu do czasu kogoś wypatrzy. Później tylko żałuje w wywiadach, że musi 20-paro-latkom tłumaczyć rzeczy znane holenderskim nastolatkom. A my dziwimy się, że nasi zawodnicy do walki o Ligę Mistrzów wychodzą na miękkich nogi. Skąd mają wiedzieć, że zawodnicy Interu, Barcelony, Valencii, Panathinaikosu to takie same chłopaki jak oni.

 

 

20:33, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 21 stycznia 2008
 

Nawet jeśli Agnieszka Radwańska nie wygra tego Australian Open, to wszystko wskazuje, że jest na najlepszej drodze by wygrać przyszłoroczny czy któryś inny turniej wielkoszlemowy. Robi niesamowite postępy, a najważniejsze, że niczego ani nikogo się nie boi. Cieszę się tym bardziej, że przed Świętami osobiście życzyłem jej tego sukcesu. Nagrywaliśmy program na hali w pewnej jednostce wojskowej w Krakowie, gdzie trenowała. Spokojnie zapewniała, że nowy rok na pewno będzie dla niej jeszcze lepszy niż miniony. Że znów pokona kilka dziewczyn z czołówki jak Marię Szarapową na US Open, że awansuje w rankingu. Bo ma wewnętrzne przekonanie, że jest na dobrej drodze. Bardziej od kariery zajmował ją jednak wówczas kurs prawa jazdy. Na wywiad przybiegła prosto z jazdy, a w Krakowie padał wtedy śnieg...

 

Znamienne, że młoda Krakowianka wspina się na szczyt w momencie gdy schodzi z niego powoli Adam Małysz, od 2001 roku „król polskiego sportu” i niezaprzeczalny idol wszystkich idoli. Oczywiście nie przesądzam, że Adam już na ten szczyt nie wróci. Podnosił się już z gorszych spadków formy, może tak będzie i teraz, a raczej w przyszłym sezonie. Ciekaw jestem jednak czy kiedy jego cudowne skakanie definitywnie się skończy, a Radwańska zacznie regularnie wygrywać turnieje, wejdzie światowej „10”, a jej nazwisko będzie znała co druga nastolatka na świecie, czy przyćmi w Polsce popularnością Małysza? A radwańskomania wyprze małyszomanię?

 

Nie chce mi się w to wierzyć. Owszem, zgadzam się z Wojciechem Fibakiem, że najbardziej rozpoznawalni w świecie polscy sportowcy to teraz Robert Kubica i właśnie Radwańska. Istotnie „można o nich przeczytać w Buenos Aires, Tokio, Toronto czy Nowym Jorku”, bo odnoszą sukces elitarnych, najbardziej medialnych dyscyplinach sportu. Prawdopodobnie większość telewizyjnych wiadomości sportowych świata wspomina dziś i o niej i o nim. Myślałem czy by do tych dwóch nazwisk nie dorzucić jeszcze Jerzego Dudka i Otylii Jędrzejczak, rozpoznawanej i w USA i Australii, gdzie pływanie jest bardzo popularne. Ale przeciętny Europejczyk nie wiedziałby o kogo chodzi. Co do Dudka, wszyscy niby pamiętaja jego występ w finale Ligi Mistrzów przeciwko AC Milan, ale Darek Wołowski opowiadał mi po powrocie z Hiszpanii, że musiał uświadomić dziennikarzom zajmującym się Realem Madryt, że Dudek nie jest... Czechem!

 

Co z tego jednak, że tylko ta garstka osób w świecie zainteresowanych skokami narciarskimi kojarzy Małysza. W Polsce tak powszechnie uwielbianego sportowca nigdy nie było i nie będzie. To było zjawisko niewytłumaczalne, niemal tak samo jak tajemnica dobrych (lub złych) skoków. Przyszło po latach wyjątkowej posuchy w sukcesy sportowe, kiedy nikt nawet nie marzył o Złotkach, wicemistrzostwie świata siatkarzy i piłkarzy ręcznych czy regularnych występach piłkarzy na mundialach i mistrzostwach Europy. Dotyczył malowniczej dyscypliny, w której człowiek zmagał się z naturą. Ale też i nie powtarzalnej dla kibiców: w piłkę grał kiedyś chyba każdy chłopak, rakietę tenisową też trzymało wielu, a samochodem jak Kubica po torze umie jeździć przecież co drugi kierowca, za to nikt nigdy nie próbował skakać ze skoczni na nartach. Ujmowała też osobowość zwycięzcy, skromnego, naiwnego, nie potrafiącego wytłumaczyć swej fenomenalnej formy (pamiętna bułka z bananem) i urocza gwara (owe coś mnie trzymie na progu).

 

Agnieszka też jest ujmująca ze swym nastoletnim spontanem i radością z mieszania wśród wielkich i uznanych. Jak wtedy kiedy po zwycięstwie nad fawortyką US Open, Szarapową opowiedziała, że w ramach prezentu dla samej siebie wybrała się z siostrą na zakupy i kupiła cudowne torebki od Louisa Vuittona. Wierzę, że wraz z kolejnymi sukcesami zyska mnóstwo fanów w Polsce. Że szkółki tenisowe zapełnią jej potencjalne następczynie, a sponsorzy i pisma kobiece zaraz ruszą do niej szturmem. Że trybuny na tenisowych turniejach wypełni biało-czerwony tłum jak podczas meczów piłkarzy na mistrzostwach świata w Niemczech (potrzebna jednak będzie szybka edukacja zachowania na kortach - trąby jak u Małysza pod skocznia nie przejdą, ani tym bardziej „śnieżki w Svena Hannawalda”). Ale na powtórkę szaleństwa na miarę małyszomanii nie może liczyć chyba ani Agnieszka ani żaden polski sportowiec.

Update:

sprawą Radwańskiej w ciekawy sposób zajeli się moi redakcyjni koledzy: Radek Leniarski prosi, żeby o Agnieszce pisać szczerze i bez cenzury oraz Rafał Stec, który nie wierzy w eksplozję Radwańskomanii, bo uważa, że tenis jest o wiele bardziej skomplikowany niż skoki.

 

 

17:16, francuski_lacznik , Inne sporty
Link Komentarze (75) »
sobota, 19 stycznia 2008

 

W tym tygodniu w barwach Interu Mediolan zadebiutował Filippo Mancini, syn trenera Nerazzurrich i jednego z najlepszych piłkarzy w historii Włoch, Roberto Manciniego. W meczu Pucharu Włoch z Regginą 17-latek wszedł wprawdzie tylko na ostatnie osiem minut, zmieniając samego Hernana Crespo. Ale choć Inter wygrał 3:0, a Filippo zebrał niezłe recenzje, ojciec już zapowiedział, że chłopak nie ma co marzyć o występie w ćwierćfinałowym meczu z Juventusem Turyn, bo to zbyt wielki rywal.

 

Oczywiście nie pierwszy to przykład utalentowanego syna idącego w ślady wielkiego ojca, choć dziś jeszcze nie wiadomo jeszcze czy Filippo dane będzie wyjść z cienia ojca, jak to się udało choćby u nas Ebiemu Smolarkowi (zaś najbardziej spektakularną porażkę poniósł pod tym względem chyba syn Franza Beckenbauera, Stefan, który dzięki ojcu zaczynał karierę w Bayernie Monachium, ale potem tułał się po 2. Bundeslidze).

 

 

 

Nie wiele było jednak takich sytuacji, że słynny ojciec osobiście, jako trener wprowadzał syna do drużyny. Bez wątpienia najsłynniejszą parę trenersko-zawodniczo-ocowsko-synowską stworzyli w swoim czasie Cesare i Paolo Maldini. A jest szansa, że za chwilę nie zobaczymy włączy się w to wszystko trzecie pokolenie, bo 12-letni Christian Maldini gra w młodzieżowej drużynie Milanu. Co raz głośniej też o synach Michaela Laudrupa, którego ojciec Finn też zresztą występował w reprezentacji Danii.

 

Na moich zaś oczach przed laty w barwach FC Barcelona prowadzonej przez Johana Cruyffa zadebiutował jego syn Jordi, który - nie był może najgorszym piłkarzem, ale bez tych pleców nigdy by pewnie w Barcy nie zagrał. Było to sierpniu 1994 na turnieju w Stuttgarcie tuż po mistrzostwach świata w USA (wkrótce we wrzesniu Jordi). Zrobiłem wtedy wywiad z Jordim i do dziś pamiętam jego opowieść o jego pierwszym treningu z pierwszą drużyną Barcy, jak stanął obok Stoiczkowa, Romario, akurat do drużyny trafił wtedy Hagi. Stary Johan powiedział mu wtedy: „patrz, słuchaj i nie odzywaj się!”

 

 

Jordi robił w tym towarzystwie wrażenie podobne jak Ebi Smolarek na pierwszych zgrupowaniach reprezentacji Polski. Wyautowanego odludka, wyobcowanego, jakby z innej bajki. Utytułowani koledzy traktowali go trochę jak maskotkę. Namówiłem wówczas na wywiad mojego ulubionego wówczas piłkarza Barcelony, Jose Marią Bakero. A że słabo dogadywaliśmy się po angielsku, ten gwizdną i wezwał Jordiego, żeby nam tłumaczył.

 

Ciekawe, że synowie słynnych ojców wybierają na ogół te same pozycje, na których ich starzy. Choćby właśnie Filippo Mancini, który pokreśla jednak, że jego idolem jest Cristiano Ronaldo a nie tata. Potwierdza to przykład dwóch młodych obiecujących bramkarzy, Kaspara Schmeichela i Wojcicha Szczęsnego, którzy zresztą w ubiegłym roku bronili po połowie w meczu reprezentacja Europy kontra reprezentacja Afryki. Obaj poszli w ślady ojców, żaden nie palił się, żeby ładować piłkę do bramki.

Peter i Kasper 

Swoją drogą, jeśli kariery tych dzieciaków rozwiną się tak jak wszystko się zapowiada, w przyszłości może dojść do rewanżu po latach za pamiętny pojedynek Mancini vs Szczęsny z meczu Pucharu Zdobywców Pucharów Legia - Sampdoria Genua z 1991 roku. Czy znów skończyłoby się czerwoną kartką i dla kogo tym razem? Na razie nie wydaje mi się, bo z wypowiedzi po debiucie wynika, że młody Filippo to niezwykle grzeczny, dobrze ułożony chłopiec. Podziękował za danie mu szansy wszystkim trenerom z jakimi miał do czynienia w krótkiej karierze i mówił jak wiele jeszcze pracy przed nim. Gdyby jednak chciał się stać nieco bardziej niegrzeczny i poznać tajniki trudnej sztuki prowokowania rywala i doprowadzania go do białej gorączki, ma wielką okazje uczyć się tego od prawdziwego mistrza:-)

 

12:44, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (12) »
piątek, 18 stycznia 2008
 

Trener Chorwacji, naszego grupowego rywala na Euro 2008 Slaven Bilić ujawnił właśnie swoją strategię, która pozwoliła jego drużynie pokonać Anglię na Wembley. Dla Chorwatów tamto spotkanie było tylko o prestiż, Anglików porażka pozbawiała szans wyjazdu na mistrzostwa Europy. Bilić - którego na Wyspach określa się mianem England-killer oświadczył na łamach „Daily Telegraph”, że kazał swoim piłkarzom kryć... pomocnika Garetha Barry'ego!

- Cały mój plan polegał na odcięciu Barry'ego od piłek. Powiedziałem moim napastnikom, Olicowi i Eduardo, żeby jeden z nich zawsze przy nim był i go krył. Niech do rozgrywania piłki zostaną zmuszeni Lescott i Campbell, niech ją mają ile wlezie, bo jako obrońcy kiepsko podają. Gdyby przeciwko nam zagrali Rio Ferdinand z Johnem Terry cały plan byłby na nic. Ale ich nie było... - stwierdził Bilić.

Przy okazji zarzucił Anglikom hipokryzję i arogancję, że całą winę za brak awansu zwalili na Steve McClarena. - Najpierw w mediach namawialiście go, żeby pozbył się z kadry Beckhmama, a kiedy to zrobił chwaliliście go. A pod koniec jęczeliście: „Gdzie jest Beckham, to wielki piłkarz!” To angielskie media stworzyły kretyńską aurę wokół futbolu na Wyspach. To wy wykreowaliście WAG'sy (wifes and girlsfirnds piłkarzy - red.), to wy daliście kolumnę w gazecie Alex Curran (dziewczyna Stevena Gerrrarda) i wykreowaliście je wszystkie na gwiazdy!”.

Wy Anglicy zawsze szukacie tłumaczeń nie tam gdzie trzeba. Zamiast się przyznać, że po prostu byliście słabsi od Chorwatów, obwiniacie za wszystko McClarena. Mówicie: ”wszystko przez McClarena, gdybyśmy od początku mieli Fabio Capello bylibyśmy na szczycie”. Nawet wasi piłkarze to mówią! Sami się wińcie. Po co cztery dni przed kluczowym meczem z Chorwacją zagraliście towarzysko z Austrią? To była oznaka braku szacunku dla nas.

Anglicy szanują tych, którzy ich upokorzyli, wskazali miejsce w szeregu. Bilić powoli zyskuje na Wyspach status bałkańskiego Jose Mourinho, zwłaszcza, że wali im prawdę prosto w oczy. Wszyscy są tam pewni, że po Euro 2008 dostanie pracę w Premier League, bo jako były zawodnik West Ham i Evertonu świetnie zna ligę. A ta dzięki niemu stanie się równie kolorowa co w czasach Portugalczyka. Pewnie się zgodzi, bo jako trener Chorwacji zarabia rocznie tyle co niektórzy zawodnicy Premier League w tydzień - 50 tys. funtów.

- Czyli pracuję niemal za darmo. Ale to źle świadczy o Chorwacji a nie o Slavenie Biliću - stwierdził. Presji jakiej poddawani są trenerzy na Wyspach się nie boi. - W żadnym miejscu na świecie, nawet w Realu Madryt czy Manchesterze United nie byłbym podany większej presji niż jako trener Chorwacji. Tu wszystko jest osobiste, tu presji podana jest i moja matka i moje dzieci, bo prowadzę drużynę narodową. takiej presji nie zazna w Anglii Capello, bo nie jest Anglikiem, jego rodzina też nie i nawet nie ma jej w Anglii. Jak go zmasakrują na czołówkach gazet albo ostatnich stronach, jego rodzina nawet się o tym nie dowie. Moja wciąż musi o mnie czytać jak złym jestem człowiekiem. A co najgorsze, i tego nie mogę darować mediom, napisali, że nie umiem grać na gitarze!

Rawbau

Fajny ten Slaven Bilić. I aż tak źle wcale na tej gitarze nie gra w swoim rockowym zespole Rawbau (tu można posłuchać, że chłopaki lubią grać ostro...)

Skończył prawo, a zna się nawet na starożytnej filozofii o czym przekonuje ten fragment występu w chorwackiej edcyji Milionerów;-)

13:11, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (16) »
czwartek, 17 stycznia 2008

 

 

Radości w Newcastle z „powrotu Króla Kevina” ciąg dalszy. Koszulki z nazwiskiem byłego piłkarza i trenera „Srok” idą jak burza. Fani manifestują zadowolenie i na ulicach i w pubach. Widać, że Kevin Keegan, który jak na razie z trybun oglądał wygrana 4:1 ze Stoke w Pucharze Anglii, ze swym optymistycznym podejściem, swoim wielkim serduchem już odzyskał dla klubu fanów, którzy przynajmniej w tym sezonie podczas meczów głównie żuli w milczeniu gumę i popatrywali po sobie w niedowierzaniu. Oj, będzie się działo w najbliższą sobotę na St. James's Park w meczu z Boltonem (już bez Nicholasa Anelki, który właśnie wyznał, że Keegan to jeden z najwspanialszych trenerów z jakimi miał do czynienia i jego powrót to wielki dzień dla Premiership: - Zawodnicy Newcastle znów poczują, że futbolu to  radość)...

 

 

 

Oczywiście fachowcy nie mają złudzeń, że Keegan zbawi Newcastle. Co zresztą miałoby być owym zbawieniem? Tytuł mistrza Anglii? Liga Mistrzów? Na to nie ma szans. Kubeł zimnej wody na rozpalone głowy wylewa w „Timesie” Martin Samuel. Bezwzględnie stwierdza, że Keegan nie jest trenerem na dzisiejsze czasy. Przy nędznym warsztacie jego charyzma nie wystarczy, zwłaszcza, że jej moc znacznie osłabła. Dziś sama obecność Keegana w Newcastle dla żadnego piłkarza nie będzie wystarczającym magnesem. W owych latach 90. kiedy nikomu nie śniło się, że cudzoziemiec mógłby być trenerem reprezentacji Anglii, Alan Shearer odmówił gry w Manchesterze United, bo wolał grać dla Kevina, na którego mecze jako dzieciak wystawał godzinami w kolejkach i wagarował, żeby zobaczyć go na treningu. Czy dziś Carlos Tevez odmówiłby dla Keegana MU, Fernando Torres - Liverpoolowi, a Nicolas Anelka - Chelsea? - pyta Samuel.

 

 

 

Z kolei Tony Cascarino przypomina, że Keegan nigdy nie zaskakiwał rozległą wiedzą taktyczną. I zastanawia się czy po trzech lata rozbratu z futbolem będzie wiedział jak zorganizować czwórkę obrońców albo jak utrzymać prowadzenie? A jednak obaj zgadzają się, że powrót Keegane wyjdzie na dobre Newcastle. - Oczywiście wszystko znów może się skończyć we łzach. Czas Keegana w klubie zapowiada się na przejażdżkę na roller-coaster, ale Sroki” czeka przynajmniej wielka jazda. Więc przytrzymajcie kapelusze. Mesjasz wrócił (Hang on to your hats. The Messiah is back) - kończy Cascarino.

 

A co do mesjańskich zapędów Keegena, zobaczcie, miał je już w czasach gry w Liverpoolu...

   
18:43, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (3) »
 

Kevin Keegan wraca do Newcastle! czy znów okaże się dla „Srok” Mesjaszem jak w latach 1992-97 kiedy wydobył klub z otchłani Division 3 i zawiódł niemal na sam szczyt (pamiętny przegrany wyścig o mistrzostwo Anglii z Manchesterem United, mimo 12 <!> punktów przewagi)?

 

Po sobotniej porażce 0:6 z MU pisałem w „Gazecie”, że nie ma chyba trudniejszego miejsca do pracy w Premier League niż St James' Park. Choć uznawany za "wielki klub", nie zdobył mistrzostwa Anglii - od 80 lat, a Pucharu Anglii - od 1955 roku. Przylgnęło do niego miano "śpiącego giganta". Oczekiwania wobec każdego szkoleniowca są jednak wielkie. Dlatego w ostatnich dziesięciu sezonach władze klubu zwalniały trenerów średnio raz na rok. W ubiegłym tygodniu Sama Allardyce'a zwolniono po zaledwie pięciu miesiącach pracy, pozwalając mu jednak wcześniej wydać 27 mln funtów na wzmocnienia. Nikt się nie palił do jego zastąpienia, zwłaszcza, że drużynę zdziesiątkowały kontuzje i wyjazdy na Puchar Narodów Afryki. Odmówił m.in. trener Portsmouth Harry Redknapp.

 

- Nie ma chyba obecnie większego wyzwania w futbolu, niż być trenerem Newcastle. Listę zwolnionych trenerów czyta się jak "Who is who w angielskim futbolu". Nawet najwięksi nie podołali. Może dlatego, że żaden nie był w stanie popracować tam odpowiednio długo. Klub traktuje trenerów jak statki, które zawijają do tamtejszego portu. To się musi zmienić - skomentował wówczas Alex Ferguson.

Wśród następców wymieniano Gerrarda Houllier, Alana Shearera. Władze zaskoczyły wszystkich, najbardziej piłkarzy, decydując się na Keegana. Czy słusznie? To bez wątpienia romantyk futbolu, kierujący się w pracy intuicją raczej niż 'mędrca szkiełkiem i okiem'. Czy ktoś taki jest w stanie odnieść w dzisiejszych czasach sukces w futbolu mając przeciwko sobie warsztat np. Arsene Wengera, Rafaela Beniteza? Z drugiej strony Keegan był mistrzem pozytywnej motywacji niczym w ostatnich latach Juergen Klinsmann, który wszak sukces odniósł. Jestem pewien, że tak czy siak trybuny St James' Park znów będą rozbrzmiewać refrenem: "Walking in a Keegan wonderland"...

Zajmuje mnie to, bo mam do Keegana stosunek szczególny. Kiedy w 1994 roku zaczynałem prace w „Gazecie”, Keegan właśnie awansował z Newcastle do Premier League i robił w niej furorę. Uznawano go za sprawcę cudu w Newcastle - szarym, portowym mieście nie opodal szkockiej granicy. Sprawił, że ludzie z najbardziej zacofanego i najbardziej dotkniętego bezrobociem regionu Anglii czują się dumni i z większym optymizmem patrzą w przyszłość. W mieście spadła nawet przestępczość, a ze stadiony - pod wpływem gry Andy Cole'a zniknął rasizm.

  

Zamarzyłem sobie, że zrobię wywiad z legendą Liverpoolu. Sprytnie zabrałem żonę do Londynu w podróż poślubną, bo akurat się pobraliśmy. W kieszeni miałem akredytację na mecz Tottenham (z Klinsmannem w składzie, ach piękne czasy!) - Newcastle na White Hart Lane. „Koguty” wygrały 4:2, po meczu podszedłem do Keegana i poprosiłem o wywiad. Zgodził się, ale jak usłyszał zestaw pytań, stwierdził, że parking przed autobusem to nie miejsce na taką rozmowę. - Przyjedź do Durham, tam pogadamy - powiedział. W Durham był ośrodek treningowy Newcastle.

 

Nie planowałem wyjazdu na Północ, nie miałem na to pieniędzy, wyjazd był prywatny. Na szczęście wsparła mnie ciotka, u której mieszkaliśmy i obiecała zaopiekować się przez te parę dni opuszczoną małżonką. Pojechałem, a Keegan okazał się cudownym rozmówcą. Przede wszystkim zaś dał mi tyle czasu ile chciałem - dziś rzecz nie do pomyślenia. Wyciągam z archiwum kilka znamiennych pytań:

Dlaczego zdecydował się Pan zostać piłkarzem? Podobno był Pan dobrze zapowiadającym się malarzem modernistycznym. Na maturze zdawał Pan historię i sztukę.

- Móc malować to było wspaniałe doświadczenie i zabawa. Nigdy jednak nie myślałem o tym poważnie. Za to piłkarzem chciałem być zawsze. W wieku pięciu lat marzyłem, żeby zostać bramkarzem. Jednak kiedy minęły dziesiąte urodziny, a ja nadal nie mogłem doskoczyć do poprzeczki, postanowiłem, że już raczej będę strzelał gole, niż je puszczał.

Dlaczego zdecydował się Pan objąć stojący przed spadkiem z trzeciej ligi Newcastle United?

- Właśnie to wyzwanie najbardziej mnie pociągało. Oto klub, w którym kończyłem karierę, stał na krawędzi przepaści. Spadek z trzeciej ligi oznaczałby dla niego likwidację. Nigdy w swojej karierze nie podejmowałem konwencjonalnych i logicznych decyzji. Zawsze posługiwałem się intuicją. O mojej decyzji przesądził również fakt, że ojciec i dziadek pochodzili z okolic Newcastle. Obaj byli górnikami, a dziadek przeżył nawet słynną tragedię w kopalni Stanley Pit w 1909 r. Czułem więc, że jestem coś winien mieszkającym tu ludziom.

Nie miał Pan żadnego doświadczenia jako trener. Czy pierwsze tygodnie pracy na St. James Park wyglądały tak, jak się Pan tego spodziewał?

- Pierwszy trening z piłkarzami Newcastle chciałem zacząć od stwierdzenia, że powinni być dumni ze swojego klubu, bo jest najlepszy na świecie. Zmieniłem zdanie, gdy idąc na spotkanie z zawodnikami mijałem obskurne szatnie, nie umyte wanny, prysznice i toalety. Zamiast polerować stare trofea i śnić o przyszłej potędze klubu, wręczyłem im do rąk szczotki i płyny do mycia. Poszliśmy czyścić toalety...

 

Cały on, cały Kev...

Mr Keegan, welcome back!

 

11:19, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (7) »
środa, 16 stycznia 2008

 

Mała rzecz, a cieszy. Zauważyłem, że angielska prasa (a także internetowa strona UEFA, też po angielsku wprawdzie, ale to już medium międzynarodowe) zaczęły używać w odniesieniu do naszej drużyny sformułowania ' the Bialo-czerwoni '. Nie 'white and read' czy jakoś inaczej ale właśnie tak. Np. dzisiejszy „Daily Mail” pisząc o problemach Macieja Żurawskiego w Celtiku, stwierdza: Meanwhile Poland coach Leo Beenhakker has once again stated that Maciej must find competitive football if he's to join up with the Bialo-czerwoni.

I słusznie, najwyższy czas! W końcu reprezentacja Brazylii powszechnie w świecie funkcjonuje jako Canarinhos a Włoch jako Squadra Azzura, sam często oficjalnie używam tych nazw w „Gazecie”. Nieco rzadziej, ale również stosujemy określenia Sborna na reprezentację Rosji czy Albiceleste (ukłony) dla Argentyny. Resztę spolszczamy jak drużyna „Trzech koron” (Szwecja), Trzech lwów” (Three Lions on a shirt, Jules Rimet still gleaming...) czy „Trójkolorowi” dla Francuzów, żeby zostać przy „trójkach”. Nie mówiąc już o nigeryjskich „Super-Orłach”, kameruńskich „Niezwyciężonych lwach”... A jeszcze RPA ma swoje Bafana Bafana.

 

Ciekaw jestem czy the Bialo-czerwoni to w wyraz szacunku dla drużyny-finalisty (w przeciwieństwie do Anglii) Euro 2008 czy może ukłon dla co raz liczniejszej polskiej społeczności na Wyspach? No bo skoro potrafili wygrać wybory Tuskowi, to może trzeba sie z nimi liczyć?;-)

 

Słówko o kapitanie the Bialo-czerwonych, czyli Celtic hitman (jak o nim piszą Brytyjczycy, tylko kiedy był ten ostatni hit?!). Sytuacja Żurawskiego nie wygląda najlepiej. Beenhakker przyznaje w wywiadzie dla stacji Setanta, że zapowiedział Żurawskiemu, iż musi on grać na co dzień, żeby pojechać na Euro 2008. - Maciej jest zdesperowany, żeby pojechać na mistrzostwa Europy. Dla mnie byłoby świetnie mieć w kadrze tak głodnego sukcesu zawodnika, z tak ogromną wolą gry dla kraju. Tylko, że on chciałby usłyszeć ode mnie żądanie: „odejdź z Celtiku, zmień klub na taki, w którym będziesz grać!”. Mnie nie wolno wsadzać nosa w nie swoje sprawy, czyli wtrącać się w interesy klubu. Powiedziałem więc Maćkowi, że ma grać w piłkę do lata, bo inaczej z nami nie pojedzie. Jeśli wróci do składu Celtiku to dobrze, jeśli w innym klubie, to tez mnie urządza. Po prostu ma zacząć grać i to jak najszybciej!

 

Niestety „Daily Mail” donosi, że Celtic wycenił Polaka na milion funtów. Oznacza to, że po niemal roku na trybunach Żurawskiemu będzie niezwykle ciężko znaleźć nowego pracodawcę. Z rozmów z agentami na Wyspach wynika, że nawet metka z cena 500 tysięcy funtów mogłaby być za duża. Los Angeles Galaxy była gotowa wziąć Polaka za darmo. Wszystko więc chyba zmierza ku planowi B, Beenhakkera czyli Tomaszowi Zahorskiemu grającemu na pozycji Żurawia...

 

 

21:56, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie