czwartek, 08 sierpnia 2013

Drodzy! - piszę do stałych bywalców bloga i tych, których zaniosło tu przypadkiem. Jak może wiecie lub nie wiecie po niemal 20 latach zmieniłem redakcję. Najtrudniej było mi się rozstać z ludźmi, z którymi tak świetnie mi się pracowało tyle lat – a ludzie, jak powtarza Sir Alex Ferguson, są zawsze najważniejsi. Jedną z efektów tej zmiany jest i to, że przenosze blog w nowe miejsce. Zyskam w ten sposób zapewne paru nowych czytelników, ale bardzo nie chciałbym stracić starych.

Decyzja o założeniu bloga w 2007 była jedną z najlepszych jaką podjąłem w zawodowym życiu, nie raz dostarczyła mi kupy satysfakcji. Przede wszystkim dzięki Polsportowi poznałem całą masę podobnych pasjonatów sportu jak ja sam, z którymi mogłem się kłócić o wyższość Barcy nad Realem, Cristiano Ronaldo nad Leo Messim, Premier League nad La Liga, Polskiej Myśli Szkoleniowej nad przybłędami z zagranicy itd. itp. Linki do najciekawszych i najfajniejszych blogerów możecie znaleźć na szpalcie obok. Czasem udawało mi się organizować dla Was konkursy i zabawy literackie.

Mam zamiar robić to nadal, tylko tu:



Nie będę podsumowywał tych 20 lat w pożegnalnej notce, bo choć minęły z szybkością, z jaką Gareth Bale zasuwa z jednego końca boiska na drugi, to mógłbym o nich napisać książkę, czego skądinąd nie wykluczam. Zamiast tego zamieszczam wywiad, jaki przeprowadził ze mną serwis Wirtualne Media, w którym wyjaśniam dlaczego odszedłem i dokąd.

Wszystkich ściskam serdecznie

i do zobaczenia! :)

Krzysztof Lisowski: Dlaczego podjął Pan decyzję o odejściu z Agory, z którą był Pan związany przez ponad 20 lat?

Michał Pol, dyrektor kontentu sportowego w wydawnictwie Ringier Axel Springer: Decyzja była trudna, bo nie tylko spędziłem tam dwie dekady, ale wszystkiego się nauczyłem - jak na Oxfordzie. Byłem na pięciu igrzyskach, trzech mundialach. Przede wszystkim jednak byłem zżyty z ludźmi. Ale propozycja Ringier Axel Springer była nie do odrzucenia. Daje mi przeogromne możliwości rozwoju, współtworzenia wielkiego medialnego projektu, nowych mediów i nowych standardów dziennikarstwa sportowego. I to w dużym międzynarodowym koncernie, w którym my będziemy korzystać z doświadczeń naszych zagranicznych kolegów, a oni z naszych.

Jak Pan ocenia to, co się dzieje w Agorze na polu dziennikarstwa sportowego?

Bardzo dobrze. Szefem całego sportu został tam Marcin Gadziński, który jak nikt rozumie, jakie wymagania stawiają w mediach nowe czasy. W dużej mierze za jego sprawą stałem się dziennikarzem multimedialnym, to on namówił mnie na założenie bloga i konta na Twitterze.

Ale jednak Pan odszedł. Jakich nowych możliwości spodziewa się Pan po objęciu stanowiska w Ringier Axel Springer?

Najogólniej mówiąc możliwości stworzenia najbardziej eksperckiego, multimedialnego, najszybciej i najciekawiej informującego o sporcie medium w Polsce. Pozwalającego odbiorcom współuczestniczyć w wydarzeniach sportowych, przeżywać emocje wspólnie z nami. Możliwości realizowania moich pomysłów na komunikację z czytelnikami czy też internautami poprzez szereg wszystkich dostępnych kanałów informacyjnych i takich, które dopiero wymyślimy.

Jakie korzyści dla mediów sportowych wydawanych przez Ringier Axel Springer będą wynikały ze stworzenia newsroomu sportowego?

Myślę, że na powstaniu multimedialnego newsroomu skorzystają przede wszystkim dziennikarze, ponieważ zyskają znaczne możliwości rozwoju. Wzrosną ich kompetencje i umiejętności pracy z nowymi narzędziami technologicznymi. Korzyści dla wydawnictwa z pozyskania armii multimedialnych ekspertów są oczywiste. Newsroom da wydawnictwu możliwości lepszego wykorzystania wszystkich swoich mediów na wspólnym sportowym froncie.

W środowisku krążą jednak opinie, że może to być droga do zlikwidowania redakcji poszczególnych mediów... .  Czy prawdą jest, że są plany zwolnienia z redakcji tytułów sportowych redaktorów, a ich praca zostanie zastąpiona przez newsroom?

Jest dokładnie odwrotnie. Newsroom nie przyczyni się do likwidacji redakcji, ale wzmocni je, zarówno „Przegląd Sportowy”, jak i „Fakt”. Sprawi, że przepływ informacji do wszystkich naszych odbiorców będzie szybszy i pełniejszy. Otworzy też obie redakcje na internet, czyli na odbiorców. Będzie wsłuchiwać się i odczytywać ich oczekiwania. Redaktorzy obu redakcji będą wspólnie tworzyć multimedialny kontent, występując m.in. w programach internetowych. Na pewno nikt nie zostanie zwolniony tylko dlatego, że powstał nowy newsroom. Każdy dostanie szansę odnalezienia się w digitalnym świecie, od nich tylko zależy, jak ją wykorzystają. Ja taką szansę dostałem w 2009 roku i myślę, że wykorzystałem ją nieźle. Teraz postaram się pomóc każdemu nie tylko znaleźć swoje miejsce, ale stać się multimedialnymi dziennikarskimi gwiazdami, bo za takimi rozglądać się będą użytkownicy w informacyjnym chaosie.

Czy dziennikarstwo sportowe ma w Polsce duży potencjał?

Myślę, że sport ma olbrzymi potencjał i najwięcej ze wszystkich dziedzin życia może wygrać na błyskawicznie postępującym rozwoju technologicznym. Pokazały to dwie największe imprezy ubiegłego roku - igrzyska w Londynie i Euro 2012. Fani na całym świecie mogli je przeżywać dzięki smartfonom, tabletom, laptopom i wciąż jeszcze telewizji z tak bliska i tak intensywnie, jak jeszcze nigdy. Coraz mniej ludzi ogląda dziś wydarzenia sportowe, mecze piłkarskie, siatkarskie czy tenisowe bez drugiego ekranu w ręce, na którym sprawdza wyniki, dzieli się z innymi fanami swoimi emocjami, sprawdza komentarze ulubionych dziennikarzy. Ludzie na całym świecie wciąż chcą wielbić swoich sportowych idoli, czytać o nich i nienawidzić ich rywali.

Jaką przyszłość mają specjalistyczne tytuły prasowe - takie, jak np. „Przegląd Sportowy”?

„Przegląd Sportowy” to marka o niemal stuletniej tradycji, jedyny w Polsce dziennik sportowy i z pewnością będziemy się starali rozwijać go i wzmacniać. Właśnie poprzez wspólne działanie z prężnym portalem przegladsportowy.pl

Ostatnio wiele dyskutuje się o marketingu sportowym. Na topie są przede wszystkim tenis i piłka nożna. Które dyscypliny z Pana punktu widzenia mają największy potencjał?

W Polsce oczywiście jeszcze siatkówka, a zimą skoki narciarskie i Justyna Kowalczyk, bo nie napiszą, że Polacy pokochali biegi narciarskie, pokochali ją. Ale widzę też spory potencjał MMA i boksu, rajdów samochodowych i F1 oraz - choć tylko w pewnych ośrodkach - żużla.

Prowadzi Pan blog - pojawiają się opinie, że blogosfera może odegrać rolę taką, jak dziennikarstwo. Wierzy Pan w swoją „moc” jako blogera sportowego?

Blogując od 2007 roku poznałem w sieci mnóstwo fantastycznych, kompetentnych blogerów o niezwykłej wiedzy i dobrym stylu pisania. Niektórzy byliby skarbem w każdej redakcji. Myślę, że najlepsi będą w stanie wkrótce utrzymywać się dzięki blogowi. Ale ciężko będzie im zastąpić mainstreamowe media z bardzo wielu powodów. Te ostanie nie mogą jednak ani obrażać się na blogosferę ani udawać, że jej nie ma, ale grać razem z nią.

Czy stworzenie newsroomu sportowego to sygnał, że wszystkie media sportowe pójdą w wydawnictwie Ringier Axel Springer w kierunku cyfrowym, na niekorzyść druku?

Wszystkie media sportowe Ringier Axel Springer już od jakiegoś czasu kroczą na dwóch nogach - cyfrowej i papierowej. Wspólnie postaramy się, żeby ten krok przerodził się w bieg na maratońskim dystansie (śmiech - przyp. red.).

 

01:12, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (49) »
środa, 24 lipca 2013

Z okazji rychłego przyjazdu do Polski drużyny Molde na bój o Ligę Mistrzów z Legią Warszawa w blogowym cyklu Z Archiwum K(orespondenta) opowieść o szoku jakiego w kontakcie z Polską musiał doznać pewnego razu trener Norwegów, Ole Gunnar Solskjaer. I nie chodzi mi o miejską legendę jakoby w tunelu w Oslo przed wyjściem na mecz Norwegia - Polska Tomasz Hajto przyrżnął Solskjaerowi otwartą dłonią w plery, a gdy ten odwrócił się zaskoczony i zbolały, Hajto wskazując kciukami na własne plecy i powiedział mu: My name is Gianni. Uważaj, będę cię dzisiaj pilnował… Zweryfikowałem tą historię u źródła i Tomek wyparł się by takie zdarzenie miało miejsce.

