11 luty 2009. Stadion Croke Park w Dublinie. Eliminacje MŚ 2010. Do końca nieco ponad kwadrans, a Irlandczycy sensacyjnie przegrywają z Gruzją 0:1 po golu w 1. minucie (czy coś nam to przypomina?). Długa piłka do Robbie Keane'a na pole karne, ten przyjmuje pomagając sobie ręką, ale obrońcy i tak czysto odbierają mu piłkę. Akcja trwa dalej, piłka wraca do Irlandczyków, atakują... Nagle akcję przerywa gwizdek fińskiego sędziego. Keane był na spalonym? Czy może arbiter dopiero teraz chce ukarać Irlandczyka za ręką? Niee, sędzia Hyytia dyktuje jednego z najbardziej kosmicznych karnych w historii. Za co? WTF? Zdumieni Gruzini przywołują liniowego na świadka, że była ręka, ale nic im to nie pomaga. Keane szybko łapie piłkę i ustawia na 11 metrze. Wyrównuje. Pięć minut później strzela bramkę zwycięską. Dzięki tym punktom Irlandia zagra później w barażu z Francją, ale Keane jeszcze tego nie wie i mówi dziennikarzom po meczu: - Mieliśmy dzisiaj mnóstwo szczęścia...
Owszem, to co zrobił Thierry Henry to morderstwo na futbolu, hańba czy - jak to ujmuje Didier Droga - fuckin' disgrace i za to co zrobił będzie się pewnie smażył w piekle. My też nigdy mu tego nie zapomnimy, nie wspominając o Irlandczykach, choć akurat dopisanie Zielonej Wyspy do Afganistanu, Iraku i Korei Pn. na liście krajów, które przestały być wymarzonym celem turystycznym to dla Francuza pikuś. Ale powiedzcie mi, kto z Was zna piłkarza, który w takiej chwili, w takim meczu pozwoliłby tej piłce wyjść za linię, a po zagraniu ręką przyznał się, że to zrobił? Ręka w górę i nazwiska poproszę! Tak myślałem…
Rzadka rzecz w skomercjalizowanym świecie sportu, którym rządzi dolar (a mark, a yen, a buck, or a pond…): mistrz świata Formuły 1 z 2007 roku Kimi Raikkonen nie wystartuje w przyszłym sezonie, bo nie dogadał się z żadnym z teamów, które dałyby mu gwarancje walki o tytuł. Fin robi roczny (czy tylko?) urlop od F1, bo we frajerskim teamie, bez szans na sukces, wyłącznie dla kasy, jeździć nie chce. Brawo!
Dobrze, jeśli bramkarz Twojej drużyny jest osobą ambitną i pewną siebie. I w dodatku wiary we własne umiejętności nie trzyma w ukryciu ale umie o niej obwieścić światu. Bramkarz to specyficzna pozycja, więc im większe cojones ma osobnik stojący między słupkami, tym lepiej dla reszty zespołu. Dobrze jeśli ma mocny głos i wie co i kiedy krzyknąć na boisku. Jeszcze lepiej, jeśli osoba o takich cechach jest bramkarzem Twojej reprezentacji. Co jednak jeśli takich osobników znajdzie się kadrze aż trzech? W klubie to raczej niemożliwe, ale w naszej reprze mamy właśnie takich dwóch, a jeśli na Euro 2012 doszlusowałby do nich jeszcze Artur Boruc…?
Fajny żart wczoraj słyszałem, po meczu Polska - Rumunia. Gra była podła, pogoda podła, murawa podła, kibice Legii bardziej byli zainteresowani walką z właścicielami klubu niż wspieraniem repry (pomijam PZPN, PZPN… i ITI… ale już szczególnie miłe było skandowanie „Artur Boruc! Artur Boruc!" tuż po tym jak błąd popełnił Tomasz Kuszczak - bynajmniej nie bohater mojej bajki, bo odmawia rozmów z Gazetą i Sport.pl - który wypluł piłkę przed siebie i akurat w tym momencie potrzebował wsparcia. Wsparcia z strony trybun w tym meczu piłkarze nie mieli. Więc jakoś musieliśmy się ratować żartami jak ten, że…
Nie wiem jakim cudem maksymy byłego reprezentanta Polski i srebrnego medalisty igrzysk w Barcelonie, Wojciecha Kowalczyka, że im piłkarz jest lepszy, tym więcej pije, bo jest pewniejszy siebie, bardziej wyluzowany i ma więcej powodów do świętowania zawędrowały pod sudańskie strzechy, aliści musiał się z nimi zapoznać i wziąć do serca 20-letni gwiazdor ligi sudańskiej Stephen Worgu. Nie tylko wypił, jak na sportowca przystało, ale jeszcze siadł za kierownik i ruszył. Złapano go, osądzono i teraz czeka go... chłosta. Worgu może sobie być wielką nadzieję nigeryjskiego futbolu, ale w Sudanie prawo koraniczne jest równe dla wszystkich. Artykuł 78. przewiduje za złamanie zakazu picia alkoholu grzywnę (80 dolarów, co zapewne Worgu jeszcze jakoś by przełkną) oraz poddać się karze cielesnej. Piłkarza czeka więc 40 batów (nie się cieszy, że w Sudanie nie znają francuskiej nowej fali, bo dostałby 400;)
Muszę chyba częściej wyjeżdżać, ponieważ ostatnio co tylko gdzieś się wybiorę, w polskim futbolu dochodzi do jakiejś miłej niespodzianki. Jak poleciałem do Madrytu na wywiad z Cristiano Ronaldo, to PZPN wymienił na fotelu selekcjonera repry Stefana Majewskiego na Franza Smudę. Teraz wracam z urodzinowej eskapady do Stambułu, a tu trenerem Polonii Warszawa mój stary znajomy, Jose Maria Bakero! Przypuszczam, że gdybym wybrał się w podróż dookoła świata, po powrocie nie zastałbym dawnego PZPN, ale prężnie działającą organizację, naszpikowaną sprawnymi, młodymi menedżerami w stylu angielskiej Football Association.
Kto tu zagląda ten chyba musi lubić piłkarskie opowieści. A jeśli ktoś ma niedaleko do Warszawy i chce opowieść nie przeczytać, ale wysłuchać, temu polecam prawdziwą ucztę. Ani słowa o przerażająco mizernym hicie sezonu w polskiej lidze, wyczynach leśnych dziadków z PZPN, działalności prokuratury we Wrocławiu, zamiast tego prawdziwa sztuka: w ramach Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Opowiadania (Instytut Teatralny, ul. Jazdów 1, przy Placu Na Rozdrożu) wczoraj obejrzałem doskonałego Kowala i kościany most w wykonaniu Anglika Bena Haggarty'ego, dziśo 21.Garrincha – samba i śmierć w mistrzowskim wykonaniu Jarka Kaczmarka.
Tak zestresowanego Franciszka Smudy jak na wczorajszej konferencji, pierwszej w roli selekcjonera reprezentacji Polski, w życiu nie widziałem, a chodzę na konferencje Franza od 14 lat. Wielkim mówcą nigdy nie był, ale nawet będąc po presją ważnego meczu potrafił sypać swoimi żarcikami-smudzizmami. Wczoraj w Sheratonie był cholernie daleko od Smudy-swojaka-luzaka jakiego znamy i kochamy. Czyżby tak bardzo zdeprymowała go obecność dwóch pzpn'owskich raptorów: wiceprezesa PZPN Antoniego Piechniczka i dyrektora sportowego Jerzego Engela między którymi posadzono go za stołem? Inna rzecz, że Piechniczek ukradł Smudzie show, prawiąc z pasją o tym, że z polskim futbolem wcale nie jest tak źle jak pokazuje ranking i prostując 'chlapnięcia' selekcjonera. W słowach Smudy pasji nie było, tylko jedna wielka spinka.
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
napisz do mnie