sobota, 28 stycznia 2012
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta Jeśli wszystko pójdzie dobrze i oba kluby dogadają się co do ceny, Ariel Borysiuk rozpocznie rundę wiosenna w 1.FC Kaiserslautern. Dobrze to czy źle? Na pewno źle z punktu widzenia mistrzowskich aspiracji Legii, która zgarnie wprawdzie ponad 2 mln euro, ale wątpliwe, żeby znalazła dla niego wartościowego następcę, choć przecież od dawna musiała się liczyć z odejściem piłkarza, kluby z różnych lig przymierzały się do niego od dawna. Brak Borysiuka w dwumeczu meczu ze Sportingiem Lizbona to nie aż taka katastrofa, bo umówmy się, że z Arielem czy bez, szanse legionistów wyglądają równie mizernie. Co innego, gdyby to był bój o Ligę Mistrzów, ale chyba nikt na Łazienkowskiej nie oczekuje wygrania Ligi Europejskiej. Nie o punkt widzenia klubu mi chodzi, ale zawodnika. Czy aby na pewno wybrał sobie właściwy moment i klub?
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta Czy w Kaiserslautern Ariel znajdzie okazje do takich fet? Oby nie z okazji... ponownego awansu do Bundesligi;)
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Oby się spełniło! Fajnie, że nie jest pod presją, że ma natychmiast, w każdym meczu strzelać gole i bronić zespół przed spadkiem. Dyrektor sportowy 1.FCK, Stefan Kuntz, zapowiada, że klub traktuje Świerczoka jako zawodnika perspektywicznego, który ma się uczyć. Na razie nie można od niego za dużo oczekiwać, ale jeśli okaże się, że już teraz od czasu do czasu może pomóc, to tylko lepiej. Fajnie, że słowa te nie okazały się zesłaniem do rezerw i aklimatyzacji w lidze regionalnej. Trzymam kciuki, żeby Świerczok zdobył pierwszego gola w Bundeslidze już w najbliższym wyjazdowym meczu z ostatnim w tabeli Augsburgiem, a potem pomknął tą samą ścieżką rozwoju co wspomniany Dżeko czy Robert Lewandowski. Bo bez wątpienia to właśnie sukcesowi Lewego zawdzięcza w dużej mierze transfer do Kaiserslautern. Dyrektorzy sportowi niemieckich klubów wiedzą już, że warto szukać w Polsce młodych, utalentowanych piłkarzy, i stawiać na nich bez strachu, że okażą się nieodpowiedzialni.
czwartek, 19 stycznia 2012
„- No i co teraz, e? Byłem ja, to znaczy Alex, i trzech moich kumpli, to znaczy Pete, Georgie i Jołop, a Jołop to znaczy niedlapucu ale ryjli jołop, i siedzieliśmy razem w mleczarni Corova Bar zastanawiając się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym iwning, a wieczór był chujnia mrok ziąb zima sukin kot choć suchy. W Barze Krowa dawali mleko z czymś, to była taka melina, a może wy już nie remember o braciszkowie moi, co to były za meliny, bo everything się nowodejz teraz tak szybko zmienia i wszyscy raz dwa forgetują, gazet się też wiele nie czyta. Wiec w tym pabie serwowali mleko plus coś jeszcze. Licencji na sprytozę nie mieli, ale jeszcze nie wyszło prawo, że jest forbiden tu sejl te nowe dyngs, co je miksoali do regularnego mleka, więc mogłeś sobie kazać w nim for instans domiksować welocet albo syntemesk, albo drenkrom, albo jeszcze jeden czy drugi taki drag, że miałeś rozkosz od niego i spoko na piętnaście minut sam na sam podziwiając Pana Boga i Wszystkich Jego Aniołów i Świętych w lewym bucie i do lego błyski wybuchy na cały mózg, no po prostu horror szoł! Albo mogłeś pić mleko z żyletami w środku, tak się u nas mówiło, że się człowiek od niego naostrzy i jest redy na elitił tego brudnego. O! O! O! - odezwałem się smajling bardzo szeroko i po przyjacielsku: - No kogo ja widzę, to ten zatłuszczony cap śmierdzący Billyboywe własnej żałobie! Jak się masz, ty glu glu butlo najstarszego zjełczałego oleju po czipsach? No to kam on i weź po jajach, jeśli masz w ogóle jaja, ty wałachu z galarety odlany, ty! - I zaczęło się.
Anthony Burgess 'Mechaniczna Pomarańcza', w genialnym tłumaczeniu tłumaczeniu Roberta Stillera. Prawda, że tym zdjęciem, stylizując się na Alex'a z ekranizacji Stanley'a Kubricka nie mógł dać nam Pepe lepszego komentarza do swego zachowania w ostatnim El Clasico (a i kilku poprzednich?) No więc to ja się pytam, „Co teraz, e?” Ktoś powiedziałby, że nie zaszkodziłaby beethovenowska terapia dr. Brodskiego z Instytutu Ludovico;) Tylko, że jak uczy Burgess, zmuszenie kogoś do czynienia wyłącznie dobra jest moralne? Albowiem dobroć -bierze się z ludzkiego wnętrza. Dobroć to kwestie wyboru. Kiedy człowiek nie może wybierać, to nie jest już ludzkie.
środa, 18 stycznia 2012
Wiadomości tygodnika Sport-Bild o negocjacjach Bayernu Monachium z Robertem Lewandowskim uważam za wiarygodne. Sport-Bild w przeciwieństwie do brukowego Bilda nie wciska ludziom kitu, nie podbija nakładu zmyślonymi transferami, ma za to zwykle solidne informacje dotyczące Bayernu, być może dlatego, że stałym felietonistą jest Franz Beckenbauer. W 2010 jako pierwszy napisał, że ikona Realu Madryt, Raul trafi do Schalke 04, choć początkowo informacja wyglądała na baśniową. Ja jednak w transfer Lewego do Bayernu, zwłaszcza już teraz w styczniowym oknie transferowym, kompletnie jednak nie wierzę, bo byłby on nieopłacalny dla wszystkich trzech stron: piłkarza, jego starego klubu i nowego. Jest to rzadko spotykana sytuacja: lose/lose/lose, w której przegraliby wszyscy.
Co prawda ostatnio Lewego niezwykle chwalił publicznie gwiazdor Bayernu, Franck Ribery, przekonując, że jest bardziej wartościowy dla Borussii niż Mario Goetze. - Gdy patrzę na Dortmund, to właśnie polski napastnik przykuwa moją uwagę. To znakomity snajper. Goetze jest piłkarzem środka pola. Lewandowski potrafi grać bardziej szeroko. Spełnia wszelkie kryteria, by trafić do Bayernu - stwierdził Francuz, a po wygranym przez Borussię meczu na Allianz Arena niemiecka prasa kazała Gomzowi uczyć się od Polaka wszechstronności. To jednak za mało, żeby mieć przełożenie na transfer i ewentualną rolę Lewego w klubie. Pamiętajmy też, że nie mógłby on wspomóc Bayernu w Lidze Mistrzów, bo występował już w niej jesienią - dodajmy, że z kiepskim skutkiem - w barwach Borussii. Kupno Polaka za wielkie pieniądze (a tanio nie będzie), nawet, jeśli osłabiłby rywala w walce o tytuł, byłby zbyt wielką ekstrawagancją, a na tę władze Bayernu pozwalają sobie niezwykle rzadko.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Skoro już połowa stycznia to czas na pierwsze w tym roku Gran Derbi. W poprzednim roku chłopaki z Realu Madryt i Barcelony zagrały ze sobą osiem siedem razy. Trudno wierzyć w dzisiejszych, skomercjalizowanych czasach, że to zupełny przypadek - żaden inny mecz stanowi większej maszynki do zarabiania pieniędzy, chyba tylko finał Ligi Mistrzów. Dlatego przypuszczam i w tym roku zobaczymy osiem spotkań i coś czuję, że los sprawi, iż obie hiszpańskie drużyny nie zajdą do finału Champions League w Monachium, ale trafią na siebie wcześniej. I, że tym razem uda się uniknąć kumulacji czterech El Clasico w ciągu miesiąca, co wywołało pewien przesyt nawet u najbardziej nienasyconych wielkiego futbolu. Czymże styczniowe Gran Derbi na Santiago Bernabeu będzie się różnić od grudniowego, wyjazdowego zwycięstwa Barcelony 3:1? Zapewne tym, że Victor Valdes Jose Pinto będzie się starał koncentrować już od pierwszych minuty. Poza tym Barca zagra zapewne tak samo jak i we wszystkich spotkaniach z Realem. Pytanie, jak tym razem zagra Real? Czy Jose Mourinho odpuszcza rywalizacje w Pucharze Króla, który już zdobył i koncentruje się tylko na tytule mistrza Hiszpanii, wygranej w każdym meczu, za wszelką cenę, licząc, że Barcelona pogubi punkty, do czego o mało co nie doszło chociażby w niedzielę z Betisem. Nie wierzę, żeby nie zagrał na Bernabeu o zwycięstwo, jak więc tym ustawi drużynę? W grudniu przegrał taktyczna bitwę z Pepem Guardiolą. Może znów sięgnie po wariant z Pepe w pomocy (nie trenował w poniedziałek, ale jestem spokojny, że środę zagra nawet z urwaną nogą), co dało niezły efekt w finale Pucharu Króla? Pomocnicy Barcelony byli wówczas momentami bezradni, a przecież kluczem do jej powstrzymania jest właśnie ograniczenie jej dominacji w środku pola.
piątek, 13 stycznia 2012
Na fali zachwytu, że polski trener będzie szkolił młodzież Manchesteru United wybrałem się do Pruszkowa, żeby osobiście poznać Radosław Mozyrko nim odleci na Wyspy. Po rozmowie jestem w jeszcze większym zachwycie. Oczywiście peany z poprzedniej notki, nazywanie całej sprawy transferem roku, a samego Radka wychowawcą przyszłych Giggsów, były żartobliwie przesadzone (zwłaszcza, że jak się okazało, wolałby wyprodukować piłkarza w typie Roy’a Keane, bo zawodnicy o charakterze i sercu do walki Irlandczyka są w klubie bardziej potrzebni niż gwiazdy). Niemniej słuchając, jaki pomysł ma na życie ten 24-letni zaledwie człowiek, z jaką konsekwencją i determinacją go realizuje, jak dokształcał się w futbolowym fachu w Irlandii, Anglii i USA, i jednocześnie zarabiał na siebie, podejmując prac, jakimi wielu by pogardziło, jestem przekonany, że jeszcze o nim usłyszymy. Nie chcę za dużo zdradzać, ponieważ w poniedziałkowej Gazecie Sport opublikujemy bardzo ciekawy, duży wywiad. Na razie tylko mały teaser wideo, w którym pokrótce opowiada, jaką drogą przebył i co musiał zrobić, żeby dostać się do jednego z najlepszych klubów świata (dokładny przebieg czterech etapów kwalifikacji jest tajny, zdradził nam jedynie, że pokonał 750 innych trenerów), na czym będą polegały jego obowiązki i co musi zrobić, żeby zasłużyć na przedłużenie rocznego kontraktu z Czerwonymi diabłami.
czwartek, 12 stycznia 2012
;-)
wtorek, 10 stycznia 2012
Oglądamy dwa wielkie powroty Starych Wiarusów do Premier League - Paula Scholesa i Thierry’ego Henry. Anglik wrócił z emerytury (krótkiej wprawdzie - od jego poprzedniego meczu w barwach Czerwonych Diabłów minęło zaledwie 225 dni), żeby pomóc w kryzysie ukochanej drużynie. Możemy się oczywiście spierać czy raptem przegrane z rzędu w lidze - owszem, po rażących błędach i braku koncentracji jak u siebie z Blackburn czy bez podjęcia walki jak z Newcastle - to aż kryzys, ale patrząc na cały sezon trzeba przyznać, że jest on w wykonaniu Manchesteru United - szalony. United odpadł z Ligi Mistrzów, poniósł też największą klęskę za czasów rządów Aleksa Fergusona (jak stwierdził on sam) przegrywając na Old Trafford 1:6 z City. Ponieważ jednym z głównych zarzutów, jakie spadły na Sir Aleksa był ten, że nie zadbał o klasowego następcę Scholesa i MU przegrywa tak wiele bitew właśnie w środku pola, z powodu braku klasowego rozgrywającego (ciężko widzieć go w Darrenie Fletcherze, obiecująco zapowiadał się Tom Cleverley leczy przewlekłą kontuzję, a Anderson zgubił gdzieś formę), z pomocą pośpieszył trenerowi sam Scholes, oddając mu się do dyspozycji nim SAF namówi na grę na Old Trafford Wesley’a Snejidera, Lukę Modricia lub kogoś tej klasy. Abstrahuję w tym momencie od desperacji, jaka każe Fergusonowi sięgać po emeryta zamiast kupić klasowego pomocnika (dlaczego SAF mówi „nie” zimowym transferom? To kwestia zasad, pustek na klubowym koncie czy brak kandydata, który gwarantowałby poziom?). Pół godziny, jakie Rudzielec spędził na murawie Etihad Stadium w meczu z City nie wyglądały może spektakularnie - United przegrał wszak drugą połowę 0:2 grając z przewagą zawodnika. Do tego to po jego stracie gospodarze strzelili kontaktowego gola na 2:3. Statystyki Performa Sports (które przytaczam tu za devilapage.pl http://www.devilpage.pl/index/news/komentarze/29126/powrot-scholesa-wg-statystykow-performa/) pokazują jednak, że było to jedno z dwóch niecelnych podań na 69 oddanych, co daje w sumie 97% skuteczność - najlepszą w drużynie. Znów każda akcja przechodziła przez niego - w ciągu trzydziestu minut zdołał zagrać ją więcej razy niż którykolwiek z kolegów przez 90 minut. Czyli tak jakby nigdzie nie odchodził...
No i obaj z Giggsem byli mistrzami gry w dziada na treningach MU. Chodziło o to, żebyśmy mogli trochę sobie pożartować zanim zacznie się poważny trening. Przy grze w dziada zawsze jest kupa śmiechu, bo zawodnicy często podają do siebie zbyt mocno, w panice, wykonując przedziwne wygibasy. Nie było bardziej sprytnego i diabelsko sprawnego w tej grze niż Scholesy. Przeciwnicy musieli wykazywać się nie lada inteligencją, żeby odebrać mu piłkę. Gierkom zawsze towarzyszyło mnóstwo kłótni, sporów, które niekiedy z zabawy przemieniały się w ostre spięcia. Wyobraźcie sobie czuli się ośmieszani przez złośliwego małego rudziecla tacy piłkarze jak Sparky (Mark Hughes), Incey (Paul Ince) czy Robbo (Bryan Robson). Albo Keaney (Roy Keane)! Który z nich był najlepszy w dziada? Łatwiej wskazać, kto był najgorszy - oczywiście Nev (Gary Neville). Wielu radziło sobie znakomicie, ale gdybym miał wskazać tego jednego, który ich wszystkich przewyższał byłby to Scholesy.
Theirry Henry rozstał się z Arsenalem na o wiele na dłużej niż Scholes z MU, który nie tylko nie ruszył się z miasta, ale i został w klubie trenerem. Aż na pięć lat. W międzyczasie doczekał się własnego pomnika przed Emirates Stadium. Nie tylko z tego powodu jego powrót okazał się o wiele bardziej spektakularny i efektowny - gol Francuza dał Kanonierom zwycięstwo z Leeds i awans do IV rundy Pucharu Anglii. Z drugiej strony, pewnie, że łatwiej wrócić i zostać bohaterem w meczu z drużyną z Championship, nawet tak dobra jak Leeds, która przed rokiem zremisowała na Emirates 1:1, a przed dwoma wyeliminowała z Pucharu Ligi Man United, niż z liderem Premier League. Poza tym w przeciwieństwie do Scholesa wrócił nie z emerytury, ale - raczej - z wakacji w USA (także w dosłownym znaczeniu, jeszcze 15 dni temu byczył się na plaży). Zobaczymy jak Król Henryk wypadnie w ligowym starciu w Swansea, która dopiero co pokonała na wyjeździe Aston Villę. Jak bardzo wyśrubuje rekord goli. Ale i tak trudno nie zgodzić się z Arsene Wengerem, że to jedna z tych historii, jakie opowiadasz małym dzieciom które chcą usłyszeć jakąś opowieść o piłce nożnej. Na szczęście takie rzeczy nie zdarzają się zbyt często, inaczej straciłyby swoją niesamowitość.
Czy któryś z nich z dwóch wielkich mistrzów po powrocie znów zostanie mistrzem? Jak Michael Jordan, który w 1993 roku rzucił koszykówkę dla baseballa, by pod dwóch latach wrócić i odzyskać status mistrza NBA i najlepszego zawodnika świata? Na pewno większe szanse ma na to Scholes, pod względem kadrowym MU bardziej przypomina Chicago Bulls z 1995 roku, zajmuje tez lepsza pozycję w lidze, a poza tym Henry zawitał do Premier League tylko na dwa miesiące. Czy też będziemy patrzeć na nich z politowaniem, jak na byłych wielkich sportowców, którzy nie umieli powiedzieć dość, jak inny Michael, mistrz Formuły 1, który jest cieniem dawnego dominatora torów czy fiński skoczek Jane Ahonen, który pluł sobie w brodę, że bezsensowym powrotem zniszczył własną legendę? Na razie cieszę się bardzo z obu powrotów. Czy będą następne? Aż boję, że Jack Wilshere nie żartował twittując dziś: Super, super Robert Pires is training today........return of another king?!? How amazing would that be! Jeśli to prawda to żądam powrotu Denisa Bergkampa!
poniedziałek, 02 stycznia 2012
„Hej Michale, (...) W notce "Akcja: Konkurs! Konkurs: Akcja!" podałeś pewne kryteria, które wziąłem pod uwagę przy ocenie prac, którymi nie kierowałem się aż tak dotychczas. Zawarłeś tam, by chodziło o akcję, nie o cały mecz. Miała to być największa futbolowa akcja, ze wstępem przed i po opisie oraz przede wszystkim napisana z pomysłem. Na podstawie własnych odczuć wstępnie wyłoniłem 16 notek, które w jakiś sposób mnie ujęły, poruszyły czułe struny serca, zaskoczyły albo rozśmieszyły, by skutecznie ten szeroki wachlarz zmniejszyć do sześciu. Nie oceniałem jednak jako wielki służbista, po prostu zależało mi abym odnalazł tę notkę, która faktycznie zasługuje na zwycięstwo i która moim zdaniem jest najbardziej kompletna. Wymagało to samozaparcia, by znowu przeczytać te najbardziej docenione notki i jakoś porównać je ze sobą, co wcale takie łatwe nie było. Musiałem ocenić je w kontekście całego konkursu, a przyznać muszę (co cieszy), że naprawdę poziom jest wysoki. Niektóre notki dawniej mogłyby iść śmiało na podium, a teraz gdzieś odpadną w przedbiegach. Trudno jest rozstrzygnąć konkurs, który jest na tak wyrównanym poziomie. GwiaKoLi nie jest na wzór Premier League, w którym jest kilku faworytów i kilka dołujących klubów, raz za razem prześcigających się przed nieuchronnym spadkiem. Jest raczej na wzór znanej i kochanej Ligi Mistrzów- faza grupowa, a po niej ogromne emocje w fazie pucharowej, w której przegrany dwumeczu odpada. W przypadku plebiscytu zawsze pojawiała się jakaś notka, która stanowiła dla drugiej swoisty punkt odniesienia. Lepsza - mająca bardziej intrygujący wstęp, ciekawsze zakończenie, puentę, poczucie humoru itp. - przechodziła dalej. W taki sposób doszedłem do sześciu najlepszych notek. Z ciężkim sercem pominąłem notkę o Mourinho i super szybkiej akcji Realu, bezwiednie porzuciłem historię Gianniniego, Matkę Naturę z większym trudem, Schody do Nieba z westchnieniem i nostalgią, by przejść do tych najlepszych, najbardziej przemyślanych, najzabawniejszych, najmniej przewidywalnych etc. Miejsca 4- 6 jak dla mnie zajęły notki "Ten", "Okienko" i "Wewnętrzna Walka". Nie chcę żadnego z ich autorów krzywdzić, ani też krzywdzić samego siebie wyrokowaniem która z nich jest lepsza. Każda zawierała coś pięknego i bliskiego memu sercu. "Ten" jest nader dopracowany, "Okienko" to opis własnych przeżyć połączony z zachwycającym golem ( powiew świeżości), a "Wewnętrzna Walka" opowiada tak rzadko wspominaną dzisiaj historię, która uczłowiecza sport, przypomina o przyziemnych problemach, choć jest napisana z klasą, ale nie buńczuczny. Miejsce trzecie w konkursie- aż trzecie, ale i tylko trzecie przyznałem "Wolskiemu". Przyznać trzeba, że napisanie trzynastozgłoskowca wymagało ogromnej pracy, ale mimo wszystko jest to praca jednowymiarowa. Po jej przeczytaniu czuję tylko podziw, żadnych emocji (bo te były strasznie wyolbrzymione), pomysł objawia się po ujrzeniu samej budowy notki, humoru nie ma. Patos, choćby nie wiem jak był wspaniały to jednak za mało, przynajmniej dla mnie. Oczywiście Quentinowi może należeć się jakaś zupełnie osobna nagroda, bo to co zrobił trudno objąć w klamry tego plebiscytu i wrzucić do jednego wora z pozostałymi notkami. Miejsce drugie to "Ułamek Sekundy, w którym latawce mogły czuć się bezpiecznie". Czyta się to znakomicie, mimo drobnych niedociągnięć. Opis wręcz kipi humorem, a po przeczytaniu go nie tylko nie kryję podziwu dla autora, ale też maluje mi się banan na twarzy od ucha do ucha. Poza tym na sercu jakoś cieplej, że takie momenty zdarzają się w historii polskiego futbolu, którego sytuacja raczej jest groteskowa niż śmieszna. Tak czy inaczej jest to niezwykła notka, obok której nie można przejść obojętnie i w której kryje się cała paleta uczuć. (Fanfary, dyplom dla najlepszej notki itp. , oprawa muzyczna czyli "We are the champions" i "This is the moment" z Jekylla i Hyde'a, sypiące się confetti jak śnieg na Alasce i werdykt odczytywany na Stadionie Narodowym przy pełnej widowni) Oczywiście dodatkowa chwila oczekiwania... Granie na czas przez prowadzącego...Głośne bicie serca, które podchodzi do gardła... Jakiś banalny wstęp... Były różne notki - jedne bawiły, drugie denerwowały, inne jeszcze dane nam było podziwiać z niekłamaną goryczą i cieniem zawiści w sercu, że ktoś mógł coś tak napisać. Najcenniejsza jednak jest ta, która nie tyle bawi, co wzrusza. Nie denerwuje, a skłania do refleksji, nie skłania do zawiści, a do współradowania się z jej autorem i z tego, co mógł kiedyś, kiedyś obejrzeć, by teraz to w taki sposób opisać. Zwycięzcą w rankingu Pipesa jest "Historia pewnej piłki" za niezwykły pomysł, ale i subtelność dzięki której czytało się tę notkę z radością. Przez chwilę faktycznie chciało się wierzyć, że trochę poliuretanu powstającego w wielkim koncernie i/lub zszywanego w Pakistanie ma swoje uczucia, swoje radości i smutki i tak jak my jest uczestnikiem albo widzem meczu piłki nożnej i tak jak my czerpie z niego wiele niezapomnianych wrażeń. W to kłamstwo chce się wierzyć, tak samo tę notkę chce się czytać. Jeszcze raz brawa dla autora. Poziom plebiscytu był bardzo wysoki. Naprawdę wiele notek zostanie bez jakiegokolwiek wspomnienia czy nagrody, więc warto za rok przed następną odsłoną konkursu zapoznać się z nimi, nie powielić ich błędów jak i nie skopiować pomysłów. Autorom zwycięskich notek życzyć wypada tylko "Miłego czytania". Sam dziękuję za docenienie moich grafomańskich komentarzy. Oczywiście nikogo nie chciałem nimi urazić. Bywam złośliwy, bywam ironiczny, nie zawsze należy brać mnie na serio Przyjemnie było stać po drugiej stronie barykady i oceniać tych, którzy w mozole, pocie i bólu napisali swoją twórczość. Mam nadzieję, że się nie zrażą, ale popracują nad swoim warsztatem, by za rok, może dwa czy trzy, osiągnąć wcześniej wyznaczony cel. Tyle ode mnie”
Tyle od Pipesa, którego opinii jury nie wzięło pod uwagę, bo raz, że był recenzentem ludowym, dwa kompletnie się z nim nie zgadzaliśmy;) a po prawdzie to werdykt podjęliśmy już wcześniej. Nieco odmienny. Do jego laudacji dodamy, że podobały nam się kontrowersyjne pomysły na ‘akcję’ i ich potraktowanie w wykonaniu Baltonki (34 minuta) i pavlocebo (Ostatnia akcja). Z drugiej strony ujęła nas też bardzo lekkość stylu notki Bartka Woźniaka (Pośpiech, Wareczka, Rooney, gol) - bardzo podobał nam się tytuł, może gdyby nie to, że dał go juror a nie autor, byłoby podium;)
Spośród członków jury swojego zwycięzcę zgodził się ujawnić Piotr Czernicki-Sochal, jak może pamiętacie zwycięzca pierwszego konkursu literackiego na Polsporcie - BloPuLa - który właśnie założył blog o lidze angielskiej The Game, przy okazji zachęcam). Zdaniem Piotrka wygrała Historia pewnej piłki - Rossiego-4 tuż poematem Quentina o golu Wolskiego. U kolejnych jurorów, którzy z niezrozumiałych dla mnie względów postanowili pozostać anonimowi, a ja uszanuję ich wolę, będą mi jeszcze potrzebni, także typowali Quentina i Rossiego, ale obaj przyznali im ex equo miejsce pierwsze. Na kolejnych stopniach podium umieszczając (ale obaj na odwrotnych miejscach): Ten... - Michała Treli i Ułamek sekundy, w którym latawce mogły czuć się bezpiecznie - Jarka Barcica (wrzask jednego z jurorów: ‘podaj! tylko k... nie strzeeee... gooool! - do dziś dźwięczy mi w uszach).
Ostateczny werdykt brzmi: pierwsze miejsce ex equo Historia pewnej piłki - Rossiego-4 i Natenczas Wolski - Quentina. Obie notki są nie tylko najlepsze, są wyjątkowe, wybitne, wzbudzają mój niekłamany podziw nad pomysłowością i (w przypadku Q) włożona w nie pracą. A przy tym tak odmienne jak poezja i proza, nie jestem w stanie wybrać. Panowie, chapeau bas! Rossi-4 jako nagrodę dodatkową przyznaję ‘Nazywam się Czerwień’ noblisty Orhana Pamuka, której ducha odnalazłem w jego notce. Miejsce drugie, również ex equo: Ten... - Michała Treli i Ułamek sekundy - Jarka Barcica Miejsce trzecie: koniecznie chciałem uhonorować autorów notek wcieleniowych, z których najbardziej podobały mi się „Okieno” Haszyszaka, przypominające moje własne szkolne mecze na boisku IV LO im A. Mickiewicza, Młody Giannini - Gianniniego i jakże pomysłową, ujmującą braterską dwunotkę Tomka i Karola Cłapów - już sam pomysł z wyborem na akcję otwarcia przez Michela Platiniego słynnej koperty zasługiwał na nagrodę. jako, że nie umiałem wybrać jednej, postanowiłem przyznać trzecie miejsce wszystkim trzem (proszę o mejle z adresem). Na podium widziałbym też „Niech nienawidzą, byleby się bali” Tomka Merchuta, Wewnętrzną walkę - Przemka Kubiaka i Matkę naturę i Calori - Laziale83 - ale że nie mam już miejsca, muszę prosić o przyjęcie honorowego wyróżnienia. A do wszystkich mówię: wow! Tak wyśrubowaliście poziom, czy inaczej mówiąc, tak wysoko zawiesiliście poprzeczkę, że już nie mogę doczekać się Blogowego Pucharu Lata, które w tym roku zrobimy chyba tuż po Euro 2012 i chyba tylko o Euro 2012, bylebyśmy zdążyli przed igrzyskami w Londynie, na wybieram się w roli korespondenta... Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wspólną zabawę! A nagrodzonych proszę o mejle z adresami.
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Chłopcy z (mojej) ferajny
Euro 2012
Moja ferajna
'Przyjaciele z Chicago' (czyli inne ferajny)
W tych klubach bywa ferajna
Z zupełnie innej beczki
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
napisz do mnie |