Chodzi o wydarzenia późniejsze, kiedy Norwegowie, nie mający już zresztą szans na awans na mundial w Japonii/Korei przyjechali do Chorzowa na rewanż. 1 września 2001 pojechałem na lotnisko w Pyrzowicach, by już tam złapać kontakt z Mordercą o twarzy dziecka (ale łagodnym sercu i charakterze) i umówić się z nim na wywiad w hotelu. Rozmawialiśmy już kiedyś na Old Trafford, ale oczywiście nie łudziłem się, że to pamięta. Gdy drzwi się otworzyły i gwiazdor Manchesteru United ruszył w kierunku autobusu, ruszyłem i ja. Fanów było niewielu, dziennikarzy też nie za dużo. Niestety drogę przesłonił mi operator Czołowej Stacji TV, a jej Lokalny Gwiazdor przystąpił do zadawania pytań.

- Herr Solskjaer, was denken Sie ueber polnische Mancschaft?

- I’m sorry but I don’t speak german. English please... - odparł uprzejmie Norweg.

- Und welche polnische Spieler kann besonders gefahrlich sein? - kontynuował niezrażony Dziennikarz, czytając z kartki.

- Man, I told you, I don’t understand. I simply don’t speak german... - Solskjaer bezradnie rozłożył ręce.

- Glauben Sie also, dass die norwegische Manschaft hier in Polen gewinnen kann? - nie odpuszczał Dziennikarz. W ogóle nie słuchał co mu mówi Solskjaer. Zdarza się. Sam tak miewałem, że gdy bardzo koncentrowałem się na następnym pytaniu, kompletnie nie słuchałem odpowiedzi i dopiero później na dyktafonie dowiadywałem się jaka właściwie była odpowiedź. Kiedyś zapytałem Petera Schmeichela czy bramkarz musi być szalony, na co on odpowiedział mi pytaniem: a kto ci tak powiedział? Ale nie załapałem i jak idiota zadałem jakieś kolejne...

Solskjaer miał już jednak dosyć. Westchnął: - All right, this interview is really hopeless... i stanowczo popchnął wózek do autokaru, zostawiając za sobą dziennikarza, który uparcie jeszcze próbował dowiedzieć się Was denken Sie... Meinen Sie, dass...

Gdy w końcu zniknął w drzwiach autokaru, Dziennikarz odwrócił się do mnie ze słowami: - Patrz jaki k... gwiazdorek pi...ny. Nie pogada z polskim dziennikarzem, ch... j.... Sodówa już mu się do reszty rzuciła na mózg w tym Manchesterze. Co k...owi szkodziło powiedzieć dwa słowa? Specjalnie tu jechałem...

Ale to był dopiero początek zdziwień Solskjaera. Reprezentacja Norwegii jak każda skandynawska drużyna wyznaczyła w hotelu godzinę dla mediów, w trakcie której dostępni byli wszyscy piłkarze, co do jednego. Ustawiliśmy się w kolejce z Rafałem Nahornym, który wówczas reprezentował jeszcze Przegląd Sportowy. Jak zwykle w takich przypadkach priorytet miały telewizje. Tym razem do przeprowadzenia wywiadu z Solskjaerem delegowany został nieznany mi, młody chłopak, ale za to mówiący perfect po angielsku.

- Ole, kiedy wrócisz z meczu Polska - Norwegia do Manchesteru będziesz miał nowego kolegę... - zagaił płynie i radośnie.

- O tak, nie możemy się już wszyscy doczekać. Laurent Blanc to wspaniały obrońca, mistrz świata i Europy. Ma swoje lata, ale liczymy, że dzięki swemu doświadczeniu doskonale zorganizuje obronę, poza tym świetnie się rozumie z Fabienem Barthezem... - odparł, bo rzeczywiście transfer Francuza był już przesądzony.

- Znaliście się z boiska? Grałeś już wcześniej przeciwko Dudkowi?

- Wait, Dudkowi? Chyba coś pomyliłeś. Z tego co słyszałem Dudek przechodzi do Liverpoolu. Ja gram w Manchesterze United. To jednak dwa różne kluby - mrugnął okiem.

- Dudek będzie dla was dużym wzmocnieniem?

- Nie, nie będzie, bo nie będzie u nas grał. Powtarzam ci, on przechodzi do Liverpoolu...

- A czy znasz może jakieś polskie słowa, żeby go powitać w szatni?

- Kogo, Dudka? Człowieku, zlituj się!

- Nie martw się, ja cię nauczę! Repete please: „cześć”, „dzień dobry”, „jak się masz!”

- No nie, sorry, ale polskiego nie będę się uczył. Błagam kończmy ten wywiad, ostatnie pytanie...

Kiedy usiedliśmy z Rafałem naprzeciwko niego spojrzał na nas z przerażeniem, co też przygotowali dla niego kolejni polscy dziennikarze. My mieliśmy jednak w miarę normalne pytania piłkarskie. Odszukałem ten wywiad i oto co Solskjaer mówił nam o Emmanuelu Olisadebe:

To jeden z tych napastników, przeciwko którym nikt nie lubi grać, za to każdy chciałby go mieć w swoim składzie. Niezwykle szybki i świetnie wykańczający akcje. Strzelił nam w Olso dwa gole, ale dziś wiemy już o nim tyle, że nie pozwolimy mu na taki wyczyn.

Poradziłby sobie w Premier League?

- To znakomity napastnik. Poradziłby sobie w każdej lidze - angielskiej, włoskiej, hiszpańskiej, niemieckiej...

Może coś Pan szepnie o nim Aleksowi Fergusonowi?

- Eee, nie. Manchester United i tak ma już za dużo napastników, w dodatku to ja najwięcej siedzę na ławce...

Przyjrzyjcie dobrze twarzy Solskjaera na wtorkowej konferencji na stadionie Legii, czy przed pierwszym pytaniem z sali nie dojrzycie strachu w jego oczach... ;)

Z radością informuję, że jury konkursu Akademia Cartoon Network, któremu przewodniczyłem uznało głównym zwycięzcą 13-letniego Patryka Nowickiego z Brzozówki. Z 395 nadesłanych nadesłanych filmików prezentujących umiejętności to jego zyskały nasze największe uznanie i w nagrodę Patryk pojedzie do Londynu na trening z piłkarzem Arsenalu, Łukaszem Podolskim. W międzynarodowym towarzystwie, bo zjadą tam również dzieciaki z Rosji, Rumunii, Bułgarii, Belgii, Holandii, Węgier, Niemiec, Austrii i Szwajcarii wstydu na pewno nam nie przyniesie. Filmik z jego umiejętnościami możecie tutaj Myślę, że należy mu się szacunek choćby z uwagi na nawierzchnię na jakiej trenował.  

Jury przyznało też pięć wyróżnień dla Dawida Olszaka z Lubartowa, Mikołaja Osieckiego z Gostynia, Macieja Wójcika z Krakowa, Oliwiera Frączka z Głogówka i Denisa Dluhę z Oławy. Wszyscy wyróżnieni otrzymają piłkę Adidas z podpisem Poldiego oraz zestawy gadżetów konkursowych.

Gratulacje i do następnego konkursu! :)



Tagi: konkursy
14:48, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (19) »
wtorek, 23 lipca 2013

 

Przyznam szczerze, że nie wierzyłem w spełnienie plotki jakoby to Gerardo „Tata” Martino miał zostać nowym trenerem Barcelony w miejsce chorego, walczącego z nawrotem nowotworu Tito Vilanovę. Nie dlatego bym nie wierzył w talent trenerski Argentyńczyka, potwierdził go pracując z Newells Old Boys i reprezentacją Paragwaju, którą śledziłem z trybun na mundialu w RPA (niestety także i w najnudniejszym meczu turnieju - z Japonią, ale szczęśliwie i w ciekawym minimalnie przegranym ćwierćfinale z przyszłymi mistrzami świata). Nie spodziewałem się jednak, że Barca zatrudni trenera, który ani nie kończył La Masii, ani nigdy nie grał w Barcelonie, a  do tego nigdy nawet nie pracował w Europie! A przecież, jak pisał Graham Hunter w swej świetnej książce „Barca. Za kulisami najlepszej drużyny świata” od czasu odejścia z klubu szalonego prezydenta Joana Gasparta to były podstawowe kryteria przy poszukiwaniu nowego szkoleniowca. Po pierwsze barcelońskie korzenie, gwarantujące ciągłość filozofii gry, po drugie doświadczenie w Lidze Mistrzów, jeśli nie w roli trenera to przynajmniej piłkarza. Dlatego właśnie robotę w Barcy kolejno Frank Rijkaard, Pep Guardiola i Vilanowa. Ich dotychczasowe doświadczenia trenerskie nie miało dla władz klubu żadnego znaczenia - Rijkaard zdążył wcześniej spuścić do 2. ligi Spartę Rotterdam, Guardiola prowadził przez rok rezerwy, a Vilanowa, zanim został asystentem Pepa nie zdołał utrzymać maleńkiego klubiku z trzeciej ligi (inna rzecz, że przybył gdy na ratunek było już za późno). Liczyło się to, że wszyscy sa duchowymi uczniami Johana Cruyffa, stworzyciela nieba, ziemi i tiki-taki. Pamiętajmy, że trenerzy przybywający do Europy z Ameryki Południowej rzadko z miejsca odnoszą sukces, o czym przekonał się w Realu Madryt Vanderlay Luxemburgo czy Luis Felipe Scolari, gdy porzucając reprezentacje Portugalii wziął się za trenowanie klubów.

Martino to uczeń Marcelo Bielsy, bielsista tylko bardziej pragmatyczny od niego - jak pisze Jonathan Wilson w Guardianie. O różnicach między Bielsą a Martino ciekawie opowiada Misza Szadkowski w naszej poniższej rozmowie. Zwraca uwagę na to, że pierwszy ma o wiele gorsze relacje z zawodnikami, z którymi łatwo popada w konflikty, przede wszystkim jednak kurczowo trzyma się swojej filozofii bez względu na okoliczności. To ostatnie - mam wrażenie wielokrotnie gubiło Barcelonę Guardioli i Vilanovy w trudnych chwilach, gdy przegrywała w Lidze Mistrzów z Interem Mediolan w 2010 czy z Bayernem Monachium w ostatniej edycji. Nie wiem na ile takie podejście 1. Tiki-Taka jest najlepsza na świecie; 2. gdy nie jest patrz punkt pierwszy jest kluczowe dla władz Barcy, ale Martino nie wstydzi się naginać taktyki do rywala, zmieniać ustawienie, grać destrukcyjnie, zabraniać swoim piłkarzom nie przekraczać granicy pola karnego kiedy to konieczne. Chyba, że uznamy, że co wolno reprezentacji Paragwaju (z całym szacunkiem) w meczu z Włochami na mundialu, to nie przystoi Dumie Katalonii.

Kolejna sprawa to brak doświadczenia Taty w prowadzeniu tak wielkich gwiazd jak cała grupa mistrzów Hiszpanii oraz Leo Messi - najlepszy piłkarz świata i zdobywca czterech Złotych Piłek. A tu jeszcze trzeba będzie wpasować w zespół Neymara, przyzwyczajonego w Santosie do statusu półboga, który jednym gestem strąca trenera jeśli się z nim nie dogaduje. Choć pewnie z Messim nie będzie mieć problemu. Nie wierzę w spekulacje złośliwych madryckich mediów, że Leo osobiście wyznaczył nowego szkoleniowca, rodaka, i dlatego nie jest nim Luis Enrique. Ale jakaś akceptację pewnie dał, nie wierzę, żeby władze klubu nie konsultowały tak ważnej decyzji ze swą kluczową gwiazdą.

sobota, 20 lipca 2013

Nie jestem w stanie zrozumieć ilości hejterstwa z jakim spotkało się odwołanie przez Barcelonę towarzyskiego supermeczu z Lechią w Gdańsku. Czytam o zlekceważeniu kibiców, polskich kibiców w szczególności, a gdzieniegdzie wręcz o zlekceważeniu nas, Polaków. Że przecież nikt nie umarł, co szkodziłoby Barcy poklepać piłeczkę przez te 90 minut, że przecież za cztery dni mecz z Bayernem Monachium, którego jakoś nie odwołują... Że do Gdańska przyjechało specjalnie mnóstwo ludzi, którzy wydali konkretne pieniądze na podróż i hotele. To ostatnie rzeczywiście jest problemem. O ile - jak rozumiem - zwrot pieniędzy za bilet przez organizatorów jest oczywistością (chyba, że komuś będzie pasował ewentualny nowy termin i obietnica, że Barca wystąpi w najsilniejszym składzie), o tyle nikt nie pokryje strat tym, którzy przyjechali na Barcę z daleka, znam takich co nawet z Irlandii i Szkocji, tym, którzy podporządkowali spotkaniu swoje wakacyjne lub zawodowe plany.

Sam specjalnie skróciłem o parę dni wakacje w ciepłych krajach, żeby być dziś w Gdańsku. O nawrocie choroby Tito Vilanovy i jego rezygnacji dowiedziałem w samolocie, stojąc już na pasie. Miałem poprowadzić konferencję przed meczem i chwilę wcześniej dowiedziałem się, że będą na niej Adriano i Javier Macherano. W myślach układałem więc sobie oczywiste pytania do nich w zaistniałej sytuacji. Nie mówiąc o tym, że rysowała się szansa - może jedyna i już kolejnej nie będzie, a przynajmniej bardziej dogodnych okoliczności - na rozmowę z Leo Messim. Gdy wylądowałem w Warszawie  mecz był już odwołany. Oczywiście poczułem zawodowe rozczarowanie. Ale jeszcze szybciej współczucie dla Vilanovy.

Nie mam pretensji do Barcelony, co najwyżej do losu. Czymże jednak jest moje małe rozczarowanie przy goryczy jaką musi czuć Tito, przegrywając walkę z nowotworem. I jak gorzka musiała być dla niego decyzja, żeby dla dobra drużyny zostawić ją i udać się na kolejne leczenie, wiedząc, że tym razem posada nie czeka na jego powrót. Rozumiem postawę piłkarzy i ich wspólną decyzję. Wierzę im, że ostatnia rzecz na jaką mieli ochotę kilkanaście godzin po kolejnej takiej dramatycznej konferencji prasowej, na której ich trener ogłosił rezygnację, to jechać na pokazowy mecz, bez względu na to gdzie się miał odbyć. Przecież nie powiedzieli sobie: o, jest świetna okazja, żeby olać Polaczków. Przecież zarobiliby na tym spotkaniu. Pokazali, że pieniądze nie są najważniejsze, najważniejsza jest jedność drużyny, a już na pewno, że Vilanova, którego wielu zna jeszcze z La Masii, to ktoś więcej niż trener. Straciliśmy nieco wiarę w Mes Que Un Club po tym jak Barcelona obeszła się z Erikiem Abidalem, dla którego zabrakło miejsca w klubie. Sytuacja jest o tyle inna, że Eric wygrał walkę z rakiem, a Tito przegrywa, a nie triumfalnie wraca. Myślę, że kibice futbolu, niekoniecznie wyłącznie Barcelony, zrozumieją to co się stało. Po prostu zrozumieją...

Animo Tito, wracaj do zdrowia i do zawodu! Teraz to jest najważniejsze...

12:19, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (53) »
środa, 03 lipca 2013

Trochę to trwało, ale musieliśmy ustalić zeznania z autorem książki, Markiem Wawrzynowskim. Oto i one. Trzy najlepsze wspomnienia Waszych najlepszych drużyn napisali Tomassino-1 (o Wiśle Kasperczaka, którą wszyscy pamiętamy, szczególnie bolesny tekst w kontekście tego co właśnie wykluwa się na Reymonta), BNowy o Stali Mielec, kolejnym obok Widzewa klubie, który walczył jak równy z Realami Madryt i który niemal zniknął z piłkarskiej mapy Polski oraz Kuba Machowina o Liverpoolu Kenny Dalglisha. Panowie, poproszę adresy na mejla oraz czy dedykację autora chcecie na nick czy na nazwisko;)

Wyróżnienia dla Lenykaa za tekst o nieodległych czasach Milanu Carlo Ancelottiego (jakże mu pójdzie na Santiago Bernabeu?) oraz ectuspolonusa za fajny pomysł z wyróżnieniem świetnych blogerów, choć ja bym ich jednak zupełnie inaczej ustawił na placu (ja na obronie? mnie najbliżej do Davida Luiza, który czasem coś wybije z pustej bramki ale lepiej czuje się z przodu). Dziękuję wszystkim za udział, a już wkrótce kolejny konkurs związany z książką Andrei Pirlo zestawienia ectuspolonusa, czyli Michała Okońskiego...

Tagi: konkursy
08:08, francuski_lacznik , Konkursy
Link Komentarze (16) »
niedziela, 30 czerwca 2013

Kto jeszcze nie słyszał, nie widział i nie zna, niech jak najszybciej usłyszy, zobaczy i pozna! Oto pasjonaci i entuzjaści hiszpańskiego futbolu skrzyknęli się w Internecie i stworzyli fantastyczny, przeciekawy, kompetentny magazyn ¡Olé! Pomysł narodził się w portalu kibiców Valencii – www.vcf.pl którego redaktorzy (m.in. znany doskonale bywalcom Polsportu Łukasz Kwiatek) zaprosili do współpracy specjalistów od La Liga z blogosfery jak Piotr Dyga czy Michał Zachodny (¡Olé! śledzi również losy iberyjskich piłkarzy i trenerów w innych ligach, zwłaszcza na Wyspach) oraz dziennikarzy z mediów ogólnopolskich jak Barbary Bardadyn z Przeglądu Sportowego, Piotr Koźmiński z Super Expressu czy Piotr Laboga z NC+. Ja też znalazłem się w stopce, choć na razie oba świetne numery magazynu wsparłem jedynie dobrym słowem i życzeniami powodzenia. Nie żebym sprytnie zamierzał wejść dopiero na gotowe i rozhulane, po prostu kończę projekt książkowy, który odbiera mi każdy kawałek wolnego czasu. Redakcją kierują prężny i zarażający entuzjazmem redaktor naczelny, Dominik Piechota oraz wpierająca go z Hiszpanii Jolanta Zasępa, której żaden piłkarz jeszcze nie domówił wywiadu i ja im się nie dziwię. Poznałem, doceniłem i polubiłem ich już zresztą dawno temu dzięki Twitterowi, podobnie jak całe mnóstwo pozostałych autorów

Bardzo szybko wszystko rozhulali, obczajcie sami: najnowszy numer podobnie jak pierwszy jest dostępny w sieci zupełnie za darmo (w .pdf) w co aż nie chce się wierzyć patrząc na ilość pracy przy projekcie! W liczącym aż 138 stron magazynie znajdziecie dwa artykuły podsumowujące trzy sezony Jose Mourinho w Realu Madryt, spekulacje na temat zastępującego go na Santiago Bernabeu Carlo Ancelottiego i podsumowanie grubego, hiszpańskiego kelnera, jak brzydko kibice The Blues nazywali Rafę Beniteza. Portret najlepszego obecnie polskiego piłkarz Primera División, Filipe Kasimirskiego, z którym o korzeniach porozmawiał Piotrek Koźmiński. Analiza taktyczna gdy Aleksandre Songa pióra Bartosza Gazdy, sylwetki Jonathana Soriano, kroczącego na szczyt Thibaut Curtois oraz Javi Martineza, który szczyt właśnie zdobył z Bayernem. Opowieści o Proyecto Heliópolis czy ruszającym na podbój Premier League Manuelu Pelegrinim. Oraz wywiady Kibu Vicuñą, Adrianem Wójcikiem Kosełą, Sergio Escudero i Danim Quintaną. Tu znajdziecie interaktywne wydania Issuu.

 

Jak pisałem, cały magazyn jest dostępny za darmo i jak obiecują twórcy, taki ma pozostać tak długo jak to będzie możliwe. Czytelnicy proszeni są jedynie o dobrowolne datki, jak piszą autorzy na kawę dla grafików, czy fryzjera dla rwących włosy z głowy korektorów. Dopiero zaczną rwać, jak ja coś im wyślę ze swoją dysleksją :p W każdym razie inicjatywa potwierdza, że nie trzeba kończyć dziennikarstwa, ani wieloletniego stażu w mainstreamowych mediach, żeby stworzyć ciekawy projekt w Internecie. W dzisiejszych cyfrowych czasach wystarczy pasja, zapał i pomysł. Sam nie wiem czy życzyć im druku na papierze, czy to aby nie strata kasy i energii? Na pewno za to życzę im, żeby ich praca pozwalała na coś więcej niż kawa, nawet w Sturbucksie;) ¡Olé!



14:53, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (15) »
czwartek, 27 czerwca 2013

 

Ręce opadają po ostatnich wydarzeniach w Wiśle Kraków z zaproszeniem na testy rumuńskiego studenta-oszusta, Sorina Oproiescu, który uwiódł wiślackich skautów zgrabnym montażem cudzych akcji i goli na You Tube. Ja rozumiem ciężką sytuację polskich klubów, które nie mając kasy rozglądają się za piłkarzami dostępnymi za darmo. Niestety należą do nich głównie piłkarze z jutiuba (swoją drogą smutne to jak szybko Wisła przeszła drogę od światowej klasy dyrektora sportowego Stana Valcxa, kreującego gwiazdy w PSV Eindhoven do wyszukiwarki google’a i wikipedii). Tych filmików nadesłanych przez menedżerów różnej maści jest mnóstwo. A jeszcze jak słyszałem, cwaniacy z Bałkanów potrafią aranżować lipne mecze, w trakcie których ich zawodnicy dryblują przez pół boiska jak Leo Messi, robią Drogbę i inne cuda. Jasne, że w tak rozpaczliwych poszukiwaniach każdemu może się przydarzyć wpadka. Ale gdy już wyjdzie na jaw najlepiej przyznać się do błędu, obiecać, że już nigdy, że odtąd uważniej... etc, a przede wszystkim podziękować własnemu kibicowi, który wykazał proletariacką czujność, obnażając spryciarza. Jako że wykonał robotę dyrektora sportowego, ja bym go nagrodził co najmniej zaproszeniem VIP’owskim na pierwszy mecz sezonu.

Tymczasem Wisła idzie w zaparte. Najpierw wydała kuriozalne oświadczenie, że decyzja o testach tego zawodnika została podjęta na podstawie rekomendacji managera piłkarza oraz zebranych materiałów wideo (...) Podobna praktyka została uprzednio przyjęta także w przypadku Emmanuela Sarkiego. Menedżerowie od tego sa, żeby wciskać klubom nawet największy szrot. Dobrze, że nie rekomendował worka z cementem. Sarki? Jego karierę można było dokładnie prześledzić na stronach nigeryjskich, norweskich i belgijskich, w których ligach grał. Jakby tego było mało, Franciszek Smuda oficjalnie przyznał, że choć wie, że Oproiescu spreparował filimki i nigdy nie grał w żadnej Politechnice Timisoara, to i tak da mu szansę. - Słyszałem o tym wszystkim. Ale to nie jest tak, że to nie jest piłkarz, tylko jakiś murarz albo piekarz. Wie pan, jaką mamy sytuację kadrową. Muszę kogoś znaleźć. Sprawdzę każdego, kogo ktoś mi poleci. I dodał, że trenując w Turcji przepuścił Davora Sukera (Krzysiek Stanowski z weszlo.com stwierdził na twitterze, że pomylił mu się z Hakanem Sukurem...).

W sytuacji opadnięcia roą do samej ziemi pozostało mi tylko ogłosić na twitterze konkurs na mema najlepiej obrazującego sytuację. Oto efekt inwencji internautów (a Wam który się najbardziej podoba?):

I jeszcze dwa, jeden:

i zwycięzca:

 

16:13, francuski_lacznik , Futbol
Link Komentarze (32) »
wtorek, 25 czerwca 2013

Rzucił torbę na pierwszym wolnym miejscu i zaczął się przebierać. Któryś z kolegów się oburzył: „To jest miejsce Heńka Dawida”. Młody odparł: „Pierdolę, nie interesuje mnie to, przyszedłem tu grać”. Transfer Zbigniewa Bońka do łódzkiego Widzewa spowodowała narodziny dwóch wielkich gwiazd - zarówno samego Bońka jak i gwiazdy Wielkiego Widzewa. Wątpliwe, by jedna mogła rozbłysnąć o drugiej. Właśnie Boniek był tym, który dał drużynie nowa moc. Stał się jej nowym silnikiem i wprowadził ją na wyższe obroty (...)

Tak zaczyna swoją świetną książkę „Wielki Widzew” Marek Wawrzynowski, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, który poświęcił jej trzy lata pracy. Fantastycznie zdokumentowanej, przegadanej chyba z wszystkimi nostalgicznej historii jednej z największych polskich drużyn, która walczyć jak równy z równym z największymi ówczesnymi potęgami europejskiego futbolu, Juventusem, Liverpoolem, Manchesterem United i City. Której kibice na Anfield Road bili brawo na stojąco, mimo, że Polacy właśnie wyrzucili w Pucharu Drużyny ich ukochanych The Reds, a największy gwiazdor tamtej drużyny Ian Rush (taki ówczesny Wayne Rooney, tylko z Walii - podpowiedź dla młodszych czytelników) do dziś opowiada o niej z szacunkiem.

Ale książka nie jest tylko idylliczne wspomnienia dawnych sukcesów i opium na dzisiejszą marność polskiego futbolu. To także próba ukazania fenomenu jak w tamtych siermiężnych czasach (jeśli chodzi o warunki życia, nie sportowe talenty) udało się stworzyć tak wielki zespół. Opowieść o twórcy Ludwiku Sobolewski, osobie równie wielce niejednoznacznej i skomplikowanej, jak cała paka piłkarzy, którą sobie dobrał, zwana nie bez powodu Parszywą Dwunastką. O złych chłopakach, którzy stali się jeszcze gorszych, żeby móc osiągnąć to co osiągnęli i przeciwnościach, które musieli po drodze zwalczyć lub przynajmniej nie zatracić się im ulegając: alkoholu, hazardu, korupcji, wewnętrznych konfliktach. Nie wszystkim się udało. Dzięki książce wreszcie możemy poznać historię kilku upadłych karier.

No i oczywiście jest to opowieść o największej osobowości Wielkiego Widzewa, która później odniosła największy sukces (i na boisku i jak pokazuje życie, poza nim) Zbigniewie Bońku. Z książki wyłania się portret człowieka wyrastającego poza swoje środowisko, o wyjątkowym charakterze, dzięki któremu łatwiej nam zrozumieć wiele jego późniejszych sukcesów ale i niepowodzeń.

Posłuchajcie zresztą rozmowy z autorem, który wyjaśnia jaka idea przyświecała mu podczas pisania książki...


 

I TRADYCYJNY KONKURS.

Jeśli chcecie wygrać książkę „Wielki Widzew” z osobistym autografem autora, napiszcie w komentarzach o Waszej najlepszej drużynie wszech czasów: która, z jakiego okresu i dlaczego ta. Moment euforii, moment klęski, gdy się skończyła... Wspólnie z Markiem wybierzemy trzy najfajniejsze wpisy...



Tagi: Widzew
16:03, francuski_lacznik , Co się wydaje
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 111
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie