Blog > Komentarze do wpisu

GwiaKoLi 2010. Osłona 4

Zapraszam na Gwiazdkowego Konkursu Literackiego 2010 odsłonę nr 4. W dzisiejszym, ciekawym myślę, zestawie po pierwsze witamy pierwszą kobietę, Asię (chyba, że jakaś dziewczyna ukryła się pod którymś z poprzednich nicków). Po wczorajszej, świetnej notce o reprezentacji Holandii, dziś kolejna (i nie ostatnia, wbrew obawom co poniektórych więcej notek przyszło o Pomarańczowych niż o Barcelonie. Ale notka o Barcy też jest). Z ciekawostek literackich mamy dziś także prawdziwy dramat w jednym akcie (pewnie gdyby nie narzucony przeze mnie limit znaków, dałoby się go wystawić na scenie) oraz... notka w całości napisana wierszem. Czytajcie i oceniajcie! :)

 

Bayernu zemsta po latach

Bartek Nowak

Z linii bramkowej

26 maja 1999 r. Manchester United gra z Bayernem Monachium w finale Ligi Mistrzów. W 90 min Bawarczycy prowadzą 1:0 i są pewni wygranej. Tak, jak włodarze z UEFA, którzy już wygrawerowali napisy niemieckiego zespołu na Pucharze, który za moment Bawarczycy mieli unieść w górę. Tymczasem najpierw Sheringham a chwilę później Solskjær trafiają do bramki bronionej przez Kahna. To były niesamowite 3 minuty, które dały Czerwonym Diabłom triumf w Lidze Mistrzów. Jednocześnie były to najgorsze minuty dla piłkarzy Bayernu. Radość kibiców Czerwonych Diabłów mieszała się z szokiem fanów Bawarczyków.

Ćwierćfinały Ligi Mistrzów 2009/10, los ponownie zetknął Manchester z Bayernem. Przed dwumeczem wszyscy wspominali 1999 rok.

Już w pierwszym meczu mieliśmy mały rewanż. United do 77 minuty prowadzili 1:0 na stadionie Bayernu. Ale najpierw Ribery a w 92 min. Olić dali Bawarczykom wygraną. Do rozegrania został jeszcze drugi mecz - do tego na Old Trafford.

7 kwietnia 2010. Old Trafford wypełnione po brzegi. Bayern broni jednobramkowej zaliczki z pierwszego meczu, Manchester musi stratę odrobić. W składzie United pojawia się Ronney, który miał nie zagrać z powodu urazu. To świadczy o determinacji Fergusona.

United rzuca się na Bayern i już po 7 minutach prowadzi 2:0. Bawarczycy na czele z gwiazdami Riberym i Robbenem zwyczajnie sobie nie radzą. Gdy w 41 min. Nani podwyższa na 3:0 każdy fan Diabłów widzi ich już w półfinale. Chyba nawet bramka Olicia w 43 min. nie mąci tego uczucia. A, jak się później okazało, był to pierwszy sygnał, że coś tu się stanie.

W drugiej połowie Manchester kontroluje grę. W 55 min. boisko opuszcza Rooney. Ferguson przy korzystnym rezultacie zastępuje swego napastnika.. obrońcą. Kto wie czy to nie był największy błąd SAFa tego meczu? Swoje zrobiła także czerwona kartka dla Rafaela - United niemal całą drugą połowę grali w osłabieniu.

Im dalej od początku meczu, tym bardziej Bayern się rozpędzał, a MU zwalniało. Zupełnie jak w pierwszym meczu, gdy w ostatnim kwadransie Anglicy stracili dwa gole i zwycięstwo.

Nadeszła wreszcie 74 minuta. Bezbarwni w pierwszej połowie Ribery i Robben rozegrywają akcję meczu. Pierwszy dośrodkowuje z rzutu rożnego, drugi uderza z pierwszej piłki. Van der Sar bez szans. Bayern przegrywa 2:3, ale to on w tej chwili był w półfinale!

Do końca meczu Anglicy są bezradni, niczym rywal w pierwszej połowie. Bayern awansował, Manchester mimo wygranej żegna się z Ligą Mistrzów.

Czy to był rewanż Bayernu za 1999 rok? A jakże! Co prawda nie był to finał, ale mecz z Manchesterem w takich okolicznościach był słodką zemstą. I to zadaną w dwóch odsłonach. Z 0:1 na 2:1, z 0:3 na 2:3. Pościg godzien tego w wykonaniu United sprzed 11 lat.

Najmocniej ten ćwierćfinał musieli przeżyć Giggs, Neville, Scholes i oczywiście Alex Ferguson z Manchesteru. Jako jedyni pamiętają tamten finał. Widzieli twarze Bawarczyków po końcowym gwizdku. Teraz wiedzą co musieli czuć przeciwnicy.

 

Stary Makaron, zbuntowany Kogut

Kamil Nowak (know91)

Tylnymi drzwiami

Gdyby ktoś przed Mundialem powiedział, że Włosi i Francuzi nie wyjdą z grupy, stwierdzilibyśmy, że bredzi. Gdyby natomiast dodał do tego, iż zarówno Squadra Azura, jaki i Les Bleus w swoich grupach zajmą ostatnią lokatę, zapytalibyśmy, czy biorąc leki skonsultował się z lekarzem lub farmaceutą. Rzeczywistość pokazuje, że takie historie czasem się jednak zdarzają. Jesteśmy bowiem świadkami wydarzenia bez precedensu. W 1/8 finału MŚ zabraknie finalistów sprzed 4 lat.

Francuzi bunt mają niejako zapisany w genach. Ponad 200 lat temu, podczas Wielkiej Rewolucji, lubowano się w ścinaniu głów tym, którzy nie pasowali do koncepcji. Przekonał się o tym choćby ówczesny król Francji, Ludwik XVI.

Czasy się zmieniły, ale temperamenty już nie. W kadrze Trójkolorowych mamy teraz do czynienia z sytuacją analogiczną. Tutaj ogółowi zawodników nie podobał się selekcjoner - Raymond Domenech. On, w przeciwieństwie do władcy z dynastii Burbonów, straci tylko posadę.

Francuzi przegrali Mundial w szatni. Ciężko odmówić im potencjału piłkarskiego. W tym kraju, każdą pozycję na boisku można obsadzić fachowcem przedniej marki. Jednak jak mawia klasyk, w piłce nożnej nie wygrywa pojedynczy zawodnik, a drużyna. Tej, aktualni wicemistrzowie świata, nie posiadają. Z resztą, odniosłem wrażenie, iż piłkarze nawet nie starali się udawać podczas spotkań, że choć ciut im zależy na dobrym wyniku. Tak, jakby ich głównym celem w RPA był, nie dobry rezultat na MŚ, a pozbycie się intruza zza sterów reprezentacji. Jeżeli w istocie tak było, to sztuka ta udała się perfekcyjnie. Domenecha więcej na ławce rezerwowych nie uświadczą. Tylko, czy cena tego przedsięwzięcia nie była za wysoka? Pewnie wyszli z założenia, że cel uświęca środki…

Problem Włochów jest innymi nićmi szyty. Makaron, jak każdy inny produkt ma swoją datę ważności do spożycia. To, co jest świeże dzisiaj, za lat kilka będzie już niestrawne. Tak jest w przypadku kopaczy z Italii. Na MŚ w Niemczech gwiazdy włoskiej piłki olśniewały pełnią blasku. Aktualnie ci sami zawodnicy są już przygaszeni. Nie można im odmówić braku ambicji, chęci, woli walki, jednak biologicznego kalendarza się nie oszuka. Brakuje powiewu młodości, świeżej krwi. Gorzej, że klasowych następców nie widać. Czyżby po latach bogactwa, miały nadejść lata posuchy? Czas pokaże.

 

Jednoręki bandyta

Bartłomiej Gutowski

Piłka nożna oczami cule

Noc już dawno spowiła Johannesburg, drugi dzień lipca nieubłaganie zbliża się ku końcowi. Za kilkadziesiąt minut będzie tylko historią. Jednak świat wciąż nie zna odpowiedzi na najważniejsze pytanie dnia „kto awansuje do półfinału Mistrzostw Świata?” Urugwaj broniący honoru Ameryki Południowej czy Ghana reprezentująca nadzieję i marzenia całego Czarnego Lądu?

Na zegarze 120-ta minuta meczu, dogrywka zaraz zostanie zakończona przez sędziego Olegario Benquerence, który nakaże rozegrać konkurs rzutów karnych. Karne to loteria. Nikt nie chcę ryzykować. Mimo fizycznego bólu i braku sił piłkarze wykrzesują z siebie resztki energii, to siła woli oraz pragnienie zwycięstwa powodują ostatnie zrywy graczy marzących aby dotrzeć do piłkarskiego raju. Ostatnia akcja. Piłka wrzucona w pole karne trochę za nisko, na szczęście dla reprezentacji Czarnych Gwiazd jeden z pomocników zagraniem głową przedłuża dośrodkowanie. Piłka szybuje w pole bramkowe Charrúas. Tam czekają na nią zawodnicy w jasnoniebieskich strojach, broniący jak lwy własnej bramki.

Nagle pada pierwszy strzał! Z linii bramkowej wybija piłkę obrońca. Drugie uderzenie, tym razem mija wyżej wymienionego bohatera. Za nim stoi kolejny obrońca, jego interwencja zszokowała wszystkich na boisku. Trybuny Soccer City wypełnione po brzegi na chwilę zamarły, nawet ogłuszający dźwięk wuwuzeli rozprysł się w powietrzu. Jednak była to cisza przed burzą. Po chwili piłkarze Ghany tak jakby od lat trenowali pływanie synchroniczne momentalnie podnoszą ręce do góry na znak protestu. Interwencja Suareza uratowała Urugwaj jednak nie była czysta. Zagranie ręką, czerwona karta. To co przed chwilą spędzało sen z powiek teraz okazuję się wybawianiem. Rzut karny !

Euforia i radość na stadionie! Łzy schodzącego z boiska piłkarza, który wydawałoby się odroczył tylko na chwilę wyrok jakim jest odpadnięcie z turnieju. Piłkę na wapnie ustawia pewniak. Asamoah Gyan, który wykorzystał już dwie jedenastki. Krótki rozbieg, pewne spojrzenie na piłkę oraz bramkarza. Rusza ... w tym momencie Luis Suarez, zapłakany stoi w zejściu do szatni, kamery telewizyjne uchwyciły tylko jego głowę. Mocne uderzenie w środek bramki, bramkarz rzucił się w stronę prawego słupka, nie ma szans na interwencję. POPRZECZKA ! Sektory, w których siedzą kibice Urugwaju po prostu eksplodują radością. Strzelec jest załamany. Kraj jak i cały kontynent ogarnia rozczarowanie, a to jeszcze nie najgorsze co ich spotka.

Suarez bandytą ? Tak ale tylko przez chwilę, bo na oczach całego świata ‘oszukał’ Ghanę. Jest wina jest i kara, ostatnia nadzieja Afryki może mieć pretensje tylko do siebie bo nie wykorzystała karnego. Karnego, który zamieniony na gol wzniósłby cały kontynent na niewyobrażalny poziom szczęścia. Nie tym razem. Faul jest częścią gry, Luis to wykorzystał, zaryzykował i wygrał. Oto historia Luisa Suareza bohatera Urugwaju. Zawodnika, który w ciągu kilku minut przebył drogę z najgłębszych części piekła do bram piłkarskiego raju.

 

La Manita 2010

Asia Wiśniowska

Zabawy z piłką

Wydarzenia, które wstrząsnęły moim futbolowym światem.

Całe futbolowe życie toczy się wokół piłki hiszpańskiej, wokół katalońskiej Barcy. Jakże karmiącej swoich wielbicieli w tymże roku. Brzuch pełniejszy niż po świętach, tylko chce się więcej. Wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Oto moja opowieść w V aktach.

Akt I

10 kwietnia

Mecz, na który czekałam od 28 listopada 2009 roku, mecz który zdarza się dwa razy w roku, bardziej oczekiwany niż świąteczne prezenty. Tylko 10 kwietnia nie było tak radośnie. Bo to były inne Gran Derbi dla Polskiego kibica. Dramat uczczony minutą ciszy na stadionie wielkiego Realu.

Akt II

FC Barcelona – Jose Mourinho

Pierwszy mecz, który Barcelona przegrywa na San Siro oglądam w studenckim pubie z kolegami, dla których ten mecz, to kolejne wyjście na piwo, mi łamie się serce. I jeszcze ten Mourinho prowokujący kibiców na Camp Nou. Oczywiście nie jest tajemnicą, że Inter nie był moim faworytem w finale w Madrycie. Bo jakże pełniejszy byłby to rok, gdyby na Santiago Bernabeu puchar Ligi Mistrzów wzniósłby Puyol.

Akt III

Trzęsienie ziemi w La Liga

Do tej pory było gorąco, ale pod koniec maja zrobiło się bardzo gorąco. Do spragnionego triumfów, głodnego sukcesów Realu przychodzi ON, The Special One – Jose Mourinho. Jedni go kochają, inni straszą swoje dzieci mówiąc „Zjedz, bo przyjdzie Mou”. I w hiszpańskiej lidze zaczyna być jeszcze ciekawiej. Portugalczyk wyzywa, prowokuje, widać czuje się w Madrycie, jak u siebie, a media hiszpańskie swoje rubryki poświęcają niemal w całości temu, co robi nowy trener Realu. Jest Mourinho, jest zabawa.

Akt IV

Hiszpanie Mistrzami Świata

W związku z brakiem telewizora i małym budżetem, potrzebą przebywania poza domem związaną ze studiami w innym mieście, postanawiam zacząć wykorzystywać znajomości i wpraszać się do mieszkań znajomych. Pech jest taki, że akurat trzeba podejść do sesji, profesorowie jacyś nieczuli na południowoafrykański spektakl.

Finał oglądam w jednej z gdyńskich knajp. Obok Hiszpanie, moi znajomi w większości za Holandią, ja za La Roja. Na knajpy przychodzimy już na 3 godziny przed finałem, upał iście hiszpański. Walka o krzesła, podsiadanie, emocji co nie miara. I jest ta 116 minuta, Iniesta strzela gola, a ja wybucham, jak gdyby to Polska zdobyła to Mistrzostwo. W końcu, co mi po tym, że Hiszpanie, albo Holandia wygra?

Akt V

Manita wśród Manit

Czekałam i bałam się. Real szedł przez La Ligę jak walec, gniotąc, demolując, niszcząc wszystko, co napotkał na swojej drodze. Tymczasem na niej właśnie staje FC Barcelona. W głowie kibiców drużyny z Camp Nou setki myśli. Czy Mourinho zrobi to, co zrobił w kwietniu, postawi autobus?

Ronaldo prowokuje, pytając, czy jego drużynie Barcelona tez strzeli 8 goli, jak było to kolejkę przed Gran Derbi. Portugalczyk powinien się cieszyć, że zawodnicy Dumy Katalonii strzelili „tylko” 5 goli.

I było cudownie, nieziemsko, bajecznie, kosmicznie. Xavi, Pedro, Villa, Villa i Jeffren.  La Manita. Miał racje Xavi, to jak orgazm (nawet dla widza).

 

100% pomarańczy bez konserwantów i dodatku cukru

sebbs

Oranje! Oranje! Oranje! Słychać było zewsząd po awansie do finału najważniejszej imprezy świata... ale po kolei.

1 lipca 2008 roku trenerem Holendrów został niejaki Bert Van Marwijk - rozpoczęła się rewolucja.

Od początku szkoleniowiec narzucił Holendrom zupełnie inne spojrzenie na piłkę, wbił im w głowy podstawową rzecz, której wydawałoby się dotąd nie rozumieli.

EFEKTOWNOŚĆ EFEKTYWNÓŚĆ

Proste, nieprawda? W końcu to tylko jedna litera różnicy pomiędzy tymi wyrazami. Jaki wpływ miała  ona w grze v-ce mistrzów świata? Zbawienny

Krajanie Van Gogh'a w cuglach wygrali eliminacje do turnieju w Afryce kończąc je z bilansem bramkowym 17-2. Od początku do końca każdego meczu grali po prostu swoje, przyśpieszając i regulując tempo dzięki genialnemu Sneijderowi.

Szereg wszystkowiedzących ekspertów śmiało skazywał Holendrów na  porażkę w ćwierćfinale, ku radości swoich fanów pomarańczowi pokazali pełnię zaangażowania wygrywając każdy grupowy mecz.  Dziwił przede wszystkim brak szaleńczej pogoni za kolejną bramką, Holendrzy nie tracili zbędnych sił na jakże popularne w poprzednich mistrzostwach  grupowe pogromy.

Kluczem do sukcesu jak to zwykle bywa był środek pola. Mark Van Bommel oraz Nigel de Jong stanowili wręcz niezniszczalny mur przez który potrafili przejść jedynie magicy z Hiszpanii. Obydwoje powinni stanowić wzór do naśladowania dla rzeźników z innych lig. Tych dwóch Holendrów wyjątkowo oszczędzali sędziowie. Nie sposób pojąć jakim cudem gracz Bayernu  unikał kolejnych żółtych kartek, w samym półfinale powinien wylecieć po pół godzinie gry. De Jong z kolei grał świetnie przez całe mistrzostwa i jedynie w finale potraktował Xabiego Alonso niczym uczeń mistrzów Shaolin.

Trzecim ogniwem który oscylował w okolicach centrum boiska był Wesley Sneijder. Powiedzieć, że każda akcja Holendrów przechodziła przez niego to nie powiedzieć nic. Fenomenalny Sneijder w każdym podaniu, uderzeniu pokazywał dlaczego to właśnie mu należy się Złota Piła France Football. Absolutnie każda akcja została napiętnowana przez gracza Interu, przed przyjęciem piłki widział już każde możliwe rozwiązanie akcji. Strzelał, podawał, walczył, dowodził i grał na miarę samego Zizou. Oprócz wspomnianej trójki, zdecydowanie wybijał się również nieobliczalny Robben, który dołączył do kolegów już w czasie turnieju i siał popłoch w szeregach rywali co chwile kręcąc obrońcami rywali. Reszta drużyna spisywała się wręcz idealnie; sprawnie wpasowując myśl zaszczepioną przez teścia Van Bommela .

Paradoksem  samego turnieju jest zamiana ról jakie odgrywać miały reprezentacje kolejno Niemiec i Holandii .  Czy to nie Niemcy miały jak to w swoim zwyczaju grać skutecznie i nieefektownie  z łatwością dobijając do finału?  Za finalistami z Holandii zaś od paru lat krążył utarty slogan "grają jak nigdy, odpadają jak zawsze".  Czempionat w Afryce odwrócił role, Holendrzy grali niczym ich wschodni sąsiedzi, a piłkarze z czarnym orzełkiem na piersi zaskakiwali pomysłowością i świeżością.

Koniec końców niezmordowani Holendrzy nie zdołali sięgnąć po najważniejsze trofeum. Prawdopodobnie zabrakło umiejętności, wszystkie aspekty psychologiczne i mentalne działały u nich na najwyższym poziomie.

Bardzo chciałbym wiedzieć co poczuli holenderscy fani po zakończonych mistrzostwach -  pewien niedosyt czy wręcz przeciwnie napawali się sukcesem w pobliskich barach? Niezależnie od ich odczuć z pewnością polało się dużo alkoholu.

 

Josip Iličič – talent czystej wody

Piotr Borkowski

Oj rzadko pomyślne wiatry znad smoczej krainy docierają na zachód Europy. Ostatnim wyróżniającym się na arenie międzynarodowej Słoweńcem była tamtejsza legenda, Zlatko Zahovič. Na kolejny wyjątkowy podmuch trzeba było czekać aż siedemnaście lat, ale było warto. Jego owocem jest Josip Iličič, z którego słoweńska piłka przez wiele lat będzie czerpała samo dobro.

Ostatni czas dla młodego Słoweńca to nieprzerwana sekwencja sukcesów. Po części zawdzięcza to swojemu bezdyskusyjnemu talentowi, po części fortunnym zbiegom okoliczności. Talent młodego piłkarza został dostrzeżony tego lata przez obserwatorów jednego z najbardziej uznanych brandów w Słowenii, NK Mariboru. Z pozyskaniem 22-latka nie było żadnych problemów, tym bardziej, że jego klub spadł na zaplecze ekstraklasy. Zapłacono za niego śmieszne 70 tys. funtów. Co ciekawe, jeszcze przed przejściem do Mariboru w polskich mediach pisało się o zainteresowaniu Iličiciem ze strony warszawskiej Legii. Ostatecznie niepowtarzalna okazja przeleciała Wojskowym między palcami, ale to nic, bo do podobnych sytuacji zdążyliśmy już w ostatnich latach przywyknąć.

Młody piłkarz z drużyny spadkowicza trafił w szeregi wicemistrza kraju i od zaraz stał się jego ważnym ogniwem. Na pierwszy ogień poszły boje w Lidze Europy, które okazały się dla niego idealnym polem do popisu. Zaimponował przede wszystkim w pojedynku ze szkockim Hibs, któremu zaaplikował dwie cudowne bramki. Następnie na drodze słoweńskiego kopciuszka wyrosło od lat sukcesywnie przybierające na sile Palermo. Maribor co prawda Włochom uległ, ale nie przyniósł też wstydu. To był punkt zwrotny. Właśnie wtedy swoją postawą Iličič urzekł działaczy Rosanero i już kilka dni później trafił na Sycylię. Wówczas w trybie błyskawicznym zatrudnił agenta, gdyż wcześniej nikt nie pilotował jego kariery. Fakt ten ujawnia, że sam zainteresowany absolutnie nie spodziewał się tak nagłej przeprowadzki. Zapłacono za niego 2,3 miliona euro i został tym samym najdroższym piłkarzem w historii tamtejszej ligi. W ciągu zaledwie jednego miesiąca jego cena wrosła blisko 30-krotnie! W Palermo zarabia 300 tys euro. Dla porównania o 100 tys. więcej Józef Wojciechowski rokrocznie zaoferował Ebiemu Smolarkowi.

Po rozegraniu zaledwie połowy sezonu na Półwyspie Apenińskim Iličič czuje się w Serie A jak ryba w wodzie. Bez ogródek wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce i z miejsca stał się czołowym ofensywnym pomocnikiem ligi. W jego głowie nie funkcjonuje termin „aklimatyzacja”. Cechują go przede wszystkim świetne wyszkolenie techniczne i przegląd pola. Z bardziej znanym kolegą, Javierem Pastore, tworzą duet o niebywałym zasięgu rażenia. W trwającym sezonie ustrzelili już po siedem bramek. Żeby tego było mało, zdążył zadebiutować w narodowej kadrze Słowenii. Chyba żaden z piłkarzy nie poczynił w minionym roku tak znacznego progresu. Ma wszystko aby zrobić wielką karierę i nie zdziwiłbym się gdyby nadchodzący rok należał właśnie do niego.

 

O Królu Arturze słów kilka

Dramat w jednym akcie

 

Mateusz Trzpis

Mroźny wieczór, roku pańskiego 2010. Jeden z barów na trasie Poznań-Bielefeld. Kilka osób przy stolikach. W rogu sali siedzi facet. Nie widać jego twarzy, sączy trzecie piwo. Z radia słychać głos niejakiego Kazika: „Nie szukaj drogi, znajdziesz ją w sercu. Smutna jest knajpa byłych morderców…”

 

AKT I

 

Artur

Zum Teufel! Nawet tutaj nie zaznam spokoju.

Do sali wchodzi Nieznajomy

N.

Mogę?

Artur

Tak. Siadaj pan.

N.

Widzę, że coś trapi twą dusze przyjacielu.

Artur

Coś!? O zgrozo! Płonę żywym ogniem. Jeszcze ta muzyka…

„…nie ważny groźny grymas na gębie, mordercy mają serca gołębie…”

N.

A co ty taki sentymentalny jesteś?

Artur

[Uderza pięścią w stół] Milcz! Posłuchaj mej opowieści!

Kelner przynosi dwa kufle piwa. Artur zaczyna monolog.

Rok 2010 był to dziwny rok, w który rozmaite znaki na niebie i ziemi, zwiastowały mi jakieś zmiany i dziwne wydarzenia. Najpierw w Krakowie niejaki Jop koronował na majstra Kolejorza z Poznania… [Tu przerwał, chwycił swój kufel, pociągnął dwa duże łyki] Później sam wcielony zostałem w szeregi niebieskiej armii. Tak! Wróciłem na prowincję, która wyczekiwała mnie jak jałowa gleba dżdżu…

N.

Człowieku! Ile to ma procent?!

Artur

Milcz![Pije] Na czym skończyłem? Tak, tak już wiem. Miałem zastąpić jakiegoś Roberta. Nic prostszego! Naszym celem było Złote Runo Platiniego. Wędrówkę zaczęła się za stepem szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz. Tam objawiłem swoją moc! Nasz azerski wróg ugiął się pod mocą mego tchnienia, które przelałem z serca na piłkę…

N.

Takiej frazy sama Wisława by się nie powstydziła.

Artur

Niestety! Mi strzelać nie kazano…Lech panoszy się po salonach, Kotorowski w bramce, Robercik w Bundeslidze. A ja?! [Przez łzy]Cały misterny plan w pizdu…

N.

A, kto umarł, ten nie żyje.

Obydwaj skierowali głowy w stronę baru. „Od dziś do nabycia książka Andresa Iniesty ROK W RAJU…

Artur

Jak dla kogo…

 

Moim skromnym zdaniem bramkę strzeloną przez Artura Wichniarka, można uznać za jedno z wydarzeń roku. Gdyby nie ta bramka nie byłoby karnych, Kotorowski prawdopodobnie nie osiągnąłby nie najgorszej formy tej jesieni. Bez gola w Baku, polski kibic nie przeżywałby rozczarowania ze Spartą, zwycięstwa z Dnipro. Bez tego jedynego wyskoku Wichniarka nie byłoby grupy śmierci w Lidze Europy, fenomenu Rudnevsa, ponad 40 tyś. ludzi na Bułgarskiej, bramek Arboledy i Możdżenia. Nie byłoby nadziei na dwumecz z Liverpoolem. A może bez tej bramki Lech byłby teraz w czołówce ligi? Co zaś tyczy się samego Wichniarka, to jestem zdania, iż nie dano mu szansy. Wiem, że prezentował się fatalnie, ale można było z tak doświadczonym zawodnikiem dojść do porozumienia, dać mu przepracować całą zimę i sprawdzić na wiosnę. Zwarzywszy na problemy z napastnikami (jedyny zdolny do gry Rudnevs). Lechowi jak też Wichniarkowi życzę jak najlepiej w nowym 2011 roku.

 

Raúla życie po życiu

Piotr Sobolewski

26 lipca 2010 roku Raúl González Blanco, żywa legenda Realu Madryt, ogłosił że kończy piłkarską przygodą z „królewskim” klubem. Decyzję zakomunikował na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Dwa dni później rozpoczął nowy etap w karierze, podpisując kontrakt z Schalke 04 Gelsenkirchen.

Dyskusja na temat przyszłości najlepszego strzelca w historii „Królewskich” trwała dość długo. W mediach oraz wśród kibiców można było zauważyć trzy obozy. Jedni chcieli by Raúl zakończył swoją karierę i nie rozmieniał jej na drobne. Powód był dość prosty, mało kto wyobrażał go sobie w innej koszulce niż tej Realu. Inni chcieli by został na Santiago Bernabeu, bo uważali że poza wartością czysto piłkarską, porządkuje sprawy w szatni. Trzecia grupa była za tym, żeby odszedł. Dużo mówiono o lidze MLS, czy innych małoznaczących rozgrywkach.

Raúl zdecydował się na Bundeslige i okazało się to strzałem w „10”. Trener Schalke, Felix Magath widział w nim napastnika pierwszej jedenastki. Razem z Huntelaarem (notabene byłym kolegą z Realu) miał stworzyć czołowy atak ligi niemieckiej. Jak na razie ze swojego zadania wywiązuje się w 100%. W 17 spotkaniach ligowych zdobył 9 goli, co czyni go piątym strzelcem ligi. Dołożył też 2 trafienia z Lidze Mistrzów oraz po 2 asysty w obu rozgrywkach. Te statystyki czynią go najlepszym strzelcem oraz czołowym „asystentem” w zespole.

Skąd to odrodzenie Raula? To proste. Magath na niego stawia. Legenda Królewskich w 17 spotkaniach ligowych spędziła na boisku 1424 minuty (wg portalu transfermarkt.de) czyli o blisko 300 minut więcej, niż w 31 meczach poprzedniego sezonu! Pellegrini do spółki z Perezem odsunęli Raúla na boczny tor, co okazało się zgubne. Średnia minut na boisku, w tym sezonie to prawie 86 na mecz, przy zaledwie 40 w poprzednim sezonie. Nic dziwnego, że były kapitan Królewskich, nie imponował rok temu skutecznością.

Dziś Raúl może z nadzieją patrzeć w przyszłość. Runda jesienna sezonu 2010/2011 pokazała, że nie bez powodu jest uznawany za jednego z najlepszych napastników XXI wieku. Przez te kilka miesięcy udowodnił wszystkim niedowiarkom, że skreślenie go było błędem (przyznaję się, że sam nigdy nie byłem zbyt wielkim jego fanem, mimo że kibicuje Królewskim od 11 lat). Przed nim jeszcze kilka lat przygody piłkarskiej. Na początek musi pomóc swojemu zespołowi w poprawie pozycji ligowej (Schalke po rundzie jesiennej jest dopiero na 10 miejscu), lecz jeżeli utrzyma formę z pierwszej rundy spotkań, nie powinien mieć z tym problemów.

Co z nim będzie dalej? Ciężko powiedzieć. Na pewno pogra jeszcze trochę w piłkę na wysokim poziomie. Później może odejdzie na jakiś czas do MLS. A następnie wróci do Madrytu. Jego dom jest przy Concha Espina 1 i to tam, za kilka lat chcą go oglądać fani Królewskich, w roli trenera, dyrektora bądź prezesa. Bo nie ważne, gdzie będzie grał w najbliższym czasie, Raúl i Real to jedność, a El Capitáno powinien wrócić tam, gdzie jego miejsce.

 

Mundial 2010

Dawid Guszczak

 

Czerwiec już nadszedł. RPA przygotowana

Do pierwszego Mundialu zorganizowania

Na Czarnym Lądzie. Piłka zaprojektowana

Została tak, by bramkarzy drażnić od rana

Do wieczora. Kibice nad Wisłą wytarci,

Bo ich Orły-Nieloty niczego nie warci.

I nad Wisłą i Odrą i nad rzeką Wartą,

Myśl, kiedy trzymać szczękę szeroko roztwartą,

Za kim trzymać kciuki. Mnie chodziło po głowie,

Że Hiszpanie, Andaluzyjczycy, Baskowie,

Katalończycy i galicyjskie narody,

Wobec wielkiej niezgody nie znajdą metody,

Dawne szkody i smrody zniszczą atmosferę.

Każdy z graczy grę dla okupanta oleje.

Bo grali jak nigdy, jak zawsze przegrywali,

Piłki nie kopali, dziobali, docinali.

Teraz del Bosque nową idę wynalazł:

Barcelonę tylko, i Real spoufalał.

Tak ekipa zgrana odprawiła Polaków

Sześć do zera. „Hiszpanio! Manatki swe spakuj,

Do Afryki na podbój, zwycięstwa wysmakuj!”.

Naukowcy Wiedeńskiego Uniwersytetu

Tak rzekli. Zdziwiło ich zwycięstwo Helwetów.

Szwajcarski rygiel Herra Ottmara Hitzfelda

Wtenczas w szykach faworytów mocno zamerdał.

 

David Triesman, prezes angielskiej federacji

Doniósł, że wygrana dla iberyjskiej nacji

Zagwarantowana, pomogą im sędziowie,

A kupili ich rosyjscy oligarchowie,

Za popuszczenie Hiszpanii i Portugalii

Walki o Mundial 2018.

Co po kilku miesiącach Sepp Blatter ogłosił,

Pokazało prawdę - mistrzostwa będą w Rosji.

La Furia Roję po złoto arbitry wzniosły,

Czy to przez cyrki w ćwierćfinale z Paragwajem,

Gdzie karny za karnym dyktowany za frajer.

I bramka Valdeza; a decyzja bynajmniej:

„Ze spalonej pozycji była”, rzec wypadnie,

Ot, błędną była, podobnie jak we finale,

Gdy w dogrywce po Arjena Robbena strzale

Sędziowie na chorągiewkę rzutu rożnego

Wskazać powinni, lecz niestety zamiast tego

Grę kazali wznowić z piątki Casillasowi.

Bramkarz wybija wprost pod nogi Andersowi

Inieście – Hiszpania zostaje mistrzem świata;

Nie tylko wtedy sędziemu przypięta łata.

Też tak w meczu Wyspiarzy z Germanami było

– Sędziemu liniowemu coś się przeoczyło.

I choć piłka za Neuerem całym obwodem

Przeszła linię, skończono Albionu przygodę.

Albo gdy Meksyk w jednej ósmej oszukano,

Gdzie bramkę Tevezowi z offside’u uznano.

Takie i jeszcze inne widzieliśmy mary;

Inny niż za gol-duch nie można zeń ustalić.

 

Drugie cudeńka podczas mistrzostw napotkane,

Gra Urugwaju – Celestes i Forlana,

Także odkrycie mistrzostw w postaci Müllera,

Co w kanadyjskiej najwięcej punktów nazbierał,

Oboje poprzedni finaliści dołują

– W Afryce ostatnie miejsce w grupie zajmują,

Czym siebie, też i bukmacherów zaskakują.

Ci co u wróżki byli i zechcieli płacić,

Stówkę o czterdzieści kafli mogli wzbogacić.

Maradona z Messiego zechciał zrobić boga,

Lecz boisko nie kościół, meczet, synagoga.

El Diez, nie selekcjoner, tylko niedołęga,

Po Zanettiego i Cambiasso nie chciał sięgać,

Choć z Sneijderem zdobyli potrójną koronę;

Ostatni winien wziąć Piłkę Złotą za żonę.

 

Czekając na Brazylię już za cztery lata,

Wiedzmy – drużyna, na którą nie było bata,

Zowie się All Whites, a pochodzi z Kraju Kiwi,

Jako jeden niepokonany nas zadziwił.

 

środa, 05 stycznia 2011, francuski_lacznik
Tagi: konkursy

Polecane wpisy

Komentarze
rafal.5y
2011/01/05 17:54:58
Bartek Nowak - kolejne streszczenie. Jeszcze jedno i strzelę sobie w łeb.
Kamil Nowak (know91) - po pierwszym akapicie zacząłem ładować broń. W drugim akapicie zaintrygowało mnie to ścinanie głów. Hmm... zastanowię się. Bo później to już banał, banał, banał, truizm i banał.
Bartłomiej Gutowski - nara, trzymajcie się, jednak strzelam sobie w łeb.
Asia Wiśniowska -
sebbs -
Piotr Borkowski i Mateusz Trzpis-
-
rafal.5y
2011/01/05 17:57:31
Ależ ten blox jest nieprzewidywalny. Jeszcze raz, bo ale urwało.

Bartek Nowak - kolejne streszczenie. Jeszcze jedno i strzelę sobie w łeb.
Kamil Nowak (know91) - po pierwszym akapicie zacząłem ładować broń. W drugim akapicie zaintrygowało mnie to ścinanie głów. Hmm... zastanowię się. Bo później to już banał, banał, banał, truizm i banał.
Bartłomiej Gutowski - nara, trzymajcie się, jednak strzelam sobie w łeb.
Asia Wiśniowska - I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,
sebbs - i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło.
Piotr Borkowski i Mateusz Trzpis- Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Piotr Sobolewski i Dawid Guszczak - Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?
-
2011/01/05 18:10:22
Dawid G. Good Job :)
-
Gość: A, *.adsl.inetia.pl
2011/01/05 21:38:33
Rozważam wysłanie notki o treści:
Visca el Barca!
Myślę, że mogę liczyć na całkiem niezgorszą liczbę głosów
-
mitrel
2011/01/06 09:40:15
No, myślę, że dzisiaj mogę już bez skrupułów oceniać pozostałych konkurentów:)

B. Nowak - Ani jednego odkrywczego zdania, dla mnie zbyt banalne.
K. Nowak - Lepsze, ale też obfitujące w truizmy.
B. Gutowski - Znów jakieś takie zbyt oczywiste wszystko.
A. Wiśniowska - Plusik za wybranie innej formy niż większość, co pozwoliło na sprytne opisanie większej ilości wydarzeń. Niestety, są językowe uchybienia i nic odkrywczego w tym nie ma.
sebbs - nie oceniam, bo pisałem na ten sam temat i byłoby to niezręczne.
P. Borkowski - głos z bólem serca wędruje tutaj za oryginalny dobór tematu. Napisane przeciętnie.
M. Trzpis - plus za formę i cytat z Kazika, ale to tyle. Chęć wykazania się erudycją jest dobra, jednak trzeba znać umiar. Ty nie znałeś. Poza tym, epilog psuje wszystko.
P. Sobolewski - zbyt oczywiste.
D. Guszczak - wybór wiersza jest o tyle ryzykowny, że już na wstępie pachnie to Częstochową. No i niestety tak jest do końca.
Może się wydawać, że jestem zbyt surowy w ocenach, ale mam zwyczajnie wrażenie, że 4. odsłona prezentuje najniższy poziom z dotychczasowych.
-
2011/01/06 10:38:47
Rozważam wysłanie notki o treści:
Visca el Barca!
Myślę, że mogę liczyć na całkiem niezgorszą liczbę głosów


Tak, o ile jesteś kobietą.
-
2011/01/06 12:41:26
Zdecydowanie najsłabsza grupa. Nie znajduję żadnego tekstu godnego wyróżnienia. Dziwi mnie fakt otrzymywania duzych ilości głosów przez "barcelońskie" teksty. Przecież o FCB powiedziano już tyle, że każdy kolejny tekst naraża się na śmieszność. Niezmiernie ciężko jest napisac o niej coś odkrywczego. Wniosek? Wystarczy napisać tekst o Barcy a już znajdzie się duże grono, które zagłosuje na tekst o klubie z Katalonii. całe szczęście pan Michał powołał jury, na które z pewnością nie podziałają takie zagrywki.
Teksty przeciętne. Moi drodzy, nie dokonujcie streszczeń, taka rada na przyszłość. po co opisywać w skrócie mecz, który każdy doskonale pamięta? Skomentuję tylko ciekawsze formy, nowe:

Mateusz Trzpis: pomysł ciekawy, ale to wykonanie... Wichniarek gadający Sienkiewiczem zupełnie mnie nie przekonuje. No i to doszukiwanie się efektu motyla. Forma OK, wreszcie coś nowego, wykonanie słabe.

Dawid Guszczak: Ucieszyłem się, bo jak już wspomniałem, lubię nowe formy i odważne zagrania. Niestety również się rozczarowałem. Zgadzam się z Mitrelem - pachnie Częstochową.
Tak więc moje podium na razie bez zmian. Czekam na kolejne odsłony.
-
el_cabeso
2011/01/06 16:01:34
Michał sprawdź, z łaski swojej w wolnej chwili, pocztę :P
-
2011/01/07 08:18:13
@mitrel
@ilcapitano

Dzięki Panowie za ocenę, szkoda że tylko pod względem formalnym, a nie merytorycznym. Bo pod względem formalnym to Treny Jana Kochanowskiego czy epopeja naszego wieszcza, Adama Mickiewicza, również jak notka moja, napisane zostały trzynastozgłoskowcem. Zapytajcie zatem swe panie od języka polskiego, dlaczego one także - jak to "zgrabnie" ujęliście - pachną Częstochową. Taka po prostu forma tego rodzaju wiersza i niektóre dzieciaki w szkołach nie obrażają się że "Pan Tadeusz" składa się w 100% z rymów częstochowskich ;-)
-
Gość: ODKURZACZE CENTRALNE TORUŃ, *.internetdsl.tpnet.pl
2011/01/18 18:24:23
Cześć
Pozdrawiam

ODKURZACZE CENTRALNE TORUŃ
SYSTEM ODKURZANIA CENTRALNEGO
CENTRALNY SYSTEM ODKURZANIA
ODKURZACZE TORUŃ
ODKURZANIE CENTRALNE
CENTRALNE ODKURZACZE
ODKURZACZE DISAN
ODKURZACZE ENKE
DISAN TORUŃ
ENKE TORUŃ
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie