Blog > Komentarze do wpisu

Pamietam jak Zidane... (werdykt)

Konkurs na tekścik pt „Nigdy nie zapomnę jak Zidane...” i zarazem piłeczkę z autografem Zizou wygrywa kubamachowina za Balladę o niezwykle ciężkim zabarwieniu emocjonalnym, autor całkiem fajnego bloga Bloody Footbal który cieszę się, że odkryłem. Kuba golem dosłownie w fergie time wyprzedził ronaldingo który również miał świetny pomysł na tekst w dodatku o meczu, w którym miałem przywilej oglądać Zizou na własne oczy. Trzecie miejsce na podium ex equ przyznaje znajomym konkursowiczom, którzy doskonale wiedzą już o co chodzi i nie zeszli poniżej poziomu, z którego ich znam tomassino-1 i rossi-4 (który wszakże podpadł mi sformułowaniem szczelnie magazynował piłkę, da what?;) oraz madapaka za urocze wpsomnienie pojedynku między królem Zizou i jego czeskim następcą. Wszystkim dziękuje za Wasze wspomnienia, zwycięzców proszę o mejle z adresem. Za 2. miejsce nagrodą jest koszulka adidasa Team 5, a za trzecie książki-albumy FC Barcelona i Borussia Dortmund autorstwa dziennikarza Weszło, Tomka Ćwiąkały (chyba, że madapaka nie ma jeszcze książki Alessandro del Piero Gramy dalej, bo został mi ostatni egzemplarz...

A to nagrodzone teksty, ciekawym czy zgadzacie się z werdyktem. Ostatnio na blogu ciszej, ponieważ kończę własną książkę, a deadline goni niemiłosiernie, ale o tym będzie jeszcze czas napisać. Z góry uprzedzam pytania, że nie jest to biografia Roberta Lewandowskiego (trochę żałuję, ale akurat ukazały się trzy).

 

kubamachowina

Balladę o niezwykle ciężkim zabarwieniu emocjonalnym

 

Nigdy nie zapomnę, bo jakże mógłbym zapomnieć? Życie nie jest sumą naszych wdechów, ale liczbą momentów, w których właśnie zabrakło nam tchu. A te odbierane mi były w jego wypadku częściej aniżeli w przypadku innych. Czy była to bramka na Hampden Park? Być może. Parafrazując biblię kapitalizmu, autorstwa Ayn Rand, tym jednym magicznym muśnięciem Zizou zatrzymał silnik świata na oczach ogłupiałych widzów. Czy Zidane to John Galt? Całkiem możliwe, ale Zidane jest raczej everymanem, człowiekiem urzeczywistniającym marzenia milionów, realizującym nasze sny na jawie.

Nigdy nie zapomnę ja, ale przede wszystkim nie zapomną miliony Francuzów - i to niekoniecznie tych z luksusowych willi w Prowansji czy Szampanii. Losy Zizou są niczym Wolność wiodąca lud na barykady Eugenea Delacroix - przypomnieniem, że sukces możliwy jest zawsze i wszędzie, że może stać się udziałem choćby marsylczyka o algierskich korzeniach, brnącego naprzód mimo przeciwności losu. Zinedine doskonale wpasował się w swoje czasy, znaczone galopującym multikulturalizmem oraz amerykańskim snem, oczywiście w wydaniu europejskim. Maestro murawy był idolem wszystkich Francuzów - niezależnie od płci, wyznania, pochodzenia i koloru skóry. Per aspera ad astra.

Nigdy nie zapomnę, bo inaczej zapomniałbym futbol. Zidane był alegorią piłki nożnej, wręcz podręcznikową jej definicją. Jeśli ta piękna, ale i zarazem bardzo prosta, egalitarna wręcz gra miała być tchnieniem magii, to taki był właśnie Zizou. Jeśli miała być twarda - by nie rzec chamska - naprzeciw temu z podniesionym czołem wybiegał marsylczyk. Sukcesy - te mierzone figurkami w gablocie, medalami w szufladach - przeminą. Staną się jedynie suchymi faktami, zakurzonymi w wielkiej księdze dziejów futbolu. To, czego nie wymaże czas, to właśnie wspomnienia. Grę Zidanea definiowało to, co niedefiniowalne. Jego płynnych ruchów i sposobu prowadzenia piłki, wizji gry nie opiszą żadne statystyki, chyba że te ludzkie - liczba serc, które łomotały szybciej, gdy marsylczyk prowadził piłkę przy nodze, szczerze oraz bezkompromisowo.

Nigdy nie zapomnę, bo inaczej zdradziłbym samego siebie. Francuz nie był wolny od swoich demonów, ale to czyni go jeszcze piękniejszą postacią. Czy gdyby nie uderzył Materazziego, jego legenda byłaby większa? Śmiem wątpić. Zizou był taki jak my - zwyczajny, by nie rzec wręcz idol z ludu, niczym kiedyś Muhammad Ali. Dawał wszystkim kopiącym amatorsko piłkę radość oraz nadzieję - skoro on mógł, to dlaczego nie ja? W projekcie Galacticos miał być tylko jednym z wielu, ale to właśnie jego gwiazda zapłonęła najmocniej na madryckim nieboskłonie. Primus Inter pares, prawdziwy książę Marsylii.

Dlatego nigdy nie zapomnę.

***

ronaldingo

 

Nigdy nie zapomnę widoku Zidane'a, przechodzącego z opuszczoną głową obok Pucharu Mistrzostw Świata. To nie tak miało być! To nie tak miał zakończyć się ostatni mecz jednego z najlepszych piłkarzy w historii futbolu!
Zizou -Bóg czy człowiek?
Mój idol z dzieciństwa. To dzięku niemu pokochałem futbol. Kontrola nad piłką, nieprzewidywalność, zagrania których nikt nigdy nie powtórzył. Czekałem na każdy kolejny mecz z jego udziałem. Dzięki perfekcyjnej technice wyćwiczonej w biednej
dzielnicy Marsylii, ośmieszał największych piłkarzy i robił to z gracją i elegancją, niczym wybitny artysta grający na instrumencie.
Sprawił, że futbol stawał się sztuką. Do jego poezji z piłką powinna grać muzyka klasyczna...
Zidane w najważniejszych momentach nigdy nie zawodził. Podnosił poziom zespołu o klasę. Mając go w składzie nie ma sytuacji beznadziejnych. Gdy miał piłkę zawsze był opanowany, nigdy zdenerwowany ani sfrustrowany. Nieważne czy był to mecz towarzyski, ligowy czy finał Mistrzostw Świata. Zawsze grał w ten sam sposób - spokojny i zrelaksowany.
Zizou - Bóg czy człowiek?
Genialne podania i bramki często zdobyte lewą , słabszą nogą ( teoretycznie - bo tak naprawdę Zidane obie miał prawe:) ). Wyczucie, wizja gry, widział wszystko. Zawsze byłem zdziwiony jak on to robi. Czy może z tyłu głowy, gdzie była charakterystyczna łysina miał jakieś ukryte trzecie oko? A może rację ma mój ojciec, który zawsze myślał, że Zidane po prostu widzi świat w zwolnionym tempie, co jest niemożliwe dla nas - zwykłych śmiertelników...
Zizou - Bóg czy człowiek?
Powrócił do mającej problemy reprezentacji, by pomóc drużynie w eliminacjach do mundialu. Podczas samego turnieju wysyłany był przez kolejnych przeciwników na sportową emeryturę, tymczasem Francuz wysyłał naszpikowane gwiazdami drużyny Hiszpani, Brazylii i Portugalii do domów. Przyćmiewając największych piłkarzy, będąc jednocześnie najlepszym na boisku. W wieku 34 lat.
Zizou - Bóg czy człowiek?
Za co tak naprawdę kocham Zidane'a? Po prostu za to, że przynióśł nowy wymiar do futbolu. Pokazał, że nie potrzeba być niesamowicie szybkim i robić 100 sztuczek, żeby być dobrym. Uważam go za legendę. Nie tylko dlatego, że był błyskotliwy, ale przede wszystkim dlatego , że zmienił koncepcję futbolu. Pokazał, że elegancja i technika triumfuje nad szybkością i siłą.
Jest dla mnie inspiracją...
Zidane - Bóg, który stał się człowiekiem? Nie.
On jest Bogiem, a incydent z Materazzim to tylko przykrywka, abyśmy uwierzyli, że to po prostu zwykły śmiertelnik...

 

***

 

tomassino-1

 

Nigdy nie zapomnę jak Zidane wyszedł na murawę Santiago Bernabeu, by rozegrać swój ostatni mecz w barwach "Królewskich" przed własną publicznością. Nie jestem fanem madryckiego giganta ale tego meczu po prostu nie można było przegapić...

Był 7 maja 2006 roku. Cały świat szykował się do futbolowej uczty jaka za miesiąc miała się zacząć na niemieckich stadionach. Kibice nastawieni głównie na ligę hiszpańską wiedzieli już, że mistrzem kraju zostanie Barcelona. Mecz Realu z Villarealem nie mógł już nic w tej kwestii zmienić. Pomimo tego stadion zapełnił się w całości, a atmosfera jaka unosiła się tego dnia nad legendarnym obiektem była wyjątkowa. Radość z możliwości oglądania genialnego Francuza w śnieżnobiałym kostiumie, mieszała się ze smutkiem, iż będzie to ostatnia okazja ku takiemu widokowi. Piłkarski maestro kończył swoją cudowną karierę w miejscu gdzie był czczony i uwielbiany. Jeśli tego dnia było czegoś więcej na Bernabeu niż kibiców to z pewnością były to łzy...

Uronili je wszyscy - wspomniani kibice, rodzina, która w szerokim gronie zebrała się na trybunach, koledzy z zespołu, jak i sam "Zizou". Cała drużyna wystąpiła w tym meczu w trykotach, na których pod herbem widniał napis "ZIDANE 2001 - 2006", a kilkanaście kamer przez całe spotkanie miało za zadanie śledzić wyłącznie piłkarza z numerem 5. Aby zasłużyć sobie na takie pożegnanie trzeba być osobą wyjątkową, wyłamującą się ze wszelkich schematów, mistrzem totalnym. I Zidane był taki bez cienia wątpliwości. Nigdy nie stał się takim celebrytą i ikoną popkultury jak Beckham czy Cristiano Ronaldo. Nie musiał. Do ludzkich serc przemawiał przede wszystkim swoją grą. Wirtuozerię i ocierający się o perfekcję styl, mieszał z prostotą swych niektórych zagrań. A doskonale wiemy co zazwyczaj tkwi w prostocie... To inteligencja - zarówno ta piłkarska jak i pozaboiskowa - pozwoliły mu dostać się na szczyt i rozkochać w sobie miliony sympatyków futbolu na całym świecie.

Z pewnością o tym wszystkim myśleli ludzie zebrani tamtego majowego dnia na Santiago Bernabeu. Czuli potrzebę podziękowania za tak wiele chwil radości, które im dostarczył. Kilka lat temu Zidane udzielił wywiadu portalowi FIFA.com, w którym został zagajony o opisywane spotkanie. Francuski geniusz wywnętrzył się z emocji jakie mu wtedy towarzyszyły:

- To był dla mnie bardzo emocjonujący moment. Wielu ludzi, którzy mnie znają, prawdopodobnie powie, że raczej nie jestem dobry w okazywaniu emocji, jednak tamto spotkanie było wyjątkowe. Gdy spojrzałem na trybuny, zobaczyłem moich przyjaciół i moją rodzinę. Byli tam, by mnie wspierać i to uczyniło ten mecz jeszcze bardziej wyjątkowym. Pamiętam, że walczyłem, by powstrzymać łzy. Chodzi o to, że w głębi duszy wiesz, że to twój ostatni mecz w twojej klubowej karierze, a przez całe życie ja kochałem grać w piłkę.

Ja również nigdy nie zapomnę tamtego spotkania. I wielu, wielu więcej, w których zagrał wielki "Zizou". Był jednym z kilku futbolistów, którzy sprawili, że zakochałem się w piłce na dobre. Dlatego i ja uroniłem łzę 7 maja 2006 roku.

 

 

***

madapaka

Ja nigdy nie zapomnę jak Zidane walczył z Nedvedem w półfinale Ligi Mistrzów w 2003r.
To był pierwszy bezpośredni pojedynek Byłego Króla Juventusu z Nowym Królem Juventusu.
Galaktyczny Real bronił tytułu mistrza i przyjechał do Turynu, aby pokazać, kto rządzi w tych rozgrywkach.
Zizou rok wcześniej odszedł do Realu, a na jego miejsce przyszedł Mały Czech.
Oglądając mecz nie wiedziałem komu kibicować. Z jednej strony jeden z moich ulubionych zawodników vs mój ulubiony klub. ZZ vs Juve.
Zizou liderował Realowi wspaniale, ale po drugiej stronie jeszcze lepiej walczył Czech.
Mimo że Del Piero strzelił piękną bramkę, to dla mnie to był teatr tylko dwóch aktorów. Każdy pojedynek z Nedevdem, , a było ich sporo, to była chęć udowodnienia Nedvedovi , że jeszcze "nie jesteś tak dobry jak ja, jeszcze ci brakuje". Problem w tym, że Czech nie słuchał, a był wtedy w życiowej formie. Nie ustępował na krok, nie przegrywał pojedynków, nie cofał nogi i grał świetnie. Rozpychał się równie mocno co ZZ i czarował świetnymi zagraniami.
To wciąż jeden z moich ulubionych meczów CL.
Wiele lat później po przeczytaniu wspomnień Xaviego, dowiedziałem się, że ZZ podkopywał swoich rywali, więc mogę się tylko domyślać jak wyglądały nogi Nedveda po meczu :)

 

***

rossi-4

Nigdy nie zapomnę jak Zidane przyćmił całą potęgę Brazylii w ćwierćfinale mistrzostw świata w 2006 roku. Wielu ekspertów przewidywało, że właśnie to spotkanie będzie symbolicznym potwierdzeniem przekazania najwyższej piłkarskiej władzy. Uznawany za najlepszego gracza świata Ronaldinho miał z pomocą swoich wybitnych adiutantów brutalnie zakończyć karierę Zidanea, który już wcześniej zapowiedział zawieszenie butów na kołku po mundialu. Kilka dni później okazało się, że piłkarscy bogowie postanowili zakpić ze swojego posłańca i przygotowali mu znacznie bardziej złożone pożegnanie.
Tego wieczoru Zidane widział więcej niż ktokolwiek inny na stadionie we Frankfurcie. Każdy jego ruch zdawał się być przemyślany i dopracowany. Niczym wytrawny strateg kroczył dostojnie na całej szerokości boiska i kreślił partnerom gotowe projekty akcji. Jednym ruchem stopy powodował popłoch w formacji obronnej Canarinhos. Szczelnie magazynował piłkę i z każdą minutą coraz bardziej zniechęcał przeciwnika znużonego nieskutecznymi próbami odbioru. Agresywnym rywalom serwował natychmiastowe zmiany kierunku biegu z futbolówką przyklejoną do nogi. Raz wyszedł z karkołomnej sytuacji efektowną ruletą, innym razem przerzucił piłkę nad głową wściekle atakującego Brazylijczyka.
W jego grze było coś majestatycznego, monumentalnego. Oglądaliśmy najlepszą wersję Zidanea urzekająco eleganckiego i bardzo wydajnego. Kilkanaście minut po przerwie posłał z chirurgiczną precyzją piłkę na nogę Henryego, który uderzeniem z kilku metrów wyprowadził Francję na autostradę do półfinału. Po ostatnim gwizdku arbitra wszystkie kamery skierowały się na piłkarza ubranego w jasny trykot i noszącego dumną dziesiątkę na plecach. Szelmowski uśmiech wschodzącej gwiazdy - Francka Riberyego wymierzony w kierunku bohatera wieczoru był bardzo wymowny. On znowu to zrobił. Zapłakana wielka Brazylia po raz kolejny leżała u stóp genialnego Zizou.

 

***

 

Hubert Ceglarek

Nigdy nie zapomnę jak Zidane składał się do strzału w finale Ligi Mistrzów przeciwko Bayerowi Leverkusen - patrzyłem jak zaczarowany na powolnie opadającą piłkę zagraną przez R. Carlosa zastanawiałem się czy po takim zagraniu można cokolwiek zdziałać... 3 piłkarzy Leverkusen zbiegało się w kierunku piłki, cały kadry uchwycił w sumie 10 graczy razem z Zidanem - każdy wykonywał choćby delikatny ruch oprócz niego, on zamknął się w świecie swojego umysłu, w pełni skupiony kontrolował co dzieje się z adresowaną do niego piłką i jakby zamarł, jakby już wiedział co się zaraz stanie - ta chwila to idealny przykład perfekcyjnego zgrania umysłu i ciała - pomysłu i jego realizacji... Wielki Zizu dobrze wiedział, że w tych sekundach rytm bicia jego serca, napięcie mięśni, a pewnie i pot równo ściekający po jego twarzy umożliwi mu oddanie "strzału życia" który na zawsze zapisze się w historii footballu... a gdy nadeszła ta chwila nie spanikował - to nie było szczęście, to nie był ślepy traf przeciętnego gracza - to był czysty geniusz wykraczający poza pojęcie "błysku" to było olśnienie, które spowodowało,że każdy z nas miał okazję oglądać strzał idealny... Tak to właśnie ta chwila, którą Zidanie podarował społeczności fanów piłkarskich za którą zawsze będę mu wdzięczny.

Pamiętajcie też, że twa konkurs, którego nagroda jest wyjazd na trening z Łukaszem Podolskim (w Londynie, bo Arsenal nie puszcza go do Borussii Dortmund)

 



poniedziałek, 24 czerwca 2013, francuski_lacznik

Polecane wpisy

Komentarze
2013/06/24 16:04:49
@Michał,
Wspomnień Aleksa nie mam. Chętnie poczytam. :)

Dziękuję.

Adres to:
patryk.filon@wp.pl

Gratuluję pozostałym nagrodzonym.
Pozdrawiam
-
2013/06/24 19:42:25
Również gratuluję wszystkim pozostałym uczestnikom za świetne teksty.

Mój adres e-mail:

sylwek3d@wp.pl

Pozdrawiam
-
2013/06/24 20:37:28
Nie, nie. Wasz domowy adres na mejla plizz...:)
-
dobry-temat
2013/06/24 22:27:45
Brawo Kuba ! Jego teksty możecie przeczytać u nas ! pasjonująco opowiedziana historia bundesligi miedzy-slupkami.blogspot.com/2013/06/50bl-powstanie-bundesligi.html
-
2013/06/24 23:57:51
Dzięki za wyróżnienie i gratulacje dla wszystkich pozostałych laureatów, przyjemnie się czyta Wasze teksty.
Wywołany do tablicy muszę się wytłumaczyć ;) W tamtym spotkaniu Francja atakowana przez cały brazylijski gwiazdozbiór przezywała ciężkie chwile. Kiedy piłka dotarła do Zidane'a, mecz na chwilę się zatrzymywał. Zizou nic nie robił sobie z otaczającej go watahy rywali i zręcznie uciekał z obławy z piłką przy nodze. Czasami wydawało się, że mógłby prowadzić ją w nieskończoność lub przynajmniej do końca spotkania. O to chodziło mi z tym szczelnym magazynowaniem piłki :)
-
2013/06/25 19:08:05
O widzę, że "Hubert Ceglarek" napisał dłuższy wywód na podstawie mojego tekstu!
-
Gość: Hubert Ceglarek, *.internetia.net.pl
2013/06/25 20:05:29
Widzę, że znalazłem się zaraz za nagrodzonymi - bardzo mi miło szczególnie, że niezbyt miałem czas na pisanie - następnym razem postaram się bardziej żeby się załapać na jakiś upominek :)

@lukasz0605
jakiego tekstu ? Bo niezbyt rozumiem
-
Gość: ania, *.adsl.inetia.pl
2013/07/03 10:29:20
ciekawe .treściwe artykuły :)
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie