Blog > Komentarze do wpisu

Lektury na lato: Wielki Widzew (+ konkurs)

Rzucił torbę na pierwszym wolnym miejscu i zaczął się przebierać. Któryś z kolegów się oburzył: „To jest miejsce Heńka Dawida”. Młody odparł: „Pierdolę, nie interesuje mnie to, przyszedłem tu grać”. Transfer Zbigniewa Bońka do łódzkiego Widzewa spowodowała narodziny dwóch wielkich gwiazd - zarówno samego Bońka jak i gwiazdy Wielkiego Widzewa. Wątpliwe, by jedna mogła rozbłysnąć o drugiej. Właśnie Boniek był tym, który dał drużynie nowa moc. Stał się jej nowym silnikiem i wprowadził ją na wyższe obroty (...)

Tak zaczyna swoją świetną książkę „Wielki Widzew” Marek Wawrzynowski, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, który poświęcił jej trzy lata pracy. Fantastycznie zdokumentowanej, przegadanej chyba z wszystkimi nostalgicznej historii jednej z największych polskich drużyn, która walczyć jak równy z równym z największymi ówczesnymi potęgami europejskiego futbolu, Juventusem, Liverpoolem, Manchesterem United i City. Której kibice na Anfield Road bili brawo na stojąco, mimo, że Polacy właśnie wyrzucili w Pucharu Drużyny ich ukochanych The Reds, a największy gwiazdor tamtej drużyny Ian Rush (taki ówczesny Wayne Rooney, tylko z Walii - podpowiedź dla młodszych czytelników) do dziś opowiada o niej z szacunkiem.

Ale książka nie jest tylko idylliczne wspomnienia dawnych sukcesów i opium na dzisiejszą marność polskiego futbolu. To także próba ukazania fenomenu jak w tamtych siermiężnych czasach (jeśli chodzi o warunki życia, nie sportowe talenty) udało się stworzyć tak wielki zespół. Opowieść o twórcy Ludwiku Sobolewski, osobie równie wielce niejednoznacznej i skomplikowanej, jak cała paka piłkarzy, którą sobie dobrał, zwana nie bez powodu Parszywą Dwunastką. O złych chłopakach, którzy stali się jeszcze gorszych, żeby móc osiągnąć to co osiągnęli i przeciwnościach, które musieli po drodze zwalczyć lub przynajmniej nie zatracić się im ulegając: alkoholu, hazardu, korupcji, wewnętrznych konfliktach. Nie wszystkim się udało. Dzięki książce wreszcie możemy poznać historię kilku upadłych karier.

No i oczywiście jest to opowieść o największej osobowości Wielkiego Widzewa, która później odniosła największy sukces (i na boisku i jak pokazuje życie, poza nim) Zbigniewie Bońku. Z książki wyłania się portret człowieka wyrastającego poza swoje środowisko, o wyjątkowym charakterze, dzięki któremu łatwiej nam zrozumieć wiele jego późniejszych sukcesów ale i niepowodzeń.

Posłuchajcie zresztą rozmowy z autorem, który wyjaśnia jaka idea przyświecała mu podczas pisania książki...


 

I TRADYCYJNY KONKURS.

Jeśli chcecie wygrać książkę „Wielki Widzew” z osobistym autografem autora, napiszcie w komentarzach o Waszej najlepszej drużynie wszech czasów: która, z jakiego okresu i dlaczego ta. Moment euforii, moment klęski, gdy się skończyła... Wspólnie z Markiem wybierzemy trzy najfajniejsze wpisy...



wtorek, 25 czerwca 2013, francuski_lacznik
Tagi: Widzew

Polecane wpisy

Komentarze
2013/06/25 16:48:06
Moją ukochaną drużyną była Legia z lat 1995-1996. Legia grająca w Lidze Mistrzów. Był chyba czerwiec '95, bardzo gorący wieczór, na wakacjach przy radiu z ojcem siedzimy i nasłuchujemy losowania... IFK Goeteborg. Już kilka tygodni później byliśmy szczęśliwi i dumni, bo Legia Pawła Janasa awansowała do Champions League, eliminując mistrzów Szwecji w składzie których byli wówczas tacy piłkarze jak Ravelli czy Blomquist. Początek sukcesów tej drużyny to przyjście Janusza Wójcika, który zbudował jedną z najsilniejszych jedenastek lat dziewięćdziesiątych, która była pozbawiona większych gwiazd i pokazywała na boisku charakter. To w tej drużynie narodziły się dopiero gwiazdy Kowalczyka, Pisza czy Ratajczyka. Janas kontynuował dzieło Wójcika i wzmocnił na wiosnę drużynę. Trybuny stadionu WP z tamtego sezonu pamiętaj też Podbrożnego, Wieszczyckiego, Zielińskiego, Lewandowskiego, Michalskiego, fedoruka, Kucharskiego, Szczęsnego, Sokołowskiego, Stańka i innych ta Legia znalazła się w gronie 8 najlepszych zespołów Europy wychodząc z grupy z Rosenborgiem, Spartakiem i Blackburn (kto dziś by uwierzył, że mistrz Polski pokonał i zremisował z mistrzem Anglii). Na wiosnę Legia okazała się słabsza od Panathinaikosu. Remis na bagnistym boisku w Warszawie nie napawał optymizmem, a w Atenach podopieczni Janasa ponieśli klęskę 0:3. Koniec wielkiej Legii Champions nastąpił po przegraniu mistrzostwa Polski. W końcówce sezonu Wojskowi ulegli na swoim boisku Widzewowi 1:2 w dramatycznym i jak głoszą plotki-legendy oddanym meczu. Jak było w rzeczywistości wiedzą tylko piłkarze, którzy wybiegli wówczas na boisko. Fakt był taki, że w Legii poegnano trenera Janasa i cały zastęp gwiazd. Zaczął się nowy okres, nowa Legia, która nie dorównała tamtej, ale też przyniosła kibicom sporo emocji. Natomiast drużyna Pawła Janasa poprzez brak sukcesów jego nastepców urosła do rangi legendarnej, ubóstwianej złotej drużyny.
-
marsylia94
2013/06/25 16:50:38
Moją drużyną wszech czasów jest właśnie ta, którą autor opisuje w książce. Niestety nie mogę opisać momentów euforii, bo nie było mnie jeszcze wtedy na świecie. Z resztą ze względu na młody wiek, nie miałam okazji obserwować żadnych sukcesów polskich drużyn. Dlaczego, więc tę drużynę uważam za najlepszą? Ponieważ z małego klubu wyrósł gigant, klub, który zapoczątkował liczne fan cluby kibiców z różnych miejsc w Polsce. Choć dziś nasza drużyna walczy głównie o utrzymanie, jestem dumna z bycia kibicem tej drużyny, której piłkarze stanowili ważną część reprezentacji odnosząc przy tym sukcesy.
Smolarek, Boniek, Młynarczyk i wielu innych, o których grze słuchałam tylko z opowieści, a namiastkę gry widziałam tylko na youtube, ale dzięki którym dziś jestem fanką Widzewa.
-
2013/06/25 17:46:37
Dla mnie najlepszą drużyną jest Real Madryt z czasów pierwszych Galacticos. To połączenie kiedy do wybitnych zawodników Realu - Casillasa, Salgado, Hierro, Raula, Carlosa czy Gutiego dołączyli Zidane, Figo i Ronaldo musiało działać na wyobraźnię. Prowadzeni przez dyskretnego jak zawsze "Sfinksa" del Bosque rozjeżdżali przeciwników w niesamowitym stylu. Pokazywali to w kraju ale co najważniejsze pokazywali to również na arenie międzynarodowej (w przeciwieństwie do np. Piątki Sępa), to właśnie z występami z ChL wiążą się moje najlepsze wspomnienia. Ten gol, a w zasadzie GOL Zidane'a strzelony Leverkusen do dziś pozostaje moim ulubionym. Tak samo epickie pojedynki z ManU w następnym sezonie i niesamowite 4:3 na Old Trafford kiedy Ronaldo dostał od angielskiej publiczności owację na stojąco i to pomimo tego, że ich drużyna właśnie żegnała się z turniejem... Wspominam ostatnie mecze wiecznego walczaka McManamana czy manewr z Helguerą, który przy wyjściach do kontr zostawał trzecim napastnikiem... Ta drużyna miała to do siebie, że przy niej błyszczeli nawet ci zawodnicy, którzy nie dorastali talentem do pięt gwiazdom jak np. Geremi, Fabio czy Solari. Wielka w tym zasługa Del Bosque, który prowadził zespół zachowując idealne stosunki z zawodnikami.

Niestety formuła wyczerpała się dosyć szybko... Zwolnienie Del Bosque (najgorsza decyzja Pereza) a także fakt, że większość Galaktycznych była już dosyć wiekowa podobnie jak np. Hierro, konieczność wkomponowania kolejnych gwiazdy (Beckham, Owen) i idiotyczna koncepcja Zdianes y Pavones sprawiły, że drużyna ta przedwcześnie obniżyła loty...
-
2013/06/25 18:18:50
Najlepszej drużyny nigdy nie było... najfajniejszą też trudno wskazać. Wszak wszelkie kryteria pozostają subiektywne. Choć, mimo wsystko jest taka klika/paka/banda, którą każdy tu zna, ba każdy może ją opisać... Ale co tam.... Bez kozery: FC Sport, FC Ironia, albo AC Nałóg, wybór należy do was.
Menegerem teamu pozostaje SIR Internet, asystentem Lady Statystyka, a rzecznikiem prasowym Pan Niuans (nazwiska dowolne).
Bramki w mojej drużynie strzeże Kałwa, który widzi wszystko, rzuca daleko, a jak wykopie to wprost na głowę klasycznej dziewiatki.
Obroną gustownie dyrygują - Mister tradycja - konserwatywny, lecz etyczny Czado w parze z fanem nowinek techniczno-taktycznych - Polem.
Za defensywnego pomocnika, tego, który zawsze włoży lyżkę dziegciu, przetnie każdą nawet najbardziej gustownie szytą koncepcję, uchodzi niejaki Airborell. Troszkę przed nim subtelnie niczym Anrea Pirlo biega niejaki Okoński.... Po prawym skrzydle swoimi iberyzmami przeciwników wkreca w ziemię Ulesław. Kiedy przerzuca on pilkę na drugą flankę z gracją, latynoski drybler, mistrz iluzji i wyprowadzenia w pole - Niejaki Albiceleste 10.
Mózgiem drużyny pozostaje bez watpienia, największy spośród żyjących dryblerów, ukształtowany w typowym włoskim manieryzmie - Stec. To on swoimi kulfoniastymi podaniami wykłada liczne patelnie kolejnym zmieniającym sie napastnikom, przy których każdy pozostaje inny:
- a to Rooneyowaty Dziaam;
- a to dostawiający zdanie Bartoszcze....
- no i ten bezczelnie tevezowato-korzymowaty Wawrzyn
Reszta kompanii wcale nie siedzi na ławce rezerwowych. Oni są elementem tej zbieraniny, braćmi w nałogu... Zatem ani Salvatore82, ani Antropoid, ani nawet literat pipes_pipes nie mogą się obrazić za lekką dezynwolturę. Toż oni dla tej gromady pozostają (cóż za truizm) tak samo istotni.
I to jest drużyna, a nie żadne Reale, Barcelony czy Milany.... samo życie.
-
tomassino-1
2013/06/25 20:02:56
Patrząc przez pryzmat patriotyczny, sentymentalny i mocno subiektywny: "Wielka Wisła" Henryka Kasperczaka z sezonu 2002/2003...

To był okres, w którym moje uczucie do futbolu dopiero zaczynało we mnie kiełkować. Z początku, wyjąwszy rzecz jasna drużynę narodową, poważałem jedynie maestrię gwiazd z najsilniejszych klubów Starego Kontynentu. Piłka nożna w wydaniu nadwiślańskim odpychała nieopierzonego sympatyka kopanej, swą przaśnością, żółwim tempem gry, sypiącymi się stadionami i gęsto wpadającymi w ucho historiami podkreślającymi rażący brak profesjonalizmu. Miodem na młode, kibicowskie serce okazała się wspaniała postawa "Białej Gwiazdy". Tym bardziej wyjątkowo, iż zupełnie nieprzystająca do polskich realiów.

Na Reymonta poczynała sobie wówczas niepowtarzalna ekipa. Piłkarze obnoszący się statusem gwiazd na własnym podwórku, byli totalnymi 'no name'ami' dla kibiców z Niemiec, Anglii czy Włoch. Jednak to przedstawiciele tego pierwszego i ostatniego kraju musieli uznać wyższość podopiecznych Kasperczaka, który zbudował do bólu konsekwentny monolit. Perfekcyjna skuteczność Macieja Żurawskiego, huraganowa prędkość Kosowskiego, znakomita wydajność Cantoro czy godne największych gwiazd, show Kalu Uche - jeszcze przez wiele lat będę wspominał ten krótki, aczkolwiek bardzo fascynujący, epizod Wisły Kraków. 11-latek, który dopiero co odkrył w sobie pasję do futbolu, miał okazję po raz pierwszy w swym krótkim życiu, obejrzeć jak polska drużyna rozstawia po europejskich kątach uznane na całym świecie marki. Apogeum tamtego krakowskiego szaleństwa nastąpiło w Galsenkirchen. "Schalke - Wisła 1:4, Schalke - Wisła 1:4!" - euforyczny krzyk komentującego ten mecz, Janusza Basałaja do dziś wzbudza we mnie głębokie, sentymentalne westchnięcie.

Do wiosennych meczów z Lazio podchodziłem z typowym wówczas dla siebie hurraoptymizmem. 3:3 na Stadio Olimpico tylko te odczucia spotęgowało. Na karku miałem skromne 11 lat, ale nawet tak smarkaty kibic zdaje sobie sprawę, ile w historii futbolu znaczy rzymski stadion. Uważałem, że skoro polski klub osiągnął tak dobry rezultat na tym futbolowym Koloseum to "Biała Gwiazda" jest skazana na sukces. Niestety piękny sen skończył się w rewanżu. Na lodowisku ubabranym błotem, Wiślacy zgubili gdzieś swoją ułańską fantazję, gubiąc tym samym kibicowskie marzenia o wyjątkowej drodze na szczyt. Do dziś nie opuszcza mnie przeświadczenie, że tamta Wisła miała potencjał nawet na wielki finał Pucharu UEFA...

Minęło prawie 11 lat, podobne przygody przeżywał Groclin i Lech. Dla mnie wyjątkowa była jednak ta z udziałem Wisły Henryka Kasperczaka. Dominująca w kraju i z możliwościami do dominacji w Europie. Mogło być piękniej, ale mych szczeniackich wspomnień nikt nie zdoła mnie pozbawić.

www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=YRU9u4EwaEY
-
Gość: Szymek, *.toya.net.pl
2013/06/25 20:19:15
Widzew Łódź, to jedyna drużyna w Polsce, która zagrała w fazie grupowej Ligi Mistrzów, a ja jestem dumny z tego powodu ponieważ urodziłem się i wychowałem się w Łodzi na Widzewie. Choć jako nastolatek kiedy, to grały w równoległej lidze Widzew i ŁKS chodziłem na przemian raz na stadion Widzewa, który grał u siebie a tydzień później na stadion ŁKS, to na długo zapamiętam takie nazwiska jak Szymkowiak, Michalczuk, Siadaczka, Łapiński, Koniarek, Wożniak, Jałocha, Boguś, Bogusz, Wyciszkiewicz, Citko to dzięki tym Panom możemy mieć takie piękne wspomnienia jak chociażby mecz z 96r pomiędzy Legią Warszawa a Widzewem Łódź rozgrywanym w Łodzi kiedy, to w ciągu ostatnich pięciu minut meczu przy stanie 2:0 dla Legii Warszawa potrafiliśmy odorobić straty i strzelić zwycięską bramkę w końcówce meczu, co pozwoliło nam wywalczyć Mistrzostwo Polski. Mecz Widzewa z Atletico Madryt na zawsze zostanie w mojej pamięci, ale nie dzięki porażce Widzewa 4:1, a za sprawą bramki Marka Citki, który strzelił ją zza połowy lobując przy tym bramkarza Atletico. Widzew Łódź, to piękna historia a zwłaszcza ta z lat 90.
-
Gość: jc, 83.2.229.*
2013/06/25 20:26:58
jeb... boniek
jeb....pzpn,

boniek to b y l a pierdola i tyle , odwroc tabele siarka na czele i tyle w temacie .
jeb...boniek,
-
2013/06/25 20:53:04
Moja ulubiona drużyna to drużyna mojej młodości... Moja drużyna i drużyna moich kolegów, rówieśników i przyjaciół... Mają obywatelstwa prawo w mych wspomnieniach..., Duchowo odwiedzam tych wspaniałych piłkarzy w dniu Wszystkich Świętych. Ale ta drużyna to nie jest drużyna Wszystkich Świętych. Raczej była to drużyna rozbitków... Życiowych rozbitków... Jak to się zaczęło? Nie za mojej pamięci... Mój Tata tam grał... Wielokrotnie opisywał mi jedyny zwycięski mecz z Wieruszowem. Siedem do zera. Przed wojną. Cztery bramki strzelił w tym meczu mój późniejszy nauczyciel rysunku technicznego - pan Maciejewski... Po wojnie wszystko zaczęło się od nowa. Na szkolnym placu. Od szmacianki... Mnie tam nikt do zespołu nie wybierał...
Dlatego zawodników znałem bardzo dobrze z widzenia... Nigdy nie byłem przez nikogo wykiwany ani tym bardziej nie byłem faulowany... Nadszedł ten wielki mecz... Był to rok chyba 1953. "Mój" klub o nobliwej wówczas nazwie WKS podejmował klub o nazwie CWKS, który wracał po meczu z WKS Śląsk do Warszawy. Żadna tam Legia, Polonia czy Pogoń. Jak Polska długa i szeroka grali wyłącznie Włókniarze, Górnicy czy Hutnicy... Od święta pokazywali się Aktorzy, a Murarzy czy Lekarzy nie pamiętam... Byli wprawdzie jacyś tam Marynarze, ale raczej Żeglugi Poprzecznej, co na afisze nie trafiało... Mecz zaczął się jak Pan Bóg przykazał od gwizdka (chociaż pamiętam mecz Unii z Dynamo Tbilisi, który zaczął się od syrenki (sędzia główny grał na jednym boku, a sędziowie boczni na drugim boku) Bramkę Marganiji strzelał Cieślik przewrotką...
Ale wracajmy do gwizdka. W trosce o ładny piaszczysty wygląd pola bramkowego nakazano Panu Grobelnemu (miejscowy główny a nawet honorowy furman, na pochodach 1-majowych uginał się pod szarfą z napisem 672% normy) przywieźć pod każdą bramkę parę fur piachu. No to nawiózł nie bacząc na jakość, tylko na ilość. Skutki okazały się fatalne przynajmniej dla Pana Szymkowiaka, bramkarza światowej klasy, który po wspaniałej pierwszej robinsonadzie już się nie podniósł o własnych siłach... Po meczu się okazało, że z piachu został tylko kamień na kamieniu... Stąd nauka: szybko to nie znaczy dobrze.... Ale wracajmy do meczu... Nie wiem, czy wtedy nie narodziło się przekonanie, że bez Pola nie ma Gola... W naszej drużynie Pola nie było...
Chciałbym tu gościnnie jeszcze jedno nazwisko wymienić (niech mi Pan Lucjan wybaczy, ale ta mądrość przyszła do mnie dopiero po meczu). Otóż nasi zawodnicy biegali jak harty albo jak araby na Służewcu. W płucach rzęziło, tłum stał przy linii autowej, więc to słychać było... Na tym tle raził majestatem i majestatycznym zachowaniem na środku boiska Pan Lucjan Brychcy. On nie ganiał za piłką, ale co dopadła go piłka, to on sobie z tą piłką wykręcał kółeczko i od niechcenia posyłał ją jak najdalej od siebie. Na uwolnienie... Ja naliczyłem tych kółek i uwolnień dokładnie 13. To nie była robota na akord... Po meczu ci, co liczyli bramki powiedzieli mi, że padło 13 bramek. Co kółeczko to bramka... Panie Lucjanie, byłeś już wówczas, kopę lat temu nazad, niezrównanym mistrzem środka pola, ale ja i nikt z moich rówieśników nie potrafił dostrzec, oszacować i uszanować Twojego Wielkiego Mistrzostwa... Więc niech to będzie mocno spóźniony wyraz hołdu dla twojego Wielkiego Mistrzostwa...
Później widywałem Pana na boisku tylko z daleka... Obok Pana Górskiego... Prowadzałem tam na treningi biegowe moją nieżyjącą już córkę... Pokazałem Jej Pana... Z szacunkiem... I przez ten szacunek nie zamieniliśmy nigdy ani jednego słowa... Wszystkiego najlepszego, Panie Lucjanie...
-
Gość: Gregson, *.olsztyn.vectranet.pl
2013/06/25 20:53:17
Futbol. Czasem kreuje on takie historię, że będąc dorosłym człowiekiem wspomina się wydarzenia z dzieciństwa związane z jakimś meczem, turniejem, czy bramką. Na przykład moje najlepsze wakacje, spędzone w miejscowości Myszków pod Częstochową, kojarzę z mistrzostwami świata w USA, a więc odbyły się one w 1994 roku. Finał Ligi Mistrzów pomiędzy AS Monaco i FC Porto oglądałem w wojsku, a więc służbę wojskową odbywałem w roku 2004. Jednak dla, fanatyka futbolu, wszystko co najważniejsze kojarzy się z 1992 rokiem. Dlaczego? Bo prawdopodobnie zakochałem się w futbolu dzięki świetnym występom reprezentacji Polski na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie.

Ta na pozór prosta historia wciąż się rozwija. A zaczęło się tak niepozornie. Jako dziesięcioletni wówczas chłopiec oglądałem z zapartym tchem mecze ekipy Janusza Wójcika z Kuwejtem, Włochami, USA i Katarem. Potem byłem świadkiem zdemolowania bezradnych Australijczyków i na koniec poznałem smak goryczy po porażce z Hiszpanią. Porażka porażką, ale jakie to było spotkanie!

Moment chwały drużyny olimpijskiej Janusza Wójcika nie trwał długo, w końcu to tylko jeden turniej. Były oczywiście pomysły typu Zmieniamy szyld i jedziemy dalej, a później popularny Wójt przejął też pierwszą reprezentacje, ale nie było w tym już tak wielkiej magii jak w 1992 roku. Jednak gdzieś w głębi mojej duszy zaczęła kiełkować pasja. Zainspirowany występem Polaków na igrzyskach olimpijskich zacząłem szukać informacji o bohaterach turnieju, prześledziłem dokładnie turniej kwalifikacyjny, a w swoim szaleństwie posunąłem się nawet do przeanalizowania kadr piłkarzy Kataru i Kuwejtu. Oczywiście pozornie było to niegroźne, taki moment niewytłumaczalnego szaleństwa. Pisał o tym Michał Okoński w swojej książce, albo bracia Nosalowie na blogu Numer 10: - Nad czym tak siedzisz? Szukam Ormian występujących w ekstraklasie Azerbejdżanu... Wielu fanatyków futbolu przeżywa takie chwile, ale dla mnie ta chwila była początkiem pięknej przygody.

Od igrzysk olimpijskich w Barcelonie minęło 21 lat. Dla mnie były one pewnym początkiem, inspiracją. Dziś czerpie przyjemność z układania literek w zdania o futbolu na swoim blogu. Co to oznacza? Że są momenty wielkości, które nie przemijają. Są momenty, które stają się początkiem łańcucha wydarzeń, stają się kołem zamachowym pewnego procesu. I pozostają wielkie, choć czasem tego nie widać. Stanowią element innej wielkości i są podstawą jej konstrukcji. Są podstawą wielkiej futbolowej pasji.
-
2013/06/25 21:09:12
Nie wiem kto zasługuje na miano drużyny wszech czasów na poziomie międzynarodowym. Ale w mojej osobistej hierarchii drużyn wzbudzających największe emocje był Widzew w latach 90. Po pierwsze- to był w ogóle okres mojej największej, czystej fascynacji piłką nożną. Zaczęło się od IO '92 (choć akurat wtedy moim bohaterem był Jusko i... Kłak), później pierwsze (rozczarowujące) mecze właściwej reprezentacji, MŚ '94 (do tej pory pamiętam z połowę wyników!) i oczywiście pierwszy mecz ligowy, wiosną przed wspomnianymi MŚ'94. Na mecz- a jakże, Widzewa- zabrał mnie Tata. Przeciwnikiem była... Legia. Nie pamiętam już nawet kto był faworytem. Pamiętam tylko mój zachwyt... wszystkim! Stadionem (jeszcze bez dachu jeśli dobrze pamiętam), kibicami, tym, że na sektorze po prawej siedział jakiś ważny trener (tata tak mówił - ja tam Górskiego nie znałem...), a po lewej jakichś dwóch panów rozlewało do plastikowych kubków flaszkę. Najmniej pamiętam z samego meczu:) Rękę obciąć dałbym sobie tylko za pewność co do strzelców: Kruszankin i w samej końcówce Łapiński. Zwłaszcza tego drugiego gola pamiętam bo... nie widziałem go:) w 87 minucie czekaliśmy już na pociąg na Niciarce, kiedy nagle cały stadion zaczął wrzeć, skandując WIDZEW, WIDZEW, WIDZEW!!!. Co dziwne- w ogóle nie pamiętam przekleństw z tego meczu- ot, taka wybiórcza pamięć.
Od tego meczu zaczęło się na całego: zbieranie i wieszanie plakatów w pokoju, kupowanie Piłki Nożnej i lokalnej, łódzkiej gazety, szukanie wszelkich mozliwych informacji o ówczesnym i historycznym Widzewie.

Poza tym meczem w mojej łepetynie chyba na zawsze pozostaną jeszcze 3 mecze.
Pierwszy- ten na Legii, wygrany 3:2. Mecze puszczali wtedy już na Canal+ (a na pewno na czymś kodowanym). Pierwszą połowę "oglądałem" w radiu, w końcówce drugiej dowiedzieliśmy się z kolegą, że w pobliskim barze jest transmisja (jakiś 1km od mojego domu). No więc biegniemy. Wychodząc usłyszeliśmy, że Widzew strzelił kontaktowego gola! W połowie drogi, na przejeździe kolejowym usłyszeliśmy z radia gościa, który czekał na przejazd pociągu, że jest już 2:2! Kiedy wbiegliśmy do baru właśnie pokazywali radość z 3 bramki Widzewa!. Drugi historyczny dla mnie mecz- i drugi w którym nie widziałem żadnego gola Widzewa "na żywo"!

Potem oczywiście było Broendby w Kopenhadze. 3:0 bodajże już do przerwy... Uciekłem do swojego pokoju, żeby nie patrzeć jak leją naszych. Do tej pory pamiętam to uczucie: mieszankę wściekłości i bezradności: aż łzy same cisnęły się do oczu! Wróciłem kiedy Tata zaczął krzyczeć po golu Citki na 3:1 (znów nie widziałem gola!). No a potem końcówka którą każdy chyba zna- choć większość pewnie z komentarzem radiowym Zimocha;)

Ostatni mecz, który ma dla mnie znaczenie szczególne to ten debiutancki z LM, z Borussią na wyjeździe. Oczywiście- pamiętam gola Citki. Ale to co mnie najbardziej zachwyciło to fakt, że w końcówce Borussia, grając u siebie, broniła wyniku! Ta sama Borussia która kilka miesięcy później zdobyła Puchar Europy...

Wiem, że Widzew Bońka był większy- no ale co to za frajda oglądać archiwalne mecze, z góry znając rozstrzygnięcie? Dla mnie największy był Widzew z połowy lat 90. i basta:)
-
2013/06/25 22:37:25
@ectuspolonus

Hehe, rozwaliłeś mnie;) Pozwoliłem sobie przekleić wpis do Steca, mam nadzieję, że sie nie obrazisz.
-
2013/06/26 00:23:07
Dziś chyba z pełną świadomością znaczenia tego stwierdzenia mogę powiedzieć, że moją drużyną wszech czasów był właśnie mediolański klub za czasów Carlo Ancelottiego. Bowiem w tamtym okresie nie istniało nic, co byłoby w stanie dać mi choć odrobinę więcej radości, niż oglądanie ich meczy. Jednak radości tej nie przysparzała mi jedynie świetna boiskowa postawa moich ulubieńców, sądzę nawet, że była ona sprawą wręcz marginalną. O wiele ważniejsza była drużyna i niesamowici ludzie, którzy ją reprezentowali wkładając w to tyle serce, ile to tylko możliwe. To właśnie ówcześni piłkarze Milanu byli bohaterami mojego dzieciństwa, idolami, nie tylko w odczuciu boiskowym, ale także zwyczajnym, ludzkim, personalnym. Wyjątkowość tego zespołu upatruję w elementach, które dla większości kibiców są bardzo mało istotne, dla mnie jednak stanowią swoistego rodzaju głębie. Mam na myśli osobowość zawodników, wszystkie ich zalety, a także wady, które w połączeniu ze sobą potrafią stworzyć niezwykle ciekawą jedność. Milan stał się dla mnie najlepszą drużyną wszech czasów, ponieważ w jej szeregach występował Paolo Maldini, uosobienie lojalności, oddania i przywiązania do klubowych barw, oraz przykłada kogoś, kto w życiu nie kierował się jedynie pieniędzmi. Wielki mistrz, wielki kapitan i wielki przyjaciel, który dla mnie osobiście na zawsze pozostanie niedoścignionym wzorem i tym, kto potrafił samą swoją obecnością zmienić losy każdego spotkania. Wyjątkowości zespołowi nadawał również super Pippo Inzaghi, który udowadniał wszystkim, w tym także mnie, że aby dostać się na sam szczyt w cale nie potrzeba ogromnego talentu, a jedynie ciężkiej pracy i nie ma takiej rzeczy, której człowiek nie jest w stanie osiągnąć. Przecież piłkarz, który strzela gole pozbawione wdzięku i urody, zawsze ze spalonego i to w dodatku różnymi częściami ciała nie powinien być jednym z najlepszych strzelców w historii Ligi Mistrzów, prawda? Gennaro Gattuso, gracz o niezwykle silnej osobowości, niezniszczalnej wierze i wielkim sercu, garnącym się do gry i ogromnej odwadze na boisku to człowiek, którego w innych drużynach było szukać na próżno, bowiem należał do gatunku ludzi, których nie spotyka się często. Alessandro Nesta i Andrea Pirlo wielcy dżentelmeni, milczący bohaterowie o niebywałej, nieprzeciętnej mądrości, którzy w każdej sytuacji przedkładali czyny ponad puste, nic nie znaczące słowa w dużej mierze także przyczynili się do tego, że dziś bez chwili zawahania mogę nazwać ekipę z tamtego okresu niesamowitą. To właśnie z tymi zawodnikami w składzie Milan stanowił przez ogrom czasu zgraną armię, czerwono-czarną drużynę, do której dostarczali pełno niezwykle specyficznej, ciężkiej do opisania siły. To oni wielokrotnie reprezentowali Italię na międzynarodowej arenie, to oni nosili ciężar Stambułu i to oni mieli w sobie więcej mocy niż jacykolwiek inni zawodnicy. Choć każdy z nich różnił się od drugiego diametralnie, na niemal wszystkich płaszczyznach, każdy z nich reprezentował odmienne cechy i osobowości, razem budowali konstrukcję niemożliwą do zburzenia i bez wątpienia tworzyli wyjątkowy rodzaj wspólnoty.
Brutalne faule Rino, jego nazbyt żywiołowe reakcje i czerwone kartki, magiczne gole Pirlo z rzutów wolnych, fenomenalne rajdy przez całe boisko Andrija Szewczenki, wspaniałe gole Kaki, po których wrzawa na San Siro z pewnością była słyszalna w
-
2013/06/26 00:26:24
W wybieranie najlepszych drużyn to się może Michał nie bawmy, co? Te Barcelony Reale i Bayerny ostatnio trochę wszystkich w tym temacie wymęczyły.
Ale chętnie powiem o najważniejszej dla mnie drużynie. Wszystko zaczęło się trzydzieści lat, no trzydzieści jeden lat temu. Włoch i Kamerunu nie widziałem, ale mecze z Peru, Belgią, ZSRR, Włochami i Francją śledziłem z otwartymi ustami. No i ta uliczka w Barcelonie, w którą wychodził Boniek...
No i bum, trafiło mnie: football, bloody hell!
Espana 82' się skończyła, a mnie wessało na amen, do tej pory, nieuleczalnie pewnie. I właśnie od tego momentu, w przaśnym świecie z jednokanałowym telewizorem, dwójka leciała z tzw. przystawki, każdy mecz był mój. Pewnie przez całe lata osiemdziesiąte nie opuściłem niczego, co było transmitowane, nawet Meksyk 86' z zarwanymi nocami przeżyłem.
Ale nie wiem, czy MŚ 82' by wystarczyły, żeby wyciąć mi tyle z życiorysu. To był początek, owszem. Ale prawdziwe spustoszenie w moim umyśle, ciele i przede wszystkim duszy uczyniły chłopaki z Łodzi. Cholera! Surlit, Tłokiński, Smolarek, Wraga, ech... Jeszcze tylko raz patrzyłem na naszą ligę z taką pasją, no wiecie paręnaście lat temu, gdy Widzew znów był wielki i tłukł Legię niemiłosiernie. Ale to już inna bajka.
No więc ja, przez ten Wielki Widzew straciłem kilka tysięcy godzin na gapienie się w telewizor i słuchanie Szpakowskiego i jemu podobnych. I nie żałuję!
Ale nic to, powiedzcie mi tylko jedno - może autor książki wie? Może nawet napisał? Bo pamiętam rewanż w Liverpoolu (z mamą oglądałem:-)) i pamiętam jak dziś słowa komentatora tłumaczącego jeden z transparentów angielskich kibiców: "Wyrzućcie Grobbelara, kupcie Młynarczyka". Ktoś wie? Słyszał ktoś, pamięta? Rzeczywiście tak było, czy sobie wyśniłem/zmyśliłem? Dla mnie to, po kibicowskiej miłości, piłkarski tekst wszechczasów. Naprawdę tak napisali i wywiesili to?!
"Wielki Widzew"? No do diaska, przecież to książka dla mnie! Sorry chłopaki, wszyscy komentatorzy, ale jak nie dla mnie, to dla kogo??? Michał, Marek! Wy akurat musicie pamiętać, przecież wiecie, emocje przy Grand Derbi to pikuś. Ten skurczybyk Wraga, z główki, z szesnastki!
A, jeszcze jedno, moja ulubiona przyśpiewka stadionowa, no wiecie to jakoś tak leci: Widzew, Widzew, ja tej.... - po prostu uwielbiam. No przecież to hołd w najczystszej postaci, niech śpiewają, nie lubią nas, nie lubią, muszą się bać* Też tak macie?:-)
* Wybaczcie, u mnie jak u Michała Okońskiego: wessało mnie, więc był, jest i będzie tylko Widzew. Ale zlitujcie się, o Cackach i innych preciosach się wypowiadać nie będę, ok? Teraz to chyba nawet nienawidzić nas przestali, ech.
-
2013/06/26 06:56:06
@croolick
Spoko, niech idzie w świat... tylko właanie się palnąłem że zapomniałem o dwóch obrońcach, ale tych niech każdy sobie sam dopisze:)
pozdro
-
kubamachowina
2013/06/26 09:16:38
Pandemonium u podstaw miłości

29 maja 1985 roku umarł futbol. Święto piłki nożnej, jakim niewątpliwie powinien być finał Pucharu Europy, zamienił się tego dnia w horror, w katakumby ludzkich losów. Stadion w dzielnicy Brukseli, kojarzący się do tej pory z radością i pozytywnymi emocjami, już na zawsze miał stać się masową mogiłą oraz pomnikiem zabitych z powodu tak błahego jak sport. Bill Shankly zwykł mawiać: "Niektórzy uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego". Shankly nie miał racji - futbol nie jest ważniejszy od życia i śmierci. Udowodnił to sam "ponury żniwiarz" - wraz z duszami 39 zabitych odebrał jego cząstkę także Liverpoolowi, a Heysel uczynił pomnikiem śmierci.

Najwspanialsza brytyjska drużyna przełomu lat 70. oraz 80. w jednej chwili straciła swoją rację bytu. Angielskie zespoły z powodu katastrofy, którą w Brukseli wywołali kibice "The Reds", zostały wykluczone z europejskich pucharów przez ówczesną panią premier Margaret Thatcher. Liverpool został skazany na izolacjonizm. Piłkarskie legendy, takie jak: Phil Neal, Alan Hansen, Bruce Grobbelaar, Ian Rush i oczywiście on - "Król" Kenny Dalglish, straciły niepowtarzalną szansę potwierdzenia dalszej supremacji w Europie. "Żelazna Dama" postąpiła stanowczo, ale nie miała wyboru, nie było drogi na skróty - coś musiało umrzeć, aby coś mogło się urodzić.

Tamta drużyna Liverpoolu była jedyna w swoim rodzaju - negowała rzeczywistość, zadawała kłam utartym przesądom, oskarżającym angielskie kluby o nieumiejętność gry w piłkę, a jedynie w kick & rush. Drużyna Paisleya, Fagana, a w końcu Dalglisha pokazała, że można uprawiać ten piękny sport w sposób techniczny także w wydaniu angielskim, a nie tylko polować na nogi przeciwników. Jest w historii Liverpoolu oraz akronimie YNWA coś chwytającego za serce, najbardziej tragiczne zdarzenia w świecie angielskiej piłki lat 80. stały się bowiem udziałem właśnie klubu z czerwonej części miasta Beatlesów. Żeby jednak zmartwychwstać, futbol musiał umrzeć jeszcze raz - 15 kwietnia 1989 roku na stadionie Hillsborough, ponownie na oczach "Króla" Kenny'ego.

Historia klubu z Anfield Road jest futbolową księgą zdarzeń niełatwych, ale prawdziwych aż do szpiku kości, znaczonych miłością i tragedią. Na awersie są uczucie, wspaniały hymn, stadion, kibice. Rewers znaczony jest krwią, czerwienią barw "The Reds" oraz liczbami - 39, 96, 1985, 1989... Smutek miesza się z radością, nostalgia z euforią. Wspólnym mianownikiem tych różnych stanów emocjonalnych jest oczywiście Kenny Dalglish. Przerażenie malujące się na jego twarzy po wydarzeniach w Brukseli oraz Sheffield kontrastuje z eksplozją radości, jaką Szkot zaliczał po zdobywanych golach bądź asystach przy trafieniach Iana Rusha.

Gdy byłem mały, obejrzałem film dokumentalny o tragedii na Heysel. Spytałem tatę, co to za drużyna z tym czerwonym ptakiem w herbie i dlaczego jej kapitan jest taki smutny... Odpowiedzi, które padły z ust mojego ojca, na zawsze zmieniły moją percepcję postrzegania futbolu, a także były zalążkiem niesamowicie intensywnego uczucia trwającego do dziś. Liverbird, symbol Liverpoolu, skradł tamtego wieczora moje młode serce, a futbol narodził się ponownie. Dla każdego z nas rodzi się przecież tylko jeden raz, przenosząc nas w świat uczuć, magii i snu. W końcu, jak pisał Antoine de Saint-Exupery: "Prawdziwa miłość otwiera ramiona. a zamyka oczy".

bloodyfootball.machowina.krakow.pl/
-
bnowy
2013/06/26 10:01:54
Michał, super, że wrzuciłeś tą informację! Wawrzyna czytuję a nie wiedziałem, że książkę pisał.. Postaram się ją mieć :-)

Moja drużyna wszczechczasów to FKS Stal Mielec. Oczywiście z racji, że jestem mielczaninem :-)

Akurat to dobry moment na wspomnienie o Stali, gdyż 24 czerwca minęło 40 lat od pierwszego mistrzostwa Polski mieleckiej drużyny.
I tyle symboliczny moment, że 22 czerwca 2013 (niemalże równo 40 lat po tamtym mistrzostwie) Stal Mielec wywalczyła awans do obecnej II ligi. To wieńczy trudny czas mieleckiej piłki w ostatnich latach.

Powstały w 1939 roku klub zachwycił piłkarską Polskę w latach 70-tych. Kto się spodziewał, że drużyna z małego Mielca gdzieś na Rzeszowszczyźnie może zdobyć tytuł? A zdobyła dwukrotnie - w 1973 oraz 1976 roku. Stal biła Legię, Ruch, Górnik, Wisłę - czyli największe potęgi polskiej piłki. W tamtym czasie to była najlepsza drużyna w Polsce. Dla wielu pewnie nie wszechczasów, ale dla dumnych mielczan - na pewno.
Unikatowy stadion, jedne z pierwszych jupiterów w Polsce, mecze z Realem Madryt i oczywiście piłkarze - Lato, Szarmach, Kasperczak, Domarski, Kukla, Gąsior, Karaś, Rześny i wielu innych. To pamiętają kibice w Polsce.

Grzegorz Lato to był taki Boniek z Widzewa. "Grzesiu" był gwiazdą mieleckiej drużyny, jednak jego historia potoczyła się nieco inaczej niż Zibiego. Acz rozpoznawalny jest nie mniej ;) Teraz w Mielcu "Grzesiu" brzmi już jednak mocno ironicznie.

Co jednak ważniejsze, tak jak w Widzewie Sobolewski, tak w Mielcu Edward Kazimierski był "ojcem chrzestnym" mieleckiego klubu (Tutaj można posłuchać Pana Edwarda).
To on stworzył potęgę Stali (m.in. namówił władze mieleckich zakładów WSK na finansowanie klubu - nie tylko sekcji piłkarskiej! Niemal każdy pracownik wielkich zakładów (ok.80%) płacił "dobrowolny" 1% datku na Stal. Taka metoda. Acz dla mielczan, którzy tłumnie stawiali się na stadionie, to pewnie nie była wielka trudność).

Piszę pewnie, bo tego nie wiem - tamta Stal była przede mną. Gdy ja "wchodziłem na stadion" i piłka stawała się dla mnie tak ważna, Stal upadała... Załapałem się jeszcze na mecze I ligi w pożegnalnym sezonie 1995/96..
Upadek zakładów WSK po przemianach po '89 roku odciął klub od środków finansowych. Co raz biedniejszy klub nie był w stanie grać w I lidze a nawet w II lidze. W 1997 roku został rozwiązany. To dramat dla Mielca i, jak teraz wspominam, pewien mój dramat - nie zdążyłem nacieszyć się wielką piłką w rodzinnym mieście.

Za to mam okazję widzieć jak Stal powstaje. Po reaktywacji klubu Stal zaczęła rozgrywki od V ligi, skąd już w 1. sezonie w cuglach awansowała do IV ligi. Tam (po reformie III liga) jednak spędziła całe lata, często broniąc się spadkiem. Grając tylko juniorami, trudno było osiągnąć coś więcej.
Od 2012 roku sytuacja jednak zmieniła się. Mieleccy przedsiębiorcy zjednoczyli się by pomóc Stali. Efektem jest awans do II ligi wywalczony przed kilkoma dniami.

Do Stali mielec wrócił Bodzio W. czyli Bogusław Wyparło - legenda Stali. Drużynę prowadzi Włodzimierz Gąsior, który niejako łączy TAMTE czasy z obecnymi (zdobywał jako piłkarz pierwsze mistrzostwo). Stal wciąż opiera się głównie na wychowankach, ale widać efekty szkolenia ostatnich lat. I wreszcie, nie ma już tamtego stadionu, ale właśnie kończy się jego przebudowa i niedługo w Mielcu będzie nowy obiekt.

Choć trudności jest wiele - jak zawsze finanse, czy reforma II ligi sygnowana przez bohatera książki Wawrzyna - Zbigniewa Bońka, w Mielcu od wielu lat jest grono zapaleńców, którzy poświęcają swój czas i pieniądze, by Mielec ponownie był rozpoznawalny na piłkarskiej mapie Polski.

Stal Mielec, moja drużyna wszczechczasów.

O Stali piszę na swoim blogu.



-
Gość: ernie, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/06/26 13:22:40
Moja drużyna wszechczasów -Gabric(Ivkovic) -Jarni( Brnovic),Stimac,Bilic(Djukic),Mihajlovic - Prosineck(Katanec),Boban(Jugovic),Stojkovic(Zahovic),Savicevic(Drulovic) - Suker(Milosevic,Kovacevic),Miajtovic(Boksic).Nigdy nie zagrali razem bo się jakoś nie złożyło ale gdyby wahadło historii się odwróciło w inna strone albo Kleopatra miała krótszy nos to ta La Roja byłaby tylko ich żałosną podróbą.
-
2013/06/26 17:35:18
Panie,to była ekipa.Teraz już takiej nie użyczysz.Jak chłopaki zaczynali śmigać,uff,trzeba było widzieć.Dziesięciu ich było ale każden jeden ze trzech tych dzisiejszych by starczył. Czy dawno?Jasne,że dawno.Zaczynali w 06' albo 07',coś takiego,ale wie pan,na bank najlepiej było w 09'.Wtedy to się działo.Pamiętam jak jako dzieciak pierwszy raz przyszedłem zobaczyć jak grają.Tam koło szkoły,gdzie teraz jest parking,tam, panie, kiedyś boisko było.Boisko dużo powiedziane, asfalt wylany ale bramki też były to boisko,nie?Dziesięciu ich było,bo po pięciu równo wyjść musiało.Bo zważ pan,oni tylko ze sobą grali.Tacy byli dobrzy.Mieszali tymi składami,często któremuś się nie podobało to ze złości dwa razy mocniej naparzał.Ta,więc dziesięciu,czasem przychodzili też inni ale tych moich podstawowych to dziesięciu.Ulubiony?Każden jeden!Od kogo by tu zacząć. No to był DJ.Technik niemożebny, maestro!Panie,ile on widział na boisku ,Xavi i Pirlo w jednym!Gracja i elegancja jak trzeba.Wpatrzony w niego był Dzieciak,młodszy dwa lata,taki wypieszczony,gwiazdeczka taka ale nogami przekładał jak żaden inny.Pasowała mu ta fryzura ,na Neymara podobni nawet.Tylko podawać trzeba było go długo uczyć ale nie miał innego wyjścia nauczył się i już.A no i Łoli był.Ten to taki miejscowy Cristiano.Sam jeden mecze był w stanie wygrywać,bramek co niemiara.Zmarnowały go trochę szlugi ale tak to nie do zastopowania gość był.Razem z nim zawsze Kura,ile ten gość miał farta,panie!To nic gorszego być nie może jak zabierasz gościowi piłkę a ona tak się poodbija,że do niego wraca i okazuje się,że cię minął!No i też z niemożliwych pozycji strzelał,ganiał zawsze,mało płuc nie wypluł.Im gorsze mu podanie się posłało tym więcej szans,że coś niemożliwego z tego zrobi. Zawsze Krzychu się z niego śmiał.Krzychu to ichniejszy weteran.Starszy dużo,beka taka,biegać mu się czasem już nie chciało ale jak się składał do strzału to jak Carlos był i każdy się bał.Zawsze ich oszczędzał bo nikt nie dostał ale wyglądał strasznie,jak armata.No i Grześ oczywiście. Profesor,taki intelektualista z aparycji,trochę ich tam rozstawiać próbował bo miał smykałkę do taktyki.Defensywę zwykle trzymał,dobrze go było mieć dopóki nie zaczynał narzekać.Jeszcze Krychu był,gówniarz jeden.Anarchista wołali za nim,bo nic się nie bał ,zawsze pyskaty a najmniejszy z nich wszystkich.Mocy w nogach mało miał ale za to piłę sklejał jak mało który!Ciężko było mu ją zabrać, żeby nie faulować.Na to oni uważali bo to asfalt,panie,nieźle można było kumpla pozdzierać.A i kłócić się zdarzało bo sędziego przecież brakło.To najbardziej Abram starszy na te faule wyczulony,tak śmiesznie robił te włoskie paluszki.Bo on za Milanem był i jak Inzaghi normalnie, każdą częścią ciała wpychał łaciatą do bramki.Brat jego młodszy to jak ten Di Maria,chude to to ale technik świetny i wybiegany bardzo,dobry chłopak tylko irytował się łatwo.No ale mieli tam takiego co wszystkich uspokajał,śmiali się,że prezes.On ich zbierał zwykle ale co on tam za prezes, jak zaczynali to w dżinsowych spodenkach zasuwał,wywracał się często bo z początku to słaby strasznie ale uparty i zawzięty.Posturę miał jak czołg i jak go szlak trafiał to tak też grał ale to taka bestia co chciała być baletnicą.Zwykle spokojny i starał się żeby pięknie się grało.Jak jego zespół wygrywał a poszli z kontrą i pusta bramka zostawała to krzyczał:"Wróć z tym!" i robili akcję jeszcze raz żeby tamci mogli wrócić.Śmiali się z tego później.No ale im tylko o granie chodziło,wiadomo,że dla wygranej albo chociaż dla honoru potrafili się zdzierać aż tylko krew i pot odciskała się na asfalcie plamami no ale głównie gra.Pass'n'play nazywali swój styl.Jak kończyli w zachodzącym słońcu,siadali już bez sił na jeszcze ciepłym asfalcie.Do domu nie było siły iść bo wszystko na boisku zostało.Siedzieli i śmiali się z byle bzdury.Takich już nie robią. Pasja panie,pasja tak właśnie wygląda.
-
Gość: felek, *.toya.net.pl
2013/07/08 18:25:28
Zdecydowanie Widzew Łódź kiedy to w sezonie 2008/2009 wywalczono awans do ekstraklasy. Niestety ,drużyna Widzewa nie mogła wystąpić w ekstraklasie, jednak nie poddaliśmy się i wywalczyliśmy awans do ekstraklasy rok później, co spowodowało,że na zapleczu ekstraklasy obroniliśmy tytuł Mistrza Polski --> niespotykany incydent!
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie