piątek, 18 maja 2012
Zgrupowanie reprezentacji Polski w austriackim Lienz trwa w najlepsze, chłopaki na razie odreagowują sezon, dla jednych lepszy, dla innych gorszy - Paweł Brożek jest wprawdzie zadowolony, że poznał tak wielki klub jak Celtic (szkoda, że bardziej od strony szatni, ławki i trybun) ale deklaruje, że najbardziej chciałby wrócić do domu, czyli do Wisły. Z kolei Łukasz Fabiański, kluczył, zbaczał, jechał Czesławem Mozilem żeby nie powiedzieć niczego złego na Arsene Wengera, ale w końcu zadeklarował, że nadszedł koniec jego przygody w Arsenalu. Żałuję, że nie ma mnie tam na miejscu, ale nie mogłem wyrwać się z Warszawy przed finałem Ligi Mistrzów. Ale w poniedziałek dojadę do chłopaków, podobnie jak mistrzowska trójka z Borussii Dortmund i Wojtek Szczęsny i wtedy sobie pogadamy. Ale mam dobrą wiadomość i dla Was. Kto chce też może pogadać z wybrańcami Franza Smudy i to osobiście. Wystarczy wziąć udział w konkursie poprzez stronę „Łączy nas piłka” w Google+. Wygląda to tak, że od 16 do 22 maja możecie tam zadać pytanie piłkarzom i to nie jedno. Autorzy najciekawszych będą mieli szansę zadać je osobiście podczas Spotkań w Google+, czyli wideorozmów z zawodnikami reprezentacji, które odbędą się 23, 24 i 25 maja. Za pośrednictwem Spotkań Google+ rozmawiali już internautami m.in. Barack Obama, Dalai Lama i David Beckham, teraz czas na naszych chłopaków! Pochodna konkursu odbędzie się tutaj. Autorzy najciekawszych pytań do kadrowiczów, którzy zamieszczą je w komentarzach na Polsporcie mogą wygrać koszulkę reprezentacyjną z podpisami wszystkich zawodników (także tej trójki, która ostatecznie nie załapie się na Euro 2012) oraz bilety na ostatni sprawdzian przed meczem otwarcia, czyli Polska - Andorra. Piszcie, tylko pamiętajcie, że muszą to być pytania, które rzeczywiście da się zadać zawodnikom w tym konkretnym momencie. Np. pytanie do Marcina Wasilewskiego o to, co naprawdę wydarzyło się w kolońskiej taksówce, choć ciekawe, zapewne pozostałoby bez odpowiedzi i odebrało Wasylowi ochotę na dalsza rozmową. A zatem pytajcie! Kto pyta, nie błądzi, nie ma kiepskich pytań itd.;)
czwartek, 17 maja 2012
Rany boskie, miał być banalny, prosty konkursik, a przysłaliście tak fajne, zmuszające do myślenia komentarze, że nie sposób było wybrać te najciekawsze i najbardziej prowokujące do dyskusji. Ostatecznie po zmarnowaniu kupy czasu na zastanowienie, odkładając na bok niezliczoną ilość kluczowych spraw do zrobienia przed finałem, Ligi Mistrzów i wyjazdem na zgrupowanie kadry w Lienzu, postanowiłem nagrodzić następujących autorów. Za odpowiedź na pytanie nr 1 Łukasza Mizerackiego, shithappens8’a i tomassino-1. Brawo panowie, oto Wasze przemyślenia, które zrobiły na mnie takie wrażenie: Łukasz Mizeracki Odpowiem na pytanie 1, bo jest ono najciekawsze. Odejście Guardioli jest nie tyle przyczyną, co dopełnieniem końca najlepszej drużyny świata. Właściwe przyczyny końca cyklu należy podzielić na wewnętrzne i zewnętrzne, przy czym są one mocno powiązane ze sobą. Mnóstwo przychodziło mi do głowy, ale teraz ich nie pamiętam i nie wymienię z pewnością wszystkich. Postaram się jednak ogólnie przedstawić mój pogląd.
Futbol jest okrutny, każda złota jedenastka ma swoje Berno. Czy był nim mecz z Realem na Camp Nou był początkiem końca najlepszej drużyny świata? Wrodzony pesymizm, mówi mi że tak. Dlaczego? Odpowiadam na pierwsze z pytań bo i mi wydaje się najbardziej zachęcające do dyskusji.
Na pytanie nr 2 najciekawiej odpowiedzieli ytseman23, eMJot i tomash33 Wybór trudny, bo wszystkie tematy ciekawe, ale po zastanowieniu wybieram bramkę numer 2 ;)
Na pewno wpłynie. Już sam brak Puyola - serca drużyny i obrońcy, który mimo wieku wciąż w kluczowych spotkaniach raczej nie zawodził, to dla Sfinksa wielki problem. Ramos i Pique to stoperzy tyleż doskonali co nieprzewidywalni, mogą być murem, a równie dobrze mogą być sitem lub wylecieć z boiska. W środku pola będą działać zmęczeni, ponad 30-letni Xabi i Xavi, którzy rozegrali w tym sezonie po ponad 50 spotkań, a alternatywy dla nich nie ma... Fabregas nie wygląda na zawodnika, który udźwignie grę reprezentacji, tym bardziej, że sam formą nie błyszczy. Iniestą aż tak bardzo bym się nie martwił - tacy gracze jak Cazorla czy Silva spokojnie narobią wiatru na skrzydle. Dużo sobie też obiecuję po Isco, jednym z największych odkryć sezonu. Największy ból głowy to jednak atak - po kontuzji Villi i mieliźnie formy Torresa nie widać nikogo kto mógłby być żądłem La Rojia na mistrzostwach. Llorente póki co udowodnił, że w najważniejszych meczach nie istenie (Real, finał LE) i sprawia wrażenie wykończonego sezonem, Soldado za często się zacina a Raul (o ile zostanie w ogóle powołany, na co się niespecjalnie zanosi) będzie już raczej uzupełnieniem kadry niż jej zbawieniem.
eMJot Nie, forma z Barcelony(nie ważne czy życiowa czy biegunowo odległa) nie będzie miała wpływu na grę Hiszpanii z jednego, skrajnie prozaicznego powodu - kadra to zupełnie inna para kaloszy niż klub i absolutnie nie należy łączyć formy klubowej z formą reprezentacyjną. Przykładów tego absurdalnego mechanizmu nie trzeba szukać daleko, albowiem dostarcza nam go najnowsza historia piłki nożnej. Lukas Podolski - w reprezentacji Niemiec jeden z liderów, mający pewne miejsce na lewym skrzydle, w Bayernie wręcz niepotrzebny, pokornie truchtający w strefie dla rezerwowych. Leo Messi - w Barcelonie absolut futbolu, mistrz, geniusz, w słowniku brak słów odpowiednio charakteryzujących niektóre zagrania Argentyńczyka, które wymykają się z jakichkolwiek ram i schematów. W reprezentacji - filigranowy kabotyn, nie unoszący ciężaru bezlitośnie zrzucanego przez kolegów - kadrowiczów, noszący koszulkę przysługującą piłkarzowi hiszpańskiej Barcelony. No a u nas w Polsce chociażby Krzysztof Warzycha - niesamowity w Panathinaikosie, w trykocie z białym orłem na piersi minister nijakości. Kadra to inny organizm, rządzący się swoimi prawami, z własnym sercem, mózgiem, płucami i całą resztą organów. Twierdzenie, że słaba dyspozycja Xaviego bądź Iniesty z klubu wpłynie na grę kadry jest równie irracjonalna, co deklaracja, że jeśli przeszczepimy jedną stopę od Messiego, drugą od CR7, a głowę na przykład od Lamparda, to taki osobnik ze 100% pewnością będzie piłkarzem doskonałym. Całkowity absurd. Będzie to inny organizm, działający według innych mechanizmów. Mało tego - kadra Hiszpanii jak mało który zespół narodowy na świecie jest zupełnie niezależna od dyspozycji klubowej. Gdy na początku XXI wieku hiszpański futbol przeżywał kapitalny okres, w Europie szalały Real, Valencia i Barcelona, a życiową formę osiągnęli nietuzinkowi przecież piłkarze jak Mendieta, Canizares, Albelda, Raul, Morientes, Helguera czy Baraja, to barierą nie do przebrnięcia był poziom ćwierćfinału. Reprezentacja Hiszpanii targana niemiłosiernie wewnętrznymi konfliktami grała pięknie jak nigdy, przegrywając jak zawsze. Dopiero Luis Aragones w sposób znany tylko jemu i być może del Bosque zjednoczył skłóconych z powodu pochodzenia, barw klubowych czy boiskowych spięć hiszpańskich artystów. Na czas gry w barwach reprezentacyjnych wszystko zostaje z boku, odepchnięte w kąt na czas nieokreślony. Do umiejętności dochodzi nadzwyczajna mobilizacja doprawiona świetną atmosferą. Kadra jest odskocznią od klubowego marazmu. Reprezentacja to reprezentacja, klub to klub. Nie należy łączyć jednego z drugim, bo gdyby było inaczej to piłkarze Barcy i Realu, Chelsea i ManUtd czy BVB i Bayernu pozabijaliby się na pierwszych wspólnych zajęciach. Zastanawiałem się nad wyróżnieniem czips7’a, który jako jedyny spróbował w sposób najbardziej literacki odpowiedzieć na pytanie nr 2, ale nie zołałem wyobrazić sobie ani pogody jak z filmów Hitchcock'a teraz w Barcelonie, ani miotającego przekleństwa Iniestę. Każdego, ale nie jego. Więc nie nagradzam, a tylko gratuluje inwencji i zapraszam do przyszłych konkursów literackich:p Łukasz Mizeracki, shithappens8 i tomassino-1otrzymują ‘Barca. Za kulisami najlepszej drużyny świata’, a eMJot, ytseman23 i tomash33 - z racji poruszonego tematu - ”Sekrety La Roja’ o zdobyciu przez Hiszpanów mistrzostwa Europy i świata, napisaną przez Miguela Angela Diaza, korespondenta dziennika ‘Marca’ na Euro 2008 i mundial w RPA. Panowie, przysyłać na mejla adresy to wyślę nagrody! Dziękuję wszystkim i do następnego konkursu!
wtorek, 15 maja 2012
Ostatnio na polskim rynku ukazuje się tyle książek o futbolu, że nie nadążam z czytaniem. W kolejce czekają „Sekrety La Roja” o mistrzostwie i świata reprezentacji Hiszpanii, którą zamierzam zabrać na grupowanie reprezentacji do Austrii, bo przecież trzeba ją przeczytać przed Euro 2012, podobnie jak biografię Robina van Persie, którego właśnie w sondzie Futboilmag’a wytypowałem na króla strzelców turnieju. Kończę czytać „Deynę” Stefana Szczepłka, na szczęście „Pod Presją” Jurka Dudka to tylko 200 stron... (wkrótce opublikuje tu rozmowy z oboma autorami). Tymczasem do księgarń trafia właśnie „Barca. Za kulisami najlepszej drużyny świata” i wierzcie mi, że jest to jedna z lepszych książek o futbolu jakie czytałem w życiu. Twierdzę tak nie dlatego, że przetłumaczyłem ją wspólnie z kolegą ze Sport.pl, Piotrkiem Czernickim-Sochalem. Autorowi, szkockiemu dziennikarzowi Grahamowi Hunterowi, który od 10 lat mieszka w Barcelonie (jest korespondentem UEFA.com i FIFA TV) wyszła naprawdę fascynująca, napisana z podziwem dla fenomenu Barcy Pepa Guardiolli ale nie na kolanach i z blaugranowym zaślepieniem, książka. Mnóstwo tu ciekawych, nieznanych mi historii np. jak dyrektorzy Barcy udali się w 2007 roku z tajna misją do Lizbony na spotkanie z Jose Mourinho (zwolnionym z Chelsea), którego klub rozważał jako głównego kandydata do zastąpienia Franka Rijkaarda. Portugalczyk dokonał tak perfekcyjnej prezentacji w powerpoincie, wykazując przyczyny ówczesnego kryzysu Barcy i plany naprawy, że dyrektorzy (wśród nich Txiki Begiristain) byli pewni, że z Mourinho drużyna z miejsca zaczęłaby odnosić sukcesy. A jednak obaj powiedzieli zarządowi, że Portuglaczyk nie jest trenerem dla Barcelony i rekomendowali powierzenie tej funkcji niedoświadczonemu Guardioli. Najciekawsze w tamtej rozgrywce było to, że sam Guardiola przekonywał na pewnym etapie prezesa Barcy, że najlepszym rozwiązaniem dla klubu były... Mourinho, a nie on. Niezwykle ciekawe i świetnie napisane są opowieści o zawodnikach. Krótki rozdział poświęcony Andresowi Inieście jest sto razy ciekawszy niż jego autobiografia, która pojawiła się na polskim rynku jako pierwsza z serii książek piłkarskich. Los Iniesty splatające się z losami innego 14-latka przyjętego razem z nim do La Masii - Jorge Troiteiro (tak naprawdę Iniestę przyjęto w tym wieku, łamiąc klubowe reguły, bo wymusił to ojciec Troiteiro) to coś wspaniałego. Zacytuję tu ulubiona anegdotę o pierwszym treningu 16-letniego Iniesty z pierwszą drużyną Barcy. Jej ówczesny trener, Lorenzo Serra Ferrer (...) nasłuchał się tylu pochwał na temat młodego Andresa, płynących z akademii, że postanowił sam przyjrzeć się z bliska nastolatkowi, o którym jest tak głośno. To, co stało się, gdy w lutym 2001 roku poprosił administratora pierwszego zespołu, Carlesa Navala, żeby oznajmił Inieście o promocji i sprowadził go na trening przeszło do legendy, ale jest absolutnie prawdziwe. Naval zadzwonił do La Masii i poprosił administratora, żeby przekazał radosną wieść Andresowi. Następnego dnia rano Iniesta miał się stawić na treningu pierwszej drużyny na Camp Nou, dokładnie 100 metrów od budynku La Masii, w którym mieszkał. Kłopot polegał na tym, że nawet nie marzył o tym, że pierwszy skład tak szybko stanie przed nim otworem, nigdy wcześniej nie był w szatni na Camp Nou i nie miał pojęcia gdzie się ona znajduje. Szukając jej w rozległych zakamarkach Camp Nou kompletnie się zgubił. Poszedł więc do posterunku ochrony przy głównym wejściu, przepchnął się przez tłum turystów, kłębiących się w oczekiwaniu na zwiedzenie słynnego stadionu, stanął przed barierką i poprosił o pomoc. Strażnik nie był pewny czy ten mały chłystek, twierdzący, że przyszedł na trening pierwszego zespołu, nie próbuje go wkręcić i kazał mu zaczekać. Na szczęście przed wejściem pojawił się Luis Enrique, rozpoznał chłopaka i zaofiarował się być jego przewodnikiem w drodze do szatni. Typowy Iniesta – spokojny, opanowany, podejrzewający w duchu, że ktoś robi mu złośliwy żart, ale gotowy. Świetny jest rozdział o dwójce środkowych obrońców Barcy, Carlesie Puyolu i Gerardzie Pique, ludziach z dwóch innych światów (Puyol wychował się na wsi w takiej biedzie, że hantle musiał sobie robić sam, napełniając piachem skarpety i sznurując je na końcu - Pique, wnuk wiceprezydenta Barcy, na salonach - pamiętna historia jak przedstawiono go Luisowi van Gaalowi, który pchnął chłopaka, przewrócił na dywan i orzekł, że nie nadaje się do futbolu), którzy jednak pomogli sobie nawzajem - Puyol młodemu koledze na boisku, Pique - starszemu poza nim, otwierając go na świat. Znajdziecie tam ciekawy portret psychologiczny Guardioli, który ułatwi zrozumienie jego decyzji o usunięciu się z klubu po czterech latach pracy.
Wylęgarnia talentów Kto wie czy najciekawszy nie jest rozdział dokładnie omawiający funkcjonowanie słynnej akademii La Masia, który przetłumaczyłem jako Wylęgarnia talentów, bo fakt, że w finale mistrzostw świata występuje ośmiu wychowanków klubu wydał mi się tyleż pełen podziwu co przerażający. Hunter opowiada nie tylko historię La Masii, m.in. to jakich zmian dokonał w niej Johan Cruyff (wielu mylnie wydaje się, że to on ją założył, gdy przyszedł do klubu jako trener w 1988), przed nim bynajmniej nie panował w akademii etos pięknej, ofensywnej gry, ale - jak wspomina były partner Cruyffa z ataku, późniejszy trener i odkrywca talentu Leo Messiego, Charly Rexach nasz futbol był brzydki, smutny i przede wszystkim za bardzo siłowy. Nie było w nim miejsca na kreatywność i wyobraźnię. Liczyło się tylko bieganie. Jeśli dużo nie biegałeś, nie grałeś. Robiło mi się niedobrze od wysłuchiwania, że piłkarz po meczu musi być mokry od potu. ‘Musicie być gotowi umrzeć dla tych barwa’ - słyszeliśmy bez przerwy. A ja myślałem sobie: ‘Mam 20 lat i chcę mieć przyjemność z gry w piłkę. Jestem za młody, żeby umierać’. ‘Idźcie i ubrudźcie porządnie koszulki’ ‘Sukinsyny! A przecież dobry futbol gra się nogami. Jeśli nie byłem spocony po meczu, to dlatego, że grałem więcej i mądrzej”(...) Hunter opisuje czym kierują się dziś skauci Barcy, wyszukując w świecie idealnych kandydatów do barcelońskiego systemu. Czym jest owe słynne DNA Barcy, którego usiłują dostrzec w młodych chłopakach. Skaut Barcelony szuka w młodym chłopaku tych samych umiejętności, które będą później niezbędne do gry w pierwszej drużynie Guardioli. Jaki ma przyjęcie piłki? Czy potrafi utrzymać piłkę? Jak szybko potrafi przeczytać sytuację na boisku i czy jest w stanie podjąć decyzję, będąc pod presją? Czy ewentualny przyszły skrzydłowy potrafi grać jedną czy obiema nogami? Czy chce i umie stosować pressing, gdy jego drużyna jest bez piłki? Czy środkowy obrońca ma wystarczające umiejętności, by móc zagrać w ataku? Okazuje się niezwykle ważną rzeczą, na jaką zwracają uwagę skaucie jest m.in. to, że nie lubią rozstawać się z piłką, mają ja przy sobie cały czas i owładnięci są obsesją grania i ćwiczenia kiedy tylko się da. Pep Guardiola grał nieustannie na placu w Santpedor gdzie dorastał, używając drzwi do sklepowych garaży jeśli akurat nie toczył się gdzieś prawdziwy mecz. Mieszkańcy miasteczka nieustannie przeganiali go i jego kumpli. Już jako trener Barcelony powiedział tak: „Część zdolności technicznych zawodnika jest wrodzona, ale jeśli ktoś od małego spędza dzień w dzień po pięć, sześć godzin latając za piłką, to bardzo to rozwija. Problem z dzisiejszymi dzieciakami, zwłaszcza tymi z wielkich miast polega na tym, że mają kontakt z piłką właściwie tylko na treningach, czyli najwyżej przez zaledwie półtorej godziny i to nie codziennie”. Carles Puyol był identycznym dzieciakiem, uganiającym się za piłka w Pobla de Segur. Mimo, że do 14 roku życia ani razu nie zagrał z porządnej, dobrze zorganizowanej drużynie jedenastoosobowej, zawsze miał przy sobie piłkę i niezmordowanie ćwiczył umiejętności długimi godzinami, dryblując wokół domu. Xavi Hernández także długimi godzinami ćwiczył i wypracowywał coś, co sam nazywa „obsesją kontrolowania piłki”. Laureano Ruiz to legendarne nazwisko w Barcelonie. Był wizjonerem jeśli chodzi o szkolenie młodzieży przed pojawieniem się Cruyffa i zostawił po sobie anegdotę, która świetnie ilustruje jak dużą wartość nadawano w klubie miłości do futbolu. Któregoś razu Ruiz przyglądał się testom młodych katalońskich dzieciaków, które zaludniły gęsto całe boisko. Już myślał, że ten dzień będzie stracony, bo żaden z chłopaków nie zrobił na nim wrażenia, gdy dostrzegł, że jeden z maluchów trzyma się z boku i z pasją odbija piłkę o ścianę szatni. Ruiz zapytał chłopca, co tam robi, a mały odparł, że czeka na tatę. Dyrektor La Masii postanowił zaufać swemu nosowi i zapytał trenerów, którzy zorganizowali testy, kim jest ten chłopiec i jak wypadł w testach. Usłyszał, że mały nie spisał się zbyt dobrze i został odrzucony. Ruiz poinformował ich, że instynkt podpowiada mu, by dać chłopcu szansę, bowiem młodziaka, który z taką pasją podchodzi do futbolu, nie powinno się odsyłać bez porządnego sprawdzenia. Okazało się, że mały przebrnął testy. Był to Albert Ferrer. Gdy po latach, wywalczył z drużyną Puchar Europy na Wembley w 1992 roku, potwierdziło się, że tamtego dnia nos rzeczywiście nie zawiódł Ruiza. Barcelońskie dziady Ogromne znaczenie w rozwoju piłkarza Barcelony ma ćwiczenie bardzo prostej gierki, zwanej w Katalonii rondo (na którą my w Polsce mówimy dziad). Na pewno widzieliście ja nie raz, a może nawet sami próbowaliście. Grupa zawodników, zwykle siedmiu lub ośmiu ustawia się w kółko, dwóch wchodzi do środka. Ci na zewnątrz podają do siebie piłkę, ci w środku starają się ja przechwycić, zablokować, przejąć na nią kontrolę, przerywając strumień podań. Legenda Barçy mówi, że to , Ruiz wynalazł i zaszczepił w klubie to ćwiczenie jako podstawę każdego treningu. Pierwszym i podstawowym zadaniem barcelońskiego dziada jest nauka dokładnego, precyzyjnego podawania pod presją, gdy rywal naciska, a piłkę wolno uderzyć tylko raz. Jednocześnie jest to dobre ćwiczenie na inteligentną presję i mądre naciskanie rywala z piłką. Dwaj piłkarze w środku dla lepszej efektywności muszą ze sobą współpracować, koordynować swe działania, żeby nie biegać między zawodnikami zewnętrznego okręgu jak kot z pęcherzem. Po trzecie, ponieważ w końcu każdy zawodnik trafi do środeczka, jest to świetne ćwiczenie na budowę kondycji, idealnie odpowiadające stylowi gry Barçy. Po czwarte zaś dziad świetnie buduje team spirit, czyli ducha drużyny. Jednoczy zawodników stojących w kręgu i starających poprzez współpracę nie oddać piłki obrońcom. Kiedy patrzy się jak zawodnicy Barcy wykonują rondo, widać, że nie jest to tylko zabawa, bo rywalizacja między nimi i determinacja jest taka sama jak w gierkach pięciu na pięciu, stosowanych na treningach Manchesteru United, Arsenalu, Milanu czy Bayernu Monachium. Zapewnie nie raz widzieliście przed meczem jak piłkarze Barcy ustawiają się koło i myśleliście sobie: tak to i ja bym umiał”, ale wierzcie mi, że wersja podczas rozgrzewki jest dziesięć razy wolniejsza niż i mniej intensywna niż to co zawodnicy wyczyniają na codziennych treningach. Za każdym razem piłkarze stojący w kręgu starają się pobić rekord kolejnych podań i czasu potrzebnego na odebranie im piłki. „Dziad” ma mnóstwo różnych odmian, z różna liczbą uprawnionych dotknięć piłki, różną liczbą obrońców, zakazem podawania do stojącego najbliżej zawodnika itd. Spoglądając jak zawodnicy Barcy uwijają się przy rondzie, łatwiej zrozumieć anegdotę, często przytaczaną przez Xaviego o jego gierkach w czasach juniorskich. Charly Rexach miał zwyczaj wrzeszczeć na swoich chłopaków: „Nie jedno podanie! Pół podania!!” Te pół podania to właśnie DNA Barçy. Popatrzcie na mecz Barcelony z Arsenalem w Lidze Mistrzów z marca 2011 roku i gola jakiego zdobył Xavi. Było 1:1 gdy Iniesta przedryblował na pełnej szybkości Tomáša Rosický’ego, Abou Diaby’ego i Johana Djouroua. Wglądało na to, że poda bezpośrednio Xaviemu, ale on zmylił wszystkich podając do Davida Villi, który jednym szybkim pchnięciem odegrał Xaviemu. Takie rozegranie akcji uniemożliwiło Laurentowi Koscielnemu powstrzymanie Xaviego. To, co zrobił Villa to właśnie owe „pół podanie”, którego domagał się od dzieciaków Rexach 10 lat wcześniej. Taka gra to nie jest coś wyjątkowego w futbolu, ale Barcy wychodzi znacznie lepiej niż innym, bo nauka gry w „dziada” i „pół podania” to nieodłączna część szkolenia piłkarz w La Masii. Xavi wyjaśnia to w następujący sposób: „Od dziecka jesteśmy uczeni, żeby instynktownie wiedzieć kto znajduje się wokół nas zanim jeszcze dostaniemy piłkę. Dzięki temu jesteśmy gotowi jednym szybkim ruchem przedłużyć piłkę w ciągu ułamka sekundy.” Znakomitą kontrolę nad piłką, dokładność podań, a przy tym wszystko z prędkością krążka hokejowego tacy piłkarze Barçy jak Iniesta, Xavi, Messi czy Pedro wynieśli z gry w „dziada”. Podczas swojej kariery rozegrają jeszcze dziesiątki tysięcy takich krótkich podań. Dla trenerów młodzieżowych Barcy podglądanie gry w rondo jest jak dla lekarza włożenie termometru pod pachę dziecka. Jeśli zobaczy, że komuś nie wychodzi „dziad”, często traci piłkę, albo nie jest w stanie wyjść z koła, to wie że coś się dzieje. Teraz trzeba tylko ustalić czy chodzi o psychikę, kondycję fizyczną, może jakiś uraz, pewność siebie, koncentrację. Ale dostaje bardzo wyraźny sygnał, że coś jest nie tak z piłkarzem. Arnau Riera był kapitanem Barçy B, w czasie, kiedy przez krótką chwilę grał w tej drużynie Leo Messi. Arnau trafił do La Masii w dość późnym wieku, więc tym większe uznanie, że okazał się wystarczająco utalentowany, żeby zasłużyć sobie na tę szansę. Przyznaje jednak, że było mu niezwykle trudno z miejsca odnaleźć się w tak wysokiej kulturze piłkarskiej, zwłaszcza podczas gry w „dziada”. Do każdej gierki podchodził z onieśmieleniem. „Podczas pierwszych zabaw w rondo nie byłem w stanie nadążyć za chłopakami. Obserwowałem, że niektórzy zawodnicy jak Thiago Motta bez wkładania w to najmniejszego wysiłku wypadają o niebo lepiej ode mnie. Zadzwoniłem do taty i powiedziałem mu, że się tu nie utrzymam, bo pozostałe dzieciaki są daleko, daleko przede mną. Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką trenerzy starają się osiągnąć w La Masii, to sprawić, żeby przyszli piłkarze Barcy potrafili myśleć na boisku szybciej niż rywale. Właśnie do tego najlepsza jest gra w „dziada”. Poprawia przyjęcie, precyzję podania, kondycję i technikę, ale przede wszystkim pomaga nam błyskawicznie podejmować właściwą decyzję i przewidywać co się za chwilę stanie” - mówi Riera. Dziś o raz więcej klubów przechodzi na podobną filozofię pracy z młodzieżą i nacisk na rozwój techniki gry, kiedy jednak oglądam ronda na treningach czy rozgrzewkach drużyn Premier League, widzę, że nie mają one nic wspólnego z poprawianiem doskonałości przyjęcia, szybkości odegrania czy technicznej maestrii jak to ma miejsce w Barçy. Jeden z działaczy Angielskiej Federacji Piłkarskiej (FA powiedział mi tak: „U nas wciąż postrzega się grę w dziada jako ćwiczenie dla zabawy i rozluźnienia przed meczowym stresem”.
KONKURS: 'BARCA. ZA KULISAMI' DO WYGRANIA Mógłbym tak dalej i dalej, ale nie starczy miejsca... Tradycyjnie mam do rozdania trzy książki dla odwiedzających Polsport z dedykacją tłumacza (czy). Ale że nie mam czasu na zorganizowanie konkursu literackiego (Euro 2012 zbyt blisko), zróbmy to tak. Kto najciekawiej odpowie w komentarzu na jedno z tych pytań, ten dostanie książkę: 1. Czy odejście Guardioli to zamknięcie cyklu, koniec najlepszej drużyny świata i jej dominacji w europejskim futbolu, wypełnienie tezy słynnego węgierskiego szkoleniowca, Beli Guttmanna, o tym, że każda wspaniała drużyna kończy swój żywot po trzech sezonach? 2. Czy pewne, wyraźnie widoczne obniżenie formy czołowych piłkarzy Barcelony w końcówce sezonu jak Xavi, Inietsa, Puyol, Pique, Pedro, Fabregas będzie miał wpływ na obronę mistrzostwa Europy Hiszpanii? 3. Kto powinien dostał nagrodę Złotej Piłki, Leo Messi, który pobił rekord Gerda Muellera, zdobywając w sezonie 73 gole, ale nie zdobywając mistrzostwa Hiszpanii, czy Cristiano Ronaldo, który strzelił goli mniej, ale przekroczył barierę 50 bramek, co pomogło jego realowi Madryt odzyskac mistrzostwo kraju i przerwać dominację Barcy?
poniedziałek, 14 maja 2012
That was a crazy finish for a crazy season - stwierdził tuz po zakończeniu meczu z QPR trener Manchester City, Roberto Mancini. I chociaż te słowa nie mają takiej mocy jak słynne Football, blody hell Aleksa Fergusona po wygranym finale Ligi Mistrzów w 1999 roku, to pewnie przejdą do historii jak jego drużyna, która wywalczyła pierwszy tytuł Anglii od 44 lat, jak Manchester United, który przez dwie minuty miał w rękach 20. mistrzostwo Anglii i jak cała ta ostatnia kolejka. Słowa Manciniego, który nie do końca wówczas rozumiał jak wielki cud rozegrał się na jego oczach, doskonale jednak podsumowuje ten prawdziwe szalony nie tylko na Wyspach, ale w całej piłkarskiej Europie. Po pierwsze City, które w całym sezonie Premier League nie przegrało u siebie meczu, jeszcze w 90. minucie przegrywało z walczącym o utrzymanie beniaminkiem 1:2 i to grającym w 10! (Joey Barton to silny konkurent Johna Terry w walce o tytuł Idioty Roku, choć jego QPR ostatecznie się utrzymał, a Chelsea zagra w finale Ligi Mistrzów). Jak The Citizens mogli wcześniej roztrwonić ośmiopunktową przewagę nad Manchesterem United wie chyba tylko Ferguson, który w końcówce sezonu dokonał tego samego. Jak jednak wyjaśnić te wszystkie wariactwa jakie miały miejsce w tym sezonie na Old Trafford - 8:2 z Arsenalem, 1:6 z City czy 4:4 z Evertonem? Przyznaję, że w tym sezonie zawiodłem na całej linii, nie przewidziałem niczego, żadnego mistrza w każdej z pięciu czołowych lig ani nawet w naszej Ekstraklasie: @ Nie sądziłem, że City zdobędzie mistrzostwo już teraz. Nie wierzyłem, żeby Manciniemu udało się stworzyć drużynę z tego zbioru gwiazd i chyba się nie udało, ale na mistrzostwo to wystarczyło (United właśnie dzięki temu, że tworzyli zespół mogli walczyć o tytuł do ostatniej kolejki). Ale kiedy z City został wyrzucony Carlos Tevez (a potem wrócił), kiedy po kolejnych szaleństwach miał w niej ani jednego meczu nie zagrać Mario Balotelli (a w ostatniej kolejce zmienił na boisku właśnie Teveza), kiedy City nie wyszło z grupy Ligi Mistrzów, utwierdziłem się w przekonaniach. A jednak wszelkie kalkulacje wzięły w łeb. Nie przypuszczałem też, że będę się zachwycał meczami Swansea i Newcastle Utd, a nawet (pod pewnymi względami) Stoke. Przyznaję ze skruchą, że po letnich transferach, gdy legenda The Reds, Kenny Dalglish stawiała na opcję brytyjską, to właśnie w Liverpoolu upatrywałem jednego z kandydatów do tytułu. Byłem tez pewien, że do wyścigu włączy się odmłodzona Chelsea pod wodzą Andre Villasa Boasa... Arsenal po spektakularnej stracie gwiazd i zastąpieniu ich wyrobnikami z łapanki miał ponieść spektakularną kleskę... @ Nie przewidziałem, że Borussia Dortmund obroni mistrzostwo Niemiec, a już na pewno nie, że przy aż tak wielkim udziale polskiego trio. Byłem pewien, że odzyska je Bayern Monachium, a tytuł Borussii był jednorazowym wybrykiem. Klęski BVB w Lidze Mistrzów, z której nie awansowała nawet do Ligi Europy wydawały się potwierdzać te domysły, ale najwyraźniej wyszło to jej na dobre.
@ Nie podejrzewałem, że Juventus Turyn zdobędzie mistrzostwo Włoch już teraz, że Antonio Conte już w pierwszym sezonie pracy ze Starą Damą wywinduje ja na szczyt. Że okaże się tak świetnym i charyzmatyczny trenerem, a jego zespół nie przegra w lidze ani jednego spotkania! Prawdę mówiąc myślałem, że scudetto rozstrzygną oba kluby z Mediolanu, bo byłem pewien, że Inter otrząśnie się z traumy po podejściu Jose Mourinho. Okazało się, że przeżył największy kryzys od przed wojny. @ Nie wierzyłem, że Barcelona przegra rywalizację z Realem Madryt w La Liga, choć po czterech meczach z końcówki ubiegłego sezonu spodziewałem się, że ta rywalizacja będzie o wiele bardziej wyrównana. Ale nie że Real zagra w lidze aż tak skutecznie, bijąc historyczny rekord goli, a i przyznaję, że cały czas wliczałem w tabelę zwycięstwo Barcy w El Clasico na Camp Nou. Oczywiście nie mogłem przewidzieć wielomiesięcznej kontuzji Davida Villi ani spadku formy i wypalenia Xaviego i Andresa Iniesty. Jeśli chodzi o ligę hiszpańską to ostatnią rzeczą jakiej się spodziewałem był spadek Villarreal, które przecież dopiero co grało w półfinale Ligi Mistrzów. @ Nie specjalnie śledzę ligę francuską, sprawdzając głównie jak poszło Polakom, ale nie w życiu bym nie przewidział tak wielkiego sukcesu Montpelier (gdzie zresztą byłem minionego lata) - co prawda została jeszcze jedna kolejka, ale niespodziewanemu liderowi wystarczy remis z ostatnim w tabeli Auxerre. @ Nie stawiałem też na Śląsk Wrocław, nawet po rundzie jesiennej, którą skończył na szczycie faworytów widziałem gdzie indziej. Przed rozpoczęciem sezonu murowanym faworytem wydawała mi się Wisła Kraków, ze świetnym już sprawdzonym holenderskim trenerem i ciekawą, niezwykle trafiona armią zaciężna. @ No i oczywiście kompletnie zawiodły moje przewidywania co do Ligi Mistrzów, gdzie stawiałem na El Clasico w finale, choć pamiętam, że zastrzegałem, że mający w perspektywie finał na własnym stadionie Bayern jest jedyną drużyną, która może się przeciwstawić dominacji Barcy i Realu. Wyeliminowanie Katalończyków przez The Blues, wbrew wszelkiej logice i rozwojowi wypadków na murawie (przy 2:0 dla Barcy na Camp Nou wylatuje kapitan i filar defensywy, drugi zeszedł wcześniej z kontuzją, Barca dostaje rzut karny, który marnuje najlepszy piłkarz świata) to dla mnie jednak największe zaskoczenie sezonu. Tylko nieco mniejszym była klęska obu Manchesterów. Podsumowując: dałem ciała na całej linii, najwyraźniej nie znam się i nie nadaje do tej roboty:/ Ktoś chce akredytację na Euro 2012?
piątek, 11 maja 2012
Czy piłka nożna i polityka nie mogłyby żyć w oddzielnych światach? Czy politycy nie mogliby się powstrzymać od wkraczania z buciorami w przecudny świat futbolu i psuć go, np. wzywaniem do bojkotu Euro 2012 na Ukrainie, przenoszeniu finału z Kijowa do Warszawy itp. Mają przecież tylko innych, doskonałych instrumentów nacisku? Futbol bez polityki to oczywiście piękna utopia, bo politycy, reżimy, junty wykorzystywały instrumentalnie futbol od zawsze, jak choćby na mundialu w Argentynie w 1978. Futbol potrafił dzielić narody, o czym pisał Ryszard Kapuściński w Wojnie Futbolowej, i co widzieliśmy na mundialu w Meksyku w 1986, rozgrywanym w cieniu wojny o Falklandy. Ale też potrafi pełnić rolę narodotwórczą, Kapuściński opowiadał mi kiedyś w wywiadzie jak to po utworzeniu państwa Nigeria, przedstawiciele setek plemion zamieszkujących ją plemion, nie identyfikujących się w żaden sposób z nową, sztucznie stworzoną ojczyzną, po raz pierwszy wymieniali jej nazwę, śpiewali hymn i pierwszy raz czuli się wspólnotą właśnie na stadionach, podczas meczów drużyny narodowej... Mecze piłkarskie potrafiły też być pierwszym krokiem ku pojednaniu między dwoma narodami, jak wówczas kiedy po wielu latach znów zagrały ze sobą obie Koreie czy kiedy na mundialu we Francji w 1998 roku Stany Zjednoczone zmierzyły się z reprezentacją Iranu.
Ale też futbol często służy drugiej stronie - tzn. piłkarzom i kibicom do manifestacji swoich politycznych racji: ostatnio widzieliśmy czerwone sztandary z sierpem i młotem na meczu Legii, przywiezione przez lewackich kibiców Hapoelu Tel Awiw, albo kiedy Serbski piłkarz Realu Madryt po strzeleniu gola w Lidze Mistrzów odsłonił koszulkę z napisem NATO, stop bombing! w trakcie nalotów na byłą Jugosławię. Czy politykę uprawiają też polscy kibole obiecując na trybunach (Tusku matole, twój rząd obalą kibole)? W to akurat wątpię. A czasami zaangażowanie w futbol jest wyrazem zaangażowania politycznego, formą niezgody na otaczający porządek i świat, o czym opowiada wielokrotnie nagradzany m.in. na Berlinale film Ayata Najafiego, Futbol ściśle tajny, którego projekcja odbędzie się dziś na festiwalu Planete Doc w warszawskim kinie Kinoteka o 18. o żeńskiej drużynie piłkarskiej z berlińskiego Kreuzbergu, która chce wyjechać do Teheranu, na towarzyski mecz z tamtejszą żeńską drużyną narodową, gdzie futbol restrykcyjne normy religijne nakazują piłkarkom, by podczas rozgrywki zarówno one, jak i ich przeciwniczki, były ubrane w spodnie, bluzy z długimi rękawami oraz – obowiązkowo! - chusty na głowach, a na stadionie nie może wówczas przebywać żaden mężczyzna...) Po projekcji odbędzie się debata o niebezpiecznych i bezpiecznych związkach polityki i futbolu, z udziałem reżysera filmu, Iryną Magdysz – dyrektorka Muzeum Idei we Lwowie (opowie nam m.in. jak Ukraina odnosi się do wezwań do bojkotu), Jacek Purski ze Stowarzyszenia Nigdy Więcej, promującego program odpowiedzialności społecznej UEFA Euro 2012 Respect diversity oraz Seweryn Dmowski – politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, badający przenikanie się polityki i futbolu. Debatę po prowadzę zaś ja, więc wszystkich czytelników z Warszawy i tych, którzy mają blisko, tym bardziej serdecznie zapraszam!
środa, 09 maja 2012
Dziś w Madrycie Iker Casillas zaprezentował światu oficjalną piłkę adidasa, którą zostanie rozegrany finał Euro 2012. Zanim on dostał te piłkę w swoje szlachetne ręce, najpierw trafiła do mnie:) Może nie dokładnie ten sam egzemplarz, ale za to tę jedną JEDYNĄ piłkę, jaka w tej chwili znajduje się w Polsce. A więcej nie będzie, bo drużyny obu finalistów dostaną ich tylko po 10, a finał jak wiadomo odbędzie się w Kijowie (chyba, że UEFA nie ugnie się naciskom europejskich polityków i Jarosława Kaczyńskiego i nie przeniesie finał do Warszawy). Musicie mi uwierzyć na słowo, bo na zdjęciu tego nie widać, ale piłka jest inna w dotyku niż zwykła Tango 12, którą rozgrywany będzie turniej, bardziej chropowata, ma się wrażenie, że dotyka skóry, a nie kawałka plastiku. Oprócz kolorowych konturów inspirowanych flagami Polski i Ukrainy, ma też nazwy wszystkich uczestników Euro 2012, graficzne sylwetki pucharu, o który zagrają finaliści i napis: Final Kyiv.
Chętnie rozdałbym Wam ją w jakimś szybkim konkursie, ale tym razem konkurs odbywa się u producenta, na facebooku i twitterze, gdzie do wygrania wielu cennych nagród potrzebne są Wasze „lajki” i „retweety”. Szczegóły na www.facebook.com/adidasfootball lub via Twitter na @adidasfootball.
wtorek, 08 maja 2012
Mam poczucie, że wszyscy w tym sezonie głownie gadaliśmy (ja - w telewizji, w wideo, które robimy na sport.pl czy tu na blogu) o Barcelonie i Realu Madryt (ale to przecież dwie najlepsze obecnie drużyny świata, nawet jeśli nie spotkają się w finale Ligi Mistrzów), o Borussii Dortmund (z oczywistych, jakże radosnych powodów), a przy okazji i Bayernie Monachium, o pucharowej niemocy obu Manchesterów i ich wyścigu po albo 20. tytuł z mistrza Anglii albo pierwszy od 44 lat, o Arsenalu, Chelsea i jej kryzysie, zwolnieniu trenera, rządach szatni i wielkim powrocie. Rzadko zerkając w kierunku Serie A, jeśli już to przy okazji marszu żywych trupów, czyli Interu Mediolan, cudownych wybryków Napoli, czy czterech epickich meczów Milanu z Barceloną. A tu tymczasem po sześciu latach smuty, w wielkim stylu do wielkiego futbolu wrócił Juventus Turyn, który pod wodzą swego byłego wielkiego zawodnika i kapitana Antonio Conte wywalczył historyczne 30. mistrzostwo Włoch! (piszę 30. choć sami Włosi się kłócą o tę liczbę - frakcja turyńska nie uznaje kar z afery Calciopoli i twierdzi, że tituli było 30, reszta uznaje, że tylko 28. Mimo to Turyńczycy już doszywają sobie trzecią gwiazdkę na koszulkach, za kolejne dziesiąte trofeów...). Dyskusji nie podlega za to fakt, że Juventus wygrał scudetto nie przegrywając ani jednego spotkania! I może cały sezon zakończyć jako niepokonany, o ile w ostatniej kolejce nie przegra u siebie z Atalantą. Juve czeka też finał Pucharu Włoch przeciwko Napoli, którego na pewno nie odpuści, nie tylko dlatego, że nie zdobył tego trofeum od 1995 roku, ale ponieważ będzie to ostatni mecz w karierze Alessandro del Piero.
Ze wstydem musze tu wyjawić, że ja w tym sezonie widział tylko sześć meczów Juventusu. 4:0 i 1:1 z AS Roma, 5:0 z Fiorentiną Artura Boruca, 2:0 i 1:1 z Milanem w którym to sędzia popełnił kardynalne błędy i 2:1 z Interem. Dlatego nie czując się kompetentny w kwestii tajemnicy sukcesu Juve, chcąc go sameu zgłębić, oddaje głos dwóm zaprzyjaźnionym ekspertom. Rafał Stec napisał na blogu i w Gazecie, że Turyńczycy stylem w tym sezonie nie zachwycili, i w powszechnej opinii sukces zawdzięczają znakomitej kondycji, motywacyjnym talentom trenera Conte, odporności na poważniejsze wpadki (notorycznie remisowali, ale pozostają niepokonani jako jedyni w czołowych ligach europejskich), a przede wszystkim odporności na kontuzje - doznawali ich najrzadziej w całej lidze. Po wygranej 2:1 z Interem Rafał opisywał, jak Conte, zdając sobie sprawę, że nie dowodzi wirtuozami, zmusza swoich piłkarzy do ciężkiej pracy. Zagonił ich do siłowni, gdzie ćwiczenia ordynuje im Hiszpan Julio Tous, który współpracował z Barceloną i tenisistą Rafaelem Nadalem, wytrzymałość nadaje im Paolo Bertelli (wybierany na najlepszego specjalistę od motoryki w Serie A), zdrowie monitoruje i redukuje ryzyko kontuzji prof. Roberto Sassi (doświadczenia zbierał od Valencii, przez Chelsea, po Dynamo Moskwa). - Lato było mordercze, zawodnicy opowiadali, że biegają jak szaleni, ale teraz nie żałują. Im dłużej trwa mecz, tym wyraźniejszą przewagę atletyczną zyskują. Conte czuwa, by nikt się nie ociągał - ani na treningu, ani w trakcie gry. O swoim prawoskrzydłowym potrafi powiedzieć: "Jeśli Pepe spada intensywność, wyciągam kij z nabitymi na niego gwoździami. To mój sekret". Sam też angażuje się totalnie, po meczach traci głos, po sobotnim zwycięstwie usłyszał od arbitra, że jak się nie uspokoi, nie dociągnie do sześćdziesiątki. Trener Conte żąda, by jego ludzie bez wytchnienia biegali, wykorzystywali do gry całe boisko, poświęcali się dla siebie nawzajem, wywierali na przeciwników ciągłą presję. - Kiedy przyszedłem do klubu, wszyscy byli dla wszystkich bardzo mili. Ja chciałem, byśmy stali się nieprzyjemni tak szybko, jak to możliwe. Zwycięzcy są zawsze nieprzyjemni - mówi.
Z kolei bloger Calcio_Tifoso napisał do mnie mejla, w którym tak pisze o Conte, który wykrzesał z piłkarzy wszystko co najlepsze. „Od każdego gracza oczekiwał totalnego zaangażowania, pressingu, biegania i jeszcze raz biegania. Nawet leniwy Vucinić, nie mając piłki przy nodze, musiał nękać obrońców, a w jednym z pierwszych meczów (z Bologną) dostał czerwoną kartkę za dwa groźne wślizgi. Conte na boisku był wojownikiem i tego samego oczekiwał od swoich piłkarzy - całe spotkanie żył z nimi meczem, czasem zapominając się i przekraczając linię, wchodząc niemal na boisko, wiecznie gestykulował, krzyczał, ustawiał zawodników. Nigdy nie zdarzyło mu się siąść na ławce, a po bramkach czy wygranych spotkaniach cieszył się razem z nimi, jak przyjaciel, niemal jak dziecko, ściskał każdego, żartował. Od razu gdy przybył do Turynu, w jednym z pierwszych wywiadów, zapowiedział, że: Mój Juventus będzie miał jaja. Nie będę tolerował tych, którzy z uśmiechem schodzą z boiska po przegranym meczu i słowa dotrzymał. Juventus nie przegrał ani jednego spotkania, w każdym meczu widoczne było ogromne zaangażowanie - rywale czasem nie byli wstanie oddać choćby jednego celnego strzału na bramkę, Juventus górował też zawsze w posiadaniu piłki nad rywalami (średnie posiadanie piłki 61%, tylko Barcelona i Bayern w tym sezonie miały większe). Okazał się Conte wielkim motywatorem (widoczne to również było na początku sezonu, kiedy po przerwach Bianconeri grali o wiele lepiej, niż w pierwszej połowie) i taktykiem. Zaczynał od 4-4-2, próbował 4-5-1, świetnie ustawiał zespół w 4-3-3, by tych największych ogrywać systemem 3-5-2 (z Interem w Turynie, po bardzo słabej pierwszej połowie, gdzie Juventus mógł przegrywać, po 8 minutach drugiej wprowadził Bonucciego i Del Piero zmieniając system z 4-3-3, na 3-5-2, co dało Juventusowi całkowitą dominację i mecz zakończył się wygraną 2-0). Ostatecznie końcówkę sezonu dograł taktyką z trójką w obronie. A na boisku o wartości dzisiejszego Juventusu stanowi ich pomoc. Trójka MVP - Marchisio, Vidal, Pirlo stworzyła najlepszy środek pola we Włoszech. Milan chyba nie może sobie darować oddania Andrei, który przeżywa kolejną młodość. Pirlo jest w tym sezonie niesamowity, zaliczył już 13 asyst, a gdyby partnerzy z przeciętnego ataku wszystko wykorzystywali, to mógłby mieć ich wiele więcej. Dodatkowo jest świetnie przygotowany fizycznie do sezonu i grywa wszystkie spotkania od 1 do 90 minuty (poza 1 z nadmiaru kartek) - od 1 do ostatniej minuty wygląda tak samo dobrze, ma najwięcej kontaktów z piłką, nadaje tempo grze, jest mózgiem wszystkiego. Obok niego dwaj wybiegani box-to-box - Marchisio i Vidal, obydwaj świetni zarówno z piłką przy nodze, w akcjach defensywnych i niezwykle skuteczni - Marchisio - 9 bramek, Vidal - 7. Obrona Juventusu także była bez zarzutu, nawet ten drewniany, sztywny Bonucci popełniający do niedawna kiks za kiksem, jakby się zaczął ogarniać (bo Barzagli i Chiellini - wiadomo, najlepsi po Thiago Silvie obrońcy ligi), a Buffon w wielkiej formie. Gdy wzmocnią atak, mogą być groźni w przyszłym sezonie Ligi Mistrzów. Tutaj jednym z kandydatów jest ich wychowanek, Giovinco, grający sezon życia - 15 bramek, 10 asyst. Juventus posiada 50% jego karty, stanowiłby bardzo dobrą alternatywę dla Vucinića. Dużo mówi się również o gwieździe, którą ma Juventus sprowadzić, chyba każdy chciałby Cavaniego” - pisze Calcio_Tifoso. A ja czekam na przyszłą edycję Ligi Mistrzów z mieszanymi uczuciami. Ekscytacją jak drużyna Conte spisze się w Europie i bólem, że nie zobaczę na boisku del Piero. Juventus bez swego kapitana to jak AC Milan bez Paolo Maldiniego, Arsenal bez Dennisa Bergkampa, Manchester United bez Roya Keane’a... To już nie to samo...
niedziela, 06 maja 2012
W przypadku Legii możemy chyba stwierdzić z całą pewnością, że szklanka jest nie do połowy, ale w całości pusta... Koniec niesamowitego, przedziwnego sezonu Ekstraklasy, w którym WSZYSCY kandydaci do tytułu robili WSZYSTKO, żeby nie zdobyć mistrzostwa. Legia, która w tej rundzie pokonała mistrza Polski 4:0 i wicemistrzem 2:0, ale później narozdawała punktów słabiakom, która przed rundą wiosenną pozbyła się trzech kluczowych piłkarzy, sprowadzając w ich miejsce szrot, przejdzie do historii. Co prawda trener Maciej Skorża mówił na konferencji, że jak opadną negatywne emocje rozczarowania, to wszyscy przyznają, że ten sezon nie był taki zły, wiele było emocji pozytywnych - Puchar Polski i świetne mecze w Lidze Europejskiej, które nabiły punkty w rankingu UEFA, ale myślę, że szybko nie opadną i będziemy wypominać latami ten frajersko przegrany sezon, tak jak mecz z Widzewem z 1997 roku... Serdecznie gratuluję Śląskowi pierwszego mistrzostwa od 35 lat! A zwłaszcza trenerowi Orestowi Lenczykowi, który jakby na rządowe zamówienie udowadnia, że granicę wieku emerytalnego spokojnie możemy przesunąć daleko za 70! Ta drużyna to jego autorski projekt, który co trzeba przyznać nie raz w sezonie się zacinał: z pierwszych siedmiu meczów na wiosnę wygrał tylko jeden, na wyjeździe też tylko jeden - ten właśnie decydujący z Wisłą, tracił głupie gole i punkty w końcówkach z Widzewem i Podbeskidziem, klub omal nie zbankrutował, piłkarze nie mieli płaconych premii, do mediów wyciekło, co trener myśli o każdym z nich, chemia między szkoleniowcem a zawodnikami się ulotniła. Szczęśliwie jednak dla WKS inni okazali się jeszcze większymi łamagami i mieli ze sobą jeszcze większe kłopoty. Śląsk został najlepszą drużyną wśród słabych. Ale kto to będzie pamiętał za rok, dwa i później. Tytuł jest tytuł, sztuka jest sztuka. Jeśli miałbym wskazać dwóch najlepszych piłkarzy sezonu u mistrza to byliby to Sebastian Mila (cztery asysty w ostatnich dwóch meczach, w tym ostatnia, dająca mistrzostwo - uwziął się Seba na Franza Smudę, czy co?;) i Marian Kelemen. Brawo i powodzenia w Lidze Mistrzów! Oby taka radość, jak na filmiku poniże zapanowała po 3. rundzie eliminacji Champions League. Nie wiem jak będzie wówczas wyglądać drużyna Śląska, ale stadion zdecydowanie będzie dawał radę wśród najlepszych... Krakowski rynek: Śląsk i Wisła! Wspólna radość kibiców (TVN24)
Fakt, że ani jeden zawodnik mistrza Polski nie znalazł się w kadrze na Euro 2012 (ani nawet na liście rezerwowych) aż tak mnie nie bulwersuj, bo Śląsk to mistrz bez gwiazd, to drużyna jest tu gwiazdą. Piłkarze Lenczyka nie olśnili w europejskich pucharach jak np. młodzi zawodnicy Legii (bo tylko meczami z Rapidem Bukareszt czy Spartakiem Moskwa tłumaczę sobie obecność na liście Michała Kucharczyka). Inna rzecz, że trener Franciszek Smuda nie może powołać Kelemena, który zdecydowanie by się nadawał. W przeciwieństwie do futbolu amerykańskiego, nie da się też wprowadzać z ławki zawodników na konkretne akcje, gdyby tak było, na każdy stały fragment gry pod bramką rywala spokojnie można by wpuszczać Milę i Przemysława Kaźmierczaka, którzy doskonale się rozumieją (tylko w dwóch ostatnich meczach Mila zanotował aż cztery asysty, w tym tę, która dała drużynie mistrzostwo - uwziął się na Franza, czy co?). Przydaliby się tym bardziej, że kadra jak wiadomo, stałych fragmentów kompletnie nie ćwiczy... Odkryciem sezonu Rafał Wolski i to jedyna pociecha dla Legii. Zasłużenie znalazł się w kadrze na Euro 2012 (oby z niej nie wypadł w feralnej trójce) i mam nadzieję, że nie dlatego, że jest młody i ma się oswajać z wielkim turniejem na przyszłość, bo nie takie powinny być cele selekcjonera przed najważniejszym turniejem w historii Polski... Choć pewnie będzie dziś wiele zdjęć cieszących się piłkarzy Śląska Wrocław (raczej niż Ruchu Chorzów), jest wiele radosnych Chelsea po finale Pucharu Anglii na Wembley i siatkarek, ale dla mnie to jest najpiękniejsze zdjęcie z weekendu:
Dobra, chłopaki, talerz już macie, a teraz w czerwcu jest do wygrania taki, duży, srebrny kieliszek do kompletu! ;) |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Chłopcy z (mojej) ferajny
Euro 2012
Moja ferajna
'Przyjaciele z Chicago' (czyli inne ferajny)
W tych klubach bywa ferajna
Z zupełnie innej beczki
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
napisz do mnie